Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
-
Milo Makary Tuk

Przybycie do Michel Delving, choć nie można powiedzieć, by miejscowość wznosiła się jakoś widocznie ponad okolicę, Milo Makarego Tuka wzniosła na dużo-ludzką wysokość. Zapalony szwendacz dreptał sporo wokół rodzinnej Skarpy, a czasem zapuszczał się i dalej, ale ten wypad zgarniał go nie tylko poza znajomą okolicę, ale i poza znajome obyczaje.
Intrygi, szpiegowanie, włamania, albo w najlepszym razie negocjacje-kombinacje... To były nieznane ziemie. Milo wkraczał na nie trochę z obawą, słysząc bicie własnego serca i jakoś dziwnie tak kręcąc się i ziewając z nerwów, cały napięty... Ale przy tym pełen werwy i niecierpliwy każdej kolejnej chwili.
Był już kiedyś w Michel Delving, ale to było lata temu. Miasteczko robiło wrażenie na każdym hobbicie, a że Tuk nie zwykł prychać na to, co niezwykłe i traktować po prostu świat jakim jest, to jego entuzjazm wszyscy widzieli bardzo wyraźnie – od skocznego kroku po rozlatane spojrzenia.
Na wizytę w Domu Mathom przygotował się starannie. Rezydencja była ostoją hobbiciej historii, więc należał jej się szacunek, jakby okazywać go samym przodkom. Milo uczesał starannie włosy, wyszczotkował stopy, założył najlepszą koszulę i kamizelkę z ulubionymi, rzeźbionymi w małe smoki guzikami. Do podręcznej torby wziął cytrynowe ciasto z marcepanem, które upatrzył w piekarni z samego ranka, przekonany, że choć niby idzie w miejsce publiczne, to jednak wciąż tak jakby do kogoś, więc z pustymi rękoma nie wypada... Wiedząc zaś jeszcze, że posesji pilnuje ogar (tak z budowania planu na później, jak i sympatii dla czworonogów), zakupił dla zwierzaka kawałki polędwicy, żeby i on poczuł, że goście nie wchodzą z niczym.
Dla siebie miał zaś piórnik pełen naostrzonych ołówków i gruby zeszyt, gdzie planował notować wszystko, co go zaciekawi (wziął najgrubszy, pewny swej ciekawości) i szkicować podobizny interesujących go eksponatów.
Stojąc przed Malwą (której ogar okazał się naręcznym obrońcą), Milo zdjął kapelusz i ukłonił się dystyngowanie, ale nie chciał ze słowami wyrwać się pierwszy, przekonany, że ta rola przystoi najstarszemu z grona. Widząc jednak, że nikt nie pali się do startu – a trochę odzwyczajony, że to jemu już teraz może przyjść robić za seniora – wystąpił o krok i przedstawił się.
– Milo Makary Tuk, sługa szanownej pani. – Hobbit cofnął się po przedstawieniu, by oddać pole reszcie Kompanii, ze szczególnym uwzględnieniem niewiast. – Pozwoliłem sobie wyjść przed szereg, bo cały jestem podekscytowany na myśl o obcowaniu z historią naszego Shire... Ale przepraszam i oddaję pola towarzyszkom i towarzyszom, bo są tutaj ze mną przedstawiciele najzacniejszych rodzin tego to Shire!
-
Prymula Brandybuck

