Przejdź do treści
  • Jakub zwany Puchatym

    Rozgrywka solo retrospekcja
    5
    1
    0 Głosy
    5 Posty
    46 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    Magister słucha do końca. Nie przerywa ci ani razu, choć wiatr wokół niego szarpie strzępy szat, jakby się niecierpliwił. Przy słowach „tego dnia” unosi wzrok. Kiedy kończysz, patrzy na twoje osmolone dłonie, potem na twarz. Dłużej, niż patrzył na stal. — Tego samego dnia — mówi powoli. Nie pyta o nic. Odkłada to sobie gdzieś, jak monetę do sakiewki. — Trzeba przyznać, że Trzewik zbiera spod bram różne rzeczy. Dopiero potem wraca do tego, co powiedziałeś. — Przekaz dla reszty — powtarza. Kącik ust mu drga. — Podoba mi się. Szkoda, że nikt go jeszcze nie wysłał. Obraca szklaną kulę w palcach. Burza w środku zwalnia. — Kupców raczej nie znajdziesz. Najpewniej wyjechali, zanim zaczęło im się w tym mieście podobać, ale możesz popytać w karawanseraju przy bramie zachodniej. Wiem za to dwie rzeczy. Od sześciu tygodni nikt nie przyniósł do żadnego pasera skrzyni z pieczęcią Almutałatu. I nikt nie wniósł jej przez bramę do miasta. Pytałem. — Unosi brew. — Skoro nikt jej nie sprzedał, rabusie wciąż ją mają. A skoro nie weszli bramą, to weszli inaczej. Albo wcale. Podchodzi krok bliżej. Płomień w palenisku wychyla się za nim. — Pieczęć Almutałatu nie jest ze zwykłego wosku. Kto ją złamie albo zdrapie, nosi ją potem na dłoniach. Czarne ślady, które nie schodzą przy myciu. — Spogląda na twoje ręce, czarne od węgla, i parska. — Nie takie jak twoje. Twoje zmyjesz. A jeśli znajdziesz skrzynię, nie otwieraj jej. Za każdą wiadomość o skrzyni Almutałat płaci. Za samą skrzynię zapłaci tyle, że twój mistrz przestanie odkładać ci na pogłówne. Wychodzi na schody, a wiatr idzie razem z nim. Po chwili powietrze w kuźni znowu stoi. [image: 1789910414514-722e706f-8d5e-45b1-b781-4837d2a15346-image.jpeg] Terion podchodzi do drzwi. Musi się przy tym schylić, bo rogi zahaczają o belkę. Staje w progu pod światło. Jest ogromny, szerszy w barkach niż drzwi kuźni. Brązowa sierść jest na łbie i karku gęsta i skołtuniona, szara od sadzy, a niżej, na ramionach, starta prawie do skóry od lat noszenia ciężarów. Rogi zawijają się do przodu, jasne i gładkie jak stara kość. Prawy jest ukruszony, a przez jego koniec biegnie cienkie pęknięcie. Nosi skórzany fartuch, tak przepalony iskrami, że więcej na nim łat niż skóry. Przedramiona ma owinięte grubymi skórzanymi mankietami, od łokci po nadgarstki. U pasa, na żelaznym kółku, wiszą przecinaki i małe szczypce. Nie stoi na stopach, tylko na kopytach, i nawet one są czarne od węglowego pyłu. Stuka paznokciem w tabliczkę cechu, w twoje imię wypisane kredą. — Za trzy dni stoisz na murze przy zachodniej bramie. Stamtąd widać, którędy wchodzi się do miasta, a którędy nie powinno. Będziesz mógł się rozejrzeć. Wraca do kowadła i bierze młot. Rozmowa jest dla niego skończona. Galatea odrywa się od ściany i staje przy tobie, bliżej, niż trzeba. — Słyszałeś? „Weszli inaczej” — szepcze. — Mówiłam ci o dziurze w bruku za rogiem. Nikt mi nie wierzy. Twarz zaczyna jej się zmieniać, ale po chwili wraca do złotowłosej. — Po robocie mogę ci pokazać. Jeśli chcesz.
  • Gormalesh Pluskwą zwany

    Rozgrywka solo retrospekcja
    5
    1
    1 Głosy
    5 Posty
    60 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    Spoiler WIS (Survival) DC 12 = 14+5 = sukces! Czterech. Wygnieciona trawa trzyma cztery osobne pasy, a przy samym pniu ściółka jest ubita na kształt, na którym ktoś siedział. Przyszli być może przed południem i siedzieli tu dłużej, niż trwa odpoczynek. Na tyle długo, żeby rozłożyć koc, zjeść i się nie spieszyć. Jeden nosił buty z ćwiekami i to on chodził najwięcej: jego ślad wraca do pnia cztery czy pięć razy, jakby czegoś szukał albo coś przynosił. Nikt inny do nich nie doszedł. Mech od strony kanału jest nietknięty, mech od strony alejki zadeptany. Wszystko, co się tu wydarzyło, szło w jedną stronę. I nikt tą drogą nie wrócił. Źdźbła są położone w dół zbocza, wszystkie, bez jednego wyjątku. Odeszli w stronę wody i odeszli jakby nagle. Nikt nie zwijał obozu. Wstali i poszli, a rzeczy zostały tam, gdzie leżały. Pod pniem leży zwinięty koc i drugi, rozłożony na ściółce. Obok plecak, otwarty, z klapą zarzuconą na bok. W środku suchary i solone mięso na dwa dni, pusty bukłak, zawinięta w płótno lutnia z popękanym pudłem, i skórzany zwitek z narzędziami: przecinak, młotek, cienkie dłuto, zwój drutu. Osłona latarni leży obok, blaszana, poczerniała od środka. Zakłada się taką, żeby przeciąg nie zgasił płomienia i żeby światła nie było widać z boku. Koców się nie znosi sto kroków od alejki po to, żeby je tu zostawić. Mieli tu wrócić. Lina jest przywiązana do korzenia buka, węzłem zaciągniętym mocno i sprawdzonym. Ktoś obciążał ją całym ciężarem. Biegnie sześć kroków w dół zbocza i tam się kończy. Koniec nie jest cięty. Jest rozstrzępiony na wszystkie strony, włókno po włóknie, jak sznur przetarty o krawędź kamienia. Sześć kroków dalej zbocze się urywa i zaczyna się kanał. I tu jest rzecz, która nie daje mu spokoju bardziej niż urwana lina. Pluskwa zna to miejsce. Przechodził tędy dziesiątki razy, na obchodzie, bo obchód idzie wzdłuż kanału i nie ma jak go ominąć. Zna ten buk. Wie, że po deszczu zbocze się osuwa i że kiedyś trzeba będzie coś z tym zrobić. Pod nim nie ma nic. Nigdy nie było. Kanał w tym miejscu jest po prostu kanałem: kamieniste dno, brzeg zarośnięty, woda sięgająca do pasa, kiedy stoi normalnie. Nikt nigdy nie mówił mu, żeby na to zakole uważać. W czterech zakazach na tabliczce przy Bramie Cedrowej nie ma nic o kanale. W instrukcji, którą przeczytano mu na głos raz, też nie było. Stali bywalcy narzekają na muchy i na to, że ławek jest za mało, a nie na dziury w ziemi. Nikt też nigdy nie kazał mu tu zaglądać częściej niż gdzie indziej. Więc albo tamci czterej wiedzieli o czymś, o czym nie wie astynom tego parku, a to znaczy, że dowiedzieli się tego poza parkiem, od kogoś z miasta. Albo tego czegoś do niedawna po prostu nie było widać. I dopiero teraz, kucając nad rozstrzępionym końcem liny, Pluskwa przypomina sobie, co stara krasnoludka mówi codziennie przy oddawaniu blaszki. Że tak sucho nie było od lat. Że zbiorniki i cieki wodne pokazują dno.
  • Ystyriaeth

    Rozgrywka solo retrospekcja
    16
    1
    1 Głosy
    16 Posty
    135 Wyświetlenia
    NabuchodonozorN
    Wyważone ruchy, strategia, odpowiednie ustawienie ciała. "Zachowaj czujność, patrz, słuchaj, czuj, przewiduj, zapobiegaj, wpływaj". Zachowanie kobiety nieco przypominało wpojone mnichowi zasady. Ystyriaeth nie wiedział jak długo go obserwowała, co z niego wyczytała, ale nie ulegało wątpliwości, że dobrze przygotowała się do działania. Do tego by na niego wpłynąć. Nie była jednak mnichem. Z resztą czy kobieta mogłaby być dobrym Adeptem? Niemożliwe, chociaż w tym świecie może i takie dziwactwo by mogło mieć miejsce. Niemniej jej postawa przypominała mu inną klasę społeczną. Tych którzy zawodowo skupiają się na wpływie innych ludzi. Z resztą jej propozycja potwierdziła to tylko. Ta kobieta była kupcem. Tak w tej dziedzinie płeć zmienna doskonale sobie radzi. Jednak towar którym handluje... Sprzedać wspomnienia? Ystyrieth tutaj widział dziwactwa, czuł dziwactwa, słyszał o dziwactwach od Trzewika, ba! sam zachowywał się dziwnie- jak wtedy gdy zwymiotował publicznie. Teraz dowiedział się, że i możliwości w tym miejscu bywają dziwaczne. Gdyby miał się pozbyć jakiegoś wspomnienia to byłoby wyżej wspomniane "uzewnętrznienie". Co by to jednak oznaczało? Czy na przykład nie pamiętałby przy okazji początku rozmowy z Trzewikiem? Czy nie pamiętałby badania jakie przeprowadził Janusowy Strażnik? Nie! To było bardzo niebezpieczne. To byłoby totalne zaburzenie harmonii. Z resztą nawet nie wiedział czy kwota przez nią zaproponowana to dużo czy mało. Do tej pory otrzymał wszystko za darmo. Trzewik też wspominał wcześniej, że liczy się tu waga złota, a nie ich ilość. Ona zaś mówiła o 100 SZTUKACH złota. Nawet gdyby Ystyrieath znał tutejsze ceny to i tak nie wiadomo jak wielkie by były złote krążki. Tak ta handlarka była sprytna, z pewnością wprawiona. Znalazła kogoś nowego, nieobeznanego, a takiego najłatwiej naciągnąć. Co do jednej rzeczy jednak ta kobieta bardzo się myliła. Ystyriaeth nie przybył tutaj by od czegoś uciec. On przyszedł by coś odnaleźć! By odnaleźć utraconą część siebie. I nie był zdesperowany by przypomnieć sobie wszystko co było przed wejściem do portalu. List który sam sobie pozostawił oraz część wspomnień jakie zachował wyraźnie mu mówiły, że te rzeczy nie są potrzebne, bo pozostało w Nim to co najważniejsze: filozofia, którą żył, szkolenie które odbył i jego efekty, spójność jaką wypracował. Ystyriath wzgardził w sercu tą kobietą. To że naciągała innych to nic niezwykłego- wszyscy kupcy tak czynią. Jednak ona zawodowo niszczyła harmonię innych istot. Zaburzała ich KI. Odbierała możlwość samodoskonalenia w imię pozornego spokoju. Z resztą kto miał gwarancję co zrobi gdy pozwoilsz jej wejść do swej głowy? Jeśli ci zabierze coś jeszcze nawet nie będziesz o tym wiedzieć, szczególnie tutaj gdzie nie ma nikogo kto by ci przypomniał. To miejsce to wyzwanie, spore wyzwanie, ale z takimi należy się mierzyć, a nie od nich uciekać. Jeśli będzie miał nagłe przebłyski- dobrze. Poradzi sobie z nimi jak ze wszystkim. Z takimi jak Aletheja także. Ale to jeszcze nie jest czas wpływu. To czas czujności i obserwacji. Gdy jednak nadejdzie czas Ystyriaeth uratuje społeczność przed złodziejami wspomnień. To z takimi właśnie twórcami chaosu Ystyriaeth poprzysiągł walkę. Bez słowa wstał, owinął się w ręcznik i odszedł do części jadalnej. Poszukując odosobnionego miejsca, gdzie mógłby w spokoju coś zjeść.
  • Notturno-09-REM

    Rozgrywka solo retrospekcja
    5
    1
    2 Głosy
    5 Posty
    98 Wyświetlenia
    Janusz PodziemiJ
    Za deskami nie ma sklepu. Za deskami jest ciemność, która zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się blady prostokąt światła z alei, i to jest granica ostra jak cięcie. Prostokąt sięga zaledwie półtora kroku w głąb. Widać w nim kawałek klepiska, nogę lady i kant czegoś, co jest chyba skrzynią. Dalej nie ma nic. Nie ciemny kształt, nie zarys, nie domysł. Nic. Wizjery Notturna świecą. Świecą fioletem i świeciły nim przez wszystkie osiemdziesiąt dziewięć dni, i przez ten cały czas nie oświetliły ani jednej rzeczy poza sobą. Brak widzenia w ciemnościach. Konstrukcyjnie rzecz biorąc, to niemal jak lampka sygnalizacyjna zamontowana w miejscu, gdzie powinien być reflektor. Notturno miał w tej sprawie kilka teorii i ani jednej, która by mu się podobała. Oczywiście, zna to wnętrze. Szorował tu podłogę, zamiatał za zasłoną, przestawiał słoje, bo Kirriwim przestawiał je z powrotem. Umiałby przejść od progu do lady z zamkniętymi oczami, gdyby miał oczodoły, które da się zamknąć. Problem polega na tym, że pamięć układu pomieszczenia jest użyteczna wyłącznie pod warunkiem, że nic się w nim nie przesunęło. A jedyny powód, dla którego tu stoi, brzmi: coś się przesunęło. W torbie ma pochodnie i krzesiwo. Pochodnia w zamkniętej piwnicy da dym, którego nie ma czym odprowadzić, zapach, który zostanie w tym miejscu na tydzień, i łunę idącą przez szparę po oderwanej desce prosto na ulicę. Ma też sztuczkę, którą zapali knot, pod warunkiem, że znajdzie knot, a jedyna lampa, jaką ten sklep miał, wisiała nad wejściem i nie wisi tam już od... Notturno przerywa rachunek w połowie. Bo teraz, stojąc pod framugą i patrząc w górę, na pusty mosiężny uchwyt wkręcony w kamień, po raz pierwszy odnotowuje jego stan jako pozycję w inwentarzu, a nie jako element tła. Szkła nie ma na stopniach. Nie ma go w ścieku. Nikt jej nie stłukł. Ktoś odkręcił i zabrał. W Podmieście to przestępstwo. Z góry, ze schodów, dobiega szuranie. Ktoś usłyszał Notturno. Ktoś schodzi bokiem, po jednym stopniu, trzymając się ściany, jak schodzi się tam, gdzie wiadomo, że kamień jest oślizgły. Światło pojawia się wcześniej niż postać. Maleńkie, żółte, osłonięte z jednej strony dłonią. Ogarek świecy. [image: 1789854294253-50c38a3d-6c6b-4b48-819d-ce76e8fdefaf-image.jpeg] Kobieta zatrzymuje się cztery stopnie wyżej i nie schodzi niżej. Wysoka, chuda tak, że pod skórą szyi widać każde ścięgno z osobna. Skóra szara, z odcieniem popiołu, który jeszcze nie całkiem ostygł, i cętkowana drobniejszymi plamkami na ramionach. Oczy ciemne od krawędzi do krawędzi i głęboko osadzone; ogarek nie odbija się w nich ani trochę, co Notturno rejestruje natychmiast i klasyfikuje jako niemożliwe przy tym kącie padania. Włosy ciemne i wilgotne, zgarnięte na bok i potargane, z jednej strony ostrzyżone przy samej skórze. Po tej stronie, wzdłuż skroni i wyżej, biegnie nieregularny szereg drobnych, jaśniejszych blizn, którego nikt nie próbował zakryć. U nasady szyi ciemny tatuaż, cienki i rozgałęziony. Suknia jest cienka, śliwkowa, kiedyś droga i dawno temu. Jedno ramiączko zsunięte, dół rozdarty i poplamiony, pończochy podarte w kilkunastu miejscach i nikt tego nie cerował. Na wierzchu męski płaszcz, ciężki i za duży, zsunięty z obu ramion i podtrzymywany łokciami. Buty znoszone do cienkości, ale czyszczone. W jednej ręce trzyma wgnieciony cynowy kubek. W drugiej ogarek, który stawia na stopniu i cofa palce. — Weź. — Głos ma cichy i zupełnie pozbawiony pośpiechu. — I nie stawiaj go na ladzie. Postaw gdzieś głębiej. Przez szparę po tej desce widać ladę i nic poza nią, a naprzeciwko są trzy okna. Ktoś może siedzieć w każdym z nich i obserwować. Nie schodzi niżej. Milknie na moment i patrzy nie na niego, tylko na pusty uchwyt nad jego głową. — Kojarzę cię. Stałeś pod rynną, naprzeciw drzwi Leteańczyków. Zapytałeś mnie kiedyś o wagę i o długość fali. Chyba nie tylko mnie... — Przekłada kubek do drugiej ręki. — Nie umiałam odpowiedzieć. Szłam wtedy do domu i myślałam o tym całą drogę, i następnego dnia też. Nikt mnie przy tych drzwiach o nic nie zapytał. Ani razu. Wskazuje brodą uchwyt. — Ta lampa wisiała tam, odkąd tu mieszkam. Zniknęła pewnego wieczoru. Nikt jej nie stłukł i nikt jej nie szukał, i nikt o niej nie powiedział ani słowa. Ogarek stoi na stopniu i dopala się we własnym tempie, obojętny wobec wszystkiego, co się nad nim mówi. — A te drzwi nie były nawet zamknięte na klucz. Wyglądały jak nieczynne i tyle. Wystarczyło nacisnąć klamkę. Nikt nie nacisnął. Nie po towar, nie po zemstę, nie po nic. W tej dzielnicy, wyobrażasz to sobie? Sąsiedzi przybili w końcu deski. Nikt tego nie uzgadniał. Mieszkańcy potrafią uzgodnić coś takiego bez jednego słowa, jeśli wystarczająco się boją, i to jest jedyna rzecz, którą ta ulica robi dobrze. Fiolet z jego wizjerów kładzie się na jej twarzy i nie jest to dla tej twarzy dobre światło. Schodzi jeszcze o jeden stopień, dokładnie o jeden, i zatrzymuje się. Palce na blaszanym kubku zaciskają się i blacha cicho ustępuje. — Myślisz, że Kirriwim jeszcze żyje? Nie czeka nawet pół sekundy. — I nie mów mi, że za mało wiesz. Wiem, że za mało wiesz. Pytam mimo to.