[VtDA] Semproscurita
-

ANNO DOMINI MCCVIII, Venetia- Mój panie, wyglądasz na zestresowanego.
Vincenzo prawie nie dosłyszał tych słów, oddając całe skupienie leżącemu przed nim kawałkowi zapisanego pergaminu, skrawkowi wręcz, który dzisiejszego popołudnia trafił w ręce conte. Niechlujne pismo jakie na nim widniało wyraźnie świadczyło o stanie społecznym piszącego, a użyty pergamin nie zachęcał nawet do dotykania go dłońmi. Błędy w zapisie nazwisk, ciężkie do zrozumienia mapy ulic czy absolutny brak zrozumienia nikomu niepotrzebnych "rysunków", w pierwszym momencie wywołały uśmieszek rozbawienia na twarzy adresata...
...ale tylko w pierwszym momencie.
- Czy to przez tego obdartusa, który cię dziś niepokoił?
"Obdartus" był jednak użyteczny, gdy Vincenzo potrzebował szybko zdobyć informacje, jakie przyniosłyby profit lub po prostu uchroniłyby Albertinazzi od kłopotów. Oczywiście nie musieli się oni niczego obawiać, ciesząc się miłością doży... a szczególnie ciesząc się tym, co przychodziło ze znajomości oraz pieniędzy, jakie już wcześniej gromadził Ezio, ale teraz były skrupulatnie powiększane przez jego syna.
- Panie?
Teraz jednak najwyraźniej komuś ród Vincenzo stał ością w gardle. Można było zignorować małą pomyłkę w zapisach zgromadzonych w księgach finansowych, ale gdy mała pomyłka urasta niepostrzeżenie w ilości takich drobiazgów... nagłe przebudzenie z błogości nie jest już wiadrem zimnej wody, która cię zmrozi na chwilę nim okryjesz się kocem.
Jest wiadrem wrzątku.
Miał jednak teraz nazwiska. Miał miejsca, w jakich te osoby przebywały, wiedział o kogo pytać. Kto może być odpowiedzialny za katastrofę finansową jednej z jego inwestycji handlowej, której to klapa wystawiła ród na pośmiewisko możliwego partnera w interesach w Milanie. Z takiego policzka ciężko się wygrzebać z gracją. Jak w końcu Vincenzo mógł dopuścić do takiego niedopatrzenia? Jak mógł obiecać wsparcie tej spółki, gdy nie posiadał dostatecznej ilości towaru, jaki miał dostarczyć i nie może teraz przeznaczyć na niego dokładnie wyliczonych funduszy, jeżeli nie chce niebezpiecznie uszczuplić innych zasilających resztę swojego imperium?
Wiedział kto był odpowiedzialny za księgi i je zapisywał. Mieszkał wraz z żoną i dzieckiem w otrzymanym z łaski swego pana pobliskim domu. Był zawsze na wezwanie Vincenzo, wykonywał swoje zadanie doskonale, nie chcąc w niczym zawieść tego komu wszak zawdzięczał tak wiele; który zaoferował mu pożyczkę, a wyciągając go w ten sposób z długów ofiarował nowe życie... choć jednocześnie wpędzając w dług wdzięczności wobec siebie. Nie było to przecież nic wielkiego. Nie działa mu się krzywda pod opieką swego pracodawcy ani nic mu nie brakowało.
Przynajmniej dopóki spełniał swoją rolę i znał swoje miejsce... Co robić zaprzestał w momencie, gdy zdecydował się podkopać inwestycje conte, zmieniając systematycznie rachunki do momentu, w którym skarbiec wydawał się pełny, gdy zaczynał chwiać się w posadach.
A teraz pies zniknął wraz z rodziną, zaś jego były pracodawca pozostał tylko z plamą na reputacji, brakiem w funduszach i tym kawałkiem pergaminu z kilkoma nic mu niemówiącymi nazwiskami jakie dostarczył ciągle głodny pieniędzy zapity informator jakiego zdołano przyuczyć jedynie do narysowania brzmienia nazwisk. I conte miał nadzieję, że dobrze je rozumie.
- Vincenzo, panie mój. - dotyk delikatnych palców drażniących jego szyję spowodował, że Vincenzo zwrócił głowę w stronę kasztanowłosej Alessii stojącej obok sekretarzyka, trzymającej jedną dłonią zwiewną suknię jaką on sam jej sprezentował.
- Nie do twarzy ci z tym smutkiem... a gdy ty się smucisz, ja też. Może mogę... - przesunęła palcem po ustach conte - ...jakoś na smutki zaradzić? - młodziutka kochanka Vincenzo przyglądała mu się bystro z uczuciem, w którego prawdziwość wątpił, bo jeżeli jednak uczucie w tym było - było to uczucie do pieniędzy.
Mówi się jednak, że nie ksiądz, a dziwka, jest spowiednikiem mężczyzny znającym jego grzechy... Alessia zaś nasłuchała się spowiedzi wielu.

-

Vincenzo ujął delikatnie dłoń, która musnęła go po twarzy i złożył pocałunek na jej wierzchniej stronie. Następnie obrócił ją lekko i przytulił do swojego policzka. Uśmiechnął się przy tym blado lecz w tym uśmiechu trudno było znaleźć cień radości. Widać było w nim wymuszenie, a po oczach mężczyzny łatwo było odgadnąć iż myślami wciąż błądzi gdzieś indziej nie zaszczycając swoją obecnością Alessii.
- Troskom mym nie zaradzisz moja droga. Nie zaprzątaj sobie głowy nimi. Interesy mają to do siebie, że niekiedy przynoszą wyzwania, którym należy stawić czoła.
Tak bowiem Albertinazzi podchodził do problemów. Niektórzy załamywali ręce oczekując boskiego sądu. Inni mieli nadzieję, że ktoś im pomoże w rozwiązaniu ich problemów, albo chociaż powie co mają czynić. Jeszcze inni negowali ich istnienie myśląc, że tym sposobem problemy same odejdą. Vincenzo nie należał do żadnej z tych grup. Dla niego problem nie wywoływał trwogi i nie odbierał zdolności myślenia. Problem był przeszkodą na drodze, a by ją kontynuować należało ową przeszkodę usunąć bądź ominąć. Nieraz było to sporym wyzwaniem, ale świadomość celu po drugiej stronie była bardzo dobrym motywatorem do działania. Widok przeszkody mógł wprawić w furię, co też miało miejsce i w tym przypadku kiedy okazało się, że problem zaistniał, ale Vincenzo nie nawykł do podejmowania decyzji w takim stanie. Zamiast tego ochłonął i sięgnął po informacje. Teraz kiedy je otrzymał mógł już ze spokojem planować kolejne ruchy.
Leonardo, który zajmował się księgami, był mu zawsze wierny. Wyciągnięcie do kogoś pomocnej dłoni sprawiało, że można było nieraz kupić sobie wierność takiej osoby. Albertinazzi to właśnie uczynił pomagając jemu i jego rodzinie. Dla Vincenzo nie była to strata, a inwestycja. Inwestycja, która przynosiła mu korzyści… do czasu. Pytaniem pozostawało dlaczego Leonardo go zdradził. Dobrze znał wpływy jakimi dysponował Albertinazzi. Wiedział, że po czymś takim musi go spotkać kara. Sam by się czegoś takiego nie podjął. Ryzyko dla niego było zbyt wielkie. To zaś oznacza, że musiała tu działać siła trzecia. Nie wiedział jakiego rodzaju marchewki ta osoba musiałaby użyć na Leonardo, aby go do tego przekonać… Bardziej prawdopodobne było więc zastosowanie kija. Niezależnie od tego, która to była opcja, to musieli od dawna to robić, bo to nie były zmiany, które wypłynęły ostatnio. To zaś niosło ze sobą inne zagrożenia. Niemniej szkoda mu było Leonarda i jego rodziny. Niezależnie od tego co go skłoniło do tego oszustwa efekt mógł być tylko jeden. Musiał go przykładnie ukarać, aby inni mieli się czego bać gdyby w ich głowach zaświtał taki pomysł. Wybaczenie niestety nie wchodziło w grę. Nie w chwili gdy ktoś by mógł to wykorzystać jako argument przy próbie nastawienia przeciw niemu kolejnych ludzi. Ludzi, którzy mogli by chętniej się zgodzić wiedząc, że przewina może im zostać wybaczona. Pytaniem pozostawało kto jeszcze mógł w tej chwili być po przeciwnej stronie. Implikacjami tego, że od tak dawna Leonardo pracował dla kogoś innego było również to, że ktoś inny mógł zostać również przekabacony. To zaś oznaczało, że dosłownie wszystko co znajdowało się w księgach mogło być fałszywe i nie było wiadomo czemu wierzyć, a czemu nie. Vincenzo od tego miał ludzi, aby nie musiał wszystkiego samemu doglądać. Nie miałby bowiem na to wszystko czasu. Teraz jednak musiał rozplanować sobie przegląd wszystkich aspektów biznesu, aby oczyścić interes z zewnętrznych wpływów. Nie mógł przy tym ufać pracownikom, bo to właśnie ich musiał sprawdzać, ale były osoby, którym mógł ufać.
- Luigi! - Vincenzo zawołał swojego sługę puszczając dłoń swojej kochanicy. Zaraz po tym otworzyły się drzwi i ubrany w liberię mężczyzna wszedł skłaniając lekko głowę.
- Tak, Panie?
- Wyślij chłopca do Fabrizia. Przekaż mu moje pozdrowienia i powiedz, że chciałbym się z nim rozmówić.
- Tak, Panie. - Sługa skłonił się ponownie i opuścił pomieszczenie.
Goniec przekaże informacje do młodszego brata Vincenza. Mimo iż to Vincenzo zarządzał rodzinnym interesem, to Fabrizio też miał swój spory wkład i wraz z rodziną byli beneficjentami ich handlowego małego imperium. Powinien więc pomóc doglądać ich interesu, aby poradzić sobie z obecną sytuacją. Razem będą mogli sprawdzić wszystko.
- Moja droga pora zrobić kontrolę interesów. Znaleźliśmy jednego zdradzieckiego psa, który połasił się na rzuconą kość. Nie wiemy tylko kto rzucił tą kość i ile jeszcze mamy takich psów, które się na nie połasiło.
Niestety nie dało się przewidzieć, czy nowy kontakt w Mediolanie da się utrzymać. Vincenzo nie miał zamiaru ryzykować tego co ma dla jednego nowego kontaktu. Możliwe jednak, że da to się odkręcić w inny sposób. Wycofanie się z interesu ze względu na sabotaż wcale nie musiało oznaczać końca współpracy, a jedynie odroczenie. W końcu sabotaż był czymś spotykanym w interesach, a to jak na niego zareaguje nowy partner pozostawało niewiadomą. Mógł sam się albo wycofać, albo postawić ością wobec tego kto nie chciał dopuścić do rozwoju jego interesu, a na tym skończyłoby się wsparcie ze strony Vincenza. Na pewno nie była to komfortowa sytuacja i pokazywała w złym świetle Albertinazzi, ale dało się to jeszcze jakoś odkręcić. Zanim jednak do tego się dojdzie należało się upewnić, że nie będzie kolejnego sabotażu, a tu w grę wchodziły informacje zdobyte przez jego informatora. Ludzie i miejsca… Ktoś powinien coś wiedzieć. Pozostawało mieć nadzieję, że uda się zaradzić problemom, bo równie dobrze mogli nadepnąć na odcisk komuś tak potężnemu, że walka byłaby z góry stracona… Nie była to ciekawa perspektywa. Ale na taki obrót spraw należało też się przygotować, aby zabezpieczyć przyszłość rodziny. Ostateczną formą obrony była ucieczka.
- Podobno Katalonia jest piękna o tej porze roku… - Powiedział spoglądając na Alessię z rozmarzonym wzrokiem. Jego miła Alessia... Ona również będzie musiała pozostać w tyle… A jeżeli ten kto ich gnębił będzie chciał ich odnaleźć to na pewno zapłaci Alessii, a ta wspomni o Katalonii i pościg ruszy w złą stronę. Dobrze jednak że Vincenzo wyświadczał przysługi z opóźnionym terminem spłaty… Dzięki temu miał się w razie czego dokąd udać i u kogo schronić z rodziną. Oby jednak nie trzeba było nigdy korzystać z tych opcji...
-

