Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Ystyriaeth
Stubramie
Janusz PodziemiJ
Janusz Podziemi jako
Bezimienny Król
Mistrz Gry
Dust MephitD
Dust Mephit jako
Jakub „Puchaty”
AgapeA
Agape jako
Pluskwa
NabuchodonozorN
Nabuchodonozor jako
Ystyriaeth
Leszek DyskietkaL
Leszek Dyskietka jako
Notturno-09-REM

Ystyriaeth

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
ystyriaeth
30 Posty 2 Uczestników 506 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Janusz PodziemiJ Niedostępny
    Janusz PodziemiJ Niedostępny
    Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
    Mecenas
    napisał ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
    #13

    d99742bc-4498-44b1-8ffe-d7b415b07311-image.jpeg

    Woda spada z wysokości, której nie umiesz ocenić, bo góra nad miastem nie kończy się tam, gdzie twoim zdaniem powinna. Biel na szczycie nie jest chmurą. To lód. Leży tam pas lodu szerszy niż całe Stukramie i pod nim, w cieniu, kolejny, i to stamtąd idzie woda.

    Spada w dłonie.

    Trzy postacie w skale, wykute z niej i będące nią, każda wyższa niż wieża. Siedzą i trzymają ręce złożone w miski, jedna pod drugą, tak że woda z górnej przelewa się w środkową, ze środkowej w dolną. Sześć dłoni. Stąd nazwa dzielnicy, i to jedyna nazwa w tym mieście, którą zrozumiałeś od razu.

    Twarze mają starte. Nie uszkodzone. Nie odbite w bitwie, nie wykruszone przez mróz, bo cała reszta jest ostra i widać fałdy szat i paznokcie u wielkich kciuków. Owale twarzy są gładkie, lekko wklęsłe i matowe, wytarte dokładnie tak jak imiona na płytach w tamtej komorze o świcie.

    Woda wychodząca z najniższych dłoni paruje.

    Idziesz pod tym przez kilkaset kroków i przez cały ten czas nie słyszysz nic poza hukiem. Bruk jest mokry na stałe. Po prawej, ponad dachami, widać drogę wykutą w zboczu, szeroką, prowadzącą w górę i w bok, w stronę czarnego urwiska pełnego dziur po komorach. Rano wyszedłeś którąś z nich.

    Trzewik ciągnie cię za rękaw i prowadzi tam, gdzie huk trochę opada, bo zasłania go budynek: niski, długi, obrośnięty mchem na północnej ścianie, z dwoma wejściami i parą wytartych stopni przed każdym.

    — Tam wchodzisz! — mówi. — Kartka wystarczy, pokaż ją przy wejściu i nic więcej nie mów! W środku masz się rozebrać, wymoczyć i przestać myśleć, bo trzecie i tak ci nie wyjdzie, ale spróbuj!

    Wskazuje kciukiem za siebie, w górę, gdzie na skalnej półce stoi budowla bez okien, z trzema wejściami obok siebie.

    — Ja idę do świątyni. Siostry prowadzą dom dla przybyszów i to u nich odsiedzisz swój tydzień. Muszę potwierdzić, że mają miejsce i że wiedzą, kogo dostają. Kapłani nie lubią niespodzianek, a ty, bez obrazy, jesteś prawdziwą niespodzianką.

    Zostawia kosz.

    — Wrócę po ciebie. Jak mnie nie będzie, czekaj w środku, nie na zewnątrz. Nikt ci tam nic nie zrobi. — Przez moment wygląda, jakby chciał dodać coś jeszcze, i nie dodaje. — Mydło masz w koszu.

    Odchodzi. Nie ogląda się. Wewnątrz huk zamienia się w dudnienie w podłodze i w uszach robi się dziwnie pusto. Przedsionek jest ciepły i pachnie mokrym kamieniem, mydłem i czymś ziołowym, czego nie umiesz nazwać. Za ladą stoi kobieta o palcach spiętych błoną i przelicza kartki na sznurku, nie patrząc na nie. Bierze twoją, ogląda przez sekundę, podnosi na ciebie oczy, opuszcza.

    — Przybysz — mówi, nie pytając. — Pierwszy raz. Rzeczy do koszyka, koszyk pod ławę, ubranie dostaniesz z powrotem suche, bo to się tu robi. Jestem Wercha. Jak coś się stanie, to krzycz.

    Wskazuje dłonią, a błona między palcami rozciąga się jak wachlarz.

    — Tam ciepłe, tam zimne, tam jedzenie. Nie wchodź do zimnych po ciepłych, bo potem u ciebie będzie gorączka, a ja będę mieć co sprzątać.

    Przebieralnia to długa sala z ławami wzdłuż ścian i rzędem koszy pod nimi. Tu jest najgłośniej z całych łaźni, bo wszyscy mówią jednocześnie i nikt nikogo nie słucha. Dwoje starszych mieszkańców kłóci się o to, który kosz zajęli.

    Ciepłe to sześć zagłębień w posadzce, każde wielkości niewielkiego stawu, wypełnionych wodą, która jest cieplejsza, niż powinna być woda z lodowca, i nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Para stoi pod sufitem warstwą na wysokości głowy. Mieszkańcy siedzą po szyję, oparci o krawędzie, i rozmawiają cicho, bo tu się nie krzyczy.

    Zimne to jedno głębokie oczko przy ścianie od wodospadu, gdzie woda wchodzi wprost ze skały. Ktoś tam siedzi zawsze i zawsze robi to na pokaz.

    Jadalnia jest przy wyjściu: dwadzieścia stołów, jedna kucharka, jedno danie dnia i piwo. Mieszkańcy jedzą w ręcznikach.

    Mieszkańcy.

    Drakon mosiężnej barwy, siedzi w najgorętszej wodzie i ma zamknięte oczy, a z nozdrzy schodzi mu para. Konstrukt z drewna i blachy stoi w płytkim brzegu i szoruje sobie płytę napierśną szczotką, a woda wokół niego jest różowa. Coś z łuskami i grzebieniem na plecach leży całkowicie zanurzone na dnie i nie wypływa. Kobieta o skórze pokrytej drobnym, szarym pyłem zmywa go z siebie i zeskrobuje paznokciem; pod spodem jest taka sama. Chłopak o twarzy zwyczajnej i rękach o jeden staw za długich rozdaje karty na brzegu basenu. Starzec bez jednej nogi opowiada głośno historię, którą sąsiedzi znają, bo kończą mu zdania. Dwoje niziołków przysypia w wodzie na plecach, trzymając się za ręce, żeby nie odpłynąć. Ktoś w kapturze siedzi w zimnym oczku, w kapturze, w wodzie, i nikt tego nie komentuje. Niska kobieta o dwóch twarzach moczy stopy przy krawędzi, a obok zwinięty mundur - Zakon Janusowy też się myje. I gdzieś z boku ktoś zupełnie zwyczajny, z wąsem, je bułkę.

    Rozmowy dochodzą do ciebie warstwami, jak przedtem hałas na ulicy.

    Ktoś tłumaczy komuś miasto. Palcem po mokrym kamieniu: tu masz Miechy, niżej, tam kują i tam się mieszka tanio; tu Stukramie, kramy; tu my, Sześć Dłoni; tu Wzgórze Kolegialne, tam nie chodź bez układów i pieniędzy; tu Park Hesperyd; tu Kurzawa, tam nie wchodź w ogóle; tu Podbramie Zachodnie, a to są Podwoje, bo tam siedzi Zakon. A tam, palec przystaje, Czarne Urwiska. Tam się nie mieszka za życia, tylko po śmierci. Wszystkiego nie usłyszałeś, ale pewnie mógłbyś prosić o powtórzenie.

    Dwóch kupców liczy. Wiele dóbr w tym mieście, pominąwszy zakopane w podziemiach artefakty i wiedzę dawnych epok, jest z zewnątrz, z Zamurza, i nic z zewnątrz nie przychodzi łatwą drogą, bo górskie drogi są niebezpieczne. Karawana kosztuje nieraz więcej niż towar. Raz na pokolenie zależne od upraw opartych o kanaty miasto głoduje. Kolejny wątek, który być może cię zainteresuje.

    Ktoś narzeka na Trzykrotnych. Sami się nazywają Termaksjanami. Trzy to dla nich ważna liczba, bo trzy wieże stoją w Miechach, każda hołdująca jednej z trzech wielkich sztuk: jedna dla alchemików, jedna dla magów, jedna dla sferologów. Wieże zbiorczo to tak zwany Almutałat, a Termaksjanie czy Trzykrotni to hermetyczna gildia mędrców, gdzie od wieków nie znalazł się ani jeden mag, który opanowałby wszystkie trzy sztuki tak jak ich legendarny założyciel, choć uzurpatorów było wielu...

    Kobieta z cechu rzemieślniczego mówi o murze. Każdy cech odpowiada za swój odcinek: garbarze za kurtynę, kotlarze za basztę, i tak dalej, i to jest powód, dla którego mistrz cechu ma w tym mieście czasami więcej do powiedzenia niż pontyfik. A potem milknie i mówi ciszej, że jest jeden odcinek, zaniedbany, za który nie odpowiada nikt, i że wszyscy o tym wiedzą, i że od czterdziestu lat rada obraduje nad tym, czyj on jest.

    I ktoś, kto był na północy. Za górami jest woda. Nie rzeka. Woda bez drugiego brzegu, słona. Słynne morze, do którego prowadzi szlak, niedostępny przez cztery miesiące w roku.

    Dwa razy w ciągu godziny robi się ciszej. Pierwszy raz nie rozumiesz dlaczego. Drugi raz stoisz już bliżej wyjścia i widzisz. Ulicą przed łaźniami idzie procesja. Osiem osób, nosze, na noszach coś owinięte szarym całunem, i nikt nie płacze, nikt nie śpiewa, nikt nie bije w nic. Idą w górę, tą drogą wykutą w zboczu, w stronę czarnych dziur w odległym urwisku.

    W łaźniach nie milkną wszyscy. Milkną ci, którzy akurat siedzą po stronie wyjścia, i milkną tylko na tyle, na ile procesja jest widoczna. Potem wracają do rozmowy dokładnie w tym miejscu, w którym ją zostawili. Tędy chodzi się na Czarne Urwiska i tędy chodzi się do wody. Innej drogi nie ma.

    Woda jest tak ciepła, że przestajesz czuć, gdzie kończy się skóra.

