Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
U bram raju
PaniczP
Panicz jako
Panicz
Mistrz Gry
MikeM
Mike jako
Mike
TomaszKT
TomaszK jako
TomaszK
Pan ElfP
Pan Elf jako
Morwen
RewikR
Rewik jako
Seweryn Drachenwulf
eToE
eTo jako
Hazar Baraz-Felak

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
42 Posty 8 Uczestników 966 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Niedostępny
    PaniczP Niedostępny
    Panicz jako Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez Panicz
    #1

    Yeol, pełniej i poprawnie nazywany Republiką Zjednoczonych Prowincji Yeol, najczęściej w ustach mówiących Wspólnym pojawiał się jako Wolna Liga. To była klarowność (sam Yeol odwoływał a to do rzeki, a to do krainy, a to do znowu czegoś tam, co lokalsi znali jak pacierz, ale nikt poza nimi). To był konkret (nie trzeba było mnożyć tych członów, przypadków i zastanawiać się, co to niby ta rebuplika). To była nazwa, którą posługiwano się zagranicą, gdy rozpowiadano o znaleziskach Ścieżki Slerotina i obietnicach, które ofiaruje śmiałkom. I to była nazwa, którą śmiałkowie spotykali już na miejscu, na yeolskiej ziemi, gdy tłumaczono im lokalne zwyczaje.

    My, Wolni, mówili o sobie chłopi i mieszczanie, jesteśmy uparci. Jesteśmy uparci i dumni. Wierzymy, że na tej ziemi każdy może zbudować swoją fortunę. Że wszyscyśmy równi w kołysce, ale po to żywim, by wzrosnąć własną pracą ponad innych. By pokazać, że człek swego losu kowalem.

    Przybysze słyszeli o tym. Czasem dziwowali się trochę, widząc masy tych niewzrośniętych ponad resztę, steranych w halach, manufakturach i na latyfundiach, pełnych wiary, że słuszna ich ścieżka, ale moment wciąż nie ten. Tych wzrośniętych zwykle nie było widać na polach czy ulicach, choć dzielili tę samą wiarę.

    Czasem talent i pracowitość Yeoli zdumiewały, gdy co jedno to narzucone im novum, które nakreślały lokalne rady wprowadzano w domach i na roli, na ulicach i warsztatach, a mało tego jeszcze, bo czasem i w kościołach. Nowinki i ulepszenia służyły ludziom, a każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do powodzenia społeczności. Raz, że lepiej przecie by żyło się wszystkim pełniej i dostatniej, a dwa, że jak można odstawać, gdy inni szli twardo do przodu.

    Wolna Liga wzrosła na ludziach czynu. Takich, którzy w dzikości nowej ojczyzny wykarczowali sobie przestrzeń do życia wprost z chaszczy. Przybywali falami, następne pokolenia w kolejnych stuleciach i dekadach, zbiegając do okolonej górami krainy na uboczu Flanaess. Chłopi umykający spod pańszczyzny, niewolnicy zbiegli z plantacji, dłużnicy kryjący się przed prawem, banici i wyrzutkowie. Ci, którzy nie pasowali sąsiadom i ci, którym nie pasowali sąsiedzi. Tacy, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa i tacy, którzy coś tam uciułali i zaczynać chcieli po swojemu. Tam, gdzie w bród wolnej ziemi i nie trzeba dzielić morgi między siedmiu kuzynów.

    My, Wolni, mówili o sobie ci, którzy mieszkali w Lidze od pokoleń, jesteśmy gościnni. Gość w dom, bóg w dom. Każdy podróżny to przecie może być Fharlanghn.

    Przybysze czuli to, gdy nie raz korzystali z serdeczności gospodarzy śpiąc po ich stodołach, chatach, a bywało, że i mieszkaniach, współdzieląc z nimi wieczerzę.

    Jesteśmy gościnni, mówili tak samo ci, których keolandzki często ciągle dźwięczał od północnego akcentu, bo to kraj, gdzie każdy skądś przybył. Nam też była tu niedawno droga zza gór i poznaliśmy gościnność sąsiadów.

    Nie chcemy tu obcych, mówili ci sami, ci pierwsi i ci drudzy, których dzieliły pokolenia w dolinie. Przychodzą i chcą jeno brać i brać, jakby każdemu się należało. Przybyli kiwali głowami, chłonąc lokalną mowę. Zabierają robotę, a to nie jest taki czas, żeby o innych się martwić, mówili inni i mówili ci sami. Mamy własne problemy, a teraz czasy niepewne. Niedobra to rzecz i lepiej, co by Rada coś z tym zrobiła, bo inaczej nam samym przyjdzie... A chłop tu mocny i na głowę wleźć sobie nie da!

    Przybysze czasem potakiwali, potulni i niechętni scysjom. Czasem wręcz byli zgodni, pewni, że przecież to nie o nich i ich to nie dotyczy. Ale inni parskali, pukając się w czoło. Czy to nie Wy, Wolni, mówili, chwilę temuście mówili, że Ścieżka to taka szansa, jakiej świat jeszcze nie widział? Że z Niebios dana szansa i bogactw tyle, że na Ligę idzie złota era? Że trze'a by świat zainteresował się i popuścił trzosa?

    Spojrzenia kłóciły się w Lidze, ale czasem zlepiały w jeden misz-masz, zależnie od tego, kto zasiadł przy stole i co podano. Wojna w pobliżu granic i spiski Szkarłatnych Braci. Trzeba było uważać, bo czas niepewny. Nie dać wciągnąć się w wojnę i nowym krajanom uważnie patrzeć na ręce. Ale kiedy Bracia, psubracia, ha-tfu!, dokonywali swoich rzezi i bezeceństw, czyli godziło się być obojętnym? Stawiać zasieki zamiast pomagać?

    A sprawa Ścieżki, a Drusdygg, a Czarne Wrota? Miejsca, o których w Yeol dotąd nikt przecie nie słyszał (poza tymi, którzy żyli w samym Drusdygg i u progu dzikiej doliny)... Teraz zjeżały debatę przy stołach od Yatili po Piece. Szansa to, szansa, głosili jedni, a drudzy (albo ci sami, jeśli inaczej wstali) ganili: Nie wolno w głupotę popadać! Przylezą Keole, królewicze, obce, rozbiorą, wydoją!

    Kompanie i spółki ściągały ludzi do Ligi, wkraczając w gospodarczy boom, który wzrósł na razie na samych nadziejach Ścieżki. Za nimi ściągali węszący swej szansy, którzy chcieli podłączyć się pod operacje w Drusdygg. Byli podobni Yeolom, którzy przybywali tu od pokoleń.

    Spragnieni swej szansy, charakterni, odważni, niepokorni i głodni. Dlatego budzili nadzieje u tych, którzy wierzyli w szanse dawane przez Ścieżkę. I w magię wzrostu, który mieli napędzać.

    I z tego samego powodu budzili obawy. U innych i u tych samych. Bywało, że budzili lęk.

    Drusdygg, gdzie strumień przybyszów znajdował ostateczne ujście, czuło to najmocniej. I tu przekonali się już, a mieli przekonać jeszcze dosadniej, że nowi są Ligi prawdziwą szansą.

    I śmiertelnym dlań zagrożeniem.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    4
    • PaniczP Panicz odniósł się do tego tematu dnia
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz jako Panicz
      napisał ostatnio edytowany przez
      #2

      Hazar Baraz-Felak

      Góra drżała. Drżała i dźwięczała pod uderzeniami kilofa, odłuskiwana powolutku w pragnieniu złota. Metal łupał skałę bez zmiłowania, topiąc ją niemal, gdy górnicy wokół wylewali siódme poty, by ledwie zedrzeć kamień ze lśniącej rudy.

      Ale co krasnolud, to krasnolud przecież. Karły znały się z górami od zarania dziejów. Zrodzone ze skał. Wykute z kamienia, w który tknięto życie. Wyplute przed wiekami z samych trzewi ziemi.

      Mitów i dociekań na temat krasnoludzkiego pochodzenia było pełno. Szczególnie tam, gdzie ludzie żyli obok dwur – blisko, ale nie dość blisko, by chcieć prawdziwie ich poznać i zrozumieć. Tam, gdzie krasnoludy budziły podziw i zazdrość, ich odrębność i obecność żywiła plotki i ciekawość, a pogarda i strach szły dopiero potem.

      Nawet jednak tam, gdzie wspólna praca w sztolniach, pot przelany w kuźniach czy wojskowa służba budowały braterstwo między rasami, karły nie bywały specjalnie wylewne w mówieniu o sobie. Zaskarbić sobie ich przyjaźń było ciężko, ale w Wolnej Lidze zdarzały się takie przypadki. Tu, gdzie pracowitość była jedną z głównych cnót, ludzie lepiej dogadywali się z mniejszymi, a szerszymi pobratymcami, którzy obsiedli góry ze wszech stron Yeolu.

      Nie było to doświadczenie Hazara. Nikt z chuderlawców nie zalazł mu za skórę, ale nie zjednali sobie jego sympatii. Odkąd opuścił rodzinne strony pracował z nimi w wielu miejscach, rżnąc skały w kopalniach Jotenów i Małych Wzgórz, a teraz ryjąc za złotem w Drusdygg, gdzie Ścieżka ściągała żarłoczne przygody tłumy.

      Nikt go nie prowokował. Nikt mu nie dogadywał. Nie kpili z niego, ani mu nie jątrzyli. Czasem spoglądali dziwacznie i szeptali, ale nie słyszał, co mówią. Nie musiał. Domyślał się. Wiedział, że większość się boi i nikt nie wejdzie mu w drogę.

      Wiele krasnoludów mogło pochwalić się imponującą jak na ludzkie standardy sylwetką, ale Hazar odstawał dobrze ponad średnią. Z bicepsami jak bochny chleba i plecami jak u wołu, wyglądał na przodku jak pradawna bestia, którą górnicy świeżo wykopali spod ziemi.

      Ale fizjonomia mocarza to było jedno. To zamykało gęby mordochlapom i uwalniało od zakusów szulerów i oszustów. Wśród górników w Drusdygg i szemranego towarzystwa, które trafiało się w Czarnych Wrotach, to mogło być jednak za mało, by nie znalazł się taki, czy tacy, którzy będą chcieli się spróbować. Albo popłyną z żartem za mocno. Szczególnie, gdy w żyłach płynie gorzałka.

      Hazar Baraz-Felak był nie tylko zbity jak górniczy stempel, ale miał do tego gębę paskudną jak listopadowa noc. Łysą łepetynę miał poznaczoną bliznami i śladami oparzeń, okalającymi czaszkę od czoła po potylicę jak pajęczyna. Oszpecony, wyglądał jakby ktoś z zapamiętaniem pracował nad nim raszplą i opalał pochodnią, a przekrwione, ciemne, czerwieniące się, wiecznie przymrużone ślepia nie ocieplały wizerunku. Może i się uśmiechał, ale tego i tak nikt by nie zapamiętał, bo to tak gryzłoby się z obrazem, który budowała cała fizys Hazara, że pewnie i w szatach prałata Veluny wzięto by go za zbira.

      Krasnoluda mogło to boleć, a może miał to głęboko w kieszeni. Nikt w to nie wnikał. Hazar nie był duszą towarzystwa. I dzięki bogom!, myśleli niektórzy. Ale u paru kompanów z oddziału zbudował jakąś sympatię... Czy coś pokrewnego. Swoją siłą i zrozumieniem fachu bił wszystkich na głowę, więc podziw dla jego roboty zjednał mu szacunek w kopalni.

      – Słuchej, Hazar. – Grimbald, z którym kransolud pijał najczęściej, siwy brygadzista, który formalnie karła miał pod sobą, nalał mu kubek wódki. – Wiesz, że my tu ryjemy-ryjemy, ale nagroda je w dole? Że najlepsze łupy na Ścieżce?

      Krasnolud nic nie powiedział tylko niuchnął smród gorzałki. Paskudny, jadący drożdżami bimber, który Kliwasz pędził pod lasem. Hazar uśmiechnął się i pociągnął długiego łyka. Po tym co przeszedł, doceniał nawet to, co proste i podłe.

      – No, słyszałeś, nie? - Majster mógł być nieco zbity z pantałyku, ale znał już trochę rozmówcę, więc nie czekał dłużej na potwierdzenie. – Kompania, Lazurowa zdaje się, szuka tam szpeca od górniczej roboty. Tamój już na samej Ścieżce, gdzie wolno nikogo nie puszczają.

      – No mów, mów. – Krasnolud odstawił kubek i wciągnął powietrze. – Rekrut otwarty?

      – Ano – potwierdził stary, polewając na drugą nogę. – Tyś tu najlepszy, tom o tobie pomyślał.

      Hazar kiwnął, by nie lać do pełna – w obawie, że się wyleje, a nie z troski o gardło czy głowę.

      – Miło – podziękował. – I chcesz mnie rekomendować? Nie siebie?

      Siwy wzruszył ramionami i gulnął z kubeczka. Rzuciło nim aż chwycił się blatu i teraz suszył zęby, uśmiechając się głupio.

      – Mocny diaboł – osądził. – No jako godom, tam trze'a szpeca. A ja szpeca cenię. Jam tutaj majster, ale ty...

      Kierownik poklepał się dłonią w pierś.

      – Tyś tu na pokładzie najlepszy. Jakbyś nie był krasnol, to pewnie ciebie by tu wzięli za majstra.

      – Ale jestem – zauważył krasnol. ­ Tam będzie inaczej?

      - Słuchej... - Grimbald machnął na Młodego, by sunął im tu zakąski, które jedli stolik dalej. – Tego ja nie wiem... Ale ci mówię, że tam jest pensja na szpecu trzy razy taka jak tu, a tyś byś mógł i na sztygara iść przecie, bo robotę to masz we krwi... Znasz przecie wszystko to lepiej niż my, widać to od razu.

      Hazar złapał gzika z podsuniętej tacki i bez słowa wpakował do ust. Tak jak miało być, myślał. Tak jak miało być. I bez forteli, bez mordęgi. Wejdę na Ścieżkę frontem.

      – Dzięki – rzucił po dłuższej chwili milczenia, gdzie ciszę wypełniał mlask w ustach. - Doceniam. I skorzystam.

      - Ano, korzystaj, oby się dało – zgodził się majster. ­- Będzie może fucha, to i się odwdzięczysz tam, nie? Wciągniesz w drużynę?

      - Pewnie – zapewnił od razu krasnolud, myślami będąc już poza barakiem, z dala od bimbru, ziemniaków, spoconych górników i oblazłych pchłami kocy. Myślami był już na Ścieżce.

      I dalej jeszcze. Dalej, ale z powrotem tam, skąd przyszedł. Już z tym, co dała mu Ścieżka.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      3
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz jako Panicz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #3

        Morwen

        Dym okalał góry z niska i z wysoka. Kłębił się nad szczytami, bijąc w niebo z gorejących sosen i czarnymi, wężowymi zawijasami spływał w dół, niosąc zapach pożogi w dolinę. Morwen przymknęła orzechowe oczy i zaciągnęła się głęboko. Dym niósł zapach i swąd, ciepło i ogień. Łaskotał zmysły i boleśnie drapał w gardło. Dziewczyna wypuściła powietrze nosem i rozkasłała się.

        Zadowolona, z półuśmieszkiem na trójkątnej twarzy, zasiadła przy ognisku na skraju zbocza. Ogień szalał za nią, zżerając leśne ostępy wśród Pieców. Nie był daleko. Ale ona znała dzicz. Rozumiała naturę i jej porządek, świadoma czego i kiedy się po niej spodziewać. Tu była bezpieczna.

        W rozchełstanej koszuli i zsuniętych butach, wygrzewała się swobodnie przy wieczornym ognisku. Taki sam ogień szalał o staję dalej, łamiąc drzewa i spopielając wszystko na swojej drodze. Jej służył do relaksu i podpieczenia ziemniaczków w mundurkach. Przebierała w nich leniwie patykiem, przerzucając ze strony na stronę.

        Zmierzchało, ale ognista łuna za nią wstrzymywała ciemność. Widok na blaknące Drusdygg w dole przydawał kolacji dodatkowego uroku. Tam też jaśniały kropeczki ognisk, a blednące światło pozwalało jeszcze rozróżnić co większe kształty budynków. Czarne Wrota.

