Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
The_OnlyT

The_Only

@The_Only
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
15
Tematy
3
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Napisałem Wojnę i pokój (z kuchnią).

    Padam.

    Ale doceniam inwencję twórczą Kethariana, jeśli chodzi o awatar Zir.

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    text alternatywny

    Ostatni człowiek był ostatnim, ponieważ zrozumiał sytuację jako pierwszy. Rzucił się do ucieczki. Nie za osłonę, nie do pojazdu – po prostu zrobił w tył zwrot i dał dyla przed siebie, jakby sam dystans miał go uratować przed czymś, co jeszcze kilka minut temu było martwe. Wolf przesunął za nim lufę. Implant chciał doprowadzić ruch do końca, ale tym razem ręka właściciela skorygowała cel odrobinę niżej. Nie w plecy. W nogi. Nacisnął spust. Najemnik runął ciężko w piach, przeturlał się raz czy dwa i został na ziemi. Jęk dotarł do Wolfa sekundę później. Dobrze. Martwi ludzie byli przydatni tylko statystykom. Żywi czasami mieli odpowiedzi. Wolf zeskoczył ze stanowiska i ruszył w stronę rannego, zbierając po drodze pistolet z jednego z ciał. Nie spieszył się. Człowiek przed nim próbował odczołgać się dalej, zostawiając za sobą ślad juchy w piachu, ale szybkość nigdy nie była po jego stronie. Wolf podszedł na tyle blisko, żeby nie musieć podnosić głosu. Trzymał broń nisko, ale gotową. Jeśli tamten spróbowałby sięgnąć po własną, ostatnia rozmowa tego wieczoru skończyłaby się nader szybko.

    Najemnik odwrócił głowę i zamarł. Najpierw zobaczył pistolet, potem sylwetkę stojącą nad nim, a na końcu metal, którego przy pierwszym spotkaniu mężczyzn zwyczajnie nie było. Rozpoznanie przyszło niepełne, poszarpane, jak wspomnienie po ciężkim urazie. Czy rozpoznał Wolfa od razu? Ciężko stwierdzić. Miał jednak świadomość czegoś innego – że stojący nad nim zlepek mięsa i metalu winien być martwy.
    – Nie… nie, kurwa, nie… myśmy… myśmy cię… – wyrzucił z siebie, cofając się po piachu na łokciach, choć jedna noga już kompletnie odmawiała współpracy.

    Wolf patrzał na niego z góry. Przez moment sytuacja ułożyła się w znajomy obraz – ciało na ziemi, bezradność, przewaga należąca do kogoś innego. Wargi cyborga ułożyły się w smutny uśmiech, a potem popłynęły słowa.
    – Ale wtopa, co, Kikut? Kiedy jak kiedy, ale tym razem twoja ekipa dała dupy po całości.
    Zrobił krok naprzód i opuścił metalową stopę na przestrzelone kolano. Nie docisnął mocno. Bo nie musiał. Najemnik, mimo wstępnego skołatania, zrozumiał sytuację natychmiast. Krzyk urwał się w gardle, gdy nacisk zwiększył się o ledwie odrobinę.
    – Mogę cię teraz zabić. Bez wysiłku. – Wolf pochylił głowę, jakby rzeczywiście rozważał tę możliwość.
    – Tylko widzisz… zawsze byłem ciekawy świata. Może zbyt ciekawy. Mam tendencje do pchania palców między drzwi, czy jak to się tam mówi.

    Kolba pistoletu trafiła mężczyznę w twarz i rzuciła jego głowę na bok. Splunął krwią, zakaszlał i spróbował coś powiedzieć, ale Wolf wskazał brodą na podniszczony pojazd stojący za nimi.
    – Ten blaszak? Salon piękności Molocha. Ja chcę wiedzieć, jak działa. A ty właśnie zgłosiłeś się na królika doświadczalnego. Ale masz farta, Kikut…
    Na te słowa twarz rannego zmieniła się bardziej niż po uderzeniu. Spojrzał ponad ramieniem Wolfa na ciemny właz i w jego oczach pojawił się zupełnie inny rodzaj strachu.
    – Nie. Nie, stary… nie! Nie tam. Kurwa, tylko nie tam! Zastrzel mnie. Słyszysz? Zajeb mnie i skończmy to! Będzie po sprawie!
    Wolf uśmiechnął się krzywo. Metalowe łapsko zacisnęło się na szczęce i gardle więźnia, tłumiąc niedoszły wrzask i zmieniając go w bełkotliwe charczenie.
    – Ciii… cichaj. Wiesz, jak to leci: mowa jest srebrem, a milczenie…

