'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Mephitis nazwę swą biorą od trujących wyziewów, które większość z ich gatunków nieustannie roznosi, ziejąc nimi gdzie popadnie dla własnej uciechy i na szkodę wszech istot. Stworzenia są to złośliwe i niecne, skore do szkodzenia i krzywdzenia, jeśli tylko je to zabawia. Choć dają się spętać magią i przymusić do służby, to stanowią sługi krnąbrne i mało pojętne w nauce. Płochliwe i choleryczne, nie radzą sobie wobec bardziej złożonych zadań, skore oszukać mistrza, jeśli tylko oszczędzi im to wysiłku.
Bynajmniej jednak nie są całkiem głupie i to nie tylko w pojęciu zwierzęcego sprytu, którego im nie brak. Mają inteligencję przeciętną, przewyższającą niekiedy zacofane chłopstwo Keolandii, ale nie robią z niej właściwego użytku, co pośrednio może wypływać z ich zaburzonej percepcji czasu.
Mephitis zdają się funkcjonować we wszelkości swych zachowań, ruchów i myśli w swoistym przyspieszeniu, rzadko zdolne skupić się na czymś na dłużej. Najpewniej jest to odbiciem ich krótkiego żywota, w którym za jedyny cel stawiają sobie doraźne zaspokajanie potrzeb, gromadząc przyjemności nim niewielka klepsydra ich czasu przesypie się dla nich.
Mówią językami odpowiednimi dla sfery żywiołów, która je zrodziła, ale wszystkie rozumieją żywiołaczą lingua oeridea, jaką stanowi mowa prymordialna. Ich wokabularz jest ubogi, za to pełno w nim onomatopei i ogólnego hałasu.
Czarodziejom, którzy chcą w służbie Sztuki eksperymentować na stworzeniach, które mają rozwinięte struktury umysły i przez to nadają się do praktyki ars fascinationis, mefity poleca się jako tani i plastyczny materiał prac. Ostrzega się jednak o ostrożności przy skupianiu ich w większej liczbie i nadmiernym zużyciu – przy śmierci eksplodują, co przy dużej kolonii może prowadzić do reakcji łańcuchowej. Zaleca się odpowiednie wzmocnienie konstrukcji, w których są przetrzymywane, by uniknąć ich uszkodzenia przy niekontrolowanych wybuchach
Mistrz Zielonej Wieży, Sztuka Magiczna w Codziennej Praktyce. Rozwiązania i Porady (Przede Wszystkim) UtylitarneZaklęcia szkoły uroków miały właśnie szybki test praktyczny. Morwen skupiła wiedźmi wzrok na aurach mefitów, chuchnęła, dmuchnęła i złoty pył spadł na skłębione skupisko dymiących stworków. Liczyła pewnie, że mgiełka otuli całą skrzydlatą rodzinę, ale ich stałe trzepotanie i wzloty z miejsca na miejsce dały czarowi odpór. Jeden tylko, ten rozpiany wcześniej w ostrzeżeniu wobec reszty, dał się pochwycić urokiem i opadł na ziemię jak liść strącony nagłym podmuchem.
Zasnął, ale to nie wystraszyło pozostałych. Może gdyby zaklęcie położyło większą liczbę, reszta potworków zaczęłaby zmykać. Teraz jednak, skonfrontowane z drużyną poprzez coś więcej niż okruszki od Ballo, poirytowały się i zaczęły gniewnie bzyczeć.
Górnicy zerkali niepewnie w stronę dymiących, świszczących diabelstw i widać było, że nie czytali Mistrza Zielonej Wieży, bo czuli wobec stworów pokaźny respekt. Z pierwszej łapanki jednak tu nie przyszli, co najdobitniej chciał pokazać Szwar.
Zwykle małomówny, ale pierwszy do mordobicia, uznawał, że w obawie i niepewności należy ostro skonfrontować się z jej źródłem. Metoda co do zasady warta uwagi, ale wymagająca elastycznego stosowania. Tym razem chłop nie oglądał się na niuanse i podpunkty i pognał z rykiem naprzód, przeskakując przez ławkę, wymijając Mariusa i biorąc dziki zamach kilofem na zlatującego do okruszków mefita.
Trafił mocno, waląc latacza po gargulcowym nosie aż świst poszedł, a w ślad za tym wrząca jucha i wściekły jazgot potworka. Hazar krzyknął coś z tyłu poirytowany zachowaniem narwańca, ale nie mógł już nic zaradzić. Rąbnięty mefit wciągnął powietrze jakby miał zaraz dmuchać świeczki i dmuchnął faktycznie, ale dymiącą falą żrącego popiołu, jakby wysypywał na głowy rozgrzane węgla z głębi kominka.
Szwar jęknął i zakrył twarz, a powietrze przeszedł charakterystyczny swąd palonej skóry. Górnik przyjął na siebie większość parującego wyziewu mefita, ale zionięcie – jak na tak liche stworzenie – rozniosło się dużo dalej gorącym stożkiem, który sięgnął aż po stojących wyraźnie dalej Morwen, Larę i Eutalo. Opar owionął też Mariusa i Ballo – ten pierwszy poczuł gryzienie w nozdrzach i pieczenie oczu, które odruchowo zacisnął, co sił. Mnich zasłonił twarz potężną łapą i nawet nie poczuł bólu, a jedynie lekko parzące mrowienie, jak przy wyławianiu czegoś na szybko z wrzątku.
Morwen, Lara i Eutalo mieli dość przestrzeni, by osłonić ślepia, więc jedynymi, którzy krzywili się i przecierali oczy byli Marius i Szwar, choć prawdziwy ból dotknął tylko krewkiego górnika.
Randal przetarł skrawione czoło i rozejrzał się po sytuacji. Widział parzący podmuch mefita, widział jak Mavir biegnie w stronę kompanii, a Ballo próbuje udobruchać mefity rzucając im jedzenie. Z początku były głodne i ciekawskie, ale teraz zjeżyły się na drużynę, choć mnich – tak pewnie przez swoją potężną sylwetkę, jak i rzuconą stworkom jałmużnę – wypracował sobie neutralny status i był przez nie omijany.
Zamiast tego dwa rzuciły się na Szwara, machając pazurami jak rozeźlone koty. Jeden zdawał się w tym śmiesznie nieporadny i chyba niewiele zrobił przykulonemu górnikowi, ale drugi dziabnął go już poważnie aż pawiment zalał się krwią. Randal nie palił się do rozbijania diablich stworków, choć może to i byłoby po paladyńsku, ale do roboty zmusiła konieczność. Rycerz wyskoczył naprzód, by odegnać żywiołaki od oślepionego górnika i ciął tego, który już wcześniej oberwał, rozdzierając mu kawał skrzydła. Rana nie była śmiertelna, ani nawet dość mocna, by przygwoździć wijącego się lotnika.
Spojrzenie w tył pokazało, że chyba trzeba będzie bić mocniej, bo mefity rozzuchwaliły się i dwa podleciały bliżej wyjścia. Jeden był w zasadzie obok Braga, ale zwolnił w ostatniej chwili przed atakiem i górnik zdążył odskoczyć. Drugi zaczaił się na doktora Quolleba, który nie potrzebował większej zachęty i podjął kierunek ewakuacyjny. Eutalo spróbował strzelić w natręta, który przegonił historyka, ale chybił o spory dystans.
