Przejdź do treści

Sesje D20

Sesje systemów rodziny D20, to jest wszystkich edycji D&D, Pathfindera, D20 Modern i podobnych.

Tę kategorię można śledzić za pośrednictwem sesje-d20@forum.rolltelling.pl


  • 1 195
    1 Tematy
    195 Posty
    PaniczP
    31 sierpnia, 591 WR Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał. Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej. Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów. Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość. Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach. – Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy. Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa. – Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą. Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony. – Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona. Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność. – To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził. Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach. – Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę! – Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło? Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały. Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej. Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu. Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom. W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca. Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami. Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy. – Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe. Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami. – Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się... – Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze? Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła. – To... Trudna sprawa. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło. Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć... Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz. Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka. Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po. Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok. Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre. Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej. Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu. A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić. Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte. Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów. Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer... [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] - Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli. – Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy. Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli. – Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki... - Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia... - Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy. - Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło... Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa. – Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza. Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo. – Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta. Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców. - I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec. Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.   KONIEC   (acz ciąg dalszy nastąpi...)
  • U bram raju

    D&D D&D 5 Greyhawk
    3 Tematy
    305 Posty
    eToE
    Racja. Ja ze swojej strony mogę dodać tylko tyle, że chyba zaczynam dorastać bo ostatnio tylko praca - sen - praca - sen. fakt, że do dorosłości brakuje mi tylko hobby pod tytułem alkoholizm i depresja... po prostu mózg mi nie działał na tyle aby lepszego posta skleić ostatnio, przepraszam.
  • Runa cienia

    Pathfinder Pathfinder 2e Golarion
    1 Tematy
    97 Posty
    R
    Elphira rozumiała zaniepokojenie Karendis sytuacja była dość osobliwa, szkoda że Koniecświacki nie raczył wspomnieć o tym wcześniej. No ale raczej nie było jak się wycofać zwłaszcza że -Jak funkcjonuje ? Chyba u wszystkich jest podobnie z życiem w związku bez ślubu ? Jak jest u elfów ? Czy pytasz o Ustalav ? To chyba zależy od hrabstwa no i zawsze znajdą się obrońcy moralności i przyzwoitości którzy będą kręcić nosem. - Odparła na pytanie Eleril która wyraźnie zainteresowała się tematem. ~***~ Elphira zastanawiała się czy Stadnicki podejmuje tak wszystkich swoich gości czy tylko tych na których chce wywrzeć odpowiednie wrażenie. Ubiór służby był dość “specyficzny” w sensie odkrywał więcej ciała niż zakrywał, nie była pewna czy był to gust gospodarza na codzień czy jego pomysł na tą okazję. Podobnie nie była pewna co myśleć o szkielecie, czy była to norma czy też jego córka próbowała się popisać przed gośćmi. -Glosicielkę ładu ? To dość osobliwy tytuł, zastanawiam się jakie historie pan słyszał o mojej osobie. niestety sama w sumie nie wiem wiele o panu.
  • Popielny Dwór

    Pathfinder Pathfinder 1e Golarion
    2 Tematy
    164 Posty
    SeachS
    Ok ludzie, post wrzucon. Dajmy sobie dwa tygodnie na spisanie odpowiedzi. Czyli do 18.10.2026.
  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami

    Pathfinder Pathfinder 1e Spheres of Power Eberron
    5 Tematy
    68 Posty
    SindarinS
    Thalamer Jeśli wyczyszczenie tabliczki było celowym zabiegiem zwracającym uwagę, to efekt był pełnym sukcesem. Od jakiegoś czasu czyszczono ją regularnie, a sądząc po braku smug, używano pewnie magii czyszczącej. Zarówno ona, jak i zamek nie emanowały żadnymi pozostałościami aur magicznych, co w przypadku tego drugiego było akurat znaczące. Alestair z pewnością miał solidne magiczne zabezpieczenia przed ewentualnym włamem do biura – prywatność była dla niego znacznie ważniejsza niż ładna tabliczka koło drzwi. Wyglądało więc na to, że ktokolwiek się tu włamał, rozbroił je z dużą wprawą, a następnie z podobną wprawą poradził sobie z samym zamkiem, na którym nie było widać żadnego śladu po brutalnych próbach wyłamania. Dodatkowe poszukiwania przyniosły efekty – w opróżnionej szufladzie biurka wciąż znajdowało się ozdobne puzderko, które zapamiętał z ostatniej wizyty u detektywa, kiedy świętowali zakończenie zlecenia. Otwierając je, poczuł wspaniały zapach aiundańskiego tytoniu z delikatną domieszką liści lodret. Większość cygaretek zniknęła, ale ocalało ich przynajmniej kilkanaście. Borin Pierwsza teoria o tym, czego tu szukano, szybko upadła przy dłuższej analizie. Intruzi, a sądząc po śladach, kierunku przesuwania mebli i trajektorii przedmiotów zrzucanych z biurka musiało być ich trzech, przyszli tu w konkretnym celu, a nie tylko by zrobić bałagan. Ewidentnie czegoś szukali, chociaż prawdopodobnie nie mieli stuprocentowej pewności, gdzie to coś się znajduje. Poturbowania makabrycznego trofeum dokonano na sam koniec, przed opuszczeniem biura – była to jedyna bezsprzecznie bezcelowa rzecz, jaką zrobili włamywacze. Wsłuchanie się w głosy miasta potwierdziło te nowe przypuszczenia. Niecałą godzinę po tym, jak Alestair opuścił biuro (zapewne udając się na kolację), do środka wparowały trzy zamaskowane osoby – dwoje o ludzkich wymiarach, jedna znacznie niższa. Sama tabliczka? Alestair zaczął dbać o jej czystość jakieś 3-4 miesiące temu. Bekhesh Możliwość przeczytania stron tekstu w mgnieniu oka była niezastąpiona – jednak zdobycie informacji nie było tożsame z jej skatalogowaniem i przyswojeniem wiedzy. W biurze rozrzucono setki kartek pochodzących z akt kilkudziesięciu spraw, które z początku zdawały się być kompletnym chaosem, od którego pękała głowa. Na szczęście Alestair znakował strony według jakiegoś pokręconego systemu, którego zrozumienie było i tak dla Bekhesha znacznie łatwiejsze niż zgadywanie, co jest kontynuacją czego – zadanie tym trudniejsze, że włamywacze zabrali ze sobą sporą część dokumentów i wszystkie pozostałe akta były niekompletne. Dobrych kilkanaście minut później hobgoblin miał przed sobą kilka równiutkich stert posegregowanych akt, a jego głowa aż huczała od informacji. Udało mu się podzielić je na kilka grup: sprawy cywilne, zlecenia od Domów, sprawy kryminalne, zarówno oficjalne i nieoficjalne, a także akta ważnych zdaniem śledczego osób. Ta ostatnia, zawierająca oczywiście notatki na temat wszystkich obecnych teraz w biurze, została najbardziej ogołocona. Niemal tak samo, jak jeszcze jedna sterta, wydzielona przez Bekhesha na samym początku: akta spraw związanych z uciekinierami z feralnego transportu. Z tych zostało naprawdę niewiele: Spoiler Scrimshaw – Zapiski na temat używanego sprzętu: wytwarzane i umagiczniane na zamówienie strzały z czarnodrzewu (na marginesie dopisek „Mendyrian?”) oraz zjadliwe mieszanki trucizn (wielu dostawców w Trybach). Ustalenia odnośnie potencjalnych kryjówek, wskazujące na przynajmniej tuzin różnych lokacji rozsianych po Sharn. Notatka sugerująca skontaktowanie się z kalashtar Quelltrai w celu skorzystania z jej pomocy przy prowokacji. Taklinn Soldorak – Lista towarów, które szmuglowali do Sharn. Niespójne, szalone wręcz relacje ofiar Taklinn, którym udało się przeżyć eksperymenty, a które obecnie przebywają w Domu Leczenie Kurali w Clifftop. Relacja wskazuje lokalizację pełnego potworności laboratorium we Wrotach Khybera. Na marginesie dopisane „powinno się to wypalić, ale nie chcę tam wracać”. Gersi ir’Cannith – Miejsca, w których pracowała: Eston, Cannith Wschód, Whitehearth, Stalownia Przemysłowa w Popiołach. Fragment stenogramu z przesłuchania, podczas którego przekonuje, że musiała zrobić co zrobiła, by powstrzymać kolejny Dzień Żałoby, a zbrojnokuci po „operacji” są na pewno szczęśliwsi, bez trosk. Mange – Cała strona niedokończonych rozważań