Przejdź do treści

Rozgrywka

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem rozgrywka-warhammer@forum.rolltelling.pl

  • [WFRP 2ed.] CIERNIE

    10
    1
    0 Głosy
    10 Posty
    143 Wyświetlenia
    BartoshRPGB
    Danderbrock zapatrzył się w ogień, skubiąc w zamyśleniu koniuszek brody, po czym pstryknął palcem w pierścień zdobiący zarost. Srebrna biżuteria wydała przyjemny dla ucha dźwięk, którego aksamitne tony dłuższą chwilę utrzymywały się w powietrzu. - Jako młodzieniec, mocno wyróżniałem się pośród rówieśników. Nigdy nie byłem tak zwinny i silny jak inni, do tego moje uszy i zarost na brodzie były u naszego ludu czymś raczej niespotykanym. Nic dziwnego że nazywali mnie “Kudłaczem” lub “Kozimsynem”. Wszystko zmieniło się, gdy przez naszą wioskę przechodził oddział krasnoludów. Staliśmy tam, z rozdziawionymi buziami patrząc na ich pochód. Wojownicy byli wymęczeni i brudni, ale humor im dopisywał, gdy dorośli wynosili z chat jedzenie i napitki. Ledwo co zwolnili kroku by się posilić. Jeden z nich, szeroki jak tur, miał ogromny topór na którym można by było usmażyć z tuzin jaj Pamiętam że miał też na sobie płytową zbroję, której elementy składały się bezdźwięcznie jak harmonijka, a każdy fragment był wykonany z niezwykłą precyzją. Wypatrzył mnie z tłumu, pociągnął za bródkę i zarechotał, mówiąc że jako jedyny wyglądam tutaj jak prawdziwy mężczyzna. Zdjął ze swojej brody jeden z ozdobnych pierścieni i zatrzasnął go na moim zaroście, po czym klepnął w ramię tak, że poleciałem w błoto. Tego dnia zebrałem się w sobie i chociaż mimo starań mięśnie mi nie urosły, wyrobiłem w sobie całkiem sprawny umysł i ostry jak nóż język. No i mam tę błyskotkę. Zacna krasnoludzka robota. Poranek dnia następnego nie należał do najprzyjemniejszych, a to ze względu na dolegliwości po wieczornym opilstwie. Na szczęście gospodyni zachęcona brzęczącą monetą uwarzyła polewkę zgodnie z precyzyjnymi wytycznymi obu nieszczęśników. Ciepła strawa i zimna woda w miednicy wnet przywróciły im energię do życia. Danderbrock pożegnał towarzysza, poprawił na ramieniu płócienną torbę, w którą włożył słój z resztką leczniczej polewki, kamionkową butelkę równie leczniczego, mocno chmielonego piwa oraz solidną pajdę chleba przełożonego wędzonym serem. Szykował się na dłuższe posiedzenie. Podążając za wskazówkami dotarł na północno-wschodni skraj miasta. Stukot młotków i chrobot pił mieszały się z obwoływaniem się straży, bacznie przyglądającej się nieodległej ścianie mrocznego lasu. Niemal każdy w zasięgu wzroku, od cieśli po tragarzy, miał przy sobie broń lub narzędzie mogące ją zastąpić. Danderbrock bez problemu ulokował się na poddaszu jednej z prawie ukończonych chat, umościł się wygodnie, dbając o odpowiednie maskowanie, po czym zajął się obserwacją placu budowy. [image: 1793009011021-1000014866.jpg] Do konstrukcji budynków używano lokalnego drewna o paskudnej, chropowatej korze, pod którą kryło się jednak zaskakująco białe drewno, nieco za miękkie jak na gust niziołka. Budynki stawiano gęsto obok siebie. Od strony lasu pozbawione były okien, poza małym otworem na poddaszu, idealnym dla strzelca z kuszą lub muszkietem. Przestrzenie między nimi wypełniano wysokim, solidnym płotem, a samo przedpole obsadzone było kolczastą, niskopienną roślinnością. Pomysł co do struktury ewidentnie narodził się w głowie wojskowego. Niziołek skupił się na ludziach, krzątających się po placu budowy, skrzętnie analizując to co zauważył. Test Umysł: (2, 4) Mamy trop! Nietrudno było odnotować jak wielu było tu weteranów. Zdradzał ich chód, czujność oraz specyficzny język, jakim komunikowali się ze sobą. Trzymali się razem, wyraźnie izolując się od nielicznych w tym miejscu cywilów. Tworzyli zwartą i zamkniętą grupę w ramach większej społeczności miasta. Kilkakrotnie w żartach padała nazwa “Ostatniej Reduty” w kontekście popijaw, żołnierskich przyśpiewek a także służek uwielbiających bohaterskie opowieści. Tam też łączył się świat obecnych wojskowych z tymi, którzy nie chcą już podlegać pod sztywne rygory armii. Tam też z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy wypatrywać naszego celu.
  • Rozdział I - Jak zostać trepem?

