Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Gniew Burzy

Gniew Burzy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinderspheres of powergolarion
35 Posty 3 Uczestników 114 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SindarinS Niedostępny
    SindarinS Niedostępny
    Sindarin
    Moderator Obsługa
    napisał ostatnio edytowany przez
    #9

    Edward nie był pewien w jaki sposób powinien spędzić czas w wiosce niziołków. Chciał liczyć na to że rzeczywiście uda im się zwyciężyć i za jakiś czas w spokoju opuścić te ziemie, w końcu jak dotąd szło im całkiem nie najgorzej. Jin zdążył zająć się najważniejszymi sprawami, samemu więc stwierdził że może spróbuje się trochę rozluźnić przed wejściem na tereny jaszczuroludzi. Uznał że dobrym pomysłem wydaje się być po prostu spędzenie nieco czasu z Muhduzim i opowiedzenie mu i każdemu kto byłby chętny posłuchać o tym jak zdążyliśmy od ostatniego spotkania natrafić na morskie smoczydło.. pomijając jedynie fakt o tym co się stało z jego ciałem już po walce.. no i nieco podkoloryzowując niektóre fakty dla lepszego efektu.

    Mag starał się skorzystać z okazji do prowadzenia konwersacji w lokalnej polyglocie i zawiązać nieco kontaktów z przyjaciółmi Muhduziego. Spodziewając się że jeśli będą wracać cali i zdrowi pewnie będą przechodzić jeszcze w okolicach wioski nie zamierzał nakupić niewiadomo czego, w końcu mieli względnie tyle ile było im potrzebne, ale miał do znajomego niziołka jedną prośbę.
    -Przyjacielu, ciężko jest mi określić co konkretnie.. ale gdy nadejdzie moment w którym załatwimy tu wszystkie sprawy i ruszymy w dalszą drogę.. chciałbym zabrać ze sobą jakiś drobiazg. Nie musi to być nic niezwykłego. Zwyczajna pamiątka, coś małego związanego z waszą wioską.. może jakaś tradycyjna zabawka? Nie jestem pewien co mogłoby dobrze pasować..

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SindarinS Niedostępny
      SindarinS Niedostępny
      Sindarin
      Moderator Obsługa
      napisał ostatnio edytowany przez
      #10

      Jin

      Song’O, początkowo nieco onieśmieleni natłokiem informacji, okazali się całkiem pojętni – a przynajmniej potrafili zapamiętać polecenia. Problemem okazała się umiejętność czytania, gdyż w całym plemieniu jedynie znachorka posiadła tą sztukę. Perspektywa uratowania chorych uradowała ją na tyle, że nie pozwoliła medykowi odejść z pustymi rękami. Wcisnęła mu niewielki mieszek wypełniony srebrzystym pyłem.
      -Wysyp go na siebie lub towarzyszy, a przez chwilę będzie was trudniej zauważyć –

      Edward

      Muhduzi spojrzał na czarodzieja zaskoczony.
      -Zabawka? W plemieniu dzieciaki lubią bawić się w młotogona i ostroszpony… poczekaj tutaj! – stwierdził, po czym odszedł, znikając w jednej z chatek. Wyłonił się po kilku minutach, trzymając niewielką, nawet jak na jego rozmiary, drewnianą pałkę. Proste rzeźbienie upodabniało ją do gadziego ogona, zakończonego twardą, okrągłą głowicą, niechybnie wzorowaną na dinozaurze, z którym walczyli na smołowych polach.
      -Byłem najlepszym młotogonem, za jedno cięcie płaciłem pięcioma sińcami! – pochwalił się łowca - To dobra pamiątka – dodał, wręczając pałkę Edwardowi.
      Cóż, wyglądało na to, że zabawy młodych Song’O szybko uczyły ich brutalności życia w dżungli…

      Wszyscy

      Zebrawszy siły i zapasy w niziołczej wiosce, bohaterowie z samego rana zagłębili się w nieznane. Daleko znanych im terenów dżungla stawała się zupełnie inna: jaskrawe kolory przygasały, teren stawał się podmokły, a powietrze jeszcze wilgotniejsze. Drzewa i pnącza tworzyły jeszcze szczelniejszą barierę przed słońcem, pogrążając podróżnych we wciąż ciemniejącym półmroku. Maszerowali niemal na oślep, posługując się z początku wskazówkami niziołków, a następnie odrysem mapy z ruin prastarej latarni, poruszając się od jednego punktu orientacyjnego do drugiego. Zgubiwszy kilka razy drogę, zdecydowali się w końcu rozbić obóz, kryjąc się w jamie nad rzeką.

      Nie dane było im jednak spędzić nocy w pełni spokojnie. Nad ranem zaczął wiać wiatr, do którego szybko dołączył deszcz, a ledwie ruszyli w dalszą drogę, oba przerodziły się w kolejną już potężną burzę. Mimo, że mapa jasno wskazywała, że są już blisko świątyni Pasterzy Burz, dotarcie do niej zajęło im niemal cały dzień. Problemem były nie tylko warunki pogodowe, sprawiające, że każdy krok był walką z szalejącymi żywiołami, ale też położenie samego kompleksu. Jego twórcy wybrali bowiem taką lokalizację, że samo ukształtowanie terenu i gęsta roślinność stanowiły doskonałą osłonę – można było przejść kilka metrów obok i nie mieć pojęcia, że mija się właśnie dawne ruiny.

      text alternatywny

      Takie też wrażenie mieli bohaterowie, gdy w końcu, podążając wydawałoby się trzeci raz tą samą ścieżką, wydostali się na zarośniętą przecinkę, kryjącą przysadzistą budowlę z szarego kamienia, pokrytą pnączami, mchami i małymi drzewkami. Świątynia Pasterzy Burz może nie była równie potężna i imponująca, jak katedry Abadara w Absalomie, ale kiedyś z pewnością nie można było odmówić jej pewnego surowego piękna. Ciemnoszara bazaltowa podstawa wystawała nieco ponad metr nad ziemię niczym płaskowyż, ciągnąc się na czterdzieści kroków w każdą stroną, z niej zaś z kolei wyrastały kilkumetrowej wysokości ściany z jaśniejszego kamienia, ozdobione erodującymi już, acz wciąż wyraźnymi nawet z daleka malowanymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi kobietę i mężczyznę tańczących i igrających wśród burz i morskich fal.

      Stojący w rogach budowli jaszczuroludzie wydawali się przy nich jedynie niewielkimi figurkami. Przypominający nieco napastników z Pridon’s Hearth, lecz uzbrojeni w długie włócznie, tarcze i odziani w pancerze z kamiennych płytek, niewątpliwie pełnili tu straż – obserwowali szarganą wiatrem i deszczem dżunglę, stojąc niemal absolutnie nieruchomo, tak jak potrafią jedynie zimnokrwiste istoty. Jeśli nawet zauważyli drużynę, nie dawali tego po sobie poznać, a przynajmniej nie było tego widać przez ścianę deszczu, jaka dzieliła ich od świątyni.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ArveeA Niedostępny
        ArveeA Niedostępny
        Arvee
        napisał ostatnio edytowany przez
        #11

        Zod obserwował jaszczury z daleka. Nie śmiąc się ruszyć dalej niż powoli-głębiej za wielkie drzewo aby się jak najmniej w oczy rzucać.
        - Ja się nie przeskradam. Może jest tu inne wejście? Świątynia nie jest w najlepszym stanie.
        - Niziołki podarowały mi proszek niewidzialności. Zamaże nasze sylwetki na kilkadziesiąt sekund, dość by pokonać dystans do strażników i ich szybko spacyfikować, nim podniosą alarm. Ale potrzebuję czasu na przygotowania - odpowiedział Jin, wycofując się nieco głębiej w las, tak by ukryć się w gęstym podszyciu.
        - Grupa. Obrona. Wytrwałość - wyskandował w smoczym, a cienista, obronna energia pokryła skórę jego i jego towarzyszy.
        - Życie. Śmierć. Odwrócenie. - dodał w dziwnej mieszance języków planów i wepchnął dłoń w swoje własne ciało. Skóra nekromanty zafalowała, jakby coś próbowało się z niej wydostać na zewnątrz. - Siedź w środku. Oczekuj komendy gdy cię wyrzucę. - powiedział najwyraźniej do nikogo i ponownie skupił się na towarzyszach.
        - Mam przygotowane mikstury dla każdego z was. - jego słowom towarzyszym cichy brzęk szkła uderzającego o szkło, niemal totalnie stłumiony przez gęstą ulewę - Wypijcie teraz, da wam trollową regenerację na kilka solidnych ciosów.
        Edward będąc przekonany że Jin znowu zacznie rzygać jakimś trupem odwrócił na chwile wzrok, jednak dostając butelkę przyjął ją bez zbędnych pytań. Spoglądał na strażników w oddali z widoczną niepewnością.
        -Zwyczajne ominięcie ich pewnie dużo by nie dało.. rozmawiać pokojowo pewnie też nie zamierzają. Nie wiem czy mamy inną opcję niż to co proponuje Jin. Ciekawe jak duża może być ta jaskinia..
        - Czort… - zaklął Zod gdy dotarł do wspomnień z wydarzeń sprzed kilku dni. - Tej jaszczurzycy… Achut, czy jak ona miała, obiecaliśmy, że nie będziemy zabijać niesprowokowani… I mówiła, że ich wodza… wodzę? Ich przywódczynię może dałoby się przekonać. Mamy sposób aby ich nie zabić?
        - Mogę spróbować ich zamrozić na… jakieś pół minuty, a potem można ich na spokojnie związać. Jednak jeśli są ponadprzeciętnie silni to mogą się wyrwać z lodowego więzienia, nie wspominając o tym że trafienie ich z odległości przy tej pogodzie nie będzie łatwe. - odpowiedział alchemik po odrobinie namysłu - Możemy spróbować, ale szanse są raczej znikome.
        - Obiecaliśmy coś - przytaknął Zod - I przekonanie ich wodzyni jest naszą najlepszą opcją, a argumentacja “możemy żyć w pokoju” zaraz po zabiciu jej ludzi nie spotka się z uznaniem… Nie musimy teraz od razu działać. Poczekajmy. Poobserwujmy. Może nadarzy się okazja, może jest jakieś inne wejście… może wyjdzie ona na polowanie… Jak na razie nawet nie wiemy w co się pakujemy. Świątynia może być mała i w środku byłby tuzin jaszczurów, albo może to być cały kompleks wykuty w skale z dziesiątkami, bądź setkami.
        - Czekając też wiele nie zyskamy. To zimnokrwiste humanoidy, mogą siedzieć we wnętrzu tygodniami i nie musieć wyjść. - odpowiedział alchemik - Możemy zaatakować frontalnie, czekać, albo spróbować pertraktacji. Tego ostatniego jeszcze nie rozważaliśmy, ale nie wiem czy tutejsi jaszczuroludzie honorują funkcje posła… - Jin wyglądał na zamyślonego. - Najprościej będzie wyjść przed nich, rozpalić ognisko, wrzucić na ruszt mięso i czekać.
        -Czego nie zrobimy, jestem przekonany że powinniśmy robić to jak najszybciej.
        Mag wskazał krótko na niebo.
        -Ostatnio burza zwiastowała kłopoty, jako że się nasila to wątpię żeby urządzali sobie teraz polowania. Nie wyjdą do nas, to my musimy wyjść z inicjatywą Powiedziałbym że nie dość że nie zyskujemy, to nawet tracimy zwlekając. A każda jedna opcja niesie za sobą równie wielkie ryzyko. Nie ukrywam chyba najlepszą opcją by było gdybyśmy mogli się z nimi dogadać żeby pozwolili nam wyzwać ich lidera na pojedynek czy coś i ominęli mierzenia się z całym plemieniem.. ale czy będą chętni na ugodę czy wezwą alarm? Kto wie.. możemy tylko zgadywać.
        - Poddajmy to głosowaniu. Ja jestem za próbą pertraktacji.
        - Poczekajmy i zobaczmy co się wydarzy. Dodatkowo, obejdę okolice. Muszą tu być domostwa, płatnerzy, rzemieślnicy. Trzeba sprawdzić i oszacować na co napadamy.
        - Cierpliwość nas uratuje. Zaatakować możemy w przeciągu minuty. Spróbować pertraktacji w pięć. Jedynym ryzykiem czekania jest, że nas zauważą za szybko i uznają za szpiegów…
        - Niech będzie. Czekamy. - podsumował wszystko Jin i oparł się plecami o najbliższe drzewo.
        Zod kiwnął głową zadowolony. Wolał nie porzucać jedynej szansy rozwiązania tego bez użycia siły.
        - Pozwolicie, że ja po prostu się schowam gdzieś głęboko. Ja jestem najłatwiejszy do wypatrzenia z naszej paczki.
        Diablę cofnęło się kilka kroków i usiadło pod drzewem celowo pozycjonując się tak aby sam nie wiedział niemal nic, ale też aby go nie widziano…
        Amos usiadł nieopodal i wyjął z plecaka zawiniątko. Ostrożnie rozwiązał paczuszkę odkrywając zestaw do tatuażu wraz z farbami. Z odrębnej kieszeni plecaka wyjął drugą paczuszkę z moździerzem i fiolkami z różnymi dziwnymi substancjami. Wyjął drewnianą miseczkę, obmył i odłożył na bok. Fiolki zawierały przeróżne płyny, proszki w różnych kolorach, oraz grudki, które z pewnością trzeba rozdrobnić w moździerzu. Gdy wszystko było gotowe, sięgnął z powrotem po miseczkę i zaczął mieszać przeróżne składniki dodając nieco wody. Substancja dość szybko zgęstniała i zmatowiała przypominając w konsystencji bazarze błoto, lub smolę, choć nie wydzielała żadnego zapachu. W końcu półork był zadowolony z efektu, bo skrupulatnie odłożył na swoje miejsce wszystkie składniki. Nie sięgnął po igłę, ale rękoma naniósł farbę na skórę. Po kilku minutach farba na ciele zeschła i pirat zdjął ką jak zeschnięte błoto. Farba miała za zadanie ukryć rosłego mężczyznę przed wzrokiem i w sumie wyglądało na to, że działa, bowiem odchodząc, Amos zaczął wtapiać się w otoczenie.
        W czasie, gdy jego towarzysze skryli się w zaroślach, Amos ruszył wzdłuż ściany zieleni, przemykając dyskretnie w stronę świątyni. Z każdym krokiem coraz lepiej słyszalny był szum rzeki, płynącej najpewniej ledwie kilkadziesiąt metrów za budynkiem. Miał też wrażenie, że raz czy drugi usłyszał jakiś sykliwy głos, może okrzyk, w oddali – ktoś ewidentnie był po drugiej stronie kamiennych ruin. Upewnił się o tym, gdy udało mu się dotrzeć na kilkanaście kroków od świątyni i mógł w końcu wyjrzeć za jej róg. Dostrzegł tam kilka prostych chatek z trzcin, przykrytych dachem z ogromnych liści tutejszych drzew, stojących na skrawku ziemi między świątynią a rzeką, która w tym miejscu tworzyła niewielką plażę. Wokół nich kręcili się i pracowali jaszczuroludzie, w większości zupełnie nie wyglądający na wojowników: kilkunastu drobniejszych, wręcz wychudzonych, osowiałych osobników. Przyglądając się im przez chwilę zwrócił uwagę na dwie rzeczy, a raczej ich brak. Żaden z jaszczuroludzi nie miał na sobie malunków czy kryształowych narośli, które widzieli wcześniej. Brakowało też jakichkolwiek młodszych osobników…
        Półork przyjrzał się także budynkowi świątyni, w której ścianie ziała ogromna wyrwa. Przez nią wewnątrz dało się dostrzec kolejną parę chatek, w tym jedną zdecydowanie większą niż wszystkie inne, ozdobioną dodatkowo różnymi trofeami, głównie z czaszek i kości różnych bestii, a także…
        - Tvuq! Wo ot vjisi? - usłyszał pytający okrzyk w nieznanym mu, syczącym języku. Zauważyli go. Trójka strażników, odzianych w wykonane z kamiennych płytek pancerze, skierowała w jego stronę długie włócznie, osłaniając się jednocześnie tarczami obciągniętymi łuskowatą skórą. Ewidentnie czekali na jego reakcję.
        Stojący dalej Edward i Jin usłyszeli, jak jeden ze strażników krzyknął „Stój! Kto idzie?”
        Półork przyjrzał się strażnikom jakby chciał ocenić swoje szanse, po czym uśmiechnął się i podniósł ręce do góry.
        - Parley? -
        Jaszczuroludzie spojrzeli zdziwieni po sobie, nie rozumiejąc tych słów.
        - Tir wux kampiun jacion? -
        - Thric ulhyrr -
        Mówili cicho między sobą, podchodząc dwa kroki bliżej - Amos szybko zauważył, że ustawiają się tak, by łatwo go okrążyć w razie potrzeby. Ten, który pierwszy go dostrzegł, machnął końcem włóczni w stronę dżungli.
        - Gethrisj mojka! -
        Półork zrozumiał przesłanie, ale spróbował jeszcze swojej szansy. Pokazał na siebie, po czym palcami wykonał ruch jakby szedł, wskazał jaszczuroludzi i pokazał rękami pióropusz symbolizujący kapłana. Następnie wykonał kilka gestów opisujących mówienie, ludzi i niziołków i jaszczuroludzi i zrobił piracki znak braterstwa. Wskazał jeszcze na chudych Jaszczuroludzi, a potem naprężył biceps wskazując siłę i jedzenie. Pierwsze gesty były drobne i spokojne, ale w miarę „mówienia” gesty stawały się większe, bardziej ekspresyjne. Amos liczył, że w razie czego będzie mógł przejść bezpośrednio do ataku.
        Jin zaklął pod nosem w otchłannym. Pojedyncze słowo które niosło w sobie obietnicę wiecznego cierpienia, skóry oddzielonej od ciała tak że pozostawała żywa, aby ofiara mogła patrzeć i czuć jak demoniczni oprawcy ją zakładają jak rękawiczkę. Musiał przyznać że był to piękny język gdy rzeczy szły nie po jego myśli.
        - Musimy mu pomóc. - oznajmił już w wspólnym i ruszył po cichu w kierunku z którego doszły go głosy, starając się nie rzucać w oczy.
        - Szybko poszło… - mruknął Zod stając spod drzewa i ruszył za Jinem. Trochę z tyłu. Aby możliwie później zdradzić swoją obecność.
        -No i tyle z planu..
        Powiedział pod nosem czarodziej i ruszył do przodu.
        -Jeśli jeszcze go nie zabili to może są skorzy do rozmowy..
        Mag wyszedł z uniesionymi rękoma w pokojowym geście starając się nie dawać strażnikom powodu do agresji zaczynając przemawiać w smoczym dialekcie.
        -Bądźcie pozdrowieni. Przybyliśmy porozmawiać jeśli tylko zechcecie nas wysłuchać.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZaalaosZ Niedostępny
          ZaalaosZ Niedostępny
          Zaalaos
          napisał ostatnio edytowany przez Sindarin
          #12