Zawsze lubiła domy. Panowało po zachód od Brandywiny przekonanie, że właściwym domem dla hobbita mogła być tylko norka. Prymula jak na Brandybuckównę przystało, nie podzielała tego zdania. Dom dawał znacznie więcej możliwości. Poza urządzeniem wnętrza, które i w norkach i w domach bywało wszelakie (a gościła niegdyś w ulokowanym pod groblą smajalu Oldbucków podmywanym przez rzekę i z przykrością stwierdziła, że nawet trolla by tam nie zadomowiła!), dom pozwalał dodatkowo na popisowe wykończenie elewacji. I trzeba było przyznać, że Państwo Slowfoot w tej kwestii stawali na wysokości zadania. Dom Mathom był uroczym miejscem. Była tego zdania teraz, była wtedy gdy odwiedzili go z Drogo i była jako dziewczęcie gdy zdarzyło jej się kosztować pieczonych ziemniaków z ogniska pana Bingo lata temu.
Dygnęła wdzięcznie przed gospodynią, rumieniąc się lekko co mogło świadczyć o jej wrodzonej skromności, ale po prawdzie wywołane było myślą, że mieliby włamać się do domu Pani Slowfoot. Z niejaką obawą zerkała też na psa, którego czarne oczka nie wzbudzały jej zaufania. Nigdy nie przepadała za psami. Za kotami z resztą też nie. Ani za innymi drobnymi stworzeniami. Największą bodaj estymą darząc kucyki.
- Milo jest nazbyt skromny proszę Pani - rzekła zerkając na starszego Tuka z uśmiechem i zrozumieniem dla jego ekscentryczności, która zrzuciła obowiązek przedstawienia towarzystwa na karby pań, a przecież w dobrym guście było by czynił to najstarszy z obecnych panów. Był jednak Milo przy tym tak słodki, że nie sposób go było winić - Proszę nam wybaczyć, że tak bez listownej zapowiedzi się zjawiamy Pani Slowfoot i to w dniu powszednim. Bardzo tuszę, że to nie kłopot, a jeśli tak, to oczywiście zjawimy się kiedy indziej. Oto są po mojej prawej stronie Esmeralda i Paladin Tukowie z Tukonu. Po lewej zaś wielce szacowna panna - bardzo, ale to bardzo delikatny uśmieszek pojawił się na ustach Prymuli przy słowie “panna” - Lobelia Bracegirdle, oraz mój brat Rorimak Brandybuck. Ja zaś jestem Prymula Brandybuck.
Spuściła zasłonę czarnych rzęs i spojrzenie jak na dobrą hobbitkę przed starszą panią przystało nie próbując się nawet powołać na fakt, że już się widziały i poznały, co mogłoby być odebrane za spoufalanie się.
- A sprowadza nas sprawa, która i dla nas jest poniekąd zaskoczeniem. Podczas naszego spotkania odnośnie - znów się zarumieniła choć tym razem już bez cienia fałszu. Celowo jednak pominęła szanowną osobę przyszłego małżonka w następnej wypowiedzi by jego nazwisko nie naprowadziło Pani Slowfoot na niepożądane tory - mojego zamążpójścia, rozmowa nam zeszła na historie rodzicieli i przodków. Nic zobowiązującego i zaskakującego, ale… wtedy padło na brylantowe spinki Gerontiusa Tuka. A raczej domniemanych czarów jakie miałyby się nad nimi roztaczać. Esmeralda, oraz Paladin są przekonani, że czary takie w istocie miały miejsce. Natomiast ja i mój brat… Zawsze sądziliśmy, że każda dobra historia warta jest podkolorowania. Rozsądzić nie było jak, choć przecież zwady między nami żadnej nie ma i nie będzie. Och nie… Ale wspólnie uznaliśmy, że zagadnienie to jest bardzo ciekawe i jeśli w Tukonie nie znajdziemy wyjaśnienia to chyba tylko w Domu Mathom. Bo przecież Gerontius był Thanem i wielokrotnie bywał w Michel Delving. Może zostawił w spadku owe spinki? Albo pomóc by mogła jakaś opowieść od szanownego Pana Slowfoot? Albo coś innego co by rozwiało wątpliwość?
Prymula sama aż się zdziwiła jak gładko przyszło jej kłamać w żywe oczy Pani Slowfoot, co wywołało w jej sercu dziwną mieszankę wstydu i podekscytowania.
-

Malwa wciąż trzymając Fajerwerka w ramionach wysłuchała Milo i każdego z hobbita i hobbitkę z osobna, po czym sama dopełniła powitań, przedstawiając siebie oraz swojego męża, który zdążył po tym czasie już zejść do nich.Przyznano dodatkową kość!
Prymula Brandybuck: uprzejmość (PT 12) - |3, 8 | 2, 2,
| - zdany!Bingo uśmiechał się tajemniczo, gdy Prymula Brandybuck z taką pasją rozważała możliwość zobaczenia Tukowych spinek, zaś Malwa naprawdę wcale nie była taka cięta, jak mówili inni!
Kustosz był hobbitem rosłym, choć z pewnością nie tak jak Bullroarer Tuk, którego podobizna, wystrugana w drewnie stała gdzieś wewnątrz Domu Mathom. Był też "grubokościsty", włosy miał ciemne, kędzierzawe i wiecznie w nieładzie. Choć Bingo według wielu wyglądał na wiecznie niewyspanego, głos miał donośny i energiczny, a kiedy tylko się odezwał, jego bas wypełniał każdą przestrzeń, jaką mógł tylko znaleźć. A to jak nagle wszyscy znaleźli się wewnątrz Domu Mathom było zagadką dla wszystkich, bowiem nie pamiętali przekraczania progu. Bingo potrafił oczarować gości swoimi opowieściami, niemal jak czarodziejskie fajerwerki Gandalfa tutejszą dziatwę. Nikt nawet nie miał mu za złe, że nie odpowiedział jeszcze na pytanie, czy znajdują się tu czarodziejskie spinki. Z pewnością chcąc zachować tę informację na finał zaplanowanej podróży w przeszłość.
W środku budynek również był okazały. Stropy zostały wysoko wzniesione, by i człowiek (gdyby tu zawędrował) był w stanie stać swobodnie. Lecz nie konstrukcyjne, czy architektoniczne okazałości były tu ważne, a rekwizyty, same w sobie opowiadające niesamowite historie. Parter był ich pełen, zaś piętro nie stanowiło części otwartej wystawy. Tam państwo Slowfoot mieszkało, tam znajdował się gabinet Pani Malwy i magazyny, ale tez strefa poczęstunku. Hobbickie historyczne wycieczki, rzecz jasna zawierały w sobie także podróże kulinarne.
Bingo Slowfoot z humorem rozpoczął swą opowieść o czasach minionych tak dawno, że niewiele zapisków się po nich ostało i nie było pewne wszystko co wiedzieli o nich hobbici dzisiaj. Z początku ograniczył się do suchych faktów, lecz szybko przeszedł do anegdot, często wywołujących rozbawienie. Mnogość legend i historii, jakie potrafił przywołać z pamięci budziła podziw nawet najstarszych z hobbitów. Wśród legend rzecz jasna nie zabrakło tej o Marcho i Blanko, w której to goście domu Mathom dowiedzieli się z jakimi problemami borykali się pierwsi hobbici zamieszkujący Shire.
Nie uniknęła ich również opowiastka o początkach fajkowego ziela, ani domysły skąd Tobold Hornblower nauczył się sztuki uprawy i palenia fajkowego ziela, a co ważniejsze skąd pochodziło samo zioło (Bingo utrzymywał, że choć zwyczaj najpewniej wziął się z Bree, to samo Fajkowe Ziele Hornblowera mogło być darem od istoty zwanej Złotą Jagodą lub jej małżonka Toma Bombadila, zamieszkujących Stary Las).
Była też opowieść o ataku goblinów z Góry Gram, która wśród hobbitów była tak powszechnie znana, że jej opowiadanie stało się osobliwym żartem. Każdy ją znał, lecz nigdy nikt nie przerywał, gdy ktoś po raz kolejny zaczynał opowiadać o Bandobrasie Tuk z Long Cleeve. Nie mogło jej zabraknąć więc i tutaj.