    Ruszył z jeńcem z powrotem do „salonu piękności”. Nie niósł go ostrożnie – po prawdzie to bardziej wlókł, wykorzystując siłę mechanicznego ramienia tak, jakby przeciągał ciężki wór po magazynie. Każdy metr przekładał się na ślady krwi, urwane przekleństwa i coraz słabsze próby wyrwania się z uchwytu. Przy bocznym włazie najemnik spróbował jeszcze raz zaprzeć się zdrową nogą o próg, ale Wolf szarpnął mocniej i wraził go do środka. Metalowe wnętrze przyjęło ich tym samym niskim pomrukiem, którym wcześniej obudziło jego samego. Lampy aktywowały się ponownie. Gdzieś nad stołem poruszyło się jedno z przegubowych ramion, powoli obracając chwytak w ich stronę. Więzień zobaczył je pierwszy.
    – O Boże… o kurwa… nie, nie, nie… – wychrypiał, gubiąc resztki nadziei. Wolf poczuł, jak ciało w jego uchwycie zesztywniało, kiedy po ścianie, z góry na dół, przesunęła się cienka linia błękitna linia skanera medycznego. Na rannym zatrzymała się zdecydowanie dłużej niż na nim samym. Na obrzeżu pola widzenia pojawiły się kolejne komunikaty: MASA BIOLOGICZNA: ŻYWOTNA. STAN: ZDEGRADOWANY. PRZETWARZANIE: MOŻLIWE. Mechaniczne ramię opuściło się o kilka centymetrów. Najemnik znowu zaczął się szarpać.
    – Stary, słuchaj mnie. Powiem ci wszystko. Steve, baza, ludzie, trasy, kurwa, wszystko. Tylko mnie stąd wypuść! – Wolf beznamiętnie spojrzał na niego, a potem na urządzenie.
    – Widzi mi się raczej, żeby jebnąć cię na stół i sprawdzić, co ta Złota Rączka pod sufitem zrobiła z moim truchłem, zanim wy sobie o nim przypomnieliście. Chyba, że masz coś naprawdę konkretnego, co chciałbyś mi wyśpiewać?

    Cyborg rzucił tę kwestię niemal pogodnie, po czym bez większej ceremonii cisnął najemnika na metalową płytę. Blat zadzwonił głucho, więzień zaklął i spróbował poderwać się na łokciach, ale nie zdążył. Obejmy zamknęły się kolejno na nadgarstkach, ramionach, torsie i szyi. Najpierw lekko. Potem dostrzegalnie ciaśniej.
    – Czekaj, kurwa, czekaj! Przecie mówiłem, że się dogadamy! – wychrypiał, rzucając się coraz gwałtowniej. Nad nim poruszyło się przegubowe ramię. Zacisk na końcu wykonał kilka drobnych, precyzyjnych ruchów, jakby mechaniczny chirurg rozprostowywał palce przed zabiegiem.

    Rozgrywka

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Spokojnie, krzyczałem, jak nie było. Przestałem, jak zawisło.
    Moja wkładka dla Zir też już jest.

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Szyb kończył się drabinką prowadzącą do korytarza technicznego biegnącego w dwóch kierunkach. Betonowe ściany pokrywały wyblakłe wojskowe oznaczenia ostrzegawcze, a zamontowane pod sufitem światła awaryjne mrugały nieregularnie, zwiastując potencjalny atak epilepsji i rzucając na otoczenie słaby, niepewny blask. Znacznie bardziej niepokojące było jednak coś innego. Fragmenty ścian porastała ciemna, żywiczna substancja przypominająca roztopiony plastik wtopiony bezpośrednio w beton. Grube pasma ciągnęły się wzdłuż tuneli, oplatały rury i znikały w szczelinach konstrukcji. Tutejsze potworki zdążyły zapuścić korzenie również tutaj. Ogress nie zeszła od razu na dół. Najpierw dokładnie omiotła spojrzeniem korytarz szukając ruchu, cieni albo czegokolwiek, co mogłoby świadczyć o obecności kolejnych… milusińskich. Lewa odnoga opadała nieznacznie w dół. Tam narośla stawały się wyraźnie gęstsze, a z ciemności dochodził ciężki, organiczny smród. Który drażnił jej nozdrza. Prawa prowadziła łagodnie ku górze. Stopionej żywicy było tam mniej, a pod sufitem zwisały przewody, w których od czasu do czasu przeskakiwała słaba iskra. Poszła więc w prawo.

    Jakieś dwadzieścia metrów dalej leżało ciało. Nieznany człowiek. Jemu, podobnie jak jej samej, nie udało się dotrzeć do windy. Nie poruszał się. W pobliżu nie dostrzegła tego, co go zabiło. Żachnęła się, bo gdzieś wysoko ponad nią rozległ się nagle przenikliwy skrzek, po którym przez system wentylacyjny przetoczył się łoskot uderzającego o blachę cielska. Gniazdo nie spało. Szczęśliwie dla niej, odnoga, którą sobie wybrała, pozostawała pusta. Jeżeli dobrze zapamiętała układ kompleksu woskowego sprzed całego tego burdelu, kolejne poziomy prowadzące ku powierzchni powinny znajdować się nad nią. Musiała tylko ustalić, gdzie dokładnie wylądowała i znaleźć drogę wyżej, najlepiej taką, która nie prowadziła przez środek legowiska jakiejś chitynowej cholery. Riker miał przewagę. Nie zamierzała jej powiększać przez wdawanie się w niepotrzebne (i potencjalne śmiertelne) konfrontacje z tutejszymi żyjątkami.