    Pierwszy raz od rana nic nie śmierdzi i nic nie huczy. Mięśnie ud puszczają. Dłonie szczypią w otarciach i to szczypanie jest jedyną rzeczą, która ma jeszcze ostrą krawędź.

    Dlatego zauważasz o cztery uderzenia serca za późno, że ktoś siedzi po twojej prawej.

    cb41419b-5145-495b-b865-00d42f3b657e-image.jpeg

    Kobieta. Szczupła, z włosami czarnymi i mokrymi, zaczesanymi do tyłu, o skórze o pół tonu za jasnej jak na tutejsze słońce. Oczy ma duże i ciemne i patrzą na wprost, w parę nad wodą, nie na ciebie. Siedzi w odległości, która jest uprzejma. Na tyle blisko, żeby dało się mówić, na tyle daleko, żeby nie trzeba było.

    Coś w niej jest nie tak i dopiero po chwili wiesz co. Oddycha nieczęsto. I kiedy przechyla głowę, przez ułamek sekundy wydaje ci się, że przechyliła ją dwa razy. Raz ona, raz coś, co siedzi tuż za nią i nie ma kształtu?

    W żołądku, dokładnie tam, gdzie od rana siedzi szyb bez stopni, coś się odzywa. Nie strach. Ostrzeżenie bez treści, jak wtedy.

    — Woda jest przyjemniejsza po zmierzchu — mówi, nie odwracając głowy. — Cieplejsza i mniej mieszkańców. Ale pierwszego dnia i tak trzeba przyjść w dzień, bo po ciemku nikt tu nie trafi.

    Teraz patrzy.

    — Aletheja. Nie pytam, jak ci na imię. Przez pierwszy tydzień wszyscy odpowiadają na to pytanie źle i potem jest im głupio... Mnie zresztą też...

    Uśmiech ma spokojny, bez zębów, i trwa dokładnie tak długo, jak powinien.

    — Boli cię głowa? Nie za skroniami. Z tyłu, u nasady czaszki, jakby ktoś ci tam zostawił rękę. — Przesuwa się o pół dłoni bliżej. — Bo jeśli tak, to nie od wody i nie od słońca, i nie warto tego przeczekiwać. Prawie nikt z was o tym nie mówi przez pierwsze trzy dni, a potem już jest za późno, żeby to komuś opisać.

    Tak. Tylko głowa. Zaczynasz zauważać, że boli. I że boli od rana.

    Woda jest ciepła. Naprzeciwko ktoś się śmieje z czegoś, czego nie słyszałeś.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    👁
    1
    • NabuchodonozorN Niedostępny
      NabuchodonozorN Niedostępny
      Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
      napisał ostatnio edytowany przez
      #14

      Cel był jeden. Mieć dłuższą chwilę dla siebie: dla umysłu, ciała, zmysłów.
      Ystyriaeth tyle już widział, że kolejne osobniki nie robiły na nim wrażenia. Ci którzy wyglądali na "normalnych" także. Mógł śmiało założyć, że nawet ci "zwykli" kryją coś jak na przykład dodatkowa para oczu w... w niewidocznym miejscu.

      Hm. Można powiedzieć, że wszyscy tutaj są "Insolitus.

      Mnich zastosował się do wszystkich poleceń. Poszukał miejsca, które było w miarę odludne i tam zaczął się stopniowo relaksować. Sądząc po treści rozmów tutaj to było naprawdę dobre miejsce na zdobycie informacji. On jednak już wcześniej postanowił, że to nie dziś. Dziś jest czas na uspokojenie, na skupienie na swoim KI. Najpierw się porządni umył, po czym rozluźnił w ciepłej wodzie.

      Co do jednego Trzewik się pomylił. Ystyriaeth był mnichem. Potrafił się wyłączyć. Potrafił nie myśleć. Stan skupienia na wszystkich lub pojedynczych zmysłach, stan analizy i stan nie- myślenia a jedynie przetwarzania, wreszcie stan skupienia na własnej harmonii, własnym KI- te wszystkie stany opanował może nie do perfekcji ale do poziomu jej bliskiemu.

      Ystayriaet nie myślał. Nie widział, nie słyszał. Zostawił sobie tylko dotyk, by czuć ciepło wody i przyjemne dla każdego człowieka (tak: nadal myślał o sobie jak o człowieku) uczucie, że miła woda otula cię całego.

      To wlaśnie ten zmysł go zdradził. To ten zmysł przerwał w końcu jego medytację. Na pewnym poziomie skupienia się na dotyku odczuwa się nie tylko to z czym ma się bezpośrednią styczność, ale także bliskość tak obiektów jak i osób.

      Tak. Ktoś był blisko. Zbyt blisko.

      Powoli otworzył oczy. Nie poruszył głową ale widział.
      Kobieta. Dlaczego to musiała być akurat kobieta? Ze wszystkich dziwadeł jakie tu były wokoło? Nie mógł to być na przykład wieprz o dwóch ogonach i ryju na brzuchu?

      Ystyriaeth nigdy nie lubił mieć styczności z kobietami. Nie potrafił sobie przypomnieć wydarzeń z tym związanych, ale żywił głębokie przekonanie, że ta płeć to esencja dysharmonii sama w sobie.

      Kobiety nie zachwoują się racjonalnie, nie kierują się logiką- nawet swoją własną, choć czasem twierdzą, że ją mają. Ich decyzje potrafią się zmienić pod wpływem zmian pogody, albo nawet wrażenia, że pogoda się zmieniła.

      W dodatku z tą konkretną coś było nie tak. Z resztą w tym miejscu musiało coś z nią być nie tak.

      Od samego jej głosu rozbolała go głowa. Musi być ostrożny. Jeśli spróbuje się do niego jeszcze zbliżyć zareaguje. Może jednak sama się odczepi? Ystyriaeth postanowił ją przeczekać. Pozostał jednak czujny.

      Był gotowy by opuścić zbiornik jedynym płynnym ruchem.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      👁
      2
      • Janusz PodziemiJ Niedostępny
        Janusz PodziemiJ Niedostępny
        Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
        Mecenas
        napisał ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
        #15

        5b8236b9-726f-4c13-8c38-fb44ad282c6b-image.jpeg

        WIS (Insight) DC 13 = 17+3 -> sukces

        Nie kłamie. Tego jesteś pewien i to jest pierwsza rzecz, która nie pasuje, bo spodziewałeś się fałszu, a fałszu nie ma. Wszystko, co powiedziała, wydaje się prawdą, łącznie z tym o głowie.

        Drugą rzecz rozpoznajesz później i rozpoznajesz ją odruchowo, jakby trenowano cię w tym latami, choć trudno przywołać z pamięci czasy szkoleń. Odległość, w której usiadła, jest wymierzona. Pauza po jej własnym imieniu trwała dokładnie tyle, ile musiała. Przesunęła się o pół dłoni, nie o całą. Nic z tego nie jest przypadkiem i nic z tego nie jest pierwszym razem. Ona nie rozmawia. Ona prowadzi rozmowę, tak jak prowadzi się kogoś korytarzem. Uprzejmie, bez dotykania, i tylko ona wie, gdzie są drzwi.

        Trzecia rzecz jest najprostsza. Ona czeka. Nie na twoją zgodę, bo o nic nie poprosiła. Czeka, aż zapytasz, i wtedy to, co powie, nie będzie jej propozycją, tylko odpowiedzią na twoje pytanie. Czego chce, nie wiesz. Wiesz tylko, że chce, i że jest w tym lepsza niż ty w przeczekiwaniu.

        Milczysz. Ona pozwala temu milczeniu potrwać trzy oddechy. Swoje oddechy, nie twoje, więc trwa dłużej, niż powinno.

        Potem przestaje czekać.

        — Nie zapytasz — mówi. — To ci opowiem o tych, którzy trafiają do Stubramia.

        Opiera łokcie o krawędź za sobą i przestaje być zwrócona ku tobie. Mówi w parę.

        — Każdy, kto tu przychodzi przez portal, dostaje to samo. Nie pustkę. Gdyby to była pustka, byłoby łatwo. Dostaje przebłyski. Urywki wspomnień. Zapach, którego nie umie przypisać. Twarz bez imienia. Jedno słowo, przy którym robi mu się zimno, i nie wie dlaczego, bo słowo nic nie znaczy. Wraca to nocą, przed snem.

        — Wszyscy postanawiają wtedy to samo. Postanawiają zrozumieć. Szukają. Pytają uczonych, płacą za tłumaczenia, chodzą po Stukramiu i pokazują obcym handlarzom rzeczy, które przynieśli ze sobą.

        Pauza.

        — I część z nich coś znajduje. Ledwie coś. Rzadko całą prawdę.

        Teraz odwraca głowę.

        — Nie mówię ci, że nie warto. Mówię ci, co widziałam. To, co czeka na drugim końcu tych urywków wspomnień, jest zwykle tym, przed czym się uciekło. Przybysze nie trafiają tutaj z miejsc, do których chce się wracać. A kiedy już znajdą, nie mogą tego odłożyć, bo to jest w środku i idzie z nimi wszędzie. Mam takich trzech znajomych. Dwóch bym ci nie pokazała.

        Para nad jej prawym ramieniem znosi się pod prąd względem całej sali.

        — Można inaczej. Nie trzeba tego rozumieć. Można to po prostu oddać.

        Mówi to tak spokojnie, jakby proponowała, żebyś zdjął mokry płaszcz.

        — Nie całość. Nikt nie oddaje całości i nikt by jej od ciebie nie chciał. Wybiera się jedną rzecz. Tę, która najbardziej uwiera. Wyjmuje się ją, a razem z nią schodzi to, co się przy niej trzyma: to zimno, ten niepokój, to budzenie się w nocy. Zostajesz sobą, tylko bez tego jednego miejsca, które boli. Nawet nie wiesz potem, że czegoś nie ma. Nikt nie wie. To jest cały sens.

        — I dostajesz za to pieniądze, bo to jest transakcja, a nie przysługa. Sto sztuk złota, dzisiaj, za jedno wspomnienie. Nie wiem, czy rozumiesz, ile to jest, ale mało kto trafia tutaj z taką sumką.

        Wraca wzrokiem do pary.

        — Za tydzień to samo wspomnienie będzie warte trzydzieści, bo za tydzień będzie już w kawałkach. Za miesiąc nie będzie miało żadnej wartości. Wtedy się rozsypie samo i nie dostaniesz za to nic, a niepokój zostanie, bo emocje potrafią zostać dłużej niż wspomnienie.

        Wyciąga rękę z wody i kładzie płasko na krawędzi między wami. W dłoni nic nie ma.