– Żaden hobbit nie ma pojęcia, cóż podkusiło wodza goblinów Golfimbula, by na czele hordy z Góry Gram przekroczyć granicę Północnej Ćwiartki. Ale każde dziecko od Michel Delving do najdalszych skrajów Bucklandu zna historię o tym, jak to Bandobras Tuk z Long Cleeve, o przydomku Bullroarer, zwołał wiosną roku 1147 Hobbickie Ruszenie i powiódł je przeciwko najeźdźcom. – Kiedy nadszedł czas na tę opowieść, Bingo powiódł ich do drewnianego posągu, najokazlszego w całej sali. – Bullroarer Tuk mierzył dobrze ponad cztery stopy wzrostu i mógł dosiadać konia – Kustosz poklepał bok zwierzęcia, wystrugany z dębowego drewna. Posąg przedstawiał rzecz jasna wspomnianego bohatera hobbickiego ruszenia. Bullroarer był przedstawiony jako nieco roślejszy niż Bingo, lecz znacznie muskularniejszy. W lewej ręce przytroczoną miał okrągłą tarczę, zaś prawą miał wzniesioną wysoko ponad głowę, gotową do ataku. Nie było jednak tam słynnej maczugi. – Na jego grzbiecie... – kontynuował kustosz – ...ruszył z wrzaskiem do ataku przez Zielone Pola. Wystarczył jeden cios straszliwej maczugi nieustraszonego hobbita, by głowa władcy goblinów spadła z karku. Podobno przeleciała nad caaałym szeregiem nieprzyjaciół i zaryła w króliczą norę. Na ten widok wroga armia pierzchła w popłochu! Przy okazji... – Bingo uśmiechnął się porozumiewawczo ze swoimi słuchaczami – ...wynaleziono też grę w golfa.
Pozwolono im popodziwiać posąg i to z jaką dbałością o szczegóły został wykonany, lecz po chwili Bingo znów podjął swą przemowę:
– Jak widzicie, nasz drewniany Bandobras nie posiada słynnej maczugi, a jest ku temu powód. Może ktoś z was wie, lub domyśla się jaki? Podpowiem, ma to związek ze Starym Tukiem. – Tutaj kustosz, mrugnął porozumiewawczo Prymuli, choć chodziło mu raczej tylko o samo wspomnienie o Gerontiusie, a nie o spinki. Jeszcze nie. Chyba?
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin przez dłuższą chwilę stał z rękami założonymi za plecami, kiwając się lekko na piętach i przyglądając to posągowi, to kustoszowi, to znów… psu.
A właściwie psu przede wszystkim.
Zmrużył oczy.
— No proszę… — mruknął pod nosem. — Człowiek całe życie słyszy, że pies to stworzenie hałaśliwe, nieuprzejme i skore do szczekania bez zapowiedzi… a tu proszę…
Zerknął, jak Fajerwerek wtula się w ramiona Malwy.
— …wskakuje na ręce jak jakiś przerośnięty kociak. Bez żadnego „hau”, bez uprzedzenia, bez ceremonii. — pokręcił głową z dezaprobatą — To jest właśnie brak konsekwencji.
Zamyślił się chwilę.
— Bo albo się jest psem i się szczeka, jak należy… — tu uniósł palec, jakby wygłaszał niezwykle ważną tezę — …albo się jest czymś innym i wtedy się nie szczeka wcale. A nie tak, że raz człowiek myśli „to wilk”, a potem „to poduszka z uszami”.
Westchnął ciężko.
— To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.
Dopiero po tej głębokiej analizie świata zwierząt Paladin łaskawie powrócił myślami do spraw naprawdę istotnych, czyli maczugi.
Podszedł bliżej posągu, przyjrzał się dłoni Bullroarera, potem podłodze, jakby maczuga mogła się po prostu gdzieś zawieruszyć i czekać, aż ktoś ją uprzejmie podniesie.
— Hm.
Obszedł figurę raz.
— Skoro ma to związek ze Starym Tukiem… — zaczął powoli — …to znaczy, że sprawa jest albo bardzo prosta, albo bardzo niepotrzebnie skomplikowana.
Zatrzymał się i spojrzał na resztę, już wyraźnie ożywiony.
— Stawiam, że ją… pożyczył.
Krótka pauza.
— Na chwilę.
Jeszcze krótsza.
— Która trwa do dziś.
Skinął głową sam do siebie, coraz bardziej przekonany.
— Albo uznał, że skoro maczuga raz dobrze zadziałała, to szkoda, żeby się marnowała w ręku posągu. Przedmiot o takiej historii powinien krążyć. Być w użyciu. Może do rozbijania szczególnie opornych drzwi. Albo… — zawahał się — …orzechów. Bardzo dużych orzechów.
Zmrużył oczy podejrzliwie.
— Chyba że… — dodał ciszej — …ktoś ją ukrył, żeby nikt nie próbował powtarzać wyczynów. Bo to się zwykle źle kończy dla wszystkiego dookoła.
Wyprostował się nagle i poprawił kamizelkę, jakby właśnie rozwiązał sprawę o wielkiej wadze.
— W każdym razie — podsumował — jestem niemal pewien, że maczuga nie zniknęła sama.
Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na psa.
— W przeciwieństwie do niektórych rzeczy, które… znikają ostatnio podejrzanie często.
I odchrząknął niewinnie.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin nachylił się jeszcze bliżej, mrużąc oczy tak, jakby samym spojrzeniem chciał wydobyć z drewna prawdę.
— Oho… — mruknął cicho, wyciągając palec, ale w ostatniej chwili powstrzymał się od dotknięcia dłoni posągu. — No proszę. To nie jest zwykła ręka do machania w powietrzu.
Przekrzywił głowę.
— To jest ręka przygotowana. Z zamysłem. Z planem.
Obszedł posąg jeszcze raz, tym razem wolniej, z rosnącą powagą.
— Tu było miejsce — oznajmił półgłosem, bardziej do siebie niż do innych. — Nie „mogło być”. Nie „dałoby się wsadzić”. Tylko było. Jest! — poprawił się triumfalnie.
Zerknął na dłoń jeszcze raz, jakby liczył, że maczuga z czystej przyzwoitości jednak się pojawi.
— Czyli ktoś ją wyjął — stwierdził. — Świadomie. Z pełną premedytacją. To nie jest sprawa przypadku ani… — tu zawahał się — …naturalnego zużycia.
Wyprostował się i poprawił kamizelkę.
— A skoro była, a jej nie ma… to znaczy, że gdzieś jest.
Krótka pauza.
— I ktoś wie gdzie.
Paladin zmarszczył brwi, wyraźnie zaintrygowany.
— Albo co gorsza — dodał ciszej — ktoś jej używa.
Po czym odsunął się o krok, jakby uznał, że stanie zbyt blisko miejsca po maczudze może jednak nie być najlepszym pomysłem.
— W każdym razie — westchnął — to już nie wygląda na niewinną lukę w rzeźbie. To wygląda na historię, która komuś się… odczepiła.
-
Prymula Brandybuck