    25
    4
    2 Głosy
    25 Posty
    516 Wyświetlenia
    ElenorsarE
    Klara szła przed wszystkimi rekrutami oświetlając drogę z pochodnią w ręku. Migoczące cienie wśród drzew poruszały się w jej tempie, a było ono zabójcze. Sierżant Otiksohn wraz ze starszym szeregowym Hauserem poruszali się przed nią, choć Klara coraz częściej marzyła, aby dzieląca ich odległość nie powiększała się z każdym kolejnym krokiem. Ledwo za nimi nadążała po nieznanej jej ścieżce. Rola pochodniowego wcale nie była taka świetna. Nie dość, że niosła ciężar taki jak jak każdy inny, to dodatkowo musiała mieć ciągle uniesioną pochodnię, a jej ręka już bez tego była mocno obolała. Ciepło i światło pochodni też nie pomagało. Gorąc buchał w nią, powodując że robiła się mokra jeszcze szybciej niż normalnie, a bliskie światło oślepiało ją aż zbyt bardzo, utrudniając tym marsz. Z drugiej strony, gdy odpowiednio ustawiła pochodnię mogła dostrzec rzeczy, których nie zobaczyłaby reszta, więc co jakiś czas odwracała głowę, wprawiając w ruch niesforne loki, i rzucała do tyłu krótkie ostrzeżenia "kamień", "dziura", "korzeń". Z początku nie zwracała na pewne znaki uwagi, lecz im dalej szli, tym zauważała pewne punkty, które nie do końca jej się zgadzały. Ścieżka, którą prowadził ich sierżant sprawiała wrażenie zapuszczonej i rzadko uczęszczanej, ale nosiła ślady regularnego użytkowania. Co jakiś czas w świetle pochodni Klara zauważała w błocie stosunkowo świeże odciski wojskowych butów, które z pewnością nie należały ani do szeregowego, ani do sierżanta, a ten zdawał się na domiar tego, doskonale wiedzieć gdzie się kieruje. Dziewczynie wydawało się, że sierżant nie wybrał tej trasy przypadkowo i doskonale wiedział dokąd zmierza. Poruszał się tak pewnie, jakby znał każdy zakręt ścieżki, każdy kamień, dziurę czy gałąź, która mogłaby mu stanąć na drodze. Kiedy wreszcie dotarli na polanę i zarządzono postój, Klara przyjęła tę wiadomość z wielką ulgą. Odruchowo pochyliła się i oparła wolną rękę na kolanie, próbując odpocząć i złapać oddech. Piekące mięśnie nóg i pleców, boleśnie przypominały o wczorajszym treningu i nieprzespanej nocy. Rekrutka rozważała nawet zdjęcie plecaka, ale obawiała się, że gdy przyjdzie czas dalszego marszu będzie miała problemy, aby ponownie go założyć. Wśród własnych sapnięć i odgłosów odpoczywających towarzyszy wychwyciła odgłosy Otiksohna i Hausera, którzy rozmawiali kawałek dalej. Początkowo nie przywiązywała do tego większej uwagi, jednak kilka słów spowodowało, że mimowolnie nadstawiła uszu. "Na miejsce... pojmani..." Klara zmarszczyła brwi, próbując wyłapać kolejne słowa, niestety większość ginęła w odległości, szeleście liści i innych odgłosach otoczenia. Dopiero po chwili dotarły do niej kolejne słowa. "Punkt... egzekucja." Klara odruchowo poprawiła okulary, spoglądając w stronę rozmawiających przełożonych. Pojmani? Egzekucja? Co to może mieć wspólnego z nocnymi ćwiczeniami? Przypomniała sobie ślady na ścieżce i pewność z jaką sierżant prowadził ich przez las. Zaczęła podejrzewać, że rekruci właśnie są poddawani ostatecznemu sprawdzianowi przed złożeniem przysięgi, jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś tu nie pasuje. Odchrząknęła cicho, po czym rozejrzała się za pozostałymi rekrutami. Gestem dłoni przywołała do siebie najbliższych, aby się do niej zbliżyli. Nie chciała zwrócić uwagi sierżanta, ani aby jej słowa dotarły do jego uszu. Gdy uznała, że przełożeni nadal są zajęci rozmową, ściszyła głos. - Słuchajcie coś jest nie tak. Zauważyłam coś podczas marszu. - Odwróciła się w stronę przełożonych, aby mieć pewność, że jej nie usłyszą. - Ta ścieżka wcale nie jest tak rzadko uczęszczana jak się wydaje. Widziałam dosyć świeże ślady wojskowych trepów i to nie tych, które należały do szeregowego i sierżanta. Zresztą on prowadził nas tak pewnie w tej ciemności, jakby doskonale wiedział, gdzie stawia każdy krok. Wątpię, aby prowadził nas tędy przypadkiem. Zrobiła pauzę, aby zastanowić się nad tym, jak przekazać słowa, które przed chwilą usłyszała. - Przed chwilą udało mi się usłyszeć fragmenty rozmów między Otiksohnem i Hauserem. Nie zrozumiałam całych zdań, ale mówili coś o miejscu, pojmanych, jakimś punkcie i egzekucji. Nie mam pojęcia jednak co może to oznaczać. - Spojrzała ponownie na sierżanta. - Mam przeczucie, że przygotowali nam coś więcej niż zwykły marsz. Myślę, że powinniśmy zachować dodatkową ostrożność. Poprawiając chwyt na pochodni, pomyślała, że to wcale nie będzie takie proste, będąc tak zmęczoną i ponownie zwróciła się do towarzyszy. - A wy? Zauważyliście coś niepokojącego lub dziwnego po drodze?
  • Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    import
    242
    0 Głosy
    242 Posty
    7k Wyświetlenia
    DekaresD
    Stefan słysząc słowa porucznik o zauważeniu przy bramie jakiegoś regimentu poczuł jednoczeście odrobinę ulgii, w końcu oznaczało to, że najprawdopodobniej pułk zajmuje już silną pozycje w mieście. Jednocześnie wiedział, że razem z Albrechtem są teraz po uszy w gównie, doskonale pamiętał jak traktowany był jeniec którego widzieli w bramie zajazdu. Czuł jak zaczyna się pocić kiedy oficerowie zasypali go serią pytań, jakimś cudem udało mi się nie położyć ręki na ostrzu noża za pasem. W końcu rzucił odpowiedź udając niewiedzę: Tak jak mówiłem Pani porucznik do miasta weszliśmy w kilkanaście osób, żadnego regimentu tam nie widziałem. Pewnie pojawiły się kolejne osoby co przeżyły wspomniany atak pomiotów. Tak jak mówiłem mogę ich zachęcić do dołączenia się. pozwolę się tylko spytać o to ilu tych buntowników w przybliżeniu jest? Żeby wiedzieli w co się pakują i nie biadolili później że ich na minę wprowadziłem. Po wyjściu oficer zajął się sprzątaniem swoich narzędzi, podczas tego odezwał się jeszcze do doktora: Przepraszam ale wcześniej po chamsku się Panu doktorowi nie przedstawiłem. Nazywam się Stefan Jeager. W sumie to tak samo nietaktownie zachowałem się względem Pani porucznik…? - Stefan postarał się zadać to pytanie neutralnym tonem i stojąc plecami do sierżanta i innych obecnych żołnierzy. Jednocześnie miał nadzieję, że intensywność z jaką spoglądał na medyka i mowa ciała wystarczą do zasygnalizowania mu pytania i że jest ono dla Stefana ważne. Czarnowłosa porucznik przed wyjściem, popatrzyła przez chwilę na Stefana. I uśmiechnęła się półgębkiem nieco ironicznie. Ale nic nie powiedziała. Gdy zaś Jaeger odezwał się do chirurga to ten przyjrzał mu się uważnie. Po czym ponad jego ramieniem spojrzał na sierżanta Lupo i resztę żołnierzy. Miło mi cię poznać młody człowieku. Jestem doktor Gerlach Sonnewalde. Dziękuję za pomoc. Szkoda, że musisz już iść i nie możemy poznać się lepiej. Może w spokojniejszych czasach. Wpadnij kiedyś do mnie na Bursztynową to napijemy się jabłecznika i porozmawiamy. - Siwowłosy medyk uśmiechnął się łagodnie. Mówił cichym, spokojnym głosem. Mył przy tym ręcę w misce z krawą woda a potem wycierał je w niezbyt czysty ręcznik. Ale zwykle tak to wyglądało w polowych warunkach. Stefan zaś skojarzył, że Bursztynowa to była na tym adresie z kartki. -Mieszka Pan na Bursztynowej doktorze,tak?- odparł ostlandczyk jednocześnie wyciągając jedną ręką z kieszeni skraj obciętej wcześniej kartki i skierował swój wzrok w jej kierunku wymownie. Wysłuchał odpowiedzi medyka ,po czym zadał jeszcze jedno pytanie lekko ściszonym głosem: A pan doktorze może wie, ilu tych buntowników jest, mniej więcej oczywiście? Prowadzony na dół ostlandczyk zastanawiał się co z nimi będzie. Widział jak obchodzili się z jeńcami co nie napawało optymizmem, z drugiej strony nie próbowali ich póki co rozbroić... . W ogóle cała sytuacja z buntem wydawała mu się podejrzana, zdawał sobie sprawę, że bunty w wojsku się zdarzają, ale był pewien że pan doktor Sonnewalde nie dał mu kartki z adresem w celu spotkania się na lekarskie pogaduchy. Cała sytuacja miała drugie dno i wiedział że bez rozwikłania tych tajemnic jego regiment będzie zagrożony ciosem w plecy. Cholerne podstępy i manipulacje przeklętych chaosytów zupełnie jak w Nuln albo w tym cholernym lesie gdzie znaleźliśmy Czerwonego Maga...- Stefan przerwał nagle swoje zwyczajowe narzekania. Wspomnienie wydarzeń z walki z demonami i wiedźmą która potrafiła przejąć kontrolę nad dowolną osobą aby siać zamęt w szeregach imperialnych żołnierzy. Może tutaj dzieje się tak samo? - myśl ta spowodowała, że Stefan bezwiednie zatrzymał się na schodach co wywołało gniewne szturchnięcie ze strony prowadzącego ich podoficera: -Co Ty robisz!? Ruszaj się, nie mamy czlego dnia żołnierzy! Stefan natychmiast ocknął się z chwilowego stuporu, ruszył naprzód i wymamrotał pośpieszne przeprosiny. Przepraszam za to, nagle trafiło mnie wspomnienie z niedawnej walki... muszę Panu zadać z pozoru głupie pytanie, ale proszę mi uwierzyć może być bardzo istotne dla całego tego burdelu z którym macie nieprzyjemność walczyć w tym mieście - Stefan zaczął trochę nieskładnie mówić do podoficera jednocześnie posłusznie idąc w dół schodów. Czy Ci żołnierze