[VtDA] Semproscurita
-
- I co masz zamiar zrobić z sabotażystą? - ponownie odezwał się doradca, co mogło już nadwyrężać nerwy Albertinazazi - Na pewno nie pozostawisz tego bez kary. - mężczyzna przysunął się do Vincenzo na niekomfortowo bliską odległość - Prawda?
-

Ciągły brak reakcji ze strony doży dobitnie świadczył o tym jak na tą chwilę przedstawiała się sytuacja. Zero interakcji. Jedynie jakiś nikt przesłuchiwał Vincenza. Mógł się spodziewać wielu rzeczy, ale nie spodziewał się takiej potwarzy z jego strony. Nie po tym wszystkim co się zdarzyło w przeszłości. Nie spuszczał z doży wzroku czekając na jego reakcję. Doradcę, który go przesłuchiwał nie zaszczycił już nawet spojrzeniem. Nawet gdy ten nachalnie przysunął się w jego stronę.
- Kiedy nadejdzie odpowiednia pora zrobię to co należy. - Odpowiedział krótko. -
Patowa sytuacja w tej rozmowie zdawała się przedłużać w nieskończoność. Tym razem i doradca milczał. Czemu? Czyżby testowali jego cierpliwość? Jak Doża mógłby się do tego posunąć?
Już kiedy wydawało się, że przekroczone zostaną wszelkie granice i Vincenzo nie pozostanie nic innego od opuszczenia pokoju z trzaskiem drzwi...- Twój ojciec miał tak wielkie nadzieje co do twojej osoby. -nagle odezwał się milczący Doża, głosem pełnym strapienia, ale też zimnego spokoju. Pewności słów - Ja również je w tobie pokładałem od początku. Jaki w końcu wybór mieliby Albertinazzi, gdyby nie ty? Twój nieopanowany brat zająłby się interesami? - odwrócił się w stronę mężczyzny, stawiając kielich z winem na biurko - Powiedz, jakie?
Nie oczekiwał jednak odpowiedzi, bo kontynuował zaraz.
- Byłby zawiedziony tobą jako i ja teraz jestem, szczególnie że traktujesz sprawę jako drobnostkę. Nic wartego darcia szat. Może i masz rację. - zaczął przechodzić obok Vincenzo w kierunku biblioteczki z kodeksami - Może i ja za wiele do tego przykładam, a zrujnowana umowa z Milano jest łatwa do nadrobienia w ciągu kilku lat. Może się tak zestarzałem, że zbyt poważnie na każdą drobnostkę patrzę. - przesunął palcami po ułożonych zwojach i wyciągnął jeden z nich.
- Wiesz, jakie jest podobieństwo między księgami a interesami? - skierował kroki ku biurku i przysunął zwiniętą kartę do zapalonej świecy... - Są tak wrażliwe na proste zagrożenia... - ...i włożył rant w środek ognia świecy zapalając go od razu - Oba płoną od małego zaprószenia.Doża podszedł ku Vincenzo z powoli płonącym zwojem.
- Zależy jakie będą zniszczenia nim zagasimy.
Wcisnął zwój w dłoń wenecjanina, który ledwo zdążył go upuścić na podłogę, gdy ogień zaczął dochodzić mu do skóry.
- Wiesz co masz zrobić.Vincenzo spojrzał na płonący pergamin i między jęzorami ognia zobaczył znany mu znak.
Własny podpis z pieczęcią domu.- Masz trzy dni, aby zdrajca klęczał przede mną i błagał o życie.
-

Nie wiedział w co pogrywał doża ze swoim sługusem. Milczenie po ostatnich słowach Vincenzo dłużyło się. Czy to był dobry znak, czy zły, czy cokolwiek w tym spotkaniu miało choć namiastkę bycia dobrym znakiem? Ciężko było określić. Tak czy inaczej Vincenzo wiedział już, że srogo się zawiódł na doży. Razem z ojcem pomogli mu osiągnąć obecne stanowisko, a teraz on odwracał się do rodziny Albertinazzi plecami. Kiedy Vincenzo już myślał, że cała rozmowa zakończy się takim nieprzyjemnym milczeniem doża w końcu się odezwał przywołując nie kogo innego jak świętej pamięci ojca Vincenza.
Miał rację… Nawet jeżeli Vincenzo nie chciałby tego przyznać, to byłoby oszukiwanie rzeczywistości. Doża miał rację. Pod wieloma względami. Fabrizio nie nadawał się do prowadzenia rodzinnego interesu. Zbyt często myślał lędźwiami miast głową. Czego najnowszy dowód zafundował bratu całkiem niedawno. Wciąż czuł w sercu gorycz całego zajścia. Wciąż czuł te ukłucia wstydu i wyrzuty sumienia. Disgrazia! Po trzykroć disgrazia. Na obu braci, na jego córkę, na żonę. Na całą rodzinę. Doża miał rację. Ojciec byłby zawiedziony. Świadom był natury Fabrizia. Wiedział, że przeszkadzałoby to mu w godnym prowadzeniu rodzinnych interesów. Miał nadzieję iż Vincenzo wywrze pozytywny wpływ na brata i ostatecznie uda się sprowadzić go na szlachetną drogę porzucając tą buduarową drogę przyjemności ciała. Ostatnia doba ukazała jednak, iż stało się dokładnie na odwrót. Miast wynosić Fabrizia na drogę szlachetności, to ten drugi przyczynił się swymi występkami do stoczenia się Vincenza w odmęty tych samych grzesznych praktyk. Ojciec zdecydowanie byłby zawiedziony tymi wydarzeniami. Teraz z pewnością patrzył na nich z niebieskich pałaców z dezaprobatą, tak jak tylko on potrafił. Wzrokiem, który zazwyczaj kierowany był wyłącznie na Fabrizia. Vincenzo wiedział, że zgrzeszył, a świadomość wagi tego grzechu paliła jego trzewia. Czas na spowiedź i pokutę zbliżała się niemiłosiernie, acz on przygnieciony wyrzutami sumienia obawiał się jej niczym ścięcia. Ale pewne było również to, że ojciec byłby dumny z tego jak Vincenzo prowadził ich interesy. Tutaj doża się sromotnie mylił. Dość dobitnie ilustrował sytuacje używając płonącego zwoju. Ale… przecież to była jego pieczęć i podpis. Czy to była ostatnia wiadomość jaką mu przesłał? Nie ważne. Delikatne oparzenia na rękach nie przeszkadzało Vincenzo. Zasługiwał na większe kary po tym co uczynił swojej małżonce.
- Masz racje doxe. - Zaczął mówić Vincenzo pocierając palce, aby odruchowo pozbyć się nieprzyjemnego odczucia przypalenia. - Traktuję tego zdrajcę niczym drobnostkę, bo nią jest. Zdradził raz i więcej okazji mieć nie będzie. Jest zaledwie pionem. To co się zadziało nie byłby w stanie samemu przygotować. Dostał ode mnie wszystko, a mimo to zdradził. To wiele mówi o sprawczości i możliwościach osoby, która go do tego pchnęła. On jest pionem. Poniesie zasłużoną karę i będzie przestrogą dla innych, ale nie rzucę wszystkich środków, aby dostarczyć go przed Twe oblicze za trzy dni, bo ten który siedzi za szachownicą w tym czasie rozstawi figury. - W jakimś odruchu Vinenzo na chwilę przeniósł wzrok z Dandolo na jego pomocnika, z którym wcześniej rozmawiał. Zaszczycił go paroma sekundami kontaktu wzrokowego, po czym wrócił do głównego rozmówcy. - Nie traktuję tego jako nic nie znaczącego zajścia. Po prostu skupiam się na tym co naprawdę istotne. - Spojrzał w dół i przydeptał tlący się pergamin - Non perdiamo tempo. Walczenie z zaprószeniami jest daremnym trudem kiedy po bibliotece biega podpalacz. Szybciej będzie w stanie podkładać ogień niż ja go gasić. Dlategoż najpierw muszę zająć się nim, gdyż dopiero wtedy sytuacja ulegnie uspokojeniu. A ukoronowaniem tego będzie ów zdrajca klęczący przed Tobą i błagający o litość. - Vincenzo wskazał gestem podłogę przed biurkiem dla urzeczywistnienia, że w tym miejscu będzie klęczał ów niegodziwiec - Dostaniesz go wedle życzenia doxe, ale nie wystawię się na kolejne ciosy, aby go doprowadzić w trzy dni. Obaj na tym byśmy ostatecznie stracili i tego żałowali. Trzeba to zrobić z głową, a nie gonić z żądzą zemsty za ukaraniem niegodziwca.
-
Doża Wenecji przysłuchiwał się cierpliwie słowom Vincenzo, nie okazując zniecierpliwienia ni drgnięciem powieki, ni będąc targanym przez irytację zachowaniem Albertinazzi, zupełnie jakby prowadzili całkowicie zwyczajną rozmowę przy kielichach dobrego wina. Doradca natomiast zdawał się być trochę znużony, jednak jedno spojrzenie na swojego pracodawcę zniechęciło go do przerywania monologu czy wręcz zabierania głosu Enrico.
- Teraz na tobie się nie oszukałem, Vincenzo. - doża skinął głową - Ale sprawa jest poważna, nawet jeżeli pionek zdradził, a ja na potyczki nie mogę pozwalać, rozumiesz? Wdzięczność i przyjaźń ma granicę, jaką dla nich możesz poświęcić. Taka okropna prawda. W interesach nie istnieje miłość. - zamyślił się - Dobrze, dam ci czas i wolną rękę. Nie będę pośpieszał, ale nie mogę być nadto pobłażliwy... szczególnie że nie przyniosłeś mi dowodów tej zdrady. - przypomniał.
Faktycznie, Alessia nie dostarczyła papierów jak na razie widział. Co ją powstrzymało? -

Wyglądało na to, że słowa Vincenzo uspokoiły dożę. Dobrze. Powiedział mu prawdę tak jak zawsze czynił. Wiedział, że na oszustwie względem partnera daleko nie zajedzie. Takie rzeczy miały tendencję mścić się w najgorszych możliwych momentach. Wiedział, że sytuacja nie była wesoła, bo możliwości, którymi wykazał się ich oponent były godne szacunku. Kluczem było ustalenie jego tożsamości, a do tego droga mogła nie być taka prosta jak niektórzy by chcieli. W końcu jeżeli to była ta szara eminencja, o której Albertinazzi myślał, to była to osoba potrafiąca doskonale maskować ślady. Jak jednak życie nieraz pokazywało nie ma kogoś nie do ruszenia, licząc również Vincenzo, czemu dowodziły ostatnie wydarzenia.
- Rozumiem doxe, a zarazem dziękuję. - Vincenzo skłonił głowę przed swoim dobrodziejem, z którym wiązały go liczne interesy. Nie wierzył co prawda, aby mężczyzna był gotów całkiem się odciąć. Zbyt ciasny był węzeł wzajemnych zależności między nimi. Odcięcie się jednego od drugiego nie było w stanie odbyć się bez poważnych reperkusji. - Również nie chcę potyczek, czy walk. Takie konflikty szkodzą interesom. Ale to nie my zaczęliśmy, a zostaliśmy wciągnięci w ten konflikt. Za brak dowodów ze mną przepraszam. - Ponownie skłonił głowę, tym razem w geście pokory. Zastanawiał się co zatrzymało Alessię. W jej wierność i kompetencję nie wątpił. Co prawda to samo tyczyło się zdrajcy. Czyżby więc i ona go zdradziła? Ciężko było w to uwierzyć. Nie mógł jednak tego odrzucać. Z drugiej strony nie godziło się wysuwać pochopnych wniosków. Rywal schowany w cieniu był wpływowy. Mógł sięgnąć również po Alessię, ale równie dobrze mogło się stać wiele innych rzeczy. Kolejna zagadka. Za dużo ich teraz było. - Kopie miały zostać dostarczone na nasze spotkanie przez zaufanego posłańca. Nie wiem jeszcze co się stało, ale przyjrzę się temu. Odpowiedzialny za ten cały ambaras pociąga za sznurki z cienia. Zna moje interesy i moich ludzi. Mam nadzieję, że ów brak, którego doświadczyliśmy nie jest jego kolejnym dziełem. Doxe, za pozwoleniem udam się zająć tą sprawą. - Vincenzo wstał i skłonił się doży. Jego pomocnika zaszczycił jedynie krótkim spojrzeniem.
Po opuszczeniu spotkania wsiadł do swojego powozu. Nie dawało mu spokoju to co się stało, a raczej co się nie stało. Czemuż to Alessia się nie pojawiła. Miała udać się do Fabrizzia i przynieść dokumenty. Nie było to trudne zadanie. Pytanie na które należało odpowiedzieć, to w którym momencie coś poszło nie tak. Był zaś tylko jeden sposób aby się przekonać. Albertinazzi wyjrzał przez okno na woźnicę.
- Do posiadłości mego brata. - zalecił. Po ostatnich wydarzeniach szczerze nie chciał go widzieć. Nie kiedy rana świeżo jątrzyła się w jego wnętrznościach. Musiał jednak odsunąć to uczucie na bok i zająć się tym czym powinien. Dowiedzieć się co się działo. -

ANNO DOMINI MCCVIII, Rezydencja Fabrizzo Albertinazzi, VenetiaPodróż powozem zajęła więcej czasu niż Vincenzo mógłby przypuszczać. Mogło to oczywiście być spowodowane jego zdenerwowaniem i chęcią rozwiązania problemu już tu i teraz. Czas miał taką nieznośną manierę na przyciąganie, jeżeli zależało ci na czymś bardziej. W sumie Czy vincenzo naprawdę zależało żeby zobaczyć jego brata? Nie potrafił określić. Do dziś nie mógł zrozumieć jak Jego młodszy brat, wiecznie w niego zapatrzony, wręcz nim onieśmielony mógł dokonać takiego okropnego czynu. Mimo ostrzeżeń Glorii nie mógł do tej pory zrozumieć co się stało. Jak jego córka... ze swoim wujem...
Vincenzo poczuł ból głowy jakby w tym momencie został napadnięty. Tak naprawdę ten ból spowodowany był ciągły stresem. Przyłapał się, że w tym momencie pomyślał o Alessi. Jej delikatnym dotyku i młodym ciele...
Nie! Musiał odrzucić to!
- Czemu mi to zrobiłeś?
Ostatnie czego spodziewał się to obecność własnej żony prezydencji brata. Przybyła tu szukając pocieszenia u Lucii, żony Fabrizzo.
- Czemu, Vincenzo!
Mężczyzna został zaatakowany od progu przez zakwaszoną kobietę, którą miał opiekować się w zdrowie i chorobie. Widział też piorunującą go wzrokiem Lucję, jaka spodziewałaby się takiego wydarzenia ze strony swojego męża, ale nie ze strony starszego Albertinazzi.
- Czego ci ze mną brakowało?! Czy to plan tej dziwki z ulicy?! Czy to ona cię oczarowała? Czy to twoja wina?!
Z krzyków uczepionej kołnierza kobiety, zdołał dowiedzieć się, iż mleko wylało się o jego stosunku z Alessią dzięki gadatliwości służby... A przynajmniej tyle zgadywał. ciężko było zrozumieć więcej ze słów zdruzgotanej kobiety pełnej żalu i zrozpaczenia.

-

Wiedział. Wiedział, że jego czyn może doprowadzić do czegoś takiego. Nie spodziewał się iż nastąpi to tak szybko. Ale była to złośliwa kolej losu. W chwili gdy działo się źle, to problemy się piętrzyły. Jeden na drugim niczym piramida nieszczęść. Teraz to samo działo się w jego życiu. Problemy w interesach, problemy z dzieckiem, problemy w małżeństwie. Niemniej nie spodziewał się takiego ciosu zaraz po wejściu do posiadłości brata. Był nastawiony bojowo na spotkanie z Dożą, gdzie wiedział, iż będzie musiał się tłumaczyć, a może i walczyć o przetrwanie. Teraz jednak cała ta pewność siebie i agresywna postawa uleciała z niego. Ramiona mu opadły, a widok jego szlochającej małżonki rozrywał mu serce. Buta i duma wyleciały niczym powietrze z przebitego balonu. Żal i wyrzuty sumienia zżerały go przez cały ten czas mimo iż odsunął je na bok na czas spotkania. Teraz przypomniały się o sobie i na nowo zaczęły przeżuwać jego psychikę. Opuścił głowę i spojrzenie, bo nie mógł spojrzeć kobiecie, którą kochał w oczy. To wystarczyło, aby potwierdzić jej podejrzenia.
- Mea culpa. - Powiedział cicho, a cały ciężar tych słów uderzył w niego od środka. - Mea maxima culpa. - Powtórzył niczym na nabożeństwie w świątyni, a łzy zaczęły wypełniać mu oczy. - Niczego mi nigdy z Tobą nie brakowało. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Byłem zdruzgotany. Byłem pod wpływem wina. - Vincenzo zauważył, że zaczyna się tłumaczyć nie tyle przed żoną, co przed samym sobą, ale wiedział, że na jego grzech nie ma wytłumaczenia. Otrząsnął się więc z usprawiedliwiania się przed nią i przed samym sobą. Jedyne co mógł zaoferować to prawdę. - Nie zasługujesz na to co się wydarzyło. Ja nie zasługuje na wybaczenie. Ani od Ciebie, ani od Boga, ani od samego siebie. Disgrazia. Mea sempiternus disgrazia.
Nie wiedział co uczynić. Zaledwie parę dni temu mógłby stwierdzić, że zawsze wiedział co zrobić albo co zacząć robić, aby osiągnąć cel. Teraz w czasie mniej więcej jednej doby drugi raz zastała go ta sytuacja bezsilności. Pierwszy raz gdy nakrył Fabrizia i Cassandre, a teraz drugi, który był efektem tamtego odkrycia. Gdyby bowiem nie zgrzeszyli, to starszy Albertinazzi nie sięgnął by dna, z którego wyciągnął się po ciele Alessii samemu popełniając straszny grzech. Ten sam za który miał pretensje do brata. Świat dookoła niego płonął, a on robił wszystko aby wyjść z tego cało, ale zawodził na wielu frontach. Czy da radę? Patrząc na rozpacz Glorii wiedział, że musi. Za dużo straciła przez jego decyzje, aby miał zawieść. Wyjdzie z tego zwycięsko. Jednak widok rozpaczy Glorii zapowiadał również iż to zwycięstwo najprawdopodobniej okaże się pyrrusowe.
-

ANNO DOMINI MCCVIII, VenetiaCiężkie od deszczu włosy Vincenzo opadały na skórę jego głowy równie bezsilnie co on się czuł teraz Słowa Glorii wyryły się w głowie męża, a zdesperowany głos małżonki powodował palący ból każdą wypowiedzianą nutą. Gdy żona jego brata nakazała mu odejść z tego domu... Vincenzo nawet nie miał siły oponować. Lub może wiedział, że zasłużył na takie traktowanie?
Nie odezwał się do woźnicy, który zdziwion, iż jego pan nie wchodzi do powozu, jedynie patrzył zaskoczony za mężczyzną. Nie podążył za człowiekiem dlatego, że wyczuwał połączenie palącej złości z psychicznym przybiciem, jakie mogły zostać boleśnie wyładowane na nim. Nie wiedział co mogło tak zaboleć szlachetnego Albertinazzi, ale zakładał, że to pewnie miało coś wspólnego z pieniądzem.
Sam najstarszy spadkobierca fortuny nie mógł się mniej przejmować przemyśleniami sługi. Nie mógł go też mniej przejmować deszcz czy wiatr jakie się zerwały. Ciepłe, letnie choć pochodzące z zakrywających niebo chmur. Rozchlapywane kałuże wtargały do drogich butów, a deszcz spływał strumieniami z bogatych aksamitnych szat. Czas nie miał teraz żadnego znaczenia, gdy przemierzał zatopione ulice Wenecji.
Nie wiedział co myśleć, więc po prostu czuł. Same uczucia go rozgrzewały, a ciepły deszcz chłodził rozpaloną skórę. Był zły... Ale nie wiedział na kogo naprawdę. Na Fabrizzo? Glorię?Zacisnął usta.
Córkę? Żonę brata?
Zatrzymał się przy murze kościoła i z głośnym wyciem wściekłości uderzył zaciśniętą pięścią w kamienie budowli. Chociaż skóra zabolała to Albertinazzi uderzył ponownie i ponownie... aż nie popłynęła krew z rozciętej dłoni, którą dalej znaczył ślad po kamieniach muru przesuwając ją po powierzchni, gdy wyczerpany emocjami szedł przed siebie.
I wtedy zobaczył...Dotarł do bram kościoła prowadzącego na dziedziniec świętego miejsca. Nie tajało złotą aurą boskości, pogrążone w mrokach deszczowych chmur, gdy smagał je letni deszcz, a czerwona suknia zatapiała się w kałużach, gdy ubrana w nią kobieta wchodziła przez ciężkie drzwi do środka kościoła.
Alessia.
Vincenzo poczuł jak stróżka krwi spływa po jego prawej ręce.

-

Wyszedł. Wyszedł na ulicę i ruszył przed siebie, a w głowie cały czas dźwięczały mu słowa żony i bratowej. Był winny wszystkiemu o co go posądzały. Czuł piekący od środka żar winy. Bo był winny. Temu nie zaprzeczał. Wiedział dlaczego sprawy potoczyły się w ten sposób. Wiedział dlaczego zgrzeszył. Ale czy to go usprawiedliwiało? Czy świadomość tego, iż znał cały łańcuch przyczyn i był w stanie nimi wytłumaczyć decyzje zdejmował z niego winę? Nie. To tylko udowadniało jego wyrafinowania. Podejmował decyzje wiedząc jak źle mogą się skończyć. Podejmował je, aby osiągnąć określone cele. Podejmował decyzje, a teraz płacił cenę. Podejmował je świadomie, a to znaczyło, że było nawet gorzej. Łatwo było bowiem rozgrzeszyć się nawet samemu przed sobą za popełnione błędy jeżeli uważało się je za słuszne działanie i nie było świadomym konsekwencji. Jednak za działanie celowe, których konsekwencji było się świadomym? Jak można było rozgrzeszać się za grzech popełniony z taką premedytacją? Zasłużył na wszystko. Wiedział o tym. To sprawiało, że w jego środku ziała teraz taka pustka. Jakże łatwo mu było oceniać negatywnie brata za jego występki. Sam okazał się wcale nie lepszy. Ile razy uważał się za lepszego od niego. Jakże nisko upadła teraz ta moralna wyższość. Był potępiony na własne życzenie. Uderzył z wściekłości w ścianę przed sobą. Nie wiedział nawet jak długo szedł przed siebie. Wszystko do tej pory po prostu nie miało znaczenia. Deszcz, wiatr, błoto, łajno. Po prostu szedł przed siebie pogrążony w wirze emocji, który krążył wokół tej wielkiej paszczy pustki. Dopiero, gdy wyrosła przed nim ściana i nie chciała ustąpić drogi Albertinazziemu, dopiero wtedy się zatrzymał i spojrzał w górę. Wieża kościoła jeszcze bardziej go przybiła. Zgrzeszył, a nogi zaprowadziły go pod dom Boży. Ten stanął mu na drodze niby dowód tego, aby nie szedł dalej tą drogą. Załkał i zaczął walić pięścią w mur. Był wściekły na wszystko co się wydarzyło. Był wściekły na wszystkich uwikłanych w to co się działo. A przede wszystkim był wściekły na siebie. Na swoją słabość. Na swoją głupotę. Uderzał tak aż do momentu gdy ręka nie odmówiła mu posłuszeństwa. Złość znalazła ujście, ale w niczym to nie pomogło. Ściana świątyni stała dalej niewzruszona kpiąc z wysiłków człowieka i przypominając mu iż jest zaledwie pyłem w obliczu Stwórcy. Vincenzo ruszył wzdłuż muru. Jeszcze nie wiedział, czy chciał po prostu obejść budynek, czy wejść do środka i błagać Ojca o wybaczenie. Nie miał okazji podjąć tej decyzji. Ponownie została ona podjęta za niego.
Alessia. W czerwonej sukni. Niczym krew na jego ręce. Co ona tu robiła? Miała zadanie, które jej wyznaczył. Czy ona również go zdradziła? Po tym jak ją wyciągnął z rynsztoka… po tym wszystkim co jej dał… ona śmiała go zdradzić? Ogień wściekłości ponownie rozpalił się w środku i dodał siły nogom, aby zaniosły Albertinazziego w ślad za cielesną powłoką jego grzechu.
-
Emocje buzowały w Vincenzo. Chciał je rozładować, ale nie wiedział jak... Nie wiedział jak to zrobić nie stępając w następny śmiertelny grzech mordu. Widział krew przez oczami wirującą w ruch sukni Alessii.
Nigdy z taką furią nie wkroczyłby w pańskie progi, jednak teraz... Czuł coś, czego nie powinien odczuwać. Ciężkie wrota kościoła zaskrzypiły potępieńczo, gdy najstarszy syn Albertinazzi szarpnął je z agresją dodającą siły jego mięśniom otwierając mu drogę wprost w świętą przestrzeń.
Od razu zobaczył karmazyn sukni Alezzi zdążającej biegiem ku zakrystii. Zatrzymała się przed drzwiami i spojrzała w stronę nadchodzącego Vincenzo od strony wejścia. Wzrok kobiety wyrażał przerażenie oraz coś, czego mężczyzna nie mógł rozszyfrować. Poczucie winy? Błaganie? Cokolwiek to było pozostało nieme jedynie w akompaniamencie szurania materiału sukni, gdy kobieta nim zahaczyła o kamienną ścianę nim zniknęła za drzwiami zakrystii.Vincenzo ruszył dalej za nią mijając kolejne rzędy ław. Potrzebował odpowiedzi!
Z mroków lewej bocznej nawy posłyszał szuranie butów, a w świetle świec pojawił się niespodziewany osobnik, którego sądził, że zostawił u Doży.

Zatrzymał się przed najbliższą zakrystii ławą, i kierując swój wzrok na Vincenzo stał nieruchomo niczym strażnik tego świętego budynku.
-

Furia przepełniała go kiedy przestępował wrota świątyni. Odruchowo sięgnął w stronę wody święconej, ale zdał sobie sprawę, że z jego ręki kapie jego własna krew. Cofnął dłoń nie chcąc skalać aspersorium. Kiedy zobaczył Alessię chowającą się w zakrystii uchwycił jej spojrzenie. Nie obchodziło go teraz. Mogła się go bać jak samego diabła, ale nie mogła przed nim uciec. Nie teraz. Nie po tym wszystkim. Ze zdwojoną determinacją ruszył przed siebie przez kościół.
Wtedy z nawy wyłonił się on i zastąpił mu drogę. Vincenzo zatrzymał się patrząc na niego, tego przydupasa, który mówił w imieniu doży, bo ten nie miał ochoty z nim rozmawiać. Coś z tyłu głowy jednak wrzeszczało i chciało się przedrzeć do świadomości. Wściekłość blokowała jednak zazębianie się trybików. Ruszył dalej przed siebie gotów odepchnąć tego osobnika z drogi. Teraz musiał się zająć Alessią i żadne smutne spojrzenie jej nie mogło pomóc. To spojrzenie… Albertinazzi zwolnił kroku. Spojrzenie Alessi. Bała się, ale czy jego? Był na nią wściekły, ale znała go dostatecznie długo. Co jej towarzyszyło? Coś jeszcze było w oczach. Umysł Vincenzo wskoczył na właściwe obroty. Poczucie winy? Ze względu na to, że zawiodła… Nie… Ton był bardziej błagalny. Jakby… Jakby błagała go o wybaczenie za wprowadzenie do jaskini lwa. Lwa, którego obecność byłaby niesamowitym zbiegiem okoliczności. Ale zbiegi okoliczności nie istniały, nieprawdaż?Podchodząc do pierwszej ławy poruszał się już spacerowym krokiem i zatrzymał parę kroków od mężczyzny, którego jeszcze niedawno na spotkaniu całkowicie ignorował, błąd! Uniósł ręce i delikatnie klasnął parukrotnie.
- Dobrze rozegrane. - Powiedział z uznaniem. W chwili obecnej był już niemal pewien iż stał on za nieobecnością Alessi. Co prawda mógł sabotować Albertinazziego dla sobie tylko znanych celów, ale bardziej prawdopodobne było, że pracował dla tego samego osobnika, który odpowiadał za wcześniejszy sabotaż. To zaś nasuwało okazję rozeznania się w sytuacji, której Vincenzo nie miał zamiaru odpuścić. Szczególnie, że został zwabiony w to miejsce na konfrontację. Ta zaś mogła się skończyć tylko na dwa sposoby. Przy odrobinie szczęścia uda się wyjść z tego ambarasu obronną ręką, ale dużo zależało od rozmówcy. - Jedno pytanie nie daje mi spokoju. Dlaczego? Czym sobie na to zasłużyłem?
Spojrzał na mężczyznę z wyzwaniem w oczach. Wiedział, że wokół jego szyi zacieśnia się pętla, ale miał nadzieję jeszcze się z niej wyswobodzić i odwrócić bieg zdarzeń na swoją korzyść. Nie wiedział czy mężczyzna będzie chciał go zaatakować w domu bożym, czy też gdzieś tam czekają jego siepacze. Jedyne co miał do obrony to sztylet ukryty w wisiorze od swojego brata. Laska ze szpadą została w powozie, od którego był zdecydowanie za daleko. Nie było to wiele, ale użyte w odpowiednim momencie mogło okazać się kluczowym atutem
-
Mężczyzna uśmniechnął się bez emocji do Vincenzo.
- Odpowiedzi... - wydyszał z jakimś pogłosem... ironii? Rozbawienia? - Chcesz odpowiedzi. - doradca położył dłonie na bokach i po chwili skrzyżował je za sobą.
- Jesteś pewien?Nie czekał jednak na odpowiedź powolnym krokiem kierując się ku drzwiom zakrystii, gdzie uciekła Alessia.
- Pewien, że chcesz znać odpowiedzi? - odwrócił się by spojrzeć na Vincenco i samemu wejść do pomieszczenia.Jak tylko sam Albertinazzi podążył za nim w oczy uderzyła go blada poświata rozpalonych w pomieszczeniu świec mszalnych ustawionych wokół rogu pokoju. Wyglądało jakby zastawiono go świętymi rzeźbami za całego Kościoła... i wszystkie one patrzyły wprost na Vincenzo.
Doradca ręką wskazał na drzwiczki w podłodze, jakie prowadziły pewnie do piwnicy, choć ich umiejscowienie było zastanawiające. Sądząc po odsuniętym dywanie i biurku musiało znajdować się skryte pod nimi. Całe pomieszczenie wyglądało na niedawno sprzątnięte, ale wokół drzwiczek rozsypana była ziemia.
- Jeżeli zejdziesz to odnajdziesz odpowiedzi. - wskazał na ciężką klapę w podłodze - Lecz tylko tak je poznasz. Możesz odejść. - spojrzał w stronę wyjścia z zakrystii - Ale zostaniesz w tym, w czym jesteś. - Vincenzo poczuł jego zmęczone spojrzenie na swoim .
Niczym kamerdyner ponownie wskazał ręką w stronę drzwiczek w podłodze, wokół którrych ustawione były statuy zakrywające oczy w strachu.
-

Aura pewności siebie i emanacja spokoju ze strony rozmówcy mówiła naprawdę wiele odnośnie obecnej sytuacji. Mężczyzna nie obawiał się Vincenzo, ani tego co ten mógł zrobić. Oznaczało to, że był całkowicie pewny kontroli nad sytuacją i swoich umiejętności, tudzież umiejętności swoich sługusów, którzy mogli się ukrywać gotowi na natychmiastową reakcję. Niezależnie jednak od tego czy był sam czy ze wsparciem to trzeba było pamiętać, że to spotkanie przebiegało na jego warunkach, bo to on do niego doprowadził. Vincenzo otrzymał alternatywę. Mógł uzyskać odpowiedzi wchodząc do katakumb, a przynajmniej takowe obiecywał jego rozmówca albo odejść. Odejście wiązało się z kolejnym ryzykiem, gdyż mężczyzna mógł wcale nie uhonorować tego biegu wydarzeń i zaatakować go od tyłu, bądź mogli to zrobić jego ludzie. Znalazłem się między młotem a kowadłem i nie widać było dobrej opcji wyjścia. Albertinazzi zastanawiał się nad ostatnimi słowami. “Zostaniesz w tym, w czym jesteś”. Czy to była groźba? Odejdź, a pozostaniesz w kłopotach w jakie Cię wpakowałem? To by znaczyło, że to wyjście wcale nie było wyjściem. Mógł co prawda próbować rozmówić się z doxe i ujawnić tego człowieka jako źródło ich wspólnych problemów. Pozostawał jednak jeszcze jeden problem. Vincenzo nie miał pojęcia co łączyło ich dwóch i jak zachowałby się doxe w takiej sytuacji. Oczywiście próżność podpowiadała Vincenzo, że to właśnie z nim powinien się zbratać, ale pewności mieć nie mógł. To zaś oznaczało, że samo przyznanie się mogło wynieść tego człowieka na wyższe stanowisko jako kogoś, kto był w stanie wodzić za nos Albertinazziego. Szlachcic przeniósł wzrok na Alessię zastanawiając się jaką ona w tym wszystkim odgrywa rolę. Jednocześnie przepełniała go złość na nią, że po tym wszystkim co dla niej uczynił ona go zdradziła. Musiał się z nią policzyć po tym wszystkim. Musiała zostać ukarana za zdradę. Teraz jednak był w środku innej rozgrywki. Rozgrywki, której zasad nie do końca się domyślał.
Vincenzo podszedł do klapy w podłodze i z sapnięciem uniósł ją i otworzył. Ciemność korytarza wewnątrz nie była zachęcająca. Spojrzał nieufnie na mężczyznę, który zachęcał go do wejścia. To była jego gra, a on mógł wkroczyć w te podziemia niczym Daniel do jaskini pełnej lwów. Mógł mieć jedynie nadzieję, że Pan ochroni go tak jak ochronił Daniela przed zgubą. Podniósł świece z ziemi, aby mieć źródło światła i trzymając je w ręce wciąż się wahał. Jakaś część jego podświadomości wrzeszczała, aby nie wchodził do oczywistej pułapki, ale biorąc pod uwagę jakie możliwości do tej pory zaprezentował jego gospodarz, to głupotą byłoby zakładać, że ucieczka teraz mogła zakończyć się pozytywnym rozwiązaniem. Albertinazzi przeżegnał się i mamrocząc modlitwę ochronną zaczął schodzić w ciemność.
-

ANNO DOMINI MCCVIII, piwnice pod Kościołem, VenetiaPierwszym uczuciem jakie uderzyło Vincenzo po otwarciu ukrytych dźwiczek w podłodze był zapach kojarzony z podziemnymi korytarzami piwnicznymi. Zatęchłe drewno i nigdy nie przewietrzane przestrzenie charakteryzował dokładnie taki zapach.

Pierwsze kroki w dół nie nastawiały pozytywnie. Skrzypienie desek schodów pod nogami wydawało jakiś wręcz potępieńczy pogłos i zdawało się towarzyszyć każdemu ruchowi Albertinazzi.
Nie było jednak innego sposobu...
Światło świec z Kościoła znikło dość szybko im głębiej Vincenzo się zapuszczał po schodach by w końcu tylko wspomagała jego wzrok trzymana świeczka, aż schody się skończyły i wszedł na uklepany piasek na kamiennej podłodze. Szuranie własnych butów roznosiło się w tej cichej przestrzeni odbijając od ścian echem. Mężczyzna zobaczył po lewej stronie od zejścia kościelnego zamknięte kamienne drzwi z wbitymi w siebie metalowymi okuciami.
Na podłodze wyraźnie widoczne były poruszenia piasku wokół drzwi, jakie sugerowały iż zostały one z wysiłkiem przesunięte niedawno do środka zaburzając zakrywający posadzkę piasek i tworząc pióropusz po przesunięciu ich.
