Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-warhammer@forum.rolltelling.pl

  • Popiół i Śnieg

    29
    4 Głosy
    29 Posty
    637 Wyświetlenia
    DhratlachD
    Karczma, poranek Heinz dostrzegł gest karczmarki i nawet uśmiechnął się krótko i nieznacznie. Nie do niej, do siebie. Do siebie... ponieważ wiedział dobrze, że to nie miało sensu. Żadnego. Nie miał czasu, ani chęci, na bliższe znajomości. Nie ważne jak cudowne by nie były. Nie ważne, że właśnie to mogło go uratować od jego myśli i uczuć, które towarzyszyły mu dzień i noc. Zanurzył pysk w cierpkiej herbacie mentalnie dokładając kolejną cegiełkę do muru który stworzył wokoło swojego serca. Nie wiedział nawet czy bije w ten sposób. Czy jeszcze potrafi. Skryte zza murem żałości, rozpaczy i złych wyborów... nie słyszał go. Tak wysoki i gruby ten mur był. Czy jeszcze tam było? Jego... serce? Była w tym piękna, życiowa prawda... Wiedział, że nigdy nie zabije, ale też już nigdy nie rozsypie się w pył... Krucze sprawy i Albrecht Heinrich patrzał na kruki. Zimno, obojętnie, bez zainteresowania tym swoim pustym wzrokiem, w którego oczach przejawiał się lekkie iskry życia. Serce biło mu szybciej i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie była to ekscytacja, bardziej instynkt każący sięgnąć po broń, choć nie czuł się zagrożony. przy najmniej nie teraz, jeszcze. Spojrzał na starca. Heinz był zmęczony i było to po nim widać. Znoszony. Jak stare buty, które widziały za dużo drogi, ale w swojej niewygodzie i wątpliwej użyteczności nad wyraz były wygodne by je zmienić, a wszystko dlatego, bo były łącznikiem-wspomnieniem dawnych czasów. - Musimy być ostrożni, Herr Albrecht. - powiedział ochryple tak jakby powtarzał te słowa w nieskończoność - Muszę zapytać, działy się jakieś niecodzienne rzeczy w ciągu ostatniego roku? Zaczynał mieć dość tej całej mieściny. Zdecydowanie już dawno wyczerpał swój limit socjalizacji i ogólnego gadania. Chciał usiąść. Chciał się napić. Chciał odpocząć i pójść spać snem, który jakby Morr dał zabrałby go... ale nie, Kruki pomarły... nie było komu zanieść jego duszę do Ogrodów... Było wiele rzeczy którymi Kraus szczerze i z całego serca gardził, a nawet i nienawidził. Jedną z nich były przesądy, ale nawet on nie był w stanie się uchronić przed niepokojem. Tam, w głębi. Masowa śmierć Strażników Ogrodów? Posłańców Pana Snów? To nie wróżyło, a i wróżbami też gardził, dobrze. Czuł to w kościach i nie było to dobre uczucie. Tym bardziej, że musiały pomrzeć lada chwila temu. nie było sił na tym świecie, by ich nie dostrzegł wcześniej... Seiler długo nie odpowiadał. Stał nad krukami z czapką naciągniętą nisko na uszy. Po jego minie można było wnosić, że żałował, iż wybrał się z Heinzem. Zdecydowanie wolałby raczej machać siekierką i pracować nad jego kurtą, od czasu do czasu pociągając z gąsiora z siwuchą. – Niecodzienne? – powtórzył cicho. – Po burzy, jaka przetoczyła się przez Imperium, wszystko jest niecodzienne, chłopcze. Ale jeśli pytasz, czy często znajdujemy stada martwych ptaków w polu, to nie. To coś nowego. Podsumował i przełknął ślinę. Rozejrzał się po sadzie, próbując obaczyć, czy nie czyha tam gdzieś, między drzewami, więcej dziwactw. – Może żerowały na czymś, co im zaszkodziło? – zaproponował przytomnie. Kraus uśmiechnął się w duchu. Jak nic, jego "głupie pytanie" podziałało zbawiennie na serce Seilera. Pamiętał o Burzy, choć w jego fachu, czy życiu, niewiele ona zmieniła. Zawsze była. Tak czy inaczej, byli tam i jak zwykle ryzykowali życiem, zdrowiem i przytomnością umysłu... Rzeczy które widział i przeżył. Może nie wierzył w przesądy i większość wierzeń miał gdzieś, to jednak... magia istniała. Istniała i była przesiąknięta złem do szpiku kości. Tak. Klątwy istniały... - Może. - powiedział i spojrzał na martwe ptaczyska okiem człowieka o