Krasnolud jeszcze przez chwilę stał nieruchomo, obserwując, jak zwarta dotąd grupa zaczyna się rozpadać. Pierwsi odchodzili niechętnie, oglądając się przez ramię i mamrocząc coś pod nosem, ale kolejni rychlej przebierali nogami. Nie czuł z tego powodu satysfakcji. Nie było w nim poczucia zwycięstwa, a jedynie powoli ustępujące napięcie, jakby ktoś odsuwał ciężki głaz z jego piersi. Dłoń, która jeszcze przed chwilą spoczywała blisko rękojeści młota, opadła wzdłuż boku, luźno i bezwładnie. Dopiero wtedy Morgrin uświadomił sobie, jak mocno miał napięte ramiona. Wypuścił powietrze przez nos i na moment przymknął oczy, odzyskując właściwy sobie spokój. Nieco zaniepokoiła go nadnaturalna siła, która poniosła jego ostatnie słowa. Siła ta była zbyt podobna do gniewu, którego w życiu się wystrzegał. Ostatniej drogi profesora nie powinien wypełniać gniew, ani jego, ani tamtych ludzi. Po ich odejściu został więc głównie żal, że sprawy zaszły tak daleko. Dlatego kiedy Gibs rzucił jeszcze na odchodnym groźbę pod ich adresem, nic nie odpowiedział. Uznał, że padło już wystarczająco wiele gróźb. Odprowadził mężczyznę krótkim, chłodnym spojrzeniem, po czym zwrócił uwagę z powrotem ku trumnie Petrosa, leżącej pośrodku alejki tam, gdzie przed chwilą musiano ją opuścić. Widok leżącej w ten sposób trumny zasmucił go. Wśród mokrego żwiru i ciemnych płaszczy żałobników wyglądała jak porzucona skrzynia przez przypadek nakryta żałobnym wieńcem. Przerwano im tak ważną chwilę.
Przeniósł spojrzenie na Kendrę i przez chwilę jeszcze milczał, chcąc upewnić się, że gdy odpowie , jego głos wolny będzie od wzburzenia, któremu dał się ponieść przed chwilą. Widział, że wciąż była poruszona całym zajściem, a jej podziękowanie mieszało się z czymś na kształt wstydu, którego w jego ocenie nie powinna była w ogóle na siebie brać.
– Nie masz mi za co dziękować. Zrobiłem tylko to, co należało.
Jego spojrzenie ponownie przesunęło się ku trumnie Petrosa, którą nieśmiało zaczęto podnosić z powrotem.
– I nie przepraszaj za nich. Ich postępowanie nie jest twoją winą ani twoim wstydem. Twój ojciec zasługiwał na to, by pozwolono go pożegnać bez podobnych widowisk.
Na moment zacisnął usta, po czym dodał już ciszej...
– Doprowadźmy go teraz tam, gdzie powinien spocząć. Resztą będziemy martwić się później.
Kiedy ojciec Grimburrow zjawił się na alejce, Morgrin wyprostował się nieco i zamilkł. Pozostali żałobnicy szybko zaczęli uzupełniać brakujące szczegóły, rzucając coraz więcej światła na przebieg całego zajścia. Krasnolud nie przerywał im ani słowem. Patrzył jedynie na starego kapłana i widział, jak z każdym kolejnym zdaniem jego twarz nabiera coraz surowszego wyrazu, który to całkowicie rozumiał. Słowa uznania ze strony kapłana jednak nieco go zaskoczyły, choć nie dał tego po sobie mocno poznać. Nie należał do tych, którzy dobrze czuli się w centrum uwagi, a już szczególnie wtedy, gdy ktoś przypisywał mu zasługę za coś, co uznawał za odruch. Na moment spuścił wzrok, przesunął dłonią po brodzie i dopiero po chwili odpowiedział krótkim skinieniem głowy.
– Tak było trzeba. – rzucił krótko ciesząc się, że kapłan przeniósł ciężar uwagii na Kendre.
[image: JYb8cVg.png]
Kiedy trumnę ponownie uniesiono, Morgrin bez słowa wrócił na swoje miejsce. Ruszył z resztą orszaku, tym razem znacznie bardziej obecny niż wcześniej. Przedtem pozwalał, by stopy niosły go niemal same. Teraz rejestrował wszystko z większą ostrością. Nierówności ścieżki, odległość między kolejnymi mogiłami, ciężar ciszy, która zapadła po całym zajściu. Wciąż tlił się w nim niewielki kaganek irytacji. Próbował go zdusić, lecz jakaś część jego natury uparcie osłaniała jego nikły płomień. Co jakiś czas wracał myślą do słów Gibsa. Skąd właściwie brały się te oskarżenia? Czy ten nikczemnik miał choćby najwątlejsze podstawy, by je wysuwać? I co chciał w ten sposób osiągnąć? Ta część Morgrina, która należała do Pharasmy, nie pozwalała całkiem zlekceważyć jego słów, lecz na razie zmuszał się, by ich nie roztrząsać. Miał nadzieję, że testament profesora rzuci na całą sprawę nieco więcej światła. Tak musiało być. Tak będzie.
Odsunął od siebie wątpliwości i skupił wzrok na mijanych nagrobkach. Niektóre stały prosto i równo, inne zapadały się lekko w ziemię, poddając się sile lat i wilgoci. Litery na starszych płytach traciły ostrość, nazwiska bladły pod nalotem i mchem, a w zagłębieniach kamienia zbierała się woda. Morgrin przyglądał im się okiem rzemieślnika, bo każda płyta zdradzała coś więcej. A to rękę kamieniarza, a to czas wykonania, niekiedy ślady pośpiechu albo staranność, a czasem nawet zamożność rodziny, która ją zamówiła. Ten język znał dobrze. To właśnie dzięki temu marsz stopniowo wracał do swojego porządku. Wśród starych mogił i wilgotnego kamienia, łatwiej było zostawić za sobą wcześniejszą wrzawę. Krok za krokiem napięcie schodziło z niego stopniowo, zupełnie jakby groby i cmentarna ziemia wsączały w niego swój martwy spokój.
Gdy wreszcie dostrzegł przygotowane miejsce pochówku, poczuł w piersi nieoczekiwane ciepło. Stanął pośród pozostałych żałobników i spojrzał w dół, w czarne oko mogiły, w głąb ziemi, która miała stać się ostatecznym posłaniem profesora. Odruchowo ocenił jej głębokość i równo poprowadzone ściany. Tutejsi grabarze znali swój fach. Ten drobny szczegół przyniósł mu osobliwy, lecz wyraźny spokój. Kiedy przełożyli pod trumną powrozy i zaczęli opuszczać ją coraz niżej, Morgrin patrzył bez ruchu. Schodziła powoli, jednostajnie, mokra od deszczu i niemal czarna na tle świeżo rozkopanej ziemi. Przez kilka oddechów przypominała ciemny żagiel wciągany w jej głąb. Jeszcze przed chwilą była blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, lecz teraz osuwała się coraz niżej, aż w końcu pozostała z niej jedynie płaska, ciemna tafla na dnie grobu, otoczona wilgotnymi ścianami ziemi.
Słowa przemawiającej nad grobem Kendry musiały się do niego przebić, bowiem tak wielką uwagę poświęcił opuszczanej trumnie. Dopiero po chwili zaczął naprawdę słuchać, a jej wspomnienia i ciepłe słowa poczęły wydobywać z jego własnej pamięci obrazy chwil, które przeżył ze zmarłym. Część tego, o czym mówiła, była mu dobrze znana. W innych miejscach dostrzegał jednak człowieka, którego sam nigdy nie miał okazji poznać. Uświadomił sobie wtedy, jak niewielki wycinek Petrosa właściwie znał. Oczywiście wiedział, że ostatecznie każdy człowiek odsłania przed innymi tylko pewną część siebie, ukształtowaną przez miejsce, czas i relację, na skrzyżowaniu których było im dane się poznać. Sama myśl nie była szczególnie odkrywcza, lecz dopiero zestawiona ze wspomnieniami córki nabrała dla niego właściwego ciężaru. Nagle obraz profesora, który nosił w pamięci, rozszerzał się o nowe barwy i szczegóły, wcześniej pozostające poza jego zasięgiem. Choć Kendra jako córka nie mogła być wobec zmarłego całkowicie bezstronna, jej słowa nie osłabiały obrazu, jaki Morgrin zdążył sobie o nim wyrobić. Przeciwnie, doświadczenia, którymi się dzieliła, jeszcze mocniej utwierdzały go w szacunku do człowieka spoczywającego teraz na dnie grobu.
Gdy przyszła jego kolej, by powiedzieć kilka słów od siebie, Morgrin wystąpił przed żałobników i zajął należne miejsce przy mogile. Zanim się odezwał, przez chwilę spoglądał na zebranych spod ciężkich, krzaczastych brwi. Potem uniósł wzrok ku zasnutemu chmurami niebu, jakby szukał tam właściwego początku, po czym opuścił go z powrotem ku ciemnościom kryjącym trumnę spoczywającą w ziemi.
– Profesor Petros był człowiekiem wielkiej duszy zamkniętej w niepozornym ciele. Spędziłem z nim ledwie kilka chwil, lecz każdą z nich pamiętam wyraźnie. Bodaj najlepszą z jego cech był szacunek, jaki potrafił okazać wtedy, gdy innym najprościej byłoby o nim zapomnieć.
Na moment przeniósł wzrok ku jego córce, która patrzyła na niego teraz nieco przeszklonym wzrokiem.
– Gdyby świat miał więcej ludzi jego pokroju, miałbym mniej pracy. I byłby przez to lepszym miejscem.
Skłonił głowę.
– Niech ziemia przyjmie go lekko, a Rzeka Dusz poniesie bezpiecznie ku Grobowisku. Niech stanie przed Pharasmą bez lęku, z ciężarem własnych czynów i dobrem, które po sobie pozostawił. A my, którzy jeszcze idziemy swoją drogą, obyśmy potrafili zachować przy życiu choć część tego, co było w nim warte pamięci. – to powiedziawszy, zszedł skromnie z zajmowanego miejsca i oddał je następnej osobie gotowej na to by powiedzieć parę ciepłych słów nad grobem zmarłego. Gdy wszyscy już przemówili, Morgrin raz jeszcze podszedł do krawędzi mogiły. Schylił się, zaczerpnął w dłoń garść wilgotnej ziemi i przez krótką chwilę trzymał ją bez ruchu. Potem rozluźnił palce, pozwalając, by ciemne grudki osypały się na wieko trumny. Nie powiedział nic. Wszystko, co on i pozostali żałobnicy mieli do powiedzenia, zostało już wypowiedziane. Teraz należało pozwolić mu odejść.
[image: JYb8cVg.png]
Kiedy Kendra zaprosiła ich do domu profesora, Morgrin przyjął propozycję bez wahania. Testament był przecież jednym z powodów, dla których prosiła go o pozostanie w Ravengro, a po wszystkim, co wydarzyło się tego dnia, tym bardziej nie zamierzał opuszczać sprawy w połowie. Droga powrotna minęła mu, jak niemal zawsze, całkowicie w milczeniu. Dopiero po przekroczeniu progu domu Lorrimora, kiedy mokry płaszcz i broń pozostawił we wskazanym miejscu, poczuł, jak cmentarny chłód zaczyna powoli ustępować. Nie przyniosło to jednak oczekiwanej ulgi. Wnętrze domu miało w sobie coś znacznie bardziej dotkliwego niż deszcz, grób i kamienne aleje cmentarza.
Biblioteka zatrzymała jego uwagę na dłużej. Z jakiegoś powodu rozrzucone zapiski, kałamarz, notatniki i mapy nie wyglądały jak rzeczy po zmarłym, a raczej jak rzeczy po kimś, kto winnien zaraz wrócić, otrzepać rękawy z deszczu, zająć miejsce pośród papierów i podjąć pracę dokładnie tam, gdzie ją przerwał. Szczególnie fotel profesora sprawiał osobliwe wrażenie. Odsunięty nieco od stołu, pozostawiony w niedbałej pozycji, zdawał się czekać cierpliwie na swego właściciela. Morgrin zatrzymał na nim wzrok odrobinę za długo. Cmentarz nie pozostawiał miejsca na złudzenia. Natomiast dom dla odmiany był ich pełen.
Kiedy Kendra rozlała wino i wzniosła kielich za ojca, krasnolud bez słowa przyłączył się do toastu. Uniósł naczynie nieco wyżej, niż wymagała zwykła uprzejmość, i przez krótką chwilę patrzył na ciemną powierzchnię trunku.
– Za Profesora Petrosa – powiedział tylko.
Upił niewielki łyk. Smak wina nie miał dla niego większego znaczenia, bowiem w tym geście, na każdym pogrzebie na którym był, nigdy nie chodziło o smak trunku. Raczej o to, żeby smakować go ze wspomnieniem o umrałym, jakby ten mógł być z nimi, także wznosząc kielich, ten ostatni raz.
Dopiero gdy rozmowa zeszła na wspomnienia i Kendra zapytała, w jaki sposób każde z nich poznało jej ojca, Morgrin odstawił puchar. Przez chwilę obracał go jeszcze między grubymi palcami, jakby układał sobie w głowie właściwą kolejność wydarzeń.
– Pierwszy raz spotkałem profesora przez księgę – zaczął. – Nie należała do niego. Nie należała też do człowieka, który mu ją przyniósł.
Uniósł lekko brwi.
– Jak się później okazało, pochodziła z grobu. Bardzo starego i takiego, którego pozostawiono pod moją pieczą.
Przerwał na moment, spoglądając na Kendrę.
– Twój ojciec zatrudnił człowieka, którego uważał za poszukiwacza i dostawcę osobliwości. Nie wiedział wtedy, że miał do czynienia ze zwykłym rabusiem mogił. Kiedy prawda wyszła na jaw, profesor był oczywiście zainteresowany samą księgą. Można powiedzieć, że był bardzo zainteresowany.
W kąciku ust krasnoluda pojawił się nikły ślad uśmiechu.
– I nieco niezadowolony, gdy powiedziałem mu, że musi wrócić tam, skąd została zabrana.
Wspomnienie na moment ociepliło jego spojrzenie.
– Mógł się spierać. Mógł próbować mnie przekonywać, że wiedza jest ważniejsza albo że zmarłemu książka nie jest już potrzebna. Wielu uczonych właśnie tak by zrobiło. Profesor nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zrozumiał, dlaczego nalegałem, i uszanował to, choć dla niego samego oznaczało to utratę czegoś, co bardzo chciał zbadać. Później jeszcze kilka razy nasze drogi się przecięły.
Morgrin urwał, a jego spojrzenie przesunęło się po bibliotece, po stosach ksiąg, zapiskach i pustym fotelu.
– Za każdym razem utwierdzał mnie w przekonaniu, iż dobrze zrobiłem poświęcając mu swój szacunek. Dlatego tutaj jestem.
Wspomnienie na chwilę zmiękczyło jego rysy, lecz kiedy umilkł, sięgnął ponownie po kielich. Przez moment obracał go między palcami, patrząc na ciemne wino osiadające cienką smugą na kryształowej ściance. Od przyjazdu do Ravengro spychał pewne kwestie związane ze śmiercią profesora na dalszy plan. Kwestie, które pojedynczo można było zbyć, lecz zestawione razem zaczynały uwierać. Nagła śmierć. Wypadek. Ludzie gotowi zatrzymać pogrzeb i nazwać profesora nekromantą. Testament, którego treść pozostawała zagadką nawet dla jego córki. Podniósł wzrok na Kendrę. Skoro pozwoliła pytać, musiał to zrobić. Ciepło, które pojawiło się w nim przy wspomnieniu Petrosa, ustąpiło miejsca spokojnej, skupionej uwadze. Odstawił kielich na stół.
– Chciałbym zrozumieć, co właściwie wydarzyło się tamtego dnia. Gdzie znaleziono twojego ojca, w jakich okolicznościach zginął i co sprawiło, że jego śmierć uznano za wypadek? I, na Pharasmę, co skłoniło tamtych nikczemników, by przeciąć nam drogę na cmentarzu? – w ostatniej kwestii zagodził swój głos. Zdawał sobie sprawę, że to mogła być dla niej wrażliwa kwestia, ale musiała podejrzewać o co mogło chodzić. A on... musiał to zrozumieć.