          Jaszczuroludzie, którzy ze zdziwieniem oraz rosnącą irytacją oglądali pantomimę Amosa, podskoczyli nagle, słysząc zrozumiałą dla nich mowę. Podczas gdy jeden wciąż celował włóczną w Amosa, pozostali dwaj obrócili się w stronę nadchodzących bohaterów.
          - Kim jesteście? - warknął nieco głośniej ten, który próbował dogadać się z półorkiem - To teren Dzieci Bagien, odejdźcie stąd! -
          - Przyszliśmy pertraktować. Chcemy abyście zakończyli ataki na nasze osady. - odpowiedział Jin w smoczym, wyraźnie zaskoczony brakiem natychmiastowego ataku przez jaszczuroludzi.
          Amos przesunął się dyskretnie na nieco lepszą pozycję korzystając z nagłego zamieszania.
          Strażnik przyglądał się Jinowi przez chwilę, po czym syknął na jednego z towarzyszy, gestem głowy wskazując na świątynię. Jaszczuroludź obrócił się na pięcie i ruszył w głąb ruin.
          - Powiadomi przywódczynię klanu, ona zdecyduje - stwierdził jeden z pozostałych, gdy obaj opuszczali włócznie, wciąż jednak pozostając w widocznym stanie napięcia - Jeśli się zgodzi, oddacie swoją broń przed spotkaniem z nią. Klan nie zaatakuje gości pierwszy -
          - Mam mieszane uczucia co do waszych słów. Za każdym razem jak napotykaliśmy waszych pobratymców byliśmy atakowani, bez szans na dialog.
          - Co oni mówią? - zapytał Zod spod maski, słysząc tyle, że nie są to okrzyki bojowe.
          - Nie abyśmy byli w stanie walczyć z całym klanem bez nawet choćby elementu zaskoczenia… - burknął, gdy Jin mu wyjaśnił - Ale to wciąż pozostaje najlepsza opcja.
          - Kwestia perspektywy. - mruknął cicho alchemik, wyraźnie coś kalkulując - Gdyby znaleźć się w wąskim gardle, miejscu gdzie przewaga liczebna nie ma większego znaczenia, z pomocą moich… pomocników i nieograniczonym dostępem do świeżego materiału moglibyśmy im dać radę. Liczę oczywiście na to że do tego nie dojdzie.
          - Ziemia pełna jest zdolnych wojowników co przeceniali swoje zdolności. Nie mam twojej wiary byśmy nawet w doskonałych dla nas warunkach mieli szanse jak plemię przeciw nam stanie.

          Jaszczuroludź wyszczerzył zęby i zacisnął szpony na włóczni. Gest wyglądał groźnie, ale Edward rozpoznał w nim równie dużo złości, co bólu.
          - Plemię nie zawsze mówi jednym głosem - warknął - Miękkoskórzy zza morza chcą nam zabrać ziemie, zniszczyć jaja - dodał, ale już bez przekonania. Obaj uczeni wiedzieli, że jaszczuroludzie wykazywali się wielką opiekuńczością w stosunku do swoich jaj – ich niszczenie było traktowane jako potworna zbrodnia.
          Jin rozłożył powoli ręce, ukazując że nic w nich nie ma.
          - Czy gdybyśmy chcieli zniszczyć wasze jaja przybylibyśmy tutaj w kilku, i zaanonsowali swoje przybycie? Czy gdybyśmy chcieli zabrać wasze ziemie rozmawialibyśmy o naszych animozjach spokojnie, w strudze deszczu, miast wysłać tutaj zbrojne hufce? Tam skąd pochodzę jest dość miękkoskórych by każdy zrywając jeden liść ogołocił dżunglę do czysta. - Jin przywołał na swoją wykrzywioną nekromancją twarz najbardziej łagodny wyraz jaki był wstanie - Nie chcemy przelewu krwi, chcemy współpracy. Song’O już czerpią zyski, mają nowe ostrza, wykonane z stali która nie ulegnie skórze młotogona. Ich ranni zostali uzdrowieni moją wiedzą i umiejętnościami. I wy możecie z tego korzystać.
          - Czy jesteś w stanie schować nam broń i wyrzygać ją gdy sprawa zrobi się gorąca, czy potrafisz to tylko ze swoimi zdechlakami? - Amos zwrócił sie do Jina dyskretnie.
          - Tylko z moimi nieumarłymi. Chociaż… jak debilnie by to nie brzmiało to jeśli naszpikujemy zwłoki żelazem przed, to mógłbym je potem wypluć z metalem sterczącym z ciała. Ale teraz na to już za późno. - odparł półgębkiem nekrochemista.
          - Mówca Bagien ostrzegał, że miękkoskórzy lubią gadać - stwierdził strażnik - A ich słowa niosą same kłamstwa - chciał powiedzieć coś więcej, ale przerwały mu kroki dochodzące z wnętrza świątyni.
          Potężne wrota z ciemnego kamienia otworzyły się na oścież, ukazując drużynie imponującą nawę główną świątyni, ciągnącą się przez połowę długości budynku, aż do okrągłego podestu z zielonkawej skały, wyglądającego niczym podstawa fontanny. Za nim stała kolejna para wrót, zaś po bokach nawa rozgałęziała się na węższe korytarze. Wszystko było dobrze widoczne, gdyż jak się okazało, ta część świątyni była kompletnie pozbawiona jakiegokolwiek dachu, i to nie wskutek powolnego popadania w ruinę. Był to najpewniej celowy zabieg jej budowniczych - coś, czego w sumie można się było spodziewać po wyznawcach Gozreha.
          Główną nawą przyszła do nich trójka jaszczuroludzi - znajomy im strażnik, wciąż ściskający włócznię, oraz dwoje nieuzbrojonych.
          - Szefowa Shathva zgadza się z wami porozmawiać, miękkoskórzy. Oferuje wam gościnę, o ile zgodzicie się złożyć broń i przysiąc, że nie jesteście wrogami Dzieci Bagien - powiedział jeden z nich, tym razem łamanym polyglotem.
          Przyglądając się pomieszczeniu przed nimi, Amos dostrzegł nietypowy błysk na ścianach - skupiając wzrok, dostrzegł, że wyrysowano na nich ledwo widoczną runę, z pewnością nie dzieło twórców świątyni. Delikatny blask sugerował też, że nie jest to zwyczajny malunek.
          Jin zaczął tłumaczyć słowa skórołuskich, odpiął od pasa sztylety i teatralnie położył je na nieco wyższym fragmencie budowli. Następnie oparł o ścianę kostur, ale nie opróżnił bandoleria ze swoich alchemicznych wyrobów, ani nie odpiął sakwy z medycznymi narzędziami. Spojrzał na towarzyszy.
          - Tylko ja i Edward mówimy w smoczym, pozwólcie mi pertraktować. W razie czego… chwilę wytrzymam sam. - powiedział cicho w wspólnym, klepiąc się znacząco po brzuchu, po czym obrócił się do jaszczuroludzi.
          - Nie jestem wam wrogiem. - obiecał alchemik i postąpił krok do przodu, po czym zatrzymał się, czekając na przyzwolenie by iść dalej.
          - Dziękujemy… - odpowiedział Zod obracając wielki topór głowicą do dołu i trzymając go jednorącz bardzo słabym chwytem, aby nie sprowokować choćby agresywnej myśli, wręczył go jednemu z jaszczurów.
          - Nie jesteśmy waszymi wrogami.
          Amos również zdjął topór i szablę, które również podał strażnikowi. Jednak w odróżnieniu od diabelstwa, mina półorka wyrażała jedynie “dotknij je w niewłaściwy sposób, a rozerwę cię na strzępy”. Odwrócił się do maga mówiąc:
          - Edziu, rzucisz okiem na to błyszczące gówno tam na ścianie? -
          Edward wyglądał na nieco zawiedzionego tym że Jin chce pertraktować samemu, nieco się zasmucił ale się nie przeciwstawiał. Po pytaniu Amosa spojrzał w miejsce które ten mu wskazał.
          -A to? To tylko jakaś magiczna pułapka.. nie jestem pewien jaka..
          Powiedział, przyglądając się jej po czym jak gdyby nigdy nic oddał swój kostur, tak jak reszta drużyny. Na wszelki wypadek oddał im też Terbutje.
          - Pułapka? - mruknął Jin skupiając wzrok na symbolach wskazanych przez Amosa i Edwarda. W myślach przeanalizował kształt runy, najbardziej prawdopodobny system aktywacji i to co zostało wykorzystane do jego namalowania. - Proponuję być w gotowości. Zaraz wypytam naszych gospodarzy.

          - Tak witacie swoich gości? - odezwał się w smoczym, wskazując teraz już wyraźny symbol na ścianie - Pułapką na wejściu? Znam tą magię. Gniew Burzy skupiony w prostym symbolu.
          Jaszczuroludzie, już nieco zaskoczeni tym, że Edward podał im broń wyraźnie należącą do kogoś z plemienia, spojrzeli zdziwieni na Jina.
          - O czym ty mówisz, miękkoskóry? - prowadzący ich spojrzał na symbol - To nie pułapka, nie zraniła nikogo z plemienia. Mówca Bagien mówił, że ten znak oznacza nowy dom Dzieci Bagien - strażnik brzmiał zupełnie szczerze, jakby nie miał pojęcia o przeznaczeniu symbolu.
          - Wasz Mówca nie mówi wam całej prawdy. - odparł alchemik - Nie przestąpię przed tym symbolem, ale… Czy próbowaliście przeprowadzić tędy jakieś ciepłokrwiste zwierzęta?
          - Ciepłokrwiste? - jaszczuroludź wydawał się nie do końca rozumieć to słowo - Łowcy wracają tędy z upolowaną zwierzyną - powiedział w końcu - Jeśli boicie się świątyni, pójdziecie z nami zaroślami -
          - Możemy tak zrobić. - kiwnął głową Jin w zgodzie - Ale spróbujcie tędy coś przeprowadzić żywego, z ciepłą krwią. Ptaka, dużego ssaka. Dla własnej ciekawości. Nie strach mną kieruje, lecz rozwaga.
          - Mówią że to nie pułapka, tylko symbol oznaczający ich nowy dom. Narysowany przez naszego ulubionego Mówcę Bagien. - nekromanta streścił wymianę zdań towarzyszom którzy tego wymagali - Podejrzewam że aktywuje się gdy przechodzi tędy coś co jest żywe i stałocieplne. Może jest tymczasowo wyłączona. Albo mogą nosić jakiś mały talizman, typowy dla ich kultury który ją deaktywuje. Zgodzili się poprowadzić nas inną ścieżką, zarzucając przy tym strach.
          - Możliwe też, że mają jakiś symbol, czy tatuaż? Uff… - Zod westchnął i wyprostował się - Wasz Mówca je narysował? - skierował pytanie, dzieląc nieco wyraźniej słowa, do jaszczura co rozumiał wspólny. - Szybkie kroki swoich nieco osłabłych stóp skierował prosto pod pułapkę i gdy tylko minął runę, nagle rozległ głośny trzask, a w wojownika uderzyła błyskawica, ogłuszając i oślepiając wszystkich wokół. Gdy zmysły zaczęły wracać, zobaczyli Zoda stojącego dalej w tym samym miejscu. Posadzka wokół jego stóp była poczerniała, a pancerza unosiły się smużki dymu.

          Nie trzeba było być znawcą gadziej fizjonomii, by odczytać szok i niedowierzanie na twarzach jaszczuroludzi. Ci dźwigający bronie bohaterów upuścili je zaskoczeni, a strażnicy po chwili wahania znów przyjęli pozycje obronne, nie wiedząc, co się za chwilę wydarzy.

          Pochylony, osmalony Zod dał sobie chwilę by ból krążący w jego mięśniach i kościach złagodniał na tyle by jego pogłos nie odbił się w jego słowach. Ze stęknięciem wyprostował plecy, zgarbione bólem uderzenia błyskawicy.
          - Ał… nie mamy tu wątpliwości, że to ten symbol zrobił a nie ja sam się poraziłem, prawda? - zapytal jaszczuroluda, co wykazał się wcześniej pewną znajomością wspólnego - To jest coś co bym chciał abyś opowiedział waszej przywódczyni. Wszystko precyzyjnie tak jak to widziałeś i tylko tak jak to widziałeś…

          Jin powtórzył słowa swojego towarzysza w smoczym, po czym dodał na koniec.
          - Tak jak was ostrzegałem. Rudymentarna magia, ale mnie poprowadźcie proszę inną ścieżką. Nie mam tak grubej skóry jak mój przyjaciel.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ArveeA Niedostępny
            ArveeA Niedostępny
            Arvee
            napisał ostatnio edytowany przez
            #13

            Jaszczuroludzie obserwowali Zoda jeszcze przez chwilę, powoli odzyskując równowagę. Szeptali coś do siebie o szalonych przybyszach, ale w końcu ten znający wspólny machnął pazurzastą łapą w geście nakazującym podążanie za nim. Wyszli ze świątyni, kierując się w stronę gęstwin otaczających ruiny i wioskę. Droga miała ledwie kilkadziesiąt metrów, ale wymagała kluczenia i paru miejscach zupełnego zatrzymania się, by przewodnik mógł rozbroić jedną z licznych pułapek. W końcu jednak wyszli na otwartą przestrzeń, gdzie przywitała ich niewielka wioska Dzieci Bagien - zbiorowisko prymitywnych chat rozciągających się pomiędzy świątynią a brzegiem rzeki.

            Idąc przez nią, bohaterowie mieli okazję, by dokładnie przyjrzeć się żyjącym w niej jaszczuroludziom. Ledwie połowa z nich wyglądała na zdolnych do walki, a nawet ci różnili się od tych, z którymi walczyli w Pridon’s Hearth i okolicach. Żaden z nich nie miał łusek przyozdobionych niebieskimi malunkami, a tym bardziej kryształowymi naroślami, zaś w ich oczach, zamiast dzikiego fanatyzmu, tliła się jedynie niechęć, zmieszana ze strachem i rezygnacją. Paradoksalnie, wydawali się niewiele szczęśliwsi niż Achahut i jego wygnani towarzysze…

            Widząc, że intruzi mają już swoją obstawę (czy też strażników), nie interesowali się nimi zbytnio – ledwie paru wojowników sięgnęło po schowane w chatach terbutje, pewnie raczej by groźniej wyglądać niż być gotowym do ewentualnej potyczki, a reszta szybko wracała do przerwanych prac. Zarówno ich broń, jak i narzędzia czy domostwa, proste chatynki z trzcin i szerokich liści, były zdecydowanie prymitywne, ale przemyślne i utrzymane w dobrej kondycji. Był to dobry dowód na to, że jaszczuroludzie nie zajmowali się tylko próbami wyrżnięcia przybyszy zza morza: na brzegu leżało kilka zmyślnie skonstruowanych łodzi, obok których na drewnianych żerdziach suszyły się ryby i kawałki mięsa. Biorąc pod uwagę ich liczebność oraz bogactwo natury w tych okolicach, Dzieci Bagien miały szansę na spokojną egzystencję i rozwój z dala od wrogich im boggardów, za sąsiadów mając tylko pokojowo nastawionych Song’O. Dlaczego więc wcale nie wydawali się zadowoleni ze swojej sytuacji, a do tego jeszcze próbowali zniszczyć Pridon’s Hearth?
            I dlaczego wśród nomen omen Dzieci Bagien nie było żadnych dzieci?


            Chata wodza znajdowała się wewnątrz zrujnowanych murów świątyni Pasterzy Burz – to ją właśnie widział Amos przez wyrwę w ścianie. Była ponad dwukrotnie większa niż pozostałe siedliska, ozdobiona zarówno futrami wielkich kotów, jak i całkiem imponującymi trofeami w postaci masywnych czaszek dinozaurów – uwagę zwracały też trzy ususzone głowy zawieszone przed wejściem (Jin z trudem skonstatował, że należały kiedyś do boggardów). Wnętrze było luksusowe jak na te warunki: podłogi pokrywały skóry i płachty materiału, a na środku znajdował się stojak ze świecącą delikatnie kamienną kulą, zapewniającą dobre oświetlenie w całym pomieszczeniu. Przed chatą ustawiono zbudowane z masywnych kości siedzisko, które przy dobrej wierze można było nazwać tronem – na nim zaś rozsiadła się przywódczyni Dzieci. Potężna jaszczuroludka, wzrostem i muskulaturą co najmniej dorównująca Zodowi, odziana była w zdobioną skórzaną zbroję, a jedną dłoń opierała na maczudze zrobionej z pojedynczej kości wielkiego gada, pokrytej runami. Spojrzenie jej pokrytej czarnymi wzorami twarzy podążało za wprowadzanymi przed nią bohaterami, lecz żaden inny mięsień jej ciała nawet nie drgnął, emanując jedynie aurą siły i autorytetu. Po obu stronach jej tronu siedzieli dwaj męscy przedstawiciele jej rasy, o smukłej budowie i wypielęgnowanych łuskach, które wydawały się wręcz wypolerowane.
            - Jesstem Shathva, wódz Dzieci Bagien - oświadczyła mocnym, władczym głosem, gdy bohaterowie zostali ustawieni dwa metry przed nią, a strażnicy wycofali się o kilka kroków - Czemu zakłócacie sspokój naszej wiosski, miękkosskórzy? Przybyliście nas zniszczyć, tak jak zapowiedziano? - jej wspólny miał mocny akcent, ale był zrozumiały
            - Jestem Jin Dhis - lekarz, alchemik, to są Amos Wyatt - wojownik, żeglarz, Edward Dragonson - mag, naukowiec, oraz Zod - kowal i zbrojny. - Jin zaprezentował swoich towarzyszy w smoczym - Przybywamy z poselstwem od władcy Pridon’s Hearth. Chcemy abyście zaprzestali ataków na nasze osady i mordów na niewinnych pisklętach.
            - Dzieci Bagien muszą zadbać o sswoje terytoria! - jaszczurzyca zacisnęła pięść, alchemik na bieżąco tłumaczył jej słowa - To nasze ziemie i nie pozwolimy, by kolejni intruzi nam je odbierali! -
            - Wiemy o waszych problemach z boggardami i wiemy że wypchnęli was z waszych dawnych terytoriów. Nie widzimy podstaw by ziemię na której my jesteśmy nazwać waszą, tym bardziej że sami niedawno tutaj dotarliście. Nie macie prawa do całej dżungli. Ani siły by to wyegzekwować, inaczej boggardy nie stanowiłby dla was kłopotu i my nie prowadzilibyśmy teraz tej rozmowy. Tak samo jak my nie mamy do jej całej prawa, ale respektujemy potrzeby innych ludów. Nie planujemy wam niczego odebrać, proponujemy współpracę. Ale ataki na naszych kolonistów muszą się skończyć. - Jin z premedytacją przemilczał fakt że oni też tej siły nie mają. Niech wódz się zastanawia czym tak naprawdę dysponują.
            Edward postanowił się wtrącić.
            -Boggardy przegnały was z waszych terenów, teraz część z was zaczęła napadać na ludzkie osady i dopuszczać się okropnych czynów. Nawet na pisklętach i nie wojownikach. Takie czyny toczą za sobą tylko więcej okropieństw. To widoki które ciężko zapomnieć.. Jeśli można przywołać obraz tego co widzieliśmy..
            Mag gdy tylko dostał przyzwolenie powoli by nie dawać nikomu dużych powodów do obaw stanął nieco bokiem przywołująć chwilowo moc swego pierścienia by uzyskać dostęp do magii iluzji po czym zaczął tworzyć obrazy których był świadkiem w trakcie ich okolicznych ekspedycji.
            -Jeśli tak dalej pójdzie, możecie zostać otoczeni przez wrogów z każdej strony. Co jeśli Boggarty zechcą podbić i te ziemie? Magia którą posługuje się wasz szaman Darutekh nie dość że nie jest bezpieczna to jeszcze zdaje się że jej działanie jest przed wami ukrywane. Czy nie lepszą opcją i dla was i dla nas nie byłoby połączyć siły? Wtedy nie musielibyście się tak martwić ludźmi, a boggarty stanowiłyby znacznie mniejszy problem stając przeciw naszym połączonym siłom.
            Jaszczuroludzie z kamiennymi twarzami obserwowali stworzoną przez Edwarda iluzję, przedstawiającą zmasakrowaną rodzinę na plantacji. Na ich gadzich twarzach ciężko było odczytać emocje, oburzenie czy obrzydzenie, ale dało się usłyszeć gniewne syknięcia. Po chwili przywódczyni uderzyła mocno ogonem o ziemię, uciszając współplemieńców.
            - Sskąd mamy wiedzieć, że miękkosskórzy tak samo nie potraktowaliby nas? - wskazała na obraz - Może nie ma nas wielu, ale magia Mówcy Bagien jest potężna i zmiecie intruzów. Wtedy plemię się odrodzi!- rzuciła triumfalnie, ale Amos wyczuł, że w jej słowach jest coś jeszcze. Żal? Gorycz? Niepewność?
            Alchemik pokręcił przecząco głową.
            - W naszej kulturze osoby które dopuszczają się takich czynów wiesza się na suchej gałęzi, a ciało zostawia krukom. Nawet jeśli robią to innym ludom. Jak mają szczęście trafiają do końca życia do celi gdzie mają 2 łokcie szerokości i 3 łokcie długości dla siebie i gniją tam do śmierci. Nigdy was nie zaatakowaliśmy, nigdy was nie zaatakujemy, jeśli wy nie zaatakujecie nas. Prawdę mówiąc po tym co zobaczyliśmy na farmie - tutaj Jin wskazał wciąż istniejąca iluzję - planowaliśmy was wyrżnąć do ostatniego szponu. Ale w trakcie naszych podróży spotkaliśmy waszych wygnanych współplemieńców. Przesłuchaliśmy tych którzy z nakazu Darutheka zaatakowali nasze osady. Wiemy że nie wszystkie Dzieci Bagien odrzuciły honor. Chcemy pokoju z tymi którzy też go chcą. Ale tego nie chce wasz Mówca. Pytanie kto dowodzi Dziećmi? Ty czy on?
            O ile z początku słowa Jina wydawały się trafiać do jaszczurzycy, to na sam koniec musiał poruszyć jakąś bardzo czułą strunę, bo gadzie oczy rozszerzyły się gniewnie. Shathva zerwała się ze wściekłym sykiem, opierając się na maczudze, gotowej do użycia.
            - Jak śmiesz! Zdobyłam władzę w honorowej walce, jak Orthak przede mną! Żaden miękki robak nie będzie mnie obrażał i jej kwestionował! - jej współplemieńcy wyraźnie się spięli, gotowi na wszystko.
            Zod spiął się podobnie jak jaszczury, czekając aż Edward skończy mu tłumaczyć słowa Jina.
            - Kurwa… poważnie? Edward, tłumacz mnie.
            Diablę wystąpiło krok w przód przed Jina. To nie było łatwe… odchrząknął próbując znaleźć siłę którą mógłby przyozdobić swe słowa, ale czuł słabość w kolanach.
            - Towarzysz zbyt mocno ujął swoje słowa, ale w zabijaniu dzieci nie ma krztyny honoru. - Zdanie po zdaniu dawał Edwardowi czas by przełożył jego słowa - Byliśmy tam osobiście. Wciąż widzę dziecko złamane w pół z siłą które rozerwało mu brzuch wylewając flaki na wierzch. Dziecko. Małe, delikatne, bezbronne. Widzicie ten obraz? Widzicie w wyobraźni jak ktoś zgina je w pół, łamie kręgosłup aż flaki wytryskują z rozerwania z przodu? Wierzycie, że zrobiono mu to PO śmierci? Jesteśmy tutaj, bo wierzymy, że budzi w was to taką samą odrazę jak w nas.
            “Odnieś się do emocji…” - wspominał słowa przyjaciół ze starego kontynentu.
            - Jeśli się mylę… to nie mamy o czym rozmawiać. Pytałaś skąd wiecie czy byśmy nie zrobili tego samego… nie masz nic poza naszymi zapewnieniami i faktem, że dotąd tylko jednej ze stron to zrobiono. I to nie z braku możliwości.
            Potężna postura Zoda, w połączeniu ze spokojnymi słowami jego i Edwarda, nieco przystopowały gniew Shathvy. Jaszczuroludka zrobiła pół kroku w tył i wyprostowała się, by móc spojrzeć na wojownika chociaż trochę z góry - albo łypnąć groźnym spojrzeniem na Jina.
            - Dzieci Bagien wiedzą, co to honor. A w niszczeniu jaj i zabijaniu piskląt nie ma go ani trochę - i znowu, ta gorycz w głosie - Wasze słowa brzmią rozsądnie. Ale jeśli między nami ma być szczerość, nie możecie nic ukrywać. Ani za magią, ani za maską - wskazała szponem najpierw na iluzję, która i tak zaczynała się już rozwiewać, a potem na twarz Zoda.

            Wielkie diablę aż cofnęło się ćwierć kroku i musiało wstrzymać odruchowy obronny ruch rąk. Zod cieszył się, że miał maskę na twarzy. Kryła go. Dawała pewne poczucie społecznego bezpieczeństwa. I miał ją zdjąć? Publicznie? Czemu jego twarz miała mieć znaczenie!
            Zagryzł język aż do bólu. Miotał się chwilę sam ze sobą.
            - Ja… - odrzucił myśl nim się do końca uformowała. Jaszczuroludzie nie potrzebowali tłumaczenia by usłyszeć słabość w głosie.
            - Prosz… - znów idea nie zasłużyła by zostać wypowiedziana.
            Westchnął głębiej, próbując na siłę odzyskać równowagę.
            - Mam w sobie krew diabłów… - mówił powoli, gdy sięgał drżącymi rękoma do twarzy - Moja twarz reprezentuje we mnie wszystko to czego nie akceptuję… prosze… nie oceniajcie mnie poprzez jej pryzmat… - z każdym słowem słabł i jakiekolwiek próby Edwarda by przedstawić słowa silniejszymi niż rzeczywiście były nie mogły zmazać drżenia głosu jakie jaszczury słyszały.
            Trzymał już i maskę z przodu i opaskę z tyłu. Potrzeba było tylko ostatniego ruchu, ale czuł jakby miał nie dać rady. Może przywódczyni już zobaczyła jakie to dla niego trudne i by się zlitowało gdyby poprosić? Dobre sobie. Wziął ostatni wdech i…
            Wciąż nie. Szarpnięcie zatrzymał ułamek sekundy po rozpoczęciu.
            - Zod, dawaj… tak trzeba… - szepnął sam do siebie.
            Alchemik podszedł do wojownika i położył delikatnie dłoń na jego ramieniu.
            - Jesteś tym co sobą prezentujesz, nie tym czym byli twoi rodzice. Dasz radę.
            - Ona nawet nie jest ludzka… - bardziej nawet jęknął niż szepnął Zod, ale mimo to kiwnął głową. Co tylko dziwnie wyglądało gdy wciąż praktycznie trzymał się za czoło i potylicę.
            Powoli, siłą woli eliminując gwałtowność ze swoich ruchów zdjął maskę, kierując twarz w dół. Jin i pobliscy zobaczyli bladoróżową, błyszczącą mokro skórę, sprawiającą wrażenie bardziej zbliżone do chityny. Nie miała w sobie krztyny elastyczności czy miękkości. Ani jeden włosek nie próbował tego kryć. Nie posiadał uszu, a jedynie otwory. Gdy powoli podniósł twarz zaprezentował równie puste, zdawałoby się nienaturalnie ciemne oczodoły. Nawet nie posiadał ust. Jedynie szczelinę sięgającą niemal spod jednego pustego ucha do drugiego. Twardą, nieelastyczną szczelinę.
            - Oto ja… - warknął z niemal gniewnym wyrzutem. Szczelina ledwie się uchyliła, ukazując rzędy setek długich i ostrych jak igły zębów. Tylko się uchyliła. Nie składała ona głosek jak ludzkie usta. Żuchwa się nie poruszała w rytm słów.

            Kliknij w miniaturkę

            Był zły. Strach i słabość ustępowały wściekłości. Wściekłości, że został zmuszony pokazać swoją nieludzką twarz i jakby jego myśli krążyły w tych okolicach to cieszyłby się, że nie jest ona w ogóle w stanie wyrażać żadnych emocji. Sama w sobie była niejako maską, ale w odróżnieniu od jego maski… ona nie powinna być. I nienawidził jej za to.
            Jin odruchowo zrobił pół kroku w tył, nim opanował emocje. Musiał przyznać że tego się nie spodziewał. W szczególności te czarne jak otchłań piekieł oczodoły… Ale trening zawodowy szybko wziął górę. Poklepał Zoda po plecach, wspierająco.
            - Cóż, w barze żadnych panien nie poderwiemy. Ale może coś się da zaradzić. - wyszeptał i spojrzał oczekująco na jaszczuroludzi.
            Edward nie mógł ukryć ciekawości która go nagle złapała. Ich towarzysz miał w końcu pokazać im jak wygląda pod maską.. a co jeśli to jakiś półsmok?! I cały czas to przed nim ukrywał? Cały entuzjazm i ekscytacja jednak bardzo szybko znikły z jego twarzy. Tego grymasu osoby która ujrzała coś tak okropnego jak jeszcze nigdy w życiu, no może z paroma wyjątkami z ostatnich dni. Chwilę zajęło mu ponowne przybranie spokojnego oblicza jakie zwykle prezentował. Nie było tajemnicą że widok lica Zoda był szokiem, po tym jak wyglądała twarz Jina i tych rozszarpanych ludzi w wiosce nie spodziewał się że zobaczy tu coś jeszcze gorszego.. czy wszyscy w tej drużynie skończą z takimi twarzami?
            - Kurwa… - sapnął Amos, który również z trudem utrzymał kontrolę nad sobą. Nic dziwnego, że ukrywał taką mordę za maską. Postanowił jednak milczeć, nie dając dodatkowego pretekstu jaszczurom, ani nie zmieniając tematu.

            Co prawda emocje na gadzich twarzach jaszczuroludzi były dla obcych trudne do odczytania, ale w tym przypadku nie było to problemem. Szok, obrzydzenie, strach przemieszany z podejrzliwością - te uczucia wymalowały się u każdego z obecnych, nawet u Shathvy. Ona jednak szybko się opanowała i przywróciła spokój na swoją twarz, podczas gdy pozostali jaszczuroludzie szeptali między sobą. Edward i Jin doszli do wniosku, że tym razem nieznajomość ich narzecza będzie dla Zoda zbawienna…
            - Dziękuję ci, Zodzie, za ten gesst - przywódczyni odezwała się po przedłużającym milczeniu - Twój ssekret pozostanie ssekretem tu obecnych. Wierzę w waszą szczerość. Mówicie jednak, że wasze plemię nie szuka zwady z Dziećmi Bagien. Mówca Daruthek spoglądał w przyszłość i zapewniał, że miękkoskórzy będa chcieli zająć całe te ziemie, i musimy zrobić wszystko, by ich powstrzymać. Wy kłamiecie, czy on?- ta ostatnia sugestia wcale wydawała się być oburzająca dla Shathvy, ale kilku jej podwładnych wyraźnie się skrzywiło.
            - To pozostaje do określenia przez ciebie, wodzu Dzieci Bagien. Ale spytaj wojowników którzy nas tu przyprowadzili o magiczne symbole które Mówca rysował w waszej nowej siedzibie. Jeśli nie mówi wam całej prawdy o jednym rodzaju magii, to czemu miałby nie robić tego samego przy drugim? - odezwał się Jin widząc że potężna wojowniczka została udobruchana.
            Ta gestem przywołała jednego ze strażników, który zdał jej dokładną relację z tego, co zadziało się w wejściu do świątyni.
            - Wracajcie do swoich obowiązków - poleciła na koniec jemu i jego towarzyszom.
            - Plemię jak dotąd tylko traciło przez pomysły tego pierzastego łba - warknęła po chwili - Ciężko mi uwierzyć, że to miałoby być bez żadnego powodu… - złość mieszała się u niej z niepewnością.

            Zod już dwa razy musiał sam siebie przekonać, “nie, nie powinieneś zakładać maski, pomimo, że już widzieli”. Tak długo miał ją na sobie, że czuł się bez niej zwyczajnie nagi. Jakby przyrodzenie tutaj dumnie prezentował i wszyscy je krytycznie oceniali.
            - JEŚLI zakładamy jego dobre intencje… jest u nas idea samospełniającej się przepowiedni. - Zod spojrzał na Edwarda przypominając, że musi zostać przetłumaczony.
            - Scenariusz wyglądałby tak:
            - Mówca przewiduje wojnę Dzieci Bagien z ludźmi.
            - Aby chronić swój lud chce ich osłabić i podejmuje działania.
            - Te działania zmuszają ludzi aby pójść na wojnę z Dziećmi Bagien.
            - Wojnę do której by nigdy nie doszło gdyby Mówca nie próbował jej przeciwdziałać.
            Gdy Edward tłumaczył Zod zbierał się aby uderzyć agresywniejszym słowami.
            - Ale czy możemy być pewni jego dobrych intencji? W chatce, gdzie doszło do zmasakrowania bezbronnych piskląt, część Dzieci Bagien była… skażona ciemnoniebieskiemi kryształami. I mogę źle interpretować, ale wyglądali oni prymitywniej niż wy tutaj. Nie widzę nic takiego wśród was, więc wierzę, że to kolejny wytwór Mówcy. I dlatego też wierzę, że pomysł tej masakry wyszedł od niego, a stawiam wielki znak zapytania nad moralnością kogokolwiek kto do tego doprowadził. Nasz posterunek został wyrżnięty i winę za to próbowano podstępem zrzucić na lud Song’O. Zaszkodzili oni wam jakoś by chcieć nas wrobić w zaatakowanie ich?
            - Pokój, a nawet przymierze, nie są łatwe - kontynuował po kolejnej przerwie na tłumaczenie. Miał nadzieję, że nie niecierpliwią się za bardzo. Ta forma rozmowy była długa. - Po obu stronach byliby tacy co by tego nie chcieli i próbowali by nas skłócić, bo zawsze będą tacy co zbyt chętnie ocenią nas po wyglądzie. - Zodowi głos aż zadrżał przy tych słowach. Naga twarz przywoływała wspomnienia gdy przeganiano go z miejsca które liczył, że kiedyś nazwie domem. Szczelina jego ust rozchyliła się o cal i sino-fioletowy język wypełzł między rzędy szpilkowatych zębów by pozwolić im się na nim zacisnąć, nabijając go aż do najdrobniejszych kropelek krwi. Pocieszające było jedynie to, że była tak samo czerwona jak wszystkich tu obecnych. Szybko go schował, gdy zdał sobie sprawę co robi.
            - Ale jeśli uda nam się ich pokonać, a jeszcze lepiej: nauczyć… to oba ludy mogą rozkwitnąć. Mamy stal, mamy technologię, mamy nasze techniki rolnicze, mamy nasze zwierzęta hodowlane. Mamy też przyprawy, płótna, egzotyczne skóry… wiele wiele więcej rzeczy które w pierwszej chwili mogą wydać się zbędne i niepotrzebne, ale za dziesięć lat byśmy zrozumieli jak bardzo nasze życie się poprawiło dzięki wymianie handlowej. Co ważniejsze od wszystkiego co wymieniłem… mamy też wspólnego wroga. Boggarty. Czy możemy wierzyć, że nie będą one chciały dalej rozwijać swoich terenów? Nam też by wtedy zagrażały.
            - Może warto skonfrontować się z tym Mówcą, teraz. Widzę, że nie pałają do niego miłością - podzielił się cicho swoimi spostrzeżeniami milczący do tej pory Amos.
            - Nie wiem czy jesteśmy w pozycji by żądania stawiać. - pokręcił nieludzką gębą Zod, wciąż nie ruszając żuchwą. - Może sami do tego dojdą…
            - Wolałbym żebyście mieli broń pod ręką jeśli będziemy w jego polu widzenia. Podejrzewam że zealota byłby gotów zaatakować natychmiast. - wyszeptał Jin do towarzyszy.
            - Będzie jak będzie - stwierdził Zod nieco ostrzej - to szeptanie między sobą źle wygląda…
            - Masz rację, w obecnośści wodza się nie szepcze - warknęła Shathva, wracając do wspólnego. Chwilę wcześniej zamyślona po wysłuchaniu Zoda, teraz wydawała się nieco pewniejsza siebie - Ty także masz rację - kiwnęła głową na Amosa - Nie wszysscy popierają to, co robi Mówca, szszczególnie w osstatnim czasie. Ale prawa plemienia są jassne: szaman jest nietykalny dla Dzieci Bagien - machnęła dłonią, jakby chciała zmienić temat, i znów spojrzała na Zoda, unikając jednak patrzenia na jego twarz - Czy twoje ssłowa oznaczają, że miękkosskórzy nie chcą wojny, tylko pokoju? Przychodzicie do nas z wyciągniętą dłonią i propozycjami, bez noża za plecami?- zapytała.
            - Bez noża, bez pułapki. - przytaknęło diablę - Chcemy pokoju. Chcemy współpracy. Chcemy się razem rozwijać i chcemy zostawić pisklętom NAS WSZYSTKICH lepszy świat niż ten który my zastaliśmy.
            Przywódczyni jaszczuroludzi milczała przez chwilę, trawiąc te słowa, aż w końcu pokiwała głową.
            - Odsłoniłeś sswoją twarz, w twoich ssłowach nie kryje się fałsz - stwierdziła, a po kolejnej chwili zastanowienia podniosła się - Wolę zaryzykować kontakty z obcymi niż pośświęcić Dzieci Bagien w kolejnej wojnie. Nie złamię praw plemiennych i nie pomogę wam, jeśli będziecie chcieli powsstrzymać Darutheka - sięgnęła do pasa i podała Zodowi pięknie wyrzeźbiony dysk z jadeitu wielkości dłoni - Ale ani ja, ani wierne mi Dzieci Bagien nie będą wam przeszkadzać. Mówca jesst ze swymi poplecznikami w podziemiach, tutejsze duchy mają go w opiece i pozwalają mu otwierać wrota na dół. Pozosstali potrzebują dwóch takich pieczęci jak ta - gestem wskazała na kawałek jadeitu - Druga powinna być w przeklętej części świątyni, tam gdzie plemię nie wchodzi -
            Zod kiwnął głową przyjmując dysk. Ciężar i stres z niego schodziły. Nigdy nie sądził, że przyjdzie mu negocjować pokój. Ale wraz ze stresem opuszczała go też siła i czuł słabość w kolanach.
            - Uwolnimy oba nasze ludy od niego. Wskażcie nam tylko tę przeklętą część świątyni i podziemia.
            - Jest po drugiej sstronie ruin - Shathva wskazała w stronę, z której bohaterowie przyszliby, gdyby nie wybrali drogi naokoło - A drzwi do serca świątyni są na środku, za fontanną. Jesteście teraz gośćmi Dzieci Bagien - dodała po chwili - Jeśli będziecie tego potrzebować, możecie zająć jedną z pustych chat na skraju wioski -
            Alchemik pokiwał głową, dostali to czego chcieli, choć nie był pewien czy tego potrzebowali.
            - Dziękujemy za zaufanie. Nie będziemy opóźniać, zabierzemy się za to przykre zadanie możliwie szybko. Śmierć powinna być szybka i czysta. A im dłużej będziemy czekać tym więcej czasu będzie miał na przygotowania.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SindarinS Niedostępny
              SindarinS Niedostępny
              Sindarin
              Moderator Obsługa
              napisał ostatnio edytowany przez
              #14

              Zawiązawszy niepewny rozejm z Dziećmi Bagien, bohaterowie mogli czuć satysfakcję. To, co miało być walką o przetrwanie, z której przeżyliby tylko tubylcy lub przybysze, miało realną szansę na przeistoczenie się we współpracę między pozornie obcymi sobie ludami. I to wszystko, póki co, bez rozlania jednej kropli krwi, kosztem „jedynie” jednej, ściśle strzeżonej tajemnicy…

              Odebrawszy swą broń, drużyna opuściła wioseczkę jaszczuroludzi, zmierzając do drugiej części ruin, nazywanej przez tutejszych „przeklętą”. Ta znajdowała się ledwie po drugiej stronie głównej nawy – przechodząc obok znajdującej się w jej centrum fontanny, można było z bliska przyjrzeć się masywnym drzwiom z czarnego kamienia. Były one zupełnie gładkie, jedynie z dwoma okrągłymi otworami, do których idealnie pasował niesiony przez Zoda dysk z jadeitu, brakowało jedynie drugiego identycznego. Idąc w ciszy, słyszeli dochodzące gdzieś z okolicy trzaski, brzmiące niczym odległe grzmoty albo znacznie bliższe wyładowania atmosferyczne. Czyżby zbliżała się kolejna burza? Niebo wciąż pokryte było ciemnymi chmurami, ale póki co nie padał deszcz, a kamienne ściany przynajmniej częściowo powstrzymywały wiatr.

              Wyglądało na to, że świątynia jest w miarę symetryczna: zdobiony zniszczonymi już płaskorzeźbami korytarz na końcu rozdzielał się na dwa pomieszczenia. Południowe wyglądało na coś w rodzaju niewielkiej kapliczki – pusta komnata, w której jedynymi obiektami było osiem kamiennych kolumn o wysokości człowieka i średnicy około pół metra. Pokryte one były nietypowo wyglądającymi symbolami, miejscami wijącymi się niczym pismo. Były zupełnie nieczytelne, ale Edward wyczuł, że jest w nich coś niezwykłego – wydawały się w jakiś sposób powiązane z magią natury. Naprzeciw wejścia znajdowało się przejście dalej, zasłonięte jednak gęstą roślinnością.

              Północne pomieszczenia musiały zaś być kiedyś kwaterami. Cienkie, w większości zapadnięte ścianki rozdzielały maleńkie, ascetyczne wręcz cele, w których najpewniej mieszkali kapłani Gozreha. Zwisające z haków na ścianach kawałki materiału, w których Amos rozpoznał fragmenty hamaków, dodatkowo potwierdzały te przypuszczenia. Łączący je korytarz ciągnął się aż do ściany świątyni, w której ziała wielka, zarośnięta już roślinnością wyrwa. Podchodząc wcześniej do ruin, nie mieli jak jej dojrzeć, a nawet obchodząc je z każdej strony musieliby się przyjrzeć, by dostrzec tylne wejście. Dżungla wdarła się przez nie i zaczęła powolny proces wchłaniania budowli: pokryła grubą warstwą jakiś masywny przedmiot znajdujący się w rogu pomieszczenia, tworząc istną stertę zieleni. Tego, co mogło być pod nią, zupełnie nie było widać, ale Jin zauważył leżącą obok czaszkę, wyglądającą na jaszczuroludzką.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZaalaosZ Niedostępny
                ZaalaosZ Niedostępny
                Zaalaos
                napisał ostatnio edytowany przez
                #15

                Zod pokochał swoją maskę z odnowioną siłą. Miał nadzieję, że już nigdy nie będzie zmuszony jej zdjąć w czyjejś obecności. Jak kiedyś fundusze zbierze, to może udałoby się zapłacić komuś za jakiegoś rodzaju iluzję?

                Szedł pierwszy, zaraz przed Amosem. Ze swoim ogrzym toporem w dłoniach, tarczą przytwierdzoną w dziwną uprzężą bardziej w okolicach łokcia w sposób który wyglądałby głupio, gdyby już nie udowodnił, że w jego wykonaniu to działa i odziany w pełen pancerz płytowy, zdarty z nieumarłego rycerza i jego własnymi dłońmi przerobiony by na niego pasował. Był spięty i był gotowy…

                Tuż za wojami podążał Jin, z kamieniem Ioun orbitującym powoli wokół głowy, rzucającym jasny blask na otoczenie. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy mrok stanowił dla niego istotne ograniczenie i szczęśliwie jego oczy zauważyły kawałek bladej czaszki wyzierającą spod pnączy.
                - Uważajcie, tutaj są zwłoki. - zawołał cicho, wskazując wyciągniętą dłonią kości.
                Zod przyklęknął odpinając od plecaka jedną z dwóch pochodni które posiadał i rozpalił ją.
                - Jeśli w tej kupce zieleni jest coś niebezpiecznego, albo ta kupka zielenie JEST czymś niebezpiecznym to lepiej tego się pozbyć na własnych warunkach - wyjaśnił, gdy powoli i ostentacyjnie, aby dać drużynie czas go zatrzymać, gdyby ktoś się z nim nie zgadzał, brał zamach by miotnąć pochodnią w stertę zieleni w rogu.
                - Poczekaj! - zawołał Jin i rozejrzał się uważnie, upewniając się że nikt z miejscowych nie postanowił ich śledzić, po czym zbliżył się do towarzyszy i dodał ściszonym głosem - Mogę wysłać w pnącza trolla, tak jak wcześniej poradziliśmy sobie z murdoroślą przy ruinach latarni.
                - Nie wiem czemu lepiej ryzykować trolla zamiast pochodni - Zod wzruszył ramionami gasząc ją - Ale jasne. Jak uważasz.
                - Mam zapas. A są na tyle “duże” że nie jestem wstanie animować obydwu. - odpowiedział Jin, wytrzewiając się obrzydliwie. Troll wypadł z cichym pluśnięciem na podłoże i podniósł się, gotów do spełniania zachcianek swego pana. Komenda była prosta.
                - Przedrzyj się przez te pnącza.

                Odprowadzany spojrzeniami drużyny, zombiak ruszył chwiejnym krokiem w stronę sterty roślinności wyglądającej niczym spora pryzma kompostu. Zgodnie z poleceniem Jina, niemal w nią wszedł, próbując wcisnąć się w zieloną gęstwinę - w tym właśnie momencie podejrzenia Zoda w pełni się potwierdziły. Nagle z pryzmy wystrzeliło grube pnącze, owijając się wokół niewielkiego ciałka i ściskając je tak mocno, że nawet z odległości paru metrów słychać było trzask kości. Cała ta sterta podniosła się powoli na przypominających pniaki nogach, sięgając na niemal dziesięć stóp wzrostu sylwetki składającej się tylko z roślin - nie było to żadne przebranie, a rzeczywiste ciało tego stwora. Jin i Edward rozpoznali w nim tutejszą odmianę wędrownego gnilca - mobilnej, mięsożernej i dość inteligentnej rośliny, gustującej w mięsie humanoidów.

                text alternatywny

                Stwór nie wydawał z siebie żadnego odgłosu poza szelestem pnącz, z moderczą siłą zgniatając trollowego zombiaka - najwyraźniej fakt, że to mięso jest już nieco nieświeże, wcale mu nie przeszkadzało.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SindarinS Niedostępny
                  SindarinS Niedostępny
                  Sindarin
                  Moderator Obsługa
                  napisał ostatnio edytowany przez Sindarin
                  #16

                  Amos działał ostrożnie - przyjrzał się dobrze morderczemu krzakowi, podchodząc bliżej w momencie, w którym Edward zaczął inkantację. Ledwie półork uchylił się przed masywną macką, w gnilca uderzył rozbryzg kryształów,Alchemik także ocenił szybko stwora. Raczej typowy przedstawiciel swojego gatunku, zdaje się że na zajęciach z arkano-botaniki pisał na ich temat mały esej.
                  - Uważajcie, jest oporny na elektryczność i ogień! - krzyknął, równocześniej wyjmując jeden z granatów. Szybko wsunął go w przygotowaną wcześniej miedzianą osłonkę, pokrytą runami w Wodnym i Płomiennym i cisnął tak przygotowanym tworem w istotę. Eksplozja zachwiała rośliną, pokrywając jej ciało warstwami szybko krystalizującego się lodu, lecz nie było go dość by spowolnić gnilca. Zombie natomiast desperacko walczył o swoje nie-życie, gryząc roślinę i wyrywając z niej obfite naręcza tkanki, lecz zaledwie chwilę później pnącze owinęło się wokół niego tak ciasno, że nie był już w stanie się ruszyć.
                  Po chwili Zod dołączył do ataku, starając się ściąć wierzchnią warstwę twardych pnączy, osłaniających ciało stwora, ten jednak w ostatniej chwili odbił ostrze macką, która następnie pomknęła w stronę Amosa, chwytając go i miażdżąc z monstrualną siłą. Gdyby nie stworzona przez Jina chmura mrocznej energii, z pewnością miałby już połamane żebra. Półork próbował się bronić, wytrącić z równowagi czy ciąć wroga, ale nie zdołał zrobić nic poza delikatnym draśnięciem.
                  Większy sukces odniósł Edward, gdy jego kolejne kryształowe uderzenie zraniło gnilca i sprawiło, że warstwa kryształów przygwoździła go do zniszczonej posadzki.
                  Jin rzucił kolejnym granatem, tym razem surowym, bez żadnych dodatków i cicha eksplozja osmaliła nieznacznie stwora, a jego wierny sługa powoli żegnał się z egzystencją, oplątywany coraz ciaśniej przez głodną zieleń. Nekromanta postapił krok w przód i wypluł z siebie zwłoki kolejnego trolla, by ten był gotowy na reanimację.

                  Zod również nie miał szczęścia - nie był w stanie zrobić stworowi żadnej krzywdy. Dopiero gdy ten zamachnął się na niego, używając nieumarłego trolla niczym pałki, zdołał zasłonić się tarczą, by zaraz potem użyć jej rantu do uszkodzenia twardych pnączy. Dopiero to uderzenie, razem z następującym po nim zaklęciem Edwarda, wydawały się w końcu solidnie uszkodzić gnilca - draństwo poruszało się już znacznie wolniej.
                  Nie widząc dla siebie ścieżki na wykorzystanie swoich alchemicznych tynktur Jin rzucił kolejnym granatem, z efektem równie marnym do poprzedniego. Zaklał cicho i zaczął zbierać energię szykując się do wskrzeszenia kolejnego nieumarłego, gdyż martwe ciało dotychczasowe właśnie zostało ostatecznie zgniecione przez roślinne macki.

                  Uderzenie trzonkiem zodowego topora otumaniło gnilca na moment, pozwalając tracącemu już oddech Amosowi wyrwać się z miażdżących go pnączy tuż po tym, jak został wykorzystany niczym broń przeciwko swojemu towarzyszowi. Odbiwszy się od tarczy Zoda, półork wyślizgnął się i ledwie wylądował na własnych nogach, rzucił się w stronę pniaków, które podpierały morderczą roślinę. Mocne pchnięcie pozbawiło ją równowagi, a następujące po nim cięcie szabli sprawiło, że zupełnie przestała się poruszać.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ArveeA Niedostępny
                    ArveeA Niedostępny
                    Arvee
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #17

                    Zod oparł się o ścianę łapiąc oddech. Ta walka była niemal śmieszna. Amos pewnie jej tak nie postrzegał, ale najgorzej skoczyły nieumarłe pseudo-trolle, a one to w ogóle niewiele miały już do powiedzienia.
                    - Wszyscy są cali? Oh nie… Jin, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale twój ulubieniec chyba… jest martwy…
                    Zaśmiał się cierpko Zod odbijając łopatkami od ściany by wrócić do pionu. Pobitewne rozliźnienie było najlepszym momentem na drugie uderzenie. Ścisnął solidniej toporzysko i przeszedł się po sali i spojrzał za róg a potem w gąszcz który wdarł się do świątyni, szukając zagrożeń które mogłyby zagrozić towarzyszom.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZaalaosZ Niedostępny
                      ZaalaosZ Niedostępny
                      Zaalaos
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #18

                      Na twarzy nekrochemisty pojawiło się wyraźne niezadowolenie gdy tylko walka się skończyła. Jego alchemiczne granaty po raz kolejny zawiodły. O tyle o ile lód powodował spore uszkodzenia w podmiotach, to nie był wstanie uzyskać pożądanego spadku metabolizmu i wtórnego do tego spowolnienia prędkości poruszania się. Może zwyczajnie używał za mało reagentów? Będzie musiał poeksperymentować w wolnej chwili. Na czymś nieco lepszym niż skrzynki które były ostatnim celem.

                      Z rozmyślań wyrwał go Zod.
                      - Wszyscy są cali? Oh nie… Jin, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale twój ulubieniec chyba… jest martwy…
                      - Taki był zamysł wykorzystania go i jego poświęcenie zostanie zapamiętane. Pozwól że obejrzę twoje rany. - odpowiedział i szybko zbliżył się do wojownika. Pobieżne oględziny potwierdziły że trollowy wywar działał, na oczach nekromanty siniaki zadane przez roślinę bladły i się wchłaniały, ale z mniejszą prędkością niż powinny. Widać trollowy wywar przestawał działać, więc szybko przygotował kolejny, z wcześniej zabezpieczonych substancji.
                      - Wypij szybkim haustem. Ostrzegam że będzie paskudny, nie próbuj trzymać go długo w ustach. - ostrzegł i przeszedł do kolejnego rannego.
                      - Amos, pozwól że obejrzę twoje obrażenia. - zwrócił się do pirata. I tutaj był zadowolony z efektów, tkanki były niemal nienaruszone, ale po charakterystycznym łupaniu z tyłu swojej głowy czuł że była to w równym stopniu zasługa jego mikstur jak i jego magii. - Tobie też się przyda kolejna mikstura, proszę. - zwrócił się do woja, wciskając mu w dłonie kolejny wywar.

                      Ostatnim poszkodowanym był troll. Jin obejrzał zwłoki uczynione już ostatecznie martwymi i westchnął. Zombie były mało wydajnymi sługami. Będzie musiał zdobyć coś lepszego, ale to może poczekać. Szybkimi ruchami zaopatrzył pękającą od zgnilizny skórę wciąż "aktywnego" nieumarłego i spojrzał na towarzyszy.
                      - Ruszamy?