wielu rzeczach nie mówił. Dlatego bo wiedział. Niewielkie coś, ale jednak i ta wiedza nie była zdrowa. Była niebezpieczna. Sprowadzała na człowieka problemy. O wieleurzeczach nie mówiło się głośno, o wielu więcej? Lepiej było być ich całkowicie nieświadomym... Tu nie widział nic naturalnego. Widział klątwę. Widział czarostwo. Widział plugawy palec jakiegoś Niszczycielskiego, plugawego czy zapomnianego Bóstwa. Widział coś co przybyło z nimi, albo ujawniło się po ich przybyciu. Nie ważne co było prawdą... Prawdę którą znał nie napawała optymizmem. Z doświadczenia jednak wiedział jedno i jednego był pewien. Jak już zło się zaczęło ujawniać... to było jak dziki piec co obnaża kły zaraz przed atakiem... - Być może... Seiler spojrzał na Heinricha spod krzaczastych brwi. Wiedział, że chłopak nie wykrztusił wszystkiego, co mu chodziło po głowie, ale nie miał zamiaru nic z niego wyciągać. Był stary i nie strzępił języka po próżnicy. Martwe ptaki to kłopoty, a od kłopotów najlepiej trzymać się z daleka. – No dobrze – mruknął. – Co by nie było, lepiej nie stać nad tym ptaszyskami jak dwa głupie capy. Nic tu po nas. Cofnął się o krok od najbliższego kruka, a później zrobił parę kroków w stronę wioski starannie omijając truchła ptaków. – Do karczmy. Niech Łowca sam sobie na to obaczy to znalezisko, skoro taki z niego tępiciel złego. Ja swoje lata przeżyłem i nie mam zamiaru dokładać sobie do listy kłopotów ptasiej zarazy. Poprawił kożuch, splunął w bok i ruszył szybciej niż wcześniej, choć dalej. Chęć oddalenia się od ptaków dodała chyżości starym gnatom. Nie minęła chwila, a ramię w ramię ze Starcem kroczył Tłumacz, który miał przegniłe przeczucie. Cokolwiek tu się działo... nie było dobrze.
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    import
    194
    0 Głosy
    194 Posty
    805 Wyświetlenia
    MirasM
    Tobias spoglądał na szykujących się kompanów kończąc cerować dziury w spodniach. Spojrzał z politowaniem na stan swoich butów ale wiedział że jeszcze mu jakiś czas posłużą. Kołczan miał uzupełniony a krótszy z łuków zabezpieczony i gotowy. Jeszcze kiedy mężczyźni głośno rozprawiali o krągłościach markietanek Tobias ostrzył długi nóż myśliwski. To było dobre odwrócenie uwagi od otaczającej ich śmierci. Śmierć dosięgła ich kolegów przyjaciół a nawet braci, i dobrze im robiło chwilowe chociaż zapomnienie o tym. Morale nie podupadło co dobrze rokowało na dalszą część wyprawy. Choć to mogło się zmienić jeśli prawdą okaże się pogłoski o regimencie Siege Stern. Strach może być silną bronią przeciwko siłom Imperialnym. Podstępną, roznoszącą się po cichu po sercach obrońców. Należało go zdusić i to jak najszybciej, ale trzeba było najpierw przedostać się tam. Unikając oddziałów wroga, i szpiegów buntowników.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    171
    1
    0 Głosy
    171 Posty
    3k Wyświetlenia
    MortarelM
    Kurt szedł kilka kroków za Boschem, co jakiś czas poprawiając pas z mieczem. Broń była dobra, ale pas uwierał go w biodro przy każdym dłuższym kroku. Bosch zaczął rozmowę ze strażnikiem, który chyba nie poznał się na glejcie, gdyż zbluzgał srogo Hieronima. Kurt przystanął obok i ponownie poprawił pas z bronią, który znowu wbił mu się w biodro. Następnie wydarzyło się coś dziwnego, czego Kurt nie mógł wytłumaczyć. Bosch spojrzał na strażnika. Nie długo. Nie groźnie. Po prostu spojrzał. Kurt nie potrafił tego dobrze opisać, ale w tym spojrzeniu było coś takiego... świątynnego. Jak wtedy, gdy Zygfryd mówił o Sigmarze. Jak podczas modlitwy przy stosie. I nagle strażnik zmiękł. Nie od razu, ale jednak. Dał kuszę, dał włócznie, zaczął mówić rozsądniej. Kurt długo nad tym myślał. -Może właśnie tak działa Sigmar. - pomyślał, zastanawiając się, czy świątobliwy ojciec nie dostrzegł w Hieronimie czegoś, czego inni nie widzieli.