        — Jestem tu do zamknięcia. Jutro rano też. Nie musisz mi dzisiaj nic mówić. Ani jak masz na imię, ani co widzisz, kiedy zamykasz oczy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        👁
        1
        • NabuchodonozorN Niedostępny
          NabuchodonozorN Niedostępny
          Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
          napisał ostatnio edytowany przez
          #16

          Wyważone ruchy, strategia, odpowiednie ustawienie ciała.

          "Zachowaj czujność, patrz, słuchaj, czuj, przewiduj, zapobiegaj, wpływaj". Zachowanie kobiety nieco przypominało wpojone mnichowi zasady.

          Ystyriaeth nie wiedział jak długo go obserwowała, co z niego wyczytała, ale nie ulegało wątpliwości, że dobrze przygotowała się do działania. Do tego by na niego wpłynąć.

          Nie była jednak mnichem. Z resztą czy kobieta mogłaby być dobrym Adeptem? Niemożliwe, chociaż w tym świecie może i takie dziwactwo by mogło mieć miejsce.

          Niemniej jej postawa przypominała mu inną klasę społeczną. Tych którzy zawodowo skupiają się na wpływie innych ludzi. Z resztą jej propozycja potwierdziła to tylko. Ta kobieta była kupcem. Tak w tej dziedzinie płeć zmienna doskonale sobie radzi.

          Jednak towar którym handluje...

          Sprzedać wspomnienia?

          Ystyrieth tutaj widział dziwactwa, czuł dziwactwa, słyszał o dziwactwach od Trzewika, ba! sam zachowywał się dziwnie- jak wtedy gdy zwymiotował publicznie. Teraz dowiedział się, że i możliwości w tym miejscu bywają dziwaczne.

          Gdyby miał się pozbyć jakiegoś wspomnienia to byłoby wyżej wspomniane "uzewnętrznienie". Co by to jednak oznaczało? Czy na przykład nie pamiętałby przy okazji początku rozmowy z Trzewikiem? Czy nie pamiętałby badania jakie przeprowadził Janusowy Strażnik?

          Nie! To było bardzo niebezpieczne. To byłoby totalne zaburzenie harmonii.

          Z resztą nawet nie wiedział czy kwota przez nią zaproponowana to dużo czy mało. Do tej pory otrzymał wszystko za darmo. Trzewik też wspominał wcześniej, że liczy się tu waga złota, a nie ich ilość. Ona zaś mówiła o 100 SZTUKACH złota. Nawet gdyby Ystyrieath znał tutejsze ceny to i tak nie wiadomo jak wielkie by były złote krążki.

          Tak ta handlarka była sprytna, z pewnością wprawiona. Znalazła kogoś nowego, nieobeznanego, a takiego najłatwiej naciągnąć.

          Co do jednej rzeczy jednak ta kobieta bardzo się myliła. Ystyriaeth nie przybył tutaj by od czegoś uciec. On przyszedł by coś odnaleźć! By odnaleźć utraconą część siebie. I nie był zdesperowany by przypomnieć sobie wszystko co było przed wejściem do portalu. List który sam sobie pozostawił oraz część wspomnień jakie zachował wyraźnie mu mówiły, że te rzeczy nie są potrzebne, bo pozostało w Nim to co najważniejsze: filozofia, którą żył, szkolenie które odbył i jego efekty, spójność jaką wypracował.

          Ystyriath wzgardził w sercu tą kobietą. To że naciągała innych to nic niezwykłego- wszyscy kupcy tak czynią. Jednak ona zawodowo niszczyła harmonię innych istot. Zaburzała ich KI. Odbierała możlwość samodoskonalenia w imię pozornego spokoju.

          Z resztą kto miał gwarancję co zrobi gdy pozwoilsz jej wejść do swej głowy? Jeśli ci zabierze coś jeszcze nawet nie będziesz o tym wiedzieć, szczególnie tutaj gdzie nie ma nikogo kto by ci przypomniał.

          To miejsce to wyzwanie, spore wyzwanie, ale z takimi należy się mierzyć, a nie od nich uciekać. Jeśli będzie miał nagłe przebłyski- dobrze. Poradzi sobie z nimi jak ze wszystkim. Z takimi jak Aletheja także. Ale to jeszcze nie jest czas wpływu. To czas czujności i obserwacji. Gdy jednak nadejdzie czas Ystyriaeth uratuje społeczność przed złodziejami wspomnień. To z takimi właśnie twórcami chaosu Ystyriaeth poprzysiągł walkę.

          Bez słowa wstał, owinął się w ręcznik i odszedł do części jadalnej. Poszukując odosobnionego miejsca, gdzie mógłby w spokoju coś zjeść.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          👁
          2
          • Janusz PodziemiJ Niedostępny
            Janusz PodziemiJ Niedostępny
            Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
            Mecenas
            napisał ostatnio edytowany przez
            #17

            Aletheja nie woła za tobą. Nie odwraca się też, kiedy wstajesz, i nie patrzy, jak wychodzisz z wody. Zostaje tam, gdzie siedziała, z łokciami na krawędzi i twarzą w parze, dokładnie w tej samej pozycji, którą zajęła, zanim się odezwała. Dopiero kiedy jesteś już przy stopniach, dwa kroki od wyjścia, mówi coś jeszcze. Nie głośniej niż przedtem. Tak, żeby usłyszał tylko ten, kto właśnie odchodzi.

            — Wielu przed tobą wybrało to samo.

            I potem, jeszcze ciszej, już bardziej do siebie:

            — Trzeci dzień jest najgorszy.

            Kiedy owijasz się w ręcznik i oglądasz przez ramię, w basenie siedzi czterech bywalców i żaden nie jest nią. Nie słyszałeś, żeby wychodziła.

            ***

            Jadalnia jest mniejsza, niż się spodziewałeś, i cieplejsza od reszty. Dwadzieścia stołów, para z kuchni, mieszkańcy w ręcznikach jedzący łokciami na blacie. Na ścianie wisi deska z cenami, wypisanymi kredą, poprawianymi wielokrotnie. Danie dnia: trzy miedziaki. Piwo: dwa. Chleb do dania: jeden. Ktoś dopisał niżej, innym charakterem, że woda jest za darmo i żeby przestać pytać. Danie dnia to gęsta kasza z czymś duszonym, czego nie umiesz nazwać i co pachnie lepiej, niż wygląda.

            Trzy miedziaki. Stoisz nad tą deską dłużej, niż potrzeba, bo pierwszy raz od przybycia masz w ręku liczbę, do której da się coś przyłożyć. Sto sztuk złota. Nie wiesz jeszcze, ile złota idzie na miedź, ale wiesz już, że obiad kosztuje trzy z miedzianych monet, a ona zaproponowała ci sto złotych. Nie za pracę. Nie za rzecz. Za jedno wspomnienie.

            Znajdujesz miejsce w kącie, plecami do ściany, twarzą do wejścia. Nikt się nie dosiada. Wercha niesie twoje ubranie, złożone i rzeczywiście suche. Kładzie je na stole i zostaje na słówko.

            9a85acea-d8fd-475a-a892-4172bd296b40-image.jpeg

            — Kolana nie zeszły — mówi. Podnosi spodnie i pokazuje dwie plamy, jedną większą, drugą mniejszą, wtarte w tkaninę i zmatowiałe. Są ciemnoczerwone. — Nie krew. To chyba łój. Barwiony, jakby z czerwonej świecy. Zostaw to Siostrom, one mają sposób na wszystko.

            Nie od razu do ciebie dociera, co to znaczy. Rano kolana miały na sobie coś ciemniejszego i tłustszego niż kurz, a ty nie zwróciłeś na to uwagi, bo uwagę zajmował ci brak powietrza i ból ud. Ale klęczałeś, to na pewno. Może nawet dwa razy. Raz, kiedy wypadłeś z łuku, na kamieniu z bruzdami. I drugi raz, przy tym otworze w podłodze, tuż zanim zrobiło się biało. Łój jest chyba z tego drugiego razu. Ktoś tam rozpalił świece? Niedawno na tyle, żeby łój zdążył zaschnąć? Pamięć płatała figle.

            ***

            Wraca Trzewik. Wygląda tak samo jak rano, tylko ma mokre rękawy do łokci i minę kogoś, kto wygrał kłótnię, której wolałby nie prowadzić.

            — Jest miejsce — mówi, siadając naprzeciwko. — Siostry cię przyjmą. Siedem dni, od dzisiaj. Zasady są proste. Śpisz w dormitorium, nie sam. Wychodzić możesz, ale wracasz przed zamknięciem bram świątyni i one zamykają się wcześnie. Raz dziennie ktoś cię obejrzy. Tylko obejrzy, spokojnie. Siódmego dnia zapiszą ostatni raz i będziesz wolny.

            Poprawia się na ławie.

            — I będą cię prosić do pracy. Noszenie wody, mycie schodów, obieranie. Nic, czego byś nie umiał. Za to będziesz miał dostęp do biblioteki i będziesz mógł porozmawiać z kapłanami, pozadawać pytania.

            Dopiero teraz przygląda ci się uważniej.

            — Ktoś do ciebie podchodził?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            👁
            1
            • NabuchodonozorN Niedostępny
              NabuchodonozorN Niedostępny
              Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
              napisał ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
              #18

              100 sztuk złota
              3 miedziaki.

              Kupcy nie oferowaliby czegoś co im się nie opłaca. Skoro mogą sobie pozwolić by dać aż tyle za jedno wspomnienie to znaczy, że zysk z tego musi być znacznie większy. Tym bardziej, że prawdopodobnie dostawy takiego towaru są bardzo nieregularne.

              Ystyriaethowi nikt nie musiał mówić, że jego wspomnienia są cenne. Sama idea wycenienia ich wydawała się absurdalna i gorsząca.

              Zastanawiające jednak było co ona, albo raczej Oni (zapewne kobieta była z jakiejś gildii) robili z tym dalej.

              Był tu jeszcze jeden problem. Jeśli dysponują taką ilością złota w świecie gdzie posiłek jest wyceniony na 3 miedziaki- a nie wiadomo czy to zawyżona, średnia czy zaniżona kwota- to nie będzie łatwo się nimi zająć.

              Mnich zrozumiał, że to pierwszy wieczór jego bytności tutaj, a on sobie wyznaczył zadanie na całe lata i to tylko pod warunkiem, że zbierze więcej osób takich jak on.

