Ystyriaeth
-
Żołądek się znowu odezwał, ale tym razem z innego powodu. Ystyriaeth ostrożnie spojrzał na to małe włochate coś. Przypomniał sobie, że tamten mu się przedstawił. Trzewik. Jak można nazwać samego siebie od buta? Najchętniej Ystyriaeth sięgnąłby zaraz po ser, ale uświadomił sobie, że on sam jednak jeszcze nie wypowiedział swojego imienia. Żadnego z nich. Postanowił użyć pierwotnego i zobaczyć jak zareagują. Z resztą zadano mu pytanie. Ostrożnie otworzył swoje nozdrza na dopływające zewsząd wonie licząc na to że powstrzymają apetyt. Poczuł jednak głównie ser. Powstrzymując ślinę napływającą mu do ust rzekł:
[Usiłuję sobie przypomnieć czy Tamten wykonał jakiś gest gdy się przedstawił, a jeśli tak to go powtarzam.]
- Zowię się Ystyriaeth i przybywam z... miejsca gdzie panuje pokój i harmonia. Przeszedłem szkolenie w monastyrze. Nie wiem co dla was jest tutaj normalne... tam jest nieco czystsze powietrze, jest jaśniej i bardziej kolorowo- przynajmniej latem. Zimą jest... cóż zimno. Mamy pola, skały, ziemię w kolorze brązu, słońce i księżyc... a może dwa. I miasta. Tak, ale żadne nie wygląda jak to tutaj.. tak sądzę. Hmmm. W każdym razie nie kojarzę nikogo jak... Twego pokroju yyy.. Panie? Nawet z opowieści.
I zdobywając się na szczerość dodał
- z resztą ja też byłem tam dość.. nietypowy.
Po tej kwestii spojrzał na rozmówcę swoim przenikliwym wzrokiem spodziewając się niewybrednych komentarzy na temat swojej fizjonomii.
-
Kluzjusz Kardus nie odpowiada od razu. Słucha tylną twarzą, bo przednia patrzy już w stronę wylotu ulicy.
— Pokój, harmonia... Słońce i księżyc — powtarza. — Albo dwa. Pola, skały, brąz. Lato i zima.
Milknie na dwa oddechy.
— Zapisać: „praworządna sfera zewnętrzna, nieustalona". Do weryfikacji z kwestorem w Podwojach.
Skrobanie rylca. Zapisane. Kardus odwraca się do ciebie i wskazuje palcem w zbrojnej rękawicy.
— Ystyriaeth. Podałeś to imię, więc jest teraz twoje. Radzę zapamiętać, jak brzmiało, bo mieszkańcy tutaj bardzo szybko zaczynają mówić do ciebie inaczej i po trzech miesiącach nie pamiętasz, jak było na początku.
Rusza. Trzej pozostali ruszają razem z nim bez rozkazu. Dwóch przodem, jeden z tyłu, w odstępach, które muszą być przećwiczone. Ten z medalionem mija cię i nie patrzy. Kardus nie odwraca się, żeby powiedzieć ostatnie zdanie. Nie musi.
— Siedem dni, chuda żabo. Liczę od dzisiaj.
Złote zbroje Zakonu Janusowego znikają za rogiem.
Trzewik czeka jeszcze chwilę.
— Ystyriaeth — powtarza po chwili. Wymawia poprawnie za pierwszym razem. — Dobre imię. Trudne, to i nikt ci go nie skróci na złość, tylko z lenistwa. Zapamiętam.
Milknie na moment.
— Co do nietypowości... Widzisz tego na dachu po lewej? Nie patrz za długo, on tego nie lubi. Siedem rąk. Kryje gont najlepiej w Miechach i bierze za to potrójnie. Chłopak od gwoździ, ten w fartuchu przy tamtym warsztacie, przyszedł tu przez portal sto czterdzieści lat temu i wygląda na piętnaście, bo tam skąd przyszedł piętnaście lat trwa dłużej. Mieszka tu też taka kobieta, co ma dziecko, które śpi tylko w dzień i mówi w starożytnym języku.
Zadziera głowę do góry, żeby spojrzeć ci w oczy.
— Nikt na ciebie tutaj nie patrzy. Naprawdę nikt. Przez pierwszy tydzień wszyscy tak robią — chodzą i czekają, aż ktoś ich wyśmieje. Nikt nie wyśmieje. Tu nie ma z czego, bo połowa miasta byłaby następna w kolejce. Kardusem się nie przejmuj. To duergar z Podmiasta, którego od rana boli głowa od słońca.
Rozgląda się po ulicy, raz w jedną stronę, raz w drugą, i dopiero potem mówi.
— Jedno tylko. Nie mów każdemu, że przyszedłeś dzisiaj. Nie dlatego, że to wstyd. Dlatego, że są tacy, co czekają na świeżych, i płacą uczciwie, i to jest w tym najgorsze.
-
Ystyriaeth po raz kolejny nie odpowiedział na słowa rozmówcy od razu, ale przemyślał wszystko w ciszy. Tamten nie wydawał się zniecierpliwiony, a ta cierpliwość wzbudziła szacuenk u mnicha.
Do Ystyriaetha zaczęło coś docierać. Owszem to miejsce ma stróżów porządku, ma również swoje zasady, ale szczególnie ostatnia wypowiedź Trzewika bardzo mocno sugeruje, że to prawo niekoniecznie jest szanowane przez wszystkich.
"Może po to właśnie tu przybyłem"- pomyślał. Zaraz jednak się poprawił. "Najpierw ład wewnętrzny, najpierw rozeznanie w otoczeniu".Z tego co opowiadał Trzewik wynikałoby także, że tak jak w poprzednim życiu Ystyriaetha wszyscy mieli podobną fizjonomię- z jego wyjątkiem rzecz jasna- tak tutaj jest dokładnie na odwrót. Każdy jest inny. Nie ma dwóch podobnych osób. No chyba żeby liczyć dwie twarze w jednej głowie za osobne osoby. Ale to nie miałoby sensu, żeby dwie świadomości mieszkały w jednym ciele prawda?
W końcu Ystyriaeth zwrócił się bezpośrednio do Trzewika, na "ty" tak jak zrobił to tamten:
- wspomniałeś o chłopcu mówiącym w starożytnym języku. Czy mógłbyś nas ze sobą poznać? Widzisz interesuję się językami, szczególnie takimi, które są mało znane.- i przypominając sobie słowa strażnika dodał- będę ci coś winien.
Na koniec uznał, że to dobry moment by zająć się serem. Chwycił go pamiętając by użyć tej czystej ręki, nie zaś tej którą oczyszczał twarz i potem wytarł o podłoże. Przy tej okazji przypomniał sobie o owej łaźni, z której chętnie by teraz skorzystał.
-
Trzewik nie odpowiada od razu, i to nie jest to samo milczenie, co twoje.
— Dziewczynka — mówi w końcu. — Nie chłopiec.
Podnosi kosz z ziemi i zarzuca na ramię.
— Poznam cię. Nie dzisiaj. Za tydzień. I nie będziesz mi nic winien, bo ja tego nie liczę. Od pięćdziesięciu lat nie liczę i jeszcze nie zbankrutowałem.
Rusza. Nie sprawdza, czy idziesz.
— Ale skoro już o długach mowa. Pieniądze rozumiesz? Monety. Złoto, srebro, miedź, krążki z metalu, dajesz komuś krążek, dostajesz chleb. Jedzenie.
Nie czeka długo na odpowiedź. Najwyraźniej tak samo pyta wszystkich i zdążył się nauczyć, że nie ma na to jednej odpowiedzi.
— Nieważne skąd te monety. Bite w miejscach, o których nikt tu nie słyszał, z profilami władców, którzy dawno nie żyją. Nikogo to nie obchodzi. Ma być kruszec i ma się zgadzać waga. Kupiec kładzie ci to na szalkę, nie patrzy na stempel, tylko na wskazówkę, i tyle.