    Podniosła z podłogi niewielki kawałek betonu i rzuciła nim w stronę leżącego kilkanaście metrów dalej truchła. Kamień odbił się od posadzki i stuknął o pancerz trupa. Odczekała kilkanaście sekund, obserwując otoczenie. Nic się nie poruszyło. Dopiero wtedy zbliżyła się do ciała. Facet leżał twarzą do ziemi, z jedną ręką wykręconą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerne na jego plecach były popękane, a wizjer hełmu roztrzaskany. Kiedy ostrożnie przewróciła go na plecy, zobaczyła, że coś przebiło osłonę od przodu i praktycznie rozerwało mu gardło. Cokolwiek go dopadło, nie zadało sobie nawet trudu, żeby pożywić się zwłokami.

    Z perspektywy Ogress miało to swoje plusy. Wyposażenie pozostało w większości nietknięte. Przy ciele znalazła strzelbę powtarzalną z pięcioma nabojami w magazynku, sześć dodatkowych nabojów, granat hukowo-błyskowy, niewielką latarkę taktyczną oraz częściowo zużyty zestaw medyczny. Pośpiesznie zabrała wszystko, co mogło jej się przydać, i ruszyła w stronę wznoszącego się korytarza. Zauważyła przy tym, że czarne, żywiczne narośla dalej rzedły, a kilkanaście metrów dalej znikały niemal całkowicie.

    text alternatywny

    W miarę marszu zaczęła przypominać sobie informacje z odprawy poprzedzającej wyprawę. Podziemny kompleks podzielono na trzy główne poziomy. Najniższy, oznaczony literą C, mieścił laboratoria badawcze. Powyżej znajdował się poziom B, przeznaczony do przetrzymywania i testowania eksperymentalnych organizmów. Najbliżej powierzchni ulokowano poziom A, obejmujący pomieszczenia ochrony, zaplecze techniczne oraz garaże. Te pieprzone garaże, do których musiała się dostać… Jeśli dobrze oceniła swoje położenie, znajdowała się gdzieś w głębokiej du… miedzy poziomami C a B.

    W pewnym momencie ponownie dobiegło ją znajome, mokre szuranie. Tym razem odgłos dochodził zza jej pleców, z okolic miejsca, w którym pozostawiła ogołocone zwłoki. Po chwili dołączyło do akustyki nieprzyjemne mlaskanie i odgłos rozrywanego mięsa. Najwyraźniej jedno ze stworzeń w końcu zdecydowało się posilić. Na razie nic nie wskazywało, żeby mutant zauważył Ogress, ale trudno było przewidzieć, jak długo pozostanie zajęty posiłkiem. Przed nią korytarz rozszerzał się w niewielki węzeł komunikacyjny, wyposażony w masywne drzwi bezpieczeństwa i wyblakłe tablice informacyjne. Oznaczenia wskazywały trzy możliwe drogi: klatkę schodową B1, prowadzącą bezpośrednio na wyższy poziom, skrzydło laboratoryjne C-12 oraz wąski tunel konserwacyjny, łączący instalacje techniczne poszczególnych kondygnacji. Pierwsza droga wydawała się najkrótsza, druga mogła kryć przydatne wyposażenie lub dokumentację, natomiast trzecia oferowała możliwość przemieszczania się poza głównymi ciągami komunikacyjnymi. Z tyłu znowu coś głośno chrupnęło, a następnie rozległo się kolejne przeciągłe mlaśnięcie. Stworzenie wciąż było pochłonięte bufetem. O' miała jeszcze chwilę na podjęcie decyzji.