Bitwy zawsze były tym aspektem historii, który przyprawiał Prymulę o ziewanie. Oczywiście skrywała je bardzo umiejętnie i pozwalała sobie tylko na ziewnięcia "w środku", a na zewnątrz nie omieszkała patrzeć z zaciekawieniem na Pana Bingo i rzeźbę. Nie było to trudne gdyż do reszta opowieści była bardzo ciekawa, nawet jeśli już zasłyszana. Ale z dobrymi opowieściami było jak z dobrą kolacją. Można było przecież powtarzać ją co dzień i niczego na tym nie tracić!
Ożywiła się jednak nieco na pytanie Bingo o los maczugi i bardzo zabawne, a jednak słuszne rozumowanie jakiemu poddał tę sprawę kuzyn.
- Och Paddy, przecież nie odczepiła się Staremu Tukowi - zachichotała, ale jej ton stracił na pewności, bo zaraz zerknęła na Pana Bingo pytająco - Prawda? -
Lobelia Bracegirdle 
Lobelia była wyjątkowo nieobecna duchem podczas wizyty. Nie wtrącała swoich trzech groszy, nie pouczała. Z zainteresowaniem za to obserwowała wszystko i wszystkich.
Architekturę budynku: którędy najlepiej złodziej mógł wejść na dach, jakie elementy fasady ułatwiały wspinaczkę, ile kominów widniało na dachu. Zwróciła uwagę, że słupy i rygle budowli, które miały nadawać jej charakteru, tworzyły dość wygodne elementy wspinaczkowe. Nawet okiennice, zamknięte na noc, mogły pomóc. Wielospadowy dach też stwarzał możliwości. Donice z kwiatami... przyjrzała się im. Czy któreś kwiaty wyglądały na uszkodzone ostatnimi czasy jakby zdeptała je nieostrożna stopa? No i te świetliki z poddaszem...
Miejsce na ognisko. Popiół mógł więc i stąd pochodzić, niekoniecznie z kominka. Należało dyskretnie podpytać gospodarzy, kiedy ostatnio takie ognisko się odbyło. Piwniczka ukryta we wzgórzu też mogła skrywać niejedne tajemnice.
Rozkład pomieszczeń: gdzie znajdowały się okna, czy i jak były zamknięte, z którego pomieszczenia można było przejść do innego. Szukała też miejsca, w którym spał nocą Fajerwerk.
Szukała też okazji, aby odciągnąć panią Malwę na stronę, by móc dyskretnie wypytać ją o ostatnie gorszące wydarzenia, ponarzekać na dzisiejszą młodzież, wyrazić współczucie i wykazać zainteresowanie zapiskami Gerontiusa Tuka. Może widząc, gdzie się one znajdują, obserwując pomieszczenia z tego miejsca, zauważy coś, co ją naprowadzić na trop? -

