Przez kilka sekund Wilk w zasadzie tylko siedział i patrzał. Prawe oko widziało ciemne wnętrze maszyny tak, jak powinno: brud, stal, rdza, wszędobylskie przewody i słabe światło gdzieś głębiej w kadłubie. Lewego ślepia już nie było. W jego miejscu ktoś zamontował mu coś, co z biologiczną patrzałką wiele wspólnego nie miało – twardą, wpuszczoną w oczodół soczewkę, obwiedzioną metalem i rzucającą w mrok zimny, nienaturalnie jasny snop. Jak jebany reflektor. Obraz z niego nakładał się na ten z prawego oka. Krawędzie zaznaczały się bladymi liniami, źródła ciepła wykwitały na ścianach, pojawiały się odległości, kąty i dane, o które nie prosił i których nie umiał jeszcze wyłączyć. W tym momencie pamięć postanowiła dorzucić swoje trzy grosze. Znowu ta cholerna piwnica. Błyski z tuzina luf. Uderzenie pierwszego pocisku, drugiego, następnych. To absurdalne zdziwienie, kiedy noga odmówiła współpracy, zanim poczuł jakikolwiek ból. Twarze cyngli, którzy strzelał. Ściana podskakująca przed oczami. Krew. Za dużo krwi. Teraz połowy tamtych zwłok już nie było. Zastąpiła je stal, druty i protezy, które reagowały szybciej niż powinny. Coś zaczęło pienić mu się z tyłu głowy, coś pierwotnego i idiotycznego, co kazało mu wyrwać przewody, zerwać obejmy, wrzeszczeć, aż płuca rozpadną się do końca. Zacisnął szczękę i wgryzł się w język tak mocno, że poczuł krew. Prawdziwą. Ciepłą. Metaliczną, jak na ironię. Ból przeszył czaszkę i zrobił dokładnie to, czego potrzebował: zawęził świat. Jedna rzecz naraz. Panika mogła poczekać. Rozpacz mogła poczekać. Pytanie, ile z niego zostało, również mogło sobie grzecznie stanąć w kącie.
Był żywy – albo dostatecznie blisko tego stanu – znajdował się w nieznanym miejscu i ktoś go właśnie nadjeżdżał. To były fakty. Fakty dawało się obrabiać. Zaczął więc robić to, co robił zawsze, gdy sytuacja stawała się kompletnie spierdolona: liczyć zasoby, wyjścia, zagrożenia i rzeczy, którymi można kogoś zabić. Paradoksalnie uspokoiło go dopiero to, że zaczął myśleć jak maszyna.