ANNO DOMINI MCCVIII, Venetia- Wiele można było powiedzieć o młodszym synu Ezio, który następnego wieczora przybył na prośbę starszego brata.
- Głupim bym był, gdybym sądził, że nagła chęć spotkania wynika z tęsknoty za młodszym bratem.
W końcu za młodu narobił odpowiednią ilość problemów, aby wystarczyć rodzinie nie tylko za siebie, ale także i za Vincenzo... chociaż nie były one na tyle poważne, aby ojciec ostatecznie stracił cierpliwość do jego młodego, nieposkromionego ducha.
- Ale wszystkiego mieć nie można, chociaż czasem mam wrażenie, iż mnie unikasz, co mnie rani.
Niemniej jedno trzeba było mu przyznać, a dało mu to w życiu naprawdę wiele... a na pewno zapewniło mu łagodniejsze spojrzenie ojca na jego wybryki. W końcu nie każdy rodzic, i to mający handlowe imperium, może się cieszyć takim niezaprzeczalnym talentem potomka.
- Jestem jednak zaskoczony, że mój brat, na stare lata, odzyskał młodego ducha, najwyraźniej wchodząc z interesami tam, gdzie nie powinien. Nie, nie moja to sprawka. Za kogo ty mnie masz, Vincenzo?
Ta niepokorna dusza wręcz żyła liczbami, których rachunek zdawał się nie mieć przed nim nigdy żadnych tajemnic.
- Oczywiście, że pomogę w doglądaniu naszego małego imperium, które ktoś tu nam podkopuje. - usta Fabrizio wygięły się w ironicznym grymasie - Ale to ty zajmujesz się kontrahentami i całą tą siecią wspólników. Ja mogę trzymać w pieczy kwestie dotyczące przepływu pieniędzy, a raczej, odpowiedniego przepływu, bez podbierania nam funduszy. Liczby są bardziej godne zaufania niż ludzie, a ja do ludzi nie mam cierpliwości... a przynajmniej nie lubię zawracać sobie głowy nimi.
Fabrizio zamilkł dosłownie na chwilę, zbyt krótką, aby dać bratu wejść mu w dalsze słowa.
- Co zaś się tyczy zaufania... - położył dłoń na stole - ...możesz pokładać ufność tylko w Bogu... - przesunął rękę w stronę Vincenzo i uchwyciwszy jego dłoń, umieścił w niej niewielki wisiorek w kształcie krzyża uwieszony na łańcuszku, zaś z tyłu tego krzyżyka widniał jedynie prosty grawerunek:
PSXLVII
Kiedy zaś Fabrizio obrócił odpowiednio ozdobę w palcach Vincenzo, ten ujrzał pod kątem błysk ostrza oświetlonego płomieniem świecy.

- ...i w swoim bracie, oczywiście.