co się zbuntowali to byli już od dawna jakimiś malkontentami? Sprawiali kłopoty i nie chcieli walczyć?Czy może wprost przeciwnie zawszebyli pewnymi, karnymi żołnierzami aż tu nagle trach! Z dnia na dzień rzucili Wam się do gardeł jakby postradali zmysły, albo przynajmniej ich dowódcy czy dowódca nagle zwariował? Jeager słuchał słów porucznik i starał się zanotować w pamięci wszystko co mówiła. Cieszył się z widoku swojego dowódcy ale jednocześnie nie miał najmniejszego pojecia co ten im o nim i Albrechcie powiedział. Czy byli już całkiem spaleni czy może zupełnie odwrotnie sprzedał im jakąś bajkę w którą oni muszą się wkomponować bez znania jej treści. Dlatego pozdrowił swojego imiennika tylko skiniwniem głowy. Kiedy oficer skończyła mówić odezwał się po skłonieniu głowy: Pani porucznik przekaże wszystko co pani powiedziała...odpowiednim osobą, muszę się jednocześnie zapytać czy macie albo czy możemy ustalić jakieś hasło w celu identyfikowania się z Pani żołnierzami na terenie miasta? Żeby nie doszło do niepotrzebnych incydentów albo żebyśmy się nie dali podejść tym buntownikom. Wy ich rozpoznacie bez problemu ale moi...towarzysze mogą dać się podejść jak dzieci we mgle. Ostlandczyk odchrząknął i ciągnął dalej: -Po za tym Pani, jeśli dobrze rozpoznaje sytuacje to ruszacie do decydującej walki z tymi buntownikami, tak? Chodzi mi o to, że jeśli mamy sobie pomóc to przede wszystkim propowałbym poczekać z atakiem na przybycie wsparcia z naszej strony. Mówiła Pani że mają oni podobne siły do waszych, jak rozumiem są okopani w centrum miasta. Nie ujmując niczego odwadze Pani ludzi zapewne przydała by się Wam każda pomoc, żeby ograniczyć straty.
  • [WFRP 2ed] Bögenhafen

    wfrp 2ed krótkie odpisy survival bögenhafen
    268
    1
    0 Głosy
    268 Posty
    9k Wyświetlenia
    DeklineD
    Dla Arbuza i Zell Spoiler Ekipie medyków udało się znaleźć skórzane pasy, które wyśmienicie nadawały się do unieruchomienia pacjenta. Rozerwanie ich było praktycznie niemożliwe, przy użyciu siły własnych mięśni, podobnie jak wysunięcie zeń nadgarstków. Podana została kulka z antymonu. Nadja oczyściła całe ciało Kurta. Mały leżał teraz zupełnie nagi, podobnie jak reszta ich towarzysza. W tym stanie łatwiej było dokonać inspekcji. Oboje nie mieli wątpliwości że na powierzchni skóry nie ma żadnej rany, w przeciwieństwie do blizn, których było całkiem sporo. Podobnie jak wcześniej, nie zauważyli również świeżych blizn. Cały proces był powolny i żmudny, ponieważ Ulrich i Nadja podświadomie bali sie nadziania na coś czego spodziewali się nie znaleźć. Na działanie kulki trzeba było jeszcze poczekać, to też medycy zajęli się metalowym obiektem który tkwił w nodze. Ciężko powiedzieć co to naprawde było, wyglądało jak coś pomiedzy kawałkiem blachy a marnej jakości nożem. Cześć elementu owinięta była powiązanymi strzępami szmat, które wisiały zeń nierównomiernie - nie wiadomo czy w skutek zużycia czy niedbałego obwiązania. To mogła być broń. Znów oboje mieli dziwne wrażenie że przed obmywaniem pacjenta, obcy element był wbity inaczej. Dla Keta Spoiler Hieronim przemierzał, a właściwie przeciskał się przez stosunkowo gęsto zapełnioną dzielnice. Dla tłumu był niewidzialny, póki ktoś nie spostrzegł że kij którym starzec się podpiera jest w rzeczywistości włócznia, a pod łachmanami to nie garb tylko kusza. Bosh dotarł do murów świątyni. Brama była zamknięta, choć wraz z ogrodzeniem, łatwa do przekroczenia, z uwagi na nieznaczną jej wysokość. W drewnianej, okutej żelazem bramie, było mniejsze, otwarte okienko. Otwór był na tyle duży, aby stojący po drugiej stronie mężczyzna był widoczny w połowie swej okazałości, lecz na tyle mały, żeby przejście na drugą stronę nie było zbyt proste - chyba że ktoś rzuci się na szczupaka. [image: 1792769813200-40b79edf-b2e0-435a-9666-31893b32b8cc-image.jpeg] Dla Krema Spoiler Meżczyzna nie odpowiedział nic, miast tego ruszył w stronę wskazanego przybytku. Karczma nie była zbyt okazała, lecz z drugiej strony, patrząc po klienteli, nie każdego byłoby stać na wizytę w takim miejscu. Gości było mało i każdy mógł znaleźć kąt dla siebie. Oswald został zaprowadzony za winkiel, gdzie przy stole siedział lekko grubszy i podstarzały człowiek, który swój zawód miał wypisany na twarzy - handlarz lub przemytnik. Obok niego siedział drugi facet, aparycją, rozmiarami i wiekiem zbliżony do