Ystyriaeth
-
Jest lekko.
Trwa to tyle, co jedno mrugnięcie, i nie ma w tym żadnej treści. Szarość bez źródła światła. Ciało, które nic nie waży.
Nagle, ciężar wraca. Kolana uderzają w kamień pierwsze, dłonie drugie. Kamień jest zimny, suchy i ma pod palcami drobne, równoległe bruzdy. Za równe. Powietrze jest rzadkie. Pierwszy oddech nie wystarcza, drugi też nie, trzeci w połowie zamienia się w kaszel.
Komora ma sklepienie. Nie ma okien. Kurz stoi w niej równomiernie, jakby nikt nie wchodził tu dostatecznie długo, żeby go strącić. Pod ścianami rzędy kamiennych płyt, a na płytach imiona. Prawie wszystkie zatarte. Nie skute, nie zniszczone. Ktoś przejeżdżał po nich dłonią albo szmatką przez bardzo długi czas, aż litery zeszły i zostały tylko płytkie zagłębienia.
Za plecami coś stygnie. Łuk wmurowany w ścianę, z którego jeszcze przed chwilą szło ciepło, przestaje być czymkolwiek poza kamieniem.
***
Schody. Prowadzą w górę. Wykute w skale. Mają niewłaściwe wymiary. Każdy stopień jest za wysoki o dwie dłonie i za płytki o pół stopy. Stopa nie mieści się na nim cała. Żeby iść, trzeba stawiać ją bokiem albo wspinać się na palcach, i po dwudziestu stopniach mięśnie ud zaczynają piec. Wyślizgane są tylko pośrodku. Krawędzie każdy ma ostre, jakby wykuto je wczoraj. Coś chodziło tędy przez wieki i nie dotykało brzegów.
Mięśnie ud pieką. Do góry jeszcze daleko.
***
Mięśnie ud przestały piec.
Korytarz, poziomy, z zaklętą lampą w niszy. Świeci słabiej, niż powinna. Dłonie są otarte do krwi, po wewnętrznej stronie palców. Kolana są brudne od czegoś ciemniejszego i tłustszego niż kurz.
***
Korytarz rozwidla się i jedno z odgałęzień kończy się otworem w podłodze.
To szyb. Pionowy, wykuty starannie, o przekroju, który nie jest ani kołowy, ani czworokątny. Schodzi w dół głębiej, niż sięga światło. Nie ma w nim stopni. Nie ma drabiny, klamer, śladów po klamrach, haków, uchwytów. Ściany są równe i czyste.
Nikt tego nie zamurował.
Coś w mięśniach brzucha reaguje wcześniej niż myśl. Nie jest to strach. Potem przychodzi coś innego. Nie jest to myśl, tylko pewność.
To nie zostało zbudowane dla ludzi. Nie dla kogoś wyższego ani niższego. Dla czegoś, co się nie wspina, nie potyka, nie sięga do klamki. Nie ma do tego imienia. Nie ma wspomnienia, obrazu, twarzy. Jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie się usunie, a reakcja zostanie, i ta reakcja mówi jedno: stąd się uciekało. Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto, nie wiadomo, czy udało się komukolwiek. Czy to on uciekał? Jego przodkowie?
Mistrz wiedział. Mistrz nie wysyłał nikogo w przypadkowe miejsce, nie po latach przygotowań, nie z listem napisanym z góry, nie z księgą, którą trzymał od pierwszego dnia.
Po co mnie tutaj wysłałeś.
Kamień nie odpowiada.
Potem przychodzą mdłości i wszystko robi się białe po brzegach.
***
Ktoś mówi.
Głos jest kobiecy, obcy, mówi szybko i w niczym, bardzo blisko ucha. Pod pachą jest czyjaś ręka. Potem tej ręki nie ma, a kroki oddalają się w prawo i nie wracają.
Otwarte oczy. Siedząca pozycja, plecami do ściany, nogi wyprostowane przed siebie. Nad głową otwarte niebo, ostre i żółte. W dłoni wgnieciony cynowy kubek, pusty. W ustach smak wody. Stęchłej, ale wody.
Nie wiadomo, kto ją nalał, ani ile czasu temu, ani jak długo się ją piło.
***
Ulica.
Hałas uderza pierwszy: kilkaset głosów naraz, blacha, koła po bruku, ktoś wykrzykuje cenę, ktoś się śmieje. Kurz stoi w świetle słupami. Zapachy nakładają się bez porządku. Pot, olej, uryna, dym, coś smażonego, coś zepsutego.
Nadproże nad wejściem do sklepiku po lewej wykonano z jednego bloku kamienia, wyraźnie starszego niż mur, w który go wstawiono. Rowkowanie o czterokrotnej symetrii promienistej, rozchodzące się od punktu, którego w bloku już nie ma, bo kamień przycięto do wymiaru drzwi. Za równe. Pod spodem stoi skrzynka z suszoną rybą.
Drzwi obok nie mają zawiasów, klamki ani śladu po zamku. Są wpuszczone w otwór z dokładnością, jakiej nie osiąga się drewnem. Ktoś przybił do nich gwoździem tabliczkę: NIE OTWIERAĆ. NIE DZIAŁA OD LAT. NAPRAWDĘ.
Żołądek podchodzi wyżej.
***
Dwoje dzieci wbiega do komory na końcu zaułku i zaczyna krzyczeć.
Krzyczą bez powodu, z przyjemności, na całe gardło. Dźwięk wchodzi w komorę i nie wraca. Nie ma echa, nie ma pogłosu, nie ma nawet tego półsekundowego ogona, który zostawia po sobie każde puste wnętrze pod kamiennym sklepieniem.
Robią to jeszcze raz i śmieją się. Musiały odkryć to dawno temu.
***

Zapach sera.
Jest tak nie na miejscu wśród reszty, że przez moment zagłusza wszystko inne. Bicie młotów z trzech warsztatów naraz, nierówne, każdy w swoim rytmie, tak że uderzenia raz się rozchodzą, raz schodzą w jedno i wtedy idą przez bruk w stopy. Gorąco od palenisk stoi w powietrzu i nie ma jak z ulicy uciec.
Zapach sera idzie z wiklinowego kosza, który trzyma na ramieniu ktoś niski. Metr dwadzieścia razem z kapeluszem, siwy, siedemdziesiąt kilka lat, ani trochę niezaskoczony. W koszu widać ręcznik, bukłak, kostkę mydła i trzy zawiniątka.
Za nim, w odległości dziesięciu kroków, stoi czterech zbrojnych w wypolerowanych płytach barwy starego złota. Halabardy trzymają grotami w dół, w postawie ludzi, którzy robią to po raz tysięczny i się nudzą.
— Spóźniliśmy się...
Niski stawia kosz na ziemi, prostuje się i otwiera usta.
— Witaj, przybyszu. Jestem Trzewik. Mamy tu taki zwyczaj, żeby witać wszystkich...
Dźwięki układają się w słowa dopiero w połowie zdania. Wcześniej były szumem.
Jeden z halabardników obraca głowę do drugiego. Z tyłu głowy ma drugą twarz - oczy, nos, usta, wszystko. Nie tatuaż. Żyjącą twarz! Mówi półgłosem do drugiego, z ręką przy przednich ustach, patrząc w bok. Nie ścisza się dostatecznie.
— ...illithid. Zajrzeć mu w ucho, dzisiaj.
Trzewik nie odwraca głowy. Rozwija pierwsze zawiniątko, kładzie je na wieku kosza i przesuwa o kilka cali w stronę przybysza, tak jak się to robi zwierzęciu, przy którym nie wykonuje się gwałtownych ruchów.
— Nie słuchaj ich — mówi. — Oni to mówią o każdym. Jedz.
Illithid. Słowo zostaje w mglistej pamięci. Nie ma dla niego gotowego obrazu ani znaczenia, nie znaczy nic, a mimo to kłuje dokładnie w to samo miejsce pod mostkiem, w którym siedzi od rana szyb bez stopni, dziwaczne schody i kamień, który jest za równy.
Ser pachnie.
-
J Janusz Podziemi odniósł się do tego tematu
-
Mnich zachowuje spokój, a nawet gdy jest niespokojny nie okazuje tego. To on ma być spokojem dla innych.
Ystyriaeth był do tego przygotowany, był do tego szkolony. Przeszedł wiele testów.. zapewne... choć ich nie pamięta, ale na pewno były. Jest wytrwały, musi zachować harmonię.
Zapachy, których nie znał, nieprzyjemne zapachy oraz ser.. Dziwne dźwięki, hałas gdy przyzwyczaił się do życia w ciszy. To wszystko to dysharmonia. To jednak wszystko jest w stanie wytrzymać. Było jednak coś jeszcze. Coś z czym w ogóle nigdy się nie spotkał. To coś właśnie go przywitało i najwyraźniej chce go poczęstować serem. Wcześniej miał szczęście- żołądek był ściśnięty, ale w miarę pusty. Spojrzał na pusty kubek po wodzie, nieco brudny od jakiegoś pyłu. Powiedział tylko zwracając się do dziwnej, niskiej włochatej istoty przed nim- czym...
Odwrócił się i... zwymiotował.
To było po trzykroć poniżające. Nie dość, że nie zapanował nad swoim ciałem, nie dość że omal nie zapanował nad słowami to jeszcze on, który zawsze był uważany za dziwaka tam skąd przybył, nie wytrzymał widoku innego... dziwadła. Powinien poczuć w tym momencie harmonię, wspólnotę, poczucie że nie jest sam jeden czymś innym od otoczenia! Ale on po prostu... był w szoku. Co powiedzieć? Jak się zachować? Co to w ogóle za miejsce? Jakie tu mają zwyczaje? Musi się uspokoić. Koniecznie się uspokoić.