              Wiedział też, że nie jest dobrym mówcą i trudno będzie mu przekonać kogoś do idei, którymi się w życiu kierował. Będzie musiał użyć innych argumentów...

              Nadal jednak wiedział za mało. Musi być czujny i obserwować. Na wpływ przyjdzie czas potem.

              Wercha okazała się miła i pracowita. Mnich podziękował jej krótko, oczywiście nie zmieniając swego wyrazu twarzy.
              Dla każdego normalnego człowieka brzmiałoby to co najwyżej jak odburknięcie.

              ***

              Powrót trzewika i jego słowa uspokoiły Ystyrietha. To znaczy nie "uspokoiły". On zawsze jest spokojny. Ale było to... dobre.

              Mnich oczywiście nie obawiał się pracy, nawet prostych prac. Nie uwłaczały mu. Przeciwnie- to wyrabia charakter, zaprowadza równowagę w KI.

              Na myśl o bibliotece oczy mu się zaświeciły. Symbolicznie rzecz jasna. Może znajdzie tu zapiski w podobnym języku co książka? Może też przez te 7 dni przygotować się i dowiedzieć co nieco o tym miejscu.

              Nie musiał też zastanawiać się nad odpowiedzią na Trzewikowe pytanie. I tak chciał mu powiedzieć:

              - W jednym z basenów zagadnęła mnie niejaka Aletheja. Usiłowała przekonać mnie do... sprzedaży wspomnień- tu mnich na chwilę przerwał sprawdzając czy Trzewik będzie zaskoczony, ale zgodnie z przewidywaniem tamten nie okazał zdziwienia.

              - Argumentowała o bólu głowy, który będzie się pogarszał, szczególnie w 3 dniu i o prześladujących rzekomo wszystkich przybyszów wspomnieniach. Oferowała 100 sztuk złota i naciskała by szybko się zdecydować- stara sztuczka kupców. Nie odezwałem się do niej ani słowem, a gdy wyszedłem z basenu zniknęła jak kamfora.- Mnich znowu na chwilę przerwał zastanawiając się co powiedzieć, ale wypalił prosto z mostu:

              - opowiadałeś mi sporo o tym mieście, ale nie ostrzegałeś mnie przed takimi jak ona, a widać, że poluje na nowych. Nie sądzę byś miał w tym interes bo nie wyglądasz na bogacza, ale według mnie ona i jej podobni są niebezpieczni i zagrażają równowadze tego miasta. Nie chciałem cię jeszcze dzisiaj wypytywać, ale skoro przemilczałeś tę kobietę to jednak zapytam: kto lub co jeszcze może mi zagrozić przez te kilka dni? Nie zamierzam się wychylać. Zostanę tu tak jak to jestem winien Janusowemu strażnikowi i Tobie. Jednak to, że ja nie szukam kłopotów, nie oznacza, że one nie szukają mnie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              👁
              2
              • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                Janusz PodziemiJ Niedostępny
                Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                #19

                7035f861-31ce-427e-8783-46834f25ca50-image.jpeg

                Trzewik słucha do końca. Nie przerywa ani przy imieniu, ani przy kwocie. Przy „stu sztukach złota" kiwa głową raz, krótko, jak ktoś, kto słyszy cenę, którą zna na pamięć.

                — Starałem się cię ostrzec — mówi. — Pod wodospadem. Huk wody mnie zagłuszył. Nie wróciłem do tematu, bo nie spodziewałem się, że dopadną cię tutaj.

                Przysuwa się bliżej stołu, żeby nie musieć mówić głośno.

                — Sto złotych to nie są pieniądze, które się komuś daje, żeby go oszukać. To są pieniądze, które się daje, żeby się zgodził. Wyobraź sobie tragarza: nosi przez półtora roku i tyle nie zarobi. Tutaj za trzy miedziaki jesz obiad. A jedna złota moneta to sto takich miedziaków.

                — I jedno ci muszę powiedzieć, zanim zaczniesz sobie coś układać w głowie, bo widzę, że już układasz. To jest przez miasto tolerowane. Nawet legalne. Tak samo jak sprzedaż lat, o której ci mówiłem. Zapisane, opodatkowane, z oficjalną pieczęcią. Połowa mieszkańców, których dziś widziałeś w wodzie, kiedyś coś sprzedała, i większość śpi przez to lepiej niż ty dzisiaj będziesz spał. Wspomnienia wychodzą z tego miasta w fiolkach, razem z karawanami, za góry, nierzadko do klientów, którzy płacą więcej niż ona. Stubramie mało co wywozi, ale to akurat wywozi.

                — Bractwo nie kłóci się z nimi o to, że handlują. Kłóci się o to, kiedy. Pierwszego dnia nie wiesz, ile kosztuje obiad. Nie wiesz, co masz w głowie, więc nie wiesz, co oddajesz. A Leteańczyk przychodzi, zanim zdążysz się dowiedzieć.

                Mówisz mu, że nie wygląda na kogoś, kto ma w tym interes. Na to nie odpowiada od razu. Jego ręka, która przez cały czas spoczywała na wieku kosza, przestaje się ruszać. Potem strzepuje z wieka coś, czego tam nie ma, i wraca do zdania, jakby nic go nie przerwało.

                — Przychodzą, kiedy my przychodzimy. Czasem wcześniej. — Nie mówi, skąd wiedzą. Nie wygląda, jakby wiedział.

                — Pytasz, co ci może zagrozić przez tydzień. Mniej, niż myślisz, i więcej, niż byś chciał. — Unosi jeden palec. — Kardus. Nie to, że cię skrzywdzi. Przez siedem dni Zakon czuwa nad tobą. Siostry zresztą też. — Drugi palec. — Trzeci dzień. Ból głowy jest prawdziwy. Siostry mają na to napar, który nie pomaga, i miskę, która pomaga, bardziej przez to, że ktoś ją trzyma, kiedy robi ci się słabo. — Trzeci palec. — Czarne Urwiska po zmroku. Nie chodź. — Czwarty. — Tak samo do Podmiasta. Czy w jakiekolwiek podziemia.

                Wercha wraca od strony przebieralni, wycierając ręce o fartuch. Stawia na stole, obok twojego ubrania, coś małego i szarego.

                — To chyba też twoje. Leżało pod rzeczami.

                Wgnieciony cynowy kubek. Ten sam, który miałeś w dłoni rano, kiedy otworzyłeś oczy pod ścianą w Miechach. Nie pamiętasz, kiedy go odłożyłeś.

                — Umyłam — dodaje Wercha. Obraca go jeszcze palcem, błona między palcami napina się i opada. — Z dołu taki. Na dole każdy nosi swój, bo tam się płaci za łyk, a naczynie masz mieć własne. Tutaj nikt by z tego nie pił. — Wzrusza ramionami i odchodzi do następnego stołu.

                Trzewik patrzy na kubek, potem na ciebie. Jego wzrok schodzi niżej, na twoje spodnie złożone na brzegu stołu, i na dwie ciemnoczerwone plamy na kolanach. Patrzy na nie chwilę dłużej niż trzeba. Nic nie mówi. Wstaje.

                — Chodź. Zamykają wcześnie, a ja wolę nie wiedzieć, co by powiedziały, gdybym ci pierwszego dnia pozwolił się spóźnić.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                👁
                2
                • NabuchodonozorN Niedostępny
                  NabuchodonozorN Niedostępny
                  Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #20

                  Ystyraeth podziękował Wersze i spojrzał na kubek. Kolejne dwie najwyraźniej dobre osoby, które tu spotkał, choć jednej z nich nie pamięta.

                  Ystyriaeth chyba zaczął lepiej rozumieć Trzewika. Mędrzec zdawałby się cokolwiek roztrzepany. Prawdopodobnie należy do tych osób, które mają wiele myśli w głowie i nie potrafią ich dobrze uporządkować.
                  Z jednej strony odpowiedział na pytania i to nawet dość przekonująco.
                  Z drugiej strony gdy poruszał nowy wątek podawał szczątkową informację jakby sądząc, że słuchacz ma podobną wiedzę co on.
                  Przykładowo: wyjaśnił kwestię Lateańczyków, choć dla mnicha fakt, że miasto pozwala na to co robią, wcale nie oznaczał, że to dobre dla miasta. Ale to osobny temat.

                  "Cóż. Każdy ma jakąś dysharmonię, z którą musi się mierzyć"- pomyślał mnich.

                  Ystyriaeth doszedł do wniosku, że trzeba go dopytać, tym bardziej, że mowa o zagrożeniach, a on musi być przygotowany.

                  - Wymieniłeś zatem mędrcze cztery zagrożenia, jednak nie powiedziałeś na czym polegają. W pierwszej kolejności kim jest ów Kardus. Jak go rozpoznam i dlaczego jest groźny? Następnie miejsca: Czarne Urwiska i Podmiasto. Gdzie one są, abym tam (przynajmniej na razie) nie chodził? Przez najbliższe dni zamierzam trzymać się tego miejsca i dowiedzieć się jak najwięcej, tak jak prosiłeś mnie ty oraz ów strażnik, jednakże gdy potem opuszczę to miejsce nie znając okolicy mogę zbłądzić przypadkiem gdzie nie trzeba.
                  Po chwili namysłu dodał

                  • co zaś się tyczy bólu głowy, skoro uniknąć się go nie da wyjdę mu na przeciw!

                  Zauważył też gdzie spogląda Trzewik: te plamy na kolanach są jakieś dziwne, ale Ty zdajesz się nimi bardziej zainteresowany niż na to zasługują.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  👁
                  2
                  • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                    Janusz PodziemiJ Niedostępny
                    Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                    Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                    #21

                    Trzewik słucha tego już w drzwiach jadalni. Przy „kim jest ów Kardus” unosi brwi, a przy „jak go rozpoznam” parska krótko, bez złośliwości.

                    — Poznałeś go. Ten z goglami, z wąsem i z dwiema twarzami. Zaglądał ci w uszy. Zakon pilnuje cię przez ten tydzień razem z Siostrami, a on jest z Zakonu, tak zwanym Kluzjuszem. Tyle ci wystarczy.

                    Wychodzicie. Huk wraca, ale od tej strony budynku da się go znieść, jeśli idzie się blisko ściany. Za rogiem łaźni Trzewik zatrzymuje się i nie musi niczego szukać. Podnosi rękę. Czarne Urwiska stoją tam, gdzie stały, kiedy siedziałeś w wodzie, tylko słońce zeszło niżej i skała ściemniała szybciej niż niebo. Setki otworów, rząd nad rzędem. Droga wykuta w zboczu, ta sama, którą szła procesja pogrzebowa, wspina się ku nim zakosami i ginie w cieniu.