  • Kultyści - Lato 2519

    import
    319
    1 Głosy
    319 Posty
    2k Wyświetlenia
    ZellZ
    Heinrich, Lilly, Dorna, Raisa Żeby być szczerym Heinrich nie przepadał za miłym nurglitom miejscom, ani za tą całą akcją z obślizgłymi robalami, ale jednocześnie rozumiał, że jest ona konieczna i do realizacji celów jemu koniecznych, tak więc chcąc nie chcąc przyszedł do tej wylęgarni. Interesowało go po prawdzie jedynie poznać ich opinię na temat misy, jaka w końcu przedstawiała ich pieszczoszki. - Widzę, że rozrosła się hodowla. - odezwał się swoim chrapliwym głosem - Z ciekawości: czym je karmicie? - Czerwie to zwykle nie jedzą. Szukają miejsca a potem zaczynają wytwarzać kokon. Dorosłe muchy pijął wodę z miodem. Miód je wabi. Ale po trochu są magiczne więc nie odczuwają tak głodu i pragnienia tak jak żywe stworzenia. - Jędza ostatni raz spojrzała na ogromne czerwie w pudle i wskazała gestem na sąsiednie skrzynie i kosze w jakich były te wyraźnie mniejsze. Reprezentowały różne stadia, od samych robali, przez nieruchome kokony aż po coś pośredniego. Podeszła do klatek w jakich zwykle trzymano małe zwierzęta jak króliki, kury czy kaczki. W nich brzęczały albo czyściły skrzydełka muchy. Jedne wielkości mewy albo kota inne małego psa. Wewnątrz widać było miski z wodą i rozcieńczonym miodem. Raisa z dumą prezentowała to wszystko niczym gospodarz swoją hodowlę. Chętnie pozwalała oglądać gościowi to wszystko. Dorna trzymała się nieco z tyłu, nie ingerując bezpośrednio w rozmowę. - Ostatnie sny dużo o waszych pupilkach mi sugerują. - Heinrich wyciągnął na ręku zamówioną miskę - Zamówiłem to u garncarki, po jakiej chodzą czerwie z gliny. Pomyślałem, że może wam przypadnie do gustu i będzie przydatne. Nawet Fabienne możliwie też sobie takie zamówi. - O. Ładna. - Raisa zaczęła oglądać podaną jej misę. Wzięła ją w swoje sękate, spracowane dłonie jakie wydawały się tak szare, że wiecznie brudne. Przesunęła palcami po falistych żłobieniach jakie przypominały wijące się czerwie. Pogładziła dłonią za rączki uformowane jako dwa, tłuste robaki. - To jest ładne. Można te nasze dzieci poczuć pod własną dłonią. - Podniosła głowę i uśmiechnęła się z zadowoleniem do byłego łowcy czarownic. - I to mówisz, jakaś garncarka dla ciebie zrobiła? - Wydawała się zaciekawiona pochodzeniem naczynia. W końcu odstawiła je na stół ale jeszcze się przyglądała. - Hmm… - Nagle zmrużyła oczy i jeszcze raz zaczęła dotykać różnych fragmentów naczynia. Na twarzy wyszedł jej wyraz skupienia. - Ciekawe. Nieco zaburza Eter. Ale słabo. Jakby stało obok magicznego przedmiotu albo ktoś blisko jakiś czar rzucił. - Przyznała z zafascynowaniem. I jeszcze raz puściła przedmiot gdy widocznie uznała, że już nic więcej się o nim nie dowie. Teraz podeszła do niego Dorna i zaczęła go z ciekawością oglądać. - Można by w nim przenosić czerwie. - Zaproponowała podnosząc głowę na rozmawiającą dwójkę. - Tak, można by. Może i lady Fabienne też by zamówiła. Ona jest taka plugawa. Mimo swojego ślicznego