    Rozgrywka

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Dopadł zwiadowcę od tyłu. Najpierw poczuł kurz i tani tytoń, potem zobaczył kark wystający spod brudnej chusty. Przez moment implant zamigotał. Obraz ponownie miał zamiar rozszczepić się na dwoje i zabawić we wspominki, ale tym Wolf nie pozwolił wspomnieniu dokończyć roboty. Stłumił je w zarodku i dał susa przed siebie. Mechaniczna ręka wystrzeliła szybciej, niż się spodziewał, obejmując twarz zwiadowcy i przyciskając jego głowę do piersi. Druga dłoń wbiła nóż. Plan zakładał jedno krótkie, kontrolowane pchnięcie. Nowe ramię miało jednak inną definicję słowa „kontrolowane” niż właściciel. Ostrze weszło głęboko, zdecydowanie głębiej, niż Wolf sobie zaplanował, a ciało szarpnęło się w jego uścisku. Na obrzeżu pola widzenia cyber patrzałki przemknęła informacja o użyciu siły znacznie przekraczającym wymagany poziom. Przytrzymał człowieka jeszcze przez kilka sekund, dopóki nie poczuł, że opór zniknął całkowicie. Potem ostrożnie położył go w piachu. Wiatr już zaczął zasypywać ślady. Wolf spojrzał na sztuczną dłoń, potem na nóż. Cóż. Przynajmniej wiadomo było, że „proteza” działała. W szczegóły dot. jej kształtu nie chciał się zagłębiać. Nie teraz. W tym momencie nie mógł sobie pozwolić na kolejny kryzys egzystencjalny.

    Pozostała czwórka nic nie przyuważyła. Jeden z ludzi zniknął z ich świata i nikt tego nie odnotował. Wolf przykucnął za kolejnym grzbietem wydmy i ponownie spojrzał w stronę pojazdów. Czterech. Dwa sprawne auta i jeden karabin maszynowy. Dowódca nadal przy pickupie. Teraz można było pomyśleć o silnikach. O oponach. O kolejnym człowieku, który odejdzie kilka metrów za daleko. Zemsta nadal była mglistą koncepcją gdzieś z tyłu głowy cyborga – jego uwagi wymagała praca właściwa, zagrożenie bezpośrednie.
    Przez chwilę patrzył na ciało leżące u jego stóp i wspomniał maszyny Molocha z dawnych lat. Nie te wielkie, groteskowe potwory z frontu, które było słychać na długo przed tym, zanim pojawiły się na horyzoncie. Te mniejsze. Szybsze. Takie, które potrafiły wyciągnąć mechaniczne ramię przez wyrwę w barykadzie, złapać człowieka za głowę i ścisnąć bez wysiłku, jakby sprawdzały dojrzałość owocu. Widział to kiedyś z bliska. Teraz wspomnienie przeszło mu po plecach zimnym dreszczem. Sama myśl, że teraz miał przy sobie coś z tej samej logiki, była obrzydliwa. Nienaturalna. A jednak pod tym wszystkim czaiło się coś jeszcze. Spokój. Pewność. Maszyna nie zastanawiała się, czy da radę. Po prostu robiła to, do czego ją zbudowano. Wolf spojrzał na metalową dłoń, która bardziej przypominała zacisk niż ludzką kończynę, i po raz pierwszy od przebudzenia nie poczuł wyłącznie odrazy. Lęk typowy dla postapokaliptycznego ludyty zastąpiło… uznanie. Dla funkcjonalności.

    Chwycił trupa za kurtkę i uniósł go bez wysiłku. Ciężar, który powinien zmusić go do zaparcia się nogami, okazał się ledwie czymś odnotowanym przez system jako ciąg liczb. Implant znowu zasypał pole widzenia odległościami i kątami, a dalszy plan właściwie ułożył się sam. Mężczyzna zamachnął się monstrualną kończyną i cisnął zwłokami wysoko, znacznie wyżej i dalej, niż pozwoliłyby mu na to dawne mięśnie. Truchło zatoczyło ciężki łuk nad piaskiem i runęło kilka metrów od pojazdów, z głuchym tąpnięciem – wystarczająco głośnym, by wszystkie głowy obróciły się w tę samą stronę. Przez sekundę nikt się nie poruszył. Potem poszły wrzaski. Jeden z najemników poderwał broń, drugi ruszył ku ciału, trzeci cofnął się pod osłonę pickupa. Dowódca przy samochodzie zaczął wydawać rozkazy, próbując jednocześnie zrozumieć, skąd właściwie przyleciał trup człowieka, którego wysłał na obchód. Dokładnie o to chodziło cyborgowi. Wzrok całej czwórki skupił się na jednym punkcie. Sylwetki przesunęły się (niemal) w jedną linię. A za nimi, kilkadziesiąt kroków dalej, stał łazik. Wolf już biegł.

    Piach pryskał spod butów, a metalowe kończyny pracowały z tą samą paskudną skutecznością, którą pamiętał z frontu. Jeden z ludzi obejrzał się za późno. Próbował krzyknąć, podnieść raban, ale gdy otwierał usta, jego żuchwa została forsownie oddzielona od reszty czaszki. Wolf dopadł do auta, chwycił ramę (która dostrzegalnie wygięła się pod jego ciężarem) i praktycznie wciągnął się na stanowisko strzeleckie jednym ruchem. Karabin maszynowy był prostą, brutalną konstrukcją, z rodzaju tych, których nikt na pustkowiu nie wyrzucał, dopóki lufa nie pękła na pół. Podajnik był zatrzaśnięty. Taśma siedziała na miejscu. Wystarczyło obrócić broń. Zrobił to, nim zwłoki jego drugiej ofiary zdążyły runąć na piasek.

    text alternatywny

    Rozgrywka

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Popieram, zostaw fokę, nie będziesz jakieś animu potworki wrzucać. Jak my.
    Post jutro zamieszczę, dzisiaj pokonała mnie praca.