                    — Tam. Z jednej z tych dziur wyszedłeś dziś rano. — Opuszcza rękę. — Za dnia chodzą tam żałobnicy i kapłanki Dolnej Siostry. Po zmroku chodzą inni. Hieny cmentarne. Rozkopują nisze i zdejmują z umarłych, co się da zdjąć. Za to można stracić dłonie lub zawisnąć, więc kto na nich wpadnie, ten jest dla nich niepożądanym świadkiem. Zakonu tam prawie nie ma. Astynomów, znaczy się strażników miejskich, nie ma wcale, bo żadna dzielnica nie chce płacić za pilnowanie umarłych, kiedy żywych ledwo udaje się dopilnować.

                    Rusza pod górę, w stronę skalnej półki.

                    — Mówi się też, że z niektórych kurhanów ktoś lub coś wstaje. Czasami ciałem, czasami duchem. Nie wiem, ile w tym prawdy. Wiem, że kapłanki Dolnej nie chodzą tam nocą dla modlitwy... A głębiej, pod Urwiskami, tunele podobno schodzą się z Krętowiskiem. To naturalne jaskinie, które idą przez całe pasmo. Prawdziwy labirynt wykuty przez naturę. Żyją w nim różne stworzenia, nie zawsze przychylne obecności obcych.

                    Idzie chwilę w milczeniu.

                    — Podmiasto jest pod nami. Pod wszystkim. Mieszkają tam zwykli mieszkańcy, co piorą, gotują, handlują. I mieszkają tam ci, którzy mają coś do ukrycia przed dniem, bo na dole dnia nie ma. Zakon schodzi rzadko, astynomów nie ma. Dzielnica rządzi się swoimi prawami. Nikt ci ich nie wypisze na tabliczce, a jak nie jesteś stamtąd, to szybko nadepniesz komuś na odcisk, i to zwykle komuś, komu nie należało.

                    Na moment zwalnia.

                    — A poniżej Podmiasta są Zapadliska. Szyby, przepaście, zapadnięte tunele, ponoć pozostałości miasta, które było przed Stubramiem. Nikt tego nie nazywa dzielnicą, bo nikt tam nie mieszka tak, jak się mieszka w dzielnicy. To również labirynt, ale wzniesiony rękami wymarłej cywilizacji. — Znowu idzie. — Wejść na dół jest wiele. Studnia w Stukramiu, którą schodzą ci, co wiedzą, po co schodzą. Tajemne przejścia, zapomniane szyby, dziury. Pamiętasz tę w Miechach, obwiązaną sznurem? Każdą dziurę, którą wszyscy omijają, omija się z jakiegoś powodu. Ty też omijaj.

                    Na słowa o bólu głowy odwraca się przez ramię.

                    — Wyjdziesz mu naprzeciw — powtarza. — Powiedz to Siostrom trzeciego dnia. Lubią, jak ktoś przychodzi do miski sam, a nie jest do niej niesiony.

                    Schody na półkę są normalne. Ludzkiej wysokości, ludzkiej głębokości, wyślizgane równo, od krawędzi do krawędzi. W połowie Trzewik przystaje. Tutaj skała zasłania wodospad i przez moment jest prawie cicho.

                    — Co do plam. Masz rację, że patrzyłem. Myślałem, że to krew, ale nie wyglądasz mi na rannego.

                    Świątynia stoi na krawędzi półki, plecami do skały, i z początku trudno powiedzieć, gdzie kończy się urwisko, a zaczyna mur. Front jest z tego samego szarego kamienia co zbocze, tylko wygładzony, jakby ktoś zdjął z góry wierzchnią warstwę i to, co zostało pod spodem, uznał za ścianę. Okien nie ma żadnych. Jest za to wilgoć. Mgła znad wodospadu podchodzi tu od dołu i osiada na kamieniu, więc cała fasada lśni w ostatnim świetle jak skóra kogoś, kto dopiero wyszedł z wody.

                    Po raz pierwszy od rana wszystko ma właściwe wymiary. Drzwi są na wysokość człowieka, próg na wysokość kroku, framugi na szerokość ramion. Ktoś to budował dla takich jak ty. Albo przynajmniej dla takich jak Trzewik, bo nadproża są trochę za niskie i przy każdym widać ciemniejszą plamę, w którą przez lata uderzały czoła.

                    Wejścia są trzy, obok siebie, i każde jest inne. Nad lewym wykuto w kamieniu strugę wody spadającą z góry. Płaskorzeźba jest ostra i czysta, a pod nią w progu stoi kamienna misa, pełna po brzegi, z której nikt nie pije. Nad środkowym struga nie spada, tylko stoi, zamknięta w owalu jak w naczyniu, a w progu wyżłobiono płytkie zagłębienie z wodą tak spokojną, że odbija niebo. Nad prawym woda odpływa, rozgałęziając się na coraz cieńsze nitki, aż znikają w kamieniu. Pod nim nie ma misy. Jest rynienka w progu, którą woda wychodzi na zewnątrz i spływa po schodach, którymi przyszliście. Stopnie po prawej stronie są ciemniejsze od reszty.

                    Wszystkie trzy drzwi są z drewna, starego, pociemniałego od wilgoci, okutego żelazem, które zdążyło porosnąć rdzawym nalotem. Wszystkie trzy zamknięte. Przy każdych, na wysokości pięści, drewno jest wytarte do jasnego. Przy środkowych najbardziej. Trzewik podchodzi do środkowego i puka trzy razy, pięścią.

                    — Tu się rozstajemy — mówi i stawia kosz u twoich stóp. — Za tydzień przyjdę po ciebie, tak jak obiecałem.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    👁
                    2
                    • NabuchodonozorN Niedostępny
                      NabuchodonozorN Niedostępny
                      Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                      #22

                      Ystyriaet słysząć o Kardusie zaczerwienił się po swojemu- czyli lekko zadrżała mu powieka i zawstydził się po swojemu czyli po prostu... milczał.
                      Nie rozumiał co się z nim działo. Był przecież po medytacji w wodzie. Powinien mieć czysty harmonijny umysł. Gdy wcześniej Trzewik mu opowiadał był czujny, słuchał z uwagą. A tu taki błąd...
                      Nie śmiał zadawać kolejnych pytań, żeby znowu się nie... bo to nie był czas na to.

                      Dobrze się czuł w tym miejscu. Kamień pod stopami przypominał mu dom, kojarzył się ze stabilnością i z tym, że wszystko jest tak jak być powinno. Dobre miejsce by zacząć coś od nowa.

                      Gdy doszli do końca jednak jedno zadał:
                      - Mam się do kogoś tu zgłosić? ktoś mnie oprowadzi?
                      Miał oczywiście na myśli przede wszystkim bibliotekę oraz jakieś miejsce gdzie w końcu mógłby pobyć sam.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      👁
                      2
                      • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                        Janusz PodziemiJ Niedostępny
                        Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                        #23

                        Trzewik zadziera głowę.

                        — Do tej, która otworzy. Wiedzą, kto przyjdzie, byłem u nich. A oprowadzać...

                        Urywa, bo za drzwiami coś szczęka. Żelazo trze o żelazo, ktoś powoli odsuwa ciężką zasuwę.

                        — Oprowadzą. Do zobaczenia — kończy i już schodzi, bokiem, stopień po stopniu. Nie ogląda się. Po kilku krokach przestaje być widać kapelusz.

                        Środkowe drzwi otwierają się do środka. Zawiasy nie skrzypią, ktoś je smaruje. Z wnętrza wychodzi chłód i zapach mokrego kamienia. W głębi, daleko, pali się jedna lampa.

                        W progu stoi kobieta i przez chwilę nic nie mówi. Nie patrzy też na ciebie. Mija cię w odległości łokcia, podchodzi do lewych drzwi, pod strugę wykutą w kamieniu, i zanurza dłonie w misie, z której nikt nie pije. Myje je starannie, palec po palcu, jakby liczyła. Strząsa wodę. Dopiero wtedy się odwraca.

                        fbfb1b4c-3079-4a7d-bf7c-f6b628aa9d25-image.jpeg

                        Jest wysoka i szczupła, o pół głowy wyższa od ciebie. Od szyi po kostki okrywa ją len, niebarwiony, w kolorze surowego ziarna, gruby i tak prosty, że nie da się z niego odczytać kształtu ciała. Włosy schowała pod płótnem upiętym tak ciasno, że napina jej skórę na skroniach. Widać tylko twarz i dłonie. Twarz ma wąską i gładką, bez jednej zmarszczki, a mimo to nie wygląda młodo. Wygląda jak ktoś, kto od bardzo dawna jest w tym samym wieku. Skóra ma ciepły odcień, jaki tutejsze słońce pewnie daje rolnikom po latach pracy w polu, tyle że ona w polu nie pracowała, a słońce, jak się zdaje, nic jej nie dało. Oczy ma w kolorze miedzi, a przy źrenicach ciemniejsze, jak liście, które leżą na ziemi od tygodnia. Przy lewej skroni spod płótna wymknął się jeden kosmyk, rdzawy. Płótno układa się w tym miejscu nierówno, jakby pod spodem było coś dłuższego niż ucho. Dłonie ma o długich palcach, jeszcze mokre, zaczerwienione na kłykciach tak, jak czerwienią się dłonie myte częściej, niż trzeba. Pachnie mydłem z łaźni, a pod mydłem czymś, czego nie czułeś w tym mieście ani razu od rana: suchymi liśćmi.

                        — Ystyriaeth — mówi. Wymawia poprawnie, bez wahania, tak jak Trzewik. Głos ma cichy i dokładny, każde słowo stawia osobno. — Jestem Siostra Eunoe.

                        Przenosi wzrok na twoje dłonie. Składa swe dłonie przed sobą, jedną w drugą, w płytką miskę, i trzyma je tak na wysokości pasa. Ostatnie krople zbierają się w zagłębieniu między palcami.

                        — Zanim wejdziesz, jedno pytanie. — Nie spuszcza z ciebie oczu. — Jakie wspomnienie pamiętasz jako pierwsze?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        👁
                        2
                        • NabuchodonozorN Niedostępny
                          NabuchodonozorN Niedostępny
                          Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                          #24

                          Kobiety to najbardziej nieharmonijne istoty. Wprawdzie Ystytiaet poznał tylko ludzkie kobiety (i jedną prawdopodobnie nie- ludzką w źródle), jednak zdaje się, że to ogólna reguła wszechświata.