        Morwen wygrzebała ziemniaki na drewniany półmisek i skubała je w zamyśleniu. Zwykle to sama podróż była jej celem. Ale teraz droga zamarła pod stopami. Zaprzestała rozwidleń, zakrętów i kuszenia tym, co za rogiem. Teraz droga legła u jej stóp jak pies, zapraszając by spocząć u jej kresu.

        Kres był tutaj. Czarne Wrota i Ścieżka Slerotina. Tu ściągnął ją wewnętrzny kompas i na to miejsce zamieniła rubieże, które zwała domem. A przynajmniej miała zamienić. Na chwilę, na dłużej? Pewnikiem nie na stałe! Mimo obietnic Ścieżki nie wyobrażała sobie, żeby zalec w tym ludzkim roju, obskubującym truchło pradawnej Magii z jej tajemnic aż nic nie zostanie.

        Na dobrą sprawę... Na dobrą sprawę nie wiedziała, co czeka ją dalej, choć miała już plan. Chciała dobrać się do tego, co kryją misteria Slerotina zanim chciwi ludzie wywleką wszystko i rozprzedadzą po targowiskach. Chciała dostąpić tajemnic, które skrywały się pod skorupą Ścieżki zanim zagarną je inni.

        Nie marzyła o władzy, potędze, czy bogactwach, po które przybyli inni. O, nie wykluczała skorzystać, jeśli coś wpadnie, ale to nie doczesność – nawet i ta magiczna – skusiła ją do Doliny.

        Ścieżka kusiła ją sama sobą. Nęciła jak upojny aromat wygłodniałego rozbitka, odzywając się jaskrawymi obrazami w snach i impulsami na jawie. Morwen czuła zew Ścieżki niemal fizycznie, niby ukłucia od spodu, albo drgania na skórze.

        Wiedziała, że za Wrotami drzemie potężna magia. Relikt Imperium Suelii. Czasów, gdy magowie potrafili odmieniać całe krainy – jednym rytuałem ożywiać pustynie i jednym zamieniać miasta w gorejące szczątki. Inni też to wiedzieli. Pewnie nie każdy znał skalę, potrafił to nazwać i zrozumieć, ale poza hordą łasych na starożytne świecidełka, miejsce kusiło i tych, którzy znali jego rolę.

        Nie było ich wielu. Dla większości świadomych, zrozumienie kończyło się na historycznej doniosłości, epokowych technologiach czy odcyfrowywaniu zapomnianej wiedzy. Na nauce, a może i magii, ale ujętych w karby współczesnego rozumienia i chęci wplecenia tajemnic Ścieżki w służbę współczesnych potrzeb.

        Morwen wiedziała, że byli tam tacy – musieli być! - którzy widzieli w powietrzu sploty magii Slerotina i w runach wśród ścian, mimo woli, odczytywali sylaby zaklęć. Ale mało kto mógł czuć to jak ona. Mało kogo tajemnice z głębin Piekielnych Pieców nęciły niemal cieleśnie, przedzierając się przez eter i lgnąc do adresatki na spojeniu woli i zmysłów.

        Czarownica wiedziała, że w tym jest wyjątkowa. Że jej rozumienie magii będzie ogromnym atutem, o który kładący łapę na Ścieżce będą się bili. I wiedziała też, że lepiej skryć niektóre szczegóły swej mocy, bo jej źródło i to jak przez nią przepływa, nie zgrają się z ich spojrzeniem na czary. Czary, które miały być narzędziami w służbie bieżących potrzeb.

        Morwen chciała zanurzyć się w magii, by ją zrozumieć. Dojść do istoty Ścieżki i tego, co niosła ze sobą, wyzwolona od twórców i współczesnych interpretatorów, samoistna jak żywa manifestacja mocy.

        A że gdzieś trzeba było zacząć, spróbowała zareklamować się jako magiczna konsultantka i ogniowe wsparcie w eksploracji dla tych, którzy mieli schodzić w głębiny. Miasteczko puchło od ludzi pracy i hardych zakapiorów, ale magia zawsze była w wysokiej cenie. Ten dar nie powszedniał nikomu, więc kiedy Morwen ujawniła się potencjalnym pracodawcom jako czarodziejka-nowicjuszka, mogła być pewna, że kiedy obiecywali, że się odezwą, to bankowo tak będzie.

        Lazurowa Kompania trafiła ją pierwsza. Jej historię o byciu w dużej mierze samoukiem, ale z historią terminowania u Lady Beltrany Molag z Hochoch w Geoffie można było traktować... Jak kto chciał. Morwen umiała oczarować i zakręcić (nie sięgając po magię), a w głosie miała pewność i zdecydowanie, jakby słowa skapywały jej od razu na papier, więc Wylla van Coen dała jej szansę.

        Wielu pewnie uwierzyłoby od razu po krótkich popisach czarodziejki i jej pełnym detali, drobiazgowym i szczerym opisie nauki u mentorki z Północy. Niektórzy tylko, bardziej światowi lub skrupulatni, zwróciliby uwagę, że zniszczony przez najazd gigantów Geoff to dobre miejsce, by osadzać swoją nieweryfikowalną przeszłość. W kraju pod jarzmem nieludzi, z miastami zrujnowanymi i populacją wybitą lub zniewoloną, każdy mógł być przed wojną każdym. Jak dzisiaj to sprawdzić?

        – Pięknie opowiadasz – pochwalił ją półełf. Kai. Śniadoskóry, smagłolicy młodzik na służbie Kompanii. – Widziałem też wczoraj, co potrafisz.

        – Dziękuję. - Morwen skłoniła grzecznie głowę i odgarnęła z czoła czarne kosmyki, które zleciały w oczy na jej kiwnięcie. – Wierzę, że przydam się W... naszej... No teraz już naszej, wspólnej sprawie.

        Chłopak zaśmiał się dźwięcznie i pokazał bielutkie zęby. Czarownica wiedziała, że nie przypadkiem to jego posłano do niej na spytki i to on, pospołu z Wyllą, doglądał jej zgłoszenia. Na początku ledwie to czuła, a może miała tylko wrażenie, czy wręcz tę ułudę zwaną intuicją, którą zawsze po fakcie wyjaśnia się na własną korzyść... Ale im dłużej z nim przebywała, tym była pewniejsza, że Kai rozumie się na magii. Że zna się na niej nie tylko jako teoretyk, ale jako praktyk. I że jego magia ma w sobie coś zbliżonego do jej własnej... Nutę niestałości i fantazji.

        – Ścieżka to niebezpieczne miejsce. – Kai patrzył jej w oczy z zaciekawieniem, które w innych okolicznościach mogłaby wziąć za flirt, ale tutaj trafnie odczytywała jako próbę przejrzenia jej osoby. Chyba trafnie... – Przed zejściem tam trzeba przetarcia. Musimy wiedzieć, że nasza ekspertka od zabezpieczenia magicznego daje grupie prawdziwy gwarant ochrony.

        – Rozumiem i pozostaję do usług – odpowiedziała ciepło, zapijając zdanie łykiem wina. Nie podobały jej się te ceregiele, ale rozumiała ich ostrożność. Kai musiał być kimś ważniejszym, niż sugerowałaby jego frymuśna osoba, dziwaczne szaty i wieczorne pobrzękiwanie w gospodach. Słyszała plotki, ale musiała jeszcze wgryźć się w serce miasteczka, by zrozumieć do końca, kto jest kim i co tutaj znaczy. - Jeśli pojawi się jakaś możliwość, bym dowiodła swojej wartości, zgłoszę się z wielką ochotą. Nawet jeszcze przed kontraktem zatrudnienia.

        - Powiedz Morwen. – Chłopak pomachał komuś, kto wchodził akurat do oberży i korzystając z pauzy machnął na służkę, by doniosła im jeszcze wina. Widać było po geście, że się znają i lubią, a oczy wielu osób przejeżdżały po półelfie w taki sposób, w jaki spogląda się na kogoś, kto wrasta już w krajobraz i nie wymaga uników. Kto nie budzi strachu, ani niechęci. - Co sądzisz o Wedryku Weldzie... Czy tam mistrzu Wedryku, jeśli wolisz.

        Czarownica zastanowiła się przez chwilę, co miało ten atut, że było spodziewanym gestem. Miała się zastanowić... I prawdziwie się zastanawiała, ale nie nad tym, co powiedzieć, ale co stoi za pytaniem. Wedryk Weld był magiem, który stanowił w miasteczku i pewnie całym regionie najpoważniejszy czarodziejski autorytet. Był renomowanym mistrzem transmutacji i klasycznym dziwakiem. Dziwakiem wedle plebejskich standardów, ale nie według zwyczajów arkanistów.

        Weld zdawał się magiem tradycyjnym w swym ujęciu magii – książkowym, eksperymentalnym i naukowym. Bez cienia wątpliwości arcypotężnym, bo nić jego mocy Morwen czuła jeszcze kilka tygodni temu, gdy obozowała w górach, spoglądając na miasteczko znad ogniska. Był zaufanym człowiekiem starosty Saliny, który sprawował opiekę nad Wrotami i z tego, co zrozumiała, głównym magicznym narzędziem operacji na Ścieżce, w które nie wtajemniczano maluczkich.

        – To wielki specjalista w swojej dziedzinie – przyznała uczciwie kobieta. – Słyszałam opinie, że najwybitniejszy czarodziej w Wolnej Lidze, a przynajmniej w zakresie magii transmutacji... To znaczy tego rodzaju zaklęć, które...

        - Ach, wiem, wiem! - Kai przerwał jej, ale był w tym na tyle wdzięczny, że nie mogła nawet udać urazy. - Często służy nam tu – potrzebną, ale, khe-khe, nie zawsze – kuratelą w sprawach arkanów... Na pewno jeszcze się poznacie. Dla czarodziejki... Czy nowicjuszki, to musi być pewnie całkiem ekscytujące.

        Sprawdzał ją. Czuła, że sprawdzał ją, albo już odczytał i ulokował źródło jej mocy, gdzie indziej niż książkowe termina u lady Molag. Stąd było to maglowanie i pytanie o stosunek do Wedryka. Tamten przejrzałby ją pewnie raz-dwa, gdyby przyszło im stanąć oko w oko.

        Morwen bąknęła coś by wyrazić sugerowany entuzjazm, ale półelf na raz zluzował spojrzenie i kiwnął na nią kieliszkiem.

        ­- Dosyć o robocie. Byłbym bezecnym, gdybym u progu wieczora zamęczał cię jeszcze rozmowami o pracy. – Kai zakręcił naczyniem w dłoniach, dopił resztkę i zebrał się od stolika. – Lada dzień sprawdzimy, jak sobie poradzisz. A na razie wyluzuj się, odpocznij. Napij na mój koszt, zapraszam.

        Bard rozsupłał pokrowiec wokół lutni i ruszył ku podwyższeniu w rogu sali, które służyło za scenę.

        - I posłuchaj jak gram, bo zaraz wchodzę. Powiesz potem, co myślisz. Liczę z twojej strony na... szczerość.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • PaniczP Niedostępny
          PaniczP Niedostępny
          Panicz jako Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #4

          Eutelo Isebrand

          Wieści, jeśli tylko były odpowiednio doniosłe (ewentualnie wyjątkowo paskudne, albo akurat takie, żeby pokrzyżować nam plany i żeby wszystko wzięło w łeb), niosły się po świecie bardzo szybko. I tak, nie minęły nawet trzy miesiące, a wieść o odkryciu Ścieżki Slerotina dotarła do Greyhawk.

          Z pierwszej ręki galopem do Westburn, stamtąd pocztowymi do Loftwick i dalej już na gołębich skrzydłach do Longspear i dalej na wschód, aż po Gradsul nad Lazurowym Morzem. W Gradsulu wieść trochę pożyła swoim życiem i zaczęła wyciekać do ciekawskich, więc nim jeszcze nadeszły kolejne informacje, które miały pchnąć temat oficjalnie, dobrze poinformowani sprzedawali wiedzę dalej.

          Marynarze na stałym kursie z Keolandii do Żelaznych Wrót niezawodnie nieśli świeże plotki i syfilis, a uszy i oczy Greyhawk wyłapywały wszystko w promieniu całego Morza Gearnata. Siatki szpiegów i informatorów cedziły stały strumień bzdur, które napływały do portów z całego świata, wyłuskując złoto spośród farmazonu. Ich raporty trafiały wyżej, a tam obrotni faktorzy i zarządcy szacowali potencjał zebranych wieści, rachując co warto pogłębiać i gdzie drzemie biznes.

          Stamtąd do Rel Astry, gdzie rezydował Eutelo Isebrand był już praktycznie kawałek i wystarczył ledwie miesiąc, by plik informacji trafił na jego biurko. Komunikacja nie byłaby na pewno tak efektywna, gdyby nie stała magiczna linia korespondencji między Żelaznymi Wrotami, a Nyrondem. Tam trzeba było już tylko odpowiedniego nasłuchania przez agentów Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, by wiadomość trafiła z najwyższym priorytetem do siedziby głównej spółki w metropoliach dawnego Wielkiego Królestwa.

          Eutelo nie był też pierwszym w Rel Astrze, którego dopadły wieści, ale odstęp między biurkiem hochmistrza Azelbruma, a jego własnym był ledwie jednodniowy. Kiedy zapadła decyzja o bezzwłocznym wyjeździe, by reprezentant spółki objął lokalne kierownictwo nad operacją, Czarne Wrota były już nie obozem, a prężnie rozwijającym się miasteczkiem, gdzie gildie dzieliły między siebie dostęp do Ścieżki i ucha sprawującego lokalny zarząd starosty Saliny.

          Szczęśliwie dla Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, gdy wiadomości o Ścieżce, jej potencjale i zainteresowaniu nią ze strony konkurencji (która to wiedza dawała najlepsze wskazanie, że tematu nie można odpuścić) wpadły w jej sieć, sprytni agenci nadawali komunikat już w dwie strony. Zarówno do siedziby głównej na wschodzie, jak i do lokalnych oddziałów na zachodzie, gdzie reprezentanci organizacji mieli podejmować działania jak najszybciej, by zawczasu zbudować na miejscu przyczółek pod przyszłe inwestycje.

          Przybycie plenipotenta Grupy z Rel Astry miało nadać sprawom szybszy bieg i pod instrukcjami przyniesionymi z samej góry, wnieść projekt na wyższy poziom. Wybór do tej roli był na równi przygodą, co nobilitacją. Był wyzwaniem i spełnieniem ambicji każdego liczącego na poważną przyszłość oficjela gildii.

          Dlatego Edelbert Kessler, gdy tylko dotarł na miejsce, zaraz raportował do Rel Astry z wyrazami wdzięczności. I zapewnieniami o oddaniu i zaangażowaniu Sprawie, którymi nie pogardziliby fanatycy Szkarłatnego Bractwa. Jego sukces był kompletny.

          I gdyby nie młody jeszcze wiek, przyprawiłby Eutela Isebranda o atak apopleksji. Jakim prawem i jakim cudem panicz Isebrand został pominięty w tej misji? Czemu odebrano mu szansę, która była skrojona dokładnie pod niego i na którą przez lata ciężko (i uczciwie!) pracował?

          Victoria głaskała przybitego Eutela po głowie, przytulając się do jego pleców, gdy zasępiony chylił się nad stosem rozwalonych na biurku papierów w domowym gabinecie. Była przy nim, gdy piął się po szczeblach gildyjnej kariery. Wspierała w niepowodzeniach i rozterkach. Dzieliła z nim nawet toast, gdy oblewał już pewny jak w solnorskim banku awans, by nadzorować operację w Yeolu. I była z nim teraz, gdy plan rozmył się bez śladu, a na placówkę pojechał kto inny.

          Przecież był już nawet spakowany! Miał już zakupiony osprzęt, naszykowane torby i kufry. Wybrał z biblioteki właściwe na drogę lektury, a w Greyhawk, przy przesiadce, planował nawet zajść do Szarego Koledżu zrobić notatki z ksiąg odnoszących się do Slerotina i suelskiej magii. Wiedział nawet, jakich ksiąg szukać, znał autorów i tytuły!

          Imperium Suelskie to był jego konik i nie mogło chyba trafić na nikogo w całej Rel Astrze, kto na wieść o odkopaniu takiej starożytności ucieszyłby się bardziej! Był uczonym, ekspertem i skutecznym realizatorem każdego gildyjnego zlecenia. Nie było nikogo, kto pasowałby bardziej!

