Przejdź do treści

Archiwum

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem archiwum-0b9018eb@forum.rolltelling.pl

  • Gniew Burzy

    Przeniesiony pathfinder spheres of power golarion
    38
    0 Głosy
    38 Posty
    304 Wyświetlenia
    ArveeA
    Cztery lata później Suchy ląd, nareszcie! Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir. Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe. Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając. - Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć. - Jak ma na imię? - Hmmm? - Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda? - Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod. - Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy. Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie. [image: TYulii.png] W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda. - Wyrobisz się z zamówieniem Otisa? - Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy. - Jeszcze jesteś na niego zły? - Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała? - Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał! - Eh… no niech ci będzie. Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu. - A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca. Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się. - W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery? - To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem? - Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło. Vera uśmiechnęła się szeroko. - Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?! - Hej! Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle. - Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć! Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć. - Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym… - Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim… Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki. - I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem. Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko. - Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie… - Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę. - Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem. - Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie. Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie. - Wiesz po co tu jestem, prawda? - Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca. - Zod… Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach. - Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności. Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić. - Zam-amknij drzwi… proszę… - Zod… - aasimar wykonał prośbę. - Zaref… czemu tu jesteś? - Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem. - Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju. Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością. - Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem. - Daj spokój… - Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko. - Pamiętasz… tamtą noc? - Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie… - To nie była tw… - Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie… Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu. Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza. - Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam. - N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda? Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać. - Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem. - Zod… - Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja. - Zod. - Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze. - Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył. - Nie zawarłeś z nią paktu! Tym razem cisza wcale nie była ciężka. - C-co? - Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć! Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął. - W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę? Zod pokręcił powoli głową. - Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je? Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał. - Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja… - Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także… - To nie będzie łatwe. Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch. - Ale… - Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to. Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało. - W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy. - Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie… Azata wstrzymała go gestem dłoni. - Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać. Gniew łagodnością. Podejrzliwość zaufaniem. Nienawiść miłością i Zło Dobrem… Własną przeszłość swoją przyszłością. Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować. Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać. - Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności. - Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?! - Zod… - Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”! - Zod… - I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia? Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem. - Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc… Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko. - Sam nie dam rady… - Nie jesteś już sam.
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

    Przeniesiony d&d 5 d&d greyhawk
    195
    1 Głosy
    195 Posty
    1k Wyświetlenia
    PaniczP
    31 sierpnia, 591 WR Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał. Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej. Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów. Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość. Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach. – Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy. Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa. – Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą. Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony. – Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona. Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność. – To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził. Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach. – Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę! – Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło? Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały. Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej. Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu. Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom. W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca. Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami. Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy. – Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe. Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami. – Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się... – Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze? Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła. – To... Trudna sprawa. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło. Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć... Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz. Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka. Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po. Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok. Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre. Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej. Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu. A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić. Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte. Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów. Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer... [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] - Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli. – Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy. Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli. – Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki... - Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia... - Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy. - Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło... Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa. – Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza. Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo. – Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta. Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców. - I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec. Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.   KONIEC   (acz ciąg dalszy nastąpi...)