                          Są jednak takie kobiety, które próbują mimo wszystko zaprowadzić harmonię w sobie i otoczeniu. Mają wyjątkowo trudne zadanie. Takie właśnie czasem tworzą własne monastyry. Ta przed nim, jak to nazwał ją Trzewik "siostra" należała do przedstawicielek tego właśnie rodzaju niewiast.

                          Każdy człowiek dążący do harmonii, wychodzący na przeciw swoim słabościom budził szacunek mnicha.

                          Jej pytanie było bardzo osobiste. Z jednej strony nie chciał zdradzać za dużo o sobie, tym bardziej, że jeszcze przed chwilą ktoś chciał kupić, a być może nawet ukraść jego wspomnienia. Z drugiej miał być gościem w monastyrze tej kobiety, nie chciał jej okazywać braku szacunku.

                          Zastanowił się przez chwilę...

                          Wreszcie postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Powiedział tylko słowo. Słowo, które zawsze go prześladowało, którego nie rozumiał, które źle mu się kojarzyło. To ono jest jego najstarszym wspomnieniem i ono jest jedną z największych zagadek w jego życiu. Jeśli kobieta nie zrozumie- trudno, jeśli zrozumie być może będzie miała dla niego odpowiedzi. Odrzekł więc zdeterminowanym, stanowczym, ale tym razem nie pozbawionym emocji głosem, takim dokładnie jak wypowiadano je po raz pierwszy gdy to usłyszał:
                          - VLAAKITH

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          👁
                          2
                          • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                            Janusz PodziemiJ Niedostępny
                            Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                            Mecenas
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                            #25

                            Eunoe nie odpowiada od razu. Rozplata dłonie. Nie robi tego powoli, tak jak je składała, tylko naraz, jakby misa sama pękła jej w rękach. Woda zebrana między palcami spada na próg, prosto w płytkie zagłębienie, w którym od początku odbijało się niebo. Po powierzchni rozchodzi się jeden krąg i dochodzi do krawędzi. Niebo w wodzie wraca na miejsce.

                            Ona nie wraca. Patrzy ponad twoim ramieniem, na schody, którymi przyszedłeś. Potem na lewo i na prawo, wzdłuż półki, tam gdzie mgła znad wodospadu podchodzi pod mur. Nikogo tam nie ma. Sprawdza drugi raz.

                            — Wejdź — mówi. Ciszej niż przedtem i już nie tak dokładnie.

                            Cofa się w głąb, robi ci miejsce w progu i czeka, aż przejdziesz. Zasuwa idzie na swoje miejsce z tym samym ciężkim szczękiem, z którym przed chwilą ją odsuwano. Huk wodospadu zostaje za drewnem. W środku słychać tylko kapanie gdzieś daleko i własny oddech. Korytarz jest wąski, wykuty w skale, ma ludzką wysokość i ludzką szerokość. Jedna lampa, daleko.

                            Eunoe stoi plecami do drzwi i przez chwilę wyciera mokre dłonie o len, choć sama myła je przed chwilą tak starannie. Na płótnie zostają dwie ciemne smugi.

                            — Znam to imię — mówi. — Niewielu je zna, a ci, którzy znają, wolą go nie wymawiać. Ty powiedziałeś je tak, jakby ktoś je przed tobą wykrzyczał.

                            Milknie na oddech.

                            — To imię z czasów Bezimiennego Króla. Słyszałeś już o nim? Pewnie nie, to twój pierwszy dzień. Władał tym miastem, zanim stało się tym, czym jest, i władał nim tak, że kiedy go w końcu pokonano, nie poprzestano na zabiciu go. Wymazano go. Jego imię, jego twarz, jego historię. Z ksiąg, z kamienia, z pamięci. Klątwa zabrała prawie wszystko, co go dotyczyło.

                            Spogląda w głąb korytarza, w stronę lampy.

                            — Prawie. Ostały się historie tych, którzy byli przy nim. Vlaakith jest jedną z nich. Księgi nie mówią, kim była. Jedne nazywają ją branką, inne nałożnicą, jeszcze inne lenniczką, która klękała przed tronem Bezimiennego Króla, tutaj, w tym mieście. Wszystkie piszą o niej tak, jak się pisze o czymś, czego należy się bać, i żadna nie mówi dlaczego.

                            Teraz patrzy znowu na ciebie, z bliska, i pierwszy raz od otwarcia drzwi przygląda ci się tak, jak oglądała twoje dłonie. Nie szuka otarć. Wyciąga rękę, jakby chciała dotknąć twojego ramienia, i zatrzymuje ją cal przed nim.

                            — W tym mieście są tacy, co oddaliby wiele za każde słowo z tamtych czasów. Kupują je, czasem kradną. Jedni tylko po to, żeby je mieć. Inni po to, żeby z okruchów złożyć z powrotem kogoś, kogo złożyć nie wolno. Nie powtarzaj tego imienia w łaźni. Ani na Stukramiu. Ani nikomu, kto ci się uprzejmie przysiądzie.

                            Cofa rękę i znowu składa dłonie.

                            — Powiedziałeś je czyimś głosem? Pamiętasz może, czyim?

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            👁
                            2
                            • NabuchodonozorN Niedostępny
                              NabuchodonozorN Niedostępny
                              Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Nabuchodonozor
                              #26

                              Ystyriaeth liczył na to, że kobieta będzie coś wiedziała. Jednak to była tylko nić nadziei.

                              Gdy zaczęła mówić zaczął chłonąć każdy dźwięk, jakby był w jakimś transie.

                              Jej słowa go zszokowały!

                              Tak. Ten zawsze wyważony i panujący nad sobą mnich był w szoku. Stanął jak osłupiały, gdy byli już w środku.

                              Nie spodziewał się, że czegoś się dowie. Tym bardziej nie mógł mieć pojęcia, że to imię będzie aż tak ważne!

                              Na ile mógł zaufać tej kobiecie? Czuł by zaufać Trzewikowi, a tamten polecił go opiece tych kobiet. Jej słowa brzmiały rozsądnie, choć to nie było to co chciałby usłyszeć. Jak ma się dowiedzieć czegokolwiek nie mogąc nikogo zapytać? Jednak skoro kupują wspomnienia... 100 sztuk złota za coś co wydaje się zwykłe... Co by zrobili gdyby wyszło na jaw, że on zna to imię?

                              Czy ta kobieta może go zdradzić? Albo sama sprzedać to czego się od niego dowie? Żyła w monastyrze, więc powinna być odporna na takie pokusy, ale Ystyriaeth nie wiedział czym się kierował jej zakon. Z drugiej strony gdyby pokazał jej książkę...

                              W końcu zdecydował się ją wpierw wybadać.

                              - Pani ekhm Siostro... Euone. Wybacz, nie znam tutejszej kultury. Być może mam więcej informacji, być może nawet jest ich więcej niż sam podejrzewam. Zanim jednak wyjawię ci to co jak sama powiedziałaś może być niebezpieczne i dla mnie i dla samej Harmonii pozwól, że wpierw udamy się na jakieś osobne miejsce, a Ty powiesz mi jakimi zasadami się w życiu kierujesz. Nie wiem kim jesteś i nie wiem co zrobisz z wiedzą, którą mógłbym się z Tobą podzielić, z drugiej strony są rzeczy, których sam chcę się dowiedzieć by lepiej zrozumieć siebie. Czy otworzysz się tak jak chcesz bym i ja się otworzył?

                              Ystyriaeth uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz. Jeszcze parę godzin temu był gotów pokazać swoją księgę pierwszemu lepszemu dziecku które zna starożytny język. Nigdy nie sądził, że mogą się tak kryć tajemnice, których nie wolno nikomu wyjawić...

                              To wzbudziło w nim jeszcze większą determinację, by poznać jak najwięcej języków. Jeśli sam będzie umiał to odczytać łatwiej będzie mu zdecydować czy i z kim się tą wiedzą podzielić!

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              👁
                              2
                              • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                                Janusz PodziemiJ Niedostępny
                                Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                                Mecenas
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                                #27

                                — Eunoe — mówi Siostra. — Eu-no-e. Nie poprawiam cię z próżności. W tym mieście imiona potrafią mieć wielką moc, więc warto wymawiać je dokładnie.

                                Odwraca się w głąb korytarza.

                                — Chodź. Tutaj nie będziemy rozmawiać.

                                Korytarz jest wykuty w skale i ma ludzkie wymiary. Kamień pod stopami jest gładki, ale nie wyślizgany, raczej starannie wyrównany, a przy ścianach biegną dwie wąskie rynienki, w których płynie woda. Słychać ją cały czas. Nie jest to huk wodospadu, który został za drzwiami, ani cisza. To ciągły, cienki dźwięk, który po kilku krokach przestaje się zauważać, a który zauważyłbyś od razu, gdyby ucichł.

                                Jest zimno. Nie tak jak na zewnątrz po zmroku i nie tak jak w zimie. Ściany są delikatnie wilgotne. Kiedy przeciągasz po nich palcem, zostaje ciemniejszy ślad, który znika, zanim zrobisz następny krok.

                                W stropie co kilkanaście kroków jest otwór, pionowy szyb biegnący w górę przez skałę. Ma przekrój okrągły, szerokość ramion człowieka i w środku wisi pęk metalowych pręcików na sznurku. Z dnia zostało w nich trochę szarego światła, a z góry ciągnie zimnem znad lodu. Kiedy przechodzisz pod pierwszym, pręciki stukają o siebie cicho i nierówno. Szyb jest pionowy, gładki, bez stopni i bez drabiny. Ktoś zawiesił w nim dzwonki.

                                Korytarz kończy się kaplicą. To okrągła sala pod kopułą wykutą w skale, tak wysoką, że jej szczyt ginie w mroku nad lampami. Posadzka schodzi lekko ku środkowi, a w najniższym miejscu stoi ołtarz, czyli trzy kamienne kobiety, jedna nad drugą, wyższe od człowieka. Wygląda to jak pomniejszona kopia posągów, które widziałeś przy wodospadzie. Dłonie mają złożone w misy, a woda przelewa się z górnych do środkowych i z nich do dolnych, a stamtąd płytkim korytem w posadzce odpływa do trzech wyjść z sali. Słychać ją wszędzie. Wokół ołtarza leżą maty z sitowia, wytarte w trzech miejscach, każde naprzeciw innej Siostry.