Swojej szansy nie zmarnował za to Seweryn, który ze swoją misterną kuszynką, reagował na wydarzenia, jakby każde kolejne prowadziło do pułapki, którą zawczasu nastawił. Mefici atak na dotkora sporo kosztował żywiołaka, bo posłany precyzyjnie pocisk trafił prosto w środek jego skrzaciego ciałka, zraszając płytki dymiącą juchą. Stwór zajazgotał i chyba stracił serce do psot.
Ten, który zamachnął się na Brago też chyba stracił rezon, bo górnik odwinął mu się potężnie, waląc kilofem, jakby rozbijał skałę. Mefit nie dał się rozbić na szczapy, ale przeorana łapa musiała naprawdę go boleć, bo trafiony zagwizdał wściekle aż z uszu poszła mu para. Wulbar biegł już kompanowi na pomoc, gotów poprawić z drugiej strony, a Elbir cofał się niepewnie, wodząc wzrokiem za Hazarem i czekając, co zdecyduje krasnolud.
Mefity, które dotąd były rozleciane w dalekich zakątkach hali, teraz zlatywały bliżej wydarzeń, ale przestrzeń była ogromna, więc nawet na nietoperzych skrzydłach nie dało się dolecieć z jednego końca na drugi tak raz-dwa. Lara miała strzelbę w pogotowiu i mogła swym bystrym okiem złowić diabliki w locie niczym kaczki, ale to nie zgrywało się z jej podejściem do sięgania po oręż. Nie lubiła zabijać, a już absolutnie wystrzegała się tego, gdy nie było całkiem pewności, czy aby wróg na pewno jest wrogiem i na ile może być zabójczy...
Przy rozumnych istotach, które nie wykazały w pierwszych odruchach jednoznacznej agresji, doktor Quatermain miała skrępowane ręce. Nie chciała na razie sięgać ani po kule, ani po bułat, licząc że mefity może uda się odstraszyć, albo przegonić. Zastanawiała się, czy aby najlepszego efektu, by usadzić lataczy na tyłkach nie zrobi niesiony echem strzał z jej fuzji... Z drugiej strony wiedziała, że usłyszą go wszyscy, którzy (jeszcze) żyli na Ścieżce, a tego rozgłosu nie chciała.
– Häipykää täältä! – krzyknęła w końcu, przekonana, że może stwory znają starosuelski, skoro znalazły się w ruinach imperium. – Lähde nyt ja elä tai jää ja kuole!
Jej wezwanie, by chochliki wyniosły się gdzie pieprz rośnie i postawiona im groźba pewnikiem zadziałałyby świetnie, gdyby tylko mefity cokolwiek tu zrozumiały. Suelski był im jednak kompletnie obcy, więc wokalizacje Lary znaczyły dla nich tyle samo, co charknięcia i warknięcia pozostałych.
Marius słyszał, że potworki nic z tego nie rozumieją i ogólnie zdają się zupełnie skonfundowane, niepewne kim są ludzie, których napotkali i własnej roli w tym miejscu. Gwizdy, świsty, piski, jazgoty, plumkania i wizgi to była przedziwna kakofonia, bliska wyjącemu w mroźny dzień wichrowi, który wpada w zakamarek zagrać na czym popadnie.
Wiatr niczego jednak nie mówił, nawet jeśli zawodził i tylko zdawało się, że niesie prawdziwe słowa, tak jak ślimacza muszla szumiała morsko, ale nie niosła odgłosów morza.
Ale... Czy... Czy na pewno? Marius znów miał wrażenie, że słyszy coś w parujących gwizdach mefitów... Coś jakby wyseplenione, syczące i świszczące słowa... Słowa języka, który znał.
- Tak! – Ucieszył się kapłan, kiedy udało mu się w końcu skoncentrować na tyle, by z nieustannej, meficiej kakofonii wyłuskać dźwięki, które przypominały słowa. Tak, to były słowa. Nie miał teraz już wątpliwości. Mefity syczały swoim dymnym, powietrznym dialektem, ale część dźwięków dawała się zidentyfikować.
Język prymordialny, albo mowa żywiołów... Mało kto spośród śmiertelników władał językiem, który niósł się szeroko przez Plany, ale burzliwa historia Utopca dała mu ten przywilej.
- Wróg... Uciekać?! Pyszne! Pluć-pluć ich! Duży! Rura bić, rura!
Marius wytężał uszy i słuchał, nie zawsze składając kawałki w sens, ale z każdą chwilą radząc sobie w tym coraz lepiej. Sprawy nie ułatwiało, że co jeden mefit, to inny komunikat, a specyfika wokalna czyniła głos każdego stworka absolutnie unikalnym...
Ale jeśli on w miarę je rozumiał, to może i one zrozumiałyby jego wodnisty, szumiący morsko prymordialny?
Kolejność zdarzeń:
Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu; zostaje uśpiony)
Morwen – 19 (usypia mefita #6)
Szwar (górnik) – 19 – atakuje Mefita #5; najpierw lekko ranny w ataku, później ciężej (jest bliski upadku)
Hazar – 19 (defensywa)
Mefit Dymu #5 – raniony poważnie przez Szwara i Randala, ale nie na skraju śmierci
Mavir (górnik) – 18 (biegnie bliżej reszty)
Randal – 17 (trafia mocno mefita #5)
Mefit Dymu #10 – 17 (pudło w Szwara)
Ballo – 16 (karmi mefity)
Mefit Dymu #1 – 16 (atak na Brago – pudło; Brago odpowiada mocnym atakiem)
Mefit Dymu #8 – 12 (atak na dr. Quolleba – pudło)
Eutalo – 12 (pudło)
Seweryn – 11 (trafienie krytyczne – mocne uderzenie w mefita #8, który jednak nie jest jeszcze półmartwy)
Mefit Dymu #9 – 11 (ruch w stronę skupiska ludzi)
Doktor Quolleb – 8 (kierunek: wyjście)
Brago (górnik) – 7 (atakuje mefita #1 i mocno trafia)
Lara – 5 (próbuje odstraszyć mefity w starosuelskim)
Wulbar (górnik) – 5 (rusza pomóc Brago)
Mefit Dymu #2 – 4 (rusza bliżej)
Mefit Dymu #3 – 4 (rusza bliżej)
Mefit Dymu #7 – 4 (rusza bliżej)
Elbir (górnik) – 3 (defensywa)
Marius - 2 (?) -
Piekący ból z oparów dymnych wyrwały go z zaskoczenia jakie poczuł na słowa Mistrza
//- Musimy je złapać, wygonić na zewnątrz, albo zabić! Nie można pozwolić żeby rozlazły się po Ścieżce! Uruchomią rzeczy które nie powinny być uruchomione wydaje mi się że dam radę się z nimi dogadać ich język jest podobny do mowy istot wody której uczyli mnie we świątyni... - Na swoją modłę spróbował przekazać im informacje od Mistrza ukrytą w kłamstwie.
// - Zastanówcie się, czy możemy je wypuścić?! Bo mogą stanowić zagrożenie dla ludzi, ale może lepsze to niż próbować walczyć ? Nie tchórze ale nie chce powtórki sytuacji z Świętej Pamięci Panem Migdałem! - Krzyknął do towarzyszy we wspólnym.
Następnie spróbował przemówić do mefitów w Primodialnym. Jego mowa miała chlupoczący akcent, starał się używać prostych słów, miał nadzieje być tłumaczem dla sprytniejszych członków drużyny w negocjacjach z potworkami.
//- Wy Przestać! My lepiej nie walczyć, bo rany mogą być! Układ zamiast walka ? - Zaoferował.
-
Rozpętująca się zawierucha wzmagała się podlana dymem i adrenaliną, gotowa przejść w totalny chaos, gdy padną wszelkie wątpliwości, a gniew stłumi pozostałe odczucia. Awantura miała zapach popiołu i grała wysokimi, piskliwymi nutami mefitów, które w swym kakofonicznym wzmożeniu przebijały wszystkich i nadawały scenie własny ton. Ton świszcząco-szczebiotliwie-szumiący.
Nikt nie spodziewał się, że w wysokie nuty wpłynie dudniący, chlupiący nieskładnie sylabami głos Mariusa. Utopiec... Ciężko było to określić, bo powiedzieć, że wydarł się nie pasowało do bulgotliwych dźwięków, które wypadły z jego ust w imitacji bądź to mowy, bądź odgłosów nurkowania. Marius wybił się jednak na chwilę ponad ogólny gwar, co kosztowało go stracony dech i pokaźne rumieńce. Zagulgotał coś bardzo głośno, jakby dmuchał w rurę, a dziwaczność dźwięku stawiało go gdzieś między naśladowaniem mowy, a naśladowaniem natury.
Gulgot zaskoczył wszystkich, ale najmocniej chyba same mefity, które jakby stężały w locie, zmieniając coś nieznacznie w sposobie, w jakim wymachiwały skrzydełkami. Teraz wisiały w powietrzu nieco inaczej, bardziej... Nasłuchująco?
Grosz, który obrał już kierunek wyjściowy, jak i niektórzy inni członkowie drużyny, których ciała były już w ruchu, zwolnili kroku. Marius wybulgotał swoje, a dla wzmocnienia efektu, kapnął na koniec kroplą magii, wyczarowując spod ziemi wielgachną mackę, która zaczęła pełzać wśród metalowych resztek.
Mefity zdawały się zwolnić trzepot jeszcze bardziej. Chochlicze, złośliwe i trzpiotowate pyski stworków zmieniły się. Oczy żywiołaków rozszerzyły się ponad zwyczajowe szparki, a uszy stanęły wysoko w pionie.
– Czego chcecie? – zaświszczał jeden z potworków. Ten, który wcześniej zionął na Szwara i pechowców stojących za nim. – Czemu tu jesteśmy?
Dla słuchaczy wokół sytuacja była niezrozumiała, a słowa mefita już zupełnie. Dla nikogo zresztą poza Mariusem słowami nie były, a tylko kolejnymi gwizdami dzikiego stworzenia.
Odmianę w postawie mefitów dostrzegli jednak wszyscy i czy wiązali to z bulgotaniem Mariusa, wyczarowaną spod ziemi macką, czy po prostu pierwszą przelaną krwią, zrozumieli, że sytuację można jeszcze odwrócić.
– Czego chcecie?
– Bulgoczesz wodniku, ale nie służymy tobie!
– Czemu nas wezwaliście?
– Skąd... Skąd my-wy tu-tutaj?
– Niech was przewieje na wszystkie strony, smrodliwcy!
Marius skupił uwagę na dźwiękach wysyłanych przez mefity, teraz bezbłędnie już odgadując każdą nutę ich słów. Przebijały się jeden przez drugiego, ale ich wzmożenie ewidentnie zelżało. Wodziły wzrokiem to za Utopcem, to za ślizgającą się na marmurze macką, która nadała wezwaniu kapłana dodatkowej powagi. Nie mogły przestać dogadywać i świszczeć, ale było jasne, że na ile mogą, skupiają uwagę na tym, co będą mogły zaraz usłyszeć.
Marius - używa Grasp of the Deep.Komunikacja z mefitami:
Perswazja --> 15 i 20 na kości (advantage za użycie 'dodatkowego straszaka'; krytyczny sukces).
20 = sukces -> mefity (chwilowo) wstrzymują ataki/kontrataki, zarzucają Mariusa pytaniami i chcą wysłuchać, co ma do powiedzenia.
-
Marius wykonał gest uniesienia dwóch rąk w geście pokojowym zabulgotał do Mefitów
//- My was nie wezwać, ci co was wezwać dawno tu nie być, ja zapytać się magików jak was odesłać. Powiedział następnie przeszedł na wspólny aby zwrócić się do reszty obecnych:
// - Mogę się z nimi dogadać, nie atakujcie one nie chcą tu być. Nie atakujcie na razie proszę... Pani Morweno czy może Pani ich odesłać ? Mogę tłumaczyć wasze słowa, ale proszę o proste komunikaty, bo język wody i innych żywiołów który nauczyłem się w świątyni nie nadaję się na uczone dysputy. - Powiadomił resztę. Utopiec przetłumaczył również to co mu stworzenia odpowiedziały na jego wezwanie o rozmowę.
-
Hazar Baraz-Felak

Hazar zaczynał planować swoje bardziej agresywne poczynania poprzez niespodziewane opuszczenie młota aby odłożyć go obok swojej stopy kiedy sytuacja zaczęła się zmieniać na lepsze. Krasnolud nie puścił więc swojej broni, lecz nadad miał ją obniżoną.
- Szwar jego mać! - warknął zdecydowanie agresywnie, lecz nie krzyknął aby spróbować nie pogorszyć sytuacji - Rusz sie jeszcze raz bez pozwolenia to ci poza rękami nogi z dupy powyrywam przy samej szyi… i to powoli, żeby bardziej bolało. - kontynuował niemalże warcząc co ujawniało jego niezadowolenie z poczynań kolegi po górniczym fachu. - Tego tłumaczyć chyba nie potrzeba… - zakończył zdecydowanie spokojniej powracając jednocześnie do bardziej defensywnej postawy. Zamierzał jednak być gotowy do ataku na odległość ujawniając część swoich możliwości jakimi chwalił się bardzo rzadko i niechętnie. Jeśli jednak sytuacja wymknęła by się ponownie spod kontroli zamierzał odłożyć młot i zaatakować mefita biorącego na cel doktora Quolleba. -
Morwen

Morwen z niezadowoleniem przyjęła efekt swojego zaklęcia, obserwując, jak tylko jeden z mefitów oddaje się w słodkie objęcia Morfeusza. Cóż, magia bywała kapryśna - nawet w rękach tak uzdolnionej czarodziejki. Przynajmniej w jej własnym mniemaniu.
Zrobiła, co mogła w tej chwili, bez uciekania się do przemocy. Pozostało jej więc taktycznie się wycofać i odnaleźć swoją nową, ulubioną żywą tarczę. Dopiero wtedy zwróciła uwagę, że Ballo dokarmia mefity - i być może właśnie ta chwila ciekawości, a także zachowany dystans, uchroniły ją przed poparzeniem od mefitowego popiołu.
Gdy znalazła się w pobliżu mnicha, ustawiła się za nim tak, by w razie potrzeby osłonił ją przed ewentualnym atakiem. Sama zaś przechyliła lekko głowę i z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchiwała się wymianie dźwięków między Mariusem a mefitami. Z początku uznała to za żart - albo osobliwą próbę odwrócenia ich uwagi - lecz szybko zorientowała się, że kapłan rzeczywiście próbuje się z nimi porozumieć. Zanotowała tę umiejętność gdzieś w pamięci, przyglądając się przy tym pełzającej macce z nieukrywanym obrzydzeniem.
- Odesłać? - powtórzyła, gdy chłopak zwrócił się w jej stronę. Wychyliła się nieco zza potężnej sylwetki mnicha i odgarnęła z twarzy kosmyk czarnych włosów, przez moment ważąc słowa. - To dość złożony rytuał magiczny, który sugerujesz. Wymaga czasu, przygotowania… i odpowiednich komponentów. Nie wspominając już o samym opanowaniu zaklęcia.
Wzruszyła lekko ramionami, jakby sprawa była oczywista.
-
- Może im coś obiecajmy, w tych ruinach można znaleźć różne rzeczy, może będzie cos czym da się ich odesłać - zaproponował Randal.
Jeśli dało się sprawę załatwić bez rozlewu krwi, warto było spróbować. Rzecz jasna, jeśli nie będzie to oznaczało kosztu w zdrowiu i życiu powierzonych mu od opiekę ludzi.
- Może im coś obiecajmy, w tych ruinach można znaleźć różne rzeczy, może będzie cos czym da się ich odesłać - zaproponował Randal.
-
– Kakofonia też może być harmonią, jeśli tylko potrafi się słuchać – pomyślał Ballo na widok Mariusa bulgoczącego do szczebioczących diablików. Myśl może i zapachniała mu tanią, kadzidlaną egzaltacją, ale jakby się przed tym nie bronić, tutaj się sprawdzała.
Utopiec wydawał z siebie śmieszne, a to parskające, a to syczące, a to znów bulgoczące dźwięki, a potem zaraz przechodził na swój wyraźnie akcentowany keolandzki, w którym zdawał szybko sprawę, co usłyszał od mefitów. Marius miał talent do języków, więc i nie dziwne, że często paplał szybko, dużo i bywało, że nie w porę. Nadrabiał lingwistyczną pojętnością i charyzmą.
– Jeszcze przed chwilą lataliśmy nad chmurami Ss'aiveth, a teraz jesteśmy tutaj! Co to? Co to znaczy? - wyśpiewał jeden z chochlików.
– Tak! Jasno-jasno, jasność niebios, a zaraz ciemno-ciemność i potem trach! Trach!
– Jak nie wy nas wezwaliście, to kto? - zasyczał trzeci, ten, który wcześniej zionął smolistym dechem.
Marius spojrzał po kompanach i błyskawicznie zreferował im co usłyszał. Zaraz zaś zwrócił się z powrotem do mefitów.
– Nie wiem, kto was tu wezwał... To starożytne miejsce... Bardzo stare. Pełne magii. – Kapłan zastanowił się nad doborem dalszych słów. – My weszli-weszli-my tu... Weszliśmy tu dopiero co. Nie wiemy więcej... My nie wiedzieć...
Magik czuł, że plącze się w językowych zawijasach, ale im dłużej mówił, tym bardziej zaczynał rozumieć, co powinien zmienić i poprawić. Jego prymordialny nabierał harmonii.
– Czemu nas atakowali? - zapytał ten, którego pierwszego dopadł Szwar.
– Takie coś boli! - zajęczał drugi, który nadlatywał od lewej. – Poobijało nas to! To nie żadna zabawa!
– Nie igrajcie z nami, bo popamiętacie! - zasyczał jeszcze inny, który dotąd zajęty był okruszkami od Ballo.Marius ponownie rozejrzał się po towarzyszach, zdając im sprawę z przebiegu rozmowy. I oni nie palili się do krwawej rozprawy z mefitami – czy byli bardziej krewcy w usposobieniu, jak grożący Szwarowi za niesubordynację Hazar (oj, górnik aż skulił się w sobie na tę naganę!), czy pokojowi jak Ballo czy Lara.
Morwen jasno dała znać, że nie pomoże z odesłaniem mefitów, zasłaniając się czasem i komponentami. Po prawdzie, nie znała odpowiednich zaklęć i nie wiedziała nawet, od czego by tu zacząć, ale jeśli by nawet znalazła się w odpowiednim miejscu mocy, wątpiła, czy potrafiłaby odesłać mefity tam, gdzie potrzeba. Teleportacja zwykle wymagała przynajmniej częściowej znajomości czy choćby pojęcia o miejscu, do którego chcemy się przedrzeć, a pochodzenie mefitów...
Czarownica zgadywała, że są z któregoś Planu Żywiołów, zapewne Powietrznego, choć pasowałby i Ognisty. Ale na temat tego, jak owe przestrzenie wyglądają miała tylko mętne pojęcie, oparte w dużej mierze na ilustracjach z ksiąg, które czytała jeszcze jako dziewczynka.
– Spróbuję... Spróbujemy... Spróbujmy się do-dogadać? - Marius zagulgotał się w próbach przejścia do sedna. – Nie my was wezwaliśmy, nie wiemy jak was odesłać, ani skąd jesteście. Nie chcemy was atakować. Tamten... Przestraszył się, wystraszył. Przepraszamy.
- Głupiec!
– Kłamca!
– Xornowy chwost z niego!Mefity były poirytowane i syczały wściekle, złe, że nie dostają od razu czego chciały. Nie słynęły z cierpliwości, ale siła drużyny trzymała je w ryzach.
– Możecie... Możecie nas puścić do nieba! - Zaszumiał jeden, który zdał się Mariusowi najspokojnieszy w przemowie. – Pokażcie nam niebo, my znajdziemy drogę!
– Tak, dajcie nam niebo!
– Dajcie nam lecieć, dajcie latać!
– Nie da się tu oddychać! Gdzie Ss'aiveth, gdzie Arssath? Gdzie Ssatlis?Randal wyczekiwał z bronią w pogotowiu, ale i wielką nadzieją, że szykuje ją na marne. Seweryn kuszę też miał już naszykowaną, niepewny w którą stronę pójdą negocjacje Utopca.
– Chce-chcecie wyjść na niebo... To znaczy: na zewnątrz? - Marius miał problem z rozróżnieniem słów, które w języku żywiołów brzmiały całkiem podobnie. – Co... Co jeśli was puścimy?
– Zróbcie to! Zróbcie! - ucieszył się ten stateczny.
– Tak, tak! - zagwizdał wesoło inny. - Wolność, wolność!
- Dymić w chmury! - zadźwięczał ten, który miał wcześniej chrapkę na doktora Quolleba. - Chcemy dymić!Marius przełknął ślinę i pokiwał mefitom głową w uniwersalnym geście zrozumienia. Następnie przeszedł na keolandzki.
– Nie wiem, skąd tutaj są, ale nie wygląda na to, żeby były tu od dawna... Coś je tu wezwało, albo wessało. Chcą się uwolnić. Powiedziałem, że nie możemy ich odesłać. – Kapłan kiwnął na Morwen, żeby potwierdzić, że przyjął do wiadomości jej słowa. – Chcą wydostać się na zewnątrz. Możliwe, że pod niebem po prostu odlecą... Zachowują się jak zwierzak, który wpadnie w sidła i chce po prostu się uwolnić.
– Co tam mówisz? Co mówisz? - zaaferowały się mefity.
– Puśćcie nas, albo was spopielimy!
– Mów do nas, mów bulgotku!Marius patrzył po złośliwych pyskach stworów i wewnętrznie dumał. Czy dało się je tu utrzymać? Albo namówić na coś innego? Intuicja podpowiadała mu, że może być trudno, choć dokarmianie przez Ballo pokazywało, że mefity są podatne na wszelkie przekupstwa.
Istniała duża szansa, że żywiołaki rzucą się do ucieczki, jeśli walka potrwa dłuższą chwilę i będzie kosztować życie któregoś z nich, ale z czystej złośliwości nie odmówią sobie przedtem obkadzenia każdego palącymi wyziewami.
Najbezpieczniej po prostu byłoby wskazać im drogę na zewnątrz i pomóc im się wydostać, bo pod kopułami Ścieżki zdawały się zagubione jak ptak w kościelnych murach. Czy jednak mefity nie dostaną na zewnątrz zupełnego pierdolca i nie spopielą wioski najeźdźców? Znaczy się – Czarnych Wrót...
Marius wątpił w tak skrajny bieg wypadków, ale nie wykluczał, że stworki narobią w okolicy sporego bałaganu. Teraz chciały tylko wolności, ale potem będą szukały żarcia...
– Może mistrz Weld będzie potrafił je odesłać? – włączył się Hazar, który zaczynał się niecierpliwić.
Morwen musiała wewnętrznie przyznać, że Weld pewnie nie miałby większych problemów z wysłaniem mefitów na rodzimy plan, ale darzyła czarodzieja głęboką nieufnością. Obstawiała, że równie dobrze, co odesłać, mógł mefity zdezintegrować (cóż, to też rozwiązałoby problem...), albo co gorsza, pochwycić do jakichś swoich paskudnych wiwisekcji.
– To co, to co? Jak będzie?
– Puścicie nas, albo pożałujecie!
– Nieba! Dajcie nam nieba!Dźwięczenie mefitów i trzepot ich skrzydeł niósł się po hali w narastającej niecierpliwości. Tylko Marius mógł odczytać jej słowa, ale napięcie udzielało się wszystkim. Nawet górnikom, którzy rozumieli jedynie prosty, codzienny keolandzki, w którym wyrastali.
-
// - Tak między Bogami a prawdą to ja bym ich wypuścił na zewnątrz pewno coś nabroją ale jeżeli przegną to i tak nas za nimi poślą ale wolę nie ryzykować życia bez potrzeby starcza źeśmy Pana Migdała utracili a i mnie po tym, locie i spotkaniu z drzewem nie spieszy się do bohaterowanie... Nie będę się jednak kłócił z całą Hanzą co zadecydujecie to im powiem i zrobię tak jak większość postanowi jeno widzi mi się że większość co wojaczki już zasmakowała też się jakoś nie pali do walki. - Dodał od siebie Utopiec.
-
//- Możemy pokazać im drogę do nieba - powiedział dotąd milczący Ballo - to oszczędzi walki wszystkim. To nie jest naturalne miejsce dla ich rodzaju. A na zewnątrz tyle drobiazgu niewiele zaszkodzi, bo czymże są wobec nieboskłonu? Boję się jednak, że jeżeli jakiś mag ich przyzwał, to do czegoś przykuł ich niewidzialne łańcuchy. Inaczej już dawno udałoby im się wydostać. Może ich spytać? Albo jeszcze lepiej - zaproponować im wspólną przygodę. My wychodzimy na zewnątrz po misji. Mogą iść z nami jako zwiadowcy. Zapewniamy jedzenie... - jakby na podkreślenie tego mnich nadal rzucał co głodniejszym mefitom kąski. Zawsze był zdania, że wspólne jedzenie nawet wrogów umie zbliżyć do siebie.
-
//- Możemy pokazać im drogę do nieba - powiedział dotąd milczący Ballo - to oszczędzi walki wszystkim. To nie jest naturalne miejsce dla ich rodzaju. A na zewnątrz tyle drobiazgu niewiele zaszkodzi, bo czymże są wobec nieboskłonu? Boję się jednak, że jeżeli jakiś mag ich przyzwał, to do czegoś przykuł ich niewidzialne łańcuchy. Inaczej już dawno udałoby im się wydostać. Może ich spytać? Albo jeszcze lepiej - zaproponować im wspólną przygodę. My wychodzimy na zewnątrz po misji. Mogą iść z nami jako zwiadowcy. Zapewniamy jedzenie... - jakby na podkreślenie tego mnich nadal rzucał co głodniejszym mefitom kąski. Zawsze był zdania, że wspólne jedzenie nawet wrogów umie zbliżyć do siebie.
napisał w 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2:
//- Możemy pokazać im drogę do nieba - powiedział dotąd milczący Ballo - to oszczędzi walki wszystkim. To nie jest naturalne miejsce dla ich rodzaju. A na zewnątrz tyle drobiazgu niewiele zaszkodzi, bo czymże są wobec nieboskłonu? Boję się jednak, że jeżeli jakiś mag ich przyzwał, to do czegoś przykuł ich niewidzialne łańcuchy. Inaczej już dawno udałoby im się wydostać. Może ich spytać? Albo jeszcze lepiej - zaproponować im wspólną przygodę. My wychodzimy na zewnątrz po misji. Mogą iść z nami jako zwiadowcy. Zapewniamy jedzenie... - jakby na podkreślenie tego mnich nadal rzucał co głodniejszym mefitom kąski. Zawsze był zdania, że wspólne jedzenie nawet wrogów umie zbliżyć do siebie.
-
– Nnna zewnątrz, ważnym spodobać się to nie mo-oże. – Seweryn znów spoglądał na unieruchomionych strażników – Zaproponujcie zszycie ran, mógłbym zaraa...dzić im i czas zyskać do namysłu - powiedział do Utopca.
Była to chyba jedyna w swoim rodzaju okazja, by opatrzeć istotę pozaplanarną. Nawet jeśli obawiał się tego, nie mógł odmówić sobie takiego doświadczenia.
– Zbroje w towa...towarzystwie ich niespokojne się zdają... Być może byłyby nam sprzymierzeńcem.
-
Niewielka zmiana perspektywy niekiedy wystarczała, by znaleźć sens w bezsensie i porządek w przypadku. Muzykę w szumie morza, historię życia w zmarszczkach na skórze i głęboką świadomość w zwierzęcym miotaniu. Im dłużej przybysze z powierzchni przyglądali się mefitom, tym bardziej było to dla nich jasne.
Latające stworki wprawdzie rozumiał tylko Marius, ale przy jego tłumaczeniach, oczy wyostrzyły spojrzenia, a mózgi zmieniły systemy klasyfikacji. Te same ruchy i miotania, te same świsty i piski, które wcześniej były chaosem i gniewem, furią do okiełznania i rozedrganiem przed wybuchem, teraz obrastały w nowe znaczenia. Każdy oczywiście interpretował je po swojemu – może celnie, a może nie – ale świadomość rozumu za diablikowymi oczami wiele zmieniała. Ludzie chcieli widzieć sens w ruchach, które obserwowali i szukali dowodów głębi we wszystkich niejasnych gestach.
Nie znaczyło to jeszcze, że każdy patrzył na mefity z sympatią czy nawet nadzieją porozumienia. Niemniej, nikt już nie patrzył na ich ruchy jak na przypadkowe drgania czy dzikie instynkty, dopowiadając sobie z każdej obserwacji to, czego prosta translacja Mariusa nie dostarczała.
Ballo dokarmiał stworki, spoglądając na nie z niezgłębioną miną, ale ciepłem w oczach i otwartą postawą. Morwen, która wyglądała zza niego nie paliła się do walki. Może nie czuła się pewnie po uśpieniu zaklęciem ledwie jednego z czeredy stworów, a może na swój sposób współczuła istotom, które stały się igraszką pierwotnej magii i wpadły wbrew woli w obcy sobie świat bez wyjścia.
Hazar nie współczuł potworkom. Patrzył na nie bardziej z irytacją, niż zaciekawieniem, widząc w nich szkodniki, które stawały na drodze spokojnej eksploracji. Krasnolud nie bał się walki, ale czuł odpowiedzialność za swoich ludzi. Marnotrawić ich żywoty w walce ze skrzydlatymi wyziewami byłoby po prostu głupim, a w to, że wszyscy wyjdą z awantury bez szwanku Hazar po prostu nie wierzył.
– Możemy was uleczyć... Pokazać-pokazać wam, że mamy czyste intencje! – Utopiec zreferował mefitom słowa Seweryna na tyle, na ile potrafił. – Możemy sobie pomóc... Być przyjaciele!
Stworki podgwizdały odpowiedź wielogłosem.
– Jak leczyć? Kto uleczy? Pokaż!
– Dajcie wyjść, to uwierzymy!
– Pomożemy sobie jak nas puścicie!Marius zaszumiał im coś w odpowiedzi, pokazując na Seweryna. To on miał opatrzyć rannych, przynosząc mefitom gałązkę oliwną. Chochliki gwizdały coś długo między sobą, nie dając kapłanowi szansy, by doszumiał się między nie swoją gwarą. Doktor Quolleb, który wcześniej był już prawie na tarasie ponad schodami, teraz cofnął się bliżej drużyny, gdzie obok doktor Quatermain z jej nieodzowną fuzją poczuł się nieco bezpieczniejszy.
– Można spróbować namówić je, by udały się do mistrza Wedryka – zasugerował historyk. – On już zrobi z nimi porządek, a może i skorzysta na takich cudakach... Tylko czy dopilnujemy, żeby nie uciekły po drodze?
Słowa mężczyzny sugerujące wciągnięcie mefitów w pułapkę były dla przedmiotów rozmowy zupełnie niezrozumiałe, więc atmosfera wrogości powoli topniała. Jeden z tych ranionych, trafiony wcześniej przez Szwara i Randala, podleciał niepewnie bliżej Seweryna, który zaczął bardzo powoli wydobywać swoją apteczkę. Drachenwulf uśmiechał się zachęcająco (choć w jego wypadku to niekoniecznie zdawało egzamin u każdego) i metodycznymi ruchami rozwijał bandaże, pokazując zainteresowanemu pacjentowi, że płótno jest na kuku.
– Wstrzymałbym się przed słaniem ich na powierzchnię – ostrzegł Randal. – Rozlecą się po okolicy, podpalą coś, puszczą z dymem. Lepiej je tu zatrzymać, niż ryzykować życiem postronnych. To nie oznacza jeszcze walki, może uda się nam dogadać... Ale jeśli nie – nie dam im stąd wylecieć.
Marius potwierdził, że rozumie słowa paladyna i widzi w nich sens, ale co przekazał mefitom wiedział tylko on.
~ Zabić, wypuścić – zdecyduj jak chcesz. – Zaszumiało mu w głowie gdzieś z największych głębin. – Byle szybko, byle ten plankton nie rozpłynął się po komnatach...
-
- Skoro Wedryk tak nam zazdrościł wejścia na ścieżkę, to może jednak podeślijmy mu te mefity? Jeśli by potrafił je odesłać, to dobrze. Jeśli nie, to miałby mały posmak eksplorowania ścieżki i niech z nimi zrobi co chce. Na powierzchni może być z nimi łatwiej się uporać, jeden po drugim, żeby nie walczyć ze wszystkimi na raz... - Zasugerował krasnolud.
- Tylko wypadałoby dać Werdykowi znać, że coś takiego wysyłamy w jego stronę... -
Seweryn upewnił się, że jego sztylet jest w zasięgu ręki i łatwy do dobycia. Wzrokiem złapał też Randala, co by chyba zapytać o asystę - asystę w skróceniu mefita o głowę rzecz jasna, gdyby ten zaczął być groźnym dla cyrulika.
Diablik pokracznie zbliżył się, wadząc rozciętym błonistym skrzydłem o kamienną posadzkę. Miał też nos miał rozorany, dzięki Szwarowi.
– Dajcie to doktor Larze, może się jej przydać ze Szwarem – powiedział do jednego z górników, wręczając pakunek. Uwaga jego jednak była całkowicie pochłonięta w obserwacji jego najdziwniejszego jak dotąd pacjenta. A było to osiągnięcie, oj było. Nim zbliżył się bardziej, ponownie pokazał bandaże przedziwnej istocie i nici i igłę, pokazując co zrobić zamierza ze skrzydłem jego i nosem.Serce mu mocno biło. Wiedzieć czego spodziewać się po takim stworzeniu nie mógł. Intrygowało go co mogło sprawiać, że istoty te rzekomo wybuchały po śmierci. Przez chwilę próbował zlokalizować organ za to odpowiedzialny, co mogło być istotne, gdyby sprawy się skrewiły. Nie folgując jednak zbyt długo wziął się za wyznaczone zadanie. Z początku pacjent zdawał się całkowicie obcy, z czasem jednak Seweryn zaczął dostrzegać podobieństwa. Ostatecznie zawsze chodziło o to samo. Powstrzymać przed wypływaniem tego co wypływać nie powinno, a wyjąć to na co w środku miejsca nie przewidziano. Upewnił się, że ktoś znajduje się w odległości ciosu od pacjenta i zaczął... jak miał nadzieję dając czas na wymyślenie jakiegoś sensownego rowiązania tej przelotnej znajomości.
-
// - Mości Krasnolud ma racje niech lecą do Imić Pana Werdyka a jeżeli mamy walczyć niech idą przodem... - Powiedział neutralnym tonem do towarzyszy we wspólnym.
//- Udało mi się ich przekonać żeby was wypuścili na zewnątrz w mieście mamy potężnego mistrza magii który da radę otworzyć portal do waszego domu - Wybulgotał do stworków.
Z tego całego gadania nie był pewien czy reszta ich puści szczególnie Randall jeżeli wywiąże się walka stanie po stronie świętego wojownika ale lepiej żeby wybuchy po za Ścieżką.*
-
Mefity świergotały po swojemu, górnicy klęli pod nosem w lokalnej gwarze, a zlepiona z wszech stron drużyna wymieniała się półsłówkami. Tylko Marius był łącznikiem tych światów i idąc za głosem spoza świata (tak tego mefitowego, jak i tego wokół i na powierzchni), postanowił, że najlepszym pozbyciem się mefitów będzie ich wygonienie na zewnątrz.
Część wolała je wypuścić, ale Seweryn i Randal ostrzegali, że żywioł na wolności może narobić wiele szkód i odbije się to wszystkim czkawką.
Decyzja była po stronie Utopca i to on miał w ręku wszystkie karty. Chwilowo grał na czas, widząc, że drużynowy medyk składa jednego ze stworków tak jak umie. Anatomia chochlików była dalece inna od tej, którą Seweryn widywał u ssaków i ptaków, ale na najbardziej podstawowym poziomie podobieństwa istniały. Krew dawało się zatamować, a tkanki zszyć.
Drachenwulf niepewnie gładził dziwacznego stworka po skrzydle, najpierw przydając mu ulgi w zranieniu lekkim anestetykiem i maźnięciami chłodzącego balsamu, a potem raz-dwa szyjąc lekkie rozdarcie. Medyk spieszył się, ale już przy tym zrobił wielkie oczy, widząc że tkanka na skrajach ran cały czas jest w ruchu i pewnie szybko zasklepiłaby się i bez jego interwencji.
Stworki były ze wszech miar fizyczne – dało je się pogłaskać i dało je się zdzielić po łbie, a przede wszystkim schwytać i zamknąć. Mimo tego, gdzieś na głębokim poziomie natura ich ulotnego żywiołu wchodziła w ich ciało, nadając dymnej budowie mefitów stałą płynność. Nie było tego widać z daleka, ale przy bliskim wglądzie w ich tkankę – czy to przy zranieniu, czy nawet przy obserwacji samej skóry, ruch w ich ciałach nie ustawał.
Seweryn podchodził do zajęcia z fascynacją, bo pewnie nawet doktor Lara na swoim prestiżowym Szarym Koledżu nie miała kolegów, którzy mogliby pochwalić się takim doświadczeniem, jakie teraz przypadło w udziale prostemu cyrulikowi. Tyle ile fascynacji, było jednak w tym i obawy. Chociaż ranne mefity przy wtórze swych dziwnych świstów w końcu zleciały ku medykowi, prowadzone wznoszącym się na wyżyny charyzmy i lingwistyki Mariusowi, to w ruchach były niepewne i napięte jak żmija przed uderzeniem.
Drachenwulf obawiał się, że jeśli któryś stwór buchnie na niego swoim parzącym wyziewem, to jego wznosząca się fala kariery urwie się tu i teraz. Przy przeglądzie anatomii pacjentów medyk nie omieszkał poszukać organu, który miałby odpowiadać za ich słynne wybuchanie. Poniżej długiej szyi dostrzegł jakąś pulsującą arterię, która pod dotykiem biła niespotykanym gorącem. Organ wzbierał przy głębszych oddechach stworków, sprawiając pod palcami wrażenie, jakby coś w środku przelewało się i bulgotało.
Seweryn obstawiał, że stały ruch w ciałach mefitów zasilał tę dziwną komorę (nie inaczej niż ludzkie serce, choć właściwe serca stworków biły głębiej) i jego przerwanie musi dać ujście zebranemu w ciele napięciu, które w homeostazie utrzymuje tylko nieustanny przepływ. Odcięcie odpływu dla wzbierającej energii oznaczałoby... Tak, oznaczałoby wielkie bum, ale cyrulik nadal zastanawiał się, co naprawdę musi krążyć po żyłach stworków, że (wielce prawdopodobny) wybuch w ich przypadku jest tak potężny.
Tego – tym razem – medyk postanowił nie zgłębiać i zakończywszy swą prostą operację, odsunął się w tył najbardziej pokojowo jak potrafił. Marius przestrzegł mefity, że operacja jest ukończona i że teraz...
– Wydostaniecie się stąd tą drogą za schodami. Musicie lecieć prosto. Cały czas prosto! – Utopiec zastanowił się przez chwilę, co może wydarzyć się po drodze. Widział jak impy rozlatują się na wszystkie strony, ale widział przede wszytkim, jak spadają na pilnujących wejścia na Ścieżkę strażników. – Prosto, prosto, prosto! Nie skręcać! Prosto, az dolecicie do światła! I nie zatrzymujcie się! Nie atakujcie nikogo, lećcie-lećcie-lećcie! Najszybciej jak się da do światła!
Szwargot żywiołaków był nagły, głośny i intensywny, podobny porannemu chórowi wielkiej szpaczej kolonii. Mefity zasypały się nawzajem mnogością krótkich komunikatów, z których Marius wyłapywał ledwie sylaby. Zaraz zaś, a właściwie jeszcze w trakcie, pierwsze zerwały się do lotu, waląc naprzód ku wyjściu.
– Dzięki, nielocie – rzucił ledwie jeden ze stada, który widać był najstarszy i może przez to najmniej narwany. – Nie można nas tu zatrzymać... Musimy widzieć niebo!
Gwałtowny trzepot skrzydeł poniósł się po hali echem. Szwar i Grosz przykulili się, gdy mefity przelatywały nad nimi, a doktor Quolleb przypadł dla bezpieczeństwa do zasłony z tralek. Ballo uśmiechał się, machając stworkom na pożegnanie, a Morwen śledziła ich gorączkowy lot bezpiecznie zza jego pleców. Seweryn kręcił głową, pewny tarapatów, jakich narobi im meficia banda, ale został na miejscu, nie bawiąc się nawet w mierzenie do uciekinierów z Kruszynki.
– Coś im powiedział? – Rozeźlił się Randal, nie czekając na dalszy rozwój spraw i łapiąc za oszczep. – Narobią tam bardachy! Spalą wioskę, albo i gorzej!
Paladyn wziął szybki zamach i posłał pocisk za jednym z dymiących bażantów, którego sobie upatrzył, ale chybił o łokieć czy pół. Nie czekał i porwał się za następny oszczep.
– Lara! No strzelaj, trzeba je zatrzymać! – zawołał.
Doktor Quatermain pokręciła jednak głową. Może w swych kalkulacjach widziała już i to, co Randal, ale utylitarny odstrzał czy mniejsze zło nie wchodziły u niej w rachubę. Paladyn rozpędził się i posłał następny oszczep...
Może brak wsparcia w kompanach, a może szybka rejterada mefitów ujęły siły jego ramieniu, bo tym razem pocisk opadł znacznie niżej i wcześniej, nie zagrażając żadnemu z chochlików. Rycerz spojrzał po hali, opuszczonej już przez nagłych przybyszy. Ostatni wylatywał właśnie przez korytarz, znikając w przedsionku, którym drużyna kilkanaście minut temu wchodziła w czeluście Ścieżki.
-
Marius wzruszył ramionami na pytanie świętego męża // - Powiedziałem im którędy do wyjścia mają iść! Nie zamierzam skóry ryzykować w walce z każdym potworem z dwojga złego wolem niechaj sobie polatają i do domu wrócą niżby miały mnie oparzyć albo któregoś z nas zabić... Starcza że Pana Migdała źeśmy stracili płacą nam za badanie Ścieżki mnie starcza jedno spotkanie ze śmiercią na rok // - Po tonie głosu można było poznać że nie żal mu decyzji... Może jeżeli stwory ugotują kogoś żywcem wtedy będzie się czuł winny ? Ale lepiej nie pożyczać problemów z dnia jutrzejszego bo mogą nie nadejść.
// - To jak idziemy dalej ? Ścieżka czeka za to nam płacą // - Utopiec był zdecydowany iść dalej dla Mistrza.
-
Gdy mefity wyfrunęły radośnie z komnaty, Morwen obserwowała je zza bezpiecznych pleców Ballo. Dopiero kiedy uznała, że z ich strony nie grozi już żadne niebezpieczeństwo, wychyliła się nieco bardziej.
I wtedy w szał wpadł Randal, któremu najwyraźniej nie w smak było wypuszczenie diablików.
Morwen przechyliła lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchując się rozeźlonym krzykom paladyna. Jej złote oczy śledziły każdy jego ruch. Mężczyzna kipiał gniewem i przez krótką chwilę czarodziejka odniosła wrażenie, że całą swoją frustrację zaraz wyładuje na Mariusie - który, bądź co bądź, odpowiadał za uwolnienie mefitów.
Na szczęście dla chłopaka, okutany w płytową zbroję Randal obrał sobie za cel oddalające się żywiołaki.
- Kilka centymetrów w lewo… i odrobinę wyżej - rzuciła zaczepnie, gdy pierwszy z oszczepów chybił celu.
- Ojej.
Tym razem komentarz był już całkiem suchy, gdy kolejny rzut również nie dosięgnął mefitów. Morwen rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby cała sytuacja niespecjalnie ją obchodziła - a już na pewno nie podzielała obaw paladyna.
- Chłopak ma rację. Ruszajmy dalej, tylko tracimy czas - odezwała się, odnosząc do słów Mariusa, po czym puściła mu krótkie oko.
Podzielała jego zapał, ale jedynie częściowo.
Pieniądze nie motywowały jej ani trochę. To nie dla złota zeszła na Ścieżkę. Przyciągnęła ją wiedza ukryta w ciemnych zakamarkach ruin. Starożytna magia. Artefakty pamiętające czasy, gdy potęga Suelii potrafiła odmieniać całe krainy. To dla nich tu przyszła.
-
Smętno-gniewne spojrzenie Randala powlokło się za mefitami, zawisając krótko na ciemności korytarza, w którym zniknęły niby dym, jaki za sobą roztaczały. Rozwiał się jednak tak dym, jak i uwaga rycerza, który zaklął coś pod nosem i machnął ręką. Choć różne zwykło się mawiać rzeczy o rycerzach, to Bronson nie należał do tych szczególnie ciętych na wiatraki i wolał twardo stąpać po ziemi. Nie, aby umniejszało to jego oddaniu Wielkim Ideom, ale lubił wprowadzać je w codzienność efektywnie i bez fanfar.
Paladyn puścił złośliwości Morwen mimo uszu i ruszył zebrać oszczepy z ziemi. Kiedy on zbierał oręż, górnicy zbierali się w sobie, dochodząc grubymi haustami powietrza do spokoju, który wypaliło pojawienie się mefitów. Teraz było już po wszystkim...
W tej jednej kwestii. Jednej i na samym początku. A to znaczyło tyle, że przeprawa na Ścieżce będzie cholernie ciężka i trzeba by prawdziwie dziecięcej naiwności, by dać sobie wmówić, że najgorsze za nami i nie ma się czego bać. Górnicy naiwni nie byli i skoro na starcie szło im napotkać dymiące, rzygające smołą diabły-nietoperze to wiedzieli, że dalej będzie tylko gorzej.
Grupa utrzymała morale, bo krewcy kopacze pokazali się z mocnej strony, ale niepokój – i tak przecież zasiany samym zejściem w pradawne korytarze pulsujące od magii – pozostał. I skryty pod hardymi minami, pęczniał. Szwar, poparzony przez meficie wyziewy, robił dobrą minę do złej gry. Lara obłożyła go bandażami z balsamem, ale przeżarta skóra skutecznie ostudziła w nim agresję na resztę wycieczki.
Hazar upewnił się, że cała grupa na powrót jest na chodzie i na skinienie doktora Quolleba, zbliżył się zeksplorować komnatę, skąd wcześniej wyleciały diabliki. Była spora, ale ewidentnie utylitarnej natury. Tu działała jakaś magiczna pompa-filtr, która zasysała powietrze gdzieś z zewnątrz, roznosząc je po szybach Ścieżki. Na ziemi leżał gruz, metal, porozbijane kawałki ceramiki i resztki jakiejś organicznej materii, które wcześniej musiały krążyć w powietrznym obiegu mechanizmu.
Eutalo miał oczy wielkie jak dukaty, chwaląc złożoność konstrukcji i jej wybitność, ale większość uznała, że niebezpieczeństw wokół jest zbyt dużo, by poddać się zachwytom, nim oczyszczą najbliższą okolicę.
Krasnolud sam chętnie pogapiłby się na suelskie rozwiązania, które utrzymywały napowietrzonym tak ogromny podziemny kompleks, ale umiał nadawać sprawom należyty porządek. Teraz szli dalej, zabezpieczać przestrzeń, skąd mogło przyjść zagrożenie.
Kolejna sala po prawej miała nad sobą reliefy przedstawiające odpoczywających mężczyzn i kobiety na misternie zdobionych otomanach. Pozycje figur wyglądały wypoczynkowo i rekreacyjnie, jednak doktor Quolleb odszyfrował naturę przestrzeni jako lazaret czy też obszar triażu. Środek był długim, niższym niż inne komnaty prostokątem, gdzie pod ścianami rozstawiono metalowe parawany, oddzielające łóżka pacjentów.
W środku pachniało pyłem, kurzem i mimo wieków, gryzącym zapachem eteru i alkoholu. Lampiony, ani pochodnie nie zapaliły się tu po wejściu, więc sala tonęła w mroku, widoczna ledwie na tyle, na ile światło wpadało tu z ogólnego hallu.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się