-

Vincenzo uśmiechnął się widząc swojego brata, a był to jeden z tych szczerych uśmiechów.
- Zawsze z radością Cię widzę bracie. Tak Ciebie jak i Twoją rodzinę. To, że nie mamy dla siebie tyle czasu ile byśmy chcieli smuci mnie zawsze kiedy o tym myślę. Jest to coś nad czym z chęcią popracuję razem z Tobą. Ale na chwilę obecną chciałbym popracować nad czymś innym... - Albertinazzi stuknął palcami w oprawiony rejestr, który czekał na przybycie jego brata - …tak abyśmy obaj mogli cieszyć się wspólnie spędzonym czasem i nie musieli troskać o byt naszych bliskich. A tego rodzaju troski… - Vincenzo uniósł wisiorek z ukrytym ostrzem - Mam nadzieję, że nie będą nam zaprzątać głów. - Mimo jednak spokojnego tonu starszy z braci zawiesił ozdobę na szyi i wstał od biurka sięgając po swoją laskę. Laskę, które teoretycznie nie potrzebował, ale jej zdobienia dodawały mu pewnego uroku. - Poza tym znasz mnie bracie. - Obrócił laską w powietrzu i złapał ją z dwóch stron przekręcając jej głowę i wysuwając na chwilę ukryte w środku ostrze - ...Lubię być przygotowany na różne ewentualności. - Uśmiechnął się do brata i odłożył trzymaną broń na miejsce.
- Nie wiem kto nas atakuje, ale jeżeli podkupił, czy też szantażował jednego z naszych pracowników, to może to robić też z innymi. - Obszedł biurko podchodząc do swojego brata i ujmując jego twarz w dłonie. - Kiedy zaś nie możesz ufać pracownikom sam musisz się tym zająć. Ale zawsze jest jedna grupa, której możesz ufać… rodzina. - Pochylił głowę brata i złożył pocałunek na jego czole - Nie wiem z czym nam przyszło walczyć bracie, ale jeżeli razem tego nie wygramy, to znaczy, że tej walki nie dało się wygrać.
Fabrizio przechylił głowę w dłoniach brata, aby móc mu spojrzeć w oczy, swoim wiecznie zaciekawionym badawczo spojrzeniem.
- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że wyczuwam w tych słowach tłumiony strach. - uśmiechnął się półgębkiem - Ale gdybym to do ciebie przypisał, skończyłbym z tymi ostrzami w ciele, a przecie jedno niepozorne właśnie ci dałem. - zerknął w stronę laski Vincenzo - Chociaż miło widzieć, że nie zestarzałeś się na tyle, aby porzucić nieufność... i zapewnić sobie stylowe zabezpieczenie. Ach, bracie. Zawsze wpierw kobiety pytały o ciebie i chciały bym zapoznał, nie będąc mną zainteresowane! - dodał z wyrzutem w głosie, okraszonym jednak rozbawieniem - Powiedz mi więc... Komu tak podpadłeś? Kto jest aż tak zazdrosny choć to ja powinienem?
Vincenzo roześmiał się na słowa brata i poklepał go serdecznie po policzku.
- Myślisz że mnie się o Ciebie nie pytały? Zbywałem je jednak, bo to jedynie harpie czyhające na naszą pozycję i majątek. Nie moim też zamysłem było Cię swatać. Każdy sam powinien wybrać sobie kobietę przy której boku dożyje swych dni. Gdybym zaczął Ci wskazywać kandydatki na żony gotów byś odebrać to jako dyshonor. - Uśmiech widoczny w oczach Vincenzo zaczął jednak zanikać kiedy mężczyzna zaczął rozmyślać nad tą mniej przyjemną kwestią. - Nie wiem niestety kto jest naszym wrogiem. Na pewno ma wpływy. Mam pewne podejrzenia. Możliwe, że sam nieopatrznie sprowadziłem to na nas. Na krucjacie… Ona nie potoczyła się tak jak powinna. Dzięki temu że trafiliśmy do Konstantynopola wzbogaciliśmy się niezmiernie, ale to jak tam trafiliśmy… Coś tam się działo. Miałem wrażenie, że wszystkimi tymi wydarzeniami ktoś sterował… No i nieopatrznie uznałem, że warto by się dowiedzieć któż to taki. Możliwe, że moje poszukiwania nie były na tyle dyskretne jak myślałem i teraz ten ktoś chce mnie ustawić w szyku.
- A mój brat jest ostatni, który da sobą manipulować. - westchnął Fabrizio - Ty nigdy nie możesz odpuścić, prawda? Zamknąć oczy na to wszystko i bogactwem oraz kobietami się cieszyć? - zamilkł na chwilę obserwując reakcje brata - Może zbytnia paranoja cię bierze z tą Krucjatą, choć słyszałem różne historie na jej temat. Może nie. Ty oczywiście nie chcesz, jeżeli ktoś naprawdę chce ci dać nauczkę - po prostu poddać się temu i przeczekać burzę potulnie? To nie może być takie proste. - zabębnił palcami o blat stołu, rozważając coś z powagą, jaka nigdy mu nie pasowała - Cóż. Czego więc pragnie ode mnie mój brat poza wzięciem liczb na schadzkę?
- Odpuszczanie nie jest w moim stylu. Dzięki temu zaszliśmy tak wysoko. - Powiedział z uśmiechem na ustach i pewną dozą powagi w głosie - Mogę to przeczekać. Jeżeli wdepnąłem w gniazdo węży mogę się wycofać, ale wycofam się tak, aby nie zostać dotkliwie ukąszonym. Jeżeli ktoś chce dać nauczkę mi, to przyjmę ją jaka by nie była, ale jeżeli ktoś przy tym spróbuje zaszkodzić naszej rodzinie, to będę walczył. Nie dla siebie, ale dla was. Całe swoje życie budowałem naszą pozycję, abyś Ty i nasi bliscy nie musieli się bać jutra.
Młodszy z braci spojrzał na Vincenzo z wyrzutem.
- Teraz już trochę urosłem, choć mogłeś nie zauważyć, Vin. Nie potrzebuję już niańczenia i innych, którzy będą mnie podcierali, więc powiedz mi, co chcesz, abym zrobił prócz sprawdzenia dzienników, nim naprawdę się urażę. Jesteś już za stary na szarpanie się ze mną, jak za młodu. - dodał zaczepnym tonem.- Obaj mamy już dzieci Fabi i obaj wiemy, że niezależnie od tego jak dorosłe będą, to dla nas zawsze będą naszymi dziećmi, o które będziemy chcieli dbać. Zupełnie jak Ty dla mnie zawsze pozostaniesz moim młodszym braciszkiem nawet jak obaj będziemy już w sędziwym wieku. Tak jak swoje dzieci Ciebie również kocham i chcę o Ciebie dbać. Jeżeli masz się za to obrazić jak za niańczenie, to niechaj tak będzie, ale nie przestanę Cię kochać nawet mimo Twojej obrazy. A zacząć możemy od dzienników. Dzięki nim zorientujemy się czy ktoś jeszcze jest przeciw nam. Jak będziemy to wiedzieli to będziemy mogli działać. Ty jest dobry w zajmowaniu się liczbami, a ja w zajmowaniu się ludźmi. Muszę znaleźć naszego zdrajcę, aby od niego też się dowiedzieć kto go przeciw nam podburzył. Działamy teraz po omacku. Dopierało gdy wyczujemy nowy korytarz będziemy mogli ruszyć w głąb niego. Nie możemy zaplanować wiele, dopóki nie dowiemy się z czym i kim mamy do czynienia. To co Fabi… pokażemy im, że aby zadzierać z Albertinazzi należy być gotowym na ostrą walkę? - Vincenzo wyciągnął dłoń w stronę brata, aby uściskiem mogli przypieczętować ich wspólne przedsięwzięcie.
- Naprawdę, im jesteś starszy, tym masz młodszego ducha. - wyszczerzył się Fabrizio chwytając dłoń brata, ale wciąż ją trzymał, gdy zadał pytanie - Sypiasz z nią?
- Jesteś tak stary jakim się czujesz. - Odpowiedział z uśmiechem, a na pytanie, którego się nie spodziewał w tej sytuacji przekrzywił z zaciekawieniem głowę i spojrzał badawczo na swojego braciszka. - Zanim Ci odpowiem sam mi powiedz jak uważasz. Jestem ciekaw jaką opinię masz o mnie pod tym względem.
- Różnica jest między opinią jaką mam... i jaką chciałbym, aby była prawdziwa. - wyszczerzył się wrednie - Jak dla mnie to zależy od potrzeb... wszelakich. Interesy wszak wymagają poświęceń i od takiego przykładu cnót! - przymrużył oczy - Ale jak dla mnie to jeżeli ci daje, to jest rzadko, nikt by z tobą nie chciał częściej. - wzruszył ramionami - Tylko nie mów mi, że jesteś zbyt przykładny na dziwkę, bo się popłaczę, że brata mi baba zabrała.
Vincenzo zaśmiał się puszczając dłoń brata i sięgając do kieszeni. Wyciągnął z nich chusteczkę i podał bratu.
- Alessia jest miła memu oku i przydatna na wiele sposobów, ale nie położyłem na niej ręki. Złożyłem Glorii przysięgę wierności w obliczu Boga, a sam dobrze wiesz że słowa zawsze dotrzymuję.- Często siedzi u ciebie dziwka. - Fabrizio wziął chusteczkę - Której płacisz, prezenty dajesz... - otarł nią teatralnie oczy - ...z ulicy zabrałeś czy tam z burdelu, dach dałeś, a dzięki tobie ekskluzywna jest... A teraz mi mówisz, że nawet z nią nie spałeś?! - westchnął ciężko - Na co ja liczyłem... - oparł głowę na pięści - Pewnie na trochę życia w tej skorupie starej.
- Alessia pojawiła się u mnie w konkretnym celu mój drogi i ten cel realizuje. Nie jest nim jednak zaspokajanie mojej chuci. Przykro mi, że Cię zawodzę. Wychodzi na to, że jestem zbyt porządny jeżeli chodzi o kwestie rodziny.
- Najwyraźniej... Ale ja też przecież porządny jestem. - obruszył się brat - Dbam o żonę, nie robię burdelu z domu, bękarta nie mam. Ona wie o tym, że czasem wychodzi jak wychodzi, ale przecież nigdy jej nie odprawię. Po prostu są takie chwile... kiedy trzeba. Czy ty kiedykolwiek poczułeś młodość, młody byłeś? - westchnął - Ale skoroś tak oddany Glorii, to musi ona być naprawdę cud kobietą. Dobrze trafiłeś, braciszku. - wstał z krzesła porzucając temat tak nagle, jak nagle go zaczął - Ale trzeba brać się do roboty, rachunki same się nie przeliczą przecież. Tego musi być multum. Zakopię się gdzieś u ciebie, gdzie będę mógł wszystko poukładać, bo pewnie nie mieli pojęcia jak to robić najlepiej. - zerknął na rejestr - Znajdę przekręt i wytropię jego początek.
- Miejscem się nie martw. Kazałem już przygotować dla Ciebie biuro. - Poklepał brata po ramieniu.
- Zawsze przygotowany. - Fabrizio uśmiechnął się lekko - Przyjdę jutro z rana. Dziś jeszcze powiem Alexandrze, że zniknę na trochę, bo nie lubię pracy przerywać, więc sobie tutaj posiedzę jakiś czas. Mam nadzieję, że po powrocie nie okaże się, że dom zniknął. - położył dłoń na krzyżyku, jaki Vincenzo zawiesił na szyi - I chodź o tej lasce, plecy stare ci odciąży, Gloria będzie wdzięczna. - wyszczerzył się na swój dowcipnie złośliwy sposób, daleki od nieprzyjemnej nuty.
- Niech Alexandra przyjdzie z dziećmi do nas. Na pewno Gloria się ucieszy, a w domu im nas będzie więcej tym weselej.
-

ANNO DOMINI MCCVIII, VenetiaVincenzo zdołał już zapomnieć jak wygląda życie w jednym domu z Fabirizio, ale bardzo szybko jego brat mu przypomniał za czym ten mógł tak bardzo tęsknić... a co powodowało ból głowy. Młodszy z syn Ezio, choć nastoletniość miał już za sobą (i dzięki surowości ojca oraz działaniom samego Vincenzo nie sprowadził niezmywalnej hańby na Albertinazzi) najwyraźniej wciąż nie wyrósł z pewnych swoich... nawyków i przywar. O ile w ogóle miał kiedykolwiek wyrosnąć. Przynajmniej wyszukiwanie przekrętu skrytego w liczbach zapisanych w rejestrach handlowych, zabierało mu na tyle czasu, aby nie mógł wykorzystywać pełni swych... talentów.
Oczywiście tych, które nie dotyczyły liczb.
Nikt nie mógł się na niego skarżyć. Nie powodował szkód, nie krzywdził nikogo... Chociaż większość służek było bardziej niż chętnych na bliższe zapoznanie z kimś nie tylko majętnym, ale także tak czarującym jakim był Fabrizio. Alexandra natomiast pomimo spokoju i pozornego ignorowania zachowania męża, jakiego wyraźnie cieszyła reakcja kobiet na jego własny urok, nie była w żadnej mierze zadowolona. Gloria wolała nie komentować głośno, choć potrafiła wyrzucić z siebie niechęci podczas rozmów na osobności jakie prowadzili z Vincenzo. Nigdy nie pałała szczególną sympatią do drugiego z braci, prawdopodobnie przekonana, że ten będzie starał się zaszkodzić starszemu z czystej zawiści, ale to jego zachowanie w momencie, gdy żona miała rodzić za kilka miesięcy, budziło złość Glorii.
"Porozmawiaj z nim, przemów do rozsądku, na Boga!" nalegała częściej, odkąd Fabrizio sprowadził się z rodziną na pewien czas do domu Vincenzo "To twój brat w końcu!"
Vincenzo jednak w tym momencie bardziej był zajęty poszukiwaniem odpowiedzialnych za ten atak finansowy niż umoralnianiem młodszego brata. Wiedział, że to w końcu zrobi, bo pozwolenie Fabrizio na te wyskoki może w końcu skończyć się tragedią dla reputacji, ale sprawa uległa wyciszeniu odkąd uspokoiła go praca z rejestrami. Prawie nie wychodził z przydzielonego mu gabinetu, czasem tylko podrywając służkę przynoszącą mu jedzenie, na które nigdy nie miał czasu stawić się w jadalni. Coraz rzadziej też rozmawiał z kimkolwiek, zamykając się w pokoju ze swoimi liczbami i rozłożonymi wszędzie dziennikami... a Vincenzo wydawało się, że Fabrizio jest naprawdę szczęśliwy, kiedy zostaje po prostu pozostawiony w spokoju, nawet przez własne dzieci.
Cóż, przynajmniej pociechy obu braci nie sprawiały problemów z powodu zachowania ojca dwójki z nich.
Mimo poszukiwań, do jakich Vincenzo zaprzęgnął wynajętych ludzi kilka dni temu, dobre nowiny nie nadchodziły. Lista jaką otrzymali od pracodawcy nie okazała się kluczem do zagadki, gdy ci nie byli w stanie namierzyć tych osób... o ile one w ogóle istniały pod tymi mianami. Mógł też jego informator źle usłyszeć, zapisać lub uzupełnić w pijanym widzie, ale choć przed swym panem zaklinał się, iż nazwiska są poprawne... niczego to nie zmieniało.
Był w martwym punkcie i możliwe znaleziska w tych przeklętych rejestrach mogły rzucić światło na sprawę... ale po czterech dniach bez jakiejkolwiek odpowiedzi zaczęła ogarniać Vincenzo frustracja, spowodowana bardziej niepewnością czy zaraz handel Albertinazzi nie ucierpi od kolejnego ciosu niż złością na innych.
Dlatego prośba brata o wieczorne spotkanie w sprawie interesu rodzinnego, ucieszyła go niezmiernie.
Fabrizio zawsze był wpatrzony w Vincenzo jak w ideał, którego nie mógł doścignąć. Kiedy był młodszy nie potrafił przeboleć starszeństwa jakie dawało zysk nie będący mu należnym ani większej dawki miłości okazywanej przez ojca pierwszemu synowi. Mimo że Ezio kochał również drugie z dzieci nie posiadał po prostu takiej cierpliwości do jego krnąbrnej natury i tyle czasu dla młodszego z synów.
Im więcej Fabrizio miał lat, tym mniejsza była ta boleść, aż pozostała jedynie smutną prawdą, której siłę niwelowała jednak braterska więź. W końcu starszy brat nie odrzucał młodszego, a ten coraz mocniej był zafascynowany wszystkim co pierwszy spadkobierca robił, każdym jego sukcesem. Sam mógł być czarujący w obejściu, ale nigdy nie lgnął do towarzystwa prócz przelotnych związków, zupełnie niezobowiązujących, jednocześnie wciąż łaknąc miłości jaką okazywał mu Vincenzo. Jedynie z jego strony przyjmował pochwały czy nagany z przejęciem, a czasami Vincenzo miał wrażenie, iż jego brat poważa go bardziej niż własnego ojca.
Nie mógł się więc spodziewać, iż po przybyciu wieczorem do gabinetu zajmowanego przez Fabrizio zastanie obraz, jaki uderzył go silniej niż mógłby upadek ich handlowej spółki.
Zobaczył brata złączonego w pocałunku kochanków z jego starszą bratanicą.
Kiedy Cassandra ujrzała ojca stojącego w drzwiach, szepnęła coś z uśmiechem do Fabrizio siedzącego przy biurku, po czym poprawiwszy niedbale koszulę stryja, opuściła gabinet pospiesznie, umykając przez otwarte drzwi wychodzące na ogród skąpany w letniej ciemności nocy, zostawiając braci sam na sam...
...a ta sytuacja odebrała samemu Fabrizio głos, pozostawiając go wpatrzonego w przerażeniu i wstydzie w brata.

-

Próby odnalezienia osób wskazanych przez informatora spaliły na panewce. Co prawda ten się zaklinał o ich prawdziwość ale nic to nie dawało skoro sytuacja pozostawała niezmienna. Vincenzo dobrze wiedział, że ten człowiek go jeszcze nie zawiódł. On zaś zapewne cenił sobie złoto Albertinazzich. Sprawa więc została postawiona prosto, bo nazwiska od niego były bezwartościowe, bo nieistniejące. Vincenzo oczekiwał czegoś więcej, kogoś do kogo będzie można się udać, a nie nieistniejącego ducha. Jeżeli informator oczekiwał otrzymania jakiejś innej pracy w przyszłości, to powinien się wywiązać i dostarczyć takie nazwiska. Jeżeli nie… to trudno, ale raczej dalszego zarobku nie odnajdzie u Albertinazzich.
Vincenzo przybył na umówione spotkanie i go zamurowało. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego. Widok jego własnej córki złączonej pocałunkiem z jej stryjem był zarówno zatrważający jak i zawstydzający. Nie wspominając o tym jakie obrzydzenie budził. Najgorsze zaś w tym wszystkim było jak jego córka jakby nigdy nic poprawiła mu koszulę i ruszyła umknąć do wyjścia.
- Cassandra! - Zawołał za nią z lodowatym głosem i równie mrożącym spojrzeniem. - A Ty dokąd?! - Zatrzymał ją w pół kroku, ale nie dał dojść do słowa - Ubieraj się i idź do ojca Clemente prosić Boga o wybaczenie, a jak jeszcze raz tak zgrzeszysz, to resztę życia spędzisz w zakonie. PRESTO! - Odgonił ją ruchem ręki niczym komara i utkwił wzrok w swoim bracie.
Każdego innego w tym miejscu spotkałaby surowa kara, ale… to był jego brat. Z jednej strony to działało na jego korzyść, a z drugiej sprawiało, że cała sytuacja była po stokroć gorsza. W Vincenzo się gotowało a chęć zrobienia krzywdy Fabrizio biła się z braterską miłością. Wściekłość z poczuciem bycia zdradzonym. Jak on w ogóle mógł? Nie wiedział czy chciał poznać odpowiedź na to pytanie. Nie wiedział też kiedy jego ręka powędrowała do szyi i jak długo już ściskał w dłoni wisior z ukrytym ostrzem otrzymany od brata. Ostrzem, które równie dobrze mogłoby być obecnie wbite w serce Vincenzo, aby wywołać efekt podobny do bieżącego. Nie wiedział też kiedy uda mu się opanować tik mięśnia u nasady nosa, który jakby na przekór woli starał się wykrzywić twarz Vincenza w grymas wściekłości. A ostatecznie nie wiedział co ma powiedzieć. Stał więc z wzrokiem wbitym w brata prowadząc wewnętrzną walkę z samym sobą. Gloria go ostrzegała… Mówiła mu, aby utemperował brata nim będzie za późno...
Cassandra nie odpowiedziała ojcu, a jedynie podążyła, jak miał nadzieję, za jego poleceniem. Nie było to jednak teraz ważne. Nie było tak ważne...
Fabrizio był blady jak ściana, co w jego przypadku nie było takie proste. Cwany uśmieszek z jakim zazwyczaj go widziano, ustąpił miejsca czystemu przerażeniu. Przez chwilę po umknięciu bratanicy patrzył odrętwiały wprost na Vincenzo, aby po tym wstać z krzesła dostawionego przy biurku i zrobić kilka kroków ku bratu.
- Vincenzo... - wyszeptał spojrzawszy gdzieś obok brata, zupełnie jak za młodu, gdy zawiódł oczekiwania - Ja... To... - po tych słowach urwał, jakby samemu nie chcąc powiedzieć więcej, a znalazłszy się bliżej brata, utkwił swój wzrok w jego oczach.
Po tym zaś bez słowa ukląkł przed tym, który był zawsze dla niego niedoścignionym ideałem.
Vincenzo bił się z własnymi myślami i emocjami. Wszystko w nim się gotowało i bulgotało niczym w kotle z wywarem. A jego brat… Nawet nie miał mu nic do powiedzenia. Kiedy Fabrizio do niego podchodził starszy z braci zacisnął pięści tak, że aż zbielały mu knykcie i zacisnął szczęki. Następnie młodszy ukląkł i po chwili spuścił głowę w pokorze. Vincenzo uniósł rękę wciąż zaciśniętą w pięść. Miał ochotę po prostu uderzyć. Pozwolić temu wulkanowi emocji na erupcję i wyżycie się na bracie. Ale z drugiej strony to był jego młodszy braciszek. Bóg nakazywał wybaczać. Otworzył dłoń i zaczął zniżać ją nad głowę brata. Gdyby ją położył oznaczałoby, że mu przebacza, ale… czy mógł. Obraz jego córki w kazirodczym pocałunku znowu pojawił mu się przed oczami. Wrył mu się w pamięć tak bardzo, że chyba do końca życia go nie zapomni. Sodoma i Gomora. Bóg im nie przebaczył. On ich zgładził. Ręka ponownie się podniosła gotowa do ciosu na odlew otwartą dłonią. Zacisnął ją w pięść… to BYŁ JEGO BRAT. Dlatego to aż tak bolało. A Gloria go ostrzegała… Odwrócił się z pokoju i wymaszerował trzaskając donośnie drzwiami. Sprężystym krokiem szedł przez korytarz… Biada temu kto mu wejdzie w drogę. Biada Cassandrze jeżeli jeszcze nie wyszła...
Jak on mógł, jak mógł? Jego własny brat, ten sam który szukał wsparcia w nim, gdy rozzłościł ojca swoimi wybrykami. Nieposkromiony dzieciak, szerzący zamęt własną obecnością, a jednak... taki niewinny w swych działaniach.
Ale teraz...
Vincenzo nie wiedział kogo chciał zabić bardziej w tej chwili - Fabrizio, za jego grzech w krnąbrności uczyniony - Cassandrę, za jej niezrozumiały współudział w nim... czy siebie samego - za własną ślepotę.
- Panie, mój panie! - dotarł do Vincenzo znajomy głos, miły dla ucha mimo słyszanego zmęczenia, jakie jednak wielu chciałoby wywołać w Alessii.
Kobieta zdążająca ku Vincenzo zatrzymała się tylko jak zobaczyła wyraz jego twarzy. Wściekłość. Ból. Rozgoryczenie... on zaś ujrzał obawę malującą się w jej oczach, których spojrzenie skupione było na tym, który zabrał głodującą dziwkę z ulicy... dał jej nowe życie, będące czymś więcej niż kawałkiem chleba za jaki chciała swe ciało we władanie oddać conte Albertinazzi, w tamtą listopadową noc.
- Panie... - odezwała się ostrożnie jakby gotowa do ucieczki, poprawiając znoszoną suknię w połowie skrytą pod płaszczem zabrudzonym pyłem ziemi, jakiej mizerny stan przypomniał Vincenzo tamtą noc - Wysłuchaj mnie...
- CZEGO?! - Ryknął na początek Vincenzo mając przed sobą osobę na której mógł chociaż trochę wyładować swój gniew. Widząc jednak przerażenie na jej twarzy przełknął gulę, która zalegała mu w gardle. Nozdrza cały czas poruszały mu się gwałtownie. Wręcz sapał ze złości. - Mów. - Powiedział już tonem który nie był krzykiem. Widać po nim było cały czas wściekłość, ale jednocześnie i to, że walczył z samym sobą, aby nie wyładowywać go na wszystkich dookoła.
Alessia wyglądała na coraz bardziej wystraszoną swoim panem, spoglądając na niego niepewnie.
- Panie... Doża... - kobieta mocniej skuliła się w sobie - ...jutro pośle po ciebie, panie... A nie jest w dobrym nastroju...- Ja też nie jestem - Warknął… Ale od razu zaczął się zastanawiać nad tym o co może w tym wszystkim chodzić. Tego mu jeszcze tylko brakowało, aby i na tym gruncie zaczęły pojawiać się problemy. Będzie musiał to na spokojnie przemyśleć, ale na razie nie był w stanie. Mimo wszystko gonitwa myśli już się zaczęła. O co chodziło, czy miało to jakiś związek z obecnymi problemami? - Dziękuję, coś jeszcze? - Zajęcie umysłu spekulacjami pozwoliło mu się trochę uspokoić. Na tyle, że nie brzmiało to już jak warknięcie.
- Nie... Nie mój panie, ja... - skłoniła się szybko - ...już pójdę... będę nasłuchiwać co inni mówią... - to powiedziawszy, nie oczekując na dalsze słowa, ruszyła szybkim krokiem w stronę, z jakiej przyszła, wymijając zaskoczoną krzykiem Glorię, która wyszła właśnie z pokoju służącego za biuro jej męża.
Vincenzo odprowadził wzrokiem Alessię i spojrzał na wychodzącą żonę. Nie miał teraz cierpliwości ani ochoty opowiadać jej o tym co się stało. Szczególnie, że wiadomość nie należała do przyjemnych.
- Nie pytaj. - Powiedział trochę zbyt szorstko. Alessia zebrała na siebie pierwszy wybuch, co było dobre, bo Vincenzo miałby potem wyrzuty sumienia jeżeli to Glorii by się oberwało. Nie wiedział jeszcze co zrobić, ale z całą pewnością wtajemniczanie we wszystko żony nie pomoże, bo sama też gwałtownie zareaguje, a jak oboje będą się negatywnie nakręcać, to niczym dobrym się to nie skończy. Vincenzo przeszedł więc obok żony na chwilę tylko łapiąc jej dłoń w swoją dłoń i poszedł do biura. Podszedł do barku i nalał sobie wina. Pierwszy kieliszek wypił praktycznie duszkiem. Drugi nalał i postawił sobie na biurku siadając za nim w fotelu. Zapowiadał się długi wieczór z butelką wina. A następnego dnia spotkanie z Dożą.
-

ANNO DOMINI MCCVIII, VenetiaChrzęszczenie rozbitego szkła rozeszło się okrutnym bólem pulsującym pośród skołowanych myśli Vincenzo. Każdy z kawałków rozbitego szkła wyśpiewywał fałszywą nutę wraz z resztą zabarwionego winem pobojowiska, gdy służka pieczołowicie zbierała z podłogi rozbity w nocy kieliszek. Bóg dał, iż kobieta, z uwagi na drewno podłogi, nie zamiatała ostrych kawałków gotowych ją porysować, a zbierała je ostrożnie palcami, umieszczając na przygotowanej szufelce.
Vincenzo nie zniósłby dodatkowo dźwięku zmiatanego szkła drapiącego drewno.
Gdy służka zebrała kieliszek i miała zamiar spróbować oczyścić podłogę z rozlanego wina, które już częściowo wsiąkło, obecna w gabinecie Alessia przerwała jej pracę, stwierdzając, że resztą zajmą się inni. Kobieta zerknęła na siedzącego w fotelu, ale nie usłyszawszy jego sprzeciwu, z niemą pogardą spojrzała na dziwkę niegodną bożej łaski, po czym ukłoniła się krótko swemu pracodawcy i opuściła pokój zabierając potłuczone szkło.
Zamknięcie drzwi przywróciło pozorny spokój.
Alessia nie odezwała się ani słowem przez cały czas sprzątania. Prawdę mówiąc nie wydobyła z siebie głosu odkąd Vincenzo ją zobaczył po przebudzeniu. Nie musiała - Gloria pierwsza wykonała ruch, jeszcze zanim służka przyszła posprzątać... Nim starszy syn Ezio zdążył wrócić do świata żywych.
Główny spadkobierca Albertinazzich pierwszy raz usłyszał tak ostre słowa żony, skierowane na domiar do niego samego. Nie była wulgarna, nie była też jak te baby, co siłą głosu chcą nadrobić braki w cnocie, jaka przynależna mężczyznom. Jej słowa były trafne, bolesne i prawdziwe. Choć nie zostały wykrzyczane, to uderzyły jakby wrzasnęła ile sił w płucach. Matka jego dzieci zwykle przyjmowała bez bólu złości męża (których de facto nie wymierzał w nią) czy kwestionowalne wybory. Teraz jednak najwyraźniej miała szansę wyrzucić z siebie nagromadzoną przez lata irytację, której czarę przelało zachowanie Vincenzo pasujące w oczach kobiety nie do głowy szlachetnego rodu, a do podłego pijaczyny śpiącego w rynsztokach. Wciąż nie wiedziała co sprawiło, iż jej mąż sięgnął po alkohol, ale teraz nie chciała nawet słuchać wymówek...
...w końcu spotkanie z Dożą miało się niedługo odbyć, o czym akurat się dowiedziała.
- Doprowadź się do porządku, bo teraz wyglądasz jak i ten twój bezecny brat. - syknęła ze złością, stojąc już w drzwiach. Gdy zaś jej wzrok padł na dwie puste butelki wina stojące obok sekretarzyka, stanowczym krokiem opuściła gabinet, unosząc głos tylko raz.
I tyle wystarczyło.
- Disgrazia, Vincenzo!
Vincenzo nie wiedział jaka jest pora dnia, gdy Gloria z Alessią usadzały go w fotelu. Nawet, gdy poinformowały go o czas!ie, ból głowy zajmował jego myśli wystarczająco, aby nie zwrócił na ich słowa uwagi. Dopiero po wlaniu w siebie wody przyniesionej przez Alessię i szybkim przemyciu twarzy, do conte dotarło znaczenie przekazanych informacji na temat pory.
Zbliżał się powoli wieczór. Przepił, a później przespał całą wczorajszą noc i połowę dnia dzisiejszego!
A co gorsza, posłańcy Doży przybyli do niego, gdy ten spał jak martwy.
- Zajęłam się rozmową z nimi. Masz przybyć do Doży po zachodzie słońca, gdy księżyc zawiśnie wysoko. Już i tak źle będzie wyglądać to opóźnienie. - Gloria wyrzuciła z siebie słowa pełne dezaprobaty - Niejasno mówiłam o chorobie jaką przysporzyły ci interesy. Twoja głowa co z tym zrobisz dalej... - obdarzyła męża spojrzeniem wcześniej stosowanym tylko wobec synów - I na Boga! Nie możesz tak wyglądać, takiego wstydu przynieść!
Alessia przyniosła do gabinetu miskę z wodą, ustawiając ją na stołku obok fotela, który zajmował Vincenzo. Na biurku natomiast znalazły miejsce inne przybory toaletowe.
- Do wieczoru jest jeszcze czas, a nim noc nastanie - zdołamy zaradzić... na problem. - Vincenzo mogło się wydawać, iż Alessia pominęła słowa "mam nadzieję" w tym zdaniu - Pani Gloria nie chce, byś opuścił to pomieszczenie nim nie... będzie lepiej... mój panie... - wzrok Alessi wskazywał, iż ona też uważa to za najlepszy wybór w tej chwili.
Obie nie chciały, aby ktoś więcej zobaczył conte Albertinazzi w tym stanie.

-

Kiedy do tego doszło... Nie był w stanie stwierdzić. Na początek nalał sobie jeden kieliszek, a potem drugi. Wino pomagało mu się uspokoić... Z każdym łykiem problemy stawały się mniejsze. Z każdym łykiem miał coraz większe przeświadczenie, że wszystko się da rozwiązać. Ułatwiało mu to niemyślenie o tych strasznych rzeczach, a jednocześnie ułatwiało mu to myślenie o rozwiązaniach. Im więcej w siebie wlewał tym miał większe przeświadczenie, że jest bliżej rozwiązania wszystkich problemów. Tak mijały minut, a potem godziny. Zatracił się w winie, które oferowało chwilę wytchnienia, które oferowało brak cierpienia, które oferowało odpowiedzi. Ostatecznie oferowało jedynie iluzję tych rzeczy. Wszystko bowiem rzeczywiście znikało. Rozwiązania się pojawiały w głowie Vincenzo. Rozwiązania, które z całą pewnością będą skuteczne i wszyscy go będą za nie sławili.
Problem pojawił się rano. Albertinazzi został odnaleziony przez swoją żonę i Alessię. Gloria wygarnęła mu wiele rzeczy. Mówiła... a Vincenzo nie był w stanie znaleźć kontrargumentu na żadną z nich. Rozwiązania, które wymyślił podczas picia uleciały mu z pamięci. Te zaś, które pozostały na trzeźwo pokazały swoje prawdziwe oblicze. Były debilnymi pomysłami. Żaden problem nie zniknął... żaden problem nie został rozwiązany. Wszystko trwało nadal. Jedynie conte stracił wiele czasu, stracił część honoru i szacunku zarówno dla samego siebie jak i szacunku innych osób. A jego brat pewnie się tym wcale nie przejmował... Gloria miała rację.
Disgrazia...
Disgrazia dla niego... dla jego brata... dla jego kochanej córki... dla całego rodu. Większa niż Gloria była w stanie sobie wyobrazić, bo to tu i teraz było tylko efektem większej ujmy na honorze. Niczym dom z kart wszystko się sypało. Nawet jego dobrodziej doża mógł czuć się urażony, gdyż Vincenzo nie raczył pofatygować się do jego posłańców. Jeżeli przybył by na spotkanie w takim stanie, to hańba zostałaby pogłębiona. Mógłby stracić łaski i upaść, a z nim cała rodzina... Ale czy ona już nie zaczęła upadać? To co wczoraj się stało...
- Gloria miała rację. - Zaczął mówić zachrypniętym głosem do Alessi kiedy ta zaczęła mu pomagać obmywać jego ciało i doprowadzać się do porządku. Wzrok miał pusty jakby patrzył gdzieś w dal. - Kiedy mówiła, że Fabrizio przyniesie kłopoty. Ale... - Przełknął ślinę nie mogąc wypowiedzieć tego na głos - ... ale Cassandra... z własną bratanicą? - Zapytał nie wiadomo kogo z łzami w oczach. Otarł je po chwili nie do końca świadom, że powiedział Alessi więcej niż chciał.
Wstał chwiejąc się. Kiedy Alessia starała mu się pomóc dał tylko sygnał ręką, aby się odsunęła. Sięgnął po swoją laskę, którą nosił bardziej dla ozdoby i bezpieczeństwa, ale tym razem rzeczywiście potrzebował jej aby móc iść prosto. Prosto do drzwi. Alessia chciała go powstrzymać, ale również teraz ją uciszył.
- Na Krucjacie wielu piło. Widziałem co wino potrafiło zrobić z ludźmi... ale widziałem też inne rzeczy. - Stanął przed drzwiami i zamknął zasuwę. - Wielu zginęło, bo nie potrafiło prosto trzymać miecza. - Odwrócił się i zaczął iść w kierunku Alessii - Byli jednak tacy, którzy stawali do walki chwiejąc się, aby po paru chwilach walczyć zupełnie na trzeźwo. Strach, wysiłek... To wszystko jakoś sprawiało, że wino ulatywało z człowieka. - Podszedł do niej i się na nią patrzył zastanawiając nad czymś. Bijąc się z własnymi myślami. - Jak to się działo nie wiem. Wiem jednak że strach i walka sprawiają, że serce wali Ci jak młot. Może to o to chodzi. - Wyciągnął rękę i pogłaskał Alessię po policzku. Zrobił jeszcze pół kroku i złożył pocałunek na jej wargach - Spraw aby moje serce waliło jak młot.
Nie sądził, że kiedykolwiek to zrobi. Głęboko wierzył w złożone śluby. Kochał Glorię. Ale wiedział, że jeżeli w takim stanie uda się na spotkanie z Dożą, to zniszczy im życie. To wydawało się jedynym rozwiązaniem. Poświęcenie własnej moralności dla dobra rodziny. Aby Gloria i ich dzieci mogli dalej wieść życie jakie im zapewniał. Pewnie znalazłyby się również inne sposoby, ale wciąż zamroczony winem umysł w chwili obecnej dostrzegał jedynie to rozwiązanie. Przepraszał Glorię w myślach... wiedział, że będzie musiał później odpokutować grzechy... Być może wykupić odpust... Ale nie... Nie mógł zapłacić pieniędzmi za darowanie takiego grzechu... Odpust odpadał... Spowiedź... pokuta... i nie powtarzanie tego nigdy więcej.
-

ANNO DOMINI MCCVIII, VenetiaPrzez cały czas wypowiedzi Vincenzo, Alessia spoglądała na niego uważnie, jakby obawiając się, że jej dobroczyńca w przypływie złości czy z ustalonego już planu skrzywdzi bezbronną wobec niego kobietę. W końcu w tym momencie wszystko wydawało się możliwe. Niepewność trwała jednak do momentu, w którym chęci Vincenzo zostało ujawnione.
Jeżeli zachowanie tego przykładnego męża rodziny zaskoczyło Alessię, nie dała po sobie tego poznać, zachowując się dokładnie tak jak wyuczyły ją lata życia. Przyjęła więc pieszczotę ust bez oporu, po której sama przesunęła palcami po policzku Vincenzo zatapiając spojrzenie w jego oczach.
Położyła dłoń swego pana na ramiączku sukni, którą sama sprawnie poluzowała, dając tym samym starszemu z Albertinazzi poczucie kontroli nad sytuacją.
Lekka suknia opadła z cichym szelestem na podłogę, odsłaniając nagie ciało Alessi, która nie zawracała sobie głowy dodatkowym odzieniem.|=Kształty młodej kobiety były już pięknie unaoczniane w ubraniu, ale dopiero teraz Vincenzo po raz pierwszy zobaczył ich ponętną naturę. Ciało Alessii było smukłe, co kontrastowało wyraźnie z jej figurą. Może i piersi kobiety nie były bardzo wydatne, ale brak ordynarnego pociągu jedynie grał na ich zysk.
Gdy Vincenzo zabrał młódkę z ulicy była jedynie wychudzoną dziwką, porzuconą przez matkę na ulicach Wenecji. Nikim komu pisany był dostatni los lub chociaż godność.=|
A teraz...- Jestem twoja, mój panie. Tylko twoja.
Była jego.
Vincenzo widział siedzącą na kanapie Alessię, którą właśnie posiadł; która oddała mu się w całości. Z jakiegoś zwierzęcego instynktu czuł się teraz jak pan świata, zwycięzca, niepokonany na szczycie łańcucha pokarmowego. Stosunek z Glorią mógł mieć inny odczyn, ale stosunek z dziwką pokroju Alessii... pobudzał zmysły.
Dziewczyna zapinała koszulę Vincenzo siedzącego obok niej. Delikatne palce czasem musnęły jego skórę, gdy ta starała się doprowadzić swego pana do porządku.
- Wyniosę się stąd nim ktokolwiek się zorientuje. - odezwała się, gdy przeczesywała włosy Vincenzo - Jednak w rozmowie z Dożą więcej nie wspomogę...

-

Leżąc obok Alessii tuż po tym jak uprawiali dziką, namiętną miłość czuł się wspaniale. W tym momencie mógł poniekąd zrozumieć popęd jego brata. To było coś zupełnie innego niż z Glorią. Coś co dawało mu dziką satysfakcję. Coś czego nigdy nie spodziewał się zrobić. Coś po czym spodziewałby się palącego wstydu, a zamiast niego wypełniała go chęć czynu i... powtórzenia tego. Tak, zrobiłby to jeszcze raz z rozkoszą. Posiadłby Alessię jak i niejedną inną kobietę, aby zachować to uczucie. To było takie proste. Z jego zasobami mógł sobie pozwolić na iście hedonistyczne życie codzienne. Ale to przecież właśnie leży u podstaw kuszenia Szatana. Łatwość z jaką można ulec. Chwilowa przyjemność jaką można zyskać. A przecież ten jeden akt słabości dzisiaj mógł zrujnować jego rodzinę. Rozsądek podpowiadał mu, że musiał to uczynić. W końcu spotkanie z Dożą mogło również pogrążyć jego rodzinę. Nawet jeżeli jego spółkowanie z Alessią wyjdzie na jaw i rozbije mu rodzinę, to przynajmniej wciąż będzie mógł o nią dbać finansowo. Zresztą niezależnie od wszystkiego stało się. Nic już nie zmieni podjętej przez niego decyzji, a konsekwencje tego czynu będzie musiał wziąć na barki kiedy tylko go nawiedzą. Liczyło się to, że się udało i alkohol wywietrzał mu z głowy.
- Dziękuję Ci moja droga. - Powiedział do niej z uśmiechem kiedy ta pomagała mu się ogarnąć. Musiał się jeszcze udać do łaźni, aby samemu doprowadzić się do stanu codziennego. Do odpowiedniego na spotkanie z Dożą. W tym jednak czasie ktoś musiał zająć się jeszcze czym innym. - Udaj się do mojego brata, aby dał Ci dokumenty na spotkanie z Dożą. Będzie wiedział co mi potrzeba, aby dowieść spiskowania.
Vincenzo wiedział, że nie ma co ukrywać faktów przed swoim dobrodziejem. Zawsze był wobec niego szczery niezależnie od tego czy to było mu na rękę, czy nie. To był element relacji między nimi, który Doża sobie cenił, a przynajmniej tak zawsze mówił samemu Albertinazzi. Czy zaś było tak w rzeczywistości, to ciężko było stwierdzić. Domyślał się, że będzie musiał się przyznać do bycia oszukanym i przedstawić mu skutki tego. Skutki, które nie były przyjemne, ale które musiał ponieść. Potem zaś nadejdzie czas na dalszą rozgrywkę z tajemniczą szarą eminencją. Wcześniejsze myśli o wycofaniu się uleciały mu z głowy. Może to przez to jak się czuł po wykorzystaniu Alessi. Nie mniej gotów był na dalszą walkę. -
Alessia złożyła delikatny pocałunek na ustach Vincenzo, kończąc pomagać swemu dobrodziejowi.
- Oczywiście, dobry panie. Odnajdę twojego brata, bo coś czuję, że nie wrócił jeszcze do domu. Oczywiście opuścił twoją posiadłość jak tylko zamknąłeś się w gabinecie. - sprostowała nim Vincenzo dopytał o szczegóły - Jeżeli nie wrócę dopóki się nie uporządkujesz to doniosę dokumenty do rezydencji doży. - dodała dokończywszy poprawiać wygląd samej siebie.
Nie zapytała nawet czy ma nie ujawniać ich "aktywności" Glorii... Czy komukolwiek innemu. Było to zbyt jasne.
Choć Vincenzo zdawał sobie dokładnie sprawę z niebezpieczeństwa plotek i domysłów służby, które na pewno nie pozostaną jedynie pośród nich samych.

ANNO DOMINI MCCVIII, Posiadłość rodu Dandolo, VenetiaPrzez całą drogę do posiadłości Doży ciążyła mu jedna tylko myśl. Nie martwił się już czy uda mu się wywinąć z kłopotów obronną ręką. Nie myślał już o czynie swojego brata i córki. Nie rozważał grzechu jaki popełnił niedawno. Nie, wszystko zostało zmyte przez ten jeden akt, którego nauczyła go Alessia... a może sam go znał tylko przez cały czas zaprzeczał przed samym sobą, iż byłby zdolny dopuścić się tej zdrady? Jeżeli jednak ten ciąg wypadków, który popchnął Vincenzo do wykorzystania Alesii był jedynie diabelską zabawą... Conte Albertinazzi w tym momencie diabła przeklinać nie był w stanie.
Jedynie o czym myślał to powód wezwania go przez sojusznika rodziny, jak wzywa się nieposłuszne sługi.
- Cieszę się, że w końcu dotarłeś jednak na to spotkanie, drogi Vincenzo. - słowa powitania, jakie skierował ku niemu Doża Wenecji nie ukoiły obaw serca Vincenzo - Słyszałem, iż pochorzał, mam nadzieję, że żadne dodatkowe nieprzyjemności nie wniknęły przez moją tak niezręcznie wystosowaną prośbę o spotkanie?
Doża nie patrzył na Vincenzo, jedynie spoglądając na nocne niebo widoczne przez okno gabinetu. W dłoniach trzymał wściekle czerwone wino tak kontrastujące z jego ciemnoszarym odzieniem, przypominającym mnisie, że wydawało się to aż zbyt nierealne, aby nie było przypadkiem. Był on niewiele młodszy od nieżyjącego już ojca Vincenzo i wyraźnie ciężka praca, która doprowadziła go tak wysoko, odbiła się także i na jego ciele. Mimo jednak wyraźnych już zmarszczek na twarzy oraz bieli zaczesanych do tyłu włosów, Doża Wenecji daleki był od poddania się na swej drodze władzy.
Nim Vincenzo zdołał odpowiedzieć zobaczy dwa ciężkie drewniane krzesła, które zdobiono ornamentami rodzinnymi Doży, których oparcia i siedzisko wyłożone zostało grubym materiałem, którego szkarłatna powłoczka błysząca niczym wino Doży w świetle księżyca. Jedno z nich ustawione było trochę kątem, bliżej biurka, obok którego stał Doża. Drugie zaś stało wyraźnie na wprost siedzenia władcy Wenecji, znajdując się dalej od tego tronu.
Osoba zajmująca bliższy fotel również miała więcej lat niż sam Vincenzo, a szare włosy oraz równie mysi zarost dopełniały obrazka. Conte kojarzył z widzenia tego jegomościa, którego czasem widział w obecności doży, ale nie pamiętał nic więcej o nim, nawet imienia, a jedynie to, że znajdował się on na usługach doradczych władcy. Jego odzienie nie było tak niesamowite jak doży, najwyraźniej człowiek ten nie przepadał za przepychem, a ponad złoto cenił kolory morskiej toni.

-

Podróż do swego dobroczyńcy i sojusznika minęła dla Vincenzo w zadumie. Myśli zaprzątały mu ostatnie wydarzenia. To co się stało dnia dzisiejszego. To było ukoronowanie ostatnich dni. Jakże złośliwe były koleje losu, które doprowadziły do tego wszystkiego. Jedno zdarzenie za drugim budowało tą sytuację. W końcu nie doszłoby do jego zbliżenia z Alessią, gdyby nie jego rozpacz, którą chciał ukoić winem. Ta zaś nie dała by o sobie znać gdyby nie dowiedział się o grzesznym związku jego córki i brata. Do niego zaś może wcale by nie doszło gdyby Fabrizio u niego się nie zatrzymał. On nie miałby ku temu powodu gdyby nie obecne problemy Conte. One zaś wzięły się z zainteresowania tymi tajemniczymi siłami, których istnienia nie byłby świadom gdyby nie krucjata. Od niej wszystko się zaczęło. Czy to była boska kara? Krucjata miała być wyprawą bogobojnych na pogan, aby głosić słowo Zbawcy. Oni zaś zamiast to robić złupili Konstantynopol. Sprzeniewierzyli się świętej misji biorąc na pierwsze miejsce dobra doczesne. Czy to była boska kara za to świętokradztwo? To wszystko co się wydarzyło... Kara za chciwość i pychę. Pozostawało mieć nadzieję, że dobry Bóg pozwoli się zrehabilitować swojemu zbłąkanemu synowi. Znając Jego miłosierdzie można było mieć nadzieję, ale jednocześnie nie można było brać tego za pewne. Trzeba było posypać głowę popiołem i o nie błagać.
W posiadłości u doży Albertinazzi od razu zauważył iż nie byli sami. To w połączeniu z tonem jakim przywitał go gospodarz jasno dawało do zrozumienia, że spotkanie nie zapowiadało się na jedno z tych przyjemnych. Vincenzo nastawiał się bardziej na obronę spodziewając się jakiegoś ataku jawnego bądź ukrytego. Nie sądził by coś mu miało grozić, ale doża musiał dbać nie tylko o tego jednego sojusznika, który przed nim stanął. To zaś mogło oznaczać, że mógł znaleźć się w dość nieciekawej sytuacji.
- Wybacz mą chwilową niedyspozycję Doxe. Ostatnimi czasy wiele zaprząta mą głowę. Winien temu sabotaż wycelowany we mnie. Skupiłem się na rozwiązaniu tego problemu. Niestetyż zaniedbałem niejako przy tym sprawy ciała i rodziny. Ale jestem na Twe życzenie. W czymże mógłbym Cię wspomóc? - Swoją krótką wypowiedź zakończył pytaniem podszytym delikatnym zainteresowaniem. Nie wiedział po co został wezwany i w jakim celu znajdował się w pomieszczeniu doradca, ale miał zamiar się tego szybko dowiedzieć.
-
Doża milczał dłuższą chwilę, a Vincenzo ze wstydem musiał przyznać, że dłonie zaczęły mu się pocić. Władca Wenecji nawet nie spojrzał na Albertinazzi, choć jasne było, iż ciągła obecność syna Ezio nie umknęła Doży.
- Milano. - po dłuższej chwili nadeszły słowa, ale nie od doży, a od drugiego z mężczyzn tu obecnych - Naszego dobrodzieja właśnie interesuje... ten krach, którego jesteś powodem. Sabotaż, jakoś powiedział?
Doradca (bo był on doradcą? Ta pamięć...) patrzył ze spokojem na Vincenzo, jakby troszkę znudzony oczekiwaniem na jego przybycie.
Doża natomiast wciąż spoglądał przez okno w milczeniu.
-

Wydłużające się milczenie tylko potęgowało napięcie. Vincenzo miał już dziś dużo za sobą i najchętniej zakończyłby dzień, aby zacząć z nową werwą wraz ze wschodem słońca. Nie dane mu to jednak było, a przynajmniej nie na tą chwilę. Obecnie musiał spowiadać się niczym przed kapłanem z ostatnich wydarzeń. Zachowanie doży również nie napawało optymizmem. Przyjacielska atmosfera, która nieraz była wyczuwalna w przeszłości prysnęła. Tyle zawdzięczali sobie nawzajem. Tyle razy razem stawiali czoła przeciwnościom losu i jeden pomagał drugiemu. Między innymi dzięki Albertinazzim ten człowiek mógł się szczycić pozycją doży. Ale teraz... Czy wystarczyło jedno potknięcie? Czy aż tak mało znaczyła lojalność? Teraz nawet nie mógł zaszczycić go spojrzeniem? Nawet słowem? Musiał z nim rozmawiać jakiś pomagier... Vincenzo zacisnął mocno szczęki przyjmując ten policzek. Musiał to przełknąć, ale z całą pewnością musiał to też zapamiętać.
- Sabotaż. - Potwierdził Albertinazzi spoglądając na doradcę. Zaraz jednak wrócił wzrokiem do Doży. - Nie zwykłem rozpoczynać inwestycji będąc na nie nieprzygotowanym. Tak się jednak składa, że ktoś zawczasu przygotował się na moje przyjście i uknuł sabotaż na moim zapleczu. Musiał to długo planować i wprowadzać w życie. Pomału, by przeszło obok mnie niezauważone. Muszę przyznać iż jestem pod wrażeniem kunsztu. Niemniej ta ilość okazanej mi atencji oznacza iż osoba odpowiedzialna się mnie obawia bądź ma wobec mnie jakiś dawny zatarg. Żadnej opcji nie odrzucam, acz za wcześniej jeszcze bym mógł wyciągnąć jakieś konkluzje. Krach w Milanie bodzi we mnie osobiście, gdyż na szali znajduje się moja reputacja. Niemniej jeżeli podłoże jest osobiste, to Milano nie ma znaczenia. Mogło się to wydarzyć gdziekolwiek i muszę zbadać sprawę do końca i rozliczyć się ze sprawcą, aby więcej nie próbował czegoś takiego.
-
- I co masz zamiar zrobić z sabotażystą? - ponownie odezwał się doradca, co mogło już nadwyrężać nerwy Albertinazazi - Na pewno nie pozostawisz tego bez kary. - mężczyzna przysunął się do Vincenzo na niekomfortowo bliską odległość - Prawda?
-

Ciągły brak reakcji ze strony doży dobitnie świadczył o tym jak na tą chwilę przedstawiała się sytuacja. Zero interakcji. Jedynie jakiś nikt przesłuchiwał Vincenza. Mógł się spodziewać wielu rzeczy, ale nie spodziewał się takiej potwarzy z jego strony. Nie po tym wszystkim co się zdarzyło w przeszłości. Nie spuszczał z doży wzroku czekając na jego reakcję. Doradcę, który go przesłuchiwał nie zaszczycił już nawet spojrzeniem. Nawet gdy ten nachalnie przysunął się w jego stronę.
- Kiedy nadejdzie odpowiednia pora zrobię to co należy. - Odpowiedział krótko. -
Patowa sytuacja w tej rozmowie zdawała się przedłużać w nieskończoność. Tym razem i doradca milczał. Czemu? Czyżby testowali jego cierpliwość? Jak Doża mógłby się do tego posunąć?
Już kiedy wydawało się, że przekroczone zostaną wszelkie granice i Vincenzo nie pozostanie nic innego od opuszczenia pokoju z trzaskiem drzwi...- Twój ojciec miał tak wielkie nadzieje co do twojej osoby. -nagle odezwał się milczący Doża, głosem pełnym strapienia, ale też zimnego spokoju. Pewności słów - Ja również je w tobie pokładałem od początku. Jaki w końcu wybór mieliby Albertinazzi, gdyby nie ty? Twój nieopanowany brat zająłby się interesami? - odwrócił się w stronę mężczyzny, stawiając kielich z winem na biurko - Powiedz, jakie?
Nie oczekiwał jednak odpowiedzi, bo kontynuował zaraz.
- Byłby zawiedziony tobą jako i ja teraz jestem, szczególnie że traktujesz sprawę jako drobnostkę. Nic wartego darcia szat. Może i masz rację. - zaczął przechodzić obok Vincenzo w kierunku biblioteczki z kodeksami - Może i ja za wiele do tego przykładam, a zrujnowana umowa z Milano jest łatwa do nadrobienia w ciągu kilku lat. Może się tak zestarzałem, że zbyt poważnie na każdą drobnostkę patrzę. - przesunął palcami po ułożonych zwojach i wyciągnął jeden z nich.
- Wiesz, jakie jest podobieństwo między księgami a interesami? - skierował kroki ku biurku i przysunął zwiniętą kartę do zapalonej świecy... - Są tak wrażliwe na proste zagrożenia... - ...i włożył rant w środek ognia świecy zapalając go od razu - Oba płoną od małego zaprószenia.Doża podszedł ku Vincenzo z powoli płonącym zwojem.
- Zależy jakie będą zniszczenia nim zagasimy.
Wcisnął zwój w dłoń wenecjanina, który ledwo zdążył go upuścić na podłogę, gdy ogień zaczął dochodzić mu do skóry.
- Wiesz co masz zrobić.Vincenzo spojrzał na płonący pergamin i między jęzorami ognia zobaczył znany mu znak.
Własny podpis z pieczęcią domu.- Masz trzy dni, aby zdrajca klęczał przede mną i błagał o życie.
-

Nie wiedział w co pogrywał doża ze swoim sługusem. Milczenie po ostatnich słowach Vincenzo dłużyło się. Czy to był dobry znak, czy zły, czy cokolwiek w tym spotkaniu miało choć namiastkę bycia dobrym znakiem? Ciężko było określić. Tak czy inaczej Vincenzo wiedział już, że srogo się zawiódł na doży. Razem z ojcem pomogli mu osiągnąć obecne stanowisko, a teraz on odwracał się do rodziny Albertinazzi plecami. Kiedy Vincenzo już myślał, że cała rozmowa zakończy się takim nieprzyjemnym milczeniem doża w końcu się odezwał przywołując nie kogo innego jak świętej pamięci ojca Vincenza.
Miał rację… Nawet jeżeli Vincenzo nie chciałby tego przyznać, to byłoby oszukiwanie rzeczywistości. Doża miał rację. Pod wieloma względami. Fabrizio nie nadawał się do prowadzenia rodzinnego interesu. Zbyt często myślał lędźwiami miast głową. Czego najnowszy dowód zafundował bratu całkiem niedawno. Wciąż czuł w sercu gorycz całego zajścia. Wciąż czuł te ukłucia wstydu i wyrzuty sumienia. Disgrazia! Po trzykroć disgrazia. Na obu braci, na jego córkę, na żonę. Na całą rodzinę. Doża miał rację. Ojciec byłby zawiedziony. Świadom był natury Fabrizia. Wiedział, że przeszkadzałoby to mu w godnym prowadzeniu rodzinnych interesów. Miał nadzieję iż Vincenzo wywrze pozytywny wpływ na brata i ostatecznie uda się sprowadzić go na szlachetną drogę porzucając tą buduarową drogę przyjemności ciała. Ostatnia doba ukazała jednak, iż stało się dokładnie na odwrót. Miast wynosić Fabrizia na drogę szlachetności, to ten drugi przyczynił się swymi występkami do stoczenia się Vincenza w odmęty tych samych grzesznych praktyk. Ojciec zdecydowanie byłby zawiedziony tymi wydarzeniami. Teraz z pewnością patrzył na nich z niebieskich pałaców z dezaprobatą, tak jak tylko on potrafił. Wzrokiem, który zazwyczaj kierowany był wyłącznie na Fabrizia. Vincenzo wiedział, że zgrzeszył, a świadomość wagi tego grzechu paliła jego trzewia. Czas na spowiedź i pokutę zbliżała się niemiłosiernie, acz on przygnieciony wyrzutami sumienia obawiał się jej niczym ścięcia. Ale pewne było również to, że ojciec byłby dumny z tego jak Vincenzo prowadził ich interesy. Tutaj doża się sromotnie mylił. Dość dobitnie ilustrował sytuacje używając płonącego zwoju. Ale… przecież to była jego pieczęć i podpis. Czy to była ostatnia wiadomość jaką mu przesłał? Nie ważne. Delikatne oparzenia na rękach nie przeszkadzało Vincenzo. Zasługiwał na większe kary po tym co uczynił swojej małżonce.
- Masz racje doxe. - Zaczął mówić Vincenzo pocierając palce, aby odruchowo pozbyć się nieprzyjemnego odczucia przypalenia. - Traktuję tego zdrajcę niczym drobnostkę, bo nią jest. Zdradził raz i więcej okazji mieć nie będzie. Jest zaledwie pionem. To co się zadziało nie byłby w stanie samemu przygotować. Dostał ode mnie wszystko, a mimo to zdradził. To wiele mówi o sprawczości i możliwościach osoby, która go do tego pchnęła. On jest pionem. Poniesie zasłużoną karę i będzie przestrogą dla innych, ale nie rzucę wszystkich środków, aby dostarczyć go przed Twe oblicze za trzy dni, bo ten który siedzi za szachownicą w tym czasie rozstawi figury. - W jakimś odruchu Vinenzo na chwilę przeniósł wzrok z Dandolo na jego pomocnika, z którym wcześniej rozmawiał. Zaszczycił go paroma sekundami kontaktu wzrokowego, po czym wrócił do głównego rozmówcy. - Nie traktuję tego jako nic nie znaczącego zajścia. Po prostu skupiam się na tym co naprawdę istotne. - Spojrzał w dół i przydeptał tlący się pergamin - Non perdiamo tempo. Walczenie z zaprószeniami jest daremnym trudem kiedy po bibliotece biega podpalacz. Szybciej będzie w stanie podkładać ogień niż ja go gasić. Dlategoż najpierw muszę zająć się nim, gdyż dopiero wtedy sytuacja ulegnie uspokojeniu. A ukoronowaniem tego będzie ów zdrajca klęczący przed Tobą i błagający o litość. - Vincenzo wskazał gestem podłogę przed biurkiem dla urzeczywistnienia, że w tym miejscu będzie klęczał ów niegodziwiec - Dostaniesz go wedle życzenia doxe, ale nie wystawię się na kolejne ciosy, aby go doprowadzić w trzy dni. Obaj na tym byśmy ostatecznie stracili i tego żałowali. Trzeba to zrobić z głową, a nie gonić z żądzą zemsty za ukaraniem niegodziwca.
-
Doża Wenecji przysłuchiwał się cierpliwie słowom Vincenzo, nie okazując zniecierpliwienia ni drgnięciem powieki, ni będąc targanym przez irytację zachowaniem Albertinazzi, zupełnie jakby prowadzili całkowicie zwyczajną rozmowę przy kielichach dobrego wina. Doradca natomiast zdawał się być trochę znużony, jednak jedno spojrzenie na swojego pracodawcę zniechęciło go do przerywania monologu czy wręcz zabierania głosu Enrico.
- Teraz na tobie się nie oszukałem, Vincenzo. - doża skinął głową - Ale sprawa jest poważna, nawet jeżeli pionek zdradził, a ja na potyczki nie mogę pozwalać, rozumiesz? Wdzięczność i przyjaźń ma granicę, jaką dla nich możesz poświęcić. Taka okropna prawda. W interesach nie istnieje miłość. - zamyślił się - Dobrze, dam ci czas i wolną rękę. Nie będę pośpieszał, ale nie mogę być nadto pobłażliwy... szczególnie że nie przyniosłeś mi dowodów tej zdrady. - przypomniał.
Faktycznie, Alessia nie dostarczyła papierów jak na razie widział. Co ją powstrzymało? -

Wyglądało na to, że słowa Vincenzo uspokoiły dożę. Dobrze. Powiedział mu prawdę tak jak zawsze czynił. Wiedział, że na oszustwie względem partnera daleko nie zajedzie. Takie rzeczy miały tendencję mścić się w najgorszych możliwych momentach. Wiedział, że sytuacja nie była wesoła, bo możliwości, którymi wykazał się ich oponent były godne szacunku. Kluczem było ustalenie jego tożsamości, a do tego droga mogła nie być taka prosta jak niektórzy by chcieli. W końcu jeżeli to była ta szara eminencja, o której Albertinazzi myślał, to była to osoba potrafiąca doskonale maskować ślady. Jak jednak życie nieraz pokazywało nie ma kogoś nie do ruszenia, licząc również Vincenzo, czemu dowodziły ostatnie wydarzenia.
- Rozumiem doxe, a zarazem dziękuję. - Vincenzo skłonił głowę przed swoim dobrodziejem, z którym wiązały go liczne interesy. Nie wierzył co prawda, aby mężczyzna był gotów całkiem się odciąć. Zbyt ciasny był węzeł wzajemnych zależności między nimi. Odcięcie się jednego od drugiego nie było w stanie odbyć się bez poważnych reperkusji. - Również nie chcę potyczek, czy walk. Takie konflikty szkodzą interesom. Ale to nie my zaczęliśmy, a zostaliśmy wciągnięci w ten konflikt. Za brak dowodów ze mną przepraszam. - Ponownie skłonił głowę, tym razem w geście pokory. Zastanawiał się co zatrzymało Alessię. W jej wierność i kompetencję nie wątpił. Co prawda to samo tyczyło się zdrajcy. Czyżby więc i ona go zdradziła? Ciężko było w to uwierzyć. Nie mógł jednak tego odrzucać. Z drugiej strony nie godziło się wysuwać pochopnych wniosków. Rywal schowany w cieniu był wpływowy. Mógł sięgnąć również po Alessię, ale równie dobrze mogło się stać wiele innych rzeczy. Kolejna zagadka. Za dużo ich teraz było. - Kopie miały zostać dostarczone na nasze spotkanie przez zaufanego posłańca. Nie wiem jeszcze co się stało, ale przyjrzę się temu. Odpowiedzialny za ten cały ambaras pociąga za sznurki z cienia. Zna moje interesy i moich ludzi. Mam nadzieję, że ów brak, którego doświadczyliśmy nie jest jego kolejnym dziełem. Doxe, za pozwoleniem udam się zająć tą sprawą. - Vincenzo wstał i skłonił się doży. Jego pomocnika zaszczycił jedynie krótkim spojrzeniem.
Po opuszczeniu spotkania wsiadł do swojego powozu. Nie dawało mu spokoju to co się stało, a raczej co się nie stało. Czemuż to Alessia się nie pojawiła. Miała udać się do Fabrizzia i przynieść dokumenty. Nie było to trudne zadanie. Pytanie na które należało odpowiedzieć, to w którym momencie coś poszło nie tak. Był zaś tylko jeden sposób aby się przekonać. Albertinazzi wyjrzał przez okno na woźnicę.
- Do posiadłości mego brata. - zalecił. Po ostatnich wydarzeniach szczerze nie chciał go widzieć. Nie kiedy rana świeżo jątrzyła się w jego wnętrznościach. Musiał jednak odsunąć to uczucie na bok i zająć się tym czym powinien. Dowiedzieć się co się działo.