                                Twarzy nie mają. Owale są gładkie, wklęsłe i matowe, wytarte jak imiona w komorze, w której obudziłeś się rano. U stóp ołtarza, na kamiennym stopniu, leżą setki skrawków. Kawałki płótna, czegoś w rodzaju drewna i kory, gliniane tabliczki, wstążki, jeden zwinięty liść. Na każdym coś napisano, w kilkudziesięciu pismach.

                                89badeb8-4b6e-4df3-95f0-9d93bea4ff6b-image.jpeg

                                Przy dolnej misie klęczy krasnolud w lnie, który nie jest niebarwiony, tylko szary jak popiół. Jest szeroki jak drzwi, którymi weszliście, a broda, siwa i zapleciona w jeden gruby warkocz, sięga mu do kolan i jest zawinięta za pas, żeby nie wpadała do wody. Czerpie wodę z dolnych dłoni do glinianego dzbana, powoli, nie rozlewając ani kropli, i śpiewa pod nosem, nisko, głosem, który zdaje się dochodzić spod posadzki. Każdy wers kończy się wcześniej, niż się spodziewasz:

                                Odchodzisz, a my się nie oglądamy.
                                Bierzesz zimę, bierzesz starych, bierzesz słomę.
                                Co bierzesz, oddajesz polu.

                                Podnosi się z pełnym dzbanem. Patrzy na ciebie dłużej niż ktokolwiek dziś, nie wrogo, tylko tak, jakby cię zapamiętywał. Potem na Eunoe.

                                — Nowy — mówi Eunoe.

                                — Widzę. — Krasnolud poprawia dzban na biodrze. — Siostra Radogost. Służę Dolnej Siostrze. — Mówi to do ciebie i zaraz wraca wzrokiem do Eunoe. — Idę do tej z wczoraj. Na noc.

                                Wychodzi prawym przejściem. Dzban zostawia na posadzce mokry ślad, który prowadzi tam, dokąd poszedł.

                                — Siostrami nazywamy tu wszystkich, którzy służą — mówi Eunoe, kiedy jego kroki cichną. — Kobiety, mężczyzn i tych, którzy nie są ani jednym, ani drugim, bo i tacy przychodzą przez łuki. Siostry nie pytają, kim byłeś, kiedy przyszedłeś im służyć. My też nie.

                                Podchodzi do stopnia z darami. Podnosi jeden skrawek, czyta go bez wyrazu i odkłada dokładnie tam, skąd go wzięła.

                                — Każdy, kto tu przychodzi, patrzy na Trzy Siostry i widzi kogoś znajomego. Swoją boginię życia, swoją panią zmarłych, czy boginię wiedzy. Twarzy nie ma, więc nic mu nie przeszkadza. Przynoszą nam potem jej imię. Zapisujemy je i kładziemy tutaj, jako dar. Żadnego nie odrzucamy i żadnego nie uznajemy za prawdziwe.

                                Patrzy w górę, po kolei, na trzy puste twarze.

                                — Stubramie mówi na nie Górna, Środkowa i Dolna. Między sobą używamy imion z najstarszych zapisów. Górna to Nahid. Dolna to Morana. Środkowa to Saga. Jej służę.

                                Siada na macie naprzeciw środkowej Siostry, w miejscu, gdzie sitowie jest wytarte najbardziej, i wskazuje ci matę obok. Nie czeka, aż usiądziesz.

                                — Pytałeś, jakimi zasadami się kieruję. Powiem ci, czego uczy Saga, bo to jest to samo.

                                Mówi powoli, tak jak się mówi rzeczy powtarzane od lat, ale nie recytuje.

                                — Każdy, kto umiera, dochodzi w ciemności do dwóch źródeł. Pierwsze jest blisko, przy drodze, i woda w nim jest ciepła. Kto się z niego napije, zapomina. Przestaje go boleć, przestaje się bać, przestaje być tym, kim był. Drugie jest dalej, zimne, płynie z jeziora Pamięci i ma strażników. O łyk z niego trzeba poprosić i trzeba umieć powiedzieć, kim się jest.

                                Patrzy na wodę w środkowych dłoniach, która stoi tam przez chwilę, zanim przeleje się niżej.

                                — Saga uczy, żeby nie pić z pierwszego. Ani po śmierci, ani za życia. W tym mieście są ludzie, którzy z tego pierwszego źródła żyją. Kupują to, co boli, i każą sobie za to dziękować. Nie walczymy z nimi. Opłakujemy tych, którzy do nich idą. — Przez moment nic nie mówi. — Zastanawiasz się pewnie, czy mogłabym sprzedać to, co mi powiesz. Nie piję z pierwszego źródła i nikomu z niego nie podaję. Tego się trzymam, kiedy wszystko inne mnie zawodzi.

                                Teraz patrzy na ciebie.

                                — Pytasz też, czy otworzę się tak, jak chcę, żebyś ty się otworzył. — Krótka pauza. — Nie. Każdy nosi coś, czego nie oddaje. Ty też. Ja też. Nie poproszę cię o więcej, niż sama mogę dać. Możesz powiedzieć mi jedną rzecz albo żadnej. Zapiszemy cię w księdze przybyszów, ale nic z tego, co tu powiesz, do niej nie trafi, jeśli sam tego nie zechcesz.

                                Słuchasz jej tak, jak cię uczono. Patrzysz na dłonie, na barki, na oddech między zdaniami. Nie kłamie. Tego jesteś pewien. Ale nie jest to szczerość kogoś, kogo nigdy nie kuszono. Tak mówi ktoś, komu proponowano ten łyk wiele razy i kto za każdym razem odmawia od nowa. Jej dłonie. Myła je przy misie przed rozmową i wytarła o len po twoim słowie. Kłykcie ma zaczerwienione. Tak myje dłonie ktoś, kto zmywa z nich coś, czego nie widać. I jeszcze jedno, najkrócej, przy jej „ja też”. Ten spokój nie jest tym, czym wydawał się w progu. Jak dłoń przyciśnięta do drzwi, za którymi ktoś stoi. Przez mgnienie wydaje ci się, że w niej są dwie osoby, a ona pilnuje, żeby odezwała się ta właściwa. Znasz ten chwyt. Uczono cię go latami.

                                Ze środkowego przejścia, z głębi, dochodzi jeden głos, męski, bez melodii, prawie mówiony. Robi długie przerwy, w których słychać tylko wodę:

                                Sago, ty, która zatrzymujesz,
                                zatrzymaj mnie w sobie.

                                Eunoe składa dłonie na kolanach, jedną w drugą, w płytką miskę. Tym razem są suche. Woda w środkowych dłoniach nad waszymi głowami stoi chwilę i przelewa się niżej.

                                — Nie musisz teraz. Pokażę ci jeszcze, gdzie jest kuchnia, biblioteka i dormitorium. Jeśli zechcesz mi coś powiedzieć, po drodze albo jutro, będę słuchać.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                ✍ 👁
                                3
                                • NabuchodonozorN Niedostępny
                                  NabuchodonozorN Niedostępny
                                  Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #28

                                  To miejsce najbardziej przypominało mu dom, ze wszystkich, które do tej pory widział. Co prawda było bardziej wilgotne i miało dziwne rozwiązania użytkowe- jak owe rynny- jednak to nadal był stary, stolidny kamień. Materiał pewny, Coś na czym można budować. Symbol trwałości i niezmiennych zasad wszechświata. Przypomnienie hartu ciała i ducha. W takim miejscu dużo łatwiej mnichowi zebrać myśli i zadbać o KI.

                                  Rzeźby choć niewyraźne nie były brzydkie. Płynąca woda o jednostajnym szumie ułatwi medytację i przypomni, że świat jest żywy i martwy jednocześnie i że choć życie, jak ta woda, nie stoi w miejscu, to wywodzi się z trwałych zasad i wartości jak owa skała.

                                  Dzięki tak przyjaznemu otoczeniu, które było mu znajome Ystyriaeth znów mógł wykorzystać tak swe zmysły jak i umysł do maksimum swych możliwości, a przynajmniej to czemuś bliskiemu owemu "maksimum".

                                  Spojrzał na Siostrę z dużą dozą zrozumienia i rzekł:

                                  — Eunoe- Ystyriaeth nie rozumiał co się z nim dzieje. Przedtem zapomniał czyjegoś imienia, teraz inne przekręcił. To musi być coś więcej niż zwykły ból głowy. Koniecznie musi poświęcić więcej czasu na zharmonizowanie swojego KI!

                                  — Nie wiem kim dla Ciebie jest Saga, czy to Twoje bóstwo, czy matriarcha. Niemniej to co mi właśnie przedstawiłaś również mnie wydaje się słuszne. Człowiek- to słowo powiedział dość ostrożnie mając na uwadze gdzie się znajduje- żyje z tym co ma i co jest mu dane oraz to co sobie wypracuje. Odbieranie mu tego prowadzi do chaosu, niezależnie czy to on podejmuje ostateczną decyzję czy kto inny.

                                  Tu zrobił krótką pauzę i kontynuował wywód dalej:
                                  — Nie wiem czym zajmują się sługi pozostałych kobiet i jaką wyznają filozofię. Nie wiem też jaką pozycję dzierżysz ty sama, czy na przykład jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić swej starszyźnie to co ewentualnie bym ci powiedział.

                                  Ystyriaeth usłyszał słowa pieśni.
                                  — A więc nazywacie Sagę "Tą, która zatrzymuje". Wyczuwam, że nawet to jedno słowo, która wypowiedziałem niedawno, a także perspektywa, że mógłbym powiedzieć coś więcej budzi w Tobie dysharmonię. Podzielenie się z Tobą moim ciężarem to łatwa droga, która może doprowadzić mnie do potrzebnych odpowiedzi, ale jakim kosztem?

                                  Mnich zawiesił głos by jego pytanie wybrzmiało. Dał chwilę czasu siostrze na rozważenie jego słów i kontynuował zanim sama się mogła odezwać:
                                  — Sama niedawno określiłaś tę wiedzę jako niebezpieczną, sama też powiedziałaś, że wielu poszukuje jej, choć nie powinni. Zasadnicze pytanie brzmi: czy Ty jesteś osobą, która powinna poszukiwać tej wiedzy? Nie potrafię powiedzieć czy sam ją mam, nie potrafię ocenić jak wiele. Niemniej skoro jedno słowo wywołało w Tobie tak wielki dysonans, to co zrobi cała reszta?

                                  Znowu zawiesił głos i brnął dalej:
                                  — NIE- powtórzył jeszcze mocniej. Nie głośno, ale ze stanowczością i siłą.- Należy dążyć do wewnętrznej harmonii, ale nie kosztem harmonii otoczenia! Muszę odnaleźć taką drogę, która jest dobra dla wszystkich. Twoje zasady, a przynajmniej te, która mi przedstawiłaś wydają się słuszne. Uszanuję więc Twoją filozofię i imię Tej której służysz: zatrzymam CIebie i siebie w tym miejscu, w tej wiedzy, w tym stanie, w którym aktualnie jesteśmy. Jeśli natomiast będziesz miała dla mnie radę- ty która znasz to miejsce, gdzie lub u kogo mógłbym znaleźć odpowiedzi tak, aby nikomu nie zaszkodzić, będę chętny by Cie wysłuchać i rzetelnie rozważyć twe słowa.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  👁
                                  2
                                  • Janusz PodziemiJ Niedostępny
                                    Janusz PodziemiJ Niedostępny
                                    Janusz Podziemi jako Bezimienny Król
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Janusz Podziemi
                                    #29

                                    Eunoe nie odpowiada od razu. Patrzy na ciebie dłużej, niż patrzyła, kiedy mówiła o źródłach, i przez ten czas jej dłonie leżą na kolanach nieruchomo.

                                    — Saga jest boginią — mówi w końcu. — Jedną z trzech Sióstr. Nie matką przełożoną ani starszą z nas. — Lekko unosi brodę w stronę środkowych dłoni nad wami. — Nahid jest życiem. Do niej należy woda spadająca z gór i łaźnie. Ktoś od niej obejrzy cię rano. Morana jest odejściem. Jej słudzy chowają zmarłych i siedzą przy tych, którzy nie przeżyją nawet swojego pierwszego tygodnia. Siostra Radogost poszła właśnie do takiej osoby...

                                    Milknie na chwilę.

                                    — Pytałeś, czy musiałabym powtórzyć starszym to, co mi powiesz. Nie. To, co ktoś z własnej woli powie słudze Sagi, należy do niego i do niej, a nie do świątyni. Tak nas uczono i tak robię.

                                    Patrzy na wodę w środkowych dłoniach.

                                    — Jedno tylko. W naszym języku „zatrzymać” znaczy także „przechować”. Saga nie wstrzymuje wody od Nahid. Trzyma ją przez chwilę, zanim odda dalej, do Morany.

                                    Nie tłumaczy, po co to mówi, ale pewnie w jej religii ma to znaczenie. Wraca wzrokiem do ciebie i przez mgnienie coś w jej twarzy wygląda tak, jakby chciała zadać pytanie, i nie zadaje.

                                    — Pytasz, gdzie szukać, żeby nikomu nie zaszkodzić. Warto sprawdzić bibliotekę. Ta część, do której wolno ci wejść, nie powie ci za wiele o odległych czasach, ale ma słowniki, przekłady i odpisy chyba wszystkiego, co przybysze przynieśli przez portale. Po drugie Bractwo Ostiariuszy, ci od Trzewika. Spisują każdego przybysza od czterystu lat, co mówił, w czym przyszedł i jak wyglądał. Oni mogą wiele wiedzieć. A po trzecie, wielu takich jak ty przybyło do Stubramia i wielu podobnych sobie pewnie znajdziesz. Nie wszyscy przybysze trafiają do świątyni na pierwszy tydzień, ale przedstawiciele twojego ludu tak. Ze względu na waszą rolę w historii. Tak jest bezpieczniej.

                                    Wstaje z maty jednym ruchem, tak cicho, że sitowie pod nią nie szeleści.

                                    — Chodź. Pokażę ci resztę, zanim zgaszą lampy.

                                    Lewe przejście prowadzi w górę i z każdym krokiem robi się w nim głośniej. Najpierw szum, jakby woda spadała z wysoka do kamiennej misy, potem głosy. Wiele głosów, męskich i kobiecych, równo, mocno, na jednym oddechu. Nie słychać jeszcze słów, tylko rytm, który pasuje do spadającej wody tak dokładnie, że trudno powiedzieć, czy to śpiew naśladuje wodę, czy woda śpiew. Potem słowa.

                                    Spadasz z góry, czysta, nieskalana,
                                    nikt cię nie dosięga, a ty dosięgasz wszystkich.

                                    Chór śpiewa za ścianą, gdzieś po prawej. Eunoe nie skręca w jego stronę, tylko prowadzi cię do niskich drzwi na lewo, a pieśń przechodzi przez kamień.

                                    Obmyj ręce, które dźwigały,
                                    obmyj oczy, które widziały.

                                    Kuchnia jest jedynym miejscem w świątyni, w którym widać dym. Ucieka szybem w stropie, szerszym od tamtych z dzwonkami, i stoi pod nim cienką, siną warstwą. Palenisko jest jedno, długie, murowane z ciemnego kamienia. Woda dopływa do kamiennego koryta prosto ze ściany, ze strugi, która nie przestaje płynąć i w której słychać ten sam rytm co w pieśni za murem. Na stole leży stos rzepy i drugi, mniejszy, czegoś bulwiastego, szarego, czego nie znasz. Pachnie kaszą, cebulą, dymem. Pod ścianą stoją worki. Dużo worków, ułożonych równo. Większość jest pusta do połowy. Kilka leży płasko, złożonych w kostkę, jakby ktoś nie chciał ich wyrzucić, bo jeszcze kiedyś się przydadzą.

                                    Obmyj łono, niech nosi,
                                    obmyj pierś, niech karmi.

                                    Przy palenisku stoi ktoś, przy kim kuchnia wydaje się za mała. Jest ogromny, wyższy od ciebie o dwie głowy i szerszy od drzwi, którymi weszliście. Len, ten sam niebarwiony co u Eunoe, opina mu brzuch, zamiast spływać, a na nim wisi poplamiony skórzany fartuch. Rękawy ma podwinięte za łokcie. Skóra jest szara, gruba i pomarszczona w głębokie fałdy na przedramionach, jak koryto wyschniętej rzeki widziane z wysoka.

                                    Głowa nie jest ludzka. Wielkie uszy, postrzępione na brzegach, opadają mu na ramiona. Z twarzy wyrasta trąba, długa i ruchliwa jak trzecia ręka, i to nią właśnie miesza w żelaznym kotle, drewnianą chochlą, równo i bez przerwy, podczas gdy obiema dłońmi kroi na desce rzepę na kawałki. Przy pysku sterczą dwa kły, krótkie, przycięte i okute matową miedzią. Lewy jest ułamany w połowie. Na szyi wisi mu długi sznur glinianych żetonów, każdy z innym znakiem wyrytym paznokciem, i żetony stukają o siebie przy każdym ruchu noża.

                                    e7ade199-d5f5-4afe-b15e-b5d81ae541c7-image.jpeg

                                    Śpiewa razem z chórem, nosowo, ciszej niż oni, z trąbą na kotle:

                                    Nahid, o Nahid wysoka,
                                    spadnij na nas, a my nie upadniemy.

                                    Chór milknie na oddech. On też. Nóż zatrzymuje się w połowie rzepy. Odwraca głowę. Oczy ma małe, z zaczerwienionymi brzegami powiek, jak ktoś, kto od lat śpi krócej, niż powinien. Patrzy na ciebie od stóp do głów, powoli, a trąba przestaje mieszać i unosi się, podwinięta na końcu, z cichym, głuchym parsknięciem. Nie wygląda, żeby był zadowolony z tego, co widzi.

                                    — Czego chcesz? Bo jeśli jeść, to jadłeś.

                                    Trąba wraca do kotła. Kroi jeszcze dwie rzepy. Potem odkłada nóż, sięga trąbą do sznura na szyi i przesuwa żetony, jeden po drugim, jakby liczył paciorki modlitwy. Zatrzymuje się na jednym. Z kieszeni fartucha wyjmuje drugi, czysty, jeszcze bez znaku, a ostrym końcem ułamanego kła rysuje na nim coś szybko, nie patrząc. Glina skrzypi. Kładzie żeton na desce, obok rzepy, i przesuwa go trąbą w twoją stronę.

                                    — Twój. Nosisz przy sobie. Pokazujesz przy każdej misce. Zgubisz, to nie jesz, aż znajdziesz. Jutro przed pierwszym śpiewem masz kilka kosza rzepy do skrojenia.

                                    Na żetonie jest znak, którego nie umiesz przeczytać: krótka kreska i nad nią druga, dłuższa. Nie tłumaczy, co znaczy. Wraca do krojenia. Za ścianą chór zaczyna od pierwszego wersu, a on śpiewa razem z nimi, nosowo, nie podnosząc głowy.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    👁
                                    1
                                    • NabuchodonozorN Niedostępny
                                      NabuchodonozorN Niedostępny
                                      Nabuchodonozor jako Ystyriaeth
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #30

                                      Najpierw mówi, że słudzy Sagi "przechowują" to co otrzymają, ale za chwilę opowiada dalej, jak Saga przekazuje wodę dalej do Morany.

                                      Dla Ystyrieaetha stało się jasne, że nie powinien zwierzyć się tej kobiecie dopóki nie dowie się więcej o tym miejscu. Początkowo sądził, że skoro jest ona sługą w monastyrze, to będzie uporządkowana, ale wykazała przed nim typowo niewieścią niekonsekwencję.

                                      Podobne myśli miał w odniesieniu do sformułowania którego użyła. "Przedstawiciele Twojego ludu". Co miała na myśli? Czyżby jednak ktoś przed nim korzystał z tego portalu? A może w innych światach także są monastyry podobne do jego własnego?

                                      Biblioteka. To miejsce gdzie musi się koniecznie znaleźć.

                                      Ystyriath praktycznie zignorował dwunożnego słonia. Nie był głodny, tamten nie był zbyt uprzejmy, a obowiązki kuchenne nie były dla niego niczym nowym.

                                      Opuszczając kuchnię zapytał jedynie:
                                      — A kiedy jest ten pierwszy śpiew?- oraz dodał- Eunoe wskaż mi proszę bibliotekę i powiedz co masz na myśli mówiąc, że przebywają tu osoby z mojego ludu? Nie słyszałem o nikim kto by przybył przede mną z mojego świata.

                                      Mnich musiał być cierpliwy. Dlatego on sam będzie cierpliwie badał pisma w bibliotece, nim podejmie działania. Musi jednak działać jak najszybciej.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      👁
                                      1

                                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                      Zarejestruj się Zaloguj się
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy
                                      • Strona startowa