wyglądu. No i urodziła nam najdorodniejsze czerwie jakie dotąd mamy! Zasługuje aby ją jakoś nagrodzić. I zasiać ponownie. Niech rodzi. Potrzebujemy jak najwięcej much a czas ucieka. Im więcej będziemy ich mieć w godzinie gniewu tym silniejszy będzie nas atak. - Wiedźma pokiwała swoją szarą, rozczochraną głową i w bretońskiej szlachciance widziała głównie cenną nosicielkę czerwi z jakich miały się wykluć muchy. - A ta garncarka jak ma takie zwinne ręce to też przydatna. Można u niej więcej takich mis zamówić. Dla nas, dla Fabienne, dla naszych potrzeb. I ciekawie, że akurat te czerwie tak jej dobrze wychodzą. Bardzo podobne do naszych. Sam zobacz. - Po chwilowej zmianie tematu, wróciła do rozmowy o młodej rzemieśniczce. Wróciła do skrzyń i schyliła się aby wyjąć jednego z czerwi. Wróciła z nim do misy i przyłożyła do rączki. Ten gliniany robak i ten żywy, wyglądały bardzo podobnie. Tylko ten z rączki był brązowy i się nie ruszał. - Może przypadek. A może ona też jakoś czuje zew którejś z Sióstr. - Starucha pokiwała głową na znak, że warto to rozważyć. - Zauważyłem jakieś zaburzenia eteru. - przyznał po chwili - W tej pracowni, ale... Nie byłem w stanie ani dokładniej zlokalizować, ani czegoś więcej z nich się dowiedzieć. - No tak. Nie wiem zbyt dokładnie, zaburzenia są dość słabe. Albo słabe było u źródła albo minęło wiele czasu. Ale są. Ta dziewczyna albo umie używać mocy albo ma jakiś obdarzony mocą przedmiot. Może i dlatego jest podatna na zew Sióstr. Takie ładne robaki robi to pewnie nie jest przypadek. - Starucha pokiwała swoją rozczochraną głową, na znak, że dostrzega w tym pewną ciekawą zbieżność. Heinrich, Petra i Fabienne - Och, oczywiście że wszystko dobrze, bardzo miło was widzieć! - Heinrich wyglądał naprawdę na zadowolonego z wizyty - Zapraszam, zapraszam! - powiedział przesuwając się z wejścia i pozwalając kobietom pierwszym wkroczyć w progi - To naprawdę świetna okazja, że do mnie już teraz zawitałyście, szlachetne panie! Obie szlachcianki z pogodnymi uśmiechami na swoich uroczych twarzach, weszły do mieszkania. Bretonka zachowywała się jakby była tu pierwszy raz a nie zaledwie kilka dzwonów temu z samego rana. Petra starała się nie rozglądać zbyt nachalnie ale i tak nie mogła powstrzymać naturalnego odruchu, aby się nie rozejrzeć przelotnie tu czy tam. Postawiła koszyk z łakociami na stole i posłała gospodarzowi uprzejmy uśmiech. - Oh to drobiazg. Rozmawiałyśmy z koleżankami i Fabienne wpadła na pomysł, że tą akcję wsparcia dla zasłużonych weteranów, można by zacząć od ciebie Heinrichu. - Petra wskazała na koleżankę, dbając jednocześnie aby przynajmniej oficjalnie nie wyszła jej inicjatywa z tą wizytą. Bladolica koleżanka bez mrugnięcia okiem pociągnęła dalej tą kulturalną wersję jaka pomagała młodszej zachować odpowiedni poziom reputacji. - Myślę, że Henri zasługuję aby go odpowiednio wesprzeć i potraktować. Któż inny jak nie taki dzielny oficer co tyle lat mężnie służył Imperium. Mam nadzieję, że teraz się nie rozgniewa i nas nie ukarze za zakłócanie mu spokoju nad morzem. Jeśli tak Heinri, to proszę, nie miej za złe Petrze ja z pokorą zniosę każdą reprymende. - Lady Fabienne nie traciła swojego bretońskiego akcentu jaki wśród szlachetnie urodzonych, często uchodził za pożądany, piękny i poetycki. A u niej był po prostu naturalny. Jej spojrzenie przybrało nieco ironicznej barwy gdy mówiła o tym gniewie i karaniu. Zwłaszcza jak się było świadkiem jej preferencji. Teraz jednak płynnie wchodziła w rolę przyzwoitki i starszej koleżanki wobec von Schneider. Blondynka tego podtekstu chyba nie wyłapała, bo spojrzała jeszcze na gospodarza jakby sprawdzała czy jednak nie są mu natrętne. Heinrich pokuśtykał do szafki ze szklankami by ustawić je przy miejscach zajętych przez kobiety. - Ależ oczywiście, że nie sprawiacie mi nieprzyjemności. Oby tylko moja osoba jej wam nie czyniła. - powiedział wyjmując kompot śliwkowy jaki ustawił na stole. Obie kobiety, skromnie usiadły przy stole i przyjęły podarunek od gospodarza. - Wyborny ten kompot Heinri. W sam raz na spieczone gardło. - Bretonka podziękowała za poczęstunek, jakby było nim wino z przednich piwnic jej ojczyzny. Blondynka poszła w jej ślady. - To prawda Heinrichu, w sam raz, a mi tak gardło spierzchło od tego rozmawiania. Fabi mówiła, że ona sama ma bardzo delikatne podniebienie ale ty potrafisz to docenić. Ja to aż jej zazdroszczę, też bym chciała mieć tak wyrafiowany gust jak ona. - Petra mówiła szybko i z wyraźną ekscytacją. Wskazała na swoją przyzwoitkę używając podobnych słów o jakich gospodarz rozmawiał z czarnowłosą dziś rano. Ta uśmiechnęła się wyrozumiale jakby słowa koleżanki sprawiły jej przyjemność. - Ja bardzo chętnie bym wam towarzyszyła. Ale niedługo będę musiała wrócić do powozu. Mówiłam ci Petro, mam parę listów do napisania. A cały dzień taki zajęty, że nie miałam kiedy do nich usiąść. - Szlachcianka zgrabnie przygotowała grunt do tego, że niedługo opuści pozostałą dwójkę. Heinrich pokiwał głową na zgodę. - Mam nadzieję Petro, że nie będzie dla ciebie nieprzyjemnością towarzyszyć kulawemu. - Alez skąd Heinrichu, to będzie dla mnie przyjemność móc zostać i posłuchać o wyczynach takiego bohatera Imperium. - Petra uśmiechnęła się promiennie do gospodarza. Fabienne także. Jednak Bretonka wstała i zwróciła się do nich obojga. - To ja niestety będę musiała was zostawić bo muszę napisać te listy co wam mówiłam. - I wciąż z uśmiechem, płynnie odwróciła do wyjścia z mieszkania. Heinrich jako gospodarz odprowadził Fabienne żegnając się z nią z zachowaniem szlacheckich zasad i dopiero po tym powrócił do Petry wpierw zgarniając ze stołu szklankę po swojej koleżance z kultu. - Zastanawiam się czy nie będę cię odciągał od twoich studiów. - Nie obawiaj się Heinrichu, nie mam dziś żadnych lekcji. Więc mogę całkowicie się poświęcić tobie i twoim historiom. Może wyciągnę z nich naukę jaką będę mogła użyć na lekcjach w akademii albo zaimponować moim koleżankom z kółka poetyckiego. - Blondynka uśmiechnęła się do gospodarza, dajac znać, że jest mu przychylna i widzi tą wizytę w kolorowych barwach. - Bardzo mi miło. Choć pamiętaj, że ja w marynarce nie byłem i w porównaniu do twojej wiedzy o artylerii moja o niej jest nikła. - Ja to rozumiem Heinrichu. Jeszcze trochę pamiętam Nuln. No i wiem, że marynarka to domena morskich wybrzeży a w głębi lądu to najwyżej rzekami statki pływają. No i nie każdy jest marynarzem albo artylerzystą. Ja to rozumiem Heinrichu. Ale pewnie i tak miałeś mnóstwo przygód zanim przybyłeś do nas aby odpocząć nad morzem. - Starannie ufryzowana blond głowa Petry, pokiwała się. I widać było, że jest gotowa na opowieści z głębi lądu. Jak tylko mogła, starała się uśmiechem i spojrzeniem zachęcić weterana do tych opowieści. Były Łowca Czarownic wykorzystał swoją wiedzę z czasów oficerskich przeplataną strzępkami najsoczystych i niebezpiecznych historii dotyczących walki z wrogami Imperium, jacy byli teraz jego kompanami. Wiedział jakie to ironiczne, ale postanowił dodawać smaczek nudnemu życiu żołnierza. Także doświadczenie składania grupy mającej wspomóc w walce z herezją i potrzeba czasem połknięcia własnej dumy tylko ku sklejeniu całości w naoliwioną maszynę. Zależało mu wywołać ekscytację w Petrze, a jednocześnie nie podawać jej zbyt dokładnych szczegółów jakie mogłyby pomóc zorientować się o jakich wydarzeniach tak naprawdę mówi. Młoda szlachcianka słuchała tych opowieści z zapartym tchem. Jakby Heinrich był profesjonalnym bardem albo pisarzem. Widać było, że może od początku panna von Schneider była mu przychylna ale w trakcie snucia tych historii, udało mu się rozbudzić jej ekscytację jeszcze bardziej. Siedziała przy stole wpatrzona w niego jak w obraz dzielnego obrońcy Imperium co stawiał czoła wielu niebezpieczeństwom. Nie wiadomo kiedy mijał pacierz za pacierzem. Gdzieś w międzyczasie musiał dolać jej kompotu do kubka ale to nie przeszkadzało im w rozmowie. Dość jednostronnej zresztą. Gdy Heinrich skończył widział zachwyt na twarzy Petry. - Oh Heinrichu, ty jesteś prawdziwym bohaterem Imperium! Prawdziwym obrońcą. - Rzekła z rozpromienionym wzrokiem. - Zasługujesz na naszą pomoc bardziej niż ktokolwiek inny. Nie zechciałbyś może opowiedzieć tych wspaniałych historii na naszym kółku poetyckim? - Była ciekawa czy nie wystąpiłby jako gość w gronie jej koleżanek z towarzystwa. O ile Heinrich wiedział to także Pirora, Fabienne i Soria brały udział w tych spotkaniach. Szczerze to Heinrich był zaskoczony, że tak dobrze mu poszło, jak de facto się nie przygotowywał. Może jeżeli na to spotkanie by właśnie przemyślał jakie wpleść kłamstewka byłoby także dobrze? - Oczywiście, oczywiście. - odpowiedział Petrze - O ile to nie odciągnie cię od twoich nauk jakie muszą być miłe twemu ojcu. Szybko pożegnał się z Petrą by nie przeciągać spotkania powyżej limitu czasu jaki był oczekiwany dla skromnej damy. Jeszcze przed odjazdem szlachcianek zasugerował Fabienne, że może następnego dnia zabrać ją do garncarki, dla której zaszczyt pracy dla Bretonki będzie prawdziwym szokiem.