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    There is no hunting like the hunting of man, and those who have hunted armed men long enough and liked it, never really care for anything else thereafter.
    – Ernest Hemingway

    Ogress - Upadek

    Zlecenie wydawało się wystarczająco proste. Na pustkowiach wciąż można było znaleźć miejsca, które przed wojną należały do armii Stanów Zjednoczonych – bazy, ośrodki badawcze, magazyny i podziemne instalacje, którym jakimś cudem udało się przetrwać zagładę. Większość ogołocono z wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, jeszcze dziesiątki lat temu. Inne zawaliły się, spłonęły, zostały zalane albo stały się domem dla tych, którzy mieli dość szczęścia lub siły, żeby zająć je jako pierwsi. Od czasu do czasu ktoś trafiał jednak na obiekt, który pozostał nienaruszony. Ten konkretny znajdował się pod paroma tysiącami ton popękanego betonu i piachu, dostatecznie daleko od najbliższej osady, żeby nikt nie zawracał sobie głowy nadawaniem mu nazwy. Na mapach dostarczonych przez zleceniodawcę Ogress placówka figurowała wyłącznie jako ciąg liter i cyfr, który zapewne miał jakieś znaczenie dla ludzi odpowiedzialnych za jego budowę, ale nie znaczył już absolutnie nic dla tych, którzy przeżyli koniec świata. Z zachowanej dokumentacji wynikało, że przed wojną prowadzono tam wojskowe badania biologiczne.

    To wystarczyło, żeby zainteresować czwórkę szabrowników. Zleceniodawcy nie zależało na starej broni, amunicji, elektronice ani żadnych innych skarbach, które mogły zachować się wewnątrz kompleksu. Chciał tylko jednej rzeczy: zabezpieczonej próbki eksperymentalnego materiału przechowywanego gdzieś w laboratoryjnych podpoziomach. Czegoś na tyle cennego, że był gotów dostarczyć im mapy, stare kody dostępu i zaoferować pokaźny stosik gambli, nie wyjaśniając nawet, do czego próbka właściwie służyła. Mieli wejść, odnaleźć pojemnik, nie otwierać go, wrócić i zgarnąć obiecane fanty. Spodziewali się starych systemów bezpieczeństwa, zawalonych korytarzy, może kilku paskudniej powykręcanych mutków. Nie spodziewali się natomiast… gniazda.

    Pierwszym ostrzeżeniem był smród. Im głębiej schodzili, tym mniej baza przypominała opuszczoną ruinę. Czarne, organiczne narośla pokrywały fragmenty ścian. Kraty szybów wentylacyjnych zostały wygięte od środka. W technicznych wnękach walały się kości, a na niektórych grodziach widniały głębokie bruzdy pozostawione przez coś, co potrafiło rozorać pazurami drzwi zaprojektowane, by wytrzymały serię eksplozji. Potem napotkali lokalnych rezydentów. Szaro-brązowe, przygarbione stwory poruszające się na dwóch potężnych nogach. Miały grube, niemal pancerne cielska, wydłużone łby i paszcze rozwierające się równie szeroko, co cholerne pułapki na niedźwiedzie. Cokolwiek wojsko stworzyło kiedyś pod bazą, przeżyło swoich twórców. Co gorsza, zdążyło się rozmnożyć.

    Od tego momentu wyprawa zamieniła się w odwrót, żeby nie powiedzieć paniczną ucieczkę. Pierwszy szabrownik zginął niemal natychmiast. Jedno ze stworzeń przebiło się przez panel w suficie i rozerwało go na strzępy, zanim ktokolwiek zdążył zrozumieć, co właściwie się działo. Drugi wytrzymał dłużej, ale tylko kapkę. Kiedy pozostała dwójka dotarła do szybów wentylacyjnych, bestie nadciągały już ze wszystkich stron. Ona prawie się wydostała. Prawie. Coś złapało ją za kostkę, kiedy wspinała się do otwartego szybu. Zapamiętała metalową krawędź wrzynającą się w palce. To, jak kopała na oślep w ciemność pod sobą. Zapamiętała szarpnięcie tak mocne, że omal nie wyrwało jej ręki ze stawu. Ale najlepiej utrwaliła sobie w pamięci Rikera. Stał nad nią, wystarczająco blisko, żeby wyciągnąć rękę. Żeby jej pomóc. Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy. Potem jego wzrok przesunął się na pojemnik z próbką. Mężczyzna dokonał wyboru, drapnął pakunek i uciekł. Palce Ogress ześlizgnęły się z krawędzi i dziewczyna runęła w ciemność.