Wchodzi między wozy, a tłum rozstępuje się przed nim, zanim zdąży kogokolwiek poprosić.
— Gorzej, kiedy trafisz na kogoś, kto monet nie chce. A trafisz. Jest tu lutnik, który za instrument bierze wyłącznie kamienie w kolorze, którego nie umiem ci opisać, bo nie istnieje w tym świecie. Jest baba, co sprzedaje składniki do czarów i przyjmuje zapłatę tylko w czymś, czego ci nie opiszę, bo byś drugi raz zwymiotował. I są tacy, co biorą lata.
Zatrzymuje się na moment, żeby przepuścić wóz.
— Nie zapłatę za lata. Lata. Twoje. Podpisujesz, dostajesz upragnioną rzecz, i jesteś o siedem lat bliżej śmierci, niż byłeś rano. Taki handel też jest tu legalny.
Idzie dalej.
— Kardus ma rację co do długów, tylko mówi to tak, jakby to była ustawa. To nie ustawa, to raczej zwyczaj. Jak będziesz chciał coś od kogoś w tym mieście, to i tak się dowiesz, ile to kosztuje. Ale nie zaczyna się od długów. Zaczyna się od tego, żeby wiedzieć, gdzie się jest. Dlatego idziemy do łaźni. Jest w dzielnicy Sześciu Dłoni. My jesteśmy w Miechach. Musimy przejść przez Stukramie. Tyle musisz zapamiętać. Nazw ulic nauczysz się innym razem.

Miechy. Jedna z wielu dzielnic Stubramia.
Pierwsze pięć czy sześć łokci każdego domu to kamień starszy niż dom. Bloki dopasowane do siebie tak ściśle, że nie ma między nimi zaprawy. Wyżej idzie cegła, glina, deska, blacha, i im wyżej, tym mniej staranności, jakby budowniczowie wiedzieli, że dolna część i tak wytrzyma wszystko, co postawią na górze. Gdzieniegdzie w tym kamieniu wycięto otwory na drzwi i okna, i widać, że wycinał je ktoś później, bo krawędzie są poszarpane, a reszta nie.
Cztery kuźnie na jednej ulicy. Żadna nie ma pełnej ściany od frontu; palenisko stoi otwarte na przechodniów, a żar bije wprost na bruk, więc idzie się przez naprzemienne pasy gorąca i cienia, i po dziesięciu krokach przestajesz zwracać na to uwagę. Powietrze ma smak. Metaliczny, ten sam, co krew w gardle, tylko suchszy.
Nad wejściem do każdej kuźni wisi praktycznie to samo: podkowa, kołek, a na kołku para butów. Starych, zdartych, po kimś.
— Buty są po tych, co zginęli przy palenisku, podczas buntu żywiołaków ognia — mówi Trzewik przez ramię. — Tak mówi jeden kowal. Drugi mówi, że po dziadkach, i że to na szczęście. Trzeci mówi, że wisiały tu, zanim postawiono kuźnie. Pytałem wszystkich trzech.
W piątym warsztacie nie kują. Stoi tam coś wielkości wozu i nie jest wozem. Nie ma dyszla ani miejsca, gdzie dyszel mógłby być. Koła są cztery, ale przednie mniejsze od tylnych i osadzone w widłach, które dają się obracać. Z tyłu sterczy stożek z blachy zwinięty w spiralę, wypolerowany od środka. Rama jest z drewna okutego mosiądzem, a na niej jedno siedzisko, jedno, z pasami z rzemienia, i to te pasy mówią najwięcej, bo nikt nie przypina się do wozu, który ciągnie wół.
Gnomka w skórzanym fartuchu klęczy przy tym czymś i pracuje nie nad kołem ani nad osią, tylko nad kamieniem wielkości pięści, wsadzonym w klatkę z drutu pośrodku ramy. Kamień jest matowy. Kiedy dotyka go dwoma palcami, na moment przestaje być matowy, a we wszystkich czterech piastach odzywa się cienki, wysoki dźwięk. Wszystko na ulicy w promieniu kilku kroków porusza się o włos. Kurz podskakuje.
Klnie i przykrywa kamień dłonią. Dłoń jest ze stali, palce mają przeguby jak u zbroi, a spod rękawa fartucha widać, że reszta pewnie też. Dźwięk gaśnie.
Pod ścianą warsztatu stoją pod płótnem trzy inne, każdy inny, i z jednego wystaje coś, co jest chyba skrzydłem.
— Do środka nie wchodź — mówi Trzewik, nie zwalniając. — Ona wpuści każdego, kto zapyta, i potem nie da wyjść do wieczora. A ty masz dzisiaj inne sprawy.
Kawałek dalej sprzedają wodę. Kobieta z dwoma wiadrami na nosidle, ceną wypisaną kredą na fartuchu i kubkiem na łańcuszku, którego nikt nie myje. Przy niej kolejka. To pierwsza rzecz w tym mieście, przy której ktokolwiek stoi w kolejce.
Za rogiem kolejnej ulicy, dziura w bruku, wielkości koła od wozu, obstawiona czterema kamieniami i owinięta sznurem. W środku ciemno. Sznur jest nowy, kamienie stare, a bruk wokół wydeptany na gładko, bo wszyscy ją omijają i robią to od dawna. Nikt nie zagląda.
Wchodzicie po schodach. Na jednym ze stopni siedzi coś w kapturze, rozmiarów dziecka, i sprzedaje gwoździe na sztuki. Przy nodze ma dwie miski. W jednej brzęczy bilon. W drugiej nie ma monet.
Mieszkańcy wyglądają różnie i nikt tego nie komentuje. Mijasz kogoś o skórze jak kora. Mijasz dwoje, którzy trzymają się za ręce i mają dokładnie po tyle samo palców, tylko że po siedem. Mijasz zupełnie zwyczajnego mężczyznę z wąsem, który je bułkę, i przez chwilę to on wydaje ci się najdziwniejszy na tej ulicy.
Nikt się nie odwraca za tobą. Trzewik miał rację.
Bruk pod stopami jest w jednym miejscu starty inaczej niż wszędzie. Dwa równoległe pasy, gładkie, wąskie, biegnące środkiem ulicy i znikające za zakrętem. Za wąskie na koła wozu. Za daleko od siebie jak na ślad sań.
Po jakichś dwustu krokach ulica zaczyna się wznosić i między dachami widać, dokąd idziecie: w górę, gdzie kamień robi się jaśniejszy, a nad wszystkim stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła.
-
Dziewczynka? To komplikuje sytuację. Kobiety to dysharmonia, a młoda kobieta to prawdopodobnie chaos. Ale wyzwaniom należy iść naprzód.
Ystyriaeth słuchał uważnie słów Trzewika. Równie uważnie śledził trasę, którą szli. Od czasu do czasu zamykał oczy, wyobrażał sobie to co widział przed chwilą i patrzył ponownie by sprawdzić czy zapamiętał najważniejsze detale. Musi jak najszybciej zorientować się w budowie tego przedziwnego miasta, by móc swobodnie działać. Jego towarzysz sprawiał wrażenie jakby to wszystko robił już nie raz. Nie okazywał mu nawet drobnej niechęci, z drugiej strony nie był zupełnie na niego otwarty. Bardzo słusznie. Rozwaga tego drobnego człowieczka i okazana wcześniej cierpliwość wskazują na jego wewnętrzną harmonię. Jest dobrym, choć zapewne tymczasowym punktem oparcia, stabilnością w panującym wokół chaosie, czymś stałym w tej zmiennej społeczności.
Skoro miasto ma rutynę, a nawet przepisy i specjalny oddział dla tych którzy się tu pojawiają, to oznacza, że musiało tu przybyć wielu takich jak Ystyriaeth. Mnich przypomniał sobie z ksiąg, że była tam teoria o wielu światach, ale nikt jej ostatecznie nie dowiódł. Skoro jednak jest tu tak wiele "dziwadeł" i skoro wszyscy są do tego tak mocno przyzwyczajeni musi to być prawda. Czy zatem on sam też przybył z innego świata gdy pojawił się na terenie monastyru? Ale tam nie było bramy- ta przez którą przeszedł była w innym miejscu. A może każdy świat ma swoje pojedyncze dziwadło i każde ostatecznie ląduje tutaj? Może to miejsce to taki jakby zbiornik odpadów, naturalny, albo bardzo dobrze przemyślany mechanizm dbający o harmonię w różnych miejscach wrzechświata? Ystyriaeth przypomniał sobie nagle wyrwane z kontekstu słowa, które zapamiętał z czasu przed podróżą
"rozumiem, ale on nie odnajdzie tu wewnętrznej harmonii, a nam wcale z nim nie będzie łatwiej."
Czyżby Rada znalazła sposób by jednocześnie pomóc jemu i swojej społeczności? Jeśli tak to trudno się z nimi nie zgodzić. Jakkolwiek przykre jest to, że on mógł być tam zawadą, to jednak nie ma nic ważniejszego od Harmonii, a tu jednym działaniem mogli ją zapewnić i sobie i jemu i być może nawet tej społeczności, jeśli Ystyriaeth dobrze wypełni swoją misję.
Wzrok mnicha znowu padł na Trzewika. Ta istota by robić to co robi musi być albo dobrego usposobienia, albo przynajmniej musi być bardzo dobrze opłacana. W każdym razie to chyba dobra praca. Nie tylko ci w zbrojach są strażnikami porządku.
- Mam wiele pytań. Ty na pewno o tym wiesz. Jestem pewien, że nie pierwszy raz robisz to co robisz. Dlatego wstrzymam się z wypytywaniem. Prawdopodobnie odpowiedzi, które bym usłyszał nie są na ten moment tak istotne jak to co Ty mi powiesz, a jak rozumiem będziemy mieć jeszcze okazję do rozmowy. Z pewnością z resztą ty też chcesz czegoś się ode mnie dowiedzieć. Mów i prowadź, a ja słucham i obserwuję z uwagą.
Ystyriaeth potrzebował jak najwięcej przydatnych informacji. Wprawdzie uwaga o butach była dość dziwna, z drugiej strony być może dla kogoś o imieniu "Trzewik" takie zagadnienia mogą być bardzo interesujące.
Mnich zerknął na swoje stopy. On sam nigdy nie przywiązywał wagi do obuwia. Wychodził z założenia, że lepiej wiedzieć na czym się stoi. Przypomniała mu się legenda o pewnym stróżu prawa nazwiskiem Vimes, który podobno z zamkniętymi oczami potrafił poruszać się po swoim terenie, gdyż wyczuwał pod stopami dokładną strukturę podłoża. Iście mnisia perfekcja, wzór do naśladowania.
-
— Nie pierwszy raz — mówi Trzewik. — Ani nie setny. Bractwo Ostiariuszy. Tak się nazywamy, chociaż większość mówi po prostu „ci od sera". Pięćdziesiąt lat u nich jestem. Nie jestem żadnym starszym ani przełożonym, żebyś nie myślał. Jestem jednym z wielu, tylko starszym od większości.
Przekłada kosz na drugie ramię.
— Ludzie myślą, że jesteśmy od noszenia mydła. Prawda jest taka, że jesteśmy uczonymi. Mamy dom przy Wielkim Przęśle, o tam. — Nie ogląda się, tylko podnosi rękę i wskazuje ponad dachy, gdzieś w prawo, gdzie nad całym miastem stoi łuk tak wielki, że dwie wieże sięgają mu ledwie do połowy przęsła. — Jak się kiedyś zgubisz, szukaj tego. Widać go zewsząd.
Patrzysz w tamtą stronę dłużej, niż zamierzałeś. Bo ten łuk ma złe wymiary, tak samo jak schody miały złe wymiary, tylko w drugą stronę. Nikt nie stawia bramy takiej wysokości dla kogoś, kto przez nią przechodzi. Pod tym przęsłem zmieściłby się rynek. Zmieściłaby się wieża, położona na boku. Zmieściłoby się coś, co nie dotyka ziemi.
I zanim zdążysz o tym pomyśleć, nie oczy, a coś niżej, w brzuchu, jakiś odruch, który wie, ile trzeba zostawić zapasu nad czymś i pod czymś, i który właśnie stwierdził, że zapas jest odpowiedni. Że przejdzie. Że przechodziło. Nie ma do tego obrazu. Nie ma kształtu, nazwy, wspomnienia żadnej rzeczy, która by tamtędy leciała. Jest tylko wrażenie, że stoisz przed czymś, co widziałeś już z drugiej strony, i nieprzyjemna pewność, że patrzyłeś wtedy nie z dołu.
Trzewik idzie dalej i mówi coś o księgach.
— U nas w środku stoi z czterdzieści ksiąg pomiarowych, każda grubsza od ciebie, i siedzą nad nimi mędrcy, którzy nie widzieli słońca od tygodni. Portale tętnią magią. Nie słychać tego, nie widać, ale da się zmierzyć. Jak jeden zaczyna się budzić, to nawet i pół roku wcześniej wiemy, że coś się szykuje, a na dzień czy dwa przed, który to i mniej więcej kiedy.
Idzie dalej.
— Przy tobie pomiar wyszedł źle. Mieliśmy kilka godzin różnicy i obraliśmy zły poziom Czarnych Urwisk. Szukaliśmy cię dwie kondygnacje niżej, bo ktoś policzył głębokość od poziomu ulicy zamiast od poziomu komory. Tak się liczy od czterystu lat i nikt tego przez czterysta lat nie sprawdził. Masz szczęście. Naprawdę masz. Przybysze, którzy wychodzą sami, trafiają czasem tam, gdzie nikt na nich nie czeka, a nie wszędzie w tym mieście jest tak przyjemnie, jak tutaj. Ty wygrzebałeś się w górę i wpadłeś na kogoś, kto dał ci wody. Tak to się kończy raz na dziesięć razy.
Ulica wspina się i kończy bramą, która nie ma wrót, tylko dwa słupy i belkę u góry. Za nią jest plac.
— Stukramie — mówi Trzewik. — Ktoś kiedyś policzył kramy, wyszło mu sto i uznał, że to zabawne, bo miasto ma sto bram. Nie wyszło mu sto. Nazwa została.

Plac zajmuje tyle, co całe podnóże Miechów, jest nierówny, wybrukowany w czterech różnych epokach i pochyły, bo zbudowano go na zboczu i nikt nie chciał go równać. Wszystko na nim stoi lekko przekrzywione. Wozy klinuje się kamieniami.
Kramy są jeden przy drugim, bez porządku, bez podziału na branże. Obok siebie: nasiona w kopczykach, szkło do lamp, mięso w soli, pióra, klatki z czymś żywym, zwoje sznura, ostrza bez rękojeści, rękojeści bez ostrzy, wiadro pełne kluczy. Zwykłych kluczy do zwykłych drzwi, sprzedawanych na wagę. Trzy stragany dalej ktoś sprzedaje ziemię w woreczkach. Hałas jest inny niż w kuźniach. Tam był rytmiczny. Tu jest jednostajny i nie ma dna.
— Tu kupisz wszystko, co wolno kupić — mówi Trzewik. — To jest ważne, tak jak powiedziałem, bo to nie to samo, co „wszystko". Reszta też jest do kupienia w tym mieście i wie o tym każdy, łącznie z Zakonem. Tylko że tamte miejsca, ciemne miejsca, nie mają placów ani szyldów. Jak trafisz tam przez przypadek, to lepiej się czym prędzej wynosić.