Bingo Slowfoot chwycił szelki swymi dłońmi, gdy Paladin przedstawił swoje rozumowanie i kiwał głową twierdząco, zachęcając, by nie przestawał.
– Doskonała odpowiedź, panie Paladinie! Obawiam się, panienko Brandybuck, że jednak nasze przeczucie jest właściwie. Przejdźmy może do tego to podwyższenia.Skierował ich w miejsce, gdzie ścianę zdobiły skrzyżowane laski podróżne nietypowego kształtu i gdzie postawiono piedestał, na którym to, pod szkiełkiem spoczywała para pięknych diamentowych spinek do mankietów.
– Gerontius Tuk, bardzo pragnął posiadać w swojej kolekcji maczugę Bullroarer'a. Przystał więc na układ, w którym podzielił się swoją wiedzą, przelewając ją na pergamin i obiecał oddać Domu Mathom spinki, które otrzymał od czarodzieja Gandalfa... wraz z kilkoma innymi przedmiotami o wartości bardziej historycznej. Dzięki temu mógł cieszyć się dziedzictwem swego pradziada do końca swoich dni. Gerontius umowy dotrzymał...– Nie dotrzymał - wtrąciła kustoszka.
– Dotrzymał, przynajmniej w swoim mniemaniu – Bingo natychmiast z uśmiechem załagodził spór – Ponoć informacja o miejscu przechowywania maczugi Bandobrasa Tuk znajduje się w jego zapiskach. Skrzętnie schowana i ubrana w liczne zagmatwane zagadki. Umysł Starego Tuka, zwłaszcza pod koniec jego dni, meandrował przedziwnymi ścieżkami. To nieodżałowana strata dla Domu Mathom, lecz jak dotąd żaden kustosz, czy kustoszka z Michel Delving nie rozwikłał jego zagadek.
Bingo westchnął, jak mógł westchnąć tylko wielki miłośnik historii i sztuki.
– W każdym razie spinki... tak, chcielibyście zobaczyć jak działają? Oto one, w całej swojej okazałości!
-
Lobelia Bracegirdle 
– Zagadki... interesujące - ozwała się Lobelia, gdy reszta skoncentrowała uwagę na spinkach. – Chciałabym obejrzeć te zapiski Gerontiusa.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin, który jeszcze przed chwilą wyglądał na całkiem zadowolonego ze swojego rozumowania, nagle wyprostował się jak struna, gdy tylko padło słowo „spinki”.
A już zwłaszcza „od czarodzieja Gandalfa”.
Uniósł brwi tak wysoko, jakby próbowały dołączyć do stropu.
— A więc jednak! — wyrwało mu się, z wyraźną satysfakcją, którą starał się natychmiast przykryć kaszlnięciem. — To znaczy… to wiele wyjaśnia. Bardzo wiele. Nawet więcej, niż się początkowo wydaje.
Zbliżył się o krok do piedestału, ale nie za blisko — tak, żeby w razie czego zdążyć się cofnąć, gdyby spinki postanowiły… no, cokolwiek postanowić.
— Skoro coś pochodzi od czarodzieja… — zaczął ostrożnie — …to należy zakładać, że działa. A jeśli działa, to niekoniecznie tak, jak człowiek, czy hobbit, by się spodziewał.
Przekrzywił głowę, przyglądając się błyskowi diamentów pod szkłem.
— Same się zapinają, powiadacie? — mruknął. — Hm. To brzmi… wygodnie. Podejrzanie wygodnie.
Zerknął na resztę towarzystwa, jakby sprawdzał, czy ktoś już przypadkiem nie ma mankietów związanych w supeł.
— Bo widzicie — ciągnął dalej, coraz bardziej w swoim żywiole — rzeczy, które robią coś „same”, rzadko poprzestają na jednym. Dziś zapinają się same, jutro zapinają się szybciej, pojutrze zapinają się komuś, kto wcale o to nie prosił…
Zamilkł na moment.
— …albo komuś, kto bardzo prosi, żeby przestały.
Odchrząknął i poprawił kamizelkę, odzyskując pozory powagi.
— Ale! — uniósł palec — Nauka wymaga odwagi. A przynajmniej… obserwacji z bezpiecznej odległości.
Cofnął się pół kroku. Tak dla pewności.
— Z wielką chęcią zobaczyłbym ich działanie — oznajmił uprzejmie. — Najlepiej… na kimś, kto ma odpowiednie doświadczenie w obchodzeniu się z przedmiotami historycznymi.
Krótka pauza.
— I silne nerwy.
Jeszcze krótsza.
— Oraz mankiety, których ewentualna utrata nie będzie wielką tragedią.
Spojrzał znów na spinki, już wyraźnie zafascynowany.
— Bo jeśli one rzeczywiście zapinają się same… — dodał ciszej — …to chciałbym bardzo zobaczyć, czy równie łatwo dają się odpiąć.

-
Prymula Brandybuck

- Och, oczywiście! - Prymula była naprawdę pod wielkim wrażeniem. Zarówno przygotowania Pana Bingo, jak i całej sytuacji. Wisienką na torcie było pojawienie się owych spinek, które co prawda wywróciło cały jej zamysł do góry nogami, ale Brandybuckówna (jeszcze) wcale, a wcale się tą sytuacją nie zraziła. Utwierdziła się jednak w przekonaniu, że Państwo Slowfoot są po prostu arcysympatyczni i najzwyczajniej w świecie chyba zapłacze się na śmierć, jeśli przyjdzie im zabrać im cokolwiek podstępem z ich wyraźnie ukochanego Muzeum.
- Milo? Wyglądasz bez dwóch zdań najbardziej godnie z nas wszystkich. A poza tym... to jakby Twoja krew. Zgodziłbyś się przymierzyć spinki?
Zapytała patrząc na starszego z Tuków ze szczerą nadzieją i tym uroczym, prymulowym spojrzeniem wyrażającym bezmiar okrucieństwa jakim byłaby wobec Brandybuckówny odmowa.Zaraz jednak zmarszczyła brwi poprawiając włosy, gdy w jej głowie fakty ukrytej w zapiskach zagadki i bilbowej prośby o dokonanie kradzieży zaczęły samoistnie i wręcz wbrew dobrej woli Prymuli, łączyć się ze sobą w jakąś trudną na razie do pojęcia, ale wcale nieciekawą teorię spisku uknutą w Bag End.
-
Esmeralda Tuk


Wycieczka po Domu Mathom okazała się mniej ekscytująca, niż Esmeralda sobie wyobrażała. Trudno było orzec, czy to wina Bingo Slowfoota i jego sposobu opowiadania, czy też po prostu młoda Tukówna nie przepadała za bardziej statecznymi “przygodami”, takimi jak przechadzanie się korytarzami i oglądanie starych pamiątek.
Ziewnęła raz czy dwa, starając się ukryć to najlepiej, jak potrafiła. Próbowała też wsłuchać się w opowieści, lecz jakoś niespecjalnie ją one zajmowały. Widocznie przygody nad rzeczką zawiesiły poprzeczkę zbyt wysoko, bo teraz Esmeralda wolała przeżywać je na własnej skórze, niż tylko o nich słuchać.
Na całe szczęście miała przy sobie sójkę, z którą naprawdę się zaprzyjaźniła i która wiernie dotrzymywała jej towarzystwa. Esmeralda co jakiś czas dokarmiała ją ziarnami, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Doszła nawet do wniosku, że coś je łączy. Zew przygody i ciekawość świata! Bo jakiż inny powód mógłby sprawić, że ptak na tak długo przyłączył się do gromadki hobbitów?
- Nikt dotąd nie rozwikłał tych zagadek? Ojej! A czy przewidziana jest jakaś nagroda dla hobbita, który je rozwiąże? Może jakaś pamiątka? Hm? - ożywiła się nagle Esmeralda, gdy jej uwagę przykuł temat zagadek Gerontiusa Tuka.
Pamiętała, by o mapie nie wspominać, lecz rzuciła przy tym pozostałym hobbitom bardzo znaczące spojrzenie. I uśmiech, który mówił więcej, niż same słowa.

-

Posłuchanie - 5 prób, opór nieznany (zależny od ostatecznej prośby)
Prymula Brandybuck: zagadki (PT 13) - |5, 7 | 1, 3,
| - wielki sukces!
Paladin Tuk II: zagadki (PT 14) - zdany bez rzutu!Bingo wyciągnął spinki, celem pokazania ich gromadce hobbitów. Nie miał też nic przeciw, by jedno z nich użyło spinek do mankeitów.
– Hmmm, w zasadzie dlaczego by nie? Pomyślmy... – Bingo, chyba nawiązywał do słów Lobelii i Esmeraldy – Uprzejme z was hobbity i potrafiliście rozwiązać moją zagadkę. Są wśród was nawet potomkowie Gerontiusa Tuka, a kto lepiej zrozumie go, jak inny Tuk? Jak myślisz Malwa? Może nasi goście faktycznie byliby w stanie pomóc?– Te zagadki to tylko bełkot starca, szkoda na to czasu kochanie. – Kustoszka nawet nie spojrzała w ich stronę. Ustawiała pod ścianą rząd dziwacznych drewnianych ram na kołach. To najwyraźniej najnowszy nabytek muzeum. Malwa Slowfoot przyczepiała właśnie do każdego urządzenia karteczkę o treści „bicykl”.
– Prócz paru przepisów i kilku patentów nie ma tam nic przydatnego. Dość czasu już na tym zmarnowaliśmy.Malwa wyprostowała się, poprawiła jedną z zawieszonych karteczek i obróciła się do swoich rozmówców.
– Ale jeśli tak to naszych gości interesuje, zapiski są w naszej biblioteczce na piętrze, w drugiej alejce. Chyba, że znów nie odłożyłeś ich na miejsce... Samo przestudiowanie ich to ze dwa dni czytania. A potem zapraszam na maślane bułeczki z konfiturą według przepisu Złotogłówki Noakes. Zbliża się pora na herbatę. -
Milo Makary Tuk

Milo na wizycie w Domu Malthom był spięty jak spinki Gerontiusa (kiedy się już, oczywiście, magicznie spięły). Grzeczność, a i dominująca chyba nad wszelkimi innymi cząsteczkami w jego ciele ciekawość, wzywały, by nasłuchiwać pary kustoszy z uwagą i spacerować przez muzeum wyznaczoną ścieżką. Tuk chciał i próbował, ale stopy klapały mu nerwowo na parkiecie, gdy zezował na mnogość eksponatów i tabliczek z opisami, które pragnął poznawać.
Milo miał problem ze skupieniem na jednej rzeczy na raz, gdy wokół wołały go dziesiątki ciekawostek, a sama ich obecność łaskotała go po umyśle, nie dając spokoju. Hobbit chciał i lubił poznawać rzeczy po swojemu, na własną rękę i we własnym tempie. Malwa i Bingo wydawali się przemili, a opowiadali na jego uszy ciekawie, więc nie w tym rzecz, że Makary nudził się pod ich przewodnictwem...
Nie, Milo po prostu znów uginał się pod obyczajem grzecznego, szkolnego wysłuchiwania, gdy serce wyrywało mu się już do przebiegania po korytarzach w pędzie i poznawania wszystkiego z bliska. A potem przysiadania eksponat po eksponacie i notowania, szkicowania, malowania i dłubania w pamięci, co do czego dopasować i co-z czym-o czym.
Trzymał pion i kurs za resztą drużyny, bo jednak pozycja starszego w gronie gości zobowiązywała podwójnie. Opłaciło się, bo dzięki uprzejmości Prymulki spotkało go nie lada wyróżnienie. Zaszczyt i przygoda sama w sobie... Magiczne spinki Gerontiusa miałyby się spiąć na jego mankietach! Na jego skromnych, acz wykrochmalonych jak trzeba, mankietach!
Milo stanął przed Bingiem jak zamurowany i szepnął chyba, że to byłby zaszczyt, ale nie miał już pewności, czy aby nie mlasnął tylko czegoś ustami, które także zwolniły wobec emocji. Widząc zachętę ze strony kustosza, Tuk wyprostował ręce i wysunął naprzód nadgarstki. Zreflektował się, że do spięcia mankietów, musi najpierw zdjąć własne spinki, więc nerwowo pozbył się ich z koszuli i raz jeszcze stężał z łapami z przodu. Teraz już w pełni gotów na czary.

Parę chwil później, kiedy uniesiony pod sufit Milo powoli lądował, na ziemię sprowadziła go konieczność protestu. Kustosz zachęcał do zagadek, a pani Malwa odwodziła od marnotrawienia czasu na takie głupoty. Tuk nie mógł nie stanąć w obronie babrania się w rzeczach nieprzydatnych i szalonych, które mogą prowadzić do mizernych efektów.
– Jeśli Państwo pozwolą, to dla nas... Dla nas będzie wielkim honorem móc przestudiować te zapiski dla samego tylko obcowania z pamięcią o przodkach, którzy tworzyli nasze Shire jakim jest dziś. – Milo faktycznie czuł, że wzniosła to sprawa i to na tyle, że zbył na razie wspomnienie o konkretniejszych i dających konkretne efekty maślanych bułeczkach. – Jeżeli w ogóle mógłbym-moglibyśmy korzystać z gościny Państwa domu i w kolejnych dniach, by poznać lepiej naszą historię...
Hobbit zatrzymał się w pół zdania i poczerwieniał, świadomy, że lapsusem może narobić tu nie lada niegrzeczności.
– Naturalnie, przepraszam najmocniej, chodzi mi o możliwość, aby w czasie, kiedy Dom jest otwarty dla zwiedzających, móc czytać i poznawać eksponaty. – Milo skłonił głowę, jakby kajał się za faktyczne przewinienie. Było-nie było, wpraszać się tak do kogoś byłoby skrajnie obcesowym, a funkcja sfery dóbr publicznych, jaką pełniło muzeum nie była wśród hobbitów oklepaną codziennością. – Nie chodzi, by Państwa nachodzić... Jedynie, gdy można, gdy nie przeszkadza... Zapoznawać się na tyle, na ile się da z tym dziedzictwem naszym hobbicim w spokoju. Wiem... Wiem, że każdy inaczej trochę patrzy, czego innego potrzebuje, inaczej myśli, kiedy tak stoi oko w oko z historią przodków...
-

Spinki Gerontiusa Tuka już samym wyglądem, mogły wprawić w zachwyt, lecz okazały się być też bardzo praktyczne, co dziwne, bowiem należały ponoć kiedyś do czarodzieja Gandalfa. Na mankietach Milo prezentowały się wspaniale i zapinały się i odpinały, kiedy zażądał i znów zapinały... Jakkolwiek było to niesamowite, wreszcie i to zaczynało powszednieć i ustępowało innemu zainteresowaniu hobbitów.
Posłuchanie - 3 próba z 5
Milo Makary Tuk: przekonywanie (PT 13) - |2, 3 | 2, 5 | - porażka!Zainteresowanie to zyskały niemal bez wyjątku zapiski Gerontiusa. Zdało się być to naturalne, tym bardziej że w niektórych przypadkach były to zapiski ich prapradziadka, zaś kustosze zawsze radowali się ilekroć ktoś podzielał ich entuzjazm w obcowaniu z historią... a przynajmniej Bingo taki był i wylewnie dawał o tym znać mimo strofowań Malwy Slowfoot, która pomysł regularnych odwiedzin zbyła raczej milczeniem, co i tak było dobrym rezultatem, jesli wierzyć wcześniejszym opowieściom Bilba Bagginsa.

Lobelia Bracegirdle: czujność (PT 16) - | 5 | 3,
| - porażka!Przeszli po wełnianym dywaniku na schody prowadzące do biblioteczki. Znajdowała się ona na prawo od schodów i z początku zdawała się niewielka, lecz półki tu wręcz uginały się pod ogromną kolekcją ksiąg, dokumentujących koligacje rodowe i gromadzone przez pokolenia przepisy kulinarne. Znalezienie mapy tutaj byłoby nie lada wyczynem, zwłaszcza po ciemku!
Bingo znowuż to żartując i opowiadając anegdoty odnalazł mnogość Tukowych rulonów i dzienników i dzienniczków w drugiej alejce, tam gdzie poinstruowała go żona.
– Wszystko jest bardzo chaotyczne. Obawiam się, że w tym Malwa ma rację. Myślę, że nie zainteresują was one tak jak mnie, ale może... a kto wie może uda się wam rozwikłać jedną rzecz, skoro chcecie pomóc... gdzie to... a ten. Myślę, że tutaj znam odpowiedź... – kustosz wybrał jeden z dzienników i otworzył na jednej z kart, na której widniał tylko krótki wierszyk.
Tam, w rzekach, ryby nie pływają,
w górach wiatry nie hulają.
Tam morza i jeziora suche się zdają,
To tam informacje się chowają.– ...i tutaj - Bingo Slowfoot pokazał im jeden ze zwoi – pisany tym samym atramentem jest tu tylko jeden fragment. – kustosz przeczytał im go na głos:
Miejsce wskaże wam koń, co stoi obok koła,
ten, co nie słyszy gdy się doń woła.
Kto go zobaczyć zdoła i na noc ogień tam rozpali,
odnaleźć resztę podoła.– Tego wcale, a wcale nie rozumiem.
-
Lobelia Bracegirdle 
– Zaiste... pierwszy wierszyk jest dosyć prostą wskazówką... zgadzam się. – Tak... wyjaśnia to bardzo wiele... Myślę, panie Slowfoot, że to nie te zapiski powinniśmy obejrzeć... lecz inny dokument, który jak się spodziewam, znajduje się też w Domu Mathom. Czyż nie?
Poszczególne elementy wpasowywały się w swoje miejsce. No, zobaczymy, Bilbo Bagginsie! -
Bingo odchrząknął znacząco.
– Tak, tak, już się robi... – kustosz wyjął spod pachy kolejne zawiniątko, tym razem większe. Zdjął ze stolika stojące tam bibeloty i rozciągnął płótno na stole, prosząc Esmeraldę by przytrzymała jeden koniec, kiedy on ponownie ustawiał przedmioty na stoliku, tak by powstrzymać mapę przed zwijaniem się.Ich oczom ukazała się owa właśnie mapa. Ta której pragnął Bilbo Baggins dla siebie.
-
Prymula Brandybuck

Spinki może w istocie nie były tak spektakularne jak się Prymuli zdawało, że będą. Ale dla niej i tak było to niesamowite przeżycie, bo po prawdzie tak do końca nie wierzyła, że miejsce będą mieć jakieś czary. A tu i owszem. Miały. Dotyk czarodzieja był tu niezaprzeczalny!
Ale należało czym prędzej wrócić na ziemię, bo rozmowa z kustoszami wróciła na pożądane tory mapy Starego Tuka. I to zgodnie z planem tak, że pierwszy wspomniał o tym Pan Bingo. Czy okaże się, że nie będą musieli uciekać się do żadnego występku? I czemu Bilbo wolał jednak kradzież od pożyczenia?
Hobbitka powachlowała się swoim kapeluszem, bo zrobiło się jej gorąco. A tymczasem Pan Bingo i Esmeralda rozłożyli mapę, którą wszyscy wraz z nią poczęli studiować uważnie.
- Widzę lisa, wilka... bociany... owcę... kozę... jakieś ptaki... Oooo jest i koń. Albo osioł?-Obok Kamienia Trzech Ćwiartek. A ten kamień... nie pamiętam. Czy on jest naprawdę okrągły?
-
Esmeralda Tuk


Esmeralda z zapartym tchem przysłuchiwała się treści zagadki, którą wyrecytował Bingo, a potem rozważaniom Lobelii i Prymuli. Jednocześnie przyglądała się rozłożonej na stole mapie - uważnie i badawczo, jakby chciała przejrzeć ją na wskroś.
Gdy pozostali rozprawiali na głos, Esmeralda półszeptem powtarzała zapamiętany wers zagadki, krążąc wokół stołu - raz w jedną stronę, raz w drugą. Pochylała się nad mapą, by zaraz potem cofnąć się o kilka kroków i spojrzeć na nią z oddalenia. Od czasu do czasu zerkała na swojego brata i na Mila - bo któż inny miałby rozwiązać tę zagadkę, jeśli nie jedno z nich? W końcu wymyślił ją tukowy umysł, a więc i pojąć ją mógł tylko umysł tukowy!
- A co, jeśli to wcale nie jest żaden koń na mapie? - zasugerowała w końcu, mrużąc oczy i wpatrując się w podstępną kartę. - Może to coś, co jedynie przypomina konia? Jakiś kamień, na przykład? Mamy w Shire coś takiego? Kamień, który wygląda jak koń?
Zamyśliła się, mówiąc już niemal bardziej do siebie niż do innych.
- “Obok koła stoi”… Hej, a jeśli to nie chodzi o dosłowne koło? Może… może o Rozstaje? - zaproponowała, wskazując palcem odpowiednie miejsce na mapie. Po chwili cofnęła się znów i spojrzała na nią pod innym kątem. - O! A zauważyliście, że całe Shire wygląda trochę jak jedno wielkie koło?
Nie potrafiła jednak tak łatwo rozwikłać tej zagadki, jakby sobie tego życzyła. Być może jej umysł nie był jeszcze dość tukowy… choć z pewnością bardzo się starał.