tego co przyprowadził Brauna do karczmy. Na stole stało kilka kufli piwa, w różnym stopniu opróżnienia, oraz dwie misy, jedna prawie pełna a druga prawie ze wylizana. - Helmut Graff - przedstawił sie nie wstając - Nie ukrywam sie, bo nie mam przed kim a i tak każdy mnie zna, rozumie się. - Powiedzmy że widzieliśmy na własne oczy co wyczyniał ten Wasz koleszka. Wszyscy również wiemy że to tylko kwestia czasu aż zaraza dotrze do naszej dzielnicy. Jako człowiek byznesu, mam własne łodzie, niestety odcięte od mojego bezpośredniego nadzoru. Potrzebujemy kilku zmyślnych i kilku bitnych, aby móc sie nimi opiekować bardziej bezpośrednio. Helmut zrobił wymowną pauze podczas której osuszył do końca jeden z kufli. - Jedz, ciężko się myśli na głodnego. Posil się i gadaj co myślisz. Czy Twoje ziomki, tak bardzo zaprzyjaźnione z miłościwie nam grożącymi dadzą rade podziałać bardziej w cieniu? Albo i na świeczniku, jeśli coś by nam nie poszło? [image: 1792769958541-e52e52a2-03a5-462b-a255-b86fa9a0491d-image.jpeg]
  • Kultyści - Lato 2519

    import
    345
    1 Głosy
    345 Posty
    8k Wyświetlenia
    SantorineS
    - Nie wciskaj mi kitu. Dzwon opóźnienia co najmniej. Nie, nie, nie. Tu gdzieś grasują ci przeklęci piraci. Nie widziałeś, że tylko my byliśmy na tyle szaleni aby popłynąć w górę rzeki? Musimy przepłynąć ten kawałek jak najszybciej. Jak dobrze pójdzie to może do wieczora będziemy już w Salzenmund. Albo chociaż w Tettens. To już prawie na rogatkach Salzenmund. Tam już powinniśmy być bezpieczni. Ale na razie żadnych przestojów. Zresztą zobacz, nie dość, że deszcz zaczął padać to jeszcze mgła się podnosi. - Stary szyper wydawał się być zirytowany prośbą. I widać było, że nie chciał tracić czasu na coś innego niż bezpośrednia podróż do stolicy. A przed dziobem widać było, że opary zaczynają się unosić. Jeszcze dość rzadkie ale nie wiadomo jak bardzo zgęstnieją. Rolf ze zniesmaczoną miną odszedł od niego i przeszedł przez krypę, na dziób do Egona i Burgund. - No weźcie z nim pogadajcie co? Przecież ja nie do Salzmundu chciałem płynąć. Tylko aby naszych ludzi zgarnąć. - Popatrzył na nich prosząco. Okazało się, że w porannym zamieszaniu, Wagner zgodził się zabrać go jako dodatkowego ochroniarza. Ale teraz, jak padał deszcz i jeszcze mgła zaczynała się podnosić, to nie chciał tracić czasu na dodatkowe kursy w poprzek rzeki. I nawet jeśli by zyskał z pół tuzina zbrojnych to tylko chwilowo. Musieliby mieć ogromne szczęście aby akurat w tym momencie zaatakowali ich piraci. A każdy pacierz opóźnienia, to był dłuższy czas przebywania na niebezpiecznych wodach. Uznał więc, że gra jest niewarta świeczki. Rolf był więc mocno niepocieszony, bo gdyby Wagner nie ustąpił, to w ogóle by się nie spotkał ze swoją bandą. A przecież liczył, że dzięki niemu, przewiezie ich na drugi brzeg. - Faktycznie mgła się podnosi. - Lars pokiwał głową i siedział po sąsiedzku na jakiejś skrzyni. Starał się nie wpadać w oko obu Skaeligom więc trzymał się przy samym dziobie. Ale liczył, że zaabsorbowani Anniką, nie rozpoznają w nim wrogiego współplemieńca. Nie groziło mu to aż tak, jak blondwłosej córce wodza. Burgund i Rolf na chwilę spojrzeli na niego i przed dziób. Miał rację. Widać było coraz więcej oparów unoszących się nad wodą ale na razie nie przeszkadzało to w podróży. – Pogadamy, pogadamy – rzekł Egon, puszczając oko do Larsa. Póki co, podróż z Norsmenami, jak i ich samo zaakceptowanie przez szypra przebiegały bez żadnych kłopotów. Rzecz nieco przyprawiała Egona o podejrzenia, że mogło kroić się coś grubszego ze strony ludzi z północy, jednak, nie: Astrid posłusznie podziewała się pod pokładem i jak najdalej od dwójki brodaczy, Lars zaś ciągle był na dziobie. Pozostało wszak dopełnienie słowa danego Rolfowi. Egon, który w gruncie rzeczy planował, żeby ich piraci zaatakowali, miał ochotę na sporą dozę ryzyka. Mgła zaś… Mgła zaś była dobrym znakiem, że coś wkrótce miało się wydarzyć. – Czuj duch – mruknął do towarzyszy i podszedł do szypra. – Ano, panie Haynrich Wagner – rzekł Egon, przypominając sobie, aby wymówić jego imię poprawnie. – Cóż to za sprawa, z tym Rolfem? Człek dołączył do nas, bo chciał jeno w pół drogi przejść. Czegóż to się boicie? Macie nas i dwóch berserkerów z Norsci na pokładzie. Po mojemu, to ci piraci powinni bać się nas, a nie my ich – zaśmiał się pokrótce. - A tak, oni. - Stary szyper zmarszczył brwi i nieco wychylił się aby spojrzeć w stronę dziobu. Ale dwaj Norsmeni dalej gadali z Anniką. Więc chociaż wyglądali jakby dopiero co wysiedli z długiej łodzi, to zachowywali się w miarę spokojnie. Jeszcze za nimi widać było Larsa i Burgund. On opierał się ramionami o mokrą burtę a ona usiadła na beczce jak na krześle, skrzyżowała ramiona i oboje obserwowali przebieg rozmowy z Wagnerem. - Oni się dziś pobili z tymi żołnierzami. Wczoraj wieczorem też się bili. Z tymi Norsmenami to niepewna rzecz. Nigdy nie wiada co im do łba strzeli. - Stary marynarz gderał jak zwykle imperialni mieli w zwyczaju gdy mówili o ludziach z północnych wybrzeży Morza Szponów. Zupełnie jakby spodziewał się, że ci dwaj zaraz rzucą się z toporami na niego i jego załogę. Pokręcił trochę głową i wrócił spojrzeniem do gladiatora. - No może bić się w karczmie umieją. Krzepko wyglądają. Ty i twoi koledzy też. Tylko ta dziewczyna to w ogole. - Przyznał jakby doceniał możliwości bijatyki u całej piątki. Ale przy Annice się a tyle zawahał, że znów spojrzał w stronę dziobu. Ona w ogóle nie wyglądała krzepko. Raczej jak jakaś córka szefca czy kramarza. Ale pewnie też widział jej bójkę z dzisiejszego poranka. I sądząc po twarzy w ogóle nie spodziewał się po niej takiego numeru. Pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem i znów wrocił do gladiatora. - Taka chuda raczej. Jak ona dała radę tak im przywalić? - Nie mógł się nadziwić nad tym kontrastem. Zwłaszcza, jak teraz pokojówka bretońskiej szlachcianki, spokojnie siedziała okryta płaszczem i rozmawiała z Norsmenami. - No dobra ale to was jest może z pól tuzina. A skąd wiesz ile jest tych piratów? Może dziesięciu? Może tuzin? Może stu? Nie wiadomo. Ale gdzieś tu grasują. A widziałeś, że tylko my ruszyliśmy w górę rzeki? No to jak oni gdzieś tu grasują to za bardzo nie będą mieć wyboru kogo napaść. A ten cały Rolf mi mówi, że mam przybić do brzegu i przewieźć jego ludzi na drugi brzeg. Żartowniś! Normalnie to czemu nie. Zapłaciłby za nich to bym ich przewiózł. Ale teraz? W każdej chwili mogą się pojawić ci piraci. Tylko nie wiadomo kiedy i gdzie. Teraz? W obiad? Przy kolacji? Dopiero w Salzenmund będziemy naprawdę bezpieczni. Tak wielkiego miasta to ci piraci nie odważą się napaść. Czemu ich nie dopadną wilcze statki! Na co ja płacę podatki?! Eh wszystko by tylko mewy pożarły. Jeszcze, żeby ten Rolf z nami płynął to mógłbym się zastanowić. Mówi, że u nich wszyscy mają łuki to by nawet mogło nam się przydać. Ale on mówi, że do Salzenmund płynąć nie chce tylko na drugi brzeg. To co ja z tego mam? Stratę dzwonu albo dwa. A tyle może nam zabraknąć aby dotrzeć do Salzenmund. Wtedy trzeba będzie nocować w Tettens. O ile i po drodze nie będzie innych opóźnień. - Stary szyper kręcił głową i wydawał się być zirytowany propozycją Rolfa. Zapewne też odczuwał zdroworozsądkowy poziom obawy przed napaścią piratów i wolał jak najszybciej przebyć niebezpieczny teren. A w obecnej sytuacji, tylko stolica prowincji zdawała mu się bezpiecznym portem. Egon uśmiechnął się lekko pod nosem. Wojownik przyznał, że logika szypra miała pewien sens - gdyby on sam miał okręt pod sobą, to zapewne też unikałby czegokolwiek, co mogło nosić jakiekolwiek znamiona niebezpieczeństwa. Zaiste, Egon podejrzewał, że sam wkrótce mógł znaleźć się w takiej właśnie sytuacji, mając kogę albo krypę jakiego innego rodzaju, do której będzie ładował brańców. To były jednak deliberacje, na które Egon zostawił sobie czas na później. Musiał sprawić, żeby szyper dostrzegł w tym i swój zysk. – Cóż, jak byśmy tego Rolfa nie spotkali, to tak czy inaczej byśmy płynęli bez nich w górę rzeki – zauważył gladiator. – Jeno z nami i z tymi północnikami, co żem ich spotkał w Błękitnym Łabędziu. A co, jak byśmy kazali mu opłacić rzecz z góry albo żeby dał łuki w zastaw? Coś zyskać na tym musimy… Uzbroimy tym ludzi i sprzęt będziemy mieli, albo niechaj płacą z góry spory grosz. Ile byś rzekł? Co myślisz o tym? Egon czekał na odpowiedź Wagnera. Sam był ciekaw jego odpowiedzi i sam nie był do końca pewien, czy przypadkiem nie było lepsze dla nich, aby Rolf został na pokładzie… W istocie, im dalej się nad tym zastanawiał, stanowisko szypra było mu chyba bliższe, niż samego Rolfa. Być może - myślał Egon - może udałoby się zmusić Rolfa do współpracy? Ciekawa rzecz. Choć chciał usłyszeć, co powie szyper. I, rzecz