W północnym rogu placu stoi budynek szerszy niż wyższy, z szyldem, którego nie umiesz przeczytać, bo namalowano go w dwóch różnych pismach, jedno pod drugim, tą samą ręką. W drzwiach, a drzwi są dwa razy wyższe niż w Miechach, stoi coś, co musi się schylić, żeby wyjść. Dwie głowy. Jedno ciało. Nie dwie twarze na jednej głowie, jak u Kardusa. Dwie osobne głowy na dwóch osobnych szyjach, wyrastające z barków szerokich jak wóz. Lewa wynosi beczkę i stawia ją przy ścianie. Prawa w tym samym czasie kłóci się przez ramię z kimś w środku, a kiedy lewa kładzie beczkę krzywo, prawa przerywa kłótnię w połowie słowa i warczy w bok:
— Krzywo.
— Nie krzywo.
— Krzywo, Orthos.
— Twoja ręka też trzyma, Porthosie.
Lewa poprawia beczkę. Obie głowy wracają do swoich zajęć.
— Ich karczma — mówi Trzewik. — Jak zaczną się kłócić o rachunek, to się lepiej nie wtrącaj.
Zwalnia i patrzy w stronę drzwi dłużej, niż patrzył na cokolwiek innego.
— I zapamiętaj sobie to miejsce, bo to jest pierwszy adres dla kogoś, kto nie ma pieniędzy. Oni gotują rzeczy, których składniki nie rosną w tym mieście ani nigdzie w promieniu tygodnia drogi. Wiszą u nich na ścianie karteczki: czego im teraz brakuje, ile płacą i jak ma być świeże. Wielu przybyszy w tym mieście zaczynało od takiej karteczki.
Po drugiej stronie placu mur się urywa i widać przez wyrwę coś, co jest starsze niż wszystko wokół. Amfiteatr. Owalny, wkopany w zbocze, z kamiennymi ławami schodzącymi w dół pierścieniami. Górne rzędy są wyszczerbione i zarośnięte; dolne wyślizgane do połysku przez siedzenia.
Na dole trwa walka. Dwóch na piasku, w skórzanych kaftanach, z bronią owiniętą płótnem. Wyższy uderza z góry, drugi przyjmuje to na przedramię i wchodzi do środka. Źle, za wysoko, z opuszczonym łokciem. Widzisz, jak skończy się to trzy ruchy wcześniej, niż się kończy. Piasek, brawa, obaj wstają. Ktoś podaje im wodę. Nikt nie ginie. Nikt nawet nie krwawi. Na ławach siedzi może dwieście osób, w środku dnia, w tygodniu.
— Teatr Szeptów — mówi Trzewik. — Wstęp wolny dla każdego, kto tu mieszka, a mieszkasz od dzisiaj. Wieczorem grają sztuki, w nocy śpiewają, po południu tłuką się na tępo. Jak będziesz się nudził, to tu przychodź.
Pośrodku areny, wprost na piasku, stoi łuk. Mniejszy od tego nad dachami, ale nie mały, obłożony złotą blachą, która w kilku miejscach odeszła i widać pod nią kamień. Walczący omijają go.
— A ten stoi tam dłużej niż teatr — mówi Trzewik. — Postawili ławy wokół niego. Raz na parę lat budzi się w środku przedstawienia i ktoś z niego wychodzi. Przy pełnej widowni, w świetle, w połowie trzeciego aktu.
Zwalnia.
— Widziałem to cztery razy. Za każdym razem widzowie klaszczą, bo myślą, że to część sztuki. A biedak stoi na piasku, nie wie, gdzie jest, i pierwsze, co słyszy w nowym świecie, to dwieście osób bijących mu brawo. — Wzrusza ramionami. — Dwóch naszych siedzi tam w pierwszym rzędzie na każdym przedstawieniu. Na wszelki wypadek. Też mają kosz.
Za placem ulica znowu idzie w górę i coś się zmienia, chociaż z początku trudno powiedzieć co. Powietrze robi się wilgotne. Pierwszy raz od przybycia.
— Zakon Janusowy też stoi przy portalach — mówi Trzewik nieco głośniej niż przedtem. — Mają rację, że stoją. Przez te bramy przychodzą różne rzeczy. Kiedyś, jeszcze przed moim czasem, przez jeden łuk wyszło coś, co zabiło czternaście osób, zanim dobiegli. Od tamtej pory chodzą zawsze i chodzą zbrojnie.
Bruk jest ciemniejszy, jakby przed chwilą padało, choć nie padało.
— Dzielą się na dwie części. Kluzjusze pilnują łuków, przez które się tu wchodzi. Patulcjusze pilnują tych, przez które się stąd wychodzi, a takich jest bardzo niewiele i nie pytaj mnie dzisiaj, ile. Kardus jest kluzjuszem.
Z góry dochodzi teraz dźwięk, którego wcześniej nie było. Niski, ciągły, bez rytmu. Odległy wodospad.
— Różnimy się jedną rzeczą i to nie jest drobiazg. — Trzewik musi już podnieść głos. — Oni podchodzą do przybysza, żeby sprawdzić, czy jest bezpieczny. My podchodzimy, żeby przybysz poczuł się bezpiecznie. To brzmi jak to samo zdanie powiedziane dwa razy, ale to są dwa różne miasta i zależy, które podejdzie pierwsze!
Ulica skręca. Wilgoć przestaje być wilgocią, a zaczyna być mgłą.
— Pięćdziesiąt lat temu, jak zaczynałem, byli pierwsi zawsze! I mieliśmy więcej takich, co się nie przyjęli! Więcej się rzucało, więcej uciekało, więcej nie dożywało tygodnia! Dlatego mamy ten kosz! Ser i mydło działają lepiej niż halabarda i mam na to czterdzieści ksiąg rejestrów!
Huk rośnie. Nie jest jeszcze głośny. Jest po prostu wszędzie.
— ...i dlatego przy tobie stali dziesięć kroków z tyłu, a nie z przodu! O to się kłóciliśmy dwadzieścia lat! Dziesięć kroków!
Mgła siada na twarzy. Smak świeżej wody w powietrzu. Ciało reaguje na to wcześniej niż głowa, bo popękane usta dopiero teraz zaczynają boleć.
— ...a najgorsze jest to, że przy łukach czeka jeszcze ktoś trzeci! — krzyczy Trzewik, a przynajmniej tak ci się wydaje. — ...nie noszą barw i nie... !
Reszta słów ginie.
Odwraca się, widzi twoją twarz i macha ręką. Gest, który znaczy: potem. Wskazuje w górę, gdzie ulica się kończy. Jesteście coraz bliżej dzielnicy Sześciu Dłoni. Do wodospadu i łaźni już niedaleko.
-
"Uczony"? Respekt Ystyriaetha do Trzewika wzrastał z każdą chwilą. Jak go uczono: "siła bez mądrości to pospolite barbarzyństwo".
"A może on by mi pomógł zrozumieć... NIE! To nie czas na pytania. Jeszcze nie".
By łatwiej poradzić sobie z pokusą mnich zmienił tok rozważań
"Dlaczego mędrcy tutaj noszą mydło dla przybłęd?"Te rozważania przerwał mu nagle widok łuku. W sumie nie do końca widok. Uczucie? Dezorientacja? Ystyriaeth nie lubił gdy cokolwiek zaburzało jego zmysły. Zawsze był dumny z bystrości swego wzroku, z czułości słuchu, z wrażliwości (lecz nie delikatności!) dotyku, z wyrafinowanego smaku i węchu zdolnego wyczuć se... to co chcesz nawet z większej odległości. Zmysły to podstawa rozeznania, a więc podstawa wpływu, jak mnich chce mieć na otoczenie. A jednak jak tylko przeniósł się tutaj ilość przedziwnych doznań sprawiła, że musiał wyłączyć niemal wszystkie zmysły, a teraz gdy dopiero co owe doznania sobie uporządkował i zaczął się odnajdywać jakoś w tym świecie, znowu pojawiło się jakieś dziwactwo. Zupełnie jakby ktoś chciał mu powiedzieć "nic nie wiesz o świecie, jesteś jak żaba na dnie studni".
Mnich zagubił realizm tego wszystkiego co się z nim działo przez ostatnią godzinę. Czym prędzej zamknąl oczy, odwrócił głowę w inną stronę i ostrożnie otworzył je znowu.
Dopiero co myślał sobie, że praca taka jak Trzewika w Bractwie Ostariuszy to byłby dobry punkt wyjścia dla niego by się tu zaaklimatyzować. Jednak jeśli to ma być ich siedziba to on nie chce przechodzić przez to uczucie każdego dnia. Prawdę mówiąc będzie się starał by w ogóle nigdy się nie powtórzyło.
W tym momencie obudziła się jego mnisia determinacja. "A może to byłoby dobre wyzwanie dla mnie na tym etapie?" Pomyślał.
Szli dalej.
Gdy niziołek przypomniał mu o kobiecie (o ile to była kobieta), która dała mu wody Ystyriaeth uśmiechnął się. Nieee. Oczywiście, że wyraz jego twarzy się nie zmienił. Uśmiechnął się wewnętrznie. Przecież nie straciłby nad sobą panowania z tak błahego powodu jak to, że ktoś... yyy...zadbał o jego bezpieczeństwo? ekhm.
"Będę musiał ją odnaleźć"- pomyślał. Nie zapytał jednak o nią Trzewika. Tamten najwyraźniej nie wiedział kto to, a poza tym to nie czas na pytania.
Mijali kram, a tym samym więcej niezwykłych indywiduów
"Każdy jest tu zupełnie inny, ale przynajmniej każdy jest sobą"- rozważał dalej. Trzeba na każdego patrzeć tu indywidualnie, unikać starych skojarzeń wobec każdej pojedynczej osoby. Osoba z dwoma twarzami to dobry przykład. W sumie to trochę jakby mieć więcej rąk. Po prostu ma możliwości lepiej wykorzystać swoje zmysły.
"Może i dwie twarze, ale jeden umysł który to spaja. Piękny przykład wewnętrznej harmonii"- filozofował.
W tym momencie Trzewik pokazał mu karczmę. Wyraźnie zwolił. Niemal się zatrzymał. Być może nawet drgneła mu powieka. Dwie głowy... Ystyriaeth niejasno pamiętał, że bywali nieszczęśnicy, którzy rodzili się zrośnięci ze swym bliźniakiem, tyle, że owego bliźniaka zwykle już nie było, a zostawały tylko części ciała. Albo obaj rodzili się martwi. Ale to... Dwie świadomości w jednym ciele. I to najwyraźniej zupełnie nieharmonijne świadomości. Zupełnie indywidualne, wręcz konkurencyjne. Czy to aby nie uosobienie dysharmonii? Dualizm w czystej postaci. Dosłownie "w postaci".
Ystyriaeth musiał to sobie szybko zracjonalizować, tym bardziej, że zgodnie ze słowami Ostariusza będzie tu często wracał."To ciekawy symbol tego czym jest społeczeństwo. Tak jak oni dzielą jedno ciało i muszą znaleźć drogę współpracy, tak ludy mimo różnic koncepcyjnych dzielą przestrzeń i zasoby. Tak! Poznanie tego... ekhm.. TYCH karczmarzy może być bardzo rozwojowe w zrozumieniu harmonii świata!".
Opowieść Trzewika o teatrze nie robiła już na nim takiego wrażenia. Nie po tym czego przed chwilą doświadczył, co wystawiło wpierw jego zmysły, a dalej rozum na ciężką próbę. Tak. Był "żabą w studni", ale przynajmniej taką, która dzięki swym zdolnościom i logice ma możliwość z owej studni się wydostać.
-

Woda spada z wysokości, której nie umiesz ocenić, bo góra nad miastem nie kończy się tam, gdzie twoim zdaniem powinna. Biel na szczycie nie jest chmurą. To lód. Leży tam pas lodu szerszy niż całe Stukramie i pod nim, w cieniu, kolejny, i to stamtąd idzie woda.
Spada w dłonie.
Trzy postacie w skale, wykute z niej i będące nią, każda wyższa niż wieża. Siedzą i trzymają ręce złożone w miski, jedna pod drugą, tak że woda z górnej przelewa się w środkową, ze środkowej w dolną. Sześć dłoni. Stąd nazwa dzielnicy, i to jedyna nazwa w tym mieście, którą zrozumiałeś od razu.
Twarze mają starte. Nie uszkodzone. Nie odbite w bitwie, nie wykruszone przez mróz, bo cała reszta jest ostra i widać fałdy szat i paznokcie u wielkich kciuków. Owale twarzy są gładkie, lekko wklęsłe i matowe, wytarte dokładnie tak jak imiona na płytach w tamtej komorze o świcie.
Woda wychodząca z najniższych dłoni paruje.
Idziesz pod tym przez kilkaset kroków i przez cały ten czas nie słyszysz nic poza hukiem. Bruk jest mokry na stałe. Po prawej, ponad dachami, widać drogę wykutą w zboczu, szeroką, prowadzącą w górę i w bok, w stronę czarnego urwiska pełnego dziur po komorach. Rano wyszedłeś którąś z nich.
Trzewik ciągnie cię za rękaw i prowadzi tam, gdzie huk trochę opada, bo zasłania go budynek: niski, długi, obrośnięty mchem na północnej ścianie, z dwoma wejściami i parą wytartych stopni przed każdym.
— Tam wchodzisz! — mówi. — Kartka wystarczy, pokaż ją przy wejściu i nic więcej nie mów! W środku masz się rozebrać, wymoczyć i przestać myśleć, bo trzecie i tak ci nie wyjdzie, ale spróbuj!
Wskazuje kciukiem za siebie, w górę, gdzie na skalnej półce stoi budowla bez okien, z trzema wejściami obok siebie.
— Ja idę do świątyni. Siostry prowadzą dom dla przybyszów i to u nich odsiedzisz swój tydzień. Muszę potwierdzić, że mają miejsce i że wiedzą, kogo dostają. Kapłani nie lubią niespodzianek, a ty, bez obrazy, jesteś prawdziwą niespodzianką.
Zostawia kosz.
— Wrócę po ciebie. Jak mnie nie będzie, czekaj w środku, nie na zewnątrz. Nikt ci tam nic nie zrobi. — Przez moment wygląda, jakby chciał dodać coś jeszcze, i nie dodaje. — Mydło masz w koszu.
Odchodzi. Nie ogląda się. Wewnątrz huk zamienia się w dudnienie w podłodze i w uszach robi się dziwnie pusto. Przedsionek jest ciepły i pachnie mokrym kamieniem, mydłem i czymś ziołowym, czego nie umiesz nazwać. Za ladą stoi kobieta o palcach spiętych błoną i przelicza kartki na sznurku, nie patrząc na nie. Bierze twoją, ogląda przez sekundę, podnosi na ciebie oczy, opuszcza.
— Przybysz — mówi, nie pytając. — Pierwszy raz. Rzeczy do koszyka, koszyk pod ławę, ubranie dostaniesz z powrotem suche, bo to się tu robi. Jestem Wercha. Jak coś się stanie, to krzycz.
Wskazuje dłonią, a błona między palcami rozciąga się jak wachlarz.
— Tam ciepłe, tam zimne, tam jedzenie. Nie wchodź do zimnych po ciepłych, bo potem u ciebie będzie gorączka, a ja będę mieć co sprzątać.
Przebieralnia to długa sala z ławami wzdłuż ścian i rzędem koszy pod nimi. Tu jest najgłośniej z całych łaźni, bo wszyscy mówią jednocześnie i nikt nikogo nie słucha. Dwoje starszych mieszkańców kłóci się o to, który kosz zajęli.
Ciepłe to sześć zagłębień w posadzce, każde wielkości niewielkiego stawu, wypełnionych wodą, która jest cieplejsza, niż powinna być woda z lodowca, i nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Para stoi pod sufitem warstwą na wysokości głowy. Mieszkańcy siedzą po szyję, oparci o krawędzie, i rozmawiają cicho, bo tu się nie krzyczy.