    text alternatywny

    Przytomność odzyskała powoli. Najpierw powitało ją pieczenie – nie ogień, lecz coś chemicznego. Ramię paliło ją w miejscu, w którym podczas walki ochlapała ją krew stworzenia. Skóra pod ubraniem pokryła się pęcherzami, ale materiał przyjął na siebie najgorsze. Cała reszta bolała w znacznie bardziej zwyczajny sposób, jakiego można było oczekiwać po bezwładnym upadku przez kilka metrów metalowego szybu. Poruszyła palcami dłoni, potem stopami. Czucie miała wszędzie, nic nie wydawało się złamane. Samo to zakrawało na jakiś kosmiczny żart. Kanał wentylacyjny wygiął się pod siłą uderzenia i częściowo zapadł. Leżała pomiędzy pogiętymi panelami, przewodami, kurzem i brudem zbierającym się tutaj zapewne jeszcze od czasów sprzed wojny. Gdzieś za kratą dogorywała lampa awaryjna, co kilka sekund zalewając wnętrze brudnoczerwonym światłem. Podniosła się. Powoli i z bólem, ale podniosła. Żyła. Przynajmniej na razie.

    Rozgrywka

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Zapoznam się z imgur i zobaczę, co i jak.
    Dziękuję za sugestię. Post w produkcji, za jakąś godzinkę winien być.

    EDIT:
    Co ma wisieć, nie utonie.

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Nic się nie stało, ważne, że dotarłaś...
    Dodam Cię jeszcze dzisiaj do sesji. Krwawica wprowadzająca dopiero jutro (w niedzielę).

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Post jest, ale na tę chwilę imgbb nie pozwala mi wrzucić grafiki. Zajmę się tym, jak serwery wrócą do normy.
    Jutro dam post wprowadzający dla drugiego gracza (Zir) i uaktualnię panel.

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Najpierw broń. Nie odpowiedzi, nie lustro, nawet nie droga ucieczki. Broń. Zsunął się z ramy i niemal runął na podłogę, kiedy środek ciężkości okazał się leżeć gdzie indziej, niż pamiętało go ciało. Metalowa noga poprawiła pozycję pół uderzenia serca później; implant zalał mu wzrok szeregiem korekt, ale Wolf ruszył dalej, zanim te skończyły się wyświetlać. Przy przeciwległej ścianie dostrzegł uchwyt magnetyczny, a na nim krótki, pozbawiony kolby karabinek. Chwycił go. Mechanizm zgrzytnął paskudnie przy przeładowaniu, ale pracował, a magazynek nie był pusty. Dziewięć sztuk. Niewiele, ale dziewięć było nieskończenie lepsze od zera. Pod brezentem leżało coś jeszcze. Najemnik szarpnął materiał, wysunęło się spod niego truchło jednego z ludzi, którzy dopadli go w piwnicy. Z twarzy praktycznie nie zostało, tylko zajebisty wywietrznik. Klatkę piersiową ktoś rozebrał z obojętnością zarezerwowaną dla przeprowadzania inwentarzu. Obraz z „reflektora” zafalował i przez krótką, chorą chwilę trup przestał być trupem obcego człowieka. Leżał tam Wolf. Ten sam kąt ciała. Te same dziury. Ta sama bezwładność. Gdzieś na obrzeżu pola widzenia zamigotał komunikat o konflikcie identyfikacji, a mechaniczna dłoń zacisnęła się sama tak mocno, że karabinek zatrzeszczał. Wolf zamknął oko, odczekał sekundę i zmusił palce do rozluźnienia. Kiedy ponownie nań spojrzał, martwy człowiek odzyskał swoje pierwotne rysy. Dobrze. Lepiej, żeby tak zostało. Wsadził broń palną za pas, z podłogi podniósł przyrdzewiały nóż i… dopiero wtedy zauważył zaspawany schowek w bocznej ścianie. Implant oznaczył go krótkim komunikatem: MOŻLIWY MODUŁ UZBROJENIA. Na zewnątrz dźwięk silników był już znacznie głośniejszy. Do tego głosy. Mężczyzna spojrzał na schowek, potem na prowizoryczny arsenał, który zdołał naprędce zebrać. Minuta. Może mniej. Prawie się uśmiechnął. Panika rzeczywiście mogła poczekać.

    Wolf ruszył bez dalszego namysłu – ku bocznemu włazowi, który ustąpił dopiero po krótkim szarpnięciu, gdy piach zgrzytnął w prowadnicach. Gorące, suche powietrze uderzyło go w twarz jak otwarta dłoń. Przez moment zatrzymał się na granicy nocy i cienia, jakby sama pustynia była kolejnym systemem, którego trzeba było nauczyć się od nowa. Prawe oko widziało horyzont i nierówne grzbiety wydm. Implant rozcinał ten sam obraz na odległości, źródła ciepła i drobne wektory ruchu, które pojawiały się i znikały na obrzeżach pola widzenia. Pierwszy krok wyszedł równie źle co komicznie. Metalowa noga zagłębiła się w piachu pod innym kątem, niż spodziewało się ciało, i Wolf zachwiał się, zanim system skorygował obciążenie. Drugie człapnięcie było już pewniejsze. Trzecie niemal naturalne. Obcy mechanizm uczył się go w ruchu, albo on uczył się mechanizmu; na razie różnica nie miała znaczenia. Okrążył pojazd szerokim łukiem, aż znalazł miejsce, z którego mógł obserwować rozwój wypadków bez ujawniania swojej (pokracznej) sylwetki. Dopiero wtedy zobaczył pojazdy: lekki łazik z zamontowanym karabinem maszynowym i opancerzony po amatorsku pickup, którego silnik wciąż pracował na jałowym biegu. Pięciu ludzi. Niestety, nie wpadli na miejsce jak banda idiotów. Rozeszli się. Dwóch zatrzymało się przy głównym wejściu, z karabinami gotowymi do strzału. Jeden obchodził pojazd od lewej, sprawdzając martwe pola. Drugi został przy mniejszym aucie. Ostatni opierał się o pickup i palił, jak człowiek, który spodziewał się rutynowej roboty, nie walki. Nie wyglądali na szczególnie dobrze wyposażonych, ale mieli liczebność, sprawne pojazdy i przynajmniej odrobinę dyscypliny. Wolf miał za to coś, czego oni nie mieli: czas. Kilka sekund, może kilkanaście, zanim zrozumieją, że zwłoki, po które się tu pofatygowali, opuściły trumnę.

    text alternatywny

    Wtedy implant sam zmienił ostrość. Obraz przybliżył się gwałtownie, zanim Wolf zdążył pomyśleć, że chce spojrzeć dokładniej. Sylwetka przy pickupie wypełniła fragment pola widzenia. Szerokie barki. Łatana kurtka. Sposób, w jaki facet stał, z ciężarem przeniesionym na jedną nogę i papierosem trzymanym nisko przy biodrze. Coś w tej postawie było znajome. Głos rozwiał wszelkie wątpliwości:

    – Idźta po truchło szczura z piwnicy. Steve chce mieć dowód. Tego blaszaka też sprawdźcie od góry do dołu. Wygląda jak rozklekotana, zabłąkana ruina, ale jeśli w środku ostało się coś wartego parę gambli, to bierzemy na pakę. Darowanemu koniowi w dupę się nie zagląda. Nawet jak przysłały go maszyny.

    Wolf znał ten głos. Przez sekundę dwa obrazy znowu się na siebie nałożyły. Piasek stał się betonem. Łazik zastąpiły schody. Nie zmienił się tylko facet dyrygujący pozostałymi. Pamiętał go dobrze z piwnicznej jatki, jak wydawał rozkazy cynglom nasłanym przez Steve’a. Najwyraźniej tym razem też nie chciał brudzić sobie rąk. Cóż… życie było pełne rozczarowań.

    Rozgrywka

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Edytuj ten post w celu uzupełnienia materiałów do sesji.

    Materiały

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    Jak w tytule, temat przeznaczony na komentarze dot. sesji.
    Pierwszy post zawiśnie dzisiaj. Pozdrawiam!

    Komentarze

  • O trzech takich, co nie chcieli...
    The_OnlyT The_Only

    O trzech takich, co nie chcieli zdechnąć

    You will be faced with many challenges throughout your lifetime, and the most difficult of these will be dealing with your fellow man.
    – Cameron, Fallout 2