inna, szyper mógł mieć rację, że piratów mogło być więcej, niż ich samych. Egon co prawda nie znał się na kaperstwie tak, jak Lars, ale spodziewał się, że skoro dotychczas piraci rzeczni byli tak efektywni, słowa szypra mogły mieć w sobie ziarno prawdy. Mogli i spotkać statek z ponad czterdziestoma wojownikami. Tedy, imaginował Egon, zostawienie Rolfa mogło mieć sens. Tylko… Egon chciał, żeby ich napadli. - E. A co mi po ich łukach? Miejsce będą zawalać, potem trzeba będzie je sprzedać w którymś porcie. - Szyper skrzywił się na taki pomysł i widać było, że w ogóle mu nie podpasował. Nad kolejnym jednak zastanawiał się chwilę dłużej. - No może. - Zaczął kręcić głową na boki, jakby go przymierzał jak pasuje. - Takie dodatkowe ryzyko. Jeśli już tak koniecznie im zależy. A przecież sam widzisz, że mało statków na rzece teraz pływa więc nie mają zbyt wielkiego wyboru. - Po kolei obracał te kolejne punkty w myślach. - No to jak już to dwadzieścia monet za każde pół klepsydry na czekanie na nich lub kurs w poprzek rzeki. Mnie to w ogóle nie na rękę. Mnie pasuje płynąć jak najszybciej w górę rzeki aby przed zmrokiem dotrzeć do Salzenmund. I nie czekam na nich dłuzej niż klepsydrę. I po dziesięć monet od głowy za każdego z nich. Może być pięć jeśli dopłynął z nami do Kurtenwalden. I po jednej jeśli do Titten. - Podał swoją cenę. I chociaż Egon nie znał rzeki i te nazwy nic mu nie mówiły, to jednak szyper wydawał się być gotów zaryzykować za dodatkowy zarobek. Klepsydra na jaką wskazał miała wielkość kilku pacierzy więc pewnie przesypanie się piasku do końca oznaczało jeden dzwon lub podobnie. Egon wzruszył ramionami na te rewelacje. Nie był do końca przekonany co do opuszczenia statku przez Rolfa, teraz, kiedy czekał na nich najtrudniejszy odcinek. W gruncie rzeczy, Egon wolałby, żeby banda zaatakowała już zaraz, przynajmniej mogliby się obronić przed nią przyzwoicie. Z drugiej strony, nie mógł nie przyznać szyprowi racji, przynajmniej co do logiki, dla której miałby zatrzymywać się dla Rolfa. Rolf jednak wiedział, na co się pisze - mógł pogadać z szyprem co do kwestii schodzenia na ląd. Zdecydowawszy więc, że nie obchodziła go cała sprawa Rolfa, postanowił zdać rzecz człekowi. – Dobry pomysł – pokiwał do szypra. – Pogadam z nim. Podszedłszy z powrotem do Rolfa, rzekł prosto: – Wagner gada, że jak chcecie wejść na ląd, to dwadzieścia koron za pół godziny postoju – rzekł wojownik. Z góry. I zamilkł, ciekaw reakcji Rolfa. - Ile?! No chyba zwariował! On ma w sobie krasnoludzkich przodków!? - Rolf aż poczerwieniał ze złości jak usłyszał cenę za tak krótki transport. - No ale wiesz, on by musiał zatrzymać całą łajbę. Więc to trochę jakbyś chciał wynająć całą łódź i załogę na te pół dzwonu czy ile. - Burgund zwróciła mu uwagę na ten portowy aspekt. Łucznik sapnął, złapał się za biodra i popatrzył za burtę na mijany las. Ten wydawał się być ciemną, ponurą ścianą. Na jej tle widać było krople padającego deszczu. - Robi ci przysługę. Jak ja bym dowodził łodzią, to w ogóle bym się nie zatrzymywał na niebezpiecznych wodach. Kazałbym płynąć aż będziemy bezpieczni. Ale pewnie liczy, że ci twoi nas wzmocnią, gdyby doszło do ataku. - Lars niespodziewanie odezwał się. Łucznik spojrzał na niego jakby rozważał w głowie jego słowa. - Jak mu nie zapłacisz, to popłyniemy dalej. Aż do Salzmundu albo aż nas napadną. Tam będziesz mógł wysiąść i szukać chętnych co będą płynąć z powrotem. Ale sam widziałeś rano jak szyprowie chętnie rwą się na rzekę. - Burgund zrobiła małe podsumowanie dla nowego kolegi. Ten pokręcił głową i ze złością splunął za burtę. - Dobra, niech będzie. Zapłacę mu. Ale więcej nie mam, nasza szefowa ma. Więc to ona będzie mogła zapłacić resztę. - Rolf westchnął i chociaż uważał, że to droga zabawa to jednak postanowił się zgodzić na takie warunki. Egon wzruszył ramionami. Koniec końców, nie jego złoto pójdzie do szyprowej kiesy, toteż złość Rolfa spłynęła po nim, niby krew po futrze Gnakowych gorów. Pokręcił głową, bo nie podobała mu się jednak ta robota jako chłopca na posyłki między szyprem a Rolfem, jednak cóż zrobić, życie potrafiło przywieść na najdziwniejsze ścieżki. Wróciwszy do Wagnera, rzekł: – Gada, że zapłaci, ale całego złota nie ma – rzekł Egon. – Weźmiesz złote korony od niego, może i wyrobią się w ten czas, ale Rolf gada, że resztę zapłaci ci jego pryncypałka. Co rzekniesz? Chyba lepszego interesu nie ubijemy, bo mało kto by w kiesie tyle złota tachał, szczególnie na tej rzece. Stary szyper obracał ten pomysł w myślach. Trochę pokiwał głową, trochę nią pokręcił. I w końcu spojrzał w dal, ku dziobowi, na czekającego łucznika. - Dobra. Niech będzie. Jak zapłaci za pół klepsydry to poczekam na niego pół klepsydry. - Wskazał ręką na piaskowy czasomierz widoczny przy rufowej nadbudówce. - A jak ta jego szefowa zapłaci za przejazd i resztę, to popłyniemy na drugi brzeg aby ich wysadzić a nie to płyniemy dalej aż do samej stolicy. - W końcu niechętnie ale się zgodził na taki układ. Gdy Egon wrócił a dziób przekazać wieści Rolfowi to ten skinął mu głowa. - Dzięki. Co za sknera z niego. - westchnął cicho ale poszedł na rufe. Po krótkiej rozmowie z szyprem obaj zniknęli z widoku gdy poszli do wnętrza nadbudówki. A gdy wyszli obaj wydawali się ciut weselsi. Łucznik wrócił na dziób “Jutrzenki”. - Dobra, powiedział, że przybije gdzie trzeba. I będzie odmierzał czas tą jego przeklętą klepsydrą. Mam nadzieję, że nasza ekipa jest w tej tawernie na miejscu i nie trzeba będzie ich szukać. - mruknął do Egona i jego towarzyszy. Egon zerknął na Larsa, dał też znak Silnemu. Zebrawszy swych towarzyszy, milczał parę dłuższych chwil, aby zebrać swe myśli, przemówił w te słowa: – Widzicie tą mgłę? Po mojemu, jak ta banda rzecznych kutasów zoczy, że jakaś barka będzie marudzić albo przybijać do brzegu, obskoczą nas, jak psi sukę. Silny, weź to. I położył eliksir wzmacniający do Silnego. – Dałem już łucznikom Gezackta dekokty na wzmocnienie wzroku, może im to coś pomoże, może nie. Jak tamci przypłyną jaką kogą, możecie ich siekać do woli, ale jeśli będzie to lądowa zasadzka, walczcie tak, żeby wycięli załogę, a myśmy mieli przetrwać. Silny, Rune, my będziemy wbijać się klinem, ty Lars, boś był ranien, walcz po flankach. Gezackt i jego ludzie, a także Rolf ostrzelają ich, zanim się zbliżą. Będzie ciężko, ale poradzimy se… Już moja w tym głowa, hehe. Norsmeni niechaj siekają po swojemu, oni będą naszym wsparciem. Jak wpadną w szał bitewny, ciężko będzie na nich polegać. Zwrócił się jeszcze do Anniki: – Annika, trzymaj się blisko mnie – rzekł Egon. – Srebrnym Hełmom w mordę dałaś, ale ci tutaj to okrutne diabły, gdyby mogli, to oskórowaliby nas żywcem. Walcz przy drugiej flance. Egon poklepał swój topór zakasany za pasem. – No? To gotowi? Czuj duch, myślę, że niedługo zrobi się znacznie ciekawiej. ~ W miarę jak płynęli w górę rzeki, deszcz padał dalej a mgła gęstniała. W ciągu kilku zakrętów zrobiła się na tyle gęsta, że widać było tylko z pół setki kroków przed i za “Jutrzenką”. - To już niedaleko. Przybijemy do molo i spotkam się z moimi kamratami. I niech ten sknera nas przewiezie. - Rolf już cieszył się na myśl o spotkaniu z twarzyszami. I wcale nie ukrywał swojej niechęci do starego szypra, który wykorzystał sytuację aby zedrzeć z niego ostatnie pensy. - Ta mgła robi się coraz gęstsza. - Lars mruknął pod nosem. Teraz już ledwo widzieli zarys brzegów. - Statek przed dziobem! - Okrzyk z rufy, zaalarmował załogę i pasażerów. Wiele osób wychyliło się przez burty aby lepiej widzieć. Z gęstej mgły wyłonił się ciemny dziób. Potem zarys kadłuba i żagla. [image: gdulZoD.jpeg] Żagiel był w czerwono - białe pasy. Łajba wydawała się większa niż “Jutrzenka” i miała wyższe burty. Ale te morskie kogi co przypływały do Neus Emskrank, były jeszcze wyższe i większe. Nawet “Stara Adele” była większa niż ta krypa co płynęła z przeciwka. Nie różniła się jednak za bardzo od łajb jakie mijali wczoraj lub były przycumowane do pomostów “Błękitnego łabędzia”. Z powodu jednak gęstej mgły, dojrzeli ją gdy była już dość blisko. Ponieważ była to pierwsza jednostka jaką spotkali od opuszczenia rzecznego zajazdu, to wzbudziła ciekawość i załogi i pasażerów. Wagner nieco odbił w bok aby mogli się swobodnie minąć. Ale łajba z przeciwka też powtórzyła jego manewr. - Co ten dureń robi! Ślepy jest! - Szyper krzyknął rozzłoszczonym tonem. Dał znak aby sternik jeszcze bardziej naparł na wiosło sterowe aby uniknąć kolizji. “Jutrzenka” coraz bardziej kierowała swój dziób ku brzegowi. - Stwarza zagrożenie rzeczne. - Jutta też wyglądała na zaskoczoną i zirytowaną zachowaniem większej jednostki. Wzięła gwizdek w swoje gościnne usta i zaczęła gwizdać jakieś sygnały. Nie widać było jednak żadnej reakcji u drugiej jednostki.