Zimne to jedno głębokie oczko przy ścianie od wodospadu, gdzie woda wchodzi wprost ze skały. Ktoś tam siedzi zawsze i zawsze robi to na pokaz.
Jadalnia jest przy wyjściu: dwadzieścia stołów, jedna kucharka, jedno danie dnia i piwo. Mieszkańcy jedzą w ręcznikach.
Mieszkańcy.
Drakon mosiężnej barwy, siedzi w najgorętszej wodzie i ma zamknięte oczy, a z nozdrzy schodzi mu para. Konstrukt z drewna i blachy stoi w płytkim brzegu i szoruje sobie płytę napierśną szczotką, a woda wokół niego jest różowa. Coś z łuskami i grzebieniem na plecach leży całkowicie zanurzone na dnie i nie wypływa. Kobieta o skórze pokrytej drobnym, szarym pyłem zmywa go z siebie i zeskrobuje paznokciem; pod spodem jest taka sama. Chłopak o twarzy zwyczajnej i rękach o jeden staw za długich rozdaje karty na brzegu basenu. Starzec bez jednej nogi opowiada głośno historię, którą sąsiedzi znają, bo kończą mu zdania. Dwoje niziołków przysypia w wodzie na plecach, trzymając się za ręce, żeby nie odpłynąć. Ktoś w kapturze siedzi w zimnym oczku, w kapturze, w wodzie, i nikt tego nie komentuje. Niska kobieta o dwóch twarzach moczy stopy przy krawędzi, a obok zwinięty mundur - Zakon Janusowy też się myje. I gdzieś z boku ktoś zupełnie zwyczajny, z wąsem, je bułkę.
Rozmowy dochodzą do ciebie warstwami, jak przedtem hałas na ulicy.
Ktoś tłumaczy komuś miasto. Palcem po mokrym kamieniu: tu masz Miechy, niżej, tam kują i tam się mieszka tanio; tu Stukramie, kramy; tu my, Sześć Dłoni; tu Wzgórze Kolegialne, tam nie chodź bez układów i pieniędzy; tu Park Hesperyd; tu Kurzawa, tam nie wchodź w ogóle; tu Podbramie Zachodnie, a to są Podwoje, bo tam siedzi Zakon. A tam, palec przystaje, Czarne Urwiska. Tam się nie mieszka za życia, tylko po śmierci. Wszystkiego nie usłyszałeś, ale pewnie mógłbyś prosić o powtórzenie.
Dwóch kupców liczy. Wiele dóbr w tym mieście, pominąwszy zakopane w podziemiach artefakty i wiedzę dawnych epok, jest z zewnątrz, z Zamurza, i nic z zewnątrz nie przychodzi łatwą drogą, bo górskie drogi są niebezpieczne. Karawana kosztuje nieraz więcej niż towar. Raz na pokolenie zależne od upraw opartych o kanaty miasto głoduje. Kolejny wątek, który być może cię zainteresuje.
Ktoś narzeka na Trzykrotnych. Sami się nazywają Termaksjanami. Trzy to dla nich ważna liczba, bo trzy wieże stoją w Miechach, każda hołdująca jednej z trzech wielkich sztuk: jedna dla alchemików, jedna dla magów, jedna dla sferologów. Wieże zbiorczo to tak zwany Almutałat, a Termaksjanie czy Trzykrotni to hermetyczna gildia mędrców, gdzie od wieków nie znalazł się ani jeden mag, który opanowałby wszystkie trzy sztuki tak jak ich legendarny założyciel, choć uzurpatorów było wielu...
Kobieta z cechu rzemieślniczego mówi o murze. Każdy cech odpowiada za swój odcinek: garbarze za kurtynę, kotlarze za basztę, i tak dalej, i to jest powód, dla którego mistrz cechu ma w tym mieście czasami więcej do powiedzenia niż pontyfik. A potem milknie i mówi ciszej, że jest jeden odcinek, zaniedbany, za który nie odpowiada nikt, i że wszyscy o tym wiedzą, i że od czterdziestu lat rada obraduje nad tym, czyj on jest.
I ktoś, kto był na północy. Za górami jest woda. Nie rzeka. Woda bez drugiego brzegu, słona. Słynne morze, do którego prowadzi szlak, niedostępny przez cztery miesiące w roku.
Dwa razy w ciągu godziny robi się ciszej. Pierwszy raz nie rozumiesz dlaczego. Drugi raz stoisz już bliżej wyjścia i widzisz. Ulicą przed łaźniami idzie procesja. Osiem osób, nosze, na noszach coś owinięte szarym całunem, i nikt nie płacze, nikt nie śpiewa, nikt nie bije w nic. Idą w górę, tą drogą wykutą w zboczu, w stronę czarnych dziur w odległym urwisku.
W łaźniach nie milkną wszyscy. Milkną ci, którzy akurat siedzą po stronie wyjścia, i milkną tylko na tyle, na ile procesja jest widoczna. Potem wracają do rozmowy dokładnie w tym miejscu, w którym ją zostawili. Tędy chodzi się na Czarne Urwiska i tędy chodzi się do wody. Innej drogi nie ma.
Woda jest tak ciepła, że przestajesz czuć, gdzie kończy się skóra.
Pierwszy raz od rana nic nie śmierdzi i nic nie huczy. Mięśnie ud puszczają. Dłonie szczypią w otarciach i to szczypanie jest jedyną rzeczą, która ma jeszcze ostrą krawędź.
Dlatego zauważasz o cztery uderzenia serca za późno, że ktoś siedzi po twojej prawej.

Kobieta. Szczupła, z włosami czarnymi i mokrymi, zaczesanymi do tyłu, o skórze o pół tonu za jasnej jak na tutejsze słońce. Oczy ma duże i ciemne i patrzą na wprost, w parę nad wodą, nie na ciebie. Siedzi w odległości, która jest uprzejma. Na tyle blisko, żeby dało się mówić, na tyle daleko, żeby nie trzeba było.
Coś w niej jest nie tak i dopiero po chwili wiesz co. Oddycha nieczęsto. I kiedy przechyla głowę, przez ułamek sekundy wydaje ci się, że przechyliła ją dwa razy. Raz ona, raz coś, co siedzi tuż za nią i nie ma kształtu?
W żołądku, dokładnie tam, gdzie od rana siedzi szyb bez stopni, coś się odzywa. Nie strach. Ostrzeżenie bez treści, jak wtedy.
— Woda jest przyjemniejsza po zmierzchu — mówi, nie odwracając głowy. — Cieplejsza i mniej mieszkańców. Ale pierwszego dnia i tak trzeba przyjść w dzień, bo po ciemku nikt tu nie trafi.
Teraz patrzy.
— Aletheja. Nie pytam, jak ci na imię. Przez pierwszy tydzień wszyscy odpowiadają na to pytanie źle i potem jest im głupio... Mnie zresztą też...
Uśmiech ma spokojny, bez zębów, i trwa dokładnie tak długo, jak powinien.
— Boli cię głowa? Nie za skroniami. Z tyłu, u nasady czaszki, jakby ktoś ci tam zostawił rękę. — Przesuwa się o pół dłoni bliżej. — Bo jeśli tak, to nie od wody i nie od słońca, i nie warto tego przeczekiwać. Prawie nikt z was o tym nie mówi przez pierwsze trzy dni, a potem już jest za późno, żeby to komuś opisać.
Tak. Tylko głowa. Zaczynasz zauważać, że boli. I że boli od rana.
Woda jest ciepła. Naprzeciwko ktoś się śmieje z czegoś, czego nie słyszałeś.
-
Cel był jeden. Mieć dłuższą chwilę dla siebie: dla umysłu, ciała, zmysłów.
Ystyriaeth tyle już widział, że kolejne osobniki nie robiły na nim wrażenia. Ci którzy wyglądali na "normalnych" także. Mógł śmiało założyć, że nawet ci "zwykli" kryją coś jak na przykład dodatkowa para oczu w... w niewidocznym miejscu.Hm. Można powiedzieć, że wszyscy tutaj są "Insolitus.
Mnich zastosował się do wszystkich poleceń. Poszukał miejsca, które było w miarę odludne i tam zaczął się stopniowo relaksować. Sądząc po treści rozmów tutaj to było naprawdę dobre miejsce na zdobycie informacji. On jednak już wcześniej postanowił, że to nie dziś. Dziś jest czas na uspokojenie, na skupienie na swoim KI. Najpierw się porządni umył, po czym rozluźnił w ciepłej wodzie.
Co do jednego Trzewik się pomylił. Ystyriaeth był mnichem. Potrafił się wyłączyć. Potrafił nie myśleć. Stan skupienia na wszystkich lub pojedynczych zmysłach, stan analizy i stan nie- myślenia a jedynie przetwarzania, wreszcie stan skupienia na własnej harmonii, własnym KI- te wszystkie stany opanował może nie do perfekcji ale do poziomu jej bliskiemu.
Ystayriaet nie myślał. Nie widział, nie słyszał. Zostawił sobie tylko dotyk, by czuć ciepło wody i przyjemne dla każdego człowieka (tak: nadal myślał o sobie jak o człowieku) uczucie, że miła woda otula cię całego.
To wlaśnie ten zmysł go zdradził. To ten zmysł przerwał w końcu jego medytację. Na pewnym poziomie skupienia się na dotyku odczuwa się nie tylko to z czym ma się bezpośrednią styczność, ale także bliskość tak obiektów jak i osób.
Tak. Ktoś był blisko. Zbyt blisko.
Powoli otworzył oczy. Nie poruszył głową ale widział.
Kobieta. Dlaczego to musiała być akurat kobieta? Ze wszystkich dziwadeł jakie tu były wokoło? Nie mógł to być na przykład wieprz o dwóch ogonach i ryju na brzuchu?Ystyriaeth nigdy nie lubił mieć styczności z kobietami. Nie potrafił sobie przypomnieć wydarzeń z tym związanych, ale żywił głębokie przekonanie, że ta płeć to esencja dysharmonii sama w sobie.
Kobiety nie zachwoują się racjonalnie, nie kierują się logiką- nawet swoją własną, choć czasem twierdzą, że ją mają. Ich decyzje potrafią się zmienić pod wpływem zmian pogody, albo nawet wrażenia, że pogoda się zmieniła.
W dodatku z tą konkretną coś było nie tak. Z resztą w tym miejscu musiało coś z nią być nie tak.
Od samego jej głosu rozbolała go głowa. Musi być ostrożny. Jeśli spróbuje się do niego jeszcze zbliżyć zareaguje. Może jednak sama się odczepi? Ystyriaeth postanowił ją przeczekać. Pozostał jednak czujny.
Był gotowy by opuścić zbiornik jedynym płynnym ruchem.
-

WIS (Insight) DC 13 = 17+3 -> sukces
Nie kłamie. Tego jesteś pewien i to jest pierwsza rzecz, która nie pasuje, bo spodziewałeś się fałszu, a fałszu nie ma. Wszystko, co powiedziała, wydaje się prawdą, łącznie z tym o głowie.
Drugą rzecz rozpoznajesz później i rozpoznajesz ją odruchowo, jakby trenowano cię w tym latami, choć trudno przywołać z pamięci czasy szkoleń. Odległość, w której usiadła, jest wymierzona. Pauza po jej własnym imieniu trwała dokładnie tyle, ile musiała. Przesunęła się o pół dłoni, nie o całą. Nic z tego nie jest przypadkiem i nic z tego nie jest pierwszym razem. Ona nie rozmawia. Ona prowadzi rozmowę, tak jak prowadzi się kogoś korytarzem. Uprzejmie, bez dotykania, i tylko ona wie, gdzie są drzwi.
Trzecia rzecz jest najprostsza. Ona czeka. Nie na twoją zgodę, bo o nic nie poprosiła. Czeka, aż zapytasz, i wtedy to, co powie, nie będzie jej propozycją, tylko odpowiedzią na twoje pytanie. Czego chce, nie wiesz. Wiesz tylko, że chce, i że jest w tym lepsza niż ty w przeczekiwaniu.
Milczysz. Ona pozwala temu milczeniu potrwać trzy oddechy. Swoje oddechy, nie twoje, więc trwa dłużej, niż powinno.
Potem przestaje czekać.
— Nie zapytasz — mówi. — To ci opowiem o tych, którzy trafiają do Stubramia.
Opiera łokcie o krawędź za sobą i przestaje być zwrócona ku tobie. Mówi w parę.
— Każdy, kto tu przychodzi przez portal, dostaje to samo. Nie pustkę. Gdyby to była pustka, byłoby łatwo. Dostaje przebłyski. Urywki wspomnień. Zapach, którego nie umie przypisać. Twarz bez imienia. Jedno słowo, przy którym robi mu się zimno, i nie wie dlaczego, bo słowo nic nie znaczy. Wraca to nocą, przed snem.
— Wszyscy postanawiają wtedy to samo. Postanawiają zrozumieć. Szukają. Pytają uczonych, płacą za tłumaczenia, chodzą po Stukramiu i pokazują obcym handlarzom rzeczy, które przynieśli ze sobą.
Pauza.
— I część z nich coś znajduje. Ledwie coś. Rzadko całą prawdę.
Teraz odwraca głowę.
— Nie mówię ci, że nie warto. Mówię ci, co widziałam. To, co czeka na drugim końcu tych urywków wspomnień, jest zwykle tym, przed czym się uciekło. Przybysze nie trafiają tutaj z miejsc, do których chce się wracać. A kiedy już znajdą, nie mogą tego odłożyć, bo to jest w środku i idzie z nimi wszędzie. Mam takich trzech znajomych. Dwóch bym ci nie pokazała.
Para nad jej prawym ramieniem znosi się pod prąd względem całej sali.
— Można inaczej. Nie trzeba tego rozumieć. Można to po prostu oddać.
Mówi to tak spokojnie, jakby proponowała, żebyś zdjął mokry płaszcz.
— Nie całość. Nikt nie oddaje całości i nikt by jej od ciebie nie chciał. Wybiera się jedną rzecz. Tę, która najbardziej uwiera. Wyjmuje się ją, a razem z nią schodzi to, co się przy niej trzyma: to zimno, ten niepokój, to budzenie się w nocy. Zostajesz sobą, tylko bez tego jednego miejsca, które boli. Nawet nie wiesz potem, że czegoś nie ma. Nikt nie wie. To jest cały sens.
— I dostajesz za to pieniądze, bo to jest transakcja, a nie przysługa. Sto sztuk złota, dzisiaj, za jedno wspomnienie. Nie wiem, czy rozumiesz, ile to jest, ale mało kto trafia tutaj z taką sumką.
Wraca wzrokiem do pary.
— Za tydzień to samo wspomnienie będzie warte trzydzieści, bo za tydzień będzie już w kawałkach. Za miesiąc nie będzie miało żadnej wartości. Wtedy się rozsypie samo i nie dostaniesz za to nic, a niepokój zostanie, bo emocje potrafią zostać dłużej niż wspomnienie.
Wyciąga rękę z wody i kładzie płasko na krawędzi między wami. W dłoni nic nie ma.
— Jestem tu do zamknięcia. Jutro rano też. Nie musisz mi dzisiaj nic mówić. Ani jak masz na imię, ani co widzisz, kiedy zamykasz oczy.
-
Wyważone ruchy, strategia, odpowiednie ustawienie ciała.
"Zachowaj czujność, patrz, słuchaj, czuj, przewiduj, zapobiegaj, wpływaj". Zachowanie kobiety nieco przypominało wpojone mnichowi zasady.
Ystyriaeth nie wiedział jak długo go obserwowała, co z niego wyczytała, ale nie ulegało wątpliwości, że dobrze przygotowała się do działania. Do tego by na niego wpłynąć.
Nie była jednak mnichem. Z resztą czy kobieta mogłaby być dobrym Adeptem? Niemożliwe, chociaż w tym świecie może i takie dziwactwo by mogło mieć miejsce.
Niemniej jej postawa przypominała mu inną klasę społeczną. Tych którzy zawodowo skupiają się na wpływie innych ludzi. Z resztą jej propozycja potwierdziła to tylko. Ta kobieta była kupcem. Tak w tej dziedzinie płeć zmienna doskonale sobie radzi.
Jednak towar którym handluje...
Sprzedać wspomnienia?
Ystyrieth tutaj widział dziwactwa, czuł dziwactwa, słyszał o dziwactwach od Trzewika, ba! sam zachowywał się dziwnie- jak wtedy gdy zwymiotował publicznie. Teraz dowiedział się, że i możliwości w tym miejscu bywają dziwaczne.
Gdyby miał się pozbyć jakiegoś wspomnienia to byłoby wyżej wspomniane "uzewnętrznienie". Co by to jednak oznaczało? Czy na przykład nie pamiętałby przy okazji początku rozmowy z Trzewikiem? Czy nie pamiętałby badania jakie przeprowadził Janusowy Strażnik?
Nie! To było bardzo niebezpieczne. To byłoby totalne zaburzenie harmonii.
Z resztą nawet nie wiedział czy kwota przez nią zaproponowana to dużo czy mało. Do tej pory otrzymał wszystko za darmo. Trzewik też wspominał wcześniej, że liczy się tu waga złota, a nie ich ilość. Ona zaś mówiła o 100 SZTUKACH złota. Nawet gdyby Ystyrieath znał tutejsze ceny to i tak nie wiadomo jak wielkie by były złote krążki.
Tak ta handlarka była sprytna, z pewnością wprawiona. Znalazła kogoś nowego, nieobeznanego, a takiego najłatwiej naciągnąć.
Co do jednej rzeczy jednak ta kobieta bardzo się myliła. Ystyriaeth nie przybył tutaj by od czegoś uciec. On przyszedł by coś odnaleźć! By odnaleźć utraconą część siebie. I nie był zdesperowany by przypomnieć sobie wszystko co było przed wejściem do portalu. List który sam sobie pozostawił oraz część wspomnień jakie zachował wyraźnie mu mówiły, że te rzeczy nie są potrzebne, bo pozostało w Nim to co najważniejsze: filozofia, którą żył, szkolenie które odbył i jego efekty, spójność jaką wypracował.
Ystyriath wzgardził w sercu tą kobietą. To że naciągała innych to nic niezwykłego- wszyscy kupcy tak czynią. Jednak ona zawodowo niszczyła harmonię innych istot. Zaburzała ich KI. Odbierała możlwość samodoskonalenia w imię pozornego spokoju.
Z resztą kto miał gwarancję co zrobi gdy pozwoilsz jej wejść do swej głowy? Jeśli ci zabierze coś jeszcze nawet nie będziesz o tym wiedzieć, szczególnie tutaj gdzie nie ma nikogo kto by ci przypomniał.
To miejsce to wyzwanie, spore wyzwanie, ale z takimi należy się mierzyć, a nie od nich uciekać. Jeśli będzie miał nagłe przebłyski- dobrze. Poradzi sobie z nimi jak ze wszystkim. Z takimi jak Aletheja także. Ale to jeszcze nie jest czas wpływu. To czas czujności i obserwacji. Gdy jednak nadejdzie czas Ystyriaeth uratuje społeczność przed złodziejami wspomnień. To z takimi właśnie twórcami chaosu Ystyriaeth poprzysiągł walkę.
Bez słowa wstał, owinął się w ręcznik i odszedł do części jadalnej. Poszukując odosobnionego miejsca, gdzie mógłby w spokoju coś zjeść.
-
Aletheja nie woła za tobą. Nie odwraca się też, kiedy wstajesz, i nie patrzy, jak wychodzisz z wody. Zostaje tam, gdzie siedziała, z łokciami na krawędzi i twarzą w parze, dokładnie w tej samej pozycji, którą zajęła, zanim się odezwała. Dopiero kiedy jesteś już przy stopniach, dwa kroki od wyjścia, mówi coś jeszcze. Nie głośniej niż przedtem. Tak, żeby usłyszał tylko ten, kto właśnie odchodzi.
— Wielu przed tobą wybrało to samo.
I potem, jeszcze ciszej, już bardziej do siebie:
— Trzeci dzień jest najgorszy.
Kiedy owijasz się w ręcznik i oglądasz przez ramię, w basenie siedzi czterech bywalców i żaden nie jest nią. Nie słyszałeś, żeby wychodziła.
***
Jadalnia jest mniejsza, niż się spodziewałeś, i cieplejsza od reszty. Dwadzieścia stołów, para z kuchni, mieszkańcy w ręcznikach jedzący łokciami na blacie. Na ścianie wisi deska z cenami, wypisanymi kredą, poprawianymi wielokrotnie. Danie dnia: trzy miedziaki. Piwo: dwa. Chleb do dania: jeden. Ktoś dopisał niżej, innym charakterem, że woda jest za darmo i żeby przestać pytać. Danie dnia to gęsta kasza z czymś duszonym, czego nie umiesz nazwać i co pachnie lepiej, niż wygląda.
Trzy miedziaki. Stoisz nad tą deską dłużej, niż potrzeba, bo pierwszy raz od przybycia masz w ręku liczbę, do której da się coś przyłożyć. Sto sztuk złota. Nie wiesz jeszcze, ile złota idzie na miedź, ale wiesz już, że obiad kosztuje trzy z miedzianych monet, a ona zaproponowała ci sto złotych. Nie za pracę. Nie za rzecz. Za jedno wspomnienie.
Znajdujesz miejsce w kącie, plecami do ściany, twarzą do wejścia. Nikt się nie dosiada. Wercha niesie twoje ubranie, złożone i rzeczywiście suche. Kładzie je na stole i zostaje na słówko.

— Kolana nie zeszły — mówi. Podnosi spodnie i pokazuje dwie plamy, jedną większą, drugą mniejszą, wtarte w tkaninę i zmatowiałe. Są ciemnoczerwone. — Nie krew. To chyba łój. Barwiony, jakby z czerwonej świecy. Zostaw to Siostrom, one mają sposób na wszystko.
Nie od razu do ciebie dociera, co to znaczy. Rano kolana miały na sobie coś ciemniejszego i tłustszego niż kurz, a ty nie zwróciłeś na to uwagi, bo uwagę zajmował ci brak powietrza i ból ud. Ale klęczałeś, to na pewno. Może nawet dwa razy. Raz, kiedy wypadłeś z łuku, na kamieniu z bruzdami. I drugi raz, przy tym otworze w podłodze, tuż zanim zrobiło się biało. Łój jest chyba z tego drugiego razu. Ktoś tam rozpalił świece? Niedawno na tyle, żeby łój zdążył zaschnąć? Pamięć płatała figle.
***
Wraca Trzewik. Wygląda tak samo jak rano, tylko ma mokre rękawy do łokci i minę kogoś, kto wygrał kłótnię, której wolałby nie prowadzić.
— Jest miejsce — mówi, siadając naprzeciwko. — Siostry cię przyjmą. Siedem dni, od dzisiaj. Zasady są proste. Śpisz w dormitorium, nie sam. Wychodzić możesz, ale wracasz przed zamknięciem bram świątyni i one zamykają się wcześnie. Raz dziennie ktoś cię obejrzy. Tylko obejrzy, spokojnie. Siódmego dnia zapiszą ostatni raz i będziesz wolny.
Poprawia się na ławie.
— I będą cię prosić do pracy. Noszenie wody, mycie schodów, obieranie. Nic, czego byś nie umiał. Za to będziesz miał dostęp do biblioteki i będziesz mógł porozmawiać z kapłanami, pozadawać pytania.
Dopiero teraz przygląda ci się uważniej.
— Ktoś do ciebie podchodził?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się