          Eutelo nie jawił się kolegom jako temperamentny, ani kłótliwy. Przełożeni nie oceniali go jako wybuchowego czy niespokojnego. Victoria ceniła jego stabilność i porządek, a rodzina doceniała posłuszeństwo i szacunek z jakim wypełniał rodowe powinności. Jeśli pominięcie w tej misji prawdziwie go rozsierdziło, dając upchniętym pod korek emocjom ujście, to znak, że cios był naprawdę bolesny.

          – To polityka. Ale wiedzieli też, że to twoja pasja. – Matka, z którą rozmawiał następnego wieczora zachowała spokój i głos nawet jej nie drgnął, ale Eutelo czuł, że i pod jej zmęczoną maską czai się gniew. – Miało dodatkowo zaboleć i pogłębić afront wobec nas. Szubrawcy, jeśli wierzą, że popchną rzecz choćby o cal, posuną się nawet do takiej małości.

          - Jest jako rzeczesz, matko. Wybór Kesslera do tej roli nie ma merytorycznego uzasadnienia. – Szlachcic skrzywił się na samo nazwisko rywala. Kessler był z pośledniego rodu, ale Eutelo nawet go lubił. Pomagał mu, gdy trzeba było wdrożyć go w jego tematy i nie spotkał się z niewdzięcznością. Nominacja konkurenta nie była owocem jego zdrady, czy knowań, ale ruchów, które działy się ponad nimi. Teraz to było jasne. – Czy mam to wiązać z ostatnią deklaracją Baura o poparciu dla Ahlissy w arbitrażu szlakowym?

          – To tylko część układanki, ale największa. - Matka zasiadła głębiej w obitym wiśniową skórą fotelu, przejeżdżając długimi palcami po mahoniowych oparciach. – Liczą, że wypadniesz z obiegu Grupy, a tym samym osłabnie pozycja Aurelia i Baura w planach rozmiękczania obecnej koalicji w Radzie pod następne kadencje. Twój przyszły awans jako gwarant dostępu do obligacji dla popleczników staje pod znakiem zapytania, gdy rynek może odczytać twoje pominięcie jako niekompetencję.

          – Nikt się na to nie nabierze... A przynajmniej nikt poważny nie powinien. - Eutelo westchnął ciężko i przysiadł naprzeciw matki, przybity własną obserwacją. – Wierzę, że naprawdę mógłbym wiele tam zmienić. Mój talent do magii i potencjał możliwości, jakie daje Ścieżka to byłoby idealne połączenie... Dla Grupy i dla nas. Ale... Tak poza wszystkim – pozwól Matko na moment, że wyjdę przed szereg – prawdziwie szkoda, że nie dane mi tam być, bo tam dzieje się Historia i z samego do niej szacunku, powinien tam być ktoś, kto umie ją zrozumieć i docenić. A nie byle liczykrupa i potakiwacz.

          Kobieta uśmiechnęła się lekko, co w jej wypadku było skrzywieniem kącika ust w tę dobrą stronę.

          - Wiem o tym, synu. I choć to nie jest dla nas moment sukcesu, to wiem, że ucieszy cię decyzja, którą podjęłam. Pojedziesz do Zjednoczonych Prowincji i wkroczysz na tę Ścieżkę, o której tyle opowiadałeś.

          Eutelo podniósł lekko brwi i skrzywił głowę, ale nie dał ekspresji się rozszaleć. Co matka mogła mieć na myśli?

          – Sfinansujemy nasz udział w tej operacji, a ty będziesz doglądał inwestycji na miejscu. Porażka Grupy odbije się na zaufaniu do Azelbruma i pozwoli przepchnąć plan włączenia Egzekutywy Gildii pełniej w realne nią zarządzanie.

          – Będziemy w stanie zagwarantować sobie dostęp do Ścieżki? Z raportów wynika, że lokalna władza wydziela pozwolenia i koncesje tylko kilku spółkom, które działają tam od jakiegoś czasu.

          Seniorka rodu uśmiechnęła się nawet pełniej, wsparta spojrzeniami poprzedników z wiszących jej za plecami obrazów.

          – Zrealizujemy ciekawy gambit: nasza inwestycja wesprze Kompanię Lazurową i to pod jej auspicjami będziesz działać na miejscu. Uzyskamy uzgodnioną z nimi procentową stopę zwrotu z inwestycji, a jednocześnie będziesz mieć oko na działanie Grupy Aerdyjskiej. To, co tu zaraportują, możemy zweryfikować i zderzyć z tym, co ty przekażesz. A jeśli powinie im się noga, będziemy wiedzieli jak szybko to wykorzystać tu na miejscu.

          Szlachcic pochylił głowę przed matką, dumny z tego, jak szybko wykuwała nowe sojusze i jak planowała kolejne ruchy. Cenił polityczne szachy, ale najbardziej pragnął po prostu zanurzyć się w tajemnicach Ścieżki, by zaspokoić ciekawość, która odkąd o niej usłyszał wzbierała w jego pytającym sercu.

          – Pozwolisz tylko, droga matko, że pożegnam się z Victorią i bezzwłocznie wznowię przygotowania. Byłem już w trakcie, nim nominacja Kesslera spadła na nas splunięciem.

          - Pożegnaj się synu i nie kłopocz logistyką. Cleto już o to zadbał. Statek wyrusza jutro.

          Eutelo teraz nie trzymał już gardy. Ucieszony, prawdziwie uśmiechnął się, a nawet zaśmiał, gdy wypędzona wcześniej radość na nowo wróciła do serca. Magia i historia, którymi się parał wzywały go do siebie.

          Nie raz jeszcze nim jego okręt zawinął do zachodnich portów miał zatęsknić za ukochaną Victorią i Rel Astrą, ale czuł, że jest na dobrej drodze. Przygoda, powinność i pasja doprawdy rzadko stapiały się w jedno.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • PaniczP Niedostępny
            PaniczP Niedostępny
            Panicz jako Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
            #5

            Ballo Białe Serce

            Czarna granitowa ściana wznosiła się wysoko w górę, ziejąc spomiędzy dwóch ogromnych kolumn bladym, migającym światłem korytarza. Wryty w górze hall był szeroki jak niejeden miejski plac, a samo zbocze nad nim rosło ponad najwyższe drzewa. Szczyty powyżej ścinały światło, ale Ballo widział bardzo dobrze. Stał na piachu wysoki, bosymi stopami, pewny, że jeśli wyciągnie w górę rękę, sięgnie zdobień tympanonu nad wejściem.

            Z górskiego korytarza wiało ciepłem jak od hutniczego pieca. Pot spływał po masywnej sylwetce mnicha i trzeba było rozejrzeć się za cieniem, albo chociaż czymś, by obetrzeć wilgoć. Ballo odwrócił się do wioski.

            Przysiągłby, że jeszcze kiedy tu wkraczał idąc po piachu, wokół były ledwie kozy, a teraz bijący od góry podmuch usypał kształty, które ludzie obsiedli jak mrówki, ryjąc je i uklepując z pyłu i gliny po swojemu. Tworząc domy, gospody, magazyny, warsztaty i świątynie.

            Ballo podrapał się po karku i ruszył naprzód. Mimo piachu i kamieni szedł, jakby sunął po aksamitnym dywanie, a im bliżej był korytarza przed sobą, tym mniejsza zdawała się góra. Szedł naprzód, ale nie szedł sam. Ludzie z wioski pędzili wokół w pośpiechu, a w ich krokach był wysiłek i zaciekłość. Niektórzy potykali się i padali, ale próbowali iść dalej. Czasem wstając, czasem czołgając się, a czasem pełznąc jak robaki.

            Mnich zatrzymał się i pochylił. Chciał wciągnąć w górę mężczyznę o wychudzonej, szczurzej twarzy, który upadł. Pomóc mu wstać i utrzymać w pionie wśród wzbierającego tłumu. Tłumu, bo ludzie gęstnieli w mrowie. Ballo był pośród nich skałą, o którą się rozbijali, uchodząc na boki i potykając w gorączkowej gonitwie w głąb góry.

            Szare, spracowane dłonie dźwignęły chudego za kapotę, wyniosły go ponad ludzki gon. Ballo znał te dłonie. To były jego dłonie, to on dźwigał mężczynę do góry. Ale nie wyglądały jak jego. Jego były większe, masywniejsze, z palcami grubymi jak serdelki i mięsistym uściskiem wnętrza.

            Chudy spojrzał na Ballo zalęknionym wzrokiem. Miał szczury pysk, wątły wąs i wielkie, załzawione, wyłupiaste oczy. Mnich chciał odstawić go gdzieś na bok, ale ludzie zlali się w istną lawę. Ich sylwetki zbiegały się w wymachach rąk i nóg, zatracając indywidualne kształty. Nie było gdzie go odstawić, by go nie zadeptali...

            Słońca musiało być już mniej niż wcześniej, albo to góra wzrosła. Góra musiała urosnąć, bo Ballo nie sięgał już tak wysoko. Cały ten opływający go potok zaczął mu ciążyć, nie rozbijał się już o nieruchomą kotwicę, ale napierał i siekał. Strach... Strach, że go tu zwalą i zdepczą zadrgał szybkim impulsem. Rzuć go, szepnął rozsądek.

            Mnich zerknął z ukosa na wzniesionego chudzielca. Przejrzał się w jego oczach i wzdrygnął. Szczurzy syknął na niego i dziabnął go w dłoń aż do krwi. Zaraza!, jęknął Ballo i mimo woli cisnął człowiekiem. Szara kapota porwała się, sypiąc między rozbełtany tłum szczury i karaluchy.

            Nie było już ciepło. Potężne, półnagie ciało wojownika dalej było mokre od potu, ale to nie była już gorąca wilgoć od pieca. Fala wokół była coraz wyższa, a ponad górą Ballo nie widział już nieba. Dłonie były znów jego i musiały ciężko pracować, by utrzymał się w pionie. Odpychał i uderzał, prąc desperacko do skały wznoszącej się gdzieś z boku, z dala od tumultu rąk, nóg i łapsk. Czupryny zlewały się w futra i pióra, a robactwo obłaziło poszarzałe postacie bez twarzy. Nogi zaczęły mu się ślizgać i zjeżdżać ze szlaku. Nie-nie-nie.

            Góra drżała, ogromna jak ocean, zakrywająca niebo jakby zgięła się i wzrosła na firmamencie kopułą. Światło, które wcześniej w niej było teraz jeszcze przygasło i zbielało. Widać było teraz, że robactwo wypływa ze środka. Ze środka i z gór, obłażąc obłe, ledwie już humanoidalne kształty falującego tłumu. Ballo chciał otrzepać się z karaluchów, które zaczęły, go obłazić, ale ręce ugrzęzły mu w ludzko-zwierzęcej zalewie, z którą płynął.

            Nad głową dojrzał cień. Czarny, atramentowy i rozciągnięty w ruchu jak kometa. Ballo przymknął oczy, widząc już jak czerń spada na niego całunem. Czerń spadła, ale obok. Bijąc chłodem, który wymrażał i skruszał pełzające robactwo, a razem z nim ofiary, które oblazło.

            Mnich uspokoił oddech i wreszcie uwolniony, wziął w tył zwrot i ruszył ku wiosce. Wioska wyła, a budynki chwiały się oblezione czarnymi kropkami robactwa, ale dalej horyzont był świeży. Świeży i zielony, wolny.

            Białe Serce przystanął. Cień, który spadał na wylew plagi wokół uderzał z góry jak sokół, ale grzązł. Wznosił się, ale coraz bardziej lepki i blednący, schodzący w dym. Zalew, który pod nim krzepł i rozpadał się, dając ujście do wioski i dalej, poza Dolinę, rzedł. Nie było czasu.

            Ten szczurzy, chudy, płynął bezładnie gdzieś w głąb góry, zasmarkany, zapłakany i zapluty. Jego twarz odcięła się na moment spod całej robaczej zupy, która wchłaniała wszystko po drodze, teraz falą odboju zaciągając co wzięła do siebie. W korytarz, który dmuchał gorącą wilgocią i plugawstwem.

            Ballo poczuł dreszcz, jakby członki schwyciły mu imadła. Chciał ruszyć, ale czuł, że wsiąka w ziemię. Zacisnął dłonie z całych sił aż poczuł jak spod palców wypływa ciepło i na ziemię sączy się krew. Ściskał mocniej aż lepki nalot puścił spojone usta i gardło zawyło wściekle. Mnich zerwał się z miejsca i wzniósł w górę pięści, roztrącając wszystko przed sobą.

            Dłonie miał wielkie, chłopskie, szare i spracowane. Znów nieswoje. I własne. Widział, że z korytarza bije białe światło. Wiedział, że jest plugawe, że zieje morem i zgnilizną. Że wylewa na zewnątrz śmierć i niewolę. Szedł w tamtą stronę i nawet się nie zawahał.

            Szczurzy tonął w robactwie, ale Ballo przepływał przez wszystko jak skalpel przez tkankę. Słyszał dzwony bijące na trwogę, ale on był dzwonem nadziei. Złapał chudego z palącej, gryzącej zmory robactwa i nie przystanął, niosąc go w opiece wielkiej, zszarzałej dłoni, zaległego w jej wnętrzu jak puszek. Mnich parł naprzód, a jego śpiew wzniósł się ponad dzwony trwogi, wzbierając wraz z tym, jak wzbierało drżenie góry. Gnijąca biel Ścieżki ziała śmiercią, ale Białe Serce był sługą bożym. Kroczył do środka góry i fetor, groza, ani ból nie imały się jego woli. Służba nie znała oporu.

            ***

            - I ile to razy się powtarzało, bracie?

            – Trzy już razy, ojcze Relt. Nie zawsze dokładnie tak samo, ale... – Ballo zastanowił się przez chwilę, pochylając oczy ku ziemi wobec pytającego spojrzenia opata. – Sens był zawsze ten sam. Wierzę, że Zodal pragnie bym-byśmy...By nasza pomoc była obecna na Ścieżce.

            – Gdzie nocowałeś w ostatnich dniach, drogi bracie? - Opat był siwy jak gołąbek, niski i wątły, o twarzy okrągłej jak maska Rao, która zdobiła co drugi kościelny witraż. Przy Ballo był jednak całkiem jak dzieciaczek, albo jako niziołek. Młodszy mnich był ogromny. Miał pewnie bliżej siedmiu niż sześciu stóp wzrostu, a ważyć musiał pewnie z cztery cetnary, jak nie więcej. Ale posłuszeństwo Ballo wobec starego było absolutne.

            – Pomagałem w przytułku na Pobrzeżu, ojcze Relt. Spałem na ziemi, tam na sali, gdzieśmy udzielali pomocy...

            – Bracie Ballo, kochany mój, myślisz prawdziwie, że pytam cię, bo wątpię w twą wiarę i oddanie?

            – Jeśli wątpisz, ojcze, słusznie, bowiem momenty, gdy słabnę prawdziwie są liczne. Upraszam modlitwy...

            – Dobrze, dobrze – uspokoił go stary. – Nie chodzi o to, ani o spytki. W czym innym sprawa, a właściwie w twym właśnie śnie... Czy słyszałeś, że bajlif był tu u nas i wypytywał o wsparcie... Dla Ścieżki?

            Oczy Ballo zalśniły na moment, ale mnich zaraz tylko spuścił głowę i zaprzeczył.

            – Prawdziwie głęboki to omen, któregoś doświadczył bracie, a zaproszenie, które śle nam władza świecka, byśmy służyli wsparciem w Czarnych Wrotach, tylko dodaje prawdziwości temu auspicjum. - Opat wziął olbrzyma za rękę i dał mu znak, by ten poprowadził go po schodkach na zewnątrz. – Niezależnie, co skrywa Ścieżka Slerotina, to dusze ludzkie, które trawi desperacja, głód, pragnienie, gniew i pycha same tylko są powodem, by ruszać na miejsce dawać im ukojenie i osłonić od grzechu. To miejsce ściąga wielu takich, którzy potrzebują dobroci i otuchy. Niewielu takich, którzy je docenią, to prawda, ale wielu prawdziwie trawionych taką potrzebą.

            – Służyć tam, byłoby darem – przyznał Białe Serce, jak czasem nazywano olbrzyma.

            – Wierzę, że przyniesiesz nam tam wielką chlubę, bracie Ballo. – Stary podziękował uściskiem dłoni i puścił się mnicha, gdy przeszli już schodkami na ganek. – I co ważniejsze, wielu tam na miejscu przyniesiesz ukojenie, ulgę i wolność. Czy twoja wizja miałaby się spełnić czy nie, wiem, że spełnisz to, co z niej najważniejsze. Uczyć ludzi dostrzegać w sobie nawzajem człowieka to sens naszej wiary.

            - Służba będzie nagrodą - podziękował pokornie mnich.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz jako Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez Panicz
              #6

              1 października, 591 WR

              Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą.

              Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie.

              Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz.

              Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego.

              Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół.

              Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem.

              Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu.

              Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca.

              Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur.

              W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn.

              Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret.

              Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej.

              W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej.

              Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie.

              Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą.

              Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera.

              Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie.

              Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą.

              Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem.

              Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego.

              Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań.

              We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej.

              Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo.

              Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę.

              Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę.

              Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli".

              Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę.

              A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny.

              Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa.

              Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości.

              Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy.

              Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową.

              Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba.

              W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania.

              Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyny wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża.

              Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało.

              Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret.

              Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala.

              Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał.

              Znalezione bogactwo mogło zasilić kiesę Zakonu, wspomóc potrzebujących, albo sfinansować aktualne potrzeby samego Randala, który przecież działał w służbie spraw wyższych i nie mógł oszczędzać na skuteczności.

              Rozważał przede wszystkim, czy mały majątek, który do niego trafił mógłby przysłużyć się zaginionym wieśniakom z Pogorzeli. Do dziś, choć od ich porwania upłynął już ponad miesiąc, rycerz nie mógł uspokoić sumienia.

              Ich próba ratunkowa – okupiona śmiercią Migdała – doprowadziła ich na próg czegoś obcego, co głęboko pod ziemią skrywało wnętrze Piekielnych Pieców. W swym pierwszym wypadzie w głąb jaskiń, gdzie zniknęli chłopi, Randal, Lara i Kai zrobili, co mogli. Niewiele brakowało, a odwagę przypłaciliby życiem, zagubieni w ciemnościach, albo zagłodzeni w którejś z górskich kotlin, gdy wydostali się już na powierzchnię, ale brakowało im sił, by wspiąć się z powrotem i błądząc, schodzili po poszarpanych zboczach.

              Pościg za porywaczami, których tożsamość pozostawała tajemnicą, przywiódł ich nad podziemne jezioro, którego nie mogli przebyć. Odsiecz, która nadeszła też nie była przygotowana na takie próby. Varlund obiecywał posłać po łodzie, ale to zżerało czas. Najlepiej było skorzystać z mocy mistrza Wedryka, który przecież mógłby przetransportować oddział pościgowy nad powierzchnią jeziora… Taki macher jak on nie takich przecież cudów musiał dokonywać!

              Mistrz był jednak, wedle swych słów, fizycznie przybity do Czarnych Wrót. Pracował – rzekomo – nad magiczną matrycą bariery Ścieżki, która broniła dostępu na niższe poziomy i proces wymagał jego obecności. Tłumaczył, rozkładając ręce, że on sam służy w rytuale rozbrajania zabezpieczeń za pryzmat, ognisko mocy czy coś tam innego, czego nie można usunąć, bo inaczej wielomiesięczne wysiłki dobrania się do głębin wezmą w łeb.

              Paladyn powątpiewał w tłumaczenie maga, a brakło mu kompetencji, by ocenić rzecz samemu. Kai, który dał się poznać jako lepiej obeznany z wiedzą tajemną, potwierdzał, że to, co gada Wedryk to nie muszą być duby smalone i może być tak faktycznie, ale co to niby zmienia?

              Czarodziej przedkładał dostęp do Ścieżki Slerotina ponad życie porwanych (a właściwie to po prostu szybszy dostęp, bo przecież nawet jeśli jego włamywanie w struktury dawnej magii miało teraz zawieźć i wymagać powtarzania, to on miał tych kolejnych parę miesięcy, których Pogorzel nie miała). Doniosłość i konieczność dobrania się w głąb góry miała widać we Wrotach wiodącą wartość, bo Randal i kompani nie znaleźli w nikim wsparcia, które pomogłoby nakłonić Welda do zmiany decyzji.

              Starosta Salina chciałby bardzo pomóc i świetnie rozumiał tragedię sytuacji, ale i on rozkładał ręce. Wszyscy inwestowali w dostęp do Ścieżki i to był priorytet. On, nawet jeśli by chciał – a chciał, chciał przecież – niewiele mógł zrobić, by wpłynąć na Wedryka. Mag miał postanowione, co miał. Nie dawał się przekonać, a natarczywość kończyła się odcięciem dostępu. Randal myślał nawet, by wziąć po prostu magika za chabety i pociągnąć na miejsce, by rozwiązał problem za nich…

              Gdy myśl w czasie rozmowy z Weldem zaczęła nabierać kształtów, czarodziej spojrzał na rycerza tak zimno, że członki zmartwiały w nim, jakby wetknąć go w bryłę lodu. Paladyn nie wiedział, czy to umysł płatał mu figla, czy może dopadł go strach, z którym tak rzadko się widział, ale pomysł musiał odpuścić. Czarodziej nie powiedział nic wobec słów, które nie padły, ani czynów, do których nie doszło. Pokiwał tylko na Randala palcem i wojownik wiedział, że tu nic już nie wskóra.

              Opóźniona grupa ratunkowa z wystruganymi, lekkimi kanoe i magicznymi miksturami od Wedryka w końcu ruszyła na odsiecz, ale czas zrobił swoje. Poszukiwacze przebyli podziemne jezioro, ale po drugiej stronie nie znaleźli już śladu porwanych. Co więcej, nie znaleźli też żadnych łodzi, których się spodziewali, więc zagadka pozostawała nierozwikłana.

              Niedoszli wybawcy kręcili się trochę po jaskiniach po drugiej stronie wody, ale bezskutecznie. Porwani przepadli bez wieści, a ciemność i groza podziemia skróciły eksplorację do niezbędnego minimum. Varlund – choć sam chętny szukać i brnąć dalej – zadeklarował, że zrobili, co mogli i szkoda teraz narażać ratowników na pogubienie drogi. Randal klął na czym świat stoi, ale musiał przyznać mu rację.

              On, Kai i Lara wiedzieli, że gdyby pomoc przyszła szybciej, może odnaleźliby jeszcze ślady, po których można byłoby pójść. Teraz było już po wszystkim. Pogorzel zapadła w mroki gór i jedynym jej ludzkim śladem na powierzchni pozostał malutki Vuk.

              Sprawa Pogorzeli zeszła ze świecznika (niemożność zrobienia czegokolwiek dla wielu była tożsama z rozgrzeszeniem) i życie wróciło na swoje zwyczajne tory. Uwagę wszystkich szybko zebrały plotki o tym, że za parę dni szykowane jest zejście w nieeksplorowane dotąd zakątki Ścieżki. Ponoć mistrz Wedryk był bliski sforsowania jakiejś bariery…

              Słowo niebawem stało się ciałem i Wylla van Coen wraz ze starostą posłała po wybranych śmiałków, by oznajmić im, że nazajutrz schodzą na Ścieżkę. Większość zebranych znała się już przynajmniej z widzenia, a niektórzy nawet całkiem blisko, złączeni braterstwem broni, albo po prostu współpracą.

              W głównej sali rezydencji starosty, na wtajemniczeniu i odprawie przed jutrem, zebrało się egzotyczne, a doborowe grono. Naukowe ramię ekspedycji mieli stanowić doktor Emil Quolleb i doktor Lara Quatermain, specjaliści od archeologii i dawnych języków.

              Stara Suelia była też konikiem Eutelo Isebranda, ale przybysz z Aerdu występował w drużynie w roli uczestniczącego obserwatora, do czego prawo dawało mu zaangażowanie jego rodziny. Eutelo liczył, że będzie mógł wymienić się myślami z dwojgiem uznanych ekspertów, ale wiedział, że jego rolą tutaj jest pilnowanie interesu Kompanii Lazurowej i Isebrandów, a nie naukowe analizy Ścieżki.

              W podobnej roli co Eutelo, na miejscu był też Kai, ale tym razem bard odmówił uczestnictwa, wymigując się poważnymi sprawami, które wymagają jego obecności gdzie indziej. Wysłuchał briefu przed jutrem, ale na ten dzień potrzebny był już gdzie indziej. Wylla musiała widać znać powód, bo nie wchodziła w temat i nieobecność barda była usprawiedliwiona.

              Jako zbrojne ramię ekspedycji służyć miał sir Randal Bronson, Ballo Białe Serce, sierżant Varlund, otrzaskany już wcześniej w boju Grebo i wracający do siebie po kuracji Seweryna, Bolvar. Drużynę mieli zasilić jeszcze inni zbrojni, ale na odprawę wezwano tylko tych, których można było wtajemniczyć w sprawę przed resztą.

              Tak samo przed resztą, wtajemniczony został Haraz Baraz-Felak, który miał w misji odpowiadać za aspekt górniczo-inżynieryjny. Jego wezwano na spotkanie jako jedynego reprezentanta tej gałęzi ekspedycji, rekomendując by swojej drużynie dał tylko znać, że jutro mają stawić się w umówiony punkt i być gotowi na robotę. Nie było sensu mnożyć potencjalnych plotkarzy.

              Składu grupy dopełniali znany w miasteczku cyrulik Seweryn Drachenwulf oraz służący za magiczną pięść drużyny Marius Utopiec i świeża w Kompanii - Morwen. Medyk dał się już poznać jako człowiek, który nie boi się ubrudzić rąk, kiedy potrzeba, ale przede wszystkim jako świetny lekarz. Można było mieć nadzieję, że Seweryn będzie tym razem mieć na Ścieżce jak najmniej do roboty, ale lepiej przecież dmuchać na zimne.

              Marius i Morwen mieli wykazać się w sprawach Kompanii swymi czarodziejskimi talentami. Utopiec wyrobił sobie już opinię groźnego i nieco szalonego, szarżując wcześniej na olbrzyma i miotając czary za goblinami, ale Morwen była nowym nabytkiem w grupie. Ręczył za nią Kai i rzekomo miała pokazać niebawem, ile jest warta. Ostatnie starcia na Ścieżce wykazały, że bez magicznej osłony ofiary mogą być nie do uniknięcia… Po to zatem była Morwen i Marius.

              Drużyna miała dzień na przygotowanie i nazajutrz, na sygnał mistrza Wedryka, mieli zbliżyć się do wewnętrznej bramy na Ścieżce, stając u progu tajemnic, których nie widziały millenia.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              5
              • RewikR Niedostępny
                RewikR Niedostępny
                Rewik jako Seweryn Drachenwulf
                napisał ostatnio edytowany przez Rewik
                #7

                Seweryn Drachenwulf

                text alternatywny

                – Jak mamo uważasz? – Seweryn przyjrzał się w lustrze. Twarz jego po lecie zdecydowanie mniej pobladła się zdawała, mimo iże na słońce wychodzić nie lubił... a może raczej z konieczności odeń się chował, kiedy mógł, bo cera jego czerwieniła się szybko i doskwierać zaczynała prędko, zupełnie jakby był niemile widziany przez Pelora. Tego, którego sam wybrał za swego patrona i powiernika radości i smutków wszelakich. Pelor jakby oglądać go wcale nie chciał.

                Wydziergał był sobie czapkę do koloru szalika, a dzieło ukończył przed chwilą, korzystając z chwili między pomaganiem bliźnim i nocnym odpoczywaniem. Zima nadejdzie szybciej, niźli by tego wszyscy chcieli. Poprawił osadzenie mucki na głowie i uśmiechnął się do czegoś. Seweryn był dziś dla siebie szczególnie łaskawy. Postanowił, iże na spacer był sobie zasłużył.

                Godzina była wieczorna, Nowalijka pracę już swoją skończyła kilkadziesiąt pacierzy temu, a i ona długo w pracy przesiadywać potrafiła. Seweryn odszedł kilka kroków do miejsca, gdzie leżały rzeczy spakowane dlań na jutro. Dopisał jeszcze coś do zadań dla jego pomocnicy. Znów zostawia ją samą z niewiadomymi przypadkami, w tym z takimi, na które nie mógł jej przygotować, przynajmniej z czytaniem radziła sobie już niezgorzej i błędu z już rozpoczętym leczeniem nie sposób było jej popełnić. Zdmuchnął świecę w pracowni i udał się jeszcze na spacer pod zimnym, gwieździstym niebem, by zebrać myśli.

                Czarne Wrota znał już dobrze. Pomału patrzeć na nie jak na coś w rodzaju domu zaczynał... albo miejsce chociaż, gdzie przynależał. Mimo to wciąż osób wielu nie znał. Oczywiście wielu z nich gościł w swym lazarecie, lecz bliższej znajomości nie zawiązał. Czasu na to było zbyt niewiele, mimo iże już ponad pół roku tu spędził.

                Idąc w dół wzgórza minął szarzejące w oczach postaci. Pozdrawiali się wzajemnie, ale z rzadka tylko pamiętał czyjeś imię. Dzisiaj wieczór Seweryn był dla siebie szczególnie łaskawy, skręcił do Górniczej Doli - miejsca o którym słyszał co nieco, lecz nigdy okazji nie miał odwiedzić.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                3
                • eToE Niedostępny
                  eToE Niedostępny
                  eTo jako Hazar Baraz-Felak
                  napisał ostatnio edytowany przez eTo
                  #8
                  Hazar Baraz-Felak

                  Hazar był zdecydowanie zadowolony z otrzymania propozycji pracy na Ścieżce. Może nie była to pozycja przy eksploracji tej najciekawszej porcji Ścieżki, ale mimo wszystko był bliżej swojego celu. A w najgorszym wypadku był w stanie wykuć sobie własne wejście do głębszej części Ścieżki. Jakby nie było był krasnoludem. Rycie w skałach miał we krwi i przychodziło mu to łatwo nawet jeśli nie był jakoś szczególnie wybitnym górnikiem wśród swoich pobratymców. Po prostu jak to krasnolud spędził w kopalniach wystarczająco dużo czasu aby w porównaniu z innymi górnikami być w tym fachu całkiem dobry.

                  Dlatego również nie minęło dużo czasu zanim sprawdził się na nowej pozycji. Dobra rada tu, trochę nadgodzinowej pracy tam, propozycja jak lepiej zorganizować ekipę oczyszczającą boczne tunele Ścieżki i Hazar był w stanie zapewnić sobie kierownicze stanowisko. Co prawda nie każdemu się to podobało, gdyż większość ludzi nie zdawała się lubić krasnoludów. Szczególnie tych próbujących dyrygować jak mają wykonywać swoją robotę. Na szczęście Hazar znał się na górniczym fachu na tyle dobrze, że nie można było mu zarzucić niekompetencji. Dzięki temu udało mu się wyrobić swojego rodzaju szacunek również wśród górników pracujących na Ścieżce co okazało się bardzo przydatne kiedy obejmował kierownictwo nad ekipą zajmującą się zabezpieczaniem tuneli w wyższej sekcji Ścieżki.

                  Ogólnie to dzięki konkretnemu podejściu do pracy znalazł się w pozycji żeby być zatrudnionym na ścieżce. Tym bardziej, że dzięki bliznom po poparzeniach przeoranymi innymi bliznami po zwykłych ranach pokrywającymi jego skalp i twarz wyglądał bardziej jak bandyta-awanturnik niż górnik. Trochę głębiej osadzone, czerwonawe oczy dopełniały tylko do złowieszczego wyglądu. Na szczęście z usposobienia nie szukał zbyt dużych kłopotów, albo przynajmniej był wystarczająco zdyscyplinowany aby nie szukać przesadnych kłopotów tak jak sugerowałby jego wygląd. Dyscyplina okazała się szczególnie przydatna kiedy po zniknięciu jakiś wieśniaków z Pogorzeli wszyscy ludzie byli generalnie niespokojni i skorzy do rozładowania jakiejś nieokreślonej frustracji na wszystkim wokół co tylko popadnie pod pięści. Hazarowi to trochę odpowiadało. Sam kłopotów nie szukał, ale zamierzał pozwolić innym siebie zgnoić… może dając upust swoim frustracjom. Oczywiście pogorszyłoby to tylko jego reputację jako nie-ludzia, tego złego, odpowiedzialnego za to, że dzisiaj pada. W końcu był potężnie zbudowanym krasnoludem wyglądającym jak bezwzględny zbir, więc wszystko to była jego wina. Na szczęście miał reputację dobrego fachowca co doprowadziło do przysługi od przełożonego owocującej zatrudnieniem do pracy na Ścieżce, co pomogło w uniknięciu kłopotów z tą mniej zdyscyplinowaną częścią społeczeństwa szukającą problemów.

                  Kiedy był już na pozycji kierowniczej i potrzebował zatrudnić więcej ludzi oczywiście odwdzięczył się Grimbaldowi zatrudniając go jako majstra. Hazar był świadomy części tego co było mówione za jego plecami. Nie żeby się tym przejmował, ale jako kierownik potrzebował aby ludzie się go słuchali. Prosić się i wkupiać w łaski innych nie zamierzał, dlatego zatrudnienie Grimbalda, świadomie czy nie, było posunięciem genialnym. Ten człowiek go nawet lubił, a przynajmniej zdecydowanie szanował jako fachowca. Dlatego mając go jako pośrednika polepszyło nieco morale i atmosferę wśród jego ekipy. Samemu zajmował się logistyką, zdawaniem raportów z przebiegu prac, doradzaniem górnikom co i jak mogą robić lepiej. Nie robił tego ostatniego aby się wywyższać, tylko generalnie polepszyć jakość wykonywanej pracy. Jako kierownik nie kładł największego nacisku na szybkość prac tylko jakość wykonanej roboty jednocześnie próbując nie zatyrać swoich podwładnych. Jeśli widział co można zrobić lepiej albo łatwiej to po prostu szkolił. Tym razem szkolił trochę więcej niż na poprzedniej posadzie mając na to więcej czasu. Po raz kolejny zaczęło to wyrabiać mu pewnego rodzaju szacunek pomimo oporności w lubieniu krasnoludów.

                  Prawdopodobnie dlatego nikt nie próbował szukać u niego większych problemów… albo dlatego, że był dość dobrze zbudowany i silny jak to przystało na krasnoluda. Udowadniał to oczywiście tym jak pracował kiedy łapał się za kilof kiedy miał na to czas. “Zniżanie” się do poziomu swoich podwładnych oraz pracowanie kiedy mógł zamiast wiecznie zajmować się organizacją, jak to robiła większość ludzi na kierowniczych stanowiskach, pomogło oczywiście w budowaniu reputacji.
                  Całokształt jego poczynań został ponownie zauważony kiedy przyszedł czas na wybranie drużyny mającej na dalszą eksplorację Ścieżki. Hazar dostał się do drużyny jako lider inżynieryjnej części ekspedycji. Było to dla niego trochę zaskoczeniem, gdyż nie liczył na kolejne kierownicze stanowisko… ale zadowolony był. Nie próżnował więc z przygotowaniami. Zebrał wszystkim z jego wybranych komplet narzędzi, kilof, łopate, lampę, zapas oliwy do lamp, liny, młot, dłuta. Dodatkowo upewnił się, że każdy z jago ekipy wypadowej będzie miał jedno lub dwa zapasowe narzędzia w wyżej wymienionego zestawu. Może i lekki ten zestaw nie był, ale brak zapasowych narzędzi bardzo łatwo mógł skończyć się żenującym spacerem z powrotem na powierzchnię po nowe narzędzia. Czyli cała ekspedycja mogła zostać zatrzymana i zablokowana przez brak narzędzia. Całego warsztatu ze sobą zabrać nie mógł, ale podstawowy sprzęt z małym zapasem zamierzał mieć do dyspozycji.

                  Oczywiście wybierając ekipę sześciu górników skonsultował się z Grimbaldem. Podkreślił jednak, że potrzebuje górników do zdecydowanie niebezpieczniej roboty. Na jego szczęście Grimbald odmówił udziału w ekspedycji ze względu na swój wiek. Hazarowi to odpowiadało. Nie żeby nie mógł polegać na jego koledze po fachu, ale przy eksploracji nieznanych tuneli lepiej mieć fizycznie zdolniejszych osobników. Doświadczenie to jedno, zdolność do wykonania co trzeba zrobić to drugie.

                  Dlatego wybrani przez niego górnicy byli koło trzydziestki. Ubrani byli, jak to zwyczajni górnicy, w znoszone proste ubrania. Znając jednak reputację Hazara, wybrał on ludzi znających się na rzeczy. Krasnolud jednak odstawał trochę od swoich kolegów. Ubrany był w swoją krasnoludzką kolczugę i skórzane spodnie. U jego pasa miał bojowy młot, a do porządnego skórzanego plecaka miał przywiązany kilof, łopatę oraz tarczę.Z pewnością w plecaku miał resztę narzędzi jak wybrani przez niego górnicy. Biorąc jednak jego pokaźną, umięśnioną posturę skrywającą się pod kolczugą, blizny na głowie oraz spojrzenie nie znoszące bez sensu wyglądał bardziej jak zaprawiony w boju zbrojny niż górnik. Tak czy inaczej na miejscu zbiórki był na czas, razem z górnikami pod jego komendą.

                  hazar.png

                  "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                  "- You can't let them run around inside of dead people!

                  • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • Pan ElfP Niedostępny
                    Pan ElfP Niedostępny
                    Pan Elf jako Morwen
                    napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
                    #9

                    Morwen

                    text alternatywny

                    Tutejsza gospoda świeciła pustkami o tej porze dnia. Jeszcze. Niebawem mieli wlać się tu jak powódź górnicy, strażnicy i wszelkiej maści zakapiory - o sercach szlachetnych albo wręcz przeciwnie - by szukać wytchnienia w kuflu rozwodnionego piwa po ciężkim dniu pracy. Zanim to jednak nastąpi, Morwen mogła cieszyć się względnym spokojem i prawie pustą salą, nie licząc kilku rozproszonych gości i krzątającej się obsługi.

                    Siedziała samotnie przy stoliku w rogu, tuż pod oknem. Głowę wsparła na dłoni, łokciem oparta o blat, i leniwie wpatrywała się w jesienny krajobraz Drusdygg rozciągający się za oknem. Drugą ręką bezwiednie krążyła wokół płomienia świecy. Knot raz po raz zapalał się i gasł, jakby oddychał w rytm jej myśli, subtelnie zdradzając drzemiącą w kobiecie magię.

                    Nudziła się. Potwornie. Czas dłużył się nieznośnie, rozciągnięty jak zbyt długo podgrzewane szkło. Z tej nudy rodziła się niecierpliwość - a może i cień nieostrożności - czego dowodem była właśnie ta świeca, zbyt posłuszna jej rozproszonej uwadze. Morwen nie zamierzała afiszować się swoją smykałką do arkanów. Wiedziała, że niewielu potrafi zrozumieć taki dar. Wpojono jej nieufność wobec ludzi i ich tolerancji dla tajemnej sztuki - ironicznie, tak podobną do nieufności, jaką oni darzyli magię.

                    Mimo to pozwalała sobie na drobne, niemal niedostrzegalne igraszki. Jej odzienie - a zwłaszcza buty - mimo jesiennego błota i kurzu pozostawały nienagannie czyste. Drzwi uchylały się przed nią, choć zdawało się, że nie sięga do klamki. Świece paliły się jaśniej, gdy pochylała się nad notatkami albo studiowała zapiski w swoim dzienniku. Wszystko to było na tyle subtelne, że łatwo dało się zrzucić na przypadek lub złudzenie. Morwen dbała o to z rozmysłem. Nie chciała rezygnować z wygód, jakie dawał jej dar - a do których przywykła równie naturalnie jak do mrugania czy oddychania.

                    Jeszcze tylko jeden dzień - powtarzała w myślach. Ekscytacja tym, co czekało ją na Ścieżce, potęgowała zniecierpliwienie. Wiedziała jednak, że cała operacja jest zbyt delikatna, by próbować ją przyspieszać.

                    Mówi się, że kłamstwo ma krótkie nogi. Według Morwen dotyczyło to wyłącznie kiepskich kłamstw. Dobre kłamstwo zawierało w sobie ziarno prawdy. Pajęcza sieć, którą uplotła, by dostać się do Lazurowej Kompanii, właśnie taka była. Bo któż mógł zaprzeczyć, że spędziła lata na nauce magii u mistrzyni wiedzy tajemnej? To, że Lady Beltrana Molag była wyssana z palca, a w Geoff nigdy nie postawiła stopy - zwłaszcza po wojnie - było już szczegółem.

                    Tak, operacja była delikatna. Sama Morwen pozostawała jednak niemal arogancko pewna siebie. Cieniem na tej pewności kładł się jedynie Wedryk Weld - mistrz transmutacji, który bez wątpienia mógłby przejrzeć jej historię na wylot. Czy się tego obawiała? Strachu w niej nie było. Myśl o konfrontacji traktowała jak wyzwanie. Zdecydowanie o mniejszej skali niż to, co czekało ją na Ścieżce.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • TomaszKT Niedostępny
                      TomaszKT Niedostępny
                      TomaszK jako TomaszK
                      napisał ostatnio edytowany przez TomaszK
                      #10

                      MnichBallo.jpg

                      Świat jest mały.
                      Tak przynajmniej twierdzili nauczyciele Ballo. Świat niemowlęcia to to, czego może dotknąć. Świat dziecka to obejście. Im robimy się starsi, tym świat jest dla nas większy. Nie chodzi tu bynajmniej o znajomość kartografii, ale o to, na czym naprawdę Ci zależy. Dla większości ludzi oznacza to ich, ich przyjaciół i rodzinę. Dla części tylko ich. Dla niewielu - coś więcej - plemię, kraj... Równie ważne jest to, na jaki obszar jesteś w stanie wpłynąć. Co człowiekowi po znajomości map, gdy wpływa tylko na najbliższych?
                      Świat Ballo był mały.
                      Czasem przebijały się cienie dalszego świata, jak choćby tajemnicze sny, czy goście, nad którymi miał pieczę. Czasem kurczył się do niego samego, gdy medytował lub ćwiczył. A czasem nawet do samego żołądka. To ostatnie głównie w trakcie corocznego postu, mającego zbliżyć sługi boże do głodujących na przednówku chłopów i biedoty.
                      Cały jego świat obecnie, to jego nowi podopieczni. Chciało by się rzec towarzysze, ale on traktował ich jak podopiecznych, jak grupę pielgrzymów, czy chorych których miał nie raz pod opieką. Trzeba będzie im matkować, łagodzić spory, chronić przed kłopotami i nimi samymi. Poznał imiona wszystkich i obecnie głównie obserwował i starał się wyczuć wibrację grupy.
                      Bagażu wiele nie miał. Torbę medyka z olejkami, ziołami, igłami i bandażami, przewieszony przez pierś worek z jedzeniem i garnkiem - głównie owsianą kaszą, ale był tam i spory słój smalcu, suszone mięso i owoce. A na ramieniu niósł Brzemię.
                      To ostatnie było... maczugą? Nie, po dłuższej obserwacji wyglądało jednak inaczej. Pokryta napisami żelazna kula na żelaznym trzonie zwieńczonym uchem. Serce dużego dzwonu, pewnikiem ważące z dwa centary. Może wyglądało trochę na broń, ale służyło do ćwiczeń i medytacji. I przypomnienia, że jego ścieżka nie jest lekka.

                      Jestem heroldem świata snów ze słów
                      Niewinną zwidą w głębi waszych głów

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      3
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #11

                        Eutalo Isebrand

                        text alternatywny

                        Całą drogę z Rel Astry Eutalo nie mógł usiedzieć w miejscu, gdyby nie jego pochodzenie kapitan pewnie kazałby go przywiązać do galionu, aby nie wchodził marynarzom pod nogi.

                        Czas starał się spędzać na czytaniu swojej lektury na temat cywilizacji Suelii. Wspominał swoje czasy w akademii Rel Astry oraz kłótnie i dysputy z współ uczniami i wykładowcami. Ich przywiązanie magii do ksiąg i pradawnych słów wyglądało dla Isebranda równie zabobonne i prymitywne co wielbienie dziwnie wyglądających kamieni przez dzikie plemiona. Niejednokrotnie grożono mu wydaleniem z akademii za "brak szacunku dla sztuki".
                        Eutalo uśmiechnął się na tą myśli, ponieważ ona doprowadziła do jego spotkania z Victorią. Młoda bibliotekarka, zwykła cicha myszka otoczona większą ilością wiedzy, niż młody student mógł mieć kiedykolwiek szansę posiąść.
                        Spotkali się kiedy dziekan wysłał Isebranda do Biblioteki, aby "nauczył się szacunku do wiedzy zawartej w tych pradawnych księgach". Dwa tygodnie, które miał tam spędzić przerodziły się w miesiąc… miesiąc w pół-roku. Eutalo się uspokoił jeżeli idzie o agresywne wyrażanie swoich opinii i po kilku latach zakończył swe nauki.
                        Wrócił do domu z Viktorią u swego boku, młoda para kochanków miała się pobrać w niedalekiej przyszłości.
                        Eutalo instynktownie ujął delikatnie wisiorek u swej szyi z ryciną jego ukochanej.
                        Pamiętał co jej obiecał kiedy usypiali u swego boku na noc przed jego wyruszeniem.

                        "Wróć do mnie…"
                        Jej głos słodki niczym miód, mógłby dla niego podbić świat. Mógł jednak wymusić z siebie prostą obietnicę, kiedy sen zabierał go od niej.

                        "...Zawsze."

                        Młody szlachcic z rodziny Isebrand dotarł na miejsce ekspedycji pełen wigoru i głodu wiedzy. Musiał jednak wziąć na wstrzymanie swe chęci i żądze, interesy Kompanii Lazurowej musiały (na razie) wziąć priorytet.

                        Zaczął od zaznajomieniem się z lokalną populacją, nie rozmawiał z nikim oczywiście, przynajmniej na razie. Nasłuchiwał jednak jakie kto ma plany, marzenia i nadzieje. Pieniądz był oczywiście przewodnią motywacją większości zgromadzonych, co nie dziwiło młodzieńca. Ścieżka obiecywała skarby, a one dostatek i godne życie warte ryzyka.

                        Spróbował nawiązać rozmowę z doktorami Quolleb i Quartermaine, o ile jego wiedza akademicka była nie mała,

                        Jego pierwszym ruchem było oczywiście spotkanie się z Wyllą von Coen, była główną reprezentantką Ligii, objawienie się jako potencjalny sojusznik w jej ambicjach co do tego przedsięwzięcia wydawało się rozsądne.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        2
                        • BrilchanB Niedostępny
                          BrilchanB Niedostępny
                          Brilchan
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #12

                          Niedoszły kapłan nie miał wyrzutów sumienia: Nie przejmował się rozsiewaniem plotek ani konsekwencjami strachu jaki wzbudził w lokalnej społeczności, w przeciwieństwie do świętego wojownika Randalla niewiele przejmował go los pozostałych porwanych wieśniaków, nie martwiła go też łatka szaleńca którą przyczepili mu miejscowi plotkarze również była mu na rękę bo nie musiał się opędzać od fanów jak rycerz, nie miał ochoty marnować monet w karczmie czy szukać przyjaźni z miejscowymi choć starał się nie robić sobie w nikim wrogów wolał trzymać się na dystans czekając na kolejne zlecenie.

                          Jedyne co budziło jego obawy był Mistrz... Sen zakłócał mu strach że byt, który uratował mu życie i obdarzył mocami magicznymi straci cierpliwość i wypali mu mózg za lenistwo. Oczekiwanie na kolejne polecenia od Kompanii bądź Mistrza wypełnił sobie łowiąc ryby w sieci oraz trenując swe zdolności magiczne przeciw okolicznym wyschniętym drzewom i kamieniom (choć nie na tyle intensywnie aby jakieś lokalne drzewoluby miały go ganiać po krzakach).
                          Pragnąc zaoszczędzić nieco grosza udało mu się wyprosić nocleg w lokalnej świątyni korzystając z opinii kapłana jaką sobie wyrobił, nie były to jakieś luksusy i musiał pomagać w sprzątaniu i obrządzaniu zakrystii ale nie przeszkadzało mu to, wręcz było relaksujące niczym powrót do spokojniejszych czasów i okazja do modlitw które niosły nieco ukojenia w strachu przed przdwiecznym bytem z którym zaprzągł swój los i dusze.


                          Wezwanie na kolejną wyprawę przyniosło mu niewypowiedzianą ulgę: Woje których im przydzielili wyglądali na porządnych dobrze było też mieć przy boku "szkuluną magiczkę" która uzupełni braki w jego wiedzy. Utopiec aż trząsł się z chęci ruszenia z powrotem do boju!

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          2
                          • PaniczP Niedostępny
                            PaniczP Niedostępny
                            Panicz jako Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                            #13

                            2 października, 591 WR

                            Wejście na Ścieżkę dla niektórych z nich było pierwszym. Inni wracali w cień Pieców po raz drugi czy trzeci, a tylko trójka w całej drużynie otrzaskała się już z tajemnicami komnat i korytarzy dawnej Suelii. Choć, tak rzec byłoby zdecydowanie nadużyciem...

                            Hazar był na Ścieżce już kilka razy i to nie na krótko, na półgodzinny wypad czy szybką przebieżkę wśród sekretów. Nie, bywał wśród górników i robotników, którzy pod okiem inżynierów oraz dmuchającego na zimne (aby niczego nie uszkodzono!) doktor Emila Quolleba odgruzowywali zawalone przejścia, wzmacniali uszkodzone stropy i kolumny, stawiali stemple i ogarniali zastany chaos.

                            Krasnolud nie mógł powiedzieć, żeby w tym czasie odkryli coś ciekawego – większość zeksplorowanej dotąd Ścieżki była już doszczętnie splądrowana. To, że gdzieniegdzie pozostały jeszcze zdobienia, marmury czy nawet posągi było zasługą wczesnego terroru sił, które rościły sobie prawo do monopolu na podziemne dobra. Pierwszy okres rozpusty i łupienia był dziki, ale skupiał się na tym, co najwartościowsze i najłatwiejsze do zagarnięcia. Wtedy z komnat zniknęły skarby i zabytki.

                            Potem, gdy aromat wielkich szans zaczął płynąć coraz dalej, rozbójnicze bandy musiały zmierzyć się z napływem wyposzczonych poszukiwaczy złota. Odsprzedawanie dóbr kolekcjonerom czy wielkim kompaniom było intratnym biznesem, ale kiedy nie miało się żadnych praw do władania nimi prócz prawa siły...

                            Upadek hanzy kapitana Grotte otworzył Ścieżkę dla wszystkich chętnych. Nie oznaczało to, że każdy z chętnych traktował każdego innego jak równoprawnego uczestnika biegu po bogactwo i rywalizował na zasadach fair play. Śmierć kapitana otworzyła Ścieżkę na krótkie interludium, w którym dewastowano i łupiono żarłocznie i łapczywie – byle szybciej, byle więcej, jak tylko się da i póki można, bo zaraz przyjdą inni. Nierzadko przychodzili i lała się krew. Bójki, nożowe rozprawy i pełnoprawne bitwy między bandami rzadko dotyczyły już wtedy cennych kamieni czy złota. Rąbano się i krojono o to, kto zgarnie marmurowe płyty z podłóg i ścian, skuje zdobione kafelki, czy wytoczy białe kolumny i wyłupie zawijany metal krat.

                            Starożytność była w cenie, a Ścieżka na ustach wszystkich. Na szczęście, czas dżungli szybko ustał. Na miejsce wkroczyły potężne gildie i spółki, a ich obecności doglądali wysłannicy powołani przez Ligę. Państwo nie mogło dłużej ignorować takiego bezhołowia, a już nie w sytuacji, gdy na miejscu zjawili się aktorzy o sile oddziaływania wykraczającej poza rozbójnicze bandy.

                            Od tego czasu, eksploracja poszła do przodu. Skoordynowane wysiłki drużyn górniczych pozwoliły oczyścić niedostępne komnaty, a ostatnią dużą niespodzianką, na którą się natknięto był zawalony magazyn i skarbiec. Do tych dobrano się miesiąc temu i wśród pierwszych, którzy weszli tam i wrócili byli Randal, Seweryn, Lara (znana niektórym z obecnych jako doktor Quatermain) i Kai.

                            Oni zobaczyli bogactwa, które wciąż kryły się pod ziemią. I oni zobaczyli, co czeka tych, którzy nieostrożnie się na nie połaszą. Śmierć górników i potworności, które czekały w świeżo odgruzowanym zakątku nie rozniosły się takim echem jak wieści z Pogorzeli, ale Ścieżka przestała być w oczach Wrót skarbonką do rozbicia. Dla jednych stała się dyszącą na Dolinę gardzielą Bestii, która może przynieść ludziom tragedię. Ale dla innych była od teraz twierdzą, której mury tym bardziej trzeba sforsować, by dobrać się do największego skarbu. Nawet, jeśli szturm oznaczał ofiary.

                            Większość wkraczających dziś na Ścieżkę stawiała tu jednak swe pierwsze kroki. Od jakiegoś czasu nie było już mowy o wolnym dostępie dla wszystkich chętnych, więc szansy, by poznać się na żywo z sekretami Suelii nie miał dotąd nawet Eutalo Isebrand, który coś niecoś przecież tu znaczył.

                            Teraz jednak kroczył przez mocno nadszarpnięty i poobijany majestat Ścieżki, jednocześnie podziwiając i złorzecząc w duchu. Mimo rabunku i dewastacji, nie wspominając już o naturalnym złodzieju, jakim był czas, korytarze wciąż budziły zachwyt u tych, którzy wiedzieli, czego szukać. Eutalo był entuzjastą wszelkiej techniki i żarłokiem wiedzy, więc on wiedział.

                            Kiedy patrzył po ścianach i sufitach, widział architektoniczne rozwiązania, które często zaginęły na wiele wieków i "wracały" dopiero teraz jako nowoczesność. Misterne sklepienia, betonowe podpory czy przewiewne szyby, które zapewniały stały dostęp świeżego powietrza budziły inżynieryjne uznanie, a ściany w runach krzyczały, aby je przestudiować.

                            Doktor Quatermain i doktor Quolleb, którzy odcyfrowali już część z nich i byli specjalistami od Starej Suelii obiecali Eutelowi opowiedzieć coś więcej o swoich znaleziskach i podzielić się wiedzą z zainteresowanym kolegą historykiem (wprawdzie amatorem, ale nielicho zdolnym i ambitnym).

                            Podziw Eutela przeplatał się ze złością, że tyle wiedzy i splendoru dawnej cywilizacji przepadło dla doraźnego zysku. Że słowa, których nie znał już żaden słownik zostały skute ze ścian dla monet, które opłaciły uciechy ciała. Że maestria rzemieślników przeszłości zasiliła kolekcje nuworyszy, u których mottem było im złociej, tym lepiej. Że sprofanowano pamięć historii, plądrując archiwum wiedzy bez żadnego poszanowania dla ksiąg i dokumentów.

                            Isebrand chciał skląć ludzi – prostych, głupich, łapczywych i prymitywnych. Przez moment przeszło mu przez myśl, że może ta dzikość leży w lokalnej naturze mieszkańców Ligi, ale zbeształ się za to, przypominając sobie, co działo się po upadku nadkróla Ivida V. Zamieszki i chaos, jakie opanowały cały Aerd, łącznie z Eutalową Rel Astrą, dowiodły że barbarzyństwo drzemie w ludziach ze wszech stron świata.

                            Marius też kroczył po marmurach Ścieżki po raz pierwszy. Był już w okolicy od jakiegoś czasu i nie bimbał sobie, ale dotąd żadna z misji nie wciągnęła go w cień góry. Czuł ogromne podekscytowanie, gdy szedł szerokim hallem w głąb Pieców, omiatając wzrokiem żlebione stropy i poodłupywane, ale wciąż imponujące mozaiki na ścianach. Czuł, że ta siła, która szumi mu w uszach też jest podekscytowana.

                            Kiedy weszli do okrągłej sali ze zdewastowaną fontanną, szum w uszach zakotłował się sztormem, a błędnik kapłana oszalał. Marius poczuł się jak na statku, gdy kipiel zmywa pokład spod nóg. Padłby, ale schwycił się rękoma marmurowej kolumny, która wspierała strop sali. Zobaczył, że wysoko, jeszcze hen nad gzymsem łączącym podpory, w suficie jaśnieje świetlik wpuszczający na Ścieżkę nieco Drusdygg.

                            Utopiec zebrał się w sobie i uspokoił oddech. Falowanie ustało, a oddech zwolnił. Czuł lekkie pulsowanie, gdy spoglądał w lewo, ku prowizorycznym drzwiom zbitym z surowego drewna. Serce biło jednak mocniej dopiero, gdy patrzył przed siebie, w głąb wrót po drugiej stronie sali kolumnowej. Wiedział, że tam czeka prawdziwe ukojenie sztormu, który tłukł się przez jego myśli.

                            Morwen też czuła, że tam kryje się prawdziwe wejście na Ścieżkę. Że tam dopiero będzie można poczuć jej duszę i rozsmakować się w magii, która ją przesycała. Dziewczyna ledwo skrywała ekscytację, ale wiedziała, że w powietrzu wisi niebezpieczeństwo. Tu, w tych paru komnatach i korytarzach, które przeszli i które mieszkańcy Wrót na wskroś przekopali, magia wisiała ledwie oparem. Była posmakiem i powidokiem czegoś, co odeszło.

                            Owszem, chwytała żywe nici, ale ich było niewiele. Świetlik nad fontanną... Salka zaraz po lewej przy wejściu... Silny prąd magii płynął zza sosnowych desek drzwi, które zawisły na lewo od wiodącego w głąb góry korytarza. Słyszała, że tamten obszar został wydzielony tym z Żelaznych Wrót i reszcie odcięto dostęp. Szkoda, szkoda... Energia, która pulsowała z tamtej części miała w sobie ognistą świeżość i rytm, jakby ktoś wygrywał na werblach wojskowy marsz.

                            Ale czym to było wobec tego, co przed nimi! Nim jeszcze dotarli i teraz już, kiedy stali przed ogromną, oszlifowaną ścianą w runach, magia waliła z tego kierunku gradem. A i tak była przytłumiona, bo gruba, ryta skała przed nimi pełniła rolę bariery. I wrót, które trzeba było sforsować.

                            To na tych reliefach doktor Quatermain i jej kolega-konkurent, doktor Quolleb zawieszali się całymi godzinami. To ta ściana stanowiła śluzę do wewnętrznej części Ścieżki, która wiodła głęboko pod ziemię... Albo jeszcze gdzie indziej. Nie szło tego odgadnąć, bo jakiekolwiek próby magicznej eksploracji, czy choćby wróżenia wobec tego, co było dalej spełzały na niczym.

                            I nie mowa tu o próbach maluczkich, ale dociekaniach i staraniach mistrza Wedryka, który podobno nie szczędził środków, by dojść, co drzemie za barierą, nim padnie sama bariera. Nawet szumiący głos w głowie Mariusa nie wiedział, czego mają się spodziewać po drugiej stronie. Poza tym, że obietnica i groźba głębiny są współistotne.

                            Ściana na Ścieżce.png

                            - Odsuńcie się, proszę. – Lara skinęła głową na całą grupę, uśmiechając się pod nosem. Widziała jak wszyscy lgną do kamiennej bryły, zrytej zdobieniami od podłogi po wysoki na kilkadziesiąt stóp sufit. Jedni ostrożnie, zachowując dystans, ale nie żałując spojrzeń. Inni śmielej, wręcz łapczywie, szurając dłońmi po skale, jakby dotyk przynosił rozkosz.

                            Ballo nie był w żadnej z tych grup, ale i jego kusiła ciekawość. Niełatwo ulegał żądzom czy podszeptom zmysłów, ale potrafił doceniać piękno, majestat czy emocje. Świat był bożym darem i trzeba było go chłonąć, by dotrzeć do sedna sensu. Stoicyzm to nie bezwładność, by dać się w życiu miotać wichrom jak zeschnięty badyl. To spokojne trwanie wobec tego, co zmienne.

                            Także jeśli to zmienne nie przychodziło samo, a wyciągało się doń rękę, by dotknąć i wymacać. Olbrzym lekko położył dłoń na orunowanej skale, powoli przymykając oczy. Miał doświadczenie w medytacji i potrafił kontrolować tak ciało, jak i umysł w sposób, który dla innych zdawał się magią. Zastygłego przy ścianie mogliby wziąć za posąg, gdyby ktoś napatoczył się zza węgła i świeżo spojrzał na scenę, ale dla Ballo to była ledwie chwila.

                            Mnich czuł twardą, ziemistą fakturę skały z jej drobnymi żyłkowaniami i nierównościami. Czuł zimno kamienia, który nigdy nie zaznał słońca. Czuł powietrze spływające spod niego wąziutką strużką. I czuł chłód, który miał inne źródło. Inne poza powietrzem i cieniem. Zimno, które parzyło w palce, jakby zimą moczyć rękę w przerębli.

                            Ballo spokojnie odjął dłoń od skały. Nie widział, aby ktokolwiek doświadczył tego samego. Niektórzy dotykali ściany lekko, ledwie muskając, a inni poświęcali chwilę, jakby spragnieni kontaktu z obiecaną atrakcją. Nikt jednak nie zdawał się tknięty chłodem, bólem czy jakimkolwiek impulsem. Twarz mnicha pozostała niewzruszona jak skała przed nim, ale inni nie mogli być równie twardzi. - Nie poczuli tego...

                            Chłód czekał w murach specjalnie na Ballo.

                            – Proszę się odsunąć. – Żylasty dryblas w beżowej kamizelce miał suchy i świszczący głos. Jakby miał w zębach piasek. – Słyszycie panią doktor?

                            Seweryn odsunął się od ściany, dając archeologom przestrzeń do pracy. Czy też czegokolwiek, co planowali tu robić... Medyk patrzył na mleczny, przymglony kryształ górski w dłoniach Quolleba, jakby spodziewał się czegoś nie po profesorze, a po samym kamieniu. Co było dziwnym, bo kamienia nigdy wcześniej nie widział i nie wyznawał się ani na starożytnej Suelii, ani na samych choćby minerałach.

                            – Słychać mnie? - przemówił kamień głosem Wedryka Welda, jakby mag siedział skryty gdzieś za pazuchą Quolleba. Niejeden zastrzygł uszami rozglądając się, kto to i skąd to przemawia. Czy to któryś z kompanów sprawnie aktorzył głosowo, czy może któryś był brzuchomówcą?

                            – Wiekopomna chwila, drodzy moi przyjaciele – mówił dalej kamień, a górnicy Hazara dziwowali się, co to za wygłup i patrzyli po sobie niepewnie, czy aby pan doktor Quolleb nie robi sobie z nich jajec. – Za chwilę sforsujemy barierę wieków, a wy będziecie pierwszymi, którzy odbędą tę wyprawę w czasie. Zazdroszczę wam bycia tam na miejscu... Ciałem, bo duchem jestem z wami... Ale spodziewam się, że zaraz możemy mieć tu gigantyczny napływ mocy, który będę musiał odprowadzić żyłami energii poza Dolinę, aby uniknąć eksplozji...

                            - Wedryku... - Archeolog zganił czarodzieja, spoglądając na kamień, jakby liczył, że złowi jego spojrzenie, ale nadajnik działał tylko w jedną stronę.

                            – Słuchajcie proszę pani doktor Quatermain i pana doktora Quolleba. Pomogli w rozwikłaniu tej szarady i to dzięki nim wkraczamy w głąb szybciej... Teraz, to ich wiedza tam na miejscu będzie nam przewodzić... - Kamień na chwilę zamilkł i oboje badacze kiwnęli sobie głowami, rozchodząc się na przeciwległe krańce ściany.

                            – Powodzenia – zadudnił jeszcze po przerwie głos z kryształu aż siwy Quolleb podskoczył i o mało co nie upuścił przedmiotu.

                            Archeolog przejechał dłonią po ścianie jakby wybierał książkę z półki i zatrzymał się na niewielkiej dziupli na wysokości piersi. Okrągła luka nie była głęboka, ale spokojnie pomieściła mówiący kamień. Quolleb ruszył dalej, na środek ściany i westchnął ciężko, wypuszczając powietrze nosem ze świstem, jakby coś skrzypiało w warsztacie.

                            Spojrzeli po sobie z Larą, która stała dalej, u lewego skraju wrót i na raz wetknęli prawe dłonie w kamienne dziuple. Stary trząsł się lekko, ale Lara stała niewzruszenie, jakby pełniła pałacową wartę. Nie musieli długo znosić grozy, czy choćby niepewności. Kamień zgrzytnął, a w korytarz spłynął chłód poruszonego powietrza. Ściana ruszyła i historycy szybko zabrali dłonie, odsuwając się jak najdalej. Skała rozjeżdżała się na boki, znikając w bocznych nawach i wpuszczając gości w mrok zapomnianego świata.

                            Światło rozpalonych w korytarzu pochodni zafalowało pod powiewem zza wrót, ale zapowiedzi złego skończyły się na lekkich podmuchach i zgrzytach. Nic nie wybuchło, nie chlusnęło, ani nie zionęło. Nie wystrzeliło i nie zmroziło. Nie było nawet i tej eksplozji, przed którą ostrzegał Weld.

                            Ogień odsłaniał wypolerowany, szary kamień przedsionka. Za ścianą było wysokie pomieszczenie z szerokim granitowym portalem wiodącym naprzód, nie zostawiając wątpliwości, co do roli miejsca. Prosta przestrzeń była pusta poza kamiennymi ławkami u ścian i paroma wysokimi urnami.

                            - Poczekalnia. – Pomyślał Isebrand, kojarząc, że przejściowa komnata musiała być miejscem, gdzie czekano na wyjście w Dolinę. Ławki i śmietniki. Albo spluwaczki. Tylko płynny kształt portalu ze zdobioną oczkami archiwoltą sugerował, że szary łącznik nie wiedzie do muzeum nudy.

                            – Proszę czynić honory. - ­Quolleb puścił Larę przodem, ale badaczka i tak nie czekałaby na pozwolenie, ani teatrzyk gestów. Pracowała na takie chwile setki wieczorów, więc należało jej się. To ona wydedukowała na bazie doświadczenia z zabezpieczeniem odkrytego wcześniej skarbca, że kluczem do Ścieżki może być suelskość. Doświadczenia Wedryka potwierdziły, że magia rzeczywiście jest zaprogramowana w ten sposób i szybciej niż obalać do końca jej aury i pieczęcie, będzie oszukać system fałszywymi Suelami.

                            Starożytne Imperium nie słynęło z międzyrasowej tolerancji, co dziś chętnie naśladowali Szkarłatni Bracia. Choć im dalej od metropolii, tym większa była swoboda i przymykanie oka na odstępstwa od dogmatów, to w obrębie takiego dzieła jak Ścieżka władza musiała podkreślać swe credo. Rasowa czystość. Tak, w głąb góry wkroczyć mogli tylko czystej krwi Suelowie.

                            I być może ich goście, na co wchodzący w ciemność mieliby pewnie wielką nadzieję. Gdyby oczywiście wiedzieli, co wykombinował mistrz Wedryk.

                            Randal nie wiedział, ale niedawno przeszedł już z Larą i Kaiem pielgrzymkę przez ciemność, która odbiła się na nich dozgonnym piętnem. Po tym doświadczeniu czuł, że trochę obumarł w środku, ale razem z tym zdławił strach, jaki spotykał człowieka. Czuł, że nie godzi mu się nawet lękać, gdy wokół są inni.

                            Albo może po prostu okazyjnie nabyta pełna płytówka czyniła go tak pewnym siebie. Majątek, który na nim wisiał czynił rycerza niewrażliwym na większość ciosów. Ale Randal wiedział, że na Ścieżce nie ma co spodziewać się szermierki, więc i za grubym metalem nie będzie bezpieczny, jeśli nie zachowa absolutnego skupienia.

                            Paladyn wkroczył przez portal ramię w ramię z Larą, mając w pogotowiu pawęż, by osłonić ich oboje. Stali na tarasie z którego półkoliście z obu stron w mrok schodziły marmurowe stopnie. Na środku, za ażurowymi barierkami wisiała kamienna platforma windy, którą pewnie kiedyś wjeżdżali leniwi, albo wwożono dostawy.

                            Większość drużyny zaczęła powoli wchodzić na czarne płyty tarasu, ale ostatnich wstrzymał zgrzyt rozwierającej się ściany za nimi. Brama stanęła w niepełnym otwarciu, zatrzymana przez wciąż tkwiący w luce kryształ. Bariera zgniotłaby go bez najmniejszego problemu, ale była widać zabezpieczona wobec takich przypadków, gdy w pobliżu mógł znaleźć się nieostrożny człowiek, więc zamiast przeć naprzód, zamarła.

                            Pochodnie rzucały fantastyczne cienie na kolumny z zielonkawego marmuru i złote poręcze schodów. Lara i Quolleb, a razem z nimi ciekawy tematu Eutalo i przezorny Randal, zbliżyli się do skraju tarasu obok windy. Proste, żłobione w meander kolumienki na wysokości brzucha wyglądały na konsolę mechanizmu. Morwen czuła, że przepływa przez nie strumień magii, ale nie zwracało to szczególnej uwagi, bo wokół magia rozlewała się całą, oplatającą wszystko siecią. Czarownica czuła, że przestrzeń to zamknięty, pulsujący obieg energii i od stropu, podłogi, a dalej pewnie i innych granic, zamyka ją coś twardego i nieprzebytego. - Dweomer – zgadywała w myślach.

                            Eutalo czuł, że Ścieżka aż kipi od magii, ale jego uwagę skupiło i ucieszyło teraz to, co znajome. Obie kolumienki miały na sobie wyślizgane, perłowe głownie z runicznym ryciem. Magik odczytał obie na głos w rodowitym oeridyjskim, tłumacząc od razu że starosuelskiego. Winda. Światło.

                            - Niezawodnie – doktor Quolleb odpowiedział już po keolsku, zrozumiale dla wszystkich. - Uczynisz honory?

                            Eutalo uśmiechnął się i poczuł jak dzieciak, któremu rodzice dają potrzymać lejce u wozu. Klepnął po głowniach, to jedna, to druga i na raz, powietrze w sali przeszedł podmuch gorąca. Pochodnie i kandelabry wiszące na ścianach wzdłuż komnaty rozpaliły się buchającym ogniem, a nagły rozbłysk sprawił, że Seweryn i Hazar, którzy stali najbliżej ściany musieli aż zmrużyć oczy.

                            Drugi przycisk był czysto mechaniczny i zwolnił barierkę, która osłaniała windę. Konstrukcja windy wisiała może piętro czy dwa nad ziemią, więc zjazd był kwestią wyboru. Pochodnie na ścianach i zwisające z wysoka żyrandole odsłoniły tak schody, jak i całą resztę, więc nie trzeba już było zgadywać, jak stawiać dalsze kroki.

                            Komnata była długim na kilkaset stóp i szerokim na dobrze ponad sto hallem o wysokich, obłych sklepieniach oblepionych ceramiczną mozaiką zieleni. Co jakiś czas z marmurów podłogi wyrastały wspierające sufit kolumny, nadając pomieszczeniu harmonijny kształt długiego prostokąta.

                            Przez środek hallu, na który można było zjechać windą, albo zejść schodami czy to z jednej czy drugiej strony, wiódł trakt (bo tak chyba trzeba byłoby to nazwać) – twardy, betonowy szlak wyznaczający centralną oś przestrzeni i zapewne narzędzie transportu, od którego odcinały się po bokach dostojniejsze marmury i terakoty.

                            Po bokach hallu rozstawione były w wystudiowanych miejscach ławki i fotele, a co kilkadziesiąt stóp zdarzało się, że ażurowe barierki wokół środkowej osi znikały, dając możliwość skrętu, wyminięcia bocznych przystani i zejścia do pomieszczeń, które rozkładały się symetrycznie z obu stron.

                            Wszystko sprawiało wrażenie kunsztu i porządku, który trwał niewzruszony jak zalany żywicą. Czy też sprawiałoby, gdyby nie to, że na całej długości hallu walały się porozrzucane, poroztrzaskiwane i porozbijane skrzynie, paki i kufry. Kawały rozbitego metalu burzyły harmonię, opadając przestrzeń bez żadnego ładu i składu.

                            Hazar dojrzał, że w jednym miejscu wykolejone leżały dwa wozy czy wózki, które zderzyły się, rozrzucając wieziony ładunek metalowych sztab i filarów. Chaos zamarły w porządku...

                            Ale nie! Seweryn jako pierwszy złowił w oddali ruch, który przeczył całkowitemu zamarciu Ścieżki. Trzysta, może czterysta stóp w głąb hallu, rozrzucony na rozbitym marmurze metal ruszał się. Poruszał się drganiem rozłożonych płytek, jakby coś podrzucało go od spodu.

                            Ballo też to dojrzał i jeszcze patrząc ze schodów, widzieli jak ruszają się resztki porozbijanych zbroi i broni. Spojrzenie mogło mylić, ale jeśli potwierdzali je kompani obok, nie mogło być złudą. Co najwyżej, sprawną, celową iluzją.

                            Ta zaś pokazywała, że obok podskakujących płytek i blach, wijąc się jak piskorz na trawie, powstać próbują postacie podobne Randalowi – okutane w metal od stóp do głów. Pechowi rycerze motali się z powstaniem, a ich stal dźwięczała na podłodze jak kastaniety, wnosząc na Ścieżkę dźwięki, jakich nie znały milenia. Dudniące pod sam sufit i niosące się dalej, do bocznych pomieszczeń i naprzód, za portal po drugiej stronie hallu. Akustyka była tu prawdziwie koncertowa.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            5
                            • RewikR Niedostępny
                              RewikR Niedostępny
                              Rewik jako Seweryn Drachenwulf
                              napisał ostatnio edytowany przez Rewik
                              #14

                              Zachwycające architektoniczne detale, rzemieślniczy kunszt i bogate materiały, które zostały wreszcie skonfrontowane ze zwykłym pospolitym życiem, przegrywały. Tak się zdawało - tam gdzie dochodziło do starć na Ścieżce, nie ostawał się choć kamień na kamieniu. Bieda, chaotyczne łaknienie bogactw, zazdrość, chciwość i brak poszanowania dla historii, zwykła ignorancja była temu winna. Lecz deprawacja ta miała swoje drugie oblicze, które zdaje się nie było dostrzegane przez tych ważnych tutaj. Oblicze to śmiało się i krzyczało "nareszcie!".

                              Również Seweryn uśmiechał się skrycie widząc złość malującą się na co ważniejszych obliczach - tych możnych, mających za pchły, czy inne robaki tych, którzy wgryzali się w te structurae miraculorum i żywili się na nich. Robactwo łupiło to czego nienawidziło i pragnęło zarazem. Te archaiczne, architektoniczne szczątki zostały wybudowane na krwawicy ich przodków - prapluskw i teraz wracały w ich żuwaczki. Nareszcie!

                              Seweryn nie delektował się tym widokiem wcale długo. Dla niego szykowała się inna uczta. Obserwował ich swoimi kaprawymi oczami. Zastanawiał się wiele. Próbował dostrzec, co sprawia, że oni mogą, a on nie? Zdawali się widzieć więcej, posiadać więcej zmysłów i darów. Co było w tym kawałku skały, który tak wszyscy łapczywie dotykali?

                              Seweryn odsunął się od ściany, dając archeologom przestrzeń do pracy. Czy też czegokolwiek, co planowali tu robić... Medyk patrzył na mleczny, przymglony kryształ górski w dłoniach Quolleba, jakby spodziewał się czegoś nie po profesorze, a po samym kamieniu. Wpatrywał się weń z uporem godnym samego Ballo, wyczekując aż przemówi, aż zacznie się magiczny pokaz.

                              Seweryn zrobił jeszcze kilka kroków w tył. W tej chwili dane było mu być jedynie widzem. Ślepym, dodajmy, lecz bardzo chcącym czegoś doświadczyć.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              2
                              • eToE Niedostępny
                                eToE Niedostępny
                                eTo jako Hazar Baraz-Felak
                                napisał ostatnio edytowany przez eTo
                                #15

                                Hazar Baraz-Felak

                                text alternatywny

                                Hazar nie przejmował się ceremoniami rozpoczynającymi wyprawę. Ceremonie dla niego były zbędne chociaż rozumiał, że dla prowadzących wyprawę są one bardzo istotne gdyż inaczej nie czuli by się ważnymi osobami. Tak czy inaczej krasnolud spokojnie czekał na rozpoczęcie wyprawy. Na szczęście nie przyszło mu czekać długo, gdyż po niedługiej przemowie naukowcy z grupy zajęli się otworzeniem dalszej części ścieżki. Trzeba było przyznać, że poszło im to sprawnie. Oczywiście Hazar był z tego faktu zadowolony gdyż wreszcie wiele jego wysiłku aby dostać się do drużyny eksplorującej Ścieżkę przyniosło pożądany efekt. Dlatego wkraczając do nowo-otwartej części Ścieżki uśmiechnął się lekko pod nosem.
                                Póki co trzeba było dalej wykonywać robotę jaką miał wykonywać. Dlatego przy wkraczaniu do hallu rozglądał się uważnie co trzeba by było zabezpieczyć. Uwagę krasnoluda przykuły wywrócone wozy wraz z ich rozrzuconym ładunkiem jaki wyglądał na przydatny do zabezpieczania korytarzy. Trzeba było się im przyjrzeć. Ale bez pośpiechu, niech te ważne osobistości pchają się na pierwszą linię. Jakby nie było byliby pierwszymi wchodzącymi w pułapki co krasnoludowi zdecydowanie odpowiadało.
                                Nie trzeba było również długo czekać na aktywację pierwszych pułapek. Albo przynajmniej na to wyglądało sądząc po odgłosach zgrzytania jakie zaczęły dochodzić z dalszej części. Dało się również zlokalizować źródło dźwięku, więc sytuacja nie zdawała się tragiczna. Mimo wszystko i na wszelki wypadek Hazar zamierzał przygotować się do starcia przez zdjęcie plecaka, dobycie swego młota bojowego oraz tarczy, którą poprawił przez dwa lekkie uderzenia w jej krawędź aby pewniej trzymała się na jego ręce.
                                - No panowie, zachowywać się spokojnie i nie wychylać się przed szereg zbrojnych i będzie cacy. - stwierdził po odwróceniu się w stronę podwładnych mu górników.
                                Następnie Hazar odwrócił się z powrotem w stronę zagrożenia zastanawiając się nad swoimi następnymi poczynaniami. Zdecydowanie chciał ruszyć na pierwszą linię aby wreszcie móc czemuś przyłożyć… jednakże nie byłoby to zbyt rozważne ze względu na pozycję jaką miał w drużynie. Był specem od górniczej roboty, nie wojaczki. Co prawda był wyglądał jakby był częścią zbrojnego ramienia wyprawy, ale mógł to wytłumaczyć krasnoludzkimi zwyczajami. Póki co zamierzał posłuchać własnej rady i samemu nie wychylać się przed szereg. Dlatego wyraźnie ustawił się defensywnie, między powstającym zagrożeniem a ludźmi pod jego komendą (oraz oczywiście pozostałą nie-bojową częścią wyprawy) podnosząc tarczę w gotowości do blokowania ataków.
                                - Obserwować wszystko uważnie ludzie, coś się ruszy z innej strony dajcie znać. - wydał kolejną komendę decydując się na czysto defensywną postawę pozwalając zbrojnej części wykonać swoją robotę. Widać było wyraźnie przez sposób jaki Hazar ważył w ręce dzierżony młot, że zdecydowanie chciałby znaleźć się w pozycji aby czemuś przyłożyć.

                                "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                                "- You can't let them run around inside of dead people!

                                • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • MikeM Niedostępny
                                  MikeM Niedostępny
                                  Mike jako Mike
                                  napisał ostatnio edytowany przez Mike
                                  #16

                                  Randal wyjął linę i opasawszy się nią, drugi koniec dał krasnoludowi.
                                  – Pójdę pierwszy, w razie czego wyciągnijcie mnie.
                                  Krok po kroku schodził schodami, na samym dole zatrzymał się na ostatnim stopniu. Postukał posadzkę czubkiem miecza.
                                  Odetchnął jak przed skokiem do wody i dał krok do przodu. Chciał ostrożnie zbliżyć się do tych dziwnie podskakujących kawałków. Przy okazji obejrzeć resztę pomieszczenia. Miał dziwne przeświadczenie, cze te skaczące rupiecie wprost nie mogą się doczekać, by złożyć do kupy w jakiegoś golema.
                                  – Doktor Quatermain, proszę mieć flintę w pogotowiu.
                                  Po przygodzie w Podmroku nauczył się ufać oku archeolożki.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pan ElfP Niedostępny
                                    Pan ElfP Niedostępny
                                    Pan Elf jako Morwen
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #17

                                    Morwen

                                    text alternatywny

                                    Morwen zeszła na Ścieżkę jako jedna z ostatnich, zamykając pochód wysłanników Lazurowej Kompanii. Gdy stanęła przed czerniejącym wejściem w głąb, przyłapała się na chwili wahania. Czy na pewno był to dobry pomysł? Czy rzeczywiście tego pragnęła? A jeśli właśnie po raz ostatni widziała światło dnia i po raz ostatni wdychała chłodne, jesienne powietrze? Mogła już nigdy nie wrócić z tej wyprawy. Mogła też spotkać coś znacznie gorszego od śmierci.

                                    Uśmiechnęła się tylko kącikiem ust, które niedawno musnęła bordową pomadką z czarnych jagód i dzikiej róży. Jej złociste oczy błysnęły w ostatnim świetle poranka. Wątpliwości rozproszyła równie szybko, jak się pojawiły. Poprawiła rzemyk spinający czarne włosy, rzuciła ostatnie spojrzenie na rozciągające się za plecami Drusdygg i ruszyła w ciemność - gnana ciekawością i determinacją.

                                    Szli powoli i ostrożnie przez zrujnowane, splądrowane korytarze. Morwen przyglądała się mijanym pomieszczeniom z ciekawością, która szybko ustępowała czemuś na kształt rozczarowania. Komnaty były puste. Nie kryły niczego wartego uwagi. Nic dziwnego - ta część dawno już została zbadana i ogołocona z wszystkiego, co mogło mieć wartość.

                                    Puste sale i wszechobecna cisza skrywały jednak coś jeszcze. Coś, czego nie dało się dostrzec gołym okiem ani usłyszeć zwyczajnym uchem. Coś, co wyczuwał tylko ktoś wrażliwy na subtelne arkana magii.

                                    Morwen szybko zorientowała się, że nie ona jedna wyczuła drobinki mocy unoszące się jeszcze w tych korytarzach Ścieżki. Czy poczuła nieprzyjemne ukłucie na myśl, że nie jest jedyną magiczką w grupie? Być może. Czyżby nie wierzono w jej umiejętności i wiedzę, skoro zatrudniono więcej specjalistów od arkanów? A może obawiano się, że dawno opuszczone korytarze skrywają znacznie większe niebezpieczeństwa i woleli zabezpieczyć się na wszelki wypadek?

                                    Pytania przemknęły jej przez myśl, gdy przyglądała się nowym towarzyszom. Odpowiedź była jednak tylko jedna - musiała udowodnić, że to właśnie ona okaże się niezastąpiona.

                                    Gdy mistrz Wedryk zakończył swój wywód, kamień ucichł, a uczeni przystąpili do swoistego rytuału otwarcia wielkich, ciężkich i ziejących grozą wrót, Morwen przezornie cofnęła się o kilka kroków. Stukot jej obcasów odbił się echem od starych ścian.

                                    Zatrzymała się za potężnym mnichem Ballo, wyglądając zza jego szerokich pleców z ciekawością na cały ten zabieg, z rękami splecionymi na piersi. Gdyby rzeczywiście doszło do zapowiadanego wybuchu energii - albo gdyby zza wrót wyskoczyło coś niepożądanego - Ballo stanowił całkiem dobrą osłonę dla drobnej czarodziejki.

                                    Chwilę później schodzili już marmurowymi schodami. Morwen stawiała kroki ostrożnie, skupiona na pulsującej wokół magii. Energia była wszędzie. Było jej tyle, że drobne włoski na jej karku i przedramionach stawały dęba.

                                    Była mniej więcej w połowie schodów, gdy ogromna sala nagle zajaśniała, jakby ktoś dotknął jej czarodziejską różdżką. Przez moment przyzwyczajała się do nagłej jasności, a gdy wreszcie odzyskała wyraźne widzenie, dostrzegła Eutalo stojącego przy mechanizmie w towarzystwie naukowców. Jasne więc stało się, skąd wzięło się światło.

                                    - Obyśmy tylko tego nie pożałowali - mruknęła pod nosem.

                                    Jakby na przekór tym słowom, chwilę później z drugiego końca sali dobiegły niepokojące dźwięki.

                                    Morwen powędrowała wzrokiem za spojrzeniami tych, którzy pozostali jeszcze wyżej, próbując dostrzec to, co oni.

                                    Nie była w stanie ocenić, czy zbroje rzeczywiście zaczynały się poruszać, czy był to jedynie cień złudzenia - gra światła albo jakaś iluzja. Zamiast jednak bezczynnie się przyglądać i czekać, aż potencjalne zagrożenie podejdzie bliżej, Morwen zawróciła i wspięła się po schodach z powrotem na górę. Dołączyła do reszty, mijając po drodze okutego w zbroję Randala, opasanego liną.

                                    - Powodzenia - rzuciła, gdy się minęli.

                                    Sama zajęła miejsce za znaną już sobie tarczą w postaci mnicha Ballo.

                                    Nie zamierzała rzucać się do walki, jeśli nie było to konieczne. W pogotowiu miała oczywiście swój magiczny dar i zachowywała pełną czujność, lecz pierwsza linia należała do zbrojnych - a czarodziejka nie widziała powodu, by sprzeciwiać się tej zasadzie.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Niedostępny
                                      PaniczP Niedostępny
                                      Panicz jako Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                      #18

                                      Światło spływające ze świeczników i kandelabrów wzmagało się, jakby miało na wyścigi wypalić ze świec cały wosk. Może i nastawione wcześniej na półcień oczy trochę oszukiwały, ale nawet dzieląc włos na czworo, szło dostrzec, że ogień na knotach rośnie jakby ktoś regulował go pociągnięciami sznurka. Magia. No tak, w tym wypadku całkiem dosłownie i dziwnym byłoby się jej nie spodziewać.

                                      Dla ludzi magia zawsza miała w sobie pewien dziw i nawet mimo woli, gdy działa się w sposób zaplanowany i zrozumiały, ściągała spojrzenia i wzmagała uwagę. Górnicy, którzy wkroczyli na Ścieżkę za Hazarem patrzyli po hali ze zdumieniem, stopniując rozwarcie paszcz od ogromu samej przestrzeni, przez magiczne włączniki i regulowane płomienie po skaczący na podłodze metal.

                                      Nie było, co im się dziwić. Każdy z obecnych oceniał majestat Ścieżki we własnej głowie, ale nikomu nie przyszłoby nań prychać. Tym bardziej zatem chłopakom Hazara, którzy byli solą tej ziemi i ludźmi swoich czasów. Ich zdumienie magią było naturalne.

                                      Tak samo, jak naturalna musiała być magia dla starożytnych Suelów. Eutalo rozglądał się po ogromie komnaty i zastanawiał się, które elementy wokół były dziełem magii, które dzięki niej trwały i które robiły z niej użytek do dziś. Wiedział, że w dawnym Imperium arkana miały służyć człowiekowi także na co dzień. Nie tylko jako rytualna sztuka traktowana przez maluczkich z nabożnym lękiem.

                                      Oeridyjczyk zamknął oczy i skupił myśli na zamkniętym w powidoku obrazie skaczącego metalu sprzed chwili. Czuł, że duża część hali jest naelektryzowana energią i zakładał, że mógł być to przykład magii, która wymknęła się spod kontroli.

                                      Morwen nie dostrzegała, skąd ruch w dawno zamarłej przestrzeni, ale intuicja podpowiadała, że zapewne szyny czy reliefy stanowiły żyły przepływu Mocy i rozdarte na poziomie tak fizycznym, jak i astralnym, rozlewały magiczną energię jak wezbrany rynsztok.

                                      Hazar i Marius czuli po swojemu, że podskakujący metal nie jest czekającą eksplozji pułapką. Nie umieli śledzić szlaków magii tak sprawnie jak Morwen czy nawet Eutalo, ale niejednokrotnie mieli tę przewagę nad ekspertami, że dostawali cynk czego się spodziewać z samej góry (albo dołu – zależnie od tego jak lokować szepczące im w głowie odgłosy).

                                      Przestrzeń w dole nie gwarantowała bezpiecznego przejścia, ale nie była też jedną wielką zasadzką, którą ustawiono by polować na nowych. Randal wkroczył po stopniach w dół jako pierwszy, by przekonać się samemu, jak starożytność powita przybyszów z przyszłości.

                                      Lina była zdecydowanie za krótka na daleki wypad, ale póki co, marmur pod butami był twardy i nic nie waliło się na głowę. Sufit ciągle był wysoko i odbijał echem kroki podkutych butów paladyna. Pierwsze kroki na właściwej Ścieżce od wielu wieków.

                                      Rycerz szedł powoli z bronią w pogotowiu. Broń jednak bronią, ale podstawą bezpieczeństwa jego bytu na dole był ogromny pawęż, który niedawno nabył. Tarcza ograniczała pole widzenia, więc Randal trzymał ją poniżej twarzy, napięty by w każdej chwili wznieść osłonę do gardy.

                                      Do drgających metali był jeszcze spory kawał, a sir Bronson nie myślał, żeby robić przebieżkę na ukos przez nieznane sobie magiczne lochy, więc pozostałe na schodach i tarasie towarzystwo zaczęło wiercić się na miejscu. Niewielu jednak paliło się, by rwać się za paladynem.

                                      Zachęty do drogi nie czekała Lara, która w odpowiedzi do rycerza, by mieć broń w pogotowiu, zwyczajnie zeszła za nim. Doktor Quatermain wyuczyła się lekarskiego fachu, ale renomę poza rodzinnym Greyhawk wyrobiła sobie jako archeolożka i eksploratorka dziczy – często łącząca oba obszary, bo nie przypadkiem dzicz i starożytność lubiły swoje towarzystwo. Kobieta zeszła z badawczego piedestału i z kolbą na ramieniu, łypiąc po okolicy za podejrzanym ruchem, szła naprzód obok Randala.

                                      Widząc, że duet śmiałków ominął ostrożnie kamienne ławy i idzie naprzód, Hazar zszedł za nimi, nie mogąc dłużej wysiedzieć z tyłu. W głowie miał ciszę. Żadnego głosu i sumienia. Mówiły do niego tylko jego własne zmysły. Wzrok zdumiewał się i napawał kunsztem roboty, ale oczy męczyły od światła, a gałki łypały to z jednej, to z drugiej, gdy kąt spojrzenia chwytał kolejne podskakujące żelazne opiłki czy płytki. Uszy rejestrowały szuranie i stukot w całej hali, niby odosobnione i niezgrane, jakby czynione przypadkiem, a jednocześnie układające się w stały szum. Nos wietrzył metal... Żelazo i stal. Ale było tego więcej.

                                      Czy po drugiej stronie sali... Tam hen, pod jednym z posągów przy wyjściowym portalu... Czy to nie leżały aby złote sztabki? Krasnolud wyostrzył spojrzenie zaczerwienionych ślepiów, ale na raz musiał skupić się na tym, co bliżej, bo trzy pokraczne zbroje zaczęły poczłapywać w jego stronę, ciągnąc za sobą podskakujące na podłodze sztabki i żelazne grudki.

                                      - Tervetuloa, arvoisa sisar. Ovatko nämä epäpuhtaat tulleet tänne vieraiksesi? - Zagrał głos pod czaszką doktor Quatermain, gdy metal zaczął trzeć o metal, wzrastając w ruchome górki, który sunęły w jej stronę.

                                      - Kyllä... - odpowiedziała odruchowo. - Kyllä, he ovat minun vieraitani.

                                      - Też usłyszałaś? - zawołał z góry Quolleb, który wciąż pozostawał w dystansie, przyglądając się runom na konsolce obsługi windy. - Ktoś jeszcze?

                                      Większość kompanii nie wiedziała o czym mowa. Część wysunęła się nieco poza schody, albo ustawiła bokiem, jakby planowała złowić dźwięki, o których wspomniał historyk, a których oni nie dosłyszeli. Jedynie Fenbo, młody, jasnowłosy górnik o mdłych, rybich oczach i zbielałej cerze zdawał się wiedzieć, o czym mowa.

                                      Albo inaczej – nie miał bladego pojęcia. Ale też musiał usłyszeć coś, czego nie usłyszeli inni, bo na pytanie Quolleba odruchowo pokiwał głową, wypatrując w doktorze wskazówek.

                                      - Ktoś lub coś... - Lara spojrzała niepewnie na pancerze, które ustawiły się do pionu i zaczęły pokracznie, w towarzystwie zbitych w kupę, podskakujących jak żabki skrawków metalu, zbliżać się do gości z zewnątrz. - Sugeruje, że na ciepłe przyjęcie mogą tu liczyć tylko niektórzy... Widać ci, którzy usłyszeli komunikat mają coś wspólnego. I pewnie nie tylko znajomość suelskiego...

                                      - Astu alas ja toivota vieraamme tervetulleiksi - zawołał z góry historyk, mimo wyróżnienia przez Ścieżkę trzymając od jej gościny bezpieczny dystans.

                                      Słowa spłynęły z tarasu jak podmuch, opadając na skołataną przestrzeń hali nagłym spokojem. Niby tylko dźwięki i zgłoski, a jednak komnata zamarła. Metal przestał drżeć i trzeszczeć, opadając w bezruch, jakby ktoś od spodu odjął gigantyczny magnes. Stojące pancerze, w kontrze do reszty staroci, nie opadły w pył, ale stanęły, trzymając pion i pozycję, których nie powtórzyłby niejeden gimnastyk.

                                      Na halę wróciła cisza.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      2
                                      • TomaszKT Niedostępny
                                        TomaszKT Niedostępny
                                        TomaszK jako TomaszK
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #19

                                        MnichBallo.png

                                        Ballo czuł się zadziwiająco spokojnie i komfortowo w tych murach. Ich dostojeństwo przypominało mu klasztor, który - jak wiele innych majestatycznych miejsc - powstał w miejscu, gdzie wcześniej była suelska budowla. Mury też mówiły do niego... niezwyczajne, ale dla niego nie była to zwykła wyprawa, bardziej poszukiwanie własnego przeznaczenia. Oraz oczywiście misja chronienia. Ballo nie szarżował na pierwszą linię, trzymał się nieco z tyłu, by nie spuszczać oka z uczonych i czarodziejów. Był ich tarczą. W uszach zabrzmiał gong pękniętego dawno dzwonu i ciało przygotowało się do walki, mięsień po mięśniu, nerw po nerwie. Było gotowe znosić ciosy i ignorować ból. Magazynowało witalną siłę, gotowe uwolnić ją w krótkim, szybkim zrywie, gdyby czyjeś życie było zagrożone.

                                        Jestem heroldem świata snów ze słów
                                        Niewinną zwidą w głębi waszych głów

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        2
                                        • BrilchanB Niedostępny
                                          BrilchanB Niedostępny
                                          Brilchan
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Brilchan
                                          #20

                                          fa5f67ba-1dbc-4ebd-a28d-7e840f5706ef-image.png

                                          Marius Utopiec

                                          /- Czuje potężną magię zza tamtych drzwi te płytki to nie pułapki też przez nich jakaś magia przepływa potężna rzeka magii za tymi drzwiami - Powiedział Marius w końcu, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami, zauroczony przepływami magii zamilkł na dłuższą chwilę ale w końcu zebrał się w sobie.

                                          Przywołał w dłoni kulę magicznej energii gotów strzelić w kierunku zbroi gdyby ich zaatakowały.

                                          //- Może te zbroje i płyty na podłodze to jakaś zagadka ? Jestem nieco za głupi żeby ją rozwiązać - Podpowiedział.
                                          // Ready action elderitch Blast w zbroje gdyby zaatakowały//

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy