Za deskami nie ma sklepu. Za deskami jest ciemność, która zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się blady prostokąt światła z alei, i to jest granica ostra jak cięcie. Prostokąt sięga zaledwie półtora kroku w głąb. Widać w nim kawałek klepiska, nogę lady i kant czegoś, co jest chyba skrzynią. Dalej nie ma nic. Nie ciemny kształt, nie zarys, nie domysł. Nic.
Wizjery Notturna świecą. Świecą fioletem i świeciły nim przez wszystkie osiemdziesiąt dziewięć dni, i przez ten cały czas nie oświetliły ani jednej rzeczy poza sobą. Brak widzenia w ciemnościach. Konstrukcyjnie rzecz biorąc, to niemal jak lampka sygnalizacyjna zamontowana w miejscu, gdzie powinien być reflektor. Notturno miał w tej sprawie kilka teorii i ani jednej, która by mu się podobała.
Oczywiście, zna to wnętrze. Szorował tu podłogę, zamiatał za zasłoną, przestawiał słoje, bo Kirriwim przestawiał je z powrotem. Umiałby przejść od progu do lady z zamkniętymi oczami, gdyby miał oczodoły, które da się zamknąć. Problem polega na tym, że pamięć układu pomieszczenia jest użyteczna wyłącznie pod warunkiem, że nic się w nim nie przesunęło. A jedyny powód, dla którego tu stoi, brzmi: coś się przesunęło.
W torbie ma pochodnie i krzesiwo. Pochodnia w zamkniętej piwnicy da dym, którego nie ma czym odprowadzić, zapach, który zostanie w tym miejscu na tydzień, i łunę idącą przez szparę po oderwanej desce prosto na ulicę. Ma też sztuczkę, którą zapali knot, pod warunkiem, że znajdzie knot, a jedyna lampa, jaką ten sklep miał, wisiała nad wejściem i nie wisi tam już od...
Notturno przerywa rachunek w połowie. Bo teraz, stojąc pod framugą i patrząc w górę, na pusty mosiężny uchwyt wkręcony w kamień, po raz pierwszy odnotowuje jego stan jako pozycję w inwentarzu, a nie jako element tła. Szkła nie ma na stopniach. Nie ma go w ścieku. Nikt jej nie stłukł. Ktoś odkręcił i zabrał. W Podmieście to przestępstwo.
Z góry, ze schodów, dobiega szuranie. Ktoś usłyszał Notturno. Ktoś schodzi bokiem, po jednym stopniu, trzymając się ściany, jak schodzi się tam, gdzie wiadomo, że kamień jest oślizgły. Światło pojawia się wcześniej niż postać. Maleńkie, żółte, osłonięte z jednej strony dłonią. Ogarek świecy.
[image: 1789854294253-50c38a3d-6c6b-4b48-819d-ce76e8fdefaf-image.jpeg]
Kobieta zatrzymuje się cztery stopnie wyżej i nie schodzi niżej. Wysoka, chuda tak, że pod skórą szyi widać każde ścięgno z osobna. Skóra szara, z odcieniem popiołu, który jeszcze nie całkiem ostygł, i cętkowana drobniejszymi plamkami na ramionach. Oczy ciemne od krawędzi do krawędzi i głęboko osadzone; ogarek nie odbija się w nich ani trochę, co Notturno rejestruje natychmiast i klasyfikuje jako niemożliwe przy tym kącie padania.
Włosy ciemne i wilgotne, zgarnięte na bok i potargane, z jednej strony ostrzyżone przy samej skórze. Po tej stronie, wzdłuż skroni i wyżej, biegnie nieregularny szereg drobnych, jaśniejszych blizn, którego nikt nie próbował zakryć. U nasady szyi ciemny tatuaż, cienki i rozgałęziony.
Suknia jest cienka, śliwkowa, kiedyś droga i dawno temu. Jedno ramiączko zsunięte, dół rozdarty i poplamiony, pończochy podarte w kilkunastu miejscach i nikt tego nie cerował. Na wierzchu męski płaszcz, ciężki i za duży, zsunięty z obu ramion i podtrzymywany łokciami. Buty znoszone do cienkości, ale czyszczone.
W jednej ręce trzyma wgnieciony cynowy kubek. W drugiej ogarek, który stawia na stopniu i cofa palce.
— Weź. — Głos ma cichy i zupełnie pozbawiony pośpiechu. — I nie stawiaj go na ladzie. Postaw gdzieś głębiej. Przez szparę po tej desce widać ladę i nic poza nią, a naprzeciwko są trzy okna. Ktoś może siedzieć w każdym z nich i obserwować.
Nie schodzi niżej. Milknie na moment i patrzy nie na niego, tylko na pusty uchwyt nad jego głową.
— Kojarzę cię. Stałeś pod rynną, naprzeciw drzwi Leteańczyków. Zapytałeś mnie kiedyś o wagę i o długość fali. Chyba nie tylko mnie... — Przekłada kubek do drugiej ręki. — Nie umiałam odpowiedzieć. Szłam wtedy do domu i myślałam o tym całą drogę, i następnego dnia też. Nikt mnie przy tych drzwiach o nic nie zapytał. Ani razu.
Wskazuje brodą uchwyt.
— Ta lampa wisiała tam, odkąd tu mieszkam. Zniknęła pewnego wieczoru. Nikt jej nie stłukł i nikt jej nie szukał, i nikt o niej nie powiedział ani słowa.
Ogarek stoi na stopniu i dopala się we własnym tempie, obojętny wobec wszystkiego, co się nad nim mówi.
— A te drzwi nie były nawet zamknięte na klucz. Wyglądały jak nieczynne i tyle. Wystarczyło nacisnąć klamkę. Nikt nie nacisnął. Nie po towar, nie po zemstę, nie po nic. W tej dzielnicy, wyobrażasz to sobie? Sąsiedzi przybili w końcu deski. Nikt tego nie uzgadniał. Mieszkańcy potrafią uzgodnić coś takiego bez jednego słowa, jeśli wystarczająco się boją, i to jest jedyna rzecz, którą ta ulica robi dobrze.
Fiolet z jego wizjerów kładzie się na jej twarzy i nie jest to dla tej twarzy dobre światło. Schodzi jeszcze o jeden stopień, dokładnie o jeden, i zatrzymuje się. Palce na blaszanym kubku zaciskają się i blacha cicho ustępuje.
— Myślisz, że Kirriwim jeszcze żyje?
Nie czeka nawet pół sekundy.
— I nie mów mi, że za mało wiesz. Wiem, że za mało wiesz. Pytam mimo to.