    Wolf – Rozruch

    Najpierw ciemność, ale nie taka zwyczajna, nie ta, którą widzi się po zamknięciu oczu – zamiast tego głęboka, lepka pustka siedząca gdzieś pod czaszką, jakby ktoś zgasił świat od środka. Potem przyszło kliknięcie, suche i mechaniczne, jak przekaźnik łapiący styk, i coś zaczęło się budzić. Nie Wolf. Coś. Wzrok nie wrócił od razu; zamiast tego składał się kawałkami. Najpierw ziarno i śnieg, później ostre krawędzie, zarysy stali, plamy ciepła na zimnych ścianach. Mężczyzna leżał. Nie. To nie to słowo. Był przymocowany. Zamocowany? Metalowe obręcze trzymały tors, rozchylone żebra oplatały czarne przewody, spod skóry przebijało się nikłe pomarańczowe światło. „Pacjent” czuł spaloną izolację, własną krew i zapach środka odkażającego, którego nie wąchał od lat, może od czasu tej polowej lecznicy pod Vegas, gdzie Doc Ramirez wyciągał odłamki z brzucha Ryżego, pijany jak bela i śpiewający pod nosem coś o Kalifornii, choć nikt z nich nigdy tam nie był. Ryży śmiał się wtedy, że jak z tego wyjdzie, otworzy bar. Potem Wolf zobaczył jego twarz jeszcze raz, ale już inną. Zakrwawioną, nieruchomą, pół czaszki w błocie. Obraz zniknął. Zastąpiła go Maggie z karabinem przewieszonym przez ramię, Steve rechoczący przy ognisku, manierka zmieniająca ręce. Miejsca i ludzie tracili ostrość. Mieszali się ze sobą. Płonący konwój. Zawalona stacja benzynowa. Nocny posterunek, z którego nikt poza Wolfem nie wrócił. Piwnica. Tak, piwnica została dłużej. Ściany. Huk. Zdrada. Strzały. Czyjś głos. Własne ręce coraz cięższe. Ten moment, w którym ciało nagle przestało go słuchać.

    Natłok migawek uleciał, stłamszony nagłym szarpnięciem. Nad klatką piersiową mężczyzny poruszyło się cienkie mechaniczne ramię, segmentowane jak odnóże owada. Wycofało się powoli, prawie ostrożnie. Zaraz potem pojawił się głos – płaski i bezbarwny, nie z głośnika, tylko gdzieś w głowie: Częściowa rekonstrukcja zakończona. Oznaczenie jednostki: brak. Przydatność operacyjna: prawdopodobna. Dopiero teraz mężczyzna zauważył, że brakowało mu lewego oka. Prawe łapało ostrość. Wolf spróbował nabrać powietrza i coś rozerwało mu się pod żebrami z mokrym, paskudnym szarpnięciem. Ból przyszedł natychmiast, potężny i znajomy, ale po chwili coś go „ściszyło”. Nie usunęło… raczej odłożyło na bok jak komunikat, którym będzie można (trzeba?) zająć się później. Wtedy dotarło do niego, że nie znajdował już tam, gdzie zginął. Tak, zginął. Nie bał się tej myśli. Wokół ciągnęło się wnętrze jakiejś maszyny. Pojazdu? Częściowo zasypanego piaskiem pół warsztatu, pół rzeźni. Coś go znalazło. Zabrało. Uznało, że jeszcze się nadawał...

    text alternatywny

    Na chwilę oddalił się myślami od tej abstrakcyjnej sceny. Próbował sobie przypomnieć, ile razy już powinien był nie żyć. Mina pod Tucson. Szarpanina o paliwo, kiedy nóż wszedł pod żebra. Tamta noc, gdy jako oddział mieli upilnować magazynu do świtu, chociaż po drugiej stronie kanału zadrutowanego bydła było ze trzy razy więcej. Właściwie to prawie po każdej durnej robocie, którą Earl nazywał „łatwym zarobkiem”, a która kończyła się świstem kul, krwią i kimś, kogo później trzeba było zakopać płytko, bo ziemia była za twarda. Losowe twarze z przeszłości znowu zaczęły migać mu pod powiekami. Jedna po drugiej, czasem wyraźne, czasem rozmazane, niemal symboliczne: krzywy uśmiech, papieros, zmęczone oczy, czyjś głos mówiący „jeszcze kawałek?”. Nie wiedział, ilu z nich wciąż żyło. Czy ten sukinsyn, Big Steve, przeżył? Jakby w odpowiedzi na to pytanie, na skraju pola widzenia Wolfa pojawił się szereg zielonych symboli. Niczym komenda wprowadzona do jakiegoś na wpół zezłomowanego posterunkowego terminalu. PRIORYTET DRUGORZĘDNY: BIG STEVE. Zaraz potem wszystko zadrżało. Maszyna zajęczała. Piach zaczął bić o płaty metalu na zewnątrz. W oddali rozległ się pomruk silnika, potem drugi. Może trzeci? Ktoś zmierzał w jego stronę. Ale ten sam ktoś nie wiedział, że trup właśnie usiadł. Wilk umarł w piwnicy – przynajmniej tak powinno być. To, co otworzyło oko na pustyni, miało jego pamięć. Jego blizny, jego złość i zaskakująco długą listę niedokończonych spraw. Na tę chwilę musiało mu to wystarczyć.

    Rozgrywka

  • Rozmowy użytkowników z obsługą
    The_OnlyT The_Only

    Dzień dobry/cześć, ja z szybkim zapytaniem, nieco abstrakcyjnym.
    Zakładając, że ma się zebraną grupę do planowanej sesji lub że chce się rozegrać na forum solówkę, czy konieczne jest tworzenie (profilaktycznie) rekrutacji, czy też można od razu założyć temat sesyjny?

    Forum
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa