Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. The Haunting of Harrowstone
Adventure Path: Carrion Crown
MarikaM
Marika jako
Ścieżka Szeptów
Mistrz Gry
PiołunP
Piołun jako
Morgrin Bonecarver
MiRaazM
MiRaaz jako
Iramir
GrizzoG
Grizzo jako
Alicia Thunderstone
PaniczP
Panicz jako
Vald Bendic

The Haunting of Harrowstone

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
12 Posty 5 Uczestników 382 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MarikaM Niedostępny
    MarikaM Niedostępny
    Marika jako Ścieżka Szeptów
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Marika
    #1

    text alternatywny

    „Nic nie sprawia ludzkiemu umysłowi większego bólu niż wielka i nagła zmiana.”
    Mary Shelley, Frankenstein (1818)

    Alternatywny tekst obrazka

    tekst alternatywny

    Przenikliwie chłodny, wczesnowiosenny poranek przyniósł ze sobą drobny i nieustępliwy deszcz, jakby samo niebo nie umiało przestać łkać. Drogi biegnące na południe od kobaltowej toni Jeziora Lias rozpływały się w gęstej mżawce, która zdawała się chłonąć każdy dźwięk i osiadać na wszystkim, czego dosięgła. Świat zacierał się i blakł, jakby uwięziony za mleczną kurtyną. Brunatna ziemia, poorana koleinami, uginała się pod każdym ciężarem, a lepkie błoto uporczywie przywierało do podeszew. Wiosna z mozołem torowała sobie drogę przez ustalavski chłód.

    centered paragraph

    Pośród tej posępnej krainy Ravengro przypominało czarny turmalin odnaleziony w popiele. Było niewielkim, lecz zaskakująco urokliwym miasteczkiem, którego mieszkańcom udało się to, czego nie zdołały dziesiątki innych społeczności Canterwall: przetrwać. W regionie nie brakowało opuszczonych gospodarstw, zarastających fundamentów i ruin osad, które na przestrzeni stuleci padły ofiarą wojen, tajemniczych nieszczęść, łupieżczych najazdów bądź powolnego zapomnienia. Ravengro tymczasem trwało, uparte i przywiązane do swego skromnego skrawka ziemi.

    Jego zabudowania skupiały się wzdłuż wąskich uliczek, na których ubita ziemia mieszała się z kamieniami i pod deszczem rozmiękała w błoto. Ponad płotami ze sztachet sterczały strome dachy domów, z których niektóre miały szachulcowe piętra i niewielkie balkony. Wśród skromniejszych budynków wyróżniały się starsze, kamienne fasady o wąskich oknach i ciężkich drzwiach. Nad linią dachów, na pobliskim wzgórzu, majaczyły poczerniałe ruiny dawnego więzienia Harrowstone, podczas gdy nad samym miasteczkiem unosiły się cienkie smugi kominowego dymu. Deszcz przyciemniał drewno i spływał po bielonych wapnem ścianach, a nagie konary drzew odcinały się od szarego nieboskłonu. Na ich gałęziach przesiadywały całe stada kruków, a ochrypłe krakanie raz po raz rozlegało się ponad uliczkami.

    Mimo niesprzyjającej aury miasteczko budziło się do życia. W przydomowych ogródkach, jeszcze nagich po zimie, czerniała świeżo przekopana ziemia. Za płotami krzątały się zwierzęta gospodarskie, ktoś otwierał okiennice, gdzie indziej skrzypiały drzwi. Ludzie spieszyli do prozaicznych obowiązków, osłaniając twarze przed wilgocią i ostrożnie omijając głębsze kałuże. Patrząc na tę skromną codzienność, można było niemal zapomnieć, że ziemie Ustalavu przez ponad sześć stuleci pozostawały pod jarzmem Szepczącego Tyrana, a później raz po raz były pustoszone przez krwawe wojny rodowe i najazdy orków z Belkzen.

    text alternatywny

    Alternatywny tekst obrazka

    left aligned paragraph

    Posiadłość Lorrimorów była skromnym, piętrowym budynkiem z kamienia pokrytego jasnym tynkiem, nakrytym stromym dachem z ciemnej dachówki. Fasada, z niewielkim gankiem przy wejściu i drewnianymi okiennicami, pozbawiona była ozdób właściwych bogatszym rezydencjom. W oknach wisiały ciężkie zasłony, a w szparach między nimi dawało się dostrzec wysokie regały uginające się od książek. Całość sprawiała wrażenie domu schludnego, choć nieco staroświeckiego, którego właściciel najwyraźniej więcej uwagi poświęcał księgozbiorowi niż wyglądowi budynku.

    Przed domem zgromadziła się niewielka grupa żałobników. Jedni szukali schronienia pod daszkiem ganku, inni, szczelnie opatuleni w płaszcze, naciągali kaptury głęboko na twarze. Dwaj mężczyźni, wyróżniający się spośród pozostałych starannym ubiorem, trzymali nad głowami ciemne parasole. Z okapu ściekały cienkie strużki deszczówki i rozpryskiwały się na kamiennych stopniach. Drzwi pozostawały otwarte, zgodnie ze zwyczajem, na wypadek, gdyby przybyli kolejni goście, by złożyć ostatni hołd zmarłemu.

    Przybywających witała osobiście pani domu, Kendra Lorrimor, dwudziestopięcioletnia córka zmarłego profesora. Była smukłą, urodziwą kobietą w stonowanej czarnej sukni, dopełnionej eleganckim żałobnym welonem. Zaczerwienione, lekko opuchnięte oczy i zmęczenie malujące się na twarzy zdradzały nieprzespane noce oraz ciężar świeżej straty. Mimo to starała się witać każdego z należytą uprzejmością, choć w jej oczach smutek mieszał się z wyraźną ulgą. Zdradzała też trudną do ukrycia ciekawość wobec nieznajomych.

    Z żalem zauważyła, że niewiele osób zdecydowało się przybyć, by pożegnać jej ojca. Nawet spośród mieszkańców Ravengro zjawiła się ledwie garstka, choć, jak napomknęła, trudno było się temu dziwić, „zważywszy na nastroje, jakie ostatnimi czasy panują w mieście”. Nie wydawała się jednak skłonna rozwijać tej myśli. Ewentualne pytania zbywała łagodnie, acz stanowczo, prosząc o cierpliwość do zakończenia pogrzebu. Zapewniała, że gdy wszyscy wrócą do domu, znajdzie się czas na rozmowę i wyjaśnienia.

    Kendra przy okazji przedstawiła im innych żałobników, wśród których było dwóch rajców miejskich. Pierwszym był Vashian Hearthmount, starszy, korpulentny mężczyzna o siwiejących włosach i postawie emerytowanego generała. Jego pełną twarz zdobiły cienki, starannie przystrzyżony wąs i niewielka bródka. Nosił ciemny surdut z wysoko zawiązanym pod szyją halsztukiem, a szerokie rondo czarnego kapelusza osłaniało mu oblicze i nadawało wygląd człowieka przywiązanego do dawnych obyczajów. Obok niego stał Gharen Muricar, mężczyzna w równie podeszłym wieku, lecz obdarzony żywym spojrzeniem i energią zdającą się przeczyć siwiźnie. Schludny, ciemnozielony surdut, jasna kamizelka i starannie zawiązany halsztuk świadczyły o nie mniejszej dbałości o prezencję niż u towarzysza.

    Nieco dalej znajdował się miejscowy karczmarz, Zokar Elkarid, zwalisty mężczyzna o rumianej, pucołowatej twarzy i bujnych, lekko podkręconych wąsach. Nawet odświętna koszula nie zdołała ukryć gęstego owłosienia wystającego spod kołnierza. Towarzyszył mu syn, Pevrin, trzynastoletni chłopiec pełniący w Ravengro obowiązki młodszego skryby ogłoszeniowego, ubrany na tę okazję w schludny, ciemny kaftan. Za Elkaridami widniało jeszcze kilku miejscowych mężczyzn; stali ze spuszczonymi głowami, jawnie stroniąc od przybyszów.

    Obecne były również dwie kobiety. Pierwszą z nich Kendra przedstawiła jako Jomindę Fallenbridge, miejscową aptekarkę. Trzydziestolatka o ciemnych, kręconych włosach, częściowo ukrytych pod niewielkim czepkiem. Nosiła ciemną suknię z bufiastymi rękawami, na którą narzuciła skromną pelerynę chroniącą przed wilgocią.

    Znacznie bardziej osobliwy i zarazem niepokojący widok przedstawiała druga — młoda zakonnica, siostra Maria. Miała ona na sobie kruczoczarny habit o surowym, niemal wojskowym kroju i zakonny welon przypominający żałobną zasłonę. Podwika była nasunięta głęboko na oczy, a spod welonu wymykały się pasma śnieżnobiałych włosów, podkreślające niezwykłą bladość jej twarzy. Na plecach niosła kosę, a bose stopy zdawały się nie zważać na dojmujący chłód Pharastu i rozmokłą ziemię. Trzymała się na uboczu, milcząca i niewzruszona.

    Zresztą i pozostali żałobnicy nie mieli ochoty na rozmowy. Wymieniano co najwyżej pojedyncze słowa, krótkie pozdrowienia i przyciszone uwagi, które szybko zamierały w jednostajnym szmerze deszczu. Nad niewielkim zgromadzeniem ciążył smutek, gęsty jak sama mżawka.

    text alternatywny

    Alternatywny tekst obrazka

    Wnętrze domu Lorrimorów potwierdzało wrażenie, jakie wywierała skromna fasada. Pomieszczenia urządzono bez szczególnego przepychu, za to niemal wszędzie stały półki i regały ciasno wypełnione książkami. Zapach starego papieru mieszał się z wonią wosku i wilgoci wnoszonej na płaszczach przybywających gości.

    Największy z pokojów, na co dzień służący za salon, przybrał na tę okazję żałobny wystrój. Ściany miejscami przysłonięto czarnym suknem, a pośrodku, na prostym katafalku, spoczywała zamknięta trumna z olchy, kryjąca doczesne szczątki profesora Petrosa Lorrimora. Wokół ustawiono kilka świec i skromne dekoracje z zielonych gałązek. Drżące płomienie rzucały ciepły blask na wypolerowane drewno, podczas gdy za zasłoniętymi oknami nie ustawał deszcz.

    Zgromadzonym pozostawiono czas na osobiste pożegnanie zmarłego. Przy trumnie można było zatrzymać się w milczeniu, pochylić głowę, odmówić modlitwę albo uczcić pamięć profesora zgodnie z własnym obyczajem. Nikt nie ponaglał żałobników, a przyciszone rozmowy stopniowo ustępowały uroczystej ciszy.

    centered paragraph

    Gdy czas przeznaczony na pożegnanie dobiegł końca, jeden z sześciu akolitów Pharasmy, odzianych w ciemne szaty z wyhaftowaną białą nicią kometą ze spiralnym ogonem, wystąpił przed katafalk. Zebrani pochylili głowy, a duchowny rozpoczął krótką modlitwę, wypowiadając ustalone formuły, którymi powierzał zmarłego opiece Pani Grobów. Prosił, by dusza Petrosa odnalazła drogę przez Rzekę Dusz i stanęła przed sprawiedliwym sądem bogini. Na zakończenie nakreślił dłonią w powietrzu znak spirali, a pozostali akolici w milczeniu powtórzyli ten gest.

    Po chwili duchowny zwrócił się do zgromadzonych i przyciszonym, ceremonialnym głosem oznajmił, że nadszedł czas, by wyprowadzić zmarłego do świątyni. Zapytał też, czy ktoś spośród krewnych i przyjaciół profesora pragnie dostąpić zaszczytu niesienia jego trumny.

    Następnie akolici przystąpili do przygotowań, upewniając się, że wieko jest należycie zabezpieczone, a uchwyty gotowe do podniesienia ciężaru. Gdy ustalono, kto poniesie trumnę, uniesiono ją z katafalku i ostrożnie skierowano ku wyjściu. Kendra zajęła miejsce tuż za trumną, a pozostali żałobnicy zaczęli ustawiać się w skromny orszak.

    Wkrótce kondukt opuścił dom Lorrimorów i wilgotnymi uliczkami Ravengro ruszył ku świątyni Pharasmy.

    Przyznanie się do błędu to nie słabość, lecz zwycięstwo prawdy nad ignorancją.

    Flesh, not tech-fantasy, the way to salvation
    Never be destroyed by your own creation
    A new star is born of muscle and nerve
    Flesh and Bone

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    2
    • PiołunP Niedostępny
      PiołunP Niedostępny
      Piołun jako Morgrin Bonecarver
      Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #2

      9 Pharast 4711 AR, około ósmej rano
Carrion Hill, Versex

      Ostatnie uderzenie rozniosło się suchym trzaskiem po niewielkim dziedzińcu i ucichło pomiędzy kamiennymi ścianami. Morgrin jeszcze przez moment trwał pochylony nad płytą, z dłonią zaciśniętą na rękojeści dłuta, jakby wsłuchiwał się w odpowiedź kamienia. Jasny pył osiadł mu na rękawach, skórzanym fartuchu i dolnych pasmach długiej, siwej brody, znacząc ciemny materiał bladym nalotem. Nagrobek był już niemal ukończony. Prosty, pozbawiony zbędnych ornamentów, wykonany z ciemnego kamienia o delikatnym żyłkowaniu. Na jego powierzchni widniało nazwisko zmarłego, daty oraz kilka zdań wybranych przez rodzinę, które nawet spodobały się krasnoludowi. "A przecież nie cały umieram, bo to, co we mnie niezniszczalne, trwać będzie" brzmiał napis. Morgrin znał treść inskrypcji niemal na pamięć, a mimo to przeczytał ją jeszcze raz, powoli, sprawdzając nie tyle słowa, co ich wykonanie. Kciuk zatrzymał mu się na ostatniej literze. Jedna z krawędzi była nieznacznie płytsza od pozostałych. Sięgnął po węższe dłuto i poprawił ją kilkoma ostrożnymi uderzeniami. Młodszy pomocnik, który od pewnego czasu kręcił się w pobliżu, zerknął na płytę i zauważył, że przecież już wcześniej wyglądała dobrze.
      – Dobrze, ale nie wystarczająco dobrze. W tym zakładzie nie robimy rzeczy po prostu dobrze. – odparł Morgrin, nie odrywając wzroku od kamienia.
      Na tym rozmowa się skończyła. Kto pracował u Bonecarverów wystarczająco długo, szybko uczył się, że różnica między rzeczą wykonaną dobrze a wykonaną jak należy miała dla Morgrina wielkie znaczenie. Kamień pozostawał długo po tym, jak znikały głosy, twarze i wspomnienia. Jeśli miał nosić czyjeś imię, powinien robić to bez śladu niedbałości kamieniarza.

      Poranek był chłodny i wilgotny. Carrion Hill budziło się powoli pod warstwą nisko zawieszonej mgły, która wciskała się między dachy i osiadała kroplami na murach. Wąskie uliczki były jeszcze niemal puste, poza kilkoma handlarzami otwierającymi stragany i robotnikami zmierzającymi do swoich zajęć. Z sąsiednich warsztatów dochodził głuchy stuk młotów, skrzypienie drewna i przeciągłe odgłosy przesuwanych po bruku wozów. Dziedziniec Bonecarverów wyglądał jak miejsce, w którym wszystko miało swoje zastosowanie. Pod ścianami stały przygotowane bloki kamienia oznaczone kredą, a obok nich leżały małe fragmenty płyt. Były to resztki wcześniejszych prac i odłamki zbyt małe na nagrobki, lecz zbyt dobre jakościowo, by je wyrzucić. Na stole pod zadaszeniem spoczywały dłuta, młotki i pilniki, niektóre starsze od samego krasnoluda. Kilka z nich należało jeszcze do jego ojca, a ich rękojeści przez lata wygładziły się od dotyku dłoni.

      Morgrin oczyścił świeżo poprawioną literę z pyłu, przesunął dłonią po całej inskrypcji i dopiero wtedy odłożył narzędzia. Tym razem niczego więcej nie znalazł. Praca była skończona. Kiedy już miał zawołać swojego ucznia, by pomógł mu z przeniesieniem płyty, od strony ulicy dobiegł stuk końskich kopyt. Morgrin początkowo nie zwrócił na niego większej uwagi, bowiem w Carrion Hill każdego ranka przewijali się kupcy, posłańcy i urzędnicy, a odgłos podkutego konia nie należał do rzeczy niezwykłych. Dopiero gdy zwierzę zatrzymało się przed bramą, a chwilę później ktoś wypowiedział jego nazwisko, krasnolud niespiesznie, niemal flegmatycznie, uniósł głowę.

      Przy wejściu stał przemoczony mężczyzna w ciężkim płaszczu podróżnym. Woda spływała mu z kaptura, koń za jego plecami parskał ciężko, a skórzana torba przewieszona przez ramię nosiła wyraźne ślady długiej drogi. Posłaniec wydobył z niej kopertę zabezpieczoną woskowanym płótnem i oznajmił, że przywiózł list z Ravengro. Morgrin wyciągnął po niego rękę, lecz zatrzymał ją na moment, gdy dostrzegł nazwisko nadawcy.
      Lorrimor.
      To nazwisko natychmiast przywołało wspomnienia, w większości dobre i zaskakująco ciepłe. Odebrał przesyłkę, obejrzał pieczęć i jeszcze raz przesunął wzrokiem po zapisanych literach. Jasny pył z jego palców pozostawił na kopercie kilka drobnych smug. Nie otworzył jej jednak od razu. Najpierw zapytał posłańca, kiedy ten zamierza ruszyć w drogę powrotną do Ravengro, po czym wręczył mu kilka monet i poprosił, by zaczekał choć chwilę, najlepiej przy czymś ciepłym w pobliskiej gospodzie. Cokolwiek znajdowało się w liście, Morgrin darzył profesora i jego córkę zbyt dużym szacunkiem, by zostawić wiadomość bez rychłej odpowiedzi.

      text alternatywny

      Otworzył list dopiero wtedy, gdy został sam. Wrócił do wnętrza warsztatu, gdzie panował miły jego oczom półmrok. Usiadł przy ciężkim stole, odsunął na bok kilka drobnych narzędzi i ostrożnie złamał pieczęć, nie uszkadzając bardziej papieru, niż było to konieczne. Czytał powoli, w skupieniu, tak, że tyko jego wzrok przesuwał się po kolejnych wersach. Przy wzmiance o śmierci Petrosa zatrzymał się na dłużej, lecz poza lekkim napięciem szczęki nic nie zdradziło jego reakcji. Po skończeniu nie odłożył listu. Wygładził go dłonią i przeczytał jeszcze raz, tym razem jeszcze uważniej, jakby w słowach Kendry mogło kryć się coś, czego nie dostrzegł za pierwszym razem, ale niczego takiego nie było.

      Przez chwilę siedział bez ruchu, zatrzymując wzrok na nazwisku widniejącym pod wiadomością. Potem wspomnienie przyszło samo, bez wyraźnej przyczyny. Morgrin przeżył z profesorem kilka chwil, z których niejedna nadawałaby się do opowieści przy kuflu, a ktoś bardziej skłonny do przesady mógłby nazwać je nawet przygodami. Tym razem jednak nie przypomniała mu się żadna z nich.Przyszedł mu na myśl drobiazg. Widział Petrosa pochylonego nad odzyskaną księgą, z wyraźnym żalem odkładającego ją na bok. Pamiętał też szacunek, jaki profesor okazał wtedy nie tylko jego obowiązkom, lecz przede wszystkim zmarłemu, do którego należała. To właśnie w tamtej chwili Morgrin po raz pierwszy pomyślał, że Lorrimor należy do tych nielicznych uczonych, którym naprawdę mógłby zaufać. A teraz ten człowiek nie żył.

      Krasnolud złożył list i jeszcze przez moment trzymał go w dłoni, patrząc gdzieś ponad stołem. Nie pozwolił sobie na więcej. Żal mógł poczekać. Obowiązki nie. Wstał i bez zwłoki zabrał się za odpowiedź. Pisał szybko, lecz starannie, pilnując należnej formy. Gotowy list przekazał jednemu z uczniów, polecając mu odnieść go posłańcowi czekającemu w gospodzie. Dopiero potem opuścił warsztat. Na odchodnym nakazał zabezpieczyć narzędzia, dopilnować ukończonej płyty i poinformować rodzinę, że może ją odebrać, a zapłatę za pracę przyjmie po powrocie. Sam ruszył do domu, by przygotować się do podróży. Do Ravengro zamierzał wyruszyć następnego dnia o świcie.

      text alternatywny

      text alternatywny

      Droga do Ravengro upływała mu głównie w milczeniu i głębokiej zadumie. Wyruszył o świcie, zabierając ze sobą wszystko, co uznał za konieczne, a ponieważ nie wiedział, jak długo przyjdzie mu pozostać na miejscu, jego bagaż okazał się całkiem pokaźny. Pierwszą część podróży odbył na wozie kupieckim zmierzającym na południe. Później, gdy drogi jego i kupca się rozeszły, dalszy odcinek pokonywał już pieszo, z płaszczem szczelnie zapiętym pod szyją. Dociągnął mocniej pas i poprawił ekwipunek tak, by ciężar możliwie równomiernie rozłożył się na ramionach. Nie należał do ludzi, którzy zwykli narzekać na trudy drogi, ale nie wybrał się w lekką podróż. Mimo wszystko, błoto, zimno czy obolałe nogi były problemami prostymi, a przez to znacznie łatwiejszymi do zniesienia niż te, których nie dało się rozwiązać siłą rąk ani cierpliwością.

      Wczesna wiosna w Ustalavie niewiele miała wspólnego z łagodnością. Ziemia rozmiękła po zimie i ustępowała pod ciężarem butów. Koleiny wypełniała brunatna woda, a chłód wciskał się pod ubranie razem z wilgocią. Im dalej na południe, tym częściej nad traktem zawisała drobna mżawka, czasem zanikająca na godzinę lub dwie tylko po to, by później powrócić bez ostrzeżenia. Pola ciągnęły się szare i ciężkie, przydrożne drzewa stały całkiem ogołocone z liści, a mijane osady sprawiały wrażenie ospałych i ponurych.

      Przez całą drogę, mimo prób zajęcia myśli czymś innym, Morgrin niezmiennie wracał do listu Kendry. Nie było w nim niczego, co pozwalałoby podejrzewać więcej, niż zostało napisane. Pharasma mu świadkiem, śmierć przychodziła zarówno po szanowanych profesorów, jak i po prostych żebraków z ulicy. Morgrin miał zbyt wiele doświadczenia płynącego z organizacji pochówków, by wszędzie doszukiwać się spisku. Ludzie ginęli od upadków, chorób, złej pogody, nieuwagi i setek innych przyczyn, które nie miały nic wspólnego z klątwami. Petros Lorrimor nie był jednak człowiekiem, którego zajęcia pozwalały całkowicie odsunąć podobne myśli. Im bliżej Ravengro się znajdował, tym częściej wracało do niego pytanie, czy profesor rzeczywiście zginął wskutek zwyczajnego nieszczęścia? Próbował nie gdybać, wszakże nie znał okoliczności, a budowanie przypuszczeń na podstawie kilku zdań uznawał za głupie i godne raczej jego uczniów, niż jego samego. Pamiętał jednak dobrze, czym Petros zwykł się zajmować. Warto nadmienić, że uczony nie szukał niebezpieczeństwa dla samej przyjemności, lecz zbyt często pracował tam, gdzie ono już czekało.

      Jakby nie było, Morgrin postanowił niczego nie rozstrzygać, nawet jeśli własne myśli nie zawsze chciały się temu podporządkować. Jeśli śmierć Petrosa okaże się przyziemnie zwyczajna, odda mu należny zmarłemu hołd, wysłucha Kendry, wesprze na ile będzie potrafił i wróci do Carrion Hill. Jeżeli jednak kryło się za nią coś więcej, na miejscu zatrzyma się na dłużej. Tak sobie obiecał.

      text alternatywny

      text alternatywny

      Do Ravengro dotarł dzień przed planowanym pogrzebem, późnym popołudniem. Nie próbował narzucać się Kendrze ani zaglądać do domu Lorrimorów po zmroku. Po długiej drodze znalazł nocleg w jednej z miejscowych gospod, zostawił część bagażu i ograniczył się do upewnienia, że nic nie zmieniło się w harmonogramie ceremonii. Nocleg okazał się równie skromny jak te, które trafiały mu się wcześniej przy trakcie. Pokój był ciasny, chłodny i urządzony bez większej troski o wygodę. Tynk na ścianach gdzieniegdzie odchodził płatami, siennik pamiętał zapewne lepsze czasy, a przez niedomknięte okno wciskało się wilgotne, nocne powietrze. Krasnolud nie miał jednak w zwyczaju narzekać, więc i tym razem tego nie zrobił. Zostawił bagaż przy ścianie, zdjął cięższe elementy ekwipunku i położył się bez zbędnych przygotowań. Sen nie przyszedł jednak szybko. Przez długi czas leżał na plecach, wpatrując się w ciemną plamę wilgoci rozlaną na suficie nad łóżkiem. W słabym świetle jej kształt przypominał ludzką twarz, choć równie dobrze mógł to być tylko kaprys zmęczonego umysłu, dopasowującego kształty, tam gdzie stanowczo nie winno ich być. Morgrin śledził wzrokiem jej nieregularne krawędzie tak długo, aż obraz zaczął się przed nim rozmywać, po czym w końcu zasnął.

      text alternatywny

      text alternatywny

      Rankiem zjawił się przy domu Lorrimorów wcześniej niż większość żałobników. Był już odświętnie ubrany i przygotowany do pogrzebu, choć w jego przypadku oznaczało to przede wszystkim starannie oczyszczony strój, uporządkowaną brodę i ekwipunek ułożony z właściwą sobie pedanterią. Nigdzie nie dostrzegł Kendry, ale nie zamierzał jej szukać po całym domu ani kłopotać jej swoją osobą o poranku, który i bez tego musiał być dla niej ciężki. Zatrzymał się więc tam, gdzie spoczywał Petros. Przy zamkniętej trumnie spędził więcej czasu, niż początkowo zamierzał. Choć z racji swojego fachu bez trudu mógłby znaleźć pretekst, by przyjrzeć się przygotowaniom dokładniej, nie ingerował w nic, co zostało już powierzone miejscowym kapłanom. Stał po prostu w ciszy, jedną dłoń opierając o olchowe drewno, drugą zaciskając wokół medalionu Pharasmy. Odmówił krótką modlitwę, tę samą, którą szeptał przy wielu innych zmarłych, lecz tym razem znane słowa ciążyły inaczej.

      Dopiero kiedy dom zaczął wypełniać się przybyłymi, odsunął się od trumny, nie chcąc swoją obecnością wprawiać nikogo w zakłopotanie. Gdy wreszcie dostrzegł Kendrę, poczekał, aż skończy witać innych, po czym podszedł do niej bez pośpiechu.
      – Przybyłem wczoraj, ale nie chciałem niepokoić cię po zmroku. Przyjmij Pani proszę, moje kondolencje z powodu śmierci ojca.
      Na tym poprzestał. Potrafił czytać ludzi na tyle dobrze, by wiedzieć, że w podobnych chwilach nadmiar słów rzadko pomaga. Nie zamierzał pocieszać jej pustymi formułami ani religijnymi zapewnieniami wynikającymi z kultu, któremu sam służył. Widział zbyt wiele pogrzebów, by wierzyć, że istnieją zdania zdolne zmniejszyć ciężar świeżej straty. Najczęściej były jedynie potrzebą mówiącego, i nie niosły ulgi dla żałobnika.

      Dopiero potem zwrócił uwagę na resztę obecnych. Dostrzegł miejscowych akolitów Pharasmy i przyjął ich obecność z cichym spokojem. Ceremonia pozostawała w rękach ludzi znających obrządek, więc nie widział powodu, by się wtrącać.
      Znacznie bardziej przyciągnęła jego uwagę młoda zakonnica stojąca na uboczu. Czarny habit, kosa, bose stopy i niezwykła bladość tworzyły obraz osobliwy nawet jak na Ustalav. Morgrin nie przyglądał jej się jednak natarczywie. Po prostu zapamiętał ją odrobinę wyraźniej niż pozostałych. Zauważył również skromną liczbę żałobników. Kiedy Kendra wspomniała mimochodem, że trudno się temu dziwić, zważywszy na to, co dzieje się obecnie w mieście, nie próbował ciągnąć jej za język. Jeśli rzeczywiście działo się coś, o czym powinien wiedzieć, prędzej czy później i tak trafi to do jego uszu. Na razie był tu dla Petrosa.

      text alternatywny

      Kiedy nadszedł czas właściwego pożegnania, Morgrin ponownie podszedł do trumny. Wokół słychać było szmer przesuwanych kroków, ciche oddechy i przytłumione głosy, które milkły przy katafalku. Gdy jednak stanął obok olchowego wieka, wszystko inne na moment straciło znaczenie. Położył dłoń na drewnie i przez chwilę trwał tak bez słowa. Znał ten gest dobrze. Wykonywał go przy niezliczonych pochówkach, nieraz wobec ludzi, których znał ledwie z imienia. Zwykle potrafił zachować wobec śmierci spokojny dystans, tym razem jednak było inaczej. Nie przez obrządek, nie przez miejsce ani nawet przez samą stratę, lecz przez prosty fakt, że po drugiej stronie wieka spoczywał człowiek, którego naprawdę cenił.
      Morgrin zacisnął palce na medalionie Pharasmy i odmówił pod nosem krótką modlitwę. Słowa były dobrze znane, powtarzane tyle razy, że zwykle przychodziły bez najmniejszego wysiłku. Teraz każde z nich zdawało się ważyć nieco więcej. Na koniec nakreślił nad trumną znak spirali i jeszcze przez moment nie cofał dłoni z wieka.
      – Niech dusza twoja odnajdzie właściwą drogę, profesorze. Niech Pharasma przyjmie cię na swój sąd i nic nie odciągnie cię od przeznaczonego spoczynku.
      To wystarczyło. Nie szukał dalszych słów. Jeśli Petros odszedł tak, jak odchodzą inni ludzie, reszta należała już do Pharasmy.

      Kiedy miejscowy akolita wystąpił przed katafalk i rozpoczął modlitwę, krasnolud odsunął się na swoje miejsce pośród żałobników. Nie próbował dołączać do prowadzących ani w żaden sposób podkreślać własnej pozycji. Znał jednak wypowiadane formuły i słuchał ich z należytą uwagą, dodając swój głos tam, gdzie wymagał tego obrządek. Gdy duchowny nakreślił w powietrzu spiralę Pharasmy, Morgrin powtórzył gest niemal odruchowo, spokojnie i bez ostentacji.
      Pytanie o niesienie trumny przyjął bez większej reakcji. Wystarczyło jedno spojrzenie na uchwyty i ludzi, którzy mieli ją unieść, by wiedzieć, że z racji wzrostu bardziej by przeszkadzał, niż pomagał. Nie było w tym nic uwłaczającego. Każdy miał swoją rolę, a jego tego dnia nie polegała na dźwiganiu olchowej trumny.

      Kiedy ją podniesiono, Morgrin ustawił się w orszaku możliwie blisko Kendry, lecz nie na tyle, by naruszać miejsce należne rodzinie. Nie próbował z nią rozmawiać. Sama obecność wydawała mu się w tej chwili wystarczająca.
      Po chwili drzwi domu otwarto szerzej i do wnętrza wdarło się chłodne, wilgotne powietrze. Szmer deszczu stał się wyraźniejszy. Żałobnicy kolejno ruszyli ku wyjściu, a wraz z nimi Morgrin. Kiedy przekroczył próg, poprawił płaszcz na ramionach i uniósł wzrok ku ciężkiemu, szaremu niebu.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      2
      • GrizzoG Niedostępny
        GrizzoG Niedostępny
        Grizzo jako Alicia Thunderstone
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Grizzo
        #3

        Deszcz.

        Alicia nie lubiła deszczu, a jeszcze bardziej rozrastających się przed jej oczami kałuż zakrywających solidny grunt pod jej małymi, drobnymi nogami. Śnieg był uczciwy. Skrzypiał pod stopami, pozwalał odczytać, kto przeszedł tędy przed tobą. Bez trudu potrafiłaby dostrzec po głębokości śladów, ich kształcie oraz anatomicznych odciśniętych detalach jak dawno ktoś poruszał się przed nią tą drogą, w jakiej ilości, w jakim tempie oraz jak dawno temu. Świeże ślady były piękniejsze, a starsze stawały się już odciśniętą historią. Nawet nadmiar śniegu był pożyteczny, z upływem czasu zasypywał stare ślady przywracając krajobraz do naturalnego piękna.
        Alicia odetchnęła głęboko z poirytowaniem, omijając bokiem większą kałużę na drodze, która mogłaby ją pochłonąć conajmniej do pasa. Wiatr niósł zapachy niedalekiego miasta, mokry kamień, gotowaną kapustę i coś co Alicia podejrzewała o bycie zbyt długo martwą rybą.

        Niziołka szła poboczem drogi, z kapturem naciągniętym na burzę rudych loków. Pomimo to szare pióra gołębia, wplecione we włosy, nasiąkły wodą i przykleiły się do jej skroni. Futro lisa polarnego na ramionach zrobiło się ciężkie, a błoto z uporem oblepiało jej buty z twardej skóry mamuta. Co kilka kroków zerkała na niebo, jakby rozważała, czy nie powinna porozmawiać z nim o manierach.

        Ravengro wyłoniło się z mgły powoli, najpierw jako skupisko ciemnych dachów, potem jako kamienne ściany, płoty i dym unoszący się z kominów. Miasteczko wyglądało jak coś, co przeżyło ciężką zimę, choć nie było pewne, czy chce doczekać następnej. Alicia zatrzymała się na drodze prowadzącej do miasta. Nie lubiła miast. Nie lubiła też mgły, która zasłaniała ich krawędzie i sprawiała, że trudno było odgadnąć, co kryje się za następnym zakrętem.
        -To tylko miasto. Miasto ma drzwi. I okna. I za dużo ludzi, ale z tym sobie poradzę.
        Obejrzała się jeszcze raz za siebie, sprawdzając drogę, którą przyszła. Dziewczyna zastanawiała się czy nie zawrócić, miała jeszcze czas na zmianę decyzji. Jej ręka powoli spoczęła na pergaminie ukrytym w kieszeni płaszcza. Przygryzła boleśniej wargę odganiając od siebie zwątpienie i ruszyła w stronę miasta.
        Docierając do placu miejskiego w Ravengro ruszyła zgodnie z instrukcjami z listu na południe. Zasłaniając szczelniej twarz przed ciekawskimi spojrzeniami mijanych mieszkańców miasta. Przyjechała dla człowieka, który kiedyś nie zapytał, ile jest warta schwytana egzotyczna uciekinierka, tylko czy przyjmie pomocną dłoń by samodzielnie stanąć na nogi w tym ponurym regionie. Człowieka, który nie żył. Śmierć Petrosa była przykrą niespodzianką, a z listu wynikało, że była nagła i wydarzyła się w przykrych okolicznościach. Profesor nie był głupcem, zawsze miał plan, zawsze był przygotowany na ryzyko, a od wykrywania spraw nagłych i przykrych miał Alicię. Dlaczego jej nie wezwał jak przy dziesiątkach innych okazji, kiedy było trzeba wykonać coś skrajnie niebezpiecznego i nie do końca zgodnego z prawem.

        Alicia rozpoznała posiadłość Lorrimorów po książkach. W szparach między zasłonami dawało się dostrzec wysokie regały uginające się od książek. Profesor nigdy nie potrzebował złotych klamek, żeby udowodnić, że ma coś ważnego do powiedzenia. Przed wejściem stała garstka ludzi. Czarne płaszcze, parasole, przyciszone rozmowy. Woda ściekała z okapu i rozbijała się o kamienne stopnie. Alicia zwolniła. Policzyła obecnych. Obejrzała drzwi, okna, boczną ścianę budynku. Wejście, wyjście, osłona, miejsce, w którym można się schować, gdyby coś poszło źle.
        Potem spojrzała na Kendrę, westchnęła cicho, nie była jeszcze gotowa na te spotkanie. Kobieta stała w czarnej sukni i welonie. Miała zaczerwienione oczy i twarz kogoś, kto od wielu godzin usiłuje nie rozsypać się na kawałki, bo wciąż są ludzie, których trzeba przyjąć, pozdrowić i podziękować im za przybycie.
        Alicia poczuła, jak coś zaciska się jej w gardle. Kendrę widywała jako dziewczynkę, uskarżającą się na brak uwagi zapracowanego ojca. W Lepidstadt widywały się często, kiedy Petros nauczał Alicie pisać i czytać. Później Alicia musiała się odsunąć od dziewczynki z powodu pochodzenia i charakteru wykonywanych przysług dla profesora. Stała się z uczennicy i gościa cieniem stojącym za fotelem ojca, białym królikiem wyskakującym z okna przy pierwszych odgłosach kroków, polarnym lisem podrzucającym piękny bursztyn pod poduszkę. Teraz Kendra stała przed nią jako dojrzała kobieta, z którą od dawna nie utrzymywała kontaktu, a może nie pamiętała jej wcale.

        Niziołka podeszła, zdjęła kaptur i otrząsnęła go odruchowo. Zorientowawszy się, że kilka kropel poleciało na próg, zmarszczyła nos i przetarła butem kamień. Rude loki rozlały się na ramiona zakrywając białe lisie futro. Palce usunęły materiał z opalonej twarzy smaganej latami północnymi wichrami, a bursztynowe oczy zaświeciły początkiem wzbieranych łez. - Kendra.
        Nie dodała żadnego tytułu. Nie próbowała układać odpowiednich słów, bo te, które znała, wydawały jej się za małe. - Przykro mi - powiedziała w końcu.
        - Wiem, że to słowa, które ludzie mówią, kiedy nie potrafią niczego naprawić. Ale naprawdę mi przykro.
        Przez chwilę patrzyła na córkę profesora, a potem objęła ją ostrożnie, niezgrabnie, jak ktoś, kto zna uścisk jako obietnicę ochrony, nie jako towarzyski gest. Jej ręce były zimne od deszczu.
        - Twój ojciec uratował mi życie. Ale nie tylko dlatego jestem tutaj. Potraktował mnie jak osobę, kiedy inni widzieli we mnie rzecz, którą można sprzedać. Nie zapomnę tego. Cofnęła się o krok. Przez moment wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego skinęła głową.
        -Nie musisz teraz być silna dla wszystkich. Jeśli ktoś będzie od ciebie czegoś chciał, może poczekać. A jeśli nie potrafi poczekać, mogę mu pomóc zrozumieć. - Zabrzmiało to niemal uprzejmie. Niemal.
        Alicia spuściła wzrok na własne przemoknięte ubranie. -Nie jestem dobra w pocieszaniu. Na północy, kiedy ktoś umiera, przynosimy rodzinie jedzenie, pilnujemy ognia i nie pozwalamy jej siedzieć samej. Z jedzeniem mogę pomóc. Z ogniem też. Z ludźmi… - zerknęła na żałobników - …będę musiała improwizować. - Przez jej twarz przemknął cień uśmiechu. - Powiedz tylko, gdzie mam stanąć.

        Alicia po paru minutach przyjrzała się pozostałym zebranym. Nie patrzyła na nich jak na mieszkańców miasta, urzędników czy ludzi o odpowiednich tytułach. Patrzyła na nich jak na nieznane zwierzęta w obcym lesie: uważnie, bez pochopnych wniosków, szukając znaków, które mogłyby powiedzieć jej, czego się po nich spodziewać. Vashian Hearthmount wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do wydawania rozkazów i oczekiwania, że zostaną wykonane. Alicia zauważyła jego postawę, staranny strój i kapelusz. Skinęła mu głową z szacunkiem, ale bez ukłonu, który mógłby pomylić z poddaństwem.
        - Dzień dobry. Szkoda, że poznajemy się przy takiej okazji. Nie próbowała prowadzić rozmowy na siłę. Jeśli mężczyzna chciał mówić, mogła słuchać. Jeśli wolał milczeć, milczenie jej nie przeszkadzało.
        Gharen Muricar przyciągnął jej uwagę żywym spojrzeniem. Alicia nie ufała automatycznie ludziom, którzy dużo widzieli, ale ceniła tych, którzy wciąż byli ciekawi świata. Odwzajemniła jego spojrzenie, jakby chciała sprawdzić, czy potrafi patrzeć równie uważnie jak ona. - Znał pan profesora dobrze? -zapytała prosto.

        Zokar Elkarid wyglądał na kogoś, kto mógłby nakarmić pół plemienia, a potem narzekać, że ktoś zostawił za dużo okruszków. Alicia uznała to za dobrą cechę. Przywitała go krótkim skinieniem, a gdy dostrzegła jego syna, Pevrina, odruchowo przesunęła wzrok na chłopca. - Trudno ci tutaj? - spytała go półgłosem. - Tyle dorosłych, a każdy udaje, że wie, co robi. Nie czekała na odpowiedź. Zostawiła mu tylko porozumiewawcze mrugnięcie, jakby oboje należeli do tajnego stowarzyszenia ludzi, którzy nie zawsze rozumieją obyczaje dorosłych.

        Jominda Fallenbridge, miejscowa aptekarka, wyglądała na osobę praktyczną. Alicia zapamiętała jej twarz i ubranie. Ludzie, którzy potrafili opatrywać rany i rozpoznawać trucizny, byli cenni. Nie zamierzała od razu wypytywać jej o lekarstwa, ale odnotowała w pamięci, gdzie może ją znaleźć, jeśli ktoś zostanie ranny. - Dobrze mieć w mieście kogoś, kto umie naprawiać ludzi — powiedziała jej cicho. - Chociaż mam nadzieję, że nie będę musiała sprawdzać pani umiejętności.

        Dopiero potem spojrzała na siostrę Marię. Zakonnica stała na uboczu, bosa, blada, w czarnym habicie. Kosa na jej plecach sprawiała, że Alicia przez moment zastanowiła się, czy to zwyczajny atrybut zakonu, czy może ostrzeżenie dla świata. Śnieżnobiałe włosy, głęboko nasunięty welon i nieruchoma postawa nie pasowały do żadnej kapłanki Sarenrae, którą znała. Podeszła na tyle blisko, by nie musieć podnosić głosu. - Siostro. Zawahała się, szukając właściwych słów. - Nie znam waszych zwyczajów. Ale wiem, że śmierć nie potrzebuje pomocy w straszeniu żywych. Jej wzrok na moment zatrzymał się na kosie. - Mam nadzieję, że niesie ją siostra po to, by chronić tych, którzy jeszcze oddychają. Nie czekała na zapewnienie ani wyjaśnienie. Skinęła głową i odeszła. Nie zamierzała osądzać zakonnicy po wyglądzie, lecz nie zamierzała też ignorować własnego niepokoju. W końcu to właśnie profesor nauczył ją, że ciekawość bez ostrożności bywa równie niebezpieczna jak strach bez rozumu.

        Po paru minutach niziołka ruszyła w kierunku trumny jedynie po to, aby się nagle zatrzymać. Przez kilka uderzeń serca nie potrafiła się poruszyć dalej. Profesor powinien siedzieć przy jednym z regałów, z książką otwartą na kolanach i kolejnym pytaniem, na które nie znała odpowiedzi. Powinien unosić brwi, kiedy opowiadała mu o tradycjach plemienia, i udawać, że nie dostrzega, gdy podkradała suszone owoce z miski stojącej na biurku. Powinien żyć.

        Niziołka zacisnęła szczękę. Podeszła do trumny powoli, stawiając kroki tak ostrożnie, jakby ziemia pod nią mogła się załamać. Z sakiewki wyjęła niewielki, żółtopomarańczowy kamień. Był gładki, ciepły od noszenia przy ciele. Nie miał żadnej wartości dla kupca, ale dla Alicii przypominał skrawek światła, który można zabrać ze sobą nawet wtedy, gdy niebo robi wszystko, żeby je zgasić. Położyła go obok świecy. - Przyniosłam ci słońce - szepnęła. - Wiem, że to głupie. Tutaj niebo jest wiecznie mokre, a kamień nie ogrzeje nikogo poza mną. Przez chwilę patrzyła na zamknięte wieko. - Powiedziałeś mi kiedyś, że wiedza nie należy do tych, którzy ją posiadają, tylko do tych, którzy się nią dzielą. Nie wiem, czy to prawda. Ale wiem, że ty podzieliłeś się ze mną czymś ważniejszym niż książki.
        Pochyliła głowę. Nie znała modlitw, które wypadało odmawiać przy zmarłym. Nie znała też właściwych słów Pharasmy i nie zamierzała udawać, że je zna. Zamiast tego zamknęła oczy i przycisnęła dłoń do bursztynowego amuletu. - Siostro Popiół prowadź go przez ciemność. Niech nie zgubi drogi. A jeśli po drugiej stronie jest ktoś, kto zechce go osądzić, niech najpierw pozwoli mu dokończyć zdanie. Profesor miał zwyczaj mówić długo. Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, ale zniknął niemal natychmiast. -Nie wiem, co się stało. Jeszcze nie. Ale się dowiem. Obiecuję.

        Odsunęła się od trumny. Przez moment wyglądała, jakby chciała dotknąć drewna, jednak ręka zatrzymała się w połowie drogi. Opuściła ją i zacisnęła palce na brzegu płaszcza. W końcu odwróciła się i wróciła do Kendry. Nie powiedziała jej, że wszystko będzie dobrze. Alicia nie składała obietnic, których nie mogła dotrzymać. Zamiast tego stanęła blisko niej, na tyle blisko, by Kendra nie musiała szukać jej wzrokiem, jeśli nagle zabraknie jej sił.

        Kiedy akolita Pharasmy wystąpił przed katafalk, Alicia ucichła. Słuchała modlitwy w skupieniu, choć słowa o Rzece Dusz i sądzie Pani Grobów były jej obce. Nie zamierzała obrażać obrzędu tylko dlatego, że należał do innej wiary. Każdy lud miał własny sposób odprowadzania zmarłych, a ona wiedziała, jak ważne jest, by ci, którzy zostają, mogli pożegnać swoich bliskich. Gdy duchowny zapytał, czy ktoś z rodziny lub przyjaciół profesora zechce pomóc nieść trumnę, Alicia uniosła głowę. Przez krótką chwilę spojrzała na uchwyty. Wiedziała, że nie jest silna. Wiedziała też, że inni mogą uznać, iż tak mała osoba nie powinna brać na siebie takiego ciężaru. Niziołka już miała ruszyć naprzód, kiedy zatrzymała ją dłoń Kendry na ramieniu. Spojrzała na nią i powoli chwyciła ją ze rękę zapewniając o swojej obecności.

        Gdy kondukt ruszył wilgotnymi, błotnistymi uliczkami Ravengro ku świątyni, szła tuż za Kendrą, gotowa w każdej chwili dobyć sztyletów ukrytych w cholewach butów, by uciąć wszelkie zagrożenie czające się w cieniu tutejszych mgieł.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        3
        • MiRaazM Niedostępny
          MiRaazM Niedostępny
          MiRaaz jako Iramir
          napisał(a) ostatnio edytowany przez MiRaaz
          #4

          Wrócił z Nirmathas do swojego niewielkiego mieszkania w Lepidstadt i znalazł list wsunięty pod drzwiami. Przebiegł go wzrokiem. Sprawdził daty. Musiał o krok minąć się z kurierem. Nie rozpakował się. Zamiast tego wrócił z całym swoim dobytkiem do konia i ruszył na południe.

          text alternatywny

          Było przed południem. Na koniu powoli przemieszczała się postać. Nic nadzwyczajnego. Dwie wrony szarpały się o kawałek jakiejś zdobyczy i wcale nie przejmowały się zbliżającym się człowiekiem. Wędrowiec jechał powoli, jakby obawiając się o wierzchowca na drodze, która była mieszaniną rozjeżdżonego błota i mokrych kamieni.

          I wtedy jedna z wron pękła, obryzgując krwią swoją towarzyszkę. Druga, ze zdobycznym kawałkiem padliny w dziobie, nie zdawała sobie sprawy, co się stało, lecz instynkt kazał jej natychmiast poderwać się do lotu.

          W miejscu drugiej wrony zmaterializował się znikąd zielony kształt, którego trudno byłoby przypisać czemukolwiek znanemu. Dziób, motyle skrzydła, ciernie i pazury ostre jak noże wskazywały jednoznacznie, że nie ma tu mowy o niczym naturalnym. Przez moment istota śledziła odlatującą wronę, lecz nie zaatakowała. Zamiast tego zaczęła rozrywać ciało już zabitej. Dziób patroszył, a szpony rozcinały je na małe kawałki.

          Koń z wielką niechęcią zbliżał się do miejsca mordu.
          — No już, już, uspokój się.
          Rumak jednak stanął jak wryty.
          — Kończ już, Szepcie. Baron się boi.
          Szept uniósł okrwawiony dziób, chwycił krwawiący korpus wrony pozbawiony już skrzydeł i poderwał się do lotu.
          Jeździec pochylił się i pogłaskał konia po grzywie. Szepnął mu do ucha:
          — Baronie, ruszajmy. Szept Cierni nic ci nie zrobi.
          Koń potrzebował jeszcze długiej chwili, zanim w końcu się przemógł i ruszył.

          text alternatywny

          Pod Rechoczącym Demonem mężczyzna zsiadł z konia. Nikt nie przybiegł. Zazwyczaj, gdziekolwiek się zatrzymywał, jakiś chłopak zjawiał się od razu, oferując opiekę nad zwierzęciem. Ravengro widocznie miało swoje własne zwyczaje. Podróżnik wszedł do karczmy, zapłacił z góry za pokój na tydzień, dopłacił za jedzenie i stajnię, a potem udał się do skromnego pokoju, by się przebrać.
          Był wysokim, chudym młodzieńcem. Gdy się rozebrał, zagryzł na moment zęby. Dłonie miał delikatne, jak u artysty. Nie nosiły śladów ciężkiej pracy. Kończyny zdawały się nieprzywykłe do dźwigania broni. Nie musiał się golić — jego ciało nie zarastało jak u dorosłego mężczyzny.

          Zacisnął pięść i uderzył w siennik. To ciało było przekleństwem. Jednym z wielu, jakimi został obdarzony. Gdy zamknął oczy, widział siebie wywijającego młyńcem ognistym dwuręcznym mieczem. Westchnął ciężko. Teraz nawet nie uniósłby takiego oręża, by swobodnie nim walczyć. Oddychał głęboko. Układał wszystko w głowie, a to tylko pogarszało sprawę. Kiedyś biegle władał kilkunastoma językami. W pamięci wykonywał operacje na czterocyfrowych liczbach. Teraz miał kłopot z przypomnieniem sobie, ile lat minęło, odkąd poznał profesora.

          Zawsze tak bywało w okresach ciszy. Gdy nie miała dla niego zadań, Iramir miał czas myśleć o swoich słabościach. Widział to niejednokrotnie w czasie swoich podróży. Ludzie rodzili się, dorastali, w końcu starzeli się. Na starość ani ciała nie były już tak silne, ani umysły tak giętkie.

          Z drugiej strony lepsze to niż nagła wiadomość, że ma jechać na drugi koniec świata i przez dwa lata przekopywać piaski Qadiry w poszukiwaniu zakopanego sarkofagu. Mógł spokojnie oddać hołd przyjacielowi.

          Tak, nie miał wątpliwości, że Petros był jego przyjacielem.

          Minęło… dużo. Za dużo, żeby to policzyć. Czasami wydawało mu się, że ostatni raz widział Petrosa zaledwie kilka lat temu. Innym razem wspomnienia były tak odległe, jakby należały do kogoś innego.

          Pamiętał jednak, że przez jakiś czas byli blisko. A potem zostały już tylko listy. To Petros wyjaśnił mu, w jak kiepskiej sytuacji się znalazł. To pod wpływem naukowca pewne rzeczy w Iramirze pękły. Pakt nie był już kwestią honoru. Pakt stał się przykrym obowiązkiem.

          W końcu ciemnowłosy mężczyzna o wyrazistych rysach ubrał się w elegancki strój. Potargane włosy mimo starań nie chciały się ułożyć, więc odpuścił walkę z grzebieniem. Zapiął czarny dublet ze złotym haftem. Zarzucił płaszcz z elementami zieleni.
          Poprawił przy pasie ozdobną puszkę z kryształem skupiającym magię. Naciągnął czapkę, a następnie założył zdobione okulary o ciemnych szkłach. Prawie niespotykane w Ustalav, lecz popularne w krajach o długich zimach. Ostatni bastion chroniący oczy przed śnieżną ślepotą. A tutaj — ostatni bastion chroniący Iramira przed szeregiem pytań o nienaturalne spojrzenie.

          text alternatywny

          Jeszcze raz sięgnął po list od Kendry, chcąc upewnić się, że trafi pod właściwy adres. Nigdy nie odwiedzał profesora w domu.

          „W powietrzu rośnie coś złego.”

          Nie był pewien, czy to jego własna myśl, czy uczucie, które mentalnie przekazał mu Szept Cierni.

          text alternatywny

          Dom był taki, jak go sobie wyobrażał. Kendra zaś… cóż, nigdy wcześniej nie wyobrażał sobie córki Lorrimora. Minął ludzi zbierających się przed domem, zdjął zdobioną czapkę, delikatnie uścisnął dłoń pani domu, a potem ucałował ją, jak nakazywał obyczaj.

          — Bardzo mi przykro z powodu śmierci Petrosa. Świat bezpowrotnie coś utracił. Coś bezcennego. Dziękuję, że pamiętała panienka, by mnie powiadomić. Dużo dla mnie znaczy, że jestem tu dzisiaj. Jestem Iramir.

          Czekał na reakcję.

          Iramir, jakiego poznał Petros, był jego rówieśnikiem. W tym czasie, gdy profesor osiwiał, zestarzał się i zgarbiał pod ciężarem lat, Iramir nie zmienił się ani odrobinę. Pozostał młodzieńcem w kwiecie wieku. Teraz praktycznie rówieśnikiem Kendry. Z pewnością córka profesora nie tego się spodziewała. W końcu uśmiechnął się lekko.

          Gdy wszedł do domu, poprawił okulary. Potoczył wzrokiem skrytym za ciemnymi szkłami po zebranych i skłonił się z szacunkiem każdemu, z kim skrzyżował spojrzenie.
          Zwłaszcza gdy dostrzegł rudowłosą niziołkę — wtedy rozpromienił się, a uśmiech zagościł na jego twarzy. Nie umiał jeszcze dobrze nazwać tego uczucia, lecz było w niej coś odległego. Coś… jak powrót do utęsknionego domu.

          W końcu podszedł do trumny. Położył prawą dłoń na wieku i zamarł. Umysł krążył wokół zdarzeń sprzed wielu lat. Twarz zdradzała głębokie poruszenie. Z jednej strony kąciki ust drżały, chcąc się unieść w uśmiechu na wspomnienie minionej rozmowy. Z drugiej — gardło ściskał ból straty. Ból zupełnie nieuzasadniony. W końcu ludzie mieli swoje nieśmiertelne dusze.

          Pochylił się i wyszeptał coś do wieka trumny, po czym odszedł. Wyszedł ponownie przed dom. Półmrok wnętrza zdawał się mu nie pasować. Być może przez okulary, a być może przez obecność kapłanów. A może w głębi serca nie chciał przyznać przed sobą, że strata potencjalnego powiernika tajemnicy boli tak bardzo.

          Gdy padło pytanie, kto poniesie trumnę, Iramir przez chwilę walczył ze sobą. Nie chciał się wyróżniać. Nie chciał niczego robić na pokaz. A jednak wbijał paznokcie w dłoń, gdy zaciskał pięści. Nie pożegnał się tak, jak powinien. Zawsze… zawsze był jeszcze czas. A teraz czuł, że jest coś jeszcze winien profesorowi.
          — Ja… — powiedział cicho i uniósł dłoń. — Chciałbym pomóc z trumną, jeśli wolno.

          Jak powiedział, tak zrobił.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          3
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz jako Vald Bendic
            Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #5

            Vald opuścił list na pierś, dając mu na powrót zwinąć się w rulon i przymknął oczy. Leżał wyciągnięty na pryczy w domku gościnnym, czy właściwie, nazywając rzeczy po imieniu, gościnnej komórce. Pismo przeczytał przy uchylonych drzwiczkach. Z kamienną twarzą i ściśniętym gardłem.

            Gołębiarz, który przyniósł wieści, czekał przed nim i rozdłubywał obcasem zaskorupiałe błoto. Jeśli nie napiwku, to czekał przynajmniej reakcji. Że usłyszy co to, jakie sprawy, kto to mógł pisać do łowczego na stajniach. Vald skinął mu głową i schował się do szopy, zamykając prześwitujące drzwiczki na skobel.

            Przy pieczęci może jeszcze nie wiedział, ale przy piśmie od razu poznał, co zaszło. Pisał ktoś inny niż on. Skoro ktoś inny, to musiało być o nim. Dokonało się zatem, instynkt nie kłamał. Lorrimor zakończył żywot. Coś tąpnęło w Valdzie. Ciężkie kawały przeszłości osunęły się w głąb, na chwilę zatkały wspomnienia obrazami i zostawiły ziejącą pustkę.

            Przez ułamek w powidoku miał jeszcze literki listu. Potem Lorrimora z młodych lat. Swoich młodych lat, Valdowych. Profesor już wtedy był profesorem. Krzepkim, ale wiekowej dostojności.

            Sale wykładowe, rozmowy, wycieczki w teren i jazda po prowincji. Wizyty w bibliotece po księgi, których próżno szukać w sylabusach i Petrosowe cmokanie nad wyślęczanym tekstem prac. Poprawiane akcentowanie w varizyjskim i naiwnie profesorskie rady na przyszłość, na którą Vald nie czekał. Nie, żeby o niej nie marzył. Po prostu nie była dla niego i to wiedział każdy. Każdy, a mylił się akurat on jeden – Lorrimor, twardy empiryk.

            To miał przed oczami jeszcze przez chwilę, kiedy światło uciekało spod powiek, ale to zaraz odeszło. Ten Lorrimor był prawdziwy, ale jeszcze prawdziwszy był ten, którego Vald znał przez resztę życia. Ten spisany na kartkach i pergaminach, rozbiegany w piśmie, wykursywiony, ale wyraźny. Ten był z nim w prawdziwym życiu. Tym bez antropologii Varizyjczyków i wykopywania pobitych garnków jako świadków historii.

            Ten pokrzepiał i apelował o szukanie swej ścieżki, gdy Vald wertował weksle i maszynowo wyskrobywał kontrakty w gildyjnym kantorku w Caliphas. Tego zabrał ze sobą, kiedy nie miał już kanciapy w mansardzie, ani otwartej drogi na pokoje w rodzinnej posiadłości. Z tym pisał już parę lat później i później, jeszcze przez długie lata, gdy nikt inny nie znał już jego adresu.

            Ten Lorrimor istniał w literkach na zwitkach, które przychodziły do Valda między knieje i do tego Vald mówił i pisał. Pisał, pięknie kaligrafując na pergaminach odpowiedzi na profesorskie rozważania i zapytania, samemu dzieląc się obserwacjami z życia w leśnej głuszy i kontaktów z ludźmi, którzy nie znali państwa, w którym żyją i pana, któremu podlegają.

            A mówił, bo dawny student i prawnik, dziś łowca i traper, nie miał do kogo otworzyć pyska i czasem w ciszy, a czasem zupełnie na głos, prowadził z Lorrimorem dyskusje. Raz planując co do niego napisze, ale bywało, że i od razu sobie odpowiadając. Po Profesorsku.

            Może by nie zwariować, a może dlatego, że rozum miał już jednak... inny niż wcześniej?

            Lorrimor był dla Valda Bendica największym przyjacielem i mentorem. Ale był też kimś, czy może nawet czymś więcej. Był łańcuchem, który spajał Valda z przeszłością i pozwalał mu zachować tożsamość. To głos Profesora, wcześniej częściej ze wspomnień, potem częściej czytany z kart, przypominał łowcy, kim był kiedyś. Dzięki niemu był faktycznie miało znaczenie, bo Vald trwał jako jednostka, która spajała wszystkie rozbieżne etapy życia, które nie miały już styku.

            Vald złożył list do kieszeni, zebrał się z pryczy i wyszedł. Nie pisał do Kendry. Znał ją tylko ze wspomnień Profesora, ale choćby i nie, grzeczność by wymagała napisać. Ale czas nie pozwalał.

            Z Loży Ascanor do Ravengro było pewnie ze sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt mil na przełaj. Drżąca Knieja, potem bezdroża Lozeri, na koniec, jeśli się uda, spław rzeką. Nie rachując już, ile czasu list szedł w tę stronę (szczęśliwie przesłany gołębiem pocztowym), Vald i tak nie miał pewności, czy zdąży na ostatnie pożegnanie.

            Kupił od majordoma Loży godne szaty, w których mógł pokazać się między ludźmi i zwędził resztę tego, co potrzebował. Załadowany jak juczne zwierzę, ruszył jeszcze popołudniem, świadomy, że noc zastanie go w sercu Kniei. Śmierć zrywała łańcuch z przeszłością, ale widziany czy pisany, Profesor był dla Valda przyjacielem, którego nie mógł nie pożegnać. Nawet jeśli Valdowi nie po drodze było z bogami i brakło mu przekonania, że w rytuale nad trupem faktycznie jeszcze się kogoś żegna.

            ***

            Vald wyłonił się na uliczkach Ravengro niby zjawa, ale zjawa o doskonałym wyczuciu czasu. Akurat na dzień przed pogrzebem. Na sam wieczór wprawdzie, ale jeszcze z odrobiną zapasu, by doprowadzić się do porządku.

            A było co doprowadzać. Poobijany, pod podróżną tuniką nawet lekko pokrwawiony, zalepiony opatrunkiem na słowo honoru, z piachem we włosach i bujnej brodzie, łowca wyglądał jak siedem nieszczęść. Trochę w zmęczonym kroku i spojrzeniu miał z proszalnego dziada, ale trochę i z wygłodniałego wilka, którego zima wypluła między ludzkie sadyby.

            Czy to drugie nastraszyłoby Zokara z gospody "Pod Rechoczącym Demonem" na tyle, by przymknąć oko na to pierwsze, nie sposób ocenić. Wilczy dziad miał bowiem jeszcze jeden argument, który skłaniał, by po bożemu przyjąć go w swoje progi. Płacił złotem. Tyle starczało, by dostać krzesło przy szynkwasie i zamówić pokój.

            Poza tym "To surowa kraina, to nasze Canterwall. Kto był na szlaku, to wie, jak potrafi poturbować człowieka" – mówił Zokar. Po sylwetce nie szło poznać, by sam zrywał zelówki na gościńcu, ale Vald pokiwał mu głową, choć gospodarz mówił nie do niego, a do łypiących na dziada miejscowych. Musiało trafić, bo wszyscy zostawili Valda w spokoju.

            Łowca czuł, jak szarpie go do gorzałki, ale jeszcze mitygował się w samozniszczeniu. Do pierwszej butelki zjadł ciepły posiłek, a potem poszedł zrzucić bagaż i przyszykować się na jutro. Służba, zgodnie z zamówieniem, przygotowała balię gorącej wody, więc Vald umył się, doprowadził zarost do porządku i ściął bez ceregieli rozchodzące się w nieładzie strąki nieposłusznych włosów. Wypił przy tym pół butelki wódki i zawiesił na drzwiach odzienie, które czekało jutra. Miał nawet nowe buty. Czarne pod czarny surdut, spodnie i halsztuk.

            Wydał konkretną sumę, by nie wyglądać jak obwieś, a jak ten Vald z kiedyś, na którego żaden oberżysta nie spojrzałby inaczej niż służalczo. Odświeżony, zlazł na dół i poprosił o wymianę wody. Miała na niego czekać zimna, na rano. Gospodarz zapewnił, że oczywiście, oczywiście i spojrzał na gościa serdeczniej. Oporządzony nieco, przybysz wreszcie wyglądał jak człowiek i teraz łowił inne spojrzenia. Ciekawskie, zamiast niechętnych.

            Tropiciel zaczął rozmiękać, ale dał sobie jeszcze przyzwolenie na ciepło i przyjemność. Zamówił drugi posiłek, drugą butelkę, znalazł miejsce gdzieś w rogu, gdzie można było się wcisnąć w siedzenie wyłożone skórami i chłonąć ludzkie zapachy. Gotowanej zupy, kaganków, tłuszczu, potu, whisky w oddechach i rozlanej po blatach. Buchającego kominka i suszących się mokrych opończy przy wejściu. Nasłuchiwał gwaru rozmów i komend dobiegających z kuchni, plusku deszczu na szybach i bulgotania kociołków.

            Pod koniec flaszki, lekko już zrumieniały, poczuł, że dobrze jest widzieć ludzi. Że dobrze ich posłuchać. Że tamta dziewka przy kuchni jest wcale urodziwa, a trzech młokosów przy kościach zdaje się świetnie bawić. Weseli, oddani grze. Tacy młodzi, gra o byle miedziaka, a chłoną to całymi sobą. A gospodarz? Miły przecież, dobrze mu z oczu patrzy. Widać, że gębę chce otworzyć do człowieka, serdeczny typ.

            Vald wzdrygnął się i zmiarkował. Zebrał półmisek i flakon, podchodząc do lady.

            – Pora na mnie. – Uśmiechnął się, jakby przepraszająco. – Wziąłbym może... Na górę jeszcze...
            – Tak? – Zaoferował się Zokar, składając dłonie na blacie.
            – Jeszcze butelkę waszej gorzałki, gospodarzu. Bardzo zacna – wytłumaczył się, jakby spodziewał się, że robi komuś kłopot.

            Na górze czekała balia. Zastawił drzwi krzesłem, uchylił okno i zzuł buty. Potem przysiadł na ziemi, oparł się o łóżko i zaczął pić. Słuchał deszczu i, póki się dało, własnych myśli.

            Trochę w nich było Lorrimora, obawy o jutro i ciekawości. Sporo żalu, który starał się odprychiwać od siebie, a im głębiej żłopał, tym więcej pragnienia by zejść na dół jeszcze i przysiąść między ludźmi. Zagaić.

            Zwalczył to. Przyspieszył, zrzucił ciuchy i pociągnął konkretne hausty aż flakon zaświszczał. Przez chwilę miał jeszcze mętlik w głowie, ale w końcu zwalił się na łóżko i wpił się w pościel, pozwalając sobie poczuć przyjemność.

            ***

            Ranek był szary, dżdżysty i zachęcał, by wypić resztkę z butelki, która została po wczorajszej kąpieli. Vald wylał ją za okno i nagi załadował się do balii z wodą. Zanurzał się parokrotnie na coraz dłużej i dłużej, aż w końcu opanował dyskomfort na tyle, że nie było sensu go mnożyć.

            Po wszystkim wyszorował się, podgolił i wyszykował. Na palec włożył rodowy sygnet, którego na co dzień nie nosił. Podciągnął koszulę i sprawnymi ruchami zawiązał halsztuk. Mimo lat, odkąd robił to ostatni raz, ruchy miał ciągle sprawne. Mógł robić to niemal z pamięci, choćby bez lustra.

            Gotowy, zlazł na dół i zamówił śniadanie. Zokar teraz nie miał już wątpliwości, że Vald jest jednym z żałobników przybywającym na pogrzeb Profesora, ale gość grzecznie wymówił się od wchodzenia w szczegóły znajomości z uczonym. Nie mówił z nikim także później, zmierzając do rezydencji Lorrimorów, pierwsze szczere słowa rezerwując dla Kendry.

            Córka Petrosa znała go tylko z opowieści. Ojciec zapewne wspominał o dawnym uczniu, z którym połączyła go zażyłość i wieloletnia korespondencja, ale mimo całej swej wymowności, i tak nie byłby w stanie opisać, jak Vald wygląda dziś.

            Kiedy podszedł do niej wysoki, blady brunet o zmęczonej twarzy, gęstych włosach i brodzie z kępkami siwizny, odziany dostojnie i żałobnie jak należy, ale z odcinającym się od czerni puginałem zwisającym przy boku, nie zgadywała z kim ma do czynienia. Ale gdyby nawet, nie obstawiłaby Valda.

            – Vald Bendic, do usług szanownej pani. – Mężczyzna skłonił nisko głowę i tak kurtuazyjnie, jak i na dowód prawdziwego szacunku, lekko pocałował wyciągniętą dłoń kobiety. – Jest mi niewypowiedzianie przykro z powodu Pani straty. Profesor Lorrimor...

            – Wyrazy najszczerszego współczucia i pozostaję do usług – dokończył szybko po pauzie, której się po sobie nie spodziewał. Kobieta podziękowała – tak słowami, spojrzeniem, jak i uściskiem dłoni, ale Vald nie dał jej szansy na wejście w pełniejszą wymianę zdań. Usunął się w ukłonie i wycofał w dalsze szeregi żałobników.

            Czuł, że nie ma prawa zabierać uwagi córki, ani zawłaszczać przestrzeni wydarzenia dla siebie. Nie był rodziną, nie był przyjacielem, który kiedykolwiek gościłby w domu Profesora. Nie był nawet żadnym z tych miejskich oficjeli czy sąsiadów, którzy znali się z Petrosem i pewnie nie raz w ostatnich latach ściskali jego dłoń.

            Profesor... Profesor był jego przyjacielem, tego był pewien. Ale teraz Profesora już nie było, a dla tych ludzi był obcy. Nie miał prawa rościć sobie przed kimkolwiek pierwszeństwa. Ten rytuał był ich i dla nich. Dla Kendry.

            Vald stał spokojnie, cichy i wyprostowany jeszcze o parę kroków za tymi, którzy dyskretnie wycofali się z pierwszych szeregów. Obserwował i milczał. Przy zaśpiewach udawał, że też intonuje i kiedy wypadało, zamarkował spiralę Pharasmy.

            Na wezwanie do niesienia trumny nie zareagował. Usłyszał je, naturalnie, ale nie drgnął. W pierwszej chwili. Bo zaraz wzdrygnął się, rzucony jakąś zbitką uczuć, której się nie spodziewał.

            Wzdrygnął się i wściekł, widząc, że taki człowiek jak Profesor – CZŁOWIEK TAKIEGO FORMATU – nie ma przy sobie tłumu przyjaciół, który poniósłby go w ostatniej drodze. Że miałby liczyć na akolitów czy opłaconych pachołków, by nieśli go do grobu?

            Vald wypłynął z tłumku przestępujących z nogi na nogę żałobników – czy może gapiów?! - i bez słowa znalazł się przy kapłanie. Nawet teraz nie chciał stawać w pierwszym rzędzie, wyglądając z nadzieją, że ktoś pójdzie przed nim. Unikał spojrzeń pozostałych, ale wszystko rejestrował, gotów zająć pozycję, którą przydzieli mu hierarcha.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • MarikaM Niedostępny
              MarikaM Niedostępny
              Marika jako Ścieżka Szeptów
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #6

              Alternatywny tekst obrazka

              left aligned paragraph

              Według Testamentów spisanych w Opactwie Pieśni Wiatru, u zarania obecnej rzeczywistości istniała jedynie Pieczęć — nagrobek świata, który przeminął, a zarazem kamień węgielny tego, który dopiero miał się ziścić. To na niej przebudziła się Pharasma, jedyna ocalała z minionego cyklu stworzenia. Kiedy bogini postawiła stopę poza krawędź monolitu, Pieczęć rozszerzyła się samoistnie, by podeprzeć jej krok. Tak rozpoczęła się Pierwsza Wędrówka. Z każdym kolejnym krokiem Pharasmy rozwijała się wielka spirala istnienia, a wraz z nią formowały się plany Sfery Zewnętrznej. Z samej zaś Pieczęci wyrosła niezmierzona Iglica, na której szczycie spoczęło Grobowisko — siedziba Szarej Pani i miejsce ostatecznego sądu nad duszami śmiertelników.

              Od tamtej pory każde życie miało swój początek. I każde musiało dobiec końca.

              Dla Petrosa Lorrimora ten koniec nadszedł przed siedemnastoma dniami. Teraz jego doczesne szczątki wyruszały w ostatnią drogę, której przebieg wyznaczał pharasmicki rytuał. Droga ta była symbolicznym ziemskim odbiciem innej wędrówki, niewidocznej dla żywych: podróży duszy niesionej Rzeką Dusz ku Grobowisku, gdzie miała stanąć przed obliczem Pani Grobów i usłyszeć jej wyrok.

              Kondukt ruszył spod domu Lorrimorów powoli, z powagą przystającą żałobnej uroczystości. Nie towarzyszyły mu ani dzwony, ani muzyka. Słychać było jedynie przytłumione kroki na rozmokłym trakcie, skrzypienie skórzanego obuwia, szelest ciężkich, wilgotnych płaszczy oraz jednostajny szmer drobnego deszczu, który od świtu bębnił o dachy Ravengro.

              Na czele pochodu kroczyło dwóch akolitów Pharasmy. Pierwszy z nich co pewien czas intonował niskim, miarowym głosem krótkie wezwania modlitewne, pozostawiając między nimi odstępy głuchej, ciężkiej ciszy. Drugi niósł kadzielnicę kołyszącą się na cienkich łańcuszkach; przy każdym wychyleniu naczynia rozlegał się cichy, metaliczny brzęk, a spod ażurowej pokrywy snuły się pasma siwawego dymu. Woń kadzidła była ciężka i gorzkawa, przesycona żywicą, mokrym drewnem i zapachem świeżo rozkopanej ziemi. Podmuchy wiatru raz po raz rwały dymne wstęgi, by po chwili zagnać je z powrotem na idących z tyłu żałobników.

              Tuż za akolitami niesiono zamkniętą trumnę profesora. Wśród sześciu mężczyzn, którzy ją dźwigali, na samym przodzie szli Vald i Iramir. Choć pochód posuwał się niespiesznie, stąpanie po nasiąkniętej deszczem drodze wymagało pełnego skupienia. Na wybojach trzeba było zgrywać krok; tam zaś, gdzie stopy grzęzły w błocie, ciężar trumny niebezpiecznie przesuwał się na ramionach, zmuszając je do wysiłku i błyskawicznego odzyskiwania równowagi. Szczególnej ostrożności domagały się mokre deski małego mostku, zdradliwie śliskie od wilgoci i naniesionego na nie mułu.

              Bezpośrednio za trumną szła Kendra Lorrimor, zajmując miejsce należne najbliższej rodzinie. Drobna Alicia nie odstępowała jej na krok, a tuż obok kroczył krępy Morgrin. Za nimi ciągnęła się reszta orszaku: garstka starych przyjaciół, znajomych i współpracowników profesora z Ravengro. Tył pochodu zamykała milcząca zakonnica, której spojrzenie kryło się w głębokim cieniu czarnej podwiki i opadającego welonu.

              Ravengro nie zamarło na czas pogrzebu. Zza uchylonych drzwi dobiegał metaliczny stukot naczyń, gdzieś na podwórzu szczekał pies, a spod okapu jednego z domów woda skapywała miarowo do podstawionego wiadra. Mimo to sunący ulicą kondukt przyciągał czujne spojrzenia. Starszy mężczyzna o ziemistej cerze, który właśnie wyszedł przed próg z naręczem drewna, przystanął i uchylił czapki, czekając w milczeniu, aż trumna go minie. Kobieta stojąca w progu chaty zakreśliła nad sercem zaciśniętą pięścią znak spirali, po czym nisko skłoniła głowę. Ktoś inny, dostrzegłszy orszak po drugiej stronie ulicy, wykonał ten sam gest, lecz nie z szacunku — raczej w pośpiechu człowieka, który chce odegnać od siebie cień nieszczęścia.

              Nie wszyscy jednak zachowali wobec zmarłego choćby pozory szacunku. Część mieszkańców kwitowała pochód przelotnym spojrzeniem znad przerwanej pracy. Inni obserwowali go zza szyb, skryci w półmroku wnętrz. W jednym z domów okiennica zatrzasnęła się z suchym trzaskiem, zanim jeszcze trumna zrównała się z ogrodzeniem. Tu i ówdzie ludzie pochylali się ku sobie, szepcząc sobie coś na ucho. Ich natarczywe spojrzenia wędrowały bezustannie między sunącą trumną, pogrążoną w żałobie córką profesora a twarzami obcych, którzy przybyli, by odprowadzić go na wieczny spoczynek.

              Kroki żałobników odmierzały czas na wilgotnym trakcie, kadzielnica miarowo żeglowała na łańcuszkach, a jednostajny głos akolity raz po raz przebijał się przez szum deszczu, wiodąc żałobny orszak ku świątyni Pharasmy.

              text alternatywny

              left aligned paragraph

              Z nieustającej mżawki powoli wyłoniła się przed żałobnikami świątynia Pharasmy, górująca nad okolicznymi budynkami stromym dachem, strzelistą dzwonnicą i surowymi kamiennymi murami. Była najokazalszą budowlą w Ravengro, lecz jej wysokie okna, ostrołukowe zwieńczenia i poczerniałe od wilgoci przypory miały w sobie więcej posępnej powagi niż przepychu. Szczególną uwagę przyciągał kunsztowny witraż zdobiący wschodnią fasadę, przedstawiający Panią Grobów w chwili sądu nad hrabią Andachim, jednym z najbardziej niesławnych dawnych władców Tamriveny. Pharasma spoglądała z wysokości swego tronu na klęczącego przed nią możnowładcę, a jej surowe oblicze, nakreślone ciemnymi liniami ołowiu, zdawało się nie znać ni litości, ni gniewu. W szarym świetle deszczowego poranka barwne tafle szkła były niemal przygasłe, jakby nawet przedstawiona na nich bogini pogrążyła się w żałobie.

              U wrót świątyni czekał ojciec Vauran Grimburrow, przełożony miejscowego duchowieństwa, w asyście kilku akolitów. Był to człowiek w podeszłym wieku, o łysej czaszce, krzaczastych brwiach i grubo ciosanej twarzy, której ostre rysy przywodziły na myśl oblicze wykute w kamieniu.

              centered paragraph

              Jego surowe spojrzenie spoczęło na zbliżającej się trumnie. Gdy orszak zatrzymał się u wrót, kapłan pochylił głowę, nakreślił nad sercem znak spirali i oszczędnym gestem zaprosił żałobników do środka.

              Za ciężkimi drzwiami panował chłodny półmrok, rozjaśniany nierównym blaskiem świec. Wysokie sklepienie wspierało się na kamiennych filarach, między którymi ciągnęły się rzędy ciemnych drewnianych ław. Na ścianach i kapitelach filarów widniały rzeźbione spirale, miejscami niemal zatarte przez upływ czasu. Kamienna posadzka, wygładzona stopami kilku pokoleń wiernych, odbijała nikłe światło świec płonących przy ołtarzu. W powietrzu unosiła się woń wosku i kadzidła, mieszająca się z zapachem wilgotnej wełny, mokrej skóry i zimnego kamienia.

              Niosący trumnę weszli do nawy głównej i ostrożnie złożyli swój ciężar na katafalku ustawionym przed prezbiterium. Akolici poprawili ułożenie trumny, po czym odstąpili na boki, zostawiając wokół niej wolną przestrzeń. Żałobnicy zajęli miejsca w ławach, a przyciszone odgłosy przesuwanych stóp i szeleszczących płaszczy stopniowo ucichły. Dopiero gdy ostatni z obecnych znalazł swoje miejsce, ojciec Grimburrow stanął przed ołtarzem i rozpoczął nabożeństwo.

              Ceremonia przebiegała w skupieniu, bez zbędnego przepychu i teatralności. Grimburrow nie wygłaszał kazania ani nie rozwodził się nad życiem zmarłego. Jego niski, nieco chropowaty głos niósł się po kamiennym wnętrzu, gdy wypowiadał kolejne wezwania, a asystujący mu akolici odpowiadali surowymi, piersiowymi głosami, których głębokie drżenie rozchodziło się wśród kamiennych filarów. Modlitwy przypominały o nieuchronności śmierci, przemijaniu doczesnego ciała i dalszej wędrówce duszy ku Grobowisku. Nie było w nich błagania o odwrócenie losu ani sprzeciwu wobec wyroków Pani Grobów. Proszono jedynie, by dusza Petrosa Lorrimora bez przeszkód przebyła Rzekę Dusz i stanęła przed sprawiedliwym sądem bogini.

              W wyznaczonych momentach zgromadzeni wstawali z ław, pochylali głowy lub powtarzali za duchownymi krótkie odpowiedzi modlitewne. Kilkakrotnie nad piersiami kreślono znak spirali. Akolita przechodzący wzdłuż katafalku okadził trumnę, a cienkie smugi dymu przez chwilę unosiły się nad jej wiekiem, nim rozpłynęły się w półmroku. Od czasu do czasu dawał się słyszeć szelest przewracanej karty świętej księgi, cichy brzęk kadzielnicy albo echo kaszlu, który ktoś czym prędzej zdusił. Poza tym panowała cisza, zakłócana jedynie miarowym głosem kapłana i odpowiedziami akolitów.

              Przez większą część nabożeństwa uwaga duchownych skupiała się na trumnie, lecz żałobnikom zostawiono także chwile ciszy na osobistą modlitwę lub wspomnienie profesora. Ostatnie wezwania Grimburrow wypowiedział już przy katafalku, wyciągając nad trumną dłoń w geście błogosławieństwa. Następnie odczytał krótki ustęp świętej księgi — „I legną kości w Spirali” — mówiący o nieuchronnym końcu życia i miejscu każdej duszy w wielkim porządku stworzenia.

              Po końcowym błogosławieństwie kapłan skłonił głowę przed trumną i wolnym krokiem opuścił prezbiterium. Nie pozostał jednak z żałobnikami. Zgodnie z miejscowym zwyczajem miał udać się na cmentarz przed konduktem i wraz z grabarzami czekać przy przygotowanym już grobie.

              Tymczasem w świątyni rozpoczęła się ostatnia część nabożeństwa, zwana Pieśnią Ciszy. Akolici zaintonowali cichą, pozbawioną słów melodię, której przeciągłe, niskie tony, łagodnie drżąc, odbijały się od sklepienia. Stopniowo śpiew cichł, aż wreszcie umilkł zupełnie. Przez kilka chwil nikt się nie poruszył. Za grubymi murami deszcz nadal spływał z dachów i parapetów, lecz tutaj, wśród wygasającego echa pieśni, panowała niemal całkowita cisza.

              Dopiero po jakimś czasie żałobnicy zaczęli wstawać z ław. Zbierano płaszcze i nakrycia głowy, poprawiano wilgotne odzienie, wymieniano ciche słowa. Akolici i dwaj przybysze ponownie zajęli miejsca przy trumnie, przygotowując ją do wyniesienia na zewnątrz. Przed otwartymi wrotami świątyni czekali już ci, którzy wyszli wcześniej i chronili się przed nieustępliwą mżawką pod kapturami i parasolami.

              Ostatnia część ceremonii miała odbyć się nad grobem profesora.

              Gdy trumnę wyniesiono na zewnątrz, żałobnicy ponownie uformowali kondukt pogrzebowy. Tym razem na jego czele stanęła samotnie Kendra Lorrimor. Zgodnie z ceremoniałem przyjętym na tę okazję to ona, jako najbliższa krewna zmarłego, miała poprowadzić ojca od wrót świątyni aż do miejsca jego ostatecznego spoczynku. Za nią podążali niosący trumnę, a następnie pozostali uczestnicy pogrzebu.

              Orszak ruszył północną drogą, zostawiając za sobą kamienne mury świątyni i ostatnie zabudowania Ravengro. Domy stawały się coraz rzadsze, a w ich miejsce pojawiały się ogrodzone pola, nagie drzewa i połacie brunatnej ziemi porośniętej zeszłoroczną trawą. W przydrożnych rowach zbierała się deszczówka, a miękka ziemia pod stopami żałobników raz po raz ustępowała miejsca kamienistym odcinkom traktu. Mżawka nie słabła, osiadając na płaszczach perlistymi kroplami, a wiatr niósł z otwartej przestrzeni zapach wilgotnych wrzosowisk.

              Wkrótce przed konduktem ukazały się Pola Spoczynku, rozległy cmentarz położony na północ od miasteczka. Choć otaczały go posępne, niemal bezdrzewne wrzosowiska, sama nekropolia sprawiała wrażenie starannie utrzymanej. Ponad niskim ogrodzeniem widać było rzędy nagrobków, kamienne stele, płyty i niewielkie grobowce, których kontury rozpływały się w białawej mgle. Niektóre mogiły wyglądały na bardzo stare — deszcz i upływ lat zatarły ich inskrypcje. Inne były znacznie młodsze, a ciemna, świeżo przekopana ziemia wyraźnie odcinała się od otaczającej je trawy.

              text alternatywny

              Przed bramą część żałobników przystanęła na moment. Zgodnie z miejscowym zwyczajem każdy, kto mijał Pola Spoczynku lub wkraczał na ich teren, powinien nakreślić nad sercem znak spirali. W Ustalavie czyniono to zaciśniętą pięścią, okazując szacunek spoczywającym tu zmarłym i prosząc, by przejście żywych nie zakłóciło ich wiecznego snu. Niektórzy uczestnicy pogrzebu wykonali gest z powagą, inni niemal odruchowo, jak czynili to już niezliczone razy.

              Za bramą rozpoczynała się wysypana żwirem ścieżka zwana Aleją Czuwania, wijąca się między nagrobkami i starymi grobowcami. Kendra poprowadziła nią orszak w głąb cmentarza. Trumna Petrosa Lorrimora przekroczyła granicę Pól Spoczynku, a żałobnicy ruszyli za nią ku miejscu pochówku.

              text alternatywny

              Alternatywny tekst obrazka

              left aligned paragraph

              Żwirowa Aleja Czuwania wiła się między rzędami nagrobków, prowadząc orszak w głąb Pól Spoczynku. Pod podeszwami żałobników chrzęściły drobne kamienie, a niesiona przez sześciu mężczyzn trumna kołysała się nieznacznie przy każdym nierównym kroku. Kendra szła na przedzie, od czasu do czasu spoglądając ku dalszej części cmentarza, gdzie ojciec Grimburrow powinien już czekać przy przygotowanym grobie.

              Wśród mijanych mogił uwagę przykuwał osobliwy widok, który przybyszom spoza Ustalavu mógł wydać się niepokojący. Nad niektórymi grobami spoczywały ciężkie żelazne kraty, osadzone na kamiennych fundamentach i zabezpieczone masywnymi zamkami. Inne zamknięto w całych klatkach z kutych prętów, przypominających niewielkie więzienia, w których jedynymi mieszkańcami byli zmarli. Żelazo pokrywała rdza, a między sztabami zalegały opadłe liście i zeszłoroczne chwasty. W krainie tak długo nawiedzanej przez niespokojnych umarłych podobne zabezpieczenia nie miały chronić wyłącznie przed rabusiami grobów. Miały także utrudnić nekromantom dostęp do pochowanych ciał, a w najgorszym razie zatrzymać pod ziemią tych, którzy nie powinni już nigdy powstać.

              Orszak przebył już znaczną część Alei Czuwania, kiedy ścieżka, łagodnie skręcając, połączyła się z szerszą drogą, zwaną Aleją Wiecznego Snu. Tam jednak dalsza droga okazała się zagrodzona.

              Na drodze stało kilkunastu mężczyzn, mieszkańców Ravengro, ubranych w przemoczone płaszcze, znoszone kaftany i roboczą odzież. Nie wyglądali na przypadkowych przechodniów ani na żałobników, którzy przybyli, by oddać profesorowi ostatni hołd. Stali ciasnym rzędem, tarasując całą szerokość drogi, a kilku z nich ściskało w dłoniach łopaty, widły i inne gospodarskie narzędzia. Ich ponure spojrzenia przesuwały się od zamkniętej trumny ku Kendrze i pozostałym uczestnikom pogrzebu.

              Na czele grupy stał wysoki, starszy mężczyzna o żylastej sylwetce, surowej, pooranej zmarszczkami twarzy i obfitych bokobrodach. Mimo wieku trzymał się prosto, ze sztywnością właściwą ludziom przywykłym do wojskowej dyscypliny. Kendra wyjaśniła nietutejszym pospiesznym półszeptem, że to Gibs Hephenus, emerytowany żołnierz, którego wielu mieszkańców Ravengro zna z widzenia, choć niekoniecznie z dobrej strony.

              Gdy tylko nadchodzący kondukt znalazł się w zasięgu jego głosu, Gibs wysunął się o krok przed swoich towarzyszy.
              — Ani kroku dalej! — zawołał, podnosząc głos na tyle, by usłyszeli go również żałobnicy idący z tyłu. — Naradziliśmy się i nie życzymy sobie, żeby Lorrimora pochowano na Polach Spoczynku. Możecie go zabrać w górę rzeki i zakopać tam, gdzie wam się podoba, ale tutaj nie spocznie!
              Te słowa przecięły ciszę pogrzebowego orszaku. Kendra zatrzymała się gwałtownie. Przez krótką chwilę patrzyła na mężczyznę z niedowierzaniem, lecz zdumienie szybko ustąpiło miejsca gniewowi.
              — Co pan wygaduje?! — wykrzyknęła. — Wszystko zostało uzgodnione z ojcem Grimburrowem! Czeka już na nas przy grobie! Miejsce pochówku jest przygotowane i...
              — Niczego nie rozumiesz, kobieto — przerwał jej bezceremonialnie Gibs, nie okazując najmniejszego zakłopotania. — Nie pozwolimy pochować nekromanty obok naszych bliskich. Radzę wam zawrócić, póki jeszcze możecie. Ludzie są tym wszystkim mocno wzburzeni.
              Za jego plecami kilku mężczyzn mruknęło coś na znak zgody. Jeden z nich poprawił chwyt na trzonku łopaty, drugi splunął siarczyście w mokry żwir. Żaden nie wyglądał na skłonnego ustąpić miejsca, a droga między nagrobkami była zbyt wąska, by orszak mógł ich po prostu ominąć.
              — Nekromanty?! — Kendra uniosła głos, a na jej twarzy odmalowało się szczere oburzenie. — Czy wy naprawdę jesteście aż tak ogranicz…

              Przyznanie się do błędu to nie słabość, lecz zwycięstwo prawdy nad ignorancją.

              Flesh, not tech-fantasy, the way to salvation
              Never be destroyed by your own creation
              A new star is born of muscle and nerve
              Flesh and Bone

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • PiołunP Niedostępny
                PiołunP Niedostępny
                Piołun jako Morgrin Bonecarver
                Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #7

                Morgrin szedł tuż za trumną, obok Kendry i rudowłosej niziołki, zachowując właściwe sobie milczenie, zresztą tak jak przez większą część poranka. W miarę jak procesja posuwała się naprzód, przestał zwracać uwagę na deszcz, ciężar nasiąkniętego płaszcza i błoto oblepiające buty. Kroki stawiał niemal bezwiednie, poddając się rytmowi pochodu, jakby ten mógł narzucić porządek także temu, co kłębiło się w jego głowie. Ponad szmerem kroków i przytłumionymi odgłosami żałobników najdobitniej docierały do niego głosy akolitów. Znał ich melodyjne zaśpiewy aż nazbyt dobrze. Słyszał je po wielokroć nad otwartymi grobami, w kryptach i chłodnych wnętrzach świątyń, gdzie nieraz sam wzmacniał pieśń własnym głosem. Zawsze inne twarze, inne imiona, lecz ten sam rytm słów prowadzących zmarłego dalej. Było w nim coś uspokajającego. Dzięki temu wspomnienia o Petrosie przestawały napierać na niego chaotycznie, z wolna układając się jedno obok drugiego, cichsze i wyraźniejsze. Ta część Morgrina, która należała do kapłana, znajdowała ukojenie w świadomości, że obrządek przebiega bez przeszkód, a dusza profesora wkrótce podejmie swą ostatnią wędrówkę, niesiona Rzeką Dusz ku osądowi Pharasmy. Druga, bardziej przyziemna, ta, która zdążyła dobrze poznać Lorrimora, życzyłaby sobie po prostu spędzić z nim jeszcze trochę czasu. Tej drugiej Morgrin nie dał jednak dojść do siebie. Był człowiekiem zbyt głęboko wierzącym, by buntować się przeciw temu, co uważał za właściwy porządek rzeczy.

                Za progiem świątyni Pharasmy czekały na nich chłód kamienia i głęboki półmrok. Morgrin uniósł wzrok ku filarom, wyblakłym spiralom i sklepieniu. Miejsce było surowe, pozbawione zbytecznego przepychu. Dobrze. Głęboko wierzył, że akurat śmierć nie potrzebowała złoconych ozdób, by przypominać o swoim nieuchronnym nadejściu. Kamień, wosk, dym kadzidła i głos kapłana wystarczały w zupełności. W czasie nabożeństwa Morgrin starał się nie wykraczać poza rolę żałobnika, pozwalając, by w jego wnętrzu zagościła zaduma właściwa tej chwili. Spojrzał na Kendrę i jej posmutniałe oblicze. Pomyślał, że profesor jeszcze długo będzie wypełniał jej myśli. Wiedział, że człowiek, który odszedł, przez jakiś czas pozostawał w sercach bliskich, utkany z ostatnich rozmów, planów i niedokończonych spraw. Dopiero po pogrzebie rozpoczynał się właściwy czas żałoby, można by rzec rekonwalescencji, podczas którego bliscy musieli nauczyć się żyć z pustką pozostawioną po kimś, kto jeszcze niedawno był częścią ich codzienności. Choć stali teraz w murach świątyni, Morgrin wiedział, że niewielu spośród zebranych potrafiłoby w obliczu świeżej straty całym sobą znaleźć pocieszenie w drodzę, którą Pani Grobów przygotowała dla zmarłych. Ludzie wierzyli, lecz najczęściej tylko do granicy, na jaką pozwalała im ich własna natura. I w takim samym stopniu godzili się z rzeczywistością.

                Pieśń Ciszy przyjął niemal z ulgą. Pozbawiona słów melodia powoli gasła pod sklepieniem, aż po ostatnim tonie pozostała jedynie cisza tak pełna, że nawet drobne poruszenia w ławach wydawały się czymś niewłaściwym. Morgrin siedział bez ruchu, z dłońmi wspartymi na kolanach, patrząc przed siebie. Przez krótką chwilę nie myślał ani o okolicznościach śmierci Petrosa, ani o liście Kendry, ani o tym, co jeszcze mogło czekać ich w Ravengro. Myślał tylko o człowieku, którego znał, i o drodze, którą ten właśnie odbywał. Kiedy nabożeństwo dobiegło końca, a kondukt ponownie wyszedł na deszcz, Morgrin wrócił do swojego miejsca w orszaku. Zabudowania Ravengro stopniowo ustępowały polom i nagim drzewom. Ziemia była ciężka od wilgoci, przydrożne rowy pełne brunatnej wody, a nad wrzosowiskami wisiała mgła rozmywająca dalszy krajobraz.

                Przed wejściem na Pola Spoczynku krasnolud zacisnął pięść i nakreślił nad sercem spiralę zgodnie ze zwyczajem. Gest znał, choć jego tutejsza forma różniła się nieco od tych, które widywał gdzie indziej. Wykonał go jednak bez wahania, bowiem nie widział nic złego w tym lekkim odstępstwie. W głębi nekropolii jego uwagę zwróciły ciężkie kraty i żelazne klatki osadzone nad częścią mogił. Przyglądał im się przez kilka kroków, bardziej jak rzemieślnik niż kapłan. Wzrok zatrzymał mu się na sposobie osadzenia prętów w kamiennych fundamentach, na zawiasach, masywnych zamkach i miejscach, w których rdza zaczynała już pożerać żelazo. Jedne konstrukcje wykonano starannie, inne wyglądały na wzniesione w pośpiechu, zapewne w czasach, gdy potrzeba liczyła się bardziej od estetyki. On pewnie zabrałby się do sprawy inaczej, ale doceniał praktyczność podejścia. Znał aż nadto powodów, dla których żywi zamykali groby od zewnątrz, a zresztą profesor opowiadał mu nie raz o tutejszych problemach i tradycjach. Spojrzenie na żelazne zabezpieczenia raz jeszcze przywołało wspomnienie Petrosa, jego szacunku dla zmarłych, który objawił przy nim... i może właśnie dlatego pierwsze słowa Gibsa Hephenusa zabrzmiały Morgrinowi całkowicie niedorzecznie.

                Krasnolud zatrzymał się wraz z resztą orszaku i przez chwilę oceniał zgraję, która zastąpiła im drogę. Jego spojrzenie przesunęło się po stojących przed nimi mężczyznach, po łopatach, widłach i innych narzędziach, które przynieśli ze sobą. Było ich kilkunastu. Stali ciasno, świadomie tarasując przejście. Nie wyglądali na ludzi, którzy znaleźli się tutaj przypadkiem ani dali się ponieść nagłemu wzburzeniu. Przyszli przygotowani oraz zdecydowani, by zatrzymać kondukt. Choć nie miał na to najmniejszej ochoty, Morgrin wysłuchał ich przywódcy do końca. Kiedy jednak padło oskarżenie o nekromancję, jego twarz wyraźnie stężała. Nie chodziło nawet o to, że obrażano człowieka, którego darzył szacunkiem. Zmarli nie dbają już swoje dobrę imię, tak samo jak nie potrzebują pochlebstw. Gdyby Petros dopuścił się czegoś, co naruszało prawa Pharasmy, Morgrin nie próbowałby usprawiedliwiać go ze względu na dawną znajomość. Ale znał tego człowieka. A teraz kilkunastu ludzi zatrzymywało jego trumnę w drodze do grobu i rzucało kłamliwe oskarżenie przed jego córką. W dniu pogrzebu. Na ziemi poświęconej Pharasmie. Morgrin uważał się za człowieka spokojnego, lecz uznał w duchu, że właśnie przekroczono pewną granicę.

                Pozwolił Kendrze odpowiedzieć pierwszej. Miała do tego większe prawo niż ktokolwiek z obecnych. Słuchał jej, nie spuszczając wzroku z Gibsa, lecz kiedy mężczyzna bezceremonialnie wszedł jej w słowo, krasnolud powoli przeniósł ciężar ciała do przodu i zrobił jeden krok. Tylko jeden. Jego dłoń, niby mimochodem, spoczęła niedaleko rękojeści młota. Gest był spokojny, niemal niedbały, lecz Morgrin miał nadzieję, że dostatecznie czytelny.
                – Szanuję miejscowych i ich prawa wszędzie, dokąd prowadzi mnie moja droga – odezwał się spokojnie. – Ale nie staniesz między mną a moją powinnością, synu.
                Nie podnosił głosu, lecz każde słowo wypowiadał twardo i bez cienia wahania.
                – Profesor Lorrimor nie był nekromantą. Dał temu świadectwo przede mną, sługą Pharasmy, więcej niż jeden raz.
                Morgrin przeniósł spojrzenie z Gibsa na stojących za nim ludzi.
                – Jeżeli mieliście wobec niego zastrzeżenia, mieliście dość czasu, by przedstawić je kapłanom Pharasmy. Wybraliście dzień pogrzebu, drogę na cmentarz, a na dodatek przyszliście tutaj z widłami w dłoniach. To się nie godzi.
                Jego palce przesunęły się odrobinę bliżej rękojeści młota, choć wciąż nie sięgnął po broń.
                – A o tym, gdzie i w jaki sposób spocznie zmarły, nie będziesz decydował ani ty, ani ludzie stojący za tobą. Od tego są kapłani Pharasmy. To oni zatwierdzili miejsce pochówku i prowadzą ten obrządek. Ty zaś zakłócasz ceremonię, która pozostaje pod ich pieczą. Odstąp, synu.
                Ostatnie słowa zabrzmiały jak rozkaz, choć Morgrin nie podniósł głosu. Nie musiał. Stał na ziemi poświęconej swojej bogini, uczestnicząc w obrządku, który znał niemal na pamięć. Tutaj, pośród grobów i krypt, nie potrzebował szukać pewności ani ważyć własnych racji. Był strażnikiem grobowców i opiekunem spokojnego przejścia, jednym z tych, którym powierzano czuwanie nad ostatnią drogą zmarłych. I zamierzał dopilnować, by tym razem również nic jej nie zakłóciło.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                2
                • MiRaazM Niedostępny
                  MiRaazM Niedostępny
                  MiRaaz jako Iramir
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez MiRaaz
                  #8

                  Widziała mnie.
                  Mentalna wiadomość nadeszła nagle, wyrywając Iramira z zamyślenia. Tęczówki przemieściły się za okularami, jakby chciał się nagle rozejrzeć.

                  Jakim cudem cię zobaczyli? Miałeś być niewidzialny. Telepatia była bardzo wygodną formą komunikacji z chowańcem. Nawet z chowańcem pokroju Szeptu Cierni.

                  Byłem.

                  Znowu coś zepsułeś?

                  Nie. Ona mnie widziała. Patrzyła na mnie. Może usłyszała skrzypienie altany, czy coś?

                  Może ci się zdawało?

                  Patrzyła prosto na mnie. Na pewno mnie widziała. Albo wyczuła.

                  Dobra. Nie wchodź do świątyni. Poczekaj aż wyjdziemy

                  Nabożeństwa pogrzebowe były przepełnione smutkiem. Jak wszystko w tym podłym świecie. Ludzie nie cieszyli się, że dusza ich towarzysza ruszyła w dalszą drogę. Kiedyś Iramir gardził takimi postawami. Ale to było kiedyś… w innym, zapomnianym już życiu. Teraz patrzył na ludzi inaczej. To, co wiedzieli zebrani w świątyni, to że ciało Petrosa leżało w trumnie. Martwe. Nie powie im już nic. Nie przytuli.

                  Ludzie są egoistami. W swoim własnym egoizmie patrzą na to, co oni teraz czują. Smucą się, bo nie mają go przy sobie. Tak myślał kiedyś. Dziś już wiedział, że nie ma w świecie niczego pewnego. Nie wiadomo, czy jego dusza naprawdę rusza tam, dokąd prowadzi ją Pharasma. Dla bytów zwanych bogami jesteśmy tylko szmacianymi zabawkami i najczęściej leżymy w tak odległym kącie szafy, że żadnemu bogu nie chce się po nas sięgnąć. Czy to źle? Nie. W większości przypadków zainteresowanie bogów przynosi kłopoty.

                  W ciszy kontemplował modlitwy. Jedynie dwa razy zerknął na tajemniczą siostrę z osłoniętą twarzą. Wyglądała niemal jak sam awatar śmierci.

                  Po skończonej modlitwie wstał i podszedł do trumny. Duża. Zdobiona. I niesamowicie nieporęczna.

                  Gdy tylko wyszli w kondukcie ze świątyni, mżawka zaczęła pokrywać ciemne szkiełka. Było to niewygodne i nieprzyjemne. Kilka razy próbował przetrzeć je dłonią, jednak trumna wymagała przytrzymywania jej oburącz.

                  Trzymaj się blisko — rzucił mentalnie do chowańca.

                  A ona?

                  Trzymaj się blisko. Nie ma pewności, że cię widziała

                  text alternatywny

                  Marsz w deszczu i po błotnistej ścieżce sprawił, że bogate i zdobione szaty wymagały prania. Zatrzymanie konduktu przez grupę miejscowych było dodatkowym, zupełnie niepotrzebnym kłopotem. Krasnolud wysforował się na początek orszaku i podjął rozmowę z przywódcą tłumu.

                  Coś wisiało w powietrzu i nie była to paskudna pogoda.
                  — Połóżmy na moment trumnę. Nie wiemy, ile potrwa wyjaśnianie tego wszystkiego — powiedział do pozostałych pięciu mężczyzn.
                  Przedsięwzięcie to rzeczywiście było karkołomne i wymagało od nich skupienia. Cała skrzynia musiała równo schodzić w dół, praktycznie do poziomu gruntu. Wcześniej zarówno w domu Lorrimorów, jak i w kaplicy znajdowała się na podwyższeniu.

                  A ty… pilnuj tego dużego. Chyba jest ich przywódcą.

                  Obaj wiemy, że to nieprawda.

                  Na ten moment nie wiemy, kto stoi za tym zbiegowiskiem. I nie chcemy doprowadzić do rozlewu krwi.

                  Szkoda… Lubię, gdy tacy jak oni kwiczą.

                  Fakt, że był pierwszy wśród osób niosących trumnę, pozwolił Iramirowi na jeszcze jedno. Przy jej opuszczaniu mógł odwrócić się plecami do nowo przybyłych chłopów, a po odłożeniu ciała dyskretnie sięgnąć ku kryształowi, który miał przy pasie. Nie lubił sięgać po jej moce, ale tutaj najwyraźniej coś również sięgało po nadprzyrodzone siły, a doświadczenia poprzednich żyć nauczyły go, że trzeba korzystać z każdej przewagi. A teraz potrzebował dyskretnie rzucić czar. I to nie jeden.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  3
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz jako Vald Bendic
                    Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #9

                    Deszcz mżyl, siąpił i lał. Intensywność zmieniała się nieznacznie w obrębie pogrzebowego, przygnębiającego spektrum, ale natura nie robiła pauz. Dzień był chłodny i część osób kuliła się, podciągając płaszcze i dodając szalom kolejny zawijas wokół szyi, ale Vald w zaszczycie trumiennego obowiązku trwał niewzruszenie jak królewski gwardzista.

                    Raz, że świadomie skostniał pod powagą sytuacji, wydłużając i formalizując ruchy rytualną miarą. Dwa, że nawykły do niedogodności, oswojony z nimi i za pan brat, dzisiejszą pogodę uznawał za zupełnie obojętną. Czuł jej żałobne zgranie z Profesorskim pożegnaniem. Czuł takie rzeczy, nie był na nie głuchy i gdyby było komu być za to wdzięcznym, byłby wdzięczny.

                    A że nie było, czy nie czuł, aby było, w milczeniu doceniał po prostu deszczowy akompaniament ostatniej drogi Profesora. Miarowe krople, miarowe kroki pochodu i miarowa, niemal medytacyjna intonacja akolickich pieśni, dawały Valdowi odpowiednią osłonę od reszty żałobników. Łowca wypełniał rolę, oddawał się jej całkowicie i skrywał w niej. Czynił, co pożądane i najświętsze, odcięty od świata wokół i w centrum jego powinności.

                    Katatoniczna pielgrzymka przystanęła już na cmentarzu. Już na ostatniej prostej do grobu. Vald milczał i kroczył niby golem, ale wyuczone samodzielności zmysły cały czas rejestrowały świat wokół. Pojawienie się chłopów – właściwie tłuszczy – wyczuł, zanim jeszcze zleźli przed kondukt.

                    Miał złe przeczucia, ale czekał. Słowa Gibsa zmroziły go bardziej niż cały dzień wystany na takim deszczu jak dzisiejszy, ale zdławił wzburzenie. Na pewno zmrużył oczy, a czuł, że oblał go i rumieniec, ale nie powiedział ani słowa. Na razie.

                    Najchętniej rozgoniłby ten motłoch kijami. Ale nie godziło się, by draką burzyć świętość pogrzebu Profesora. Vald niósł szczątki przyjaciela i nie wybaczyłby sobie, gdyby pozwolił im upaść. I tak samo nie wybaczyłby sobie, gdyby samozwańczą decyzją wyszedł wbrew oczekiwaniom opłakującej ojca Kendry.

                    Skinął idącemu obok młodzikowi na apel, by złożyli trumnę. Asekurując ją całym sobą, z namaszczeniem jakby układał niemowlę w kołysce, postawił martwy ciężar na ziemi. Młody elegant wcześniej wydał mu się podejrzany i teraz, krocząc przy nim, Vald nie miał wątpliwości, że człowiek nie jest zwykłym młokosem. Albo i (bo może nie był należało postawić wcześniej) wcale człowiekiem.

                    Musiał być jednak przyjacielem Lorrimora, a teraz działali wespół we właściwy sposób. Zwolniony spod trumny, Vald znalazł się obok Kendry.

                    – Pani, Ty jesteś w prawie i Ty wiesz, co im należne. Jesteśmy z Tobą, a rzeknij słowo i zrobimy, co zechcesz – cicho zasuflował jej Bendic. – To swołocz... Ale może uda się po dobroci.

                    Dziewczyna poświęciła mu krótkie, niepewne spojrzenie. Może chciała coś odpowiedzieć, ale usta miała w pół otwarte, a milczące. Brakło jej chyba zimnej krwi, by uchwywić wszystkie skrawki dziejącej się wokół sceny. A ta powoli zaczynała się rozwijać.

                    Pierwszy przeciw tłuszczy wystąpił krasnoludzki kapłan Pharasmy, który dotąd nie odstępował Kendry o krok. Vald widział jego wściekłość i gdzieś w środku, parę zakrętów w głąb, czuł satysfakcję, że ktoś obok współodczuwa jego gniew. Ktoś, kto także musiał być przyjacielem Profesora i kto może równie mocno odczuć bezeceństwo takich oskarżeń.

                    Bendic wiedział, że nikt nie jest tu bardziej w prawie, niż kapłan bogini śmierci – to rytuał jego patronki zakłócano i to na świętej ziemi. Jego słowa miały tu największą wagę i one musiały wybrzmieć najmocniej.

                    Vald widział jednak chłopów przed sobą. Prostych, spracowanych ludzi. Sól tej ziemi. Widział w ich zmęczonych, poczerwieniałych twarzach, że niejeden pewnie nie miarkuje się z poglądami na to gdzie jest ich zdaniem miejsce nieludzi. Jeśli nie na co dzień, to przynajmniej wśród kolegów, po paru głębszych.

                    – Występujecie wbrew prawu, panowie. Prawu boskiemu i ludzkiemu. Wysłuchajcie przeto kapłana i odstąpcie. – Vald mówił prosto, głucho, jakby dobywał głos gdzieś ze studni. – Prosty człek często nie ma posłuchu, a ma prawo być wysłuchanym. Na to jest czas. Na to musi być czas. Ale dać się porwać emocji, podeptać wszelkie prawa, plwać na zmarłego, sierotę i sąsiadów – to jest chwila, gwałt i to zostaje na zawsze.

                    – Odstąpcie, panowie. – Vald dudnił, ale to nie były groźby. – Odstąpcie, prosimy was.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • GrizzoG Niedostępny
                      GrizzoG Niedostępny
                      Grizzo jako Alicia Thunderstone
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #10

                      Alicia zatrzymała się tuż za Kendrą, ale nie odezwała się ani słowem marszcząc czoło. Jej bursztynowe oczy przesunęły się po twarzach zgromadzonych mężczyzn, potem po trzonkach łopat i widłach zaciśniętych w ich dłoniach. Liczyła ich niemal odruchowo. Szukała tego, który był najbardziej nerwowy, tego, który trzymał broń zbyt mocno, i tego, który pierwszy mógłby zrobić coś głupiego. Spojrzała na Gibsa, który wysunął się przed tłum, a na dźwięk jego oskarżeń, aż ją zatkało do tego stopnia, że zapomniała wziąć wdechu po płytkim wydechu.

                      Dziesiątki myśli przebrnęły przez głowę niziołki równie pokręconych jak jej bujne rude loki. Mało brakowało, a wystąpiłaby przed tłum rzucając obelgi i wylewając gorycz rozczarowania ze swoich ust, ale Morgrin ją uprzedził wysuwając się naprzód jako pierwszy. Nagle drobna niziołka działając instynktownie i bezszelestnie przesunęła się za jego plecy. Krzepki krasnolud stanowił doskonałą zasłonę — szerokie barki, masywna sylwetka i postawa człowieka, który nie zamierzał ustąpić ani o krok. Alicia przykucnęła odrobinę, znikając z pola widzenia stojących naprzeciw mężczyzn. Łapiąc powoli oddech odsunęła z twarzy kosmyki mokrych rudych loków, a spod pachy krasnoluda spoglądały ukradkiem jej czujne bursztynowe oczy.

                      Z tej pozycji mogła obserwować napastników, nie dając im łatwego celu. Dostrzegała nerwowe ruchy dłoni, niepewne spojrzenia i tych, którzy ściskali narzędzia bardziej ze strachu niż z prawdziwej gotowości do walki. Jej palce przesunęły się ku amuletowi z dużego, jarzącego się lekkim żarem bursztynu, ukrytemu pod futrzanym odzieniem.

                      Dobrze – pomyślała szybko - niech wielki kamień przemówi. Ja zadbam, żeby usłyszeli jego echo. Alicia wysunęła dłoń dotykając amuletem pleców Morgrina i zacisnęła ją na moment, jakby przytrzymywała w palcach promień słońca. Wymamrotała modlitwę do Siostry Popiołu, prosząc o odrobinę boskiego autorytetu. Nie zamierzała nikogo podpalać ani rzucać się do walki. Chciała, by ci ludzie przez chwilę poczuli, że naprzeciw nich stoją nie tylko podróżni i żałobnicy.
                      -Siostro Popiołu, Pani Ognia pod otwartym niebem… Ty, która widzisz drogę tam, gdzie inni widzą tylko mrok… Niech twoje światło spocznie na tych, którzy zapomnieli, czym jest sprawiedliwość. Niech mówiący prawdę zostanie usłyszany, a kłamca usłyszy własny jadowity głos. Daj głos temu, który mówi prawdę. Niech jego słowa będą jak grzmot nad lodową równiną. Niech prawda zagrzmi, a kłamstwo zadrży jak płomień na wietrze. Niech dzisiejszego dnia wystarczy światła dla wszystkich… zanim ktoś zapragnie krwi.

                      Głos Morgrina nagle zabrzmiał potężniej, niż pozwalałaby na to jego zwyczajna siła głosu. Każde słowo krasnoluda odbiło się echem między nagrobkami, niosąc się ponad szmerem deszczu. Jednocześnie płomień pobliskiej latarni zadrżał gwałtownie, a cienie zgromadzonych mężczyzn zatańczyły na mokrych kamieniach, jakby samo cmentarzysko poruszyło się na dźwięk jego słów.

                      Dla obserwujących tłum mogło to wyglądać tak, jakby głos Morgrina niósł ze sobą coś więcej niż gniew żywego człowieka — jakby przemawiał w imieniu porządku, którego nie należało lekceważyć w szczególności na Polach Spoczynku.

                      Póki co Alicia nie zamierzała wyciągać broni. Nie musiała. Morgrin był skałą, o którą rozbijały się ich groźby, a ona pozostawała cieniem za jego plecami — niewielkim, rudowłosym cieniem, który potrafił sprawić, że nawet najzwyklejsze ostrzeżenie zabrzmiało jak wyrok. I choć Alicia nie zamierzała przypisywać sobie cudzej potęgi, w głębi ducha uśmiechnęła się lekko. Siostra Popiołu nie zawsze musiała oślepiać świat blaskiem. Czasem wystarczyło, że sprawiła, iż ciemność na moment zwątpiła we własną odwagę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      2
                      • MarikaM Niedostępny
                        MarikaM Niedostępny
                        Marika jako Ścieżka Szeptów
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #11

                        left aligned paragraph

                        Morgrin zareagował w ostatniej chwili, nim Kendra zdążyła wypowiedzieć o jedno słowo za dużo. Wśród zebranych mieszkańców rozległy się wraże pomruki, a kilka par dłoni zacisnęło się mocniej na trzonkach rolniczych narzędzi. Niektórzy postąpili nawet o krok naprzód. Wystarczyło jedno złe słowo, jeden źle odczytany gest, by dotychczasowe groźby przerodziły się w rękoczyny.

                        Krasnolud zdecydowanie wystąpił przed żałobników. Odziany w szaty Strażnika Grobowców, stanął naprzeciw rozjuszonych mieszkańców. Jego stanowcza postawa i donośny głos, dobywający się spod siwej brody, nie pozostawiały wątpliwości, w czyim imieniu przemawiał.

                        Uwaga tłumu skupiła się na krasnoludzie. Nikt spośród stojących na drodze mężczyzn nie spostrzegł więc, jak za jego plecy zręcznie przemknęła drobna postać, mierząca niespełna trzy stopy wzrostu.

                        Alicia wykonuje
                        Test Cechy: Zręczność (Skradanie się).
                        Wynik 🎲: 19.

                        Tłum wykonuje
                        Test Cechy: Mądrość (Percepcja).
                        Wynik 🎲: 10. Porażka.

                        Podczas gdy Morgrin piętnował postępek mieszkańców i przypominał im o świętości miejsca, za jego plecami rozległ się przyciszony, wysoki głos. Alicia, kreśląc dyskretny gest, wypowiadała słowa kellidzkiej modlitwy, wywodzącej się z tradycji dalekich, chłodnych ziem północy, skąd przybyła. Jej inwokacja do Siostry Żar ginęła pośród urywanych oddechów, szelestu przemoczonych płaszczy i chrzęstu żwiru pod butami. Zdawało się, że nikt z zebranych nie zwrócił na nią uwagi, pochłonięty gniewną przemową Strażnika Grobowców. Jeśli którykolwiek z mieszkańców Ravengro usłyszał jej słowa, mógł wziąć je jedynie za niezrozumiałe mamrotanie obcej kobiety z dziczy.

                        Tymczasem niosący trumnę, nie chcąc dopuścić do nieszczęścia, ostrożnie opuszczali ciężar na ziemię. Drewno zetknęło się z mokrym żwirem z głuchym odgłosem. Trumna Petrosa Lorrimora spoczęła pośrodku cmentarnej alejki, nim jeszcze dotarła do przeznaczonego jej grobu.

                        Alicia rzuca zaklęcie ✨Taumaturgia✨

                        Alicia wykonuje
                        Test Cechy Charyzma (Oszustwo) z Przewagą.
                        Wynik 🎲: 13 < 21.

                        Tłum wykonuje
                        Test Cechy Mądrość (Intuicja).
                        Wynik 🎲: 13. Porażka.

                        Nikt nie dostrzegł podstępu. Nikt też nie skojarzył modlitwy niziołki z tym, co nastąpiło chwilę później.

                        Głos Morgrina, dotąd stanowczy i donośny, niespodziewanie zabrzmiał z nadnaturalną siłą. Ostatnie słowa Strażnika Grobowców przetoczyły się pomiędzy nagrobkami i ponad głowami zgromadzonych niczym uderzenie potężnego świątynnego dzwonu, zagłuszając końcowe ostrzeżenia Valda. Zdawało się, że powietrze zadrżało, a ponure kamienne pomniki, niemi świadkowie całego zajścia, na krótką chwilę stały się częścią tego oskarżenia. Nie sposób było uwierzyć, że tak potężny głos mógł dobywać się z piersi jednego, nawet tak krzepkiego krasnoluda.

                        Morgrin wykonuje
                        Test Cechy Charyzma (Zastraszanie) z Przewagą.
                        Wynik 🎲: 19 > 0. Sukces.

                        Jeden z mężczyzn cofnął się tak gwałtownie, że potrącił stojącego za nim towarzysza. Inny opuścił widły, aż ich ostrza z cichym szczękiem uderzyły o żwir. Pośród tłumu rozeszły się trwożne szepty.
                        — Pani Grobów... — wydusił ktoś z tyłu, ocierając spocone czoło.
                        — Nie winniśmy byli tu przychodzić — odezwał się bojaźliwie inny.
                        Kilku mieszkańców pośpiesznie nakreśliło zaciśniętą pięścią znak spirali nad sercem, jak gdyby dopiero teraz przypomnieli sobie, na jakiej ziemi stoją i czyje imię wzywał rozwścieczony kapłan.
                        Gibs Hephenus także drgnął, choć prędko odzyskał panowanie nad sobą.
                        — Co się tak gapicie?! — warknął do swoich ludzi, obracając się przez ramię. — Wszak wiecie, cośmy ustalili!
                        Nie odpowiedział mu jednak żaden zgodny okrzyk.

                        Stary weteran przeniósł wzrok z jednej twarzy na drugą. Ci, którzy jeszcze przed chwilą wtórowali jego groźbom, teraz spuszczali oczy albo przestępowali niepewnie z nogi na nogę. Ich zbiorowa odwaga, początkowo tak wielka wobec pogrzebowego orszaku, kruszyła się niczym cienki lód podczas pierwszych wiosennych roztopów.
                        — Gniewu Szarej Pani na się ściągał nie będę. Nie przez cię — mruknął jeden z rolników.
                        — Ja tyż nie — odezwał się drugi. — Wzbronienie niecnego pogrzebu miało być i spalenie plugawego nekromanckiego truchła, Gibsie, a nie swara z kapłanem.
                        — Tchórze... — wycedził Hephenus.

                        Lecz nie miał już kogo prowadzić.

                        Pierwsi mężczyźni zaczęli się wycofywać, początkowo powoli, jakby nie chcieli okazać strachu przed swoimi towarzyszami. Potem następni zeszli z alejki między nagrobki, ustępując miejsca żałobnikom. Wkrótce po zwartej grupie nie pozostało nic prócz kilku najbardziej zawziętych pomocników Gibsa, którzy również zaczęli się cofać.
                        — Moje na wierzchu i tak będzie — oświadczył srogo Hephenus, przenosząc wzrok na Kendrę i czwórkę przybyszy. Zmierzył ich spojrzeniem pełnym zajadłej niechęci. — Zapłacicie mi za to. Wszyscy.
                        Splunął w żwir, odwrócił się na pięcie i ruszył za resztą.

                        Wkrótce cała osiemnastka oddaliła się, znikając za zasłoną mrzawki. Jeszcze przez chwilę słychać było szuranie butów i pojedyncze, nieprzyjazne głosy, aż wreszcie odgłosy te rozpłynęły się w szmerze deszczu.

                        Na Alei Wiecznego Snu ponownie zapanowała głucha cisza.

                        text alternatywny

                        Alternatywny tekst obrazka

                        Kendra stała nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi na fałdach żałobnej sukni. Dopiero gdy ostatni z intruzów zniknął jej z oczu, wypuściła długo wstrzymywany oddech. Popatrzyła na trumnę ojca, spoczywającą pośrodku drogi, i odwróciła twarz.
                        — Ojcze Morgrinie... — odezwała się po chwili, zwracając się do krasnoluda. — Nie wiem, jak mogę wam podziękować.
                        Spojrzała kolejno na pozostałych przybyszy.
                        — Wam wszystkim. Gdybyście nie stanęli w naszej obronie, bogowie jedni wiedzą, do czego by doszło. Przecież to pogrzeb...
                        Głos jej zadrżał.
                        — Chciałam tylko godnie pożegnać ojca. Czy naprawdę żądam tak wiele?
                        Przymknęła na chwilę powieki i odetchnęła ciężko.
                        — Proszę, wybaczcie mi te nieprzyjemności. Nie winniście byli być świadkami czegoś podobnego, szczególnie po przebyciu tak długiej drogi. Zapewniam was, że nie wszyscy mieszkańcy Ravengro są takimi ludźmi.
                        Wśród pozostałych żałobników nadal panowało poruszenie. Rajca Gharen Muricar kręcił głową z wyraźnym niesmakiem, podczas gdy Vashian Hearthmount, ze ściągniętymi brwiami, obserwował miejsce, w którym zniknęli napastnicy.
                        — Poznałem tych obwiesiów — odezwał się Hearthmount. — Parobkowie z okolicznych gospodarstw. Ludzie nędznego charakteru, od których trudno spodziewać się ogłady. Ale coś podobnego...
                        — Na pogrzebie profesora! I to przed obcymi! Tak nie lza! — dodał Muricar, poprawiając przemoczoną pelerynę. — Doprawdy, niebywała hańba dla całego miasteczka! Już ja ich opiszę w najbliższym „Wealdayowym Pergaminie”! Niech całe Ravengro dowie się, jakiego wstydu nam przysporzyli!

                        Niedługo potem Aleją Wiecznego Snu nadszedł ojciec Vauran Grimburrow. Zaalarmowany podniesionymi głosami, opuścił miejsce przygotowanego pochówku, aby zbadać przyczynę zwłoki. Na widok trumny spoczywającej pośrodku drogi zmarszczył krzaczaste brwi.
                        — Cóż tu się wydarzyło? — zapytał surowo.
                        Kiedy wyjaśniono mu zajście, oblicze starego kapłana stężało.
                        — Gibs Hephenus... — powtórzył wolno, jakby samo wypowiedzenie tego nazwiska sprawiało mu przykrość. — Znam ja tego człeka. I spodziewałem się po nim niewiele dobrego. Ale żeby odważyć się na coś takiego tutaj, na poświęconej ziemi?
                        Spojrzał na Strażnika Grobowców i skinął mu głową z uznaniem.
                        — Dobrzeście uczynili, bracie Morgrinie. Wprawdzie Matka Dusz nie potrzebuje obrońców swej potęgi, lecz jej słudzy winni strzec spokoju umarłych. Dziękuję wam za stanowczość.
                        Następnie objął wzrokiem Kendrę oraz czwórkę przybyszy.
                        — Przyjmijcie moje najszczersze przeprosiny. Wstyd mi, że podobnego zuchwałego występku dopuszczono się podczas obrzędów powierzonych mej pieczy. To nie tylko świętokradztwo, ale jawna napaść na żałobników, którzy pragną wypełnić ostatnią powinność wobec zmarłego!
                        Stary kapłan zacisnął usta.
                        — Zapewniam was, że nie pozostawię tej sprawy bez odpowiedzi. Gdy tylko zakończymy pochówek, zawiadomię szeryfa Caellera. Niechże ci ludzie przekonają się, że strach i zabobon nie dają nikomu prawa do czynienia gwałtu.
                        Potem spojrzał na trumnę.
                        — Dość już zwłoki. Profesor Lorrimor zasłużył na spokój. Pozwólmy mu go wreszcie zaznać.

                        text alternatywny

                        Dalsza droga upłynęła już bez przeszkód.

                        Gdy trumnę ponownie podjęto na ramiona, kondukt ruszył za Kendrą i ojcem Grimburrowem w głąb Pól Spoczynku. Nikt nie rozmawiał. Nawet ci, którzy przedtem od czasu do czasu wymieniali między sobą ciche uwagi, teraz szli z opuszczonymi głowami.

                        Aleja ciągnęła się pośród mogił, starych kamiennych płyt i niewielkich rodzinnych grobowców. Nad niektórymi nagrobkami pochylały się nagie konary drzew, z których na ziemię spadały krople deszczówki. W zagłębieniach inskrypcji gromadziła się wilgoć, a wykute w kamieniu nazwiska dawno zmarłych niknęły miejscami pod mchem i poczerniałymi zaciekami.

                        Wreszcie orszak dotarł do przygotowanej kwatery. Wśród otaczających ją grobów ciemniał świeżo wykopany dół o równych, starannie wyprowadzonych ścianach. Obok usypano kopiec ciężkiej, mokrej ziemi, z której wystawały drobne korzenie i kamienie. Dwaj grabarze oczekiwali w pobliżu, z odkrytymi głowami i łopatami opartymi o ramiona. Na widok nadchodzących żałobników odstawili narzędzia i skłonili się przed kapłanem.

                        Trumnę ustawiono na przygotowanych belkach przy krawędzi mogiły. Zgromadzeni otoczyli grób, pozostawiając miejsce u wezgłowia Kendrze i ojcu Grimburrowowi. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał. Słychać było wyłącznie deszcz miękko bębniący o wieko trumny oraz odległy, monotonny warkot lelka kozodoja, niosący się znad wrzosowisk.

                        Kapłan stanął u wezgłowia i uniósł rękę, kreśląc znak spirali.
                        — Zebraliśmy się tutaj, aby powierzyć ziemi doczesne szczątki Petrosa Lorrimora, uczonego, ojca i druha tych, którzy przybyli dziś oddać mu ostatnią posługę.
                        Jego głos był niski i spokojny. Nie pobrzmiewał już w nim gniew, który chwilę wcześniej skierował przeciwko napastnikom.
                        — Wszystko, co dycha, podlega przemijaniu. Żadne bogactwo, żadna wiedza, żaden zaszczyt ni moc nie uwolnią śmiertelnika od chwili, w której jego żywot dobiegnie kresu. Lecz kres życia cielesnego nie jest całkowitym kresem, a zaledwie początkiem wędrówki duszy. Śmierć stanowi jedynie próg, który każdemu przyjdzie przekroczyć.
                        Spojrzał na zamknięte wieko.
                        — Nie do nas należy wydawanie ostatecznych sądów nad tymi, którzy odeszli. Naszym obowiązkiem jest okazać im należny szacunek, zachować pamięć o ich czynach i pozwolić, by ich cielesne powłoki zaznały wiecznego spoczynku. Niechaj więc ciało Petrosa Lorrimora spocznie w ziemi, a jego dusza bezpiecznie przemierzy Rzekę Dusz, by na Grobowisku stanąć przed obliczem Szarej Pani i przyjąć sprawiedliwy osąd, należny jej uczynkom i przeznaczeniu.
                        Kapłan pochylił głowę.
                        — Pharasmo, Pani Grobów, Strażniczko Dusz i Sędzio Umarłych, przyjmij tego, którego żywot dobiegł końca. Niech nie zbłądzi pośród ciemności, niech nie pochwycą go ręce tych, którzy sprzeciwiają się śmierci, i niech żadne nieczyste zaklęcie nie zakłóci spoczynku jego ciała. Niech dokona się to, co zostało mu przeznaczone.
                        Pośród zgromadzonych rozległy się ciche odpowiedzi wiernych. Następnie ojciec Grimburrow dał znak grabarzom.

                        Mężczyźni podeszli do trumny i przełożyli pod nią mocne powrozy. Pracowali z zawodową wprawą, bez pośpiechu. Po chwili olchowa skrzynia zawisła nad otwartym grobem i zaczęła opadać w jego głąb, cal po calu. Powrozy naprężały się w rękach grabarzy, a wilgotna ziemia osypywała się drobnymi grudkami spod ich butów.

                        Wreszcie trumna spoczęła na dnie.
                        — Panno Lorrimor. Czy zechce pani pożegnać ojca?
                        Dziewczyna skinęła lekko głową. Podeszła do usypanego obok kopca, przykucnęła i nabrała w dłoń garść wilgotnej ziemi. Przez moment trzymała ją w zaciśniętych palcach, jak gdyby od tego drobnego gestu zależało coś nieodwracalnego. Potem wyciągnęła rękę nad mogiłą. Grudki ziemi spadły na drewniane wieko z głuchym, nierównym stukotem. Kendra zadrżała.
                        — Żegnaj, ojcze — wyszeptała łamiącym się głosem.
                        Odwróciła się ku żałobnikom. Oczy miała zaczerwienione, lecz kiedy przemówiła ponownie, starała się nadać głosowi wyraźne, pewne brzmienie.
                        — Przez całe życie znałam ojca jako człowieka, który nie potrafił przejść obojętnie obok cudzej krzywdy. Bywał uparty, roztargniony i tak pochłonięty swoimi badaniami, że czasem zapominał o najprostszych sprawach. Potrafił spędzić pół nocy nad starą księgą, a potem szukać okularów, które od początku miał na nosie...
                        Na twarzach niektórych żałobników pojawiły się gorzkie uśmiechy.
                        — Ale nigdy nie zapominał o ludziach, którzy potrzebowali pomocy. Niejeden raz widziałam, jak odkładał własne sprawy, by wysłuchać kogoś, kto nie miał do kogo się zwrócić. Nie pytał wtedy, co zyska ani czy będzie mu się to opłacało. Uważał, że jeśli człowiek wie wystarczająco dużo, by móc poratować kogoś w potrzebie, to ma obowiązek przynajmniej spróbować.
                        Zamilkła na chwilę. Odetchnęła głębiej, nim znów podjęła opowieść.
                        — Pamiętam też, że często się o niego bałam. Wyruszał w dalekie podróże, odwiedzał miejsca, do których inni nie odważyliby się zajrzeć, i zadawał pytania, których większość ludzi wolała nigdy nie wypowiadać. Gdy prosiłam, żeby był ostrożniejszy, odpowiadał, że strach bywa rozsądny, lecz nie powinien decydować za nas o wszystkim.
                        Spojrzała ku mogile.
                        — Chciałabym wierzyć, że do końca pozostał wierny temu, czego mnie uczył.
                        Ostatnie słowa wypowiedziała znacznie ciszej.
                        — Tak bardzo będzie mi go brakować...
                        Przycisnęła do ust drżące palce i przez kilka chwil nie mogła mówić dalej.
                        — Dziękuję wam — odezwała się wreszcie — że przybyliście go pożegnać. Wiem, iż dla niektórych oznaczało to długą i uciążliwą podróż. On z pewnością byłby szczęśliwy, widząc tutaj tylu ludzi, których znał i cenił.
                        Rozejrzała się po zgromadzonych.
                        — Jeżeli ktokolwiek z was chciałby powiedzieć o nim kilka słów, podzielić się wspomnieniem albo historią, której nie znam... bardzo proszę. Chciałabym zachować w pamięci także tego ojca, którego znaliście wy.
                        Zapadła cisza. Kendra pozostała przy mogile, zwrócona ku żałobnikom.

                        Kiedy wspomnienia dobiegły końca, ojciec Grimburrow poprowadził ostatnią modlitwę. Pozostali uczestnicy pogrzebu kolejno podchodzili do mogiły, by dorzucić garść ziemi, nakreślić nad sercem spiralę albo po prostu pochylić głowę nad spoczywającą w dole trumną.

                        W końcu grabarze podjęli swoją pracę. Pierwsze łopaty ziemi spadały do grobu z ciężkim łoskotem, szczególnie donośnym pośród panującej ciszy. Z każdą następną coraz większą część wieka przesłaniała brunatna warstwa gruntu. Kendra przyglądała się temu długo, bez słowa, a gdy mogiła została zasypana i wyrównana, podeszła jeszcze raz, by położyć na niej skromną wiązankę białych przebiśniegów .

                        text alternatywny

                        Żałobnicy nie rozeszli się od razu. Jedni podchodzili do Kendry, aby uścisnąć jej dłoń lub objąć i wypowiedzieć kilka słów pocieszenia. Inni składali ukłony lub w milczeniu oddalali się w stronę cmentarnej bramy. Rajcy pożegnali się z córką profesora z powagą stosowną do piastowanych godności. Wyjątkowo przygaszony Zokar Elkarid odszedł wraz z synem, a pozostałych uczestników pochodu wkrótce pochłonęły wijące się pośród grobów alejki.

                        Ojciec Grimburrow zatrzymał się jeszcze przy Kendrze, zamieniając z nią kilka ściszonych słów. Zapewnił, że świątynia otoczy mogiłę profesora należytą opieką. Następnie pobłogosławił dziewczynę raz jeszcze i pożegnawszy resztę żałobników, ruszył w stronę świątyni.

                        Kiedy ostatni z miejscowych żałobników oddalili się już od grobu, Kendra zwróciła się do czwórki przybyszy i milczącej zakonnicy.
                        — Nie chciałabym, żebyśmy rozstawali się w takich okolicznościach — powiedziała. — Jak wspomniałam w liście, ojciec pozostawił testament, którego odczytanie wymaga waszej obecności. Jeśli zechcecie wrócić ze mną do domu, będę wam bardzo wdzięczna.
                        Zawahała się, po czym dodała łagodniej:
                        — Kazałam na nasz powrót przygotować ciepłą strawę i butelkę zacnego ustalavskiego wina. Po tym wszystkim przyda nam się chyba odrobina wytchnienia i spokoju.

                        text alternatywny

                        Alternatywny tekst obrazka

                        left aligned paragraph

                        Dom Lorrimorów powitał powracających ciszą, której nie zaznali tu podczas porannego zgromadzenia. Żałobnicy dawno się rozeszli, a wraz z nimi ucichły rozmowy i szelest odświętnych strojów. W pokojach pozostał jedynie jednostajny stukot deszczu o szyby i sporadyczne trzaski bierwion w kominku.

                        Martha, służąca zatrudniona w domu Lorrimorów, zajęła się przemoczonymi okryciami gości i wskazała miejsce, gdzie mogli pozostawić broń. Kendra tymczasem zaprosiła ich do biblioteki, ulubionego pomieszczenia swojego ojca.

                        W pomieszczeniu panował przytulny półmrok. Ciężkie zasłony częściowo przesłaniały zamglone od wilgoci okna, a płomienie świec wydobywały z cienia rzędy książek oraz wiszące na ścianach mapy i ryciny. W kominku płonęły świeżo dołożone polana, stopniowo rozpraszając chłód przyniesiony z cmentarza.

                        Pośrodku pokoju stał obszerny, drewniany stół, na którym nadal spoczywały zeszyty, kałamarz i kilka otwartych książek. Wokół ustawiono krzesła, wśród których wyróżniał się nieco odsunięty od blatu fotel profesora, jak gdyby gospodarz opuścił go niedawno, tylko na chwilę. Kendra zatrzymała na nim spojrzenie, po czym odłożyła na bok kilka ksiąg, czyniąc nieco miejsca dla przybyłych.
                        — Proszę, rozgośćcie się — powiedziała, wskazując wolne krzesła przy stole. — Wybaczcie nieporządek. Ojciec miał własny sposób układania książek, którego chyba nikt poza nim nigdy w pełni nie rozumiał. Twierdził, że doskonale wie, gdzie co leży, dopóki nikt nie próbuje mu pomagać.
                        Na jej ustach pojawił się blady uśmiech.
                        — Po jego śmierci nie miałam serca niczego tutaj przestawiać.

                        Wkrótce do biblioteki weszła Martha. Przyniosła tacę z kryształowymi kielichami i karafką ciemnoczerwonego wina, po czym sprawnie rozstawiła naczynia na wolnej części stołu. Wraz z jej nadejściem z korytarza napłynął głęboki, korzenny zapach przyprawionego pieczystego, zwiastujący rychłe podanie jadła.
                        — To rodzime wino z winnic hrabiny Carmilli Caliphvaso, założonych przed kilkoma laty na ziemiach dawnego opactwa Sante-Lymirin, niedaleko Caliphas — wyjaśniła Kendra, kiedy Martha zaczęła napełniać kielichy. — Podobno zdążyło już zdobyć sobie uznanie. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu.
                        Ciemny trunek zalśnił karminowo w świetle świec, roztaczając intensywny aromat dojrzałych śliwek, czarnych porzeczek i korzennych przypraw. Martha nalewała go oszczędnie, uważając, by ani jedna kropla nie spłynęła po kryształowych ściankach. Gdy podeszła do zakonnicy, ta jedynie uniosła dłoń w powściągliwym geście odmowy. Służąca przyjęła to bez słowa i przeszła do kolejnego gościa.

                        Kiedy kielichy gości zostały napełnione, Kendra uniosła swój.
                        — Za Petrosa Lorrimora. Niech Pani Grobów prowadzi go bezpiecznie przez ostatnią drogę.
                        Odczekała chwilę, pozwalając zebranym wznieść kielichy, po czym upiła niewielki łyk i odstawiła swój na stół.
                        — To cierpki, wytrawny trunek — dodała już zwykłym, cichszym tonem. — Idealny, by przegnać cmentarny ziąb i pobudzić apetyt. Martha lada moment wniesie gorącą strawę.
                        Po tych słowach twarz dziewczyny znowu spoważniała.
                        — Jeśli chodzi o testament ojca, obawiam się, że będziemy musieli jeszcze trochę zaczekać.
                        Spojrzała po twarzach przybyszów.
                        — Dokument znajduje się pod pieczą znanego już wam rajcy miejskiego Vashiana Hearthmounta. W Ravengro nie mamy jurysty w ścisłym znaczeniu tego słowa, więc to właśnie on zwykle zajmuje się podobnymi sprawami. Jest człowiekiem doświadczonym i przywiązanym do wszelkich formalności.
                        Kendra westchnęła cicho.
                        — Rozmawiałam z nim po ceremonii. Niestety ma jeszcze kilka obowiązków, których nie może odłożyć, dlatego zjawi się dopiero za mniej więcej jedno przesypanie klepsydry. Zapewnił mnie jednak, że przybędzie punktualnie. Pod tym względem można na nim polegać.

                        centered paragraph

                        Kendra odruchowo sięgnęła po jeden z arkuszy leżących pomiędzy książkami. Rozpoznała charakter pisma ojca: drobne, pochylone litery, początkowo staranne, z każdą kolejną linijką coraz bardziej ścieśnione i pospieszne. Marginesy wypełniały dopiski, skreślenia i odsyłacze, zdradzające umysł, któremu najwyraźniej nie wystarczało miejsca na papierze. Przez chwilę przebiegała wzrokiem znajome zapiski, a na jej ustach pojawił się przelotny uśmiech.
                        — Przyznam, że nie wiem, czego spodziewać się po tym testamencie...
                        Zawahała się, a następnie spojrzała na gości z nieco większą otwartością.
                        — Skoro mamy jeszcze trochę czasu, chciałabym go dobrze wykorzystać. Wiem, że każde z was poznało mojego ojca w innych okolicznościach, a o wielu ze swych podróży i znajomości opowiadał mi bardzo oszczędnie. Niekiedy sądzę, że więcej wiedział o ludziach spotkanych na drugim końcu Morza Wewnętrznego niż o własnych sąsiadach.
                        Twarz dziewczyny delikatnie pojaśniała.
                        — Jeśli nie macie nic przeciwko temu, chętnie posłucham, jak właściwie się z nim poznaliście. A jeśli sami chcielibyście mnie o coś zapytać, szczególnie w związku z… wypadkiem… proszę się nie krępować. Postaram się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafię.
                        Kendra ujęła kryształowe naczynie w obie dłonie, lecz nie podniosła go do ust. Za oknami wciąż padał deszcz, a płomienie świec drżały lekko w bibliotecznym półmroku..

                        Do przybycia rajcy Hearthmounta pozostawało jeszcze niemal całe przesypanie klepsydry…

                        Przyznanie się do błędu to nie słabość, lecz zwycięstwo prawdy nad ignorancją.

                        Flesh, not tech-fantasy, the way to salvation
                        Never be destroyed by your own creation
                        A new star is born of muscle and nerve
                        Flesh and Bone

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        3
                        • PiołunP Niedostępny
                          PiołunP Niedostępny
                          Piołun jako Morgrin Bonecarver
                          Mecenas
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #12

                          Krasnolud jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, obserwując, jak zwarta dotąd grupa zaczyna się rozpadać. Pierwsi odchodzili niechętnie, oglądając się przez ramię i mamrocząc coś pod nosem, ale kolejni rychlej przebierali nogami. Nie czuł z tego powodu satysfakcji. Nie było w nim poczucia zwycięstwa, a jedynie powoli ustępujące napięcie, jakby ktoś odsuwał ciężki głaz z jego piersi. Dłoń, która jeszcze przed chwilą spoczywała blisko rękojeści młota, opadła wzdłuż boku, luźno i bezwładnie. Dopiero wtedy Morgrin uświadomił sobie, jak mocno miał napięte ramiona. Wypuścił powietrze przez nos i na moment przymknął oczy, odzyskując właściwy sobie spokój. Nieco zaniepokoiła go nadnaturalna siła, która poniosła jego ostatnie słowa. Siła ta była zbyt podobna do gniewu, którego w życiu się wystrzegał. Ostatniej drogi profesora nie powinien wypełniać gniew, ani jego, ani tamtych ludzi. Po ich odejściu został więc głównie żal, że sprawy zaszły tak daleko. Dlatego kiedy Gibs rzucił jeszcze na odchodnym groźbę pod ich adresem, nic nie odpowiedział. Uznał, że padło już wystarczająco wiele gróźb. Odprowadził mężczyznę krótkim, chłodnym spojrzeniem, po czym zwrócił uwagę z powrotem ku trumnie Petrosa, leżącej pośrodku alejki tam, gdzie przed chwilą musiano ją opuścić. Widok leżącej w ten sposób trumny zasmucił go. Wśród mokrego żwiru i ciemnych płaszczy żałobników wyglądała jak porzucona skrzynia przez przypadek nakryta żałobnym wieńcem. Przerwano im tak ważną chwilę.

                          Przeniósł spojrzenie na Kendrę i przez chwilę jeszcze milczał, chcąc upewnić się, że gdy odpowie , jego głos wolny będzie od wzburzenia, któremu dał się ponieść przed chwilą. Widział, że wciąż była poruszona całym zajściem, a jej podziękowanie mieszało się z czymś na kształt wstydu, którego w jego ocenie nie powinna była w ogóle na siebie brać.
                          – Nie masz mi za co dziękować. Zrobiłem tylko to, co należało.
                          Jego spojrzenie ponownie przesunęło się ku trumnie Petrosa, którą nieśmiało zaczęto podnosić z powrotem.
                          – I nie przepraszaj za nich. Ich postępowanie nie jest twoją winą ani twoim wstydem. Twój ojciec zasługiwał na to, by pozwolono go pożegnać bez podobnych widowisk.
                          Na moment zacisnął usta, po czym dodał już ciszej...
                          – Doprowadźmy go teraz tam, gdzie powinien spocząć. Resztą będziemy martwić się później.

                          Kiedy ojciec Grimburrow zjawił się na alejce, Morgrin wyprostował się nieco i zamilkł. Pozostali żałobnicy szybko zaczęli uzupełniać brakujące szczegóły, rzucając coraz więcej światła na przebieg całego zajścia. Krasnolud nie przerywał im ani słowem. Patrzył jedynie na starego kapłana i widział, jak z każdym kolejnym zdaniem jego twarz nabiera coraz surowszego wyrazu, który to całkowicie rozumiał. Słowa uznania ze strony kapłana jednak nieco go zaskoczyły, choć nie dał tego po sobie mocno poznać. Nie należał do tych, którzy dobrze czuli się w centrum uwagi, a już szczególnie wtedy, gdy ktoś przypisywał mu zasługę za coś, co uznawał za odruch. Na moment spuścił wzrok, przesunął dłonią po brodzie i dopiero po chwili odpowiedział krótkim skinieniem głowy.
                          – Tak było trzeba. – rzucił krótko ciesząc się, że kapłan przeniósł ciężar uwagii na Kendre.

                          text alternatywny

                          Kiedy trumnę ponownie uniesiono, Morgrin bez słowa wrócił na swoje miejsce. Ruszył z resztą orszaku, tym razem znacznie bardziej obecny niż wcześniej. Przedtem pozwalał, by stopy niosły go niemal same. Teraz rejestrował wszystko z większą ostrością. Nierówności ścieżki, odległość między kolejnymi mogiłami, ciężar ciszy, która zapadła po całym zajściu. Wciąż tlił się w nim niewielki kaganek irytacji. Próbował go zdusić, lecz jakaś część jego natury uparcie osłaniała jego nikły płomień. Co jakiś czas wracał myślą do słów Gibsa. Skąd właściwie brały się te oskarżenia? Czy ten nikczemnik miał choćby najwątlejsze podstawy, by je wysuwać? I co chciał w ten sposób osiągnąć? Ta część Morgrina, która należała do Pharasmy, nie pozwalała całkiem zlekceważyć jego słów, lecz na razie zmuszał się, by ich nie roztrząsać. Miał nadzieję, że testament profesora rzuci na całą sprawę nieco więcej światła. Tak musiało być. Tak będzie.

                          Odsunął od siebie wątpliwości i skupił wzrok na mijanych nagrobkach. Niektóre stały prosto i równo, inne zapadały się lekko w ziemię, poddając się sile lat i wilgoci. Litery na starszych płytach traciły ostrość, nazwiska bladły pod nalotem i mchem, a w zagłębieniach kamienia zbierała się woda. Morgrin przyglądał im się okiem rzemieślnika, bo każda płyta zdradzała coś więcej. A to rękę kamieniarza, a to czas wykonania, niekiedy ślady pośpiechu albo staranność, a czasem nawet zamożność rodziny, która ją zamówiła. Ten język znał dobrze. To właśnie dzięki temu marsz stopniowo wracał do swojego porządku. Wśród starych mogił i wilgotnego kamienia, łatwiej było zostawić za sobą wcześniejszą wrzawę. Krok za krokiem napięcie schodziło z niego stopniowo, zupełnie jakby groby i cmentarna ziemia wsączały w niego swój martwy spokój.

                          Gdy wreszcie dostrzegł przygotowane miejsce pochówku, poczuł w piersi nieoczekiwane ciepło. Stanął pośród pozostałych żałobników i spojrzał w dół, w czarne oko mogiły, w głąb ziemi, która miała stać się ostatecznym posłaniem profesora. Odruchowo ocenił jej głębokość i równo poprowadzone ściany. Tutejsi grabarze znali swój fach. Ten drobny szczegół przyniósł mu osobliwy, lecz wyraźny spokój. Kiedy przełożyli pod trumną powrozy i zaczęli opuszczać ją coraz niżej, Morgrin patrzył bez ruchu. Schodziła powoli, jednostajnie, mokra od deszczu i niemal czarna na tle świeżo rozkopanej ziemi. Przez kilka oddechów przypominała ciemny żagiel wciągany w jej głąb. Jeszcze przed chwilą była blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, lecz teraz osuwała się coraz niżej, aż w końcu pozostała z niej jedynie płaska, ciemna tafla na dnie grobu, otoczona wilgotnymi ścianami ziemi.

                          Słowa przemawiającej nad grobem Kendry musiały się do niego przebić, bowiem tak wielką uwagę poświęcił opuszczanej trumnie. Dopiero po chwili zaczął naprawdę słuchać, a jej wspomnienia i ciepłe słowa poczęły wydobywać z jego własnej pamięci obrazy chwil, które przeżył ze zmarłym. Część tego, o czym mówiła, była mu dobrze znana. W innych miejscach dostrzegał jednak człowieka, którego sam nigdy nie miał okazji poznać. Uświadomił sobie wtedy, jak niewielki wycinek Petrosa właściwie znał. Oczywiście wiedział, że ostatecznie każdy człowiek odsłania przed innymi tylko pewną część siebie, ukształtowaną przez miejsce, czas i relację, na skrzyżowaniu których było im dane się poznać. Sama myśl nie była szczególnie odkrywcza, lecz dopiero zestawiona ze wspomnieniami córki nabrała dla niego właściwego ciężaru. Nagle obraz profesora, który nosił w pamięci, rozszerzał się o nowe barwy i szczegóły, wcześniej pozostające poza jego zasięgiem. Choć Kendra jako córka nie mogła być wobec zmarłego całkowicie bezstronna, jej słowa nie osłabiały obrazu, jaki Morgrin zdążył sobie o nim wyrobić. Przeciwnie, doświadczenia, którymi się dzieliła, jeszcze mocniej utwierdzały go w szacunku do człowieka spoczywającego teraz na dnie grobu.

                          Gdy przyszła jego kolej, by powiedzieć kilka słów od siebie, Morgrin wystąpił przed żałobników i zajął należne miejsce przy mogile. Zanim się odezwał, przez chwilę spoglądał na zebranych spod ciężkich, krzaczastych brwi. Potem uniósł wzrok ku zasnutemu chmurami niebu, jakby szukał tam właściwego początku, po czym opuścił go z powrotem ku ciemnościom kryjącym trumnę spoczywającą w ziemi.
                          – Profesor Petros był człowiekiem wielkiej duszy zamkniętej w niepozornym ciele. Spędziłem z nim ledwie kilka chwil, lecz każdą z nich pamiętam wyraźnie. Bodaj najlepszą z jego cech był szacunek, jaki potrafił okazać wtedy, gdy innym najprościej byłoby o nim zapomnieć.
                          Na moment przeniósł wzrok ku jego córce, która patrzyła na niego teraz nieco przeszklonym wzrokiem.
                          – Gdyby świat miał więcej ludzi jego pokroju, miałbym mniej pracy. I byłby przez to lepszym miejscem.
                          Skłonił głowę.
                          – Niech ziemia przyjmie go lekko, a Rzeka Dusz poniesie bezpiecznie ku Grobowisku. Niech stanie przed Pharasmą bez lęku, z ciężarem własnych czynów i dobrem, które po sobie pozostawił. A my, którzy jeszcze idziemy swoją drogą, obyśmy potrafili zachować przy życiu choć część tego, co było w nim warte pamięci. – to powiedziawszy, zszedł skromnie z zajmowanego miejsca i oddał je następnej osobie gotowej na to by powiedzieć parę ciepłych słów nad grobem zmarłego. Gdy wszyscy już przemówili, Morgrin raz jeszcze podszedł do krawędzi mogiły. Schylił się, zaczerpnął w dłoń garść wilgotnej ziemi i przez krótką chwilę trzymał ją bez ruchu. Potem rozluźnił palce, pozwalając, by ciemne grudki osypały się na wieko trumny. Nie powiedział nic. Wszystko, co on i pozostali żałobnicy mieli do powiedzenia, zostało już wypowiedziane. Teraz należało pozwolić mu odejść.

                          text alternatywny

                          Kiedy Kendra zaprosiła ich do domu profesora, Morgrin przyjął propozycję bez wahania. Testament był przecież jednym z powodów, dla których prosiła go o pozostanie w Ravengro, a po wszystkim, co wydarzyło się tego dnia, tym bardziej nie zamierzał opuszczać sprawy w połowie. Droga powrotna minęła mu, jak niemal zawsze, całkowicie w milczeniu. Dopiero po przekroczeniu progu domu Lorrimora, kiedy mokry płaszcz i broń pozostawił we wskazanym miejscu, poczuł, jak cmentarny chłód zaczyna powoli ustępować. Nie przyniosło to jednak oczekiwanej ulgi. Wnętrze domu miało w sobie coś znacznie bardziej dotkliwego niż deszcz, grób i kamienne aleje cmentarza.

                          Biblioteka zatrzymała jego uwagę na dłużej. Z jakiegoś powodu rozrzucone zapiski, kałamarz, notatniki i mapy nie wyglądały jak rzeczy po zmarłym, a raczej jak rzeczy po kimś, kto winnien zaraz wrócić, otrzepać rękawy z deszczu, zająć miejsce pośród papierów i podjąć pracę dokładnie tam, gdzie ją przerwał. Szczególnie fotel profesora sprawiał osobliwe wrażenie. Odsunięty nieco od stołu, pozostawiony w niedbałej pozycji, zdawał się czekać cierpliwie na swego właściciela. Morgrin zatrzymał na nim wzrok odrobinę za długo. Cmentarz nie pozostawiał miejsca na złudzenia. Natomiast dom dla odmiany był ich pełen.

                          Kiedy Kendra rozlała wino i wzniosła kielich za ojca, krasnolud bez słowa przyłączył się do toastu. Uniósł naczynie nieco wyżej, niż wymagała zwykła uprzejmość, i przez krótką chwilę patrzył na ciemną powierzchnię trunku.
                          – Za Profesora Petrosa – powiedział tylko.
                          Upił niewielki łyk. Smak wina nie miał dla niego większego znaczenia, bowiem w tym geście, na każdym pogrzebie na którym był, nigdy nie chodziło o smak trunku. Raczej o to, żeby smakować go ze wspomnieniem o umrałym, jakby ten mógł być z nimi, także wznosząc kielich, ten ostatni raz.

                          Dopiero gdy rozmowa zeszła na wspomnienia i Kendra zapytała, w jaki sposób każde z nich poznało jej ojca, Morgrin odstawił puchar. Przez chwilę obracał go jeszcze między grubymi palcami, jakby układał sobie w głowie właściwą kolejność wydarzeń.
                          – Pierwszy raz spotkałem profesora przez księgę – zaczął. – Nie należała do niego. Nie należała też do człowieka, który mu ją przyniósł.
                          Uniósł lekko brwi.
                          – Jak się później okazało, pochodziła z grobu. Bardzo starego i takiego, którego pozostawiono pod moją pieczą.
                          Przerwał na moment, spoglądając na Kendrę.
                          – Twój ojciec zatrudnił człowieka, którego uważał za poszukiwacza i dostawcę osobliwości. Nie wiedział wtedy, że miał do czynienia ze zwykłym rabusiem mogił. Kiedy prawda wyszła na jaw, profesor był oczywiście zainteresowany samą księgą. Można powiedzieć, że był bardzo zainteresowany.
                          W kąciku ust krasnoluda pojawił się nikły ślad uśmiechu.
                          – I nieco niezadowolony, gdy powiedziałem mu, że musi wrócić tam, skąd została zabrana.
                          Wspomnienie na moment ociepliło jego spojrzenie.
                          – Mógł się spierać. Mógł próbować mnie przekonywać, że wiedza jest ważniejsza albo że zmarłemu książka nie jest już potrzebna. Wielu uczonych właśnie tak by zrobiło. Profesor nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zrozumiał, dlaczego nalegałem, i uszanował to, choć dla niego samego oznaczało to utratę czegoś, co bardzo chciał zbadać. Później jeszcze kilka razy nasze drogi się przecięły.
                          Morgrin urwał, a jego spojrzenie przesunęło się po bibliotece, po stosach ksiąg, zapiskach i pustym fotelu.
                          – Za każdym razem utwierdzał mnie w przekonaniu, iż dobrze zrobiłem poświęcając mu swój szacunek. Dlatego tutaj jestem.
                          Wspomnienie na chwilę zmiękczyło jego rysy, lecz kiedy umilkł, sięgnął ponownie po kielich. Przez moment obracał go między palcami, patrząc na ciemne wino osiadające cienką smugą na kryształowej ściance. Od przyjazdu do Ravengro spychał pewne kwestie związane ze śmiercią profesora na dalszy plan. Kwestie, które pojedynczo można było zbyć, lecz zestawione razem zaczynały uwierać. Nagła śmierć. Wypadek. Ludzie gotowi zatrzymać pogrzeb i nazwać profesora nekromantą. Testament, którego treść pozostawała zagadką nawet dla jego córki. Podniósł wzrok na Kendrę. Skoro pozwoliła pytać, musiał to zrobić. Ciepło, które pojawiło się w nim przy wspomnieniu Petrosa, ustąpiło miejsca spokojnej, skupionej uwadze. Odstawił kielich na stół.
                          – Chciałbym zrozumieć, co właściwie wydarzyło się tamtego dnia. Gdzie znaleziono twojego ojca, w jakich okolicznościach zginął i co sprawiło, że jego śmierć uznano za wypadek? I, na Pharasmę, co skłoniło tamtych nikczemników, by przeciąć nam drogę na cmentarzu? – w ostatniej kwestii zagodził swój głos. Zdawał sobie sprawę, że to mogła być dla niej wrażliwa kwestia, ale musiała podejrzewać o co mogło chodzić. A on... musiał to zrozumieć.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0

                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                          Zarejestruj się Zaloguj się
                          Odpowiedz
                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                          • Najpierw najstarsze
                          • Najpierw najnowsze
                          • Najwięcej głosów


                          • Zaloguj się

                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                          Powered by NodeBB Contributors
                          • Pierwszy post
                            Ostatni post
                          0
                          • Kategorie
                          • Ostatnie
                          • Tagi
                          • Popularne
                          • Świat
                          • Użytkownicy
                          • Grupy
                          • Strona startowa