na temat tego, czy jest jedynie lykanem, czy pełnoprawnym wilkołakiem. Kalendarium faz księżyców zestawione z relacjami świadków – wyniki niekonkluzywne. Lista kilkunastu nazwisk jego kapitanów z dopiskami o statusie – siedmiu siedzi, pięciu nie żyje, czterech zniknęło podczas obławy. Wampir z Northedge – Szkice przedstawiające wzory skaryfikacji. Notatka z rozmowy z Lanem Hazalem – mężem jednej z ofiar, który jest pewien, że nie ma tu żadnych wątków religijnych, a jedynie jakiś kompletny szaleniec (w kontrze do głośnych powiązań z Krwią Vol). Adres opuszczonej willi w Northedge, której używał jako kryjówki. Taer Badanie aur okazało się mało owocne. Poza wiecznolampą brakowało tu żadnych aur magicznych – co samo w sobie było nietypowe, gdyż Alestair zwykle miał pod ręką przynajmniej kilka magicznych gadżetów. Przynajmniej miał pewność, że nie zostawiono tu żadnych pułapek, czujek czy pluskiew. Pozostałe auromantyczne badania również nie przyniosły efektów, więc trzeba było przerzucić się na zwyczajne metody. Gabinet był całkowicie zdewastowany, ale Taer miał silne przeczucie, że poza ewidentnym poszukiwaniem czegoś, chaos był tu celem samym w sobie. Jego uwagę zwróciła tablica: ktoś bardzo przyłożył się do zniszczenia jej, wykonując kilkanaście szybkich cięć prostym ostrzem, wzmocnionym najpewniej magią ognia. Zwyczajny lub alchemiczny ogień nie wchodził w grę - płomienie nie rozprzestrzeniały się zbyt daleko od linii cięcia, więc nie było mowy o celowym opalaniu lub rozbryzgach płonącego płynu. Gundrik i Żelo Znając Alestaira nieco bliżej niż pozostali, dwaj weterani wiedzieli, jak szukać czegoś, co naprawdę chciałby ukryć. Jak można było spodziewać się po paranoiku, którego plany mają własne plany, biuro miało przynajmniej kilka skrytek. Trzy pierwsze, w biurku i podeście pod golemiczną ręką były proste do znalezienia, co udało się włamywaczom – ale o to właśnie chodziło, wewnątrz z pewnością było zaledwie kilka pierdół, trochę monet, może jakieś nieważne (lub fałszywe) dokumenty. Ich zadaniem było zadowolić przeszukującego, ale jednocześnie wzbudzić podejrzliwość tych bystrzejszych: w końcu poszło aż za łatwo, więc musi tu być coś więcej. Tak też było: w ścianie nad framugą znajdowała się kolejna skrytka, wydrążona w kamieniu. Ta również została opróżniona, co z pewnością nasyciło ciekawość i chciwość włamywaczy. Takie było właśnie jej przeznaczenie: zniechęcić do dalszego przeszukiwania. Przecież w biurze nie byłoby kolejnej ukrytej przestrzeni, prawda? Ostatecznie, tak też było – piąta skrytka była tuż za oknem, pod zdejmowanym fragmentem parapetu. Wewnątrz znajdowała się jedynie niewielka karteczka zapełniona symbolami, literami i cyframi, ani chybi klucz do jakiegoś szyfru. Pół godziny później Bekhesh właśnie kończył katalogować sterty papieru, gdy z korytarza zaczęły dobiegać nowe hałasy. Głośny stukot metalu o kamień, następnie kilka głośnych okrzyków, poprzedzających cichszą wymianę zdań między Varokiem a kimś o bardzo władczym głosie. Kolejnym odgłosem były ciężkie kroki konstrukta i jego pełne irytacji słowa, gdy pojawił się w zasięgu wzroku: - Tutejsi stróże, niezbyt zadowoleni Gdy przekazał wiadomość, oparł się o ścianie, a w jego postawie widać było niezadowolenie. Minęła go trójka strażników miejskich, odzianych w przepisowe kolczugi i hełmy, z gizarmami zarzuconymi na ramię. Prowadził ich siwiejący, acz wciąż ciemnowłosy mężczyzna o bladej karnacji z dystynkcjami sierżanta widocznymi na poniszczonym prochowcu, zarzuconym niedbale na pancerz. Przez chwilę wodził przemęczonymi, podkrążonymi oczami po biurze Alestaira, zanim nie odezwał się nieco ochrypłym głosem: - Czy ktoś może mi łaskawie wyjaśnić, co właśnie odpierdala się na miejscu zbrodni? – zapytał, bardziej zniechęcony niż zdenerwowany. Borin, Taer i Żelo szybko połączyli niechlujną aparycję i radosne usposobienie z konkretnym nazwiskiem. Sierżant Baelen Cord, za plecami nazywany Prochem, był jednym z bardziej charakterystycznych przedstawicieli prawa z Menthis. Przeszedł szkolenie w specjalizującej się w arkanokryminalistyce Poczerniałej Księdze, ale powody, dla których wrócił z tej elitarnej jednostki do szlifowania krawężników, były obiektem plotek i niestworzonych historii. Miał reputację nieprzekupnego, upartego i swarliwego, ale skutecznego – z pewnością miał lepszą opinię wśród szeregowych strażników niż przełożonych, którzy często oddelegowywali go do paskudniejszych i ryzykownych spraw.
  • Polowanie w Lwiej Loży

    Pathfinder 2e Golarion
    3 Tematy
    216 Posty
    PiołunP
    Było arcysympatycznie! Wyczekuję innych rekrutacji, może w nieco szerszej ramie czasowej. Do szybkiego zobaczenia
  • Loch Szalonego Maga

    Kampania prowadzona na kanale discord Rolltelling

    D&D 5ed 5ed 2024 Forgotten Realms
    6 Tematy
    15 Posty
    Dust MephitD
    Alanis, Zak, Horpach, Harghar, Stockfish +202 xp za pokonanie ogromnego sześcianu Unaz +91 xp za pokonanie ogromnego sześcianu
  • Stubramie

    Kampania w fantastycznym mieście-państwie, będącym bramą do stu światów i niezliczonych historii.

    D&D 5E sandbox autorski
    11 Tematy
    266 Posty
    psionikP
    Hej, dorzuciłem tajne rzuty, w razie jakbyście potrzebowali zagrać małą konspirę. Normalne rzuty są normalnie widoczne, ukryte pozwalają widzieć jedynie komentarz/tytuł i wynik, bez formuły (chyba, że się jest autorem lub MG), a teraz dochodzą rzuty tajne. Jeśli nie jesteś autorem ani MG nawet nie zobaczysz, że cokolwiek było rzucane. Poniżej różnica: [image: 1792858322647-7e238707-ca1a-49f9-a59a-73a4b4edfe85-image.jpeg] Jeśli skorzystacie z kart postaci, to będzie można rzucać bezpośrednio z nich (domyślnie normalne rzuty, można wybrać inne), a MG mając NPC/potworach domyślnie rzuca w formie ukrytej (żeby gracze nie wiedzieli jakie statystyki mają przeciwnicy). Jeśli macie jakieś uwagi, to zawsze z chęcią przyjmę.
  • Adventure Path: Carrion Crown

    Z szepczących cieni nawiedzonego Ustalavu wyłania się prastare zło, by pochwycić świat w żelazny uścisk nowej ery grozy! Pośród mgieł spowijających tę posępną krainę mrocznych przesądów i przerażających tajemnic staną naprzeciw siebie ci, którzy pragną powstrzymać powrót zła, oraz ci, którzy pożądają jego potwornych łask. Czy bohaterowie zdołają w porę odróżnić sojuszników od wrogów, by ocalić udręczone księstwo przed odrodzeniem straszliwego tyrana?

    D&D 5e (2024) Golarion
    3 Tematy
    49 Posty
    PaniczP
    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny. Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu. Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi. Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę. Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej. Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca. – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem. Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem. Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się. Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać. – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie. – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje. – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć. – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną. – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym. Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy. To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.