Wytarł usta dłonią, którą potem z kolei wytarł o ziemię, przybrał pozycję medytacyjną i zgodnie z tym co się nauczył już na początku nauki, zaczął wyłączać zmysły zaczynając od tego który sprawiał największy problem. Zamknął oczy. Następnie postarał się nie czuć woni, szorstkości podłoża, smaku resztek wymiocin w ustach, by wreszcie skupić się jedynie na tym co słyszy wokół siebie. -
Zamknąłeś oczy.
Najpierw hałas to monolit. Potem rozpada się na części.
Trzy młoty, w trzech różnych warsztatach, każdy w swoim tempie. Rozchodzą się, schodzą na moment w jedno i znowu rozchodzą. Wóz na okutych kołach, daleko. Pies, chyba pies, bo szczekanie brzmi jak język. Dwa głosy targujące się słowami, których nie ma w żadnej z czterech znanych ci mów, ale rytm jest znajomy, jakby ktoś liczył. Woda z rynny, cienka, nierówna. Mucha? Przy uchu, potem nie przy uchu.
Szelest. Zawiniątko rozwijane dalej, warstwa po warstwie, bez pośpiechu.
Jeden zbrojny przestępuje z nogi na nogę i płyta na jego udzie skrzypi przy każdym przeniesieniu ciężaru. Skrzypi z dwadzieścia razy. Jej właściciel nudzi się... albo denerwuje.
Głos tego, który mówił wcześniej, wraca, ale przychodzi z niewłaściwej strony. Zbrojny stoi tam, gdzie stał, jest obrócony tak, jak był obrócony, a mowa idzie od tyłu jego głowy.
Zbroja skrzypi inaczej. Ktoś zrobił krok w twoją stronę.
— Zostaw, Kardusie — mówi Trzewik, nie podnosząc głosu. — Siedzi i oddycha. Też byś tak zrobił.
Kolejny krok pada i tak.
— Ja też bym tak zrobił, gdybym chciał, żeby mnie zostawiono. Ty, wstawaj. — Rozkazał gardłowy głos.
Coś twardego dotyka twojego kolana. Drzewce halabardy, bez nacisku.
— Nie proszę cię drugi raz, tylko powtarzam pierwszy. Wstań i otwórz usta. Szeroko. Następnie oczy. Potem odwrócisz głowę na lewo i na prawo i pozwolisz mi zajrzeć sobie w uszy. Zajmie to tyle, co zawiązanie buta, i skończy się dobrze dla ciebie albo nie skończy się dla nikogo.
Oddech przez zęby jest teraz bardzo blisko. Krótszy niż przedtem.
— Ser zjesz potem. Jeszcze nigdy nikomu tu nie uciekł.
-
Spodziewał się, że będzie miał więcej czasu, ale po tylu latach wprawy nawet tak krótko wykonane ćwiczenie daje rezultaty. To zupełnie obce miejsce. Z tym strażnikiem też ewidentnie jest coś.. inaczej. Skoro są inni to pewnie mają też inne zwyczaje. To o co prosi strażnik przypomina badanie. Do Ystyriaetha dotarło, że nie tylko wszystko jest tu obce dla niego, ale tych.. istot on sam także jest obcy i nie wiedzą czego się po nim spodziewać. Nie wyczuł w nich lęku, ani gniewu, a raczej coś w rodzaju rutyny i ostrożności. Ystyriaeth uświadomił sobie także, że odkąd przybył tutaj powiedział tylko jedno słowo. Niezależnie od zwyczajów z pewnością oni tutaj także choćby witają się po przybyciu w nowe miejsce. Mają tu swoje prawa, ci dwaj uzbrojeni z pewnością są strażnikami tych praw. Nie wolno mu naruszać tutejszego porządku, tutejszej harmonii. Trzeba jednak zachować ostrożność. Jak to było?
Wstał powoli, ale pewnie.
Otworzył usta by przy okazji powiedzieć:- Witajcie stróże tutejszego porządku. Opowiedzcie mi proszę o waszych zwyczajach i wybaczcie jeśli moje zachowanie było niestosowne.
"Jeśli? Wymiotowanie na widok innych chyba wszędzie jest niestosowne".
Ostrożnie otworzył oczy starając się nie widzieć lub choćby zignorować to co może zaburzyć jego spokój. Uruchomił więc drugi, choć najbardziej problematyczny zmysł. Pozostałe jednak (a przede wszystkim węch) nadal trzymał na wodzy. Odwrócił głowę w lewo i wprawo.
Jednocześnie cały czas pozostał czujny. Tak jak go uczono "Zachowaj czujność, patrz, słuchaj, czuj, przewiduj, zapobiegaj, wpływaj". Skupił się na dwóch zmysłach i na przewidzeniu ewentualnych zachowań tych istot. To trudne bo ich nie znał. W głowie układał plany co zrobi jeśli uczynią coś gwałtownego, niebezpiecznego. Postara się przeskoczyć tak by wylądować za tą niewielką istota i zasłoni się kijem w pozycji obronnej. Gdy patrzy na lewo i prawo zgodnie z poleceniem przy okazji ogarnia czy tam gdzie chce ewentualnie zrobić unik nie znajduje się inne zagrożenie, które mogłoby go zaskoczyć zza pleców.
Czeka na badanie gotów na wszystko. -
Otwierasz oczy.
Pierwsze, co widzisz, to szkło. Dwa owalne, przydymione szkła w mosiężnej oprawie, która nie kończy się przy skroniach, tylko obiega całą głowę pierścieniem. Po drugiej stronie tego pierścienia są jeszcze dwa. Głowa jest zgolona na całym obwodzie. Gładka. Nie ma na niej tyłu.
Bo z tyłu jest twarz.
Ta sama szczęka, ten sam nos jak dziób, ta sama broda i ten sam wąs, szeroki i utrzymany z pedanterią, która musi kosztować czas codziennie rano. Obie twarze są tą samą twarzą, zrobioną dwa razy. Przednia patrzy na ciebie. Tylna patrzy w głąb ulicy.
Metr sześćdziesiąt, może mniej, i mimo to jest z tych kształtów, przy których nie przychodzi do głowy słowo „mały". Kanciasty, ciężki, masywne barki pod płytą. Skóra ma kolor mokrego kamienia.
Zbroja barwy starego złota jest wypolerowana tak, że w naramienniku widzisz kawałek własnej twarzy, wydłużony i pożółkły, i to jest pierwszy raz, kiedy widzisz ją od przybycia.
Zbrojny stoi w pełnym słońcu i słońce mu nie służy. Szkła są przydymione nie dla ozdoby. Skóra pod oczami jest ściągnięta, bruzdy przy nosie za głębokie jak na tę porę dnia, a oddech nadal idzie przez zaciśnięte zęby. Nie ze złości. Tak oddycha ktoś, kto od rana ma w głowie ból i postanowił nie zwracać na to uwagi.

Odwracasz głowę w lewo, potem w prawo, powoli.
Po lewej zbrojny. Ma wąski medalion na rzemieniu — dwie twarze wybite w mosiądzu — i trzyma go w garści od dłuższej chwili, patrząc na ciebie tak, jak patrzy się na tekst, który się właśnie czyta. Kiedy wasze spojrzenia się spotykają, rozluźnia palce i medalion opada na napierśnik. Pokazuje Kardusowi otwartą dłoń.
Po prawej: zaułek, wylot komory, z której krzyczały dzieci. Dzieci już nie ma. Nie słyszałeś, kiedy poszły.
Kardus przygląda się twoim uszom po kolei, z odległości dłoni, nie dotykając. Trwa to krócej, niż trwałoby zawiązanie buta.
— Bez ceremorfozy — mówi w bok, do swoich, tonem kogoś, kto dyktuje do księgi. — Czysty, kapłan potwierdził. Zapisz.
Ktoś z tyłu rzeczywiście zapisuje.
Ceremorfoza...
Palec w rękawicy stuka dwa razy w napierśnik, w miejsce, gdzie wybito znak.
— Kluzjusz Kardus. Zakon Janusowy. Kluzjusz to ten, który zamyka portal. Przyszedłeś do miasta, więc jesteś mój. Zwyczaje masz proste. Nie uciekasz z miasta, nie wchodzisz nikomu do domu nieproszony. Przez pierwszy tydzień śpisz tam, gdzie ci każą spać, i to on ci powie, gdzie. — Przechyla głowę w stronę Trzewika. — Przez siedem dni jesteś zapisany jako przybysz i nikt ci nic nie zrobi, bo za ciebie odpowiadam. Po siedmiu dniach jesteś mieszkańcem i wtedy sam za siebie odpowiadasz, a to jest gorsze, tylko jeszcze o tym nie wiesz. Obywatelem możesz zostać po siedmiu latach.
Trzewik od dłuższej chwili otrzepuje wieko kosza z kurzu, którego na nim nie ma. Teraz przestaje.
— Kosz masz od niego, nie ode mnie — mówi Kardus. — Ser, mydło, ręcznik, woda. Do tego kartka do łaźni pod wodospadem, ważna przez tydzień. Idź tam dzisiaj. Wszyscy tam idą i wszyscy wracają spokojniejsi, a mnie zależy, żebyś był spokojny.
Ser nadal leży na wieku kosza, rozwinięty, przesunięty w twoją stronę i nietknięty.
— Za niestosowne zachowanie cię nie zamknę. Rzygał tu już każdy. — Bruzdy przy nosie pogłębiają się o włos i to jest prawdopodobnie wszystko, co ta twarz robi zamiast uśmiechu. — Ale jedno zapamiętaj. Pytałeś o zwyczaje uprzejmie i to dobrze. Tutaj uprzejmość nic nie kosztuje i nic nie znaczy. Znaczy to, komu jesteś winien i kto jest winien tobie. Od dzisiaj jesteś winien mnie siedem dni spokoju.
Odwraca się do odejścia. To znaczy odchodzi, nie przestając na ciebie patrzeć, bo teraz patrzy druga twarz.
— Skąd przyszedłeś? I nie mów mi, że nie pamiętasz.
Trzewik bierze zawiniątko z wieka i podaje ci je do ręki.
-
Żołądek się znowu odezwał, ale tym razem z innego powodu. Ystyriaeth ostrożnie spojrzał na to małe włochate coś. Przypomniał sobie, że tamten mu się przedstawił. Trzewik. Jak można nazwać samego siebie od buta? Najchętniej Ystyriaeth sięgnąłby zaraz po ser, ale uświadomił sobie, że on sam jednak jeszcze nie wypowiedział swojego imienia. Żadnego z nich. Postanowił użyć pierwotnego i zobaczyć jak zareagują. Z resztą zadano mu pytanie. Ostrożnie otworzył swoje nozdrza na dopływające zewsząd wonie licząc na to że powstrzymają apetyt. Poczuł jednak głównie ser. Powstrzymując ślinę napływającą mu do ust rzekł:
[Usiłuję sobie przypomnieć czy Tamten wykonał jakiś gest gdy się przedstawił, a jeśli tak to go powtarzam.]
- Zowię się Ystyriaeth i przybywam z... miejsca gdzie panuje pokój i harmonia. Przeszedłem szkolenie w monastyrze. Nie wiem co dla was jest tutaj normalne... tam jest nieco czystsze powietrze, jest jaśniej i bardziej kolorowo- przynajmniej latem. Zimą jest... cóż zimno. Mamy pola, skały, ziemię w kolorze brązu, słońce i księżyc... a może dwa. I miasta. Tak, ale żadne nie wygląda jak to tutaj.. tak sądzę. Hmmm. W każdym razie nie kojarzę nikogo jak... Twego pokroju yyy.. Panie? Nawet z opowieści.
I zdobywając się na szczerość dodał
- z resztą ja też byłem tam dość.. nietypowy.
Po tej kwestii spojrzał na rozmówcę swoim przenikliwym wzrokiem spodziewając się niewybrednych komentarzy na temat swojej fizjonomii.
-
Kluzjusz Kardus nie odpowiada od razu. Słucha tylną twarzą, bo przednia patrzy już w stronę wylotu ulicy.
— Pokój, harmonia... Słońce i księżyc — powtarza. — Albo dwa. Pola, skały, brąz. Lato i zima.
Milknie na dwa oddechy.
— Zapisać: „praworządna sfera zewnętrzna, nieustalona". Do weryfikacji z kwestorem w Podwojach.
Skrobanie rylca. Zapisane. Kardus odwraca się do ciebie i wskazuje palcem w zbrojnej rękawicy.
— Ystyriaeth. Podałeś to imię, więc jest teraz twoje. Radzę zapamiętać, jak brzmiało, bo mieszkańcy tutaj bardzo szybko zaczynają mówić do ciebie inaczej i po trzech miesiącach nie pamiętasz, jak było na początku.
Rusza. Trzej pozostali ruszają razem z nim bez rozkazu. Dwóch przodem, jeden z tyłu, w odstępach, które muszą być przećwiczone. Ten z medalionem mija cię i nie patrzy. Kardus nie odwraca się, żeby powiedzieć ostatnie zdanie. Nie musi.
— Siedem dni, chuda żabo. Liczę od dzisiaj.
Złote zbroje Zakonu Janusowego znikają za rogiem.
Trzewik czeka jeszcze chwilę.
— Ystyriaeth — powtarza po chwili. Wymawia poprawnie za pierwszym razem. — Dobre imię. Trudne, to i nikt ci go nie skróci na złość, tylko z lenistwa. Zapamiętam.
Milknie na moment.
— Co do nietypowości... Widzisz tego na dachu po lewej? Nie patrz za długo, on tego nie lubi. Siedem rąk. Kryje gont najlepiej w Miechach i bierze za to potrójnie. Chłopak od gwoździ, ten w fartuchu przy tamtym warsztacie, przyszedł tu przez portal sto czterdzieści lat temu i wygląda na piętnaście, bo tam skąd przyszedł piętnaście lat trwa dłużej. Mieszka tu też taka kobieta, co ma dziecko, które śpi tylko w dzień i mówi w starożytnym języku.
Zadziera głowę do góry, żeby spojrzeć ci w oczy.
— Nikt na ciebie tutaj nie patrzy. Naprawdę nikt. Przez pierwszy tydzień wszyscy tak robią — chodzą i czekają, aż ktoś ich wyśmieje. Nikt nie wyśmieje. Tu nie ma z czego, bo połowa miasta byłaby następna w kolejce. Kardusem się nie przejmuj. To duergar z Podmiasta, którego od rana boli głowa od słońca.
Rozgląda się po ulicy, raz w jedną stronę, raz w drugą, i dopiero potem mówi.
— Jedno tylko. Nie mów każdemu, że przyszedłeś dzisiaj. Nie dlatego, że to wstyd. Dlatego, że są tacy, co czekają na świeżych, i płacą uczciwie, i to jest w tym najgorsze.
-
Ystyriaeth po raz kolejny nie odpowiedział na słowa rozmówcy od razu, ale przemyślał wszystko w ciszy. Tamten nie wydawał się zniecierpliwiony, a ta cierpliwość wzbudziła szacuenk u mnicha.
Do Ystyriaetha zaczęło coś docierać. Owszem to miejsce ma stróżów porządku, ma również swoje zasady, ale szczególnie ostatnia wypowiedź Trzewika bardzo mocno sugeruje, że to prawo niekoniecznie jest szanowane przez wszystkich.
"Może po to właśnie tu przybyłem"- pomyślał. Zaraz jednak się poprawił. "Najpierw ład wewnętrzny, najpierw rozeznanie w otoczeniu".Z tego co opowiadał Trzewik wynikałoby także, że tak jak w poprzednim życiu Ystyriaetha wszyscy mieli podobną fizjonomię- z jego wyjątkiem rzecz jasna- tak tutaj jest dokładnie na odwrót. Każdy jest inny. Nie ma dwóch podobnych osób. No chyba żeby liczyć dwie twarze w jednej głowie za osobne osoby. Ale to nie miałoby sensu, żeby dwie świadomości mieszkały w jednym ciele prawda?
W końcu Ystyriaeth zwrócił się bezpośrednio do Trzewika, na "ty" tak jak zrobił to tamten:
- wspomniałeś o chłopcu mówiącym w starożytnym języku. Czy mógłbyś nas ze sobą poznać? Widzisz interesuję się językami, szczególnie takimi, które są mało znane.- i przypominając sobie słowa strażnika dodał- będę ci coś winien.
Na koniec uznał, że to dobry moment by zająć się serem. Chwycił go pamiętając by użyć tej czystej ręki, nie zaś tej którą oczyszczał twarz i potem wytarł o podłoże. Przy tej okazji przypomniał sobie o owej łaźni, z której chętnie by teraz skorzystał.
-
Trzewik nie odpowiada od razu, i to nie jest to samo milczenie, co twoje.
— Dziewczynka — mówi w końcu. — Nie chłopiec.
Podnosi kosz z ziemi i zarzuca na ramię.
— Poznam cię. Nie dzisiaj. Za tydzień. I nie będziesz mi nic winien, bo ja tego nie liczę. Od pięćdziesięciu lat nie liczę i jeszcze nie zbankrutowałem.
Rusza. Nie sprawdza, czy idziesz.
— Ale skoro już o długach mowa. Pieniądze rozumiesz? Monety. Złoto, srebro, miedź, krążki z metalu, dajesz komuś krążek, dostajesz chleb. Jedzenie.
Nie czeka długo na odpowiedź. Najwyraźniej tak samo pyta wszystkich i zdążył się nauczyć, że nie ma na to jednej odpowiedzi.
— Nieważne skąd te monety. Bite w miejscach, o których nikt tu nie słyszał, z profilami władców, którzy dawno nie żyją. Nikogo to nie obchodzi. Ma być kruszec i ma się zgadzać waga. Kupiec kładzie ci to na szalkę, nie patrzy na stempel, tylko na wskazówkę, i tyle.
Wchodzi między wozy, a tłum rozstępuje się przed nim, zanim zdąży kogokolwiek poprosić.
— Gorzej, kiedy trafisz na kogoś, kto monet nie chce. A trafisz. Jest tu lutnik, który za instrument bierze wyłącznie kamienie w kolorze, którego nie umiem ci opisać, bo nie istnieje w tym świecie. Jest baba, co sprzedaje składniki do czarów i przyjmuje zapłatę tylko w czymś, czego ci nie opiszę, bo byś drugi raz zwymiotował. I są tacy, co biorą lata.
Zatrzymuje się na moment, żeby przepuścić wóz.
— Nie zapłatę za lata. Lata. Twoje. Podpisujesz, dostajesz upragnioną rzecz, i jesteś o siedem lat bliżej śmierci, niż byłeś rano. Taki handel też jest tu legalny.
Idzie dalej.
— Kardus ma rację co do długów, tylko mówi to tak, jakby to była ustawa. To nie ustawa, to raczej zwyczaj. Jak będziesz chciał coś od kogoś w tym mieście, to i tak się dowiesz, ile to kosztuje. Ale nie zaczyna się od długów. Zaczyna się od tego, żeby wiedzieć, gdzie się jest. Dlatego idziemy do łaźni. Jest w dzielnicy Sześciu Dłoni. My jesteśmy w Miechach. Musimy przejść przez Stukramie. Tyle musisz zapamiętać. Nazw ulic nauczysz się innym razem.

Miechy. Jedna z wielu dzielnic Stubramia.
Pierwsze pięć czy sześć łokci każdego domu to kamień starszy niż dom. Bloki dopasowane do siebie tak ściśle, że nie ma między nimi zaprawy. Wyżej idzie cegła, glina, deska, blacha, i im wyżej, tym mniej staranności, jakby budowniczowie wiedzieli, że dolna część i tak wytrzyma wszystko, co postawią na górze. Gdzieniegdzie w tym kamieniu wycięto otwory na drzwi i okna, i widać, że wycinał je ktoś później, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie.
Cztery kuźnie na jednej ulicy. Żadna nie ma pełnej ściany od frontu; palenisko stoi otwarte na przechodniów, a żar bije wprost na bruk, więc idzie się przez naprzemienne pasy gorąca i cienia, i po dziesięciu krokach przestajesz zwracać na to uwagę. Powietrze ma smak. Metaliczny, ten sam, co krew w gardle, tylko suchszy.
Nad wejściem do każdej kuźni wisi praktycznie to samo: podkowa, kołek, a na kołku para butów. Starych, zdartych, po kimś.
— Buty są po tych, co zginęli przy palenisku, podczas buntu żywiołaków ognia — mówi Trzewik przez ramię. — Tak mówi jeden kowal. Drugi mówi, że po dziadkach, i że to na szczęście. Trzeci mówi, że wisiały tu, zanim postawiono kuźnie. Pytałem wszystkich trzech.
W piątym warsztacie nie kują. Stoi tam coś wielkości wozu i nie jest wozem. Nie ma dyszla ani miejsca, gdzie dyszel mógłby być. Koła są cztery, ale przednie mniejsze od tylnych i osadzone w widłach, które dają się obracać. Z tyłu sterczy stożek z blachy zwinięty w spiralę, wypolerowany od środka. Rama jest z drewna okutego mosiądzem, a na niej jedno siedzisko, jedno, z pasami z rzemienia, i to te pasy mówią najwięcej, bo nikt nie przypina się do wozu, który ciągnie wół.
Gnomka w skórzanym fartuchu klęczy przy tym czymś i pracuje nie nad kołem ani nad osią, tylko nad kamieniem wielkości pięści, wsadzonym w klatkę z drutu pośrodku ramy. Kamień jest matowy. Kiedy dotyka go dwoma palcami, na moment przestaje być matowy, a we wszystkich czterech piastach odzywa się cienki, wysoki dźwięk. Wszystko na ulicy w promieniu kilku kroków porusza się o włos. Kurz podskakuje.
Klnie i przykrywa kamień dłonią. Dłoń jest ze stali, palce mają przeguby jak u zbroi, a spod rękawa fartucha widać, że reszta pewnie też. Dźwięk gaśnie.
Pod ścianą warsztatu stoją pod płótnem trzy inne, każdy inny, i z jednego wystaje coś, co jest chyba skrzydłem.
— Do środka nie wchodź — mówi Trzewik, nie zwalniając. — Ona wpuści każdego, kto zapyta, i potem nie da wyjść do wieczora. A ty masz dzisiaj inne sprawy.
Kawałek dalej sprzedają wodę. Kobieta z dwoma wiadrami na nosidle, ceną wypisaną kredą na fartuchu i kubkiem na łańcuszku, którego nikt nie myje. Przy niej kolejka. To pierwsza rzecz w tym mieście, przy której ktokolwiek stoi w kolejce.
Za rogiem kolejnej ulicy, dziura w bruku, wielkości koła od wozu, obstawiona czterema kamieniami i owinięta sznurem. W środku ciemno. Sznur jest nowy, kamienie stare, a bruk wokół wydeptany na gładko, bo wszyscy ją omijają i robią to od dawna. Nikt nie zagląda.
Wchodzicie po schodach. Na jednym ze stopni siedzi coś w kapturze, rozmiarów dziecka, i sprzedaje gwoździe na sztuki. Przy nodze ma dwie miski. W jednej brzęczy bilon. W drugiej nie ma monet.
Mieszkańcy wyglądają różnie i nikt tego nie komentuje. Mijasz kogoś o skórze jak kora. Mijasz dwoje, którzy trzymają się za ręce i mają dokładnie po tyle samo palców, tylko że po siedem. Mijasz zupełnie zwyczajnego mężczyznę z wąsem, który je bułkę, i przez chwilę to on wydaje ci się najdziwniejszy na tej ulicy.
Nikt się nie odwraca za tobą. Trzewik miał rację.
Bruk pod stopami jest w jednym miejscu starty inaczej niż wszędzie. Dwa równoległe pasy, gładkie, wąskie, biegnące środkiem ulicy i znikające za zakrętem. Za wąskie na koła wozu. Za daleko od siebie jak na ślad sań.
Po jakichś dwustu krokach ulica zaczyna się wznosić i między dachami widać, dokąd idziecie: w górę, gdzie kamień robi się jaśniejszy, a nad wszystkim stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła.
-
Dziewczynka? To komplikuje sytuację. Kobiety to dysharmonia, a młoda kobieta to prawdopodobnie chaos. Ale wyzwaniom należy iść naprzód.
Ystyriaeth słuchał uważnie słów Trzewika. Równie uważnie śledził trasę, którą szli. Od czasu do czasu zamykał oczy, wyobrażał sobie to co widział przed chwilą i patrzył ponownie by sprawdzić czy zapamiętał najważniejsze detale. Musi jak najszybciej zorientować się w budowie tego przedziwnego miasta, by móc swobodnie działać. Jego towarzysz sprawiał wrażenie jakby to wszystko robił już nie raz. Nie okazywał mu nawet drobnej niechęci, z drugiej strony nie był zupełnie na niego otwarty. Bardzo słusznie. Rozwaga tego drobnego człowieczka i okazana wcześniej cierpliwość wskazują na jego wewnętrzną harmonię. Jest dobrym, choć zapewne tymczasowym punktem oparcia, stabilnością w panującym wokół chaosie, czymś stałym w tej zmiennej społeczności.
Skoro miasto ma rutynę, a nawet przepisy i specjalny oddział dla tych którzy się tu pojawiają, to oznacza, że musiało tu przybyć wielu takich jak Ystyriaeth. Mnich przypomniał sobie z ksiąg, że była tam teoria o wielu światach, ale nikt jej ostatecznie nie dowiódł. Skoro jednak jest tu tak wiele "dziwadeł" i skoro wszyscy są do tego tak mocno przyzwyczajeni musi to być prawda. Czy zatem on sam też przybył z innego świata gdy pojawił się na terenie monastyru? Ale tam nie było bramy- ta przez którą przeszedł była w innym miejscu. A może każdy świat ma swoje pojedyncze dziwadło i każde ostatecznie ląduje tutaj? Może to miejsce to taki jakby zbiornik odpadów, naturalny, albo bardzo dobrze przemyślany mechanizm dbający o harmonię w różnych miejscach wrzechświata? Ystyriaeth przypomniał sobie nagle wyrwane z kontekstu słowa, które zapamiętał z czasu przed podróżą
"rozumiem, ale on nie odnajdzie tu wewnętrznej harmonii, a nam wcale z nim nie będzie łatwiej."
Czyżby Rada znalazła sposób by jednocześnie pomóc jemu i swojej społeczności? Jeśli tak to trudno się z nimi nie zgodzić. Jakkolwiek przykre jest to, że on mógł być tam zawadą, to jednak nie ma nic ważniejszego od Harmonii, a tu jednym działaniem mogli ją zapewnić i sobie i jemu i być może nawet tej społeczności, jeśli Ystyriaeth dobrze wypełni swoją misję.
Wzrok mnicha znowu padł na Trzewika. Ta istota by robić to co robi musi być albo dobrego usposobienia, albo przynajmniej musi być bardzo dobrze opłacana. W każdym razie to chyba dobra praca. Nie tylko ci w zbrojach są strażnikami porządku.
- Mam wiele pytań. Ty na pewno o tym wiesz. Jestem pewien, że nie pierwszy raz robisz to co robisz. Dlatego wstrzymam się z wypytywaniem. Prawdopodobnie odpowiedzi, które bym usłyszał nie są na ten moment tak istotne jak to co Ty mi powiesz, a jak rozumiem będziemy mieć jeszcze okazję do rozmowy. Z pewnością z resztą ty też chcesz czegoś się ode mnie dowiedzieć. Mów i prowadź, a ja słucham i obserwuję z uwagą.
Ystyriaeth potrzebował jak najwięcej przydatnych informacji. Wprawdzie uwaga o butach była dość dziwna, z drugiej strony być może dla kogoś o imieniu "Trzewik" takie zagadnienia mogą być bardzo interesujące.
Mnich zerknął na swoje stopy. On sam nigdy nie przywiązywał wagi do obuwia. Wychodził z założenia, że lepiej wiedzieć na czym się stoi. Przypomniała mu się legenda o pewnym stróżu prawa nazwiskiem Vimes, który podobno z zamkniętymi oczami potrafił poruszać się po swoim terenie, gdyż wyczuwał pod stopami dokładną strukturę podłoża. Iście mnisia perfekcja, wzór do naśladowania.
-
— Nie pierwszy raz — mówi Trzewik. — Ani nie setny. Bractwo Ostiariuszy. Tak się nazywamy, chociaż większość mówi po prostu „ci od sera". Pięćdziesiąt lat u nich jestem. Nie jestem żadnym starszym ani przełożonym, żebyś nie myślał. Jestem jednym z wielu, tylko starszym od większości.
Przekłada kosz na drugie ramię.
— Ludzie myślą, że jesteśmy od noszenia mydła. Prawda jest taka, że jesteśmy uczonymi. Mamy dom przy Wielkim Przęśle, o tam. — Nie ogląda się, tylko podnosi rękę i wskazuje ponad dachy, gdzieś w prawo, gdzie nad całym miastem stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła. — Jak się kiedyś zgubisz, szukaj tego. Widać go zewsząd.
Patrzysz w tamtą stronę dłużej, niż zamierzałeś. Bo ten łuk ma złe wymiary, tak samo jak schody miały złe wymiary, tylko w drugą stronę. Nikt nie stawia bramy takiej wysokości dla kogoś, kto przez nią przechodzi. Pod tym przęsłem zmieściłby się rynek. Zmieściłaby się wieża, położona na boku. Zmieściłoby się coś, co nie dotyka ziemi.
I zanim zdążysz o tym pomyśleć, nie oczy, a coś niżej, w brzuchu, jakiś odruch, który wie, ile trzeba zostawić zapasu nad czymś i pod czymś, i który właśnie stwierdził, że zapas jest odpowiedni. Że przejdzie. Że przechodziło. Nie ma do tego obrazu. Nie ma kształtu, nazwy, wspomnienia żadnej rzeczy, która by tamtędy leciała. Jest tylko wrażenie, że stoisz przed czymś, co widziałeś już z drugiej strony, i nieprzyjemna pewność, że patrzyłeś wtedy nie z dołu.
Trzewik idzie dalej i mówi coś o księgach.
— U nas w środku stoi z czterdzieści ksiąg pomiarowych, każda grubsza od ciebie, i siedzą nad nimi mędrcy, którzy nie widzieli słońca od tygodni. Portale tętnią magią. Nie słychać tego, nie widać, ale da się zmierzyć. Jak jeden zaczyna się budzić, to nawet i pół roku wcześniej wiemy, że coś się szykuje, a na dzień czy dwa przed, który to i mniej więcej kiedy.
Idzie dalej.
— Przy tobie pomiar wyszedł źle. Mieliśmy kilka godzin różnicy i obraliśmy zły poziom Czarnych Urwisk. Szukaliśmy cię dwie kondygnacje niżej, bo ktoś policzył głębokość od poziomu ulicy zamiast od poziomu komory. Tak się liczy od czterystu lat i nikt tego przez czterysta lat nie sprawdził. Masz szczęście. Naprawdę masz. Przybysze, którzy wychodzą sami, trafiają czasem tam, gdzie nikt na nich nie czeka, a nie wszędzie w tym mieście jest tak przyjemnie, jak tutaj. Ty wygrzebałeś się w górę i wpadłeś na kogoś, kto dał ci wody. Tak to się kończy raz na dziesięć razy.
Ulica wspina się i kończy bramą, która nie ma wrót, tylko dwa słupy i belkę u góry. Za nią jest plac.
— Stukramie — mówi Trzewik. — Ktoś kiedyś policzył kramy, wyszło mu sto i uznał, że to zabawne, bo miasto ma sto bram. Nie wyszło mu sto. Nazwa została.

Plac zajmuje tyle, co całe podnóże Miechów, jest nierówny, wybrukowany w czterech różnych epokach i pochyły, bo zbudowano go na zboczu i nikt nie chciał go równać. Wszystko na nim stoi lekko przekrzywione. Wozy klinuje się kamieniami.
Kramy są jeden przy drugim, bez porządku, bez podziału na branże. Obok siebie: nasiona w kopczykach, szkło do lamp, mięso w soli, pióra, klatki z czymś żywym, zwoje sznura, ostrza bez rękojeści, rękojeści bez ostrzy, wiadro pełne kluczy. Zwykłych kluczy do zwykłych drzwi, sprzedawanych na wagę. Trzy stragany dalej ktoś sprzedaje ziemię w woreczkach. Hałas jest inny niż w kuźniach. Tam był rytmiczny. Tu jest jednostajny i nie ma dna.
— Tu kupisz wszystko, co wolno kupić — mówi Trzewik. — To jest ważne, tak jak powiedziałem, bo to nie to samo, co „wszystko". Reszta też jest do kupienia w tym mieście i wie o tym każdy, łącznie z Zakonem. Tylko że tamte miejsca, ciemne miejsca, nie mają placów ani szyldów. Jak trafisz tam przez przypadek, to lepiej się czym prędzej wynosić.
W północnym rogu placu stoi budynek szerszy niż wyższy, z szyldem, którego nie umiesz przeczytać, bo namalowano go w dwóch różnych pismach, jedno pod drugim, tą samą ręką. W drzwiach, a drzwi są dwa razy wyższe niż w Miechach, stoi coś, co musi się schylić, żeby wyjść. Dwie głowy. Jedno ciało. Nie dwie twarze na jednej głowie, jak u Kardusa. Dwie osobne głowy na dwóch osobnych szyjach, wyrastające z barków szerokich jak wóz. Lewa wynosi beczkę i stawia ją przy ścianie. Prawa w tym samym czasie kłóci się przez ramię z kimś w środku, a kiedy lewa kładzie beczkę krzywo, prawa przerywa kłótnię w połowie słowa i warczy w bok:
— Krzywo.
— Nie krzywo.
— Krzywo, Orthos.
— Twoja ręka też trzyma, Porthosie.
Lewa poprawia beczkę. Obie głowy wracają do swoich zajęć.
— Ich karczma — mówi Trzewik. — Jak zaczną się kłócić o rachunek, to się lepiej nie wtrącaj.
Zwalnia i patrzy w stronę drzwi dłużej, niż patrzył na cokolwiek innego.
— I zapamiętaj sobie to miejsce, bo to jest pierwszy adres dla kogoś, kto nie ma pieniędzy. Oni gotują rzeczy, których składniki nie rosną w tym mieście ani nigdzie w promieniu tygodnia drogi. Wiszą u nich na ścianie karteczki: czego im teraz brakuje, ile płacą i jak ma być świeże. Wielu przybyszy w tym mieście zaczynało od takiej karteczki.
Po drugiej stronie placu mur się urywa i widać przez wyrwę coś, co jest starsze niż wszystko wokół. Amfiteatr. Owalny, wkopany w zbocze, z kamiennymi ławami schodzącymi w dół pierścieniami. Górne rzędy są wyszczerbione i zarośnięte; dolne wyślizgane do połysku przez siedzenia.
Na dole trwa walka. Dwóch na piasku, w skórzanych kaftanach, z bronią owiniętą płótnem. Wyższy uderza z góry, drugi przyjmuje to na przedramię i wchodzi do środka. Źle, za wysoko, z opuszczonym łokciem. Widzisz, jak skończy się to trzy ruchy wcześniej, niż się kończy. Piasek, brawa, obaj wstają. Ktoś podaje im wodę. Nikt nie ginie. Nikt nawet nie krwawi. Na ławach siedzi może dwieście osób, w środku dnia, w tygodniu.
— Teatr Szeptów — mówi Trzewik. — Wstęp wolny dla każdego, kto tu mieszka, a mieszkasz od dzisiaj. Wieczorem grają sztuki, w nocy śpiewają, po południu tłuką się na tępo. Jak będziesz się nudził, to tu przychodź.
Pośrodku areny, wprost na piasku, stoi łuk. Mniejszy od tego nad dachami, ale nie mały, obłożony złotą blachą, która w kilku miejscach odeszła i widać pod nią kamień. Walczący omijają go.
— A ten stoi tam dłużej niż teatr — mówi Trzewik. — Postawili ławy wokół niego. Raz na parę lat budzi się w środku przedstawienia i ktoś z niego wychodzi. Przy pełnej widowni, w świetle, w połowie trzeciego aktu.
Zwalnia.
— Widziałem to cztery razy. Za każdym razem widzowie klaszczą, bo myślą, że to część sztuki. A biedak stoi na piasku, nie wie, gdzie jest, i pierwsze, co słyszy w nowym świecie, to dwieście osób bijących mu brawo. — Wzrusza ramionami. — Dwóch naszych siedzi tam w pierwszym rzędzie na każdym przedstawieniu. Na wszelki wypadek. Też mają kosz.
Za placem ulica znowu idzie w górę i coś się zmienia, chociaż z początku trudno powiedzieć co. Powietrze robi się wilgotne. Pierwszy raz od przybycia.
— Zakon Janusowy też stoi przy portalach — mówi Trzewik nieco głośniej niż przedtem. — Mają rację, że stoją. Przez te bramy przychodzą różne rzeczy. Kiedyś, jeszcze przed moim czasem, przez jeden łuk wyszło coś, co zabiło czternaście osób, zanim dobiegli. Od tamtej pory chodzą zawsze i chodzą zbrojnie.
Bruk jest ciemniejszy, jakby przed chwilą padało, choć nie padało.
— Dzielą się na dwie części. Kluzjusze pilnują łuków, przez które się tu wchodzi. Patulcjusze pilnują tych, przez które się stąd wychodzi, a takich jest bardzo niewiele i nie pytaj mnie dzisiaj, ile. Kardus jest kluzjuszem.
Z góry dochodzi teraz dźwięk, którego wcześniej nie było. Niski, ciągły, bez rytmu. Odległy wodospad.
— Różnimy się jedną rzeczą i to nie jest drobiazg. — Trzewik musi już podnieść głos. — Oni podchodzą do przybysza, żeby sprawdzić, czy jest bezpieczny. My podchodzimy, żeby przybysz poczuł się bezpiecznie. To brzmi jak to samo zdanie powiedziane dwa razy, ale to są dwa różne miasta i zależy, które podejdzie pierwsze!
Ulica skręca. Wilgoć przestaje być wilgocią, a zaczyna być mgłą.
— Pięćdziesiąt lat temu, jak zaczynałem, byli pierwsi zawsze! I mieliśmy więcej takich, co się nie przyjęli! Więcej się rzucało, więcej uciekało, więcej nie dożywało tygodnia! Dlatego mamy ten kosz! Ser i mydło działają lepiej niż halabarda i mam na to czterdzieści ksiąg rejestrów!
Huk rośnie. Nie jest jeszcze głośny. Jest po prostu wszędzie.
— ...i dlatego przy tobie stali dziesięć kroków z tyłu, a nie z przodu! O to się kłóciliśmy dwadzieścia lat! Dziesięć kroków!
Mgła siada na twarzy. Smak świeżej wody w powietrzu. Ciało reaguje na to wcześniej niż głowa, bo popękane usta dopiero teraz zaczynają boleć.
— ...a najgorsze jest to, że przy łukach czeka jeszcze ktoś trzeci! — krzyczy Trzewik, a przynajmniej tak ci się wydaje. — ...nie noszą barw i nie... !
Reszta słów ginie.
Odwraca się, widzi twoją twarz i macha ręką. Gest, który znaczy: potem. Wskazuje w górę, gdzie ulica się kończy. Jesteście coraz bliżej dzielnicy Sześciu Dłoni. Do wodospadu i łaźni już niedaleko.
-
"Uczony"? Respekt Ystyriaetha do Trzewika wzrastał z każdą chwilą. Jak go uczono: "siła bez mądrości to pospolite barbarzyństwo".
"A może on by mi pomógł zrozumieć... NIE! To nie czas na pytania. Jeszcze nie".
By łatwiej poradzić sobie z pokusą mnich zmienił tok rozważań
"Dlaczego mędrcy tutaj noszą mydło dla przybłęd?"Te rozważania przerwał mu nagle widok łuku. W sumie nie do końca widok. Uczucie? Dezorientacja? Ystyriaeth nie lubił gdy cokolwiek zaburzało jego zmysły. Zawsze był dumny z bystrości swego wzroku, z czułości słuchu, z wrażliwości (lecz nie delikatności!) dotyku, z wyrafinowanego smaku i węchu zdolnego wyczuć se... to co chcesz nawet z większej odległości. Zmysły to podstawa rozeznania, a więc podstawa wpływu, jak mnich chce mieć na otoczenie. A jednak jak tylko przeniósł się tutaj ilość przedziwnych doznań sprawiła, że musiał wyłączyć niemal wszystkie zmysły, a teraz gdy dopiero co owe doznania sobie uporządkował i zaczął się odnajdywać jakoś w tym świecie, znowu pojawiło się jakieś dziwactwo. Zupełnie jakby ktoś chciał mu powiedzieć "nic nie wiesz o świecie, jesteś jak żaba na dnie studni".
Mnich zagubił realizm tego wszystkiego co się z nim działo przez ostatnią godzinę. Czym prędzej zamknąl oczy, odwrócił głowę w inną stronę i ostrożnie otworzył je znowu.
Dopiero co myślał sobie, że praca taka jak Trzewika w Bractwie Ostariuszy to byłby dobry punkt wyjścia dla niego by się tu zaaklimatyzować. Jednak jeśli to ma być ich siedziba to on nie chce przechodzić przez to uczucie każdego dnia. Prawdę mówiąc będzie się starał by w ogóle nigdy się nie powtórzyło.
W tym momencie obudziła się jego mnisia determinacja. "A może to byłoby dobre wyzwanie dla mnie na tym etapie?" Pomyślał.
Szli dalej.
Gdy niziołek przypomniał mu o kobiecie (o ile to była kobieta), która dała mu wody Ystyriaeth uśmiechnął się. Nieee. Oczywiście, że wyraz jego twarzy się nie zmienił. Uśmiechnął się wewnętrznie. Przecież nie straciłby nad sobą panowania z tak błahego powodu jak to, że ktoś... yyy...zadbał o jego bezpieczeństwo? ekhm.
"Będę musiał ją odnaleźć"- pomyślał. Nie zapytał jednak o nią Trzewika. Tamten najwyraźniej nie wiedział kto to, a poza tym to nie czas na pytania.
Mijali kram, a tym samym więcej niezwykłych indywiduów
"Każdy jest tu zupełnie inny, ale przynajmniej każdy jest sobą"- rozważał dalej. Trzeba na każdego patrzeć tu indywidualnie, unikać starych skojarzeń wobec każdej pojedynczej osoby. Osoba z dwoma twarzami to dobry przykład. W sumie to trochę jakby mieć więcej rąk. Po prostu ma możliwości lepiej wykorzystać swoje zmysły.
"Może i dwie twarze, ale jeden umysł który to spaja. Piękny przykład wewnętrznej harmonii"- filozofował.
W tym momencie Trzewik pokazał mu karczmę. Wyraźnie zwolił. Niemal się zatrzymał. Być może nawet drgneła mu powieka. Dwie głowy... Ystyriaeth niejasno pamiętał, że bywali nieszczęśnicy, którzy rodzili się zrośnięci ze swym bliźniakiem, tyle, że owego bliźniaka zwykle już nie było, a zostawały tylko części ciała. Albo obaj rodzili się martwi. Ale to... Dwie świadomości w jednym ciele. I to najwyraźniej zupełnie nieharmonijne świadomości. Zupełnie indywidualne, wręcz konkurencyjne. Czy to aby nie uosobienie dysharmonii? Dualizm w czystej postaci. Dosłownie "w postaci".
Ystyriaeth musiał to sobie szybko zracjonalizować, tym bardziej, że zgodnie ze słowami Ostariusza będzie tu często wracał."To ciekawy symbol tego czym jest społeczeństwo. Tak jak oni dzielą jedno ciało i muszą znaleźć drogę współpracy, tak ludy mimo różnic koncepcyjnych dzielą przestrzeń i zasoby. Tak! Poznanie tego... ekhm.. TYCH karczmarzy może być bardzo rozwojowe w zrozumieniu harmonii świata!".
Opowieść Trzewika o teatrze nie robiła już na nim takiego wrażenia. Nie po tym czego przed chwilą doświadczył, co wystawiło wpierw jego zmysły, a dalej rozum na ciężką próbę. Tak. Był "żabą w studni", ale przynajmniej taką, która dzięki swym zdolnościom i logice ma możliwość z owej studni się wydostać.
-

Woda spada z wysokości, której nie umiesz ocenić, bo góra nad miastem nie kończy się tam, gdzie twoim zdaniem powinna. Biel na szczycie nie jest chmurą. To lód. Leży tam pas lodu szerszy niż całe Stukramie i pod nim, w cieniu, kolejny, i to stamtąd idzie woda.
Spada w dłonie.
Trzy postacie w skale, wykute z niej i będące nią, każda wyższa niż wieża. Siedzą i trzymają ręce złożone w miski, jedna pod drugą, tak że woda z górnej przelewa się w środkową, ze środkowej w dolną. Sześć dłoni. Stąd nazwa dzielnicy, i to jedyna nazwa w tym mieście, którą zrozumiałeś od razu.
Twarze mają starte. Nie uszkodzone. Nie odbite w bitwie, nie wykruszone przez mróz, bo cała reszta jest ostra i widać fałdy szat i paznokcie u wielkich kciuków. Owale twarzy są gładkie, lekko wklęsłe i matowe, wytarte dokładnie tak jak imiona na płytach w tamtej komorze o świcie.
Woda wychodząca z najniższych dłoni paruje.
Idziesz pod tym przez kilkaset kroków i przez cały ten czas nie słyszysz nic poza hukiem. Bruk jest mokry na stałe. Po prawej, ponad dachami, widać drogę wykutą w zboczu, szeroką, prowadzącą w górę i w bok, w stronę czarnego urwiska pełnego dziur po komorach. Rano wyszedłeś którąś z nich.
Trzewik ciągnie cię za rękaw i prowadzi tam, gdzie huk trochę opada, bo zasłania go budynek: niski, długi, obrośnięty mchem na północnej ścianie, z dwoma wejściami i parą wytartych stopni przed każdym.
— Tam wchodzisz! — mówi. — Kartka wystarczy, pokaż ją przy wejściu i nic więcej nie mów! W środku masz się rozebrać, wymoczyć i przestać myśleć, bo trzecie i tak ci nie wyjdzie, ale spróbuj!
Wskazuje kciukiem za siebie, w górę, gdzie na skalnej półce stoi budowla bez okien, z trzema wejściami obok siebie.
— Ja idę do świątyni. Siostry prowadzą dom dla przybyszów i to u nich odsiedzisz swój tydzień. Muszę potwierdzić, że mają miejsce i że wiedzą, kogo dostają. Kapłani nie lubią niespodzianek, a ty, bez obrazy, jesteś prawdziwą niespodzianką.
Zostawia kosz.
— Wrócę po ciebie. Jak mnie nie będzie, czekaj w środku, nie na zewnątrz. Nikt ci tam nic nie zrobi. — Przez moment wygląda, jakby chciał dodać coś jeszcze, i nie dodaje. — Mydło masz w koszu.
Odchodzi. Nie ogląda się. Wewnątrz huk zamienia się w dudnienie w podłodze i w uszach robi się dziwnie pusto. Przedsionek jest ciepły i pachnie mokrym kamieniem, mydłem i czymś ziołowym, czego nie umiesz nazwać. Za ladą stoi kobieta o palcach spiętych błoną i przelicza kartki na sznurku, nie patrząc na nie. Bierze twoją, ogląda przez sekundę, podnosi na ciebie oczy, opuszcza.
— Przybysz — mówi, nie pytając. — Pierwszy raz. Rzeczy do koszyka, koszyk pod ławę, ubranie dostaniesz z powrotem suche, bo to się tu robi. Jestem Wercha. Jak coś się stanie, to krzycz.
Wskazuje dłonią, a błona między palcami rozciąga się jak wachlarz.
— Tam ciepłe, tam zimne, tam jedzenie. Nie wchodź do zimnych po ciepłych, bo potem u ciebie będzie gorączka, a ja będę mieć co sprzątać.
Przebieralnia to długa sala z ławami wzdłuż ścian i rzędem koszy pod nimi. Tu jest najgłośniej z całych łaźni, bo wszyscy mówią jednocześnie i nikt nikogo nie słucha. Dwoje starszych mieszkańców kłóci się o to, który kosz zajęli.
Ciepłe to sześć zagłębień w posadzce, każde wielkości niewielkiego stawu, wypełnionych wodą, która jest cieplejsza, niż powinna być woda z lodowca, i nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Para stoi pod sufitem warstwą na wysokości głowy. Mieszkańcy siedzą po szyję, oparci o krawędzie, i rozmawiają cicho, bo tu się nie krzyczy.
Zimne to jedno głębokie oczko przy ścianie od wodospadu, gdzie woda wchodzi wprost ze skały. Ktoś tam siedzi zawsze i zawsze robi to na pokaz.
Jadalnia jest przy wyjściu: dwadzieścia stołów, jedna kucharka, jedno danie dnia i piwo. Mieszkańcy jedzą w ręcznikach.
Mieszkańcy.
Drakon mosiężnej barwy, siedzi w najgorętszej wodzie i ma zamknięte oczy, a z nozdrzy schodzi mu para. Konstrukt z drewna i blachy stoi w płytkim brzegu i szoruje sobie płytę napierśną szczotką, a woda wokół niego jest różowa. Coś z łuskami i grzebieniem na plecach leży całkowicie zanurzone na dnie i nie wypływa. Kobieta o skórze pokrytej drobnym, szarym pyłem zmywa go z siebie i zeskrobuje paznokciem; pod spodem jest taka sama. Chłopak o twarzy zwyczajnej i rękach o jeden staw za długich rozdaje karty na brzegu basenu. Starzec bez jednej nogi opowiada głośno historię, którą sąsiedzi znają, bo kończą mu zdania. Dwoje niziołków przysypia w wodzie na plecach, trzymając się za ręce, żeby nie odpłynąć. Ktoś w kapturze siedzi w zimnym oczku, w kapturze, w wodzie, i nikt tego nie komentuje. Niska kobieta o dwóch twarzach moczy stopy przy krawędzi, a obok zwinięty mundur - Zakon Janusowy też się myje. I gdzieś z boku ktoś zupełnie zwyczajny, z wąsem, je bułkę.
Rozmowy dochodzą do ciebie warstwami, jak przedtem hałas na ulicy.
Ktoś tłumaczy komuś miasto. Palcem po mokrym kamieniu: tu masz Miechy, niżej, tam kują i tam się mieszka tanio; tu Stukramie, kramy; tu my, Sześć Dłoni; tu Wzgórze Kolegialne, tam nie chodź bez układów i pieniędzy; tu Park Hesperyd; tu Kurzawa, tam nie wchodź w ogóle; tu Podbramie Zachodnie, a to są Podwoje, bo tam siedzi Zakon. A tam, palec przystaje, Czarne Urwiska. Tam się nie mieszka za życia, tylko po śmierci. Wszystkiego nie usłyszałeś, ale pewnie mógłbyś prosić o powtórzenie.
Dwóch kupców liczy. Wiele dóbr w tym mieście, pominąwszy zakopane w podziemiach artefakty i wiedzę dawnych epok, jest z zewnątrz, z Zamurza, i nic z zewnątrz nie przychodzi łatwą drogą, bo górskie drogi są niebezpieczne. Karawana kosztuje nieraz więcej niż towar. Raz na pokolenie zależne od upraw opartych o kanaty miasto głoduje. Kolejny wątek, który być może cię zainteresuje.
Ktoś narzeka na Trzykrotnych. Sami się nazywają Termaksjanami. Trzy to dla nich ważna liczba, bo trzy wieże stoją w Miechach, każda hołdująca jednej z trzech wielkich sztuk: jedna dla alchemików, jedna dla magów, jedna dla sferologów. Wieże zbiorczo to tak zwany Almutałat, a Termaksjanie czy Trzykrotni to hermetyczna gildia mędrców, gdzie od wieków nie znalazł się ani jeden mag, który opanowałby wszystkie trzy sztuki tak jak ich legendarny założyciel, choć uzurpatorów było wielu...
Kobieta z cechu rzemieślniczego mówi o murze. Każdy cech odpowiada za swój odcinek: garbarze za kurtynę, kotlarze za basztę, i tak dalej, i to jest powód, dla którego mistrz cechu ma w tym mieście czasami więcej do powiedzenia niż pontyfik. A potem milknie i mówi ciszej, że jest jeden odcinek, zaniedbany, za który nie odpowiada nikt, i że wszyscy o tym wiedzą, i że od czterdziestu lat rada obraduje nad tym, czyj on jest.
I ktoś, kto był na północy. Za górami jest woda. Nie rzeka. Woda bez drugiego brzegu, słona. Słynne morze, do którego prowadzi szlak, niedostępny przez cztery miesiące w roku.
Dwa razy w ciągu godziny robi się ciszej. Pierwszy raz nie rozumiesz dlaczego. Drugi raz stoisz już bliżej wyjścia i widzisz. Ulicą przed łaźniami idzie procesja. Osiem osób, nosze, na noszach coś owinięte szarym całunem, i nikt nie płacze, nikt nie śpiewa, nikt nie bije w nic. Idą w górę, tą drogą wykutą w zboczu, w stronę czarnych dziur w odległym urwisku.
W łaźniach nie milkną wszyscy. Milkną ci, którzy akurat siedzą po stronie wyjścia, i milkną tylko na tyle, na ile procesja jest widoczna. Potem wracają do rozmowy dokładnie w tym miejscu, w którym ją zostawili. Tędy chodzi się na Czarne Urwiska i tędy chodzi się do wody. Innej drogi nie ma.
Woda jest tak ciepła, że przestajesz czuć, gdzie kończy się skóra.
Pierwszy raz od rana nic nie śmierdzi i nic nie huczy. Mięśnie ud puszczają. Dłonie szczypią w otarciach i to szczypanie jest jedyną rzeczą, która ma jeszcze ostrą krawędź.
Dlatego zauważasz o cztery uderzenia serca za późno, że ktoś siedzi po twojej prawej.

Kobieta. Szczupła, z włosami czarnymi i mokrymi, zaczesanymi do tyłu, o skórze o pół tonu za jasnej jak na tutejsze słońce. Oczy ma duże i ciemne i patrzą na wprost, w parę nad wodą, nie na ciebie. Siedzi w odległości, która jest uprzejma. Na tyle blisko, żeby dało się mówić, na tyle daleko, żeby nie trzeba było.
Coś w niej jest nie tak i dopiero po chwili wiesz co. Oddycha nieczęsto. I kiedy przechyla głowę, przez ułamek sekundy wydaje ci się, że przechyliła ją dwa razy. Raz ona, raz coś, co siedzi tuż za nią i nie ma kształtu?
W żołądku, dokładnie tam, gdzie od rana siedzi szyb bez stopni, coś się odzywa. Nie strach. Ostrzeżenie bez treści, jak wtedy.
— Woda jest przyjemniejsza po zmierzchu — mówi, nie odwracając głowy. — Cieplejsza i mniej mieszkańców. Ale pierwszego dnia i tak trzeba przyjść w dzień, bo po ciemku nikt tu nie trafi.
Teraz patrzy.
— Aletheja. Nie pytam, jak ci na imię. Przez pierwszy tydzień wszyscy odpowiadają na to pytanie źle i potem jest im głupio... Mnie zresztą też...
Uśmiech ma spokojny, bez zębów, i trwa dokładnie tak długo, jak powinien.
— Boli cię głowa? Nie za skroniami. Z tyłu, u nasady czaszki, jakby ktoś ci tam zostawił rękę. — Przesuwa się o pół dłoni bliżej. — Bo jeśli tak, to nie od wody i nie od słońca, i nie warto tego przeczekiwać. Prawie nikt z was o tym nie mówi przez pierwsze trzy dni, a potem już jest za późno, żeby to komuś opisać.
Tak. Tylko głowa. Zaczynasz zauważać, że boli. I że boli od rana.
Woda jest ciepła. Naprzeciwko ktoś się śmieje z czegoś, czego nie słyszałeś.
-
Cel był jeden. Mieć dłuższą chwilę dla siebie: dla umysłu, ciała, zmysłów.
Ystyriaeth tyle już widział, że kolejne osobniki nie robiły na nim wrażenia. Ci którzy wyglądali na "normalnych" także. Mógł śmiało założyć, że nawet ci "zwykli" kryją coś jak na przykład dodatkowa para oczu w... w niewidocznym miejscu.Hm. Można powiedzieć, że wszyscy tutaj są "Insolitus.
Mnich zastosował się do wszystkich poleceń. Poszukał miejsca, które było w miarę odludne i tam zaczął się stopniowo relaksować. Sądząc po treści rozmów tutaj to było naprawdę dobre miejsce na zdobycie informacji. On jednak już wcześniej postanowił, że to nie dziś. Dziś jest czas na uspokojenie, na skupienie na swoim KI. Najpierw się porządni umył, po czym rozluźnił w ciepłej wodzie.
Co do jednego Trzewik się pomylił. Ystyriaeth był mnichem. Potrafił się wyłączyć. Potrafił nie myśleć. Stan skupienia na wszystkich lub pojedynczych zmysłach, stan analizy i stan nie- myślenia a jedynie przetwarzania, wreszcie stan skupienia na własnej harmonii, własnym KI- te wszystkie stany opanował może nie do perfekcji ale do poziomu jej bliskiemu.
Ystayriaet nie myślał. Nie widział, nie słyszał. Zostawił sobie tylko dotyk, by czuć ciepło wody i przyjemne dla każdego człowieka (tak: nadal myślał o sobie jak o człowieku) uczucie, że miła woda otula cię całego.
To wlaśnie ten zmysł go zdradził. To ten zmysł przerwał w końcu jego medytację. Na pewnym poziomie skupienia się na dotyku odczuwa się nie tylko to z czym ma się bezpośrednią styczność, ale także bliskość tak obiektów jak i osób.
Tak. Ktoś był blisko. Zbyt blisko.
Powoli otworzył oczy. Nie poruszył głową ale widział.
Kobieta. Dlaczego to musiała być akurat kobieta? Ze wszystkich dziwadeł jakie tu były wokoło? Nie mógł to być na przykład wieprz o dwóch ogonach i ryju na brzuchu?Ystyriaeth nigdy nie lubił mieć styczności z kobietami. Nie potrafił sobie przypomnieć wydarzeń z tym związanych, ale żywił głębokie przekonanie, że ta płeć to esencja dysharmonii sama w sobie.
Kobiety nie zachwoują się racjonalnie, nie kierują się logiką- nawet swoją własną, choć czasem twierdzą, że ją mają. Ich decyzje potrafią się zmienić pod wpływem zmian pogody, albo nawet wrażenia, że pogoda się zmieniła.
W dodatku z tą konkretną coś było nie tak. Z resztą w tym miejscu musiało coś z nią być nie tak.
Od samego jej głosu rozbolała go głowa. Musi być ostrożny. Jeśli spróbuje się do niego jeszcze zbliżyć zareaguje. Może jednak sama się odczepi? Ystyriaeth postanowił ją przeczekać. Pozostał jednak czujny.
Był gotowy by opuścić zbiornik jedynym płynnym ruchem.
-

WIS (Insight) DC 13 = 17+3 -> sukces
Nie kłamie. Tego jesteś pewien i to jest pierwsza rzecz, która nie pasuje, bo spodziewałeś się fałszu, a fałszu nie ma. Wszystko, co powiedziała, wydaje się prawdą, łącznie z tym o głowie.
Drugą rzecz rozpoznajesz później i rozpoznajesz ją odruchowo, jakby trenowano cię w tym latami, choć trudno przywołać z pamięci czasy szkoleń. Odległość, w której usiadła, jest wymierzona. Pauza po jej własnym imieniu trwała dokładnie tyle, ile musiała. Przesunęła się o pół dłoni, nie o całą. Nic z tego nie jest przypadkiem i nic z tego nie jest pierwszym razem. Ona nie rozmawia. Ona prowadzi rozmowę, tak jak prowadzi się kogoś korytarzem. Uprzejmie, bez dotykania, i tylko ona wie, gdzie są drzwi.
Trzecia rzecz jest najprostsza. Ona czeka. Nie na twoją zgodę, bo o nic nie poprosiła. Czeka, aż zapytasz, i wtedy to, co powie, nie będzie jej propozycją, tylko odpowiedzią na twoje pytanie. Czego chce, nie wiesz. Wiesz tylko, że chce, i że jest w tym lepsza niż ty w przeczekiwaniu.
Milczysz. Ona pozwala temu milczeniu potrwać trzy oddechy. Swoje oddechy, nie twoje, więc trwa dłużej, niż powinno.
Potem przestaje czekać.
— Nie zapytasz — mówi. — To ci opowiem o tych, którzy trafiają do Stubramia.
Opiera łokcie o krawędź za sobą i przestaje być zwrócona ku tobie. Mówi w parę.
— Każdy, kto tu przychodzi przez portal, dostaje to samo. Nie pustkę. Gdyby to była pustka, byłoby łatwo. Dostaje przebłyski. Urywki wspomnień. Zapach, którego nie umie przypisać. Twarz bez imienia. Jedno słowo, przy którym robi mu się zimno, i nie wie dlaczego, bo słowo nic nie znaczy. Wraca to nocą, przed snem.
— Wszyscy postanawiają wtedy to samo. Postanawiają zrozumieć. Szukają. Pytają uczonych, płacą za tłumaczenia, chodzą po Stukramiu i pokazują obcym handlarzom rzeczy, które przynieśli ze sobą.
Pauza.
— I część z nich coś znajduje. Ledwie coś. Rzadko całą prawdę.
Teraz odwraca głowę.
— Nie mówię ci, że nie warto. Mówię ci, co widziałam. To, co czeka na drugim końcu tych urywków wspomnień, jest zwykle tym, przed czym się uciekło. Przybysze nie trafiają tutaj z miejsc, do których chce się wracać. A kiedy już znajdą, nie mogą tego odłożyć, bo to jest w środku i idzie z nimi wszędzie. Mam takich trzech znajomych. Dwóch bym ci nie pokazała.
Para nad jej prawym ramieniem znosi się pod prąd względem całej sali.
— Można inaczej. Nie trzeba tego rozumieć. Można to po prostu oddać.
Mówi to tak spokojnie, jakby proponowała, żebyś zdjął mokry płaszcz.
— Nie całość. Nikt nie oddaje całości i nikt by jej od ciebie nie chciał. Wybiera się jedną rzecz. Tę, która najbardziej uwiera. Wyjmuje się ją, a razem z nią schodzi to, co się przy niej trzyma: to zimno, ten niepokój, to budzenie się w nocy. Zostajesz sobą, tylko bez tego jednego miejsca, które boli. Nawet nie wiesz potem, że czegoś nie ma. Nikt nie wie. To jest cały sens.
— I dostajesz za to pieniądze, bo to jest transakcja, a nie przysługa. Sto sztuk złota, dzisiaj, za jedno wspomnienie. Nie wiem, czy rozumiesz, ile to jest, ale mało kto trafia tutaj z taką sumką.
Wraca wzrokiem do pary.
— Za tydzień to samo wspomnienie będzie warte trzydzieści, bo za tydzień będzie już w kawałkach. Za miesiąc nie będzie miało żadnej wartości. Wtedy się rozsypie samo i nie dostaniesz za to nic, a niepokój zostanie, bo emocje potrafią zostać dłużej niż wspomnienie.
Wyciąga rękę z wody i kładzie płasko na krawędzi między wami. W dłoni nic nie ma.
— Jestem tu do zamknięcia. Jutro rano też. Nie musisz mi dzisiaj nic mówić. Ani jak masz na imię, ani co widzisz, kiedy zamykasz oczy.
-
Wyważone ruchy, strategia, odpowiednie ustawienie ciała.
"Zachowaj czujność, patrz, słuchaj, czuj, przewiduj, zapobiegaj, wpływaj". Zachowanie kobiety nieco przypominało wpojone mnichowi zasady.
Ystyriaeth nie wiedział jak długo go obserwowała, co z niego wyczytała, ale nie ulegało wątpliwości, że dobrze przygotowała się do działania. Do tego by na niego wpłynąć.
Nie była jednak mnichem. Z resztą czy kobieta mogłaby być dobrym Adeptem? Niemożliwe, chociaż w tym świecie może i takie dziwactwo by mogło mieć miejsce.
Niemniej jej postawa przypominała mu inną klasę społeczną. Tych którzy zawodowo skupiają się na wpływie innych ludzi. Z resztą jej propozycja potwierdziła to tylko. Ta kobieta była kupcem. Tak w tej dziedzinie płeć zmienna doskonale sobie radzi.
Jednak towar którym handluje...
Sprzedać wspomnienia?
Ystyrieth tutaj widział dziwactwa, czuł dziwactwa, słyszał o dziwactwach od Trzewika, ba! sam zachowywał się dziwnie- jak wtedy gdy zwymiotował publicznie. Teraz dowiedział się, że i możliwości w tym miejscu bywają dziwaczne.
Gdyby miał się pozbyć jakiegoś wspomnienia to byłoby wyżej wspomniane "uzewnętrznienie". Co by to jednak oznaczało? Czy na przykład nie pamiętałby przy okazji początku rozmowy z Trzewikiem? Czy nie pamiętałby badania jakie przeprowadził Janusowy Strażnik?
Nie! To było bardzo niebezpieczne. To byłoby totalne zaburzenie harmonii.
Z resztą nawet nie wiedział czy kwota przez nią zaproponowana to dużo czy mało. Do tej pory otrzymał wszystko za darmo. Trzewik też wspominał wcześniej, że liczy się tu waga złota, a nie ich ilość. Ona zaś mówiła o 100 SZTUKACH złota. Nawet gdyby Ystyrieath znał tutejsze ceny to i tak nie wiadomo jak wielkie by były złote krążki.
Tak ta handlarka była sprytna, z pewnością wprawiona. Znalazła kogoś nowego, nieobeznanego, a takiego najłatwiej naciągnąć.
Co do jednej rzeczy jednak ta kobieta bardzo się myliła. Ystyriaeth nie przybył tutaj by od czegoś uciec. On przyszedł by coś odnaleźć! By odnaleźć utraconą część siebie. I nie był zdesperowany by przypomnieć sobie wszystko co było przed wejściem do portalu. List który sam sobie pozostawił oraz część wspomnień jakie zachował wyraźnie mu mówiły, że te rzeczy nie są potrzebne, bo pozostało w Nim to co najważniejsze: filozofia, którą żył, szkolenie które odbył i jego efekty, spójność jaką wypracował.
Ystyriath wzgardził w sercu tą kobietą. To że naciągała innych to nic niezwykłego- wszyscy kupcy tak czynią. Jednak ona zawodowo niszczyła harmonię innych istot. Zaburzała ich KI. Odbierała możlwość samodoskonalenia w imię pozornego spokoju.
Z resztą kto miał gwarancję co zrobi gdy pozwoilsz jej wejść do swej głowy? Jeśli ci zabierze coś jeszcze nawet nie będziesz o tym wiedzieć, szczególnie tutaj gdzie nie ma nikogo kto by ci przypomniał.
To miejsce to wyzwanie, spore wyzwanie, ale z takimi należy się mierzyć, a nie od nich uciekać. Jeśli będzie miał nagłe przebłyski- dobrze. Poradzi sobie z nimi jak ze wszystkim. Z takimi jak Aletheja także. Ale to jeszcze nie jest czas wpływu. To czas czujności i obserwacji. Gdy jednak nadejdzie czas Ystyriaeth uratuje społeczność przed złodziejami wspomnień. To z takimi właśnie twórcami chaosu Ystyriaeth poprzysiągł walkę.
Bez słowa wstał, owinął się w ręcznik i odszedł do części jadalnej. Poszukując odosobnionego miejsca, gdzie mógłby w spokoju coś zjeść.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się