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SindarinS Niedostępny
                        SindarinS Niedostępny
                        Sindarin
                        Moderator Obsługa
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #19

                        Amos popełnił jeden błąd. Jak zwykle w życiu pirata, jedna pomyłka dzieli życie od śmierci. Zbliżył się za bardzo, zbyt szybko, zbyt pewnie. Dał się złapać z zaskoczenia i niemal został uduszony. Ponownie jedna szansa, jedna pomyłka dzieliła życie od śmierci. Próby uwolnienia się spełzły na niczym, dopóki uderzenie nie poluzowało uchwytu. Wyrwawszy się z uścisku, Amos uderzył ostatkiem sił podcinając przeciwnika i posyłając go w niebyt kolejnym uderzeniem. Odkaszlnął łapiąc oddech. Przyjął miksturę od Jina nadal łapiąc oddech.
                        - Idziemy - sapnął odzyskując nieco rezonu. Poprawił broń i rozejrzał się wokół. - Jak tylko sprawdzimy, czy nie kryje się tu nieco brzdęku. - dodał pirat.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SindarinS Niedostępny
                          SindarinS Niedostępny
                          Sindarin
                          Moderator Obsługa
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #20

                          Wyrwa w ścianie była zarośnięta pnączami, ale zerwawszy kilka, Zod mógł zajrzeć w ten gąszcz. Nie dostrzegł jednak żadnych zagrożeń – po drugiej stronie była tylko rozciągająca się na wszystkie strony dżungla. Pewnie dałoby się tędy wkraść do świątyni niezauważonym przez jaszczuroludzi, ale z drugiej strony skończyłoby się to zaskakującym spotkaniem z gnilcem.
                          W tym czasie pozostali zajęli się przeszukaniem pomieszczenia, w którym gnieździła się mordercza roślina. Musiała siedzieć tutaj od długiego czasu, gdyż posadzkę zdobiły kompletnie oczyszczone kości przynajmniej kilku humanoidów – zarówno jaszczuroludzi, jak i innych ras, w których Jin rozpoznał niziołka i półelfa. Ich ciała i ubrania zostały w większości zniszczone czy też przetrawione, ale wśród tych resztek udało się znaleźć parę skarbów: dwie fiolki z grubego szkła z korkiem ozdobionym małą tarczą, pełne gęstego niebieskiego płynu, a także parę glinianych, zręcznie rzeźbionych figurek.
                          Amos również miał szczęście, w zniszczonej szafeczce w kwaterach odnalazł piękny rzemienny naszyjnik, ozdobiony drobnymi fragmentami jadeitu. To, że kawałek rzemienia był w niemal idealnym stanie mimo leżenia przez dekady w takich warunkach wydało mu się na tyle podejrzane, że od razu pokazał go Edwardowi. Przerzucie go nie oszukało, naszyjnik okazał się być magiczny, wzmacniając ciało i umysł noszącego.

                          Niestety jednak, mimo tych znalezisk w pomieszczeniach nie było nawet śladu po pieczęci, która mogła im pomóc dostać się do zamkniętej części świątyni, dlatego też bohaterowie musieli udać się do południowej części kompleksu. Mijając kapliczkę zawierającą jedynie rząd ośmiu kolumn, przebili się przez gęstą ścianę pnączy i gałęzi, która osłaniała następne pomieszczenie.
                          To zaś prezentowało się co najmniej niezwyczajnie: długa sala z dwoma rzędami wąskich filarów, sięgającymi niemal powyżej murów świątyni. Były ich łącznie cztery pary, a każdą z nich łączyły na szczycie wiązki czerwonych nici, trzymające się doskonale mimo takiej pogody. Zwisały z nich dziesiątki dzwoneczków i gwizdków, grających cichą melodię, która przy tym wietrze powinna być zdecydowanie głośniejsza. Zod mógłby też przysiąc, że słyszy jakieś ciche głosy, jakby modlitwy?
                          Nie tylko dzwonki zwracały uwagę – na podłodze pod nimi walały się dziesiątki kości, białych już ze starości.

                          - Ughh… A może mają tu gdzieś drugiego gnilca - niby-zapytał Zod - z którym można by walczyć zamiast przez to badziewie przechodzić?
                          Wielkie diablę schyliło się chwytając kawał gałęzi, długo wycelował, umyślnie dając drużynie czas na protest i miotnął drewnem głęboko pomiędzy kości.
                          -Raczej nie - odpowiedział Jin, obserwując łuk jaki pokonał kawał drewna nim z klekotem wylądował między kośćmi - To mi raczej wygląda na umyślne śmierci. Kości ofiar?
                          Jeśli tak było, to musiały być bardzo stare i naruszone przez czas, bo gdy rzucona przez Zoda gałąź spadła na nie, dało się słyszeć trzask ich łamania. Nic się jednak nie wydarzyło, jedynie te ciche głosy na moment się wzmogły.
                          Zod wstał z kucków, niezadowolony. Preferowałby aby kości powstały i była to kolejna walka. W walce dobrze się czuł.
                          - To jest głupie… - szepnął niby do siebie, ale tak naprawdę tłumacząc się przed drużyną z zamiarów.
                          - Hej! - podniósł głos, tak aby teoretyczne duchy, wydające te odgłosy, mogły go wyraźnie usłyszeć - Jestem Zod! To jest Jin, Amos i Edward! Jesteśmy przyjaciółmi plemienia Dzieci Bagien! Jesteśmy na misji by uwolnić je od heretyka! Aby to zrobić potrzebujemy jadeitowych pieczęci! Pierwszą już mamy, dobrowolnie, w dobrej wierze nam wręczoną przez samą przywódczynie Shathvę! Prosimy o prawo przejścia!
                          Odpowiedzią był jedynie niezmieniony dźwięk dzwonków i ciche głosy. Jin zaczął powoli dochodzić do wniosków, że mogą tu mieć do czynienia z podobnym zjawiskiem nawiedzenia co to, na które natknęli się w forcie. To jednak musiało istnieć już dziesiątki, jeśli nie setki lat.
                          - Warto było spróbować - wzruszył ramionami Amos. - Trzeba ruszać, im szybciej weźmiemy pieczęć tym szybciej zakończymy tę przygodę i wrócimy do rozwalania czaszki tego całego Mówcy Słońc. -
                          Zod zagryzł język pod maską.
                          - Spróbujmy jeszcze raz. Ale tym razem w smoczym…
                          - Myślisz że duchy nie czują intencji, a czekają na słowa? - spytał półork luźno kręcąc młynki to jedna, to drugą bronią. W zasadzie było mu obojętne co odpowie Zod. Nie interesowało go kompletnie w co wierzy zamaskowany brzydal. Był zły na siebie za ostatnią walkę, co próbował zamaskować luzem. Tak napad to nie podobała mu się ta świątynia, ani ta cała sytuacja. Wolałby od razu przejść do rzeczy, ale jeśli prośba do tego przeklętego miejsca miałaby przyspieszyć odnalezienie pieczęci, był gotów spróbować.
                          - A bo ja wiem czy po śmierci bym się poliglotą stał? - wzruszył Zod ramionami - Jeszcze tam nie byłem. Najpewniej nic to nie da, ale nic nie tracimy próbując… Jin, czyniłbyś honory? Mój smoczy trochę leży…
                          Jin posłusznie powtórzył słowa diablęcia w pięknym akademickim smoczym i czekał przez chwilę na efekt, ale raczej się go nie spodziewał - i słusznie, żadnych efektów nie było. Zwłoki i kości były antyczne, dawni mieszkańcy tej okolicy raczej nie posługiwali się tym językiem.
                          - Wygląda to na stare nawiedzenie. Dziesiątki dusz które zakończyły tutaj swój cielesny byt i ruszyły na sąd Pharasmy nasyciły to miejsce mroczną energią. Mam pomysł. Obwiążcie mnie liną, ja wejdę do środka i przeszukam pomieszczenie, a gdybym uległ opętaniu wyciągnięcie mnie i unieruchomicie dopóki nie dojdę do siebie. - zaproponował Jin.
                          Półork wzruszył ramionami, ale wyciągnął linę. Spętanie nekrochemika było zbyt kuszące by sobie odmówić.
                          Gdy solidnie (może nawet nieco za mocno) przewiązany Jin minął pierwszą linkę z dzwonkami, rozpętało się istne pandemonium. Wiatr zawył potępieńczo, sekundę później zagłuszyły go ciche wcześniej głosy, które teraz zmieniły się w prawdziwą kakofonię krzyków, pełnych przerażenia i cierpienia. To wszystko trwało moment, a punktem kulminacyjnym było uderzenie jednego, potężnego dzwona. Gdy ten głos przebrzmiał, zapanowała cisza, lecz nie spokój. Amos, Edward i Jin czuli się okropnie - całą trójkę zaczęło gnębić potworne uczucie wstydu z powodu wielkiego błędu, jaki popełnili, nieświadomie zdradzając wiarę w Gozreha. Żal i wyrzuty sumienia, mimo że wyraźnie nie ich, nie odpuszczały, kompletnie odbierając im wiarę w siebie. Jedynie Zod zdołał odepchnąć od siebie te emocje, zachowując siłę ducha.
                          Upadając na kolana, alchemik zauważył, że wśród kości (ewidentnie należący do ludzi i im podobnych ras) leży niesamowicie zniszczony notatnik. Jedynie ostatnia strona, napisana we wspólnym, była czytelna:
                          “Chitauli nas zdradził, sprzedając nasze dusze Pani Wszystkich Wiatrów, a teraz chowamy się niczym szczury w domu, który sami zbudowaliśmy, spotykając się tylko by radzić, jak je odzyskać od tego, który poprowadził nas do tej zapomnianej dżungli. Jesteśmy złamani i czuję, że nasze dni są już policzone. Gozrehu, odnajdź w swej nieskończonej słuszności chęć by oszczędzić nasze dusze, zniszczone przez pychę i ślepotę - brak mi odwagi, by przebaczyć samemu sobie za moje grzechy.”
                          Amos opuścił ramiona. Nie potrafił nazwać tego co czuł. Było to obce… nie jego. Chciał coś powiedzieć, może zakwestionować ich działanie, ale było to na tyle sprzeczne z jego naturą, że otworzył jedynie usta. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Stasi tak przez chwilę niczym w zawieszeniu kontemplując swoją sytuację.
                          Alchemik, podobnie do Amosa został przytłoczony siłą skumulowanego tutaj żalu. Była to jedna sytuacja gdy nie był zadowolony z tego że miał rację. Z trudem, trzęsącymi się dłońmi wyjął zdobyty święty symbol Gozreha i zaczął w myślach szukać odpowiedniej modlitwy, zarówno do Pani Burz, jak i do Szarej Pani, by ulżyć czekającym tu duszom. Bez trudu znalazł odpowiednie wersety, a wypowiadając je czuł, jak przytłaczające wyrzuty sumienia łagodnieją, lecz nie do końca. Udręczone dusze wciąż tu były, przywiązane do swoich doczesnych szczątków, porozrzucanych w kompletnym nieładzie.
                          - Trzeba będzie ich pochować. - zwrócił się do towarzyszy, stojąc wśród kości - Biedacy dali się nabrać na machinacje jednego z złych lordów żywiołów i podejrzewam że Daruthek również padł ich ofiarą. - dodał unosząc notatnik, po czym zaczął przetrząsać kości, starając się przy tym ułożyć je w kompletne zwłoki.
                          - Czy pozwolą nam przejść bez pochówku? - spytał pirat. - Moglibyśmy poprosić jaszczuroludzi o odpowiedni obrządek. -.
                          - Myślę że tak, ale nie będzie to łatwe. Siła ich żalu jest przytłaczająca, a jaszczuroludzie nie znają odpowiednich obrzędów. Zrobię to jak skończymy z mówcą.
                          - Ruszajmy zatem. - półork machnął szablą i ledwo powstrzymał się by nie smagnąć sznurem do którego był przywiązany Jin niczym lejcami.
                          - Przywódczyni mówiła, że tutaj nie wchodzą - zauważył Zod, na którego skowyt w większy sposób nie wpłynął. Nieokreślone poczucie winy od dawna próbowało go w grunt wgnieść i jakby nie nauczył się z nim żyć, to dawno by pod nim skończył. - To będzie na naszej głowie, ale potem zostawimy Dzieciom Burzy instrukcje, dobrze? Na wypadek jakby z Mówcą nie poszło po naszej myśli. - na co Jin pokiwał głową zgadzając się z diablęciem i ruszył dalej, szukając kolejnych wskazówek. Nie zdziwiłby się gdyby gdzieś w okolicy zwłok znaleźli poszukiwany przedmiot. Tym razem jednak jego podejrzenia okazały się błędne - mimo dokładnego przeszukania kości, bohaterowie nie znaleźli jadeitowej pieczęci.
                          Wciąż umęczeni poczuciem żalu, sprawdzili też następną komnatę. Było to niewielkie pomieszczenie, puste, jeśli nie liczyć drobnego gruzu zalegającego na podłodze oraz dwóch naturalnej wielkości posągów o rysach wygładzonych przez lata ekspozycji na warunki pogodowe. Widać było wciąż, że przedstawiają postać kobiety i mężczyzny, zapewne obrazując dualny, męski i żeński aspekt Gozreha. W północnej ścianie osadzono kamienne drzwi, oddzielające najpewniej ostatnie pomieszczenie w nadziemnej części świątyni. Tam musiała znajdować się pieczęć…
                          No chyba, że Mówca zabrał ją ze sobą do podziemi, a wtedy nie mieli już szans go powstrzymać. Nie tylko Pridon’s Hearth, ale też całe plemię Song’O czekała niechybna zagłada w obliczu burzy, którą Daruthek chciał zdewastować całą dolinę Koriru… Ciężko było powstrzymać się przed takimi myślami (a może to tylko wpływ duchów, wlewających w ich serca poczucie beznadziei?).
                          Amos przyjrzał się bliżej drzwiom starając się wyłapać potencjalne pułapki i mechanizmy otwarcia. Im dłużej tu przebywał tym mocniej miał ochotę rozbić komuś nos. Mechanizm otwarcia był prosty - wystarczyło je pchnąć. Pułapek nie dostrzegł, ale usłyszał za to trzaski dobiegające z drugiej strony drzwi, jakby wyładowania?
                          - Wyładowania? W zamkniętym pomieszczeniu? Zapewne magia. Czy ktoś ma coś chroniącego przed prądem? -
                          - Coś znaleźliśmy w którymś momencie… - kojarzył Zod nieprecyzyjnie - Nie zużyliśmy tego w czasie walki ze smoczydłem tam na statku?
                          - Klejnot odporności na elektryczność, tak zużyliśmy. Ale między moją ochronna magią i wywarami nie macie się czego obawiać, rany się momentalnie zagoją. - wtrącił Jin, wyplątując się z lin którymi obwiązał go pirat. - Chyba że Edward może rozproszyć magię?
                          Czarodziej pokręcił głową - Mógłbym osłabić czarującego, ale kompletne wyłączenie magii jest poza moim zasięgiem - stwierdził zrezygnowany.
                          - Panowie przodem. - powiedział Jin, wyjmując swoje narzędzia chirurgiczne.
                          Półork otworzył drzwi. Za nimi znajdowała się komora na planie kwadratu, w której centrum ustawiono sięgający kilku metrów wysokości masywny obelisk, wykuty z pojedynczego bloku zielonkawego kamienia. Z jego stożkowego szczytu w niebo wysuwał się skorodowany żelazny pręt, kiedyś zapewne długi, a teraz ułamany ledwie metr wyżej. Od niego zaś rozciągały się pokryte rdzą łańcuchy, sięgające aż do podłogi u podstawy obelisku, przytwierdzone do niej mniejszymi prętami. Tam też spoczywał szkielet w drewnianej masce, ściskając w kościstej dłoni jeden z odgromników, a drugą przyciskał do klatki piersiowej brakującą jadeitową pieczęć.
                          Większą uwagę zwracało jednak coś innego - wokół obelisku i łańcuchów wciąż przeskakiwały ogromne wiązki elektryczności. Gdy tylko Amos pojawił się w drzwiach, zamarły na ułamek sekundy, a następnie uniosły się w powietrze, przyjmując formę parumetrowej długości węży, składających się z błyskawic i wyładowań.Zanim bohaterowie zdążyli zareagować, trzy z nich pomknęły w ich stronę, rozciągając się niczym poziome pioruny. Amosowi udało się odepchnąć dwa z nich, przypłacając to porażeniami, ale ostatni przebił się, przelatując na koniec pomieszczenia i osmalając kapelusz Edwarda, który w ostatniej chwili odskoczył.
                          Zod szarpnął się, próbując przezwyciężyć zbytnią bliskość kompanów dla jego preferowanych - zamaszystych - ciosów, ale gdzie nie drzwiami, tam oknem… Nawet jeśli on nie był w stanie poważnego zamachu wykonać w tym ścisku i nagłości sytuacji, to jeden z węży dał się trafić, z niespodziewaną u niego uprzejmością, dodając swoją własną prędkość do momentum wielkiego kawałka stali, które Zod nazywał “toporem”. Nierówno rozcięte dwa kawałki węża uderzyły w ścianę po drugiej stronie pokoju, gdy szybko umierająca bestia nie potrafiła dokończyć manewru…
                          Półork stanął na drodzę elektrycznych, latających węży blokując przejście. Poczuł trzy mocne wyładowania, które przeszły przez broń na ręce i potem całe ciało powodując chwilowe skórcze. Amos jednak był wytrzymały ponad to co mógł zaoferować przeciwnik. Dwa z węży zatrzymały się na dwóch broniach, trzeci przeskoczył ponad. Wkurzony nie na żarty pirat splunął po czym przystąpił do ataku. Nie udało mu się dowiedzieć nic konkretnego o przeciwnikach, ale wiedział że latają i rażą prądem. Skupił się więc na jednym wrogu i zasypał go gradem ciosów. Ostatni z żywiołaków pomknął w stronę drzwi, szybkim uderzeniem wytrącając Amosa z równowagi, by zaraz potem również zmienić się w błyskawicę i przemknąć obok niego za plecy Edwarda.

                          Nekrochemista odskoczył od trzaskających, żywych piorunów i wypluł z siebie nieumarłego, tak aby ten odgradzał go od głodnej elektryczności. Bezrozumny troll zamachnął się na żywiołaka, ale spudłował z kretesem.
                          - Grupa, wytrwałość, obrona! - wyskandował, roztaczając dookoła towarzyszy swoją ochronną magię.
                          Edward postanowił trzymać się jak najdalej od zagrożenia i z pomocą krótkiej inkantacji przeteleportował się bliżej Jina, a co ważniejsze, za plecy jego nieumarłego sługi. Zaraz potem rzucił kolejne zaklęcie, posyłając w stronę obelisku kulę kryształu, która eksplodowała, raniąc walczące z Amosem żywiołaki. Te mimo ran dalej zawzięcie atakowały półorka, obijając go dość mocno, jednak dzięki kuracjom alchemika czuł się wciąż w pełni sił. Rąbnięty zodowym toporem wąż pchnął jeszcze wojownika, ale nie starczyło mu sił na poważny cios i rozpłynął się, gdy tylko Zod odepchnął go tarczą.
                          Półork zaparł się nogą o framugę drzwi i skoczył do przodu wirując ostrzami. Przemknął obok zaskoczonych węży, odwrócił się i wymierzył dwa mocne ciosy w upatrzonego wroga, ciągnąc szablą wzdłuż ciał dwóch węży, a zaraz z ich drugiej strony nadchodziły straszliwe ciosy Zoda, któremu właśnie Amos zwolnił do nich dojście we framudze. Wąż zdołał się wywinąć, unikając głównego impetu, ale nie wyszedł z tego bez szwanku. Odwinął mu się za to, uderzając ogonem, ale rażące prądem szczęki nie dały rady przebić zbroi.
                          Jin szybkim ruchem wyjął jeden z swoich lodowych granatów i cisnął nim w przeciwnika. Metalowa otoczka zadziałała tutaj jak samonaprowadzający pocisk, ściągnięta polem magnetycznym żywiołaka trafiła idealnie w jego środek, a detonacja rozerwała na kawałki magię która utrzymywała formę węża, zostawiając po sobie tylko garść kryształów lodu. Wierny nieumarły w tym czasie rzucił się na ostatniego “stojącego” oponenta, ale płynna forma żywiołaka pozwoliła mu z łatwością uniknąć ciosu nieporadnego trolla.
                          Wytrzymawszy kolejne ciosy żywiołaka, Amos splunął, wywinął młynka szablą po czym uderzył toporem w ostatniego przeciwnika. Uderzenie trafiło w nasadę czaszki. Silnym pociągnięciem, pirat pociągnął wijącego się przeciwnika w dół jednocześnie kreśląc szablą potężne cięcie od dołu. Zanim jeszcze przeciwnik upadł na ziemię, szabla przecięła jeszcze raz skórę węża przecinając go na pół.
                          Gdy kurz bitwy opadł, w pomieszczeniu zapanował spokój, wypełniony zapachem ozonu i lekkim swądem spalenizny. Zabierając jadeitową pieczęć z kościstej dłoni, bohaterowie zauważyli, że wśród ledwie trzymających się kupy ubrań szkieletu znajduje się także solidny skórzany pas, wciąż świetnie utrzymany.

                          Mając obie części pieczęci, zgodnie ze słowami jaszczuroludzi, drużyna mogła zejść do podziemnej części świątyni Pasterzy Burz i w końcu skonfrontować się z Mówcą Bagien, chcącym zesłać na te tereny burzę tysiąclecia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZaalaosZ Niedostępny
                            ZaalaosZ Niedostępny
                            Zaalaos
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #21

                            Znaleźli to czego szukali, jednak Jin odczuwał wewnętrzny niepokój. To wszystko było zbyt łatwe. Strażnicy w tej części ruin ledwie stanowili wyzwanie, a jednocześnie byli na tyle niebezpieczni i byli na tyle blisko jaszczuroludzi że ci dawno powinni ich wyeliminować dla własnego bezpieczeństwa. Coś tu śmierdziało. I możliwe że nie były to zwłoki jego nieumarłego sługi, który w swoim pozbawionym inteligencji automatyzmie tłukł na proszek pozostałości po elektrycznych wężach.
                            - Dość. - warknął Jin, odcinając dopływ nekrotycznej energii, a troll momentalnie zmienił się z groźnego nieumarłego w zwykłe zwłoki. Szybko wchłonął jego ciało i obrócił się do towarzyszy.
                            - Mam złe przeczucia. Ale myślę że mogę zwiększyć istotnie nasze szanse, potrzebowałbym jednak większości zdobytych przez nas metali szlachetnych. Srebro w pewnych konfiguracjach ma zdolność zakrzywiania i niwelowania magii, gdybyście dali mi kilka godzin, z pomocą Edwarda, mógłbym przygotować kilka ochronnych amuletów. W tym czasie moglibyście dać odpoczynek zmarłym.
                            Jin odczekał chwilę dając towarzyszom szansę na odniesienie się do jego słów, nim ruszył w kierunku pomieszczenia w którym wcześniej panowała mordercza roślina. Potrzebował czasu i przestrzeni.


                            Początkowym etapem było przygotowanie stosownych wzorów. Po analizie magii którą do tej pory prezentowali jaszczuroludzie doszedł do wniosku że użycie czegoś o prostym, lecz solidnym geometrycznym wzorze będzie odpowiednie. Wedle prac najtęższych umysłów świata najlepszym wzorem byłby wiecznie zapętlający się, spiralny fraktal, ale to była czysta teoria, niemożliwa do przygotowania w warunkach i ograniczeniach planu materialnego. Ale nie oznaczało to że nie powinien spróbować się do niego zbliżyć.

                            Kolejnym etapem było przetopienie samego kruszcu i przygotowanie odlewów. Te ostatnie nie były trudne. Drogocenne figurki które niedawno zdobyli były wykonane z dobrej jakości gliny. Starczyło je potłuc, sproszkować i podlać odrobiną wody. Sam kruszec stopił w moździerzu, nad palnikiem z alchemicznym ogniem, po czym zaczął wypełniać przygotowane formy, uzyskując pożądane kształty.


                            Jego pierwszy amulet był całkowicie bezużyteczny. Próbował przepuścić przez niego nekrotyczną magię, ale skończyło się to natychmiastowym zczernieniem srebra, a chwilę później metal zwinął się w sobie jak wysuszony kwiat.

                            Drugi poradził sobie trochę lepiej. Wytrzymał kilka sekund pod strumieniem energii, nim zaczął puchnąć i wybrzuszać się, po czym powietrze wypełnił niepokojący dźwięk, podobny do tego jaki wydaje strzała w locie. Sekundę później Jin poczuł jak świeża krew spływa mu po policzku.

                            Kolejne nie były lepsze


                            Po dwóch godzinach pracy Jin zaczynał czuć irytację. Wiedział że jego pomysł był trudny w wykonaniu, nie było to też nic z czym nie mógłby sobie poradzić, ale nie miał czasu na przyjemności. Nie miał czasu na trwające miesiące eksperymenty i szukanie odpowiedniego wzoru do magii stosowanej przez Darutheka i jego podkomendnych. Nie wspominając nawet o tym że nie widział tej magii na swoje oczy. Miał podejrzenia, ale równie dobrze mogło się okazać że ten czerpię energię w inny sposób. Nie miał możliwości przygotowania stabilnego…

                            Stabilnego? Nie potrzebował niczego stabilnego, wręcz przeciwnie. Potrzebował czegoś co mogło się adaptować do różnych magicznych energii, czegoś delikatnego i efemerycznego, co wygnie się lecz nie złamie. Nie musiał blokować magii całkowicie. Starczyło że “wygnie” jej cel, "przesunie" ognisko lub “wypaczy” język na bazie którego działała. Bo magia ostatecznie była tylko kolejnym językiem, a Jin znał ich wiele.


                            Jego ostateczny projekt był elegancki w swojej prostocie. Seria kwadratów zawieszonych jeden w w drugim na cienkich niciach. Zewnętrzny obrys stanowił soczewkę, skupiającą magię. W zależności od rodzaju magii która będzie przepływać w jego wnętrzu stosowne nici powinny się skrócić, lub wydłużyć, przesuwając wewnętrzne kwadraty, tak aby te przeciągały punkt efektorowy zaklęcia w przestrzeń w pewnej odległości od użytkownika. Oczywiście każde zaklęcie sprawi że materiał będzie poddawany naprężeniom, aż ostatecznie pęknie, jak drut który po kilkunastu zgięciach staje się delikatny. Ale to nie był duży problem. Zwyczajnie będzie musiał pęknięty fragment na nowy.

                            Dodatkowo do srebra z którego wykonany był wewnętrzny kwadrat dołączył sproszkowane perły, znane z swoich oczyszczających właściwości. Nawet jeśli magia nie zostanie przesunięta daleko, to mogła zostać rozłożona na swoje czynniki pierwotne, surową energię, która nie chciała niczego bardziej jak rozproszenia się w dostępnym medium. A powietrze miało niemal nieograniczone możliwości kumulowania energii.

                            Przynajmniej taka była teoria.


                            Po przygotowaniu ochronnych amuletów, Jin poświęcił swój czas na uzupełnienie zapasów materiałów wybuchowych. Przygotował nowe granaty, modyfikując nieco recepturę. Dodał sproszkowany magnez i krztynę wyciągu z korzenia mandragory, ekspotencjalnie zwiększając głośność i jasność eksplozji. Wystarczająco by kogoś nieprzygotowanego pozbawić słuchu i wzroku na kilkanaście sekund.
                            Resztki przetopionego srebra sproszkował i dodał do kilku z tych granatów, wyrywając na osłonkach runy w smoczym “Magia. Koniec. Kontrola.” - głosiły, a Jin czuł jak od samego trzymania ich w dłoniach jego źródło nekrotycznej energii zamiera w bezruchu. Kolejne narzędzie do walki z magiem.

                            Usatysfakcjonowany ruszył do towarzyszy, w równym stopniu z niecierpliwością jak i niepokojem. Czuł że to może być koniec ich podróży. W ten czy inny sposób.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • ArveeA Niedostępny
                              ArveeA Niedostępny
                              Arvee
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #22

                              Zod czuł się… lepiej.

                              Dopiero teraz docierało do niego co zrobił. Pamiętał lekcje Vrana. Pamiętał je i wykorzystał… i to on wynegocjował ten pokój. Nie Amos, nie Edward, definitywnie nie Jin. Wszyscy oni mieli swój udział w dotarciu tu i w żadnym razie nie podważał, że bez nich sam nie miałby szans… ale jakimś dziwnym żartem negocjacje spadły na niego. Diablę co boi się własną twarz pokazać. I dał radę. Dał, cholera, radę.

                              I uratował tym oba ludy od wojny. Uratował dziesiątki żyć. Może setki lub tysiące…

                              Opierał się barkiem o kamienną ścianę i obserwował z oddali jaszczuroludzi gdy Jin tworzył swoje amulety, a reszta odpoczywała. Sprawiało mu satysfakcję oglądać normalne życie jaszczuroludziach nie-wojowników. Cywilów. Dzięki niemu właśnie odeszło poważne zagrożenia, które wisiało nad ich szyjami. Zagrożenie w postaci, między innymi, zodowego topora… bo w czasie wojny wielu z nich stanęłoby do walki.

                              Opuścił głowę chłonąc wrażenie. Uśmiechając się, nawet jeśli czysto mentalnie, bo pseudo-chitynowy pysk na to nie pozwalał. W tej krótkiej chwili… czuł się ze sobą dobrze i chciał zapamiętać to uczucie.
                              - Ty. Dobry… chce?
                              Podniósł wreszcie spojrzenie i dostrzegł przed sobą jaszczura. Chyba samicę, ale nie był pewny na ile głos i sylwetka oznaczały to samo co miękkoskórych. Pytała w bardzo łamanym wspólnym i wyciągała nieco przed siebie drewnianą tacę z paroma połówkami owoców, kawałkiem mięsa i kilka tłustymi owadami.
                              - Możemy… spróbować w smoczy - odpowiedział Zod, nieporadnie składając głoski w tymże języku, gdy sięgał po grubą larwę czegoś dużego
                              - Mówisz po naszemu?
                              - Dawno mówiłem. Dłużej nie ćwiczyłem. Zupełnie mało dla rozmowy z wodzem. Z Edwardem trochę… powtarzał w wolny czas, ale mało - wyjaśnił łamanie i włożył larwę pod maskę. Zgryzł ją i silnym językiem rozsmarował na podniebieniu. Nie smakowała źle.
                              - Mówisz bardzo dobrze. Jestem Basheba.
                              - Ja Zod. Usiądź…iemy? - zapytał czując się niezręcznie, z tacą jedzenia wciąż wyciągniętą do niego.


                              Rozmowa była niezręczna i na swój sposób dziwna, ale pomiędzy łamanym smoczym Zoda (w którym nabierał coraz więcej pewności) a niejasnymi regułami co Bathsheba mogła powiedzieć, a co nie aby nie złamać praw plemienia udało im się znaleźć dla siebie zrozumienie i cierpliwość

                              Od słowa do słowa, pomiędzy kolejnymi kęsami i nieudanymi żartami zaczęli się sparingować. Powoli. Bardziej prezentowali sobie, w kontrolowanych warunkach, jak walczy się z kimś takim jak sparing-partner. Zod nie był pewny czy Bathsheba nie chce w ten sposób ominąć praw plemiennych i wspomóc go w walce z Mówcą i jego zwolennikami… ale jeśli tak to spełniało to swoją rolę. To było zupełnie inne doświadczenie niż aktywna walka o życie. Na spokojnie dostrzegał znacznie więc otwarć i problemów oraz przewag jakie dawała im inna anatomia. To definitywnie dało się wykorzystać…


                              Zod z Amosem i Edwardem zebrali kości. Jin był zajęty tworzeniem amuletów, ale wiedzieli już jakim sposobem powinni pożegnać zmarłych. Jaszczuroludzie dziwnie patrzyli gdy obcy wynosili stare kości z przeklętej części świątyni, ale gdy im wyjaśniono nie oponowali w żaden sposób. Oni rozumieli potrzebę obrządku.

                              Wykopanie mogiły zajęłoby czas. Wiele, wiele czasu, ale szybko dołączyło do nich blisko pół tuzina Dzieci Burz, z chęcią, werwą, a co najważniejsze… narzędziami i wiedzą, gdzie ziemia będzie wdzięczna.

                              Wciąż pół godziny zajęło kopanie wystarczająco głębokiego dołu, a poprawne ułożenie szczątków kolejne.
                              - Wasza droga się skończyła… - zaczął Zod, wciąż do końca nie rozumiejąc jakim sposobem został mistrzem ceremonii. Shimye-Magalla… Podniebny Ojcze i Ty Która Prowadzisz Wiatry i Fale… przyjmij swych ludzi i poprowadź ich na Drugą Stronę. Posyłamy ich do ciebie wiatrem…
                              Zebranie na hasło wzięłam głęboki wdech i dmuchnęło symbolicznie na kości, wypełniając żagle prowadzące ich w zaświaty.
                              - Burzą…
                              Cztery wiadra słonej wody oczyściły ich z doczesnych grzechów i cierpień.
                              - I gromem…
                              Ryk który zrodził się, zdało się w sekundę, szybko rósł w mocy, gdy kolejni, zachęceni wspólnotą, dołączali do gromu ich gardeł, tupnięć i uderzeń broni w tarcze. Narastał on w mocy bardziej i bardziej, aż urwała go wzniesiona pięść Zoda.
                              - Bracia. Siostry. Zbłądziliście w życiu, ale… - przerwał, bo nagle… poczuł to. I głos zechciał mu się zbuntować. Odkaszlnął by ukryć chwilę słabości i nagle podjął decyzję, że dalsze słowa będą jego, nie te należące do obrządku - … ale wybaczamy wam. Bo każdy zasługuje na drugą szansę, nie ważne jak plugawe by nie były wasze błędy, jak okrutne grzechy. Odnajdźcie w spokój, którego wam odmówiono.
                              Zamknął oczy i wziął głębszy wdech, gdy między uszami obijały mu się słowa… słodkie jak miód i bolesne jak grom jednocześnie.
                              ”To. Nie była. Twoja. Wina.”
                              - Ależ była… - szepnął ledwie do siebie, wiedząc doskonale, że ten cudowny głos kłamał i nie były to “dobre kłamstwa”. Choć wciąż nie wiedział co takiego zrobił, ale… z niepamięci wyrwała mu się sylwetka. Umierający mężczyzna, z zodowym toporem w plecach. Umęczone diablę wiedziało, że go zdradziło, gdy ten za nic by się tego nie spodziewał… Wyciągnął zaciśniętą pięść nad mogiłę.
                              - Matko… ojcze… zaopiekujcie się nimi i kochajcie ich jak my ich kochaliśmy.
                              Z pięści wysypała się ziemia, a gdy pierwsze jej ziarenka spadły na kości, osiem innych zostało wyciągnięte i otwarte.

                              Tym samym ceremoniał został ukończony.

                              Zostało już tylko ich zakopać.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SindarinS Niedostępny
                                SindarinS Niedostępny
                                Sindarin
                                Moderator Obsługa
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #23

                                Poświęciwszy kilka godzin na odpoczynek, zebranie sił i przygotowania, bohaterowie stanęli w końcu przed potężnymi wrotami z czarnego kamienia. Z bliska robiły wrażenie: wysokie, masywne, praktycznie gładkie, jeśli nie liczyć otworów na pieczęcie, kompletnie nienaruszone przez czas i warunki pogodowe. Zod miał wręcz wrażenie, że prędzej połamałby wszystkie narzędzia, niż zrobiłby w nich choć najmniejszą rysę. Do tego na szczęście nie musieli się uciekać, mieli jadeitowe pieczęcie, zdobyte siłą, sprytem i zaskakującym popisem dyplomacji.

                                Obie idealnie pasowały do swoich otworów, a gdy tylko zostały w nie wsunięte, wrota drgnęły, a następnie otworzyły się powoli. Za nimi znajdowała się najwyraźniej jedyna zadaszona komnata w całym kompleksie, osłonięta z góry wyglądającym na jednolitą masę blokiem granitu. To uszczelnienie sprawiało, że zdobiące jej ściany murale zachowały się w idealnym stanie. Wspaniałe, pełne jaskrawych barw malunki przedstawiały morskie i podniebne scenerie, pełne życia: wszechobecne ptaki i ryby uchwycono tak realistycznie, że wydawało się, że lada moment wyskoczą z obrazów i odlecą w dal. Wokół nich wiły się zaś linie nieznanego bohaterom pisma, otaczającego zwierzęta niczym wiry powietrza i morskie fale. Poza nimi wnętrze komnaty było puste, jeśli nie liczyć szerokich schodów prowadzących gdzieś głęboko w ciemność. Stojąc u ich szczytu, dało się usłyszeć odległy, a mimo to potężny szum i rumor burzy, dochodzący z głębi ziemi. To tam musiał być Daruthek i jego poplecznicy, i jeśli wierzyć odgłosom, pilnie pracował nad swoim planem ściągnięcia na deltę Koriru burzy stulecia.

                                text alternatywny

                                Schody prowadziły przez długi, liczący dobrze ponad sto metrów wykuty w skale tunel, cały czas opadając nieco w dół. Z każdym stopniem hałas i rumor narastały, by w pewnym momencie dojść do poziomu, w którym można było porozumiewać się tylko krzykiem. Powietrze zaś stawało się coraz wilgotniejsze i cieplejsze, aż drużyna dotarła do kilkumetrowego korytarza, w którym surowo ociosane ściany przechodziły w bardziej obrobiony kamień, oświetlony zawieszonymi na ścianie pochodniami, świecącymi mimo wiatru i wilgoci. Korytarz wychodził na pieczarę, w której widać było coś niesamowitego.

                                text alternatywny

                                Tak zapewne musiało wyglądać słynne Oko Abendego – tu jednak w nieco mniejszej wersji, zamknięte w ogromnej jaskini. Istna ściana chmur, wody, wiatru i błyskawic, wirująca z niesamowitą prędkością w jej centrum, sięgając od wzburzonej wody kilka metrów niżej aż do kopuły kilkanaście metrów nad głowami drużyny. Ten stacjonarny cyklon wypełniał niemal całe wnętrze jaskini, zostawiając tylko parę kroków wolnej przestrzeni i tak targanej niewiele słabszymi podmuchami wilgotnego wiatru. Bohaterowie, w moment przesiąknięci do suchej nitki, mieli trudność, by w ogóle ruszyć się z miejsca wbrew prądom powietrza. Huk burzy był wręcz niewyobrażalny, a po wszelkich metalowych elementach ich wyposażenia regularnie przeskakiwały drobne wyładowania. Zaś gdzieś głęboko we wnętrzu tej niesamowitej chmury burzowej dało się dostrzec unoszącą się w powietrzu platformę, na której przebywało kilka sylwetek.

                                Podest, na którym stali bohaterowie, chwiał się dość mocno, targany huraganowym wiatrem. Nie był to jednak efekt jakichś uszkodzeń konstrukcji – szybko skonstatowali, że w ogóle nie jest przytwierdzony do podłoża, zamiast tego unosząc się samodzielnie w powietrzu, podobnie jak platforma na środku. Tylko kilka zawilgotniałych lin, przywiązanych do haków po obu stronach wejścia, utrzymywało go w tym punkcie. Na lewo i prawo w ścianach jaskini były podobnej wielkości przejścia, z takimi samymi hakami na bokach.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SindarinS Niedostępny
                                  SindarinS Niedostępny
                                  Sindarin
                                  Moderator Obsługa
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #24

                                  Jin rozejrzał się po pomieszczeniu, z niemałą dozą podziwu podziwiając cyklon. Magia która go przywołała była potężna. Bardziej spektakularna niż cokolwiek co widział do tej pory, ale boczne korytarze i płynące z nich strumienie energii, które zauważył Amos, sugerowały że kimkolwiek były osoby odprawiające rytuał - nie miały dość siły by samodzielnie przywołać pożądaną burzę.

                                  - Sprawdźmy te korytarze! - krzyknął do towarzyszy, przedzierając się przez wiatr. - Amos masz linę?! Poślę trolla żeby nas potem przeciągnął! - to powiedziawszy cofnął się o dwa kroki i wypluł z siebie zwłoki, które szybko przygwoździł swoim ciężarem - Życie! Śmierć! Odwrócenie! Prędkość! Gniew! - wyskandował, a ciało uległo animacji. Zombie wbił szpony w twarde podłoże i czekał na dalsze instrukcje.
                                  Amos nie słyszał wiele w tym wichrze, ale domyślał się o co pytał Jin. Warto zobaczyć pozostałe korytarze przed atakiem. Wyjął linę i z obrzydzeniem przyglądał się temu co wyczynia nekrochemista. Był użyteczny ze swoimi zabawkami, to trzeba było przyznać, ale Amos nie mógł znieść tej części tego chyba człowieka, która babrała się w nieżyciu. Z zamyślenia o tym dlaczego jeszcze nie skręcił Jinowi karku wyrwało go szturchnięcie. Podał linę Dhisowi zastanawiając się na ile niewinnie mógłby wypchnąć go z platformy. Ostatecznie jednak będzie potrzebny, więc cofnął się próbując dostrzec oko cyklonu.

                                  Zod najchętniej by wykorzystał Edwarda i wteleportował się prosto w oko cyklonu by zacząć machać toporem na lewo i prawo… ale nie mógł odmówić, że zarówno oszczędzanie mocy jak i sprawdzenie bocznych pomieszczeń miało sens.
                                  Spojrzał jeszcze raz sylwetki w cyklonie.
                                  - Nikt nie gwarantuje, że oni też nas już nie dostrzegli… Edwardzie… bądź może gotów nas teleportować… na wypadek jakby jakieś problemy się pojawiły, dobrze?
                                  Sam uchwycił mocniej topór i obniżył nieco pozycję, na wypadek gdyby rzeczywiście został nagle teleportowany między wrogów.
                                  - Przejdź do tamtego haka po ścianie i zawieś na nim linę, używając tej pętli! Potem wejdź do korytarza i czekaj na instrukcje! Gdyby coś cię zaatakowało - zabij! - krzyknął nekromanta do zwłok. Po otrzymaniu rozkazu troll chwycił za linę i walcząc z wiatrem ruszył po ścianie jaskini we wskazanym kierunku. Był już tuż obok haka, gdy silniejszy podmuch oderwał go od pionowej powierzchni i obijając, posłał wprost do wirującej wody, a wyjątkowo paskudne, wypowiedziane w jakimś zapomnianym języku, przekleństwo wykwitło na wargach nekromanty, porwane w dal przez wicher.

                                  Zwłoki przez kilka chwil w swoim bezmyślnym uporze walczyły z nurtem, z mokrą skałą i wiatrem. Czy gdyby go tu zostawił to nieumarły próbowałby wykonać swoje zadanie? Stanąć w korytarzu i zabić wszystko co zaatakuje? Czy to z tego brała się agresja zmarłych? Z nieprzemyślanej komendy? Tak czy inaczej nie mógł pozwolić na to by niekontrolowany twór został tutaj po tym gdy skończą swoje zadanie. Jin przymknął na chwilę oczy, znalazł nic nekrotycznej energii biegnącej od jego wnętrza do ciała trolla i przeciął ją jedną myślą. Troll oklapł, puścił linę i już po chwili znalazł się pod powierzchnią wody.
                                  - Macie inny pomysł?! - wywrzeszczał w uszy towarzyszy.
                                  - Dobra próba - kiwnął głową wielki Zod. Zawsze lepiej by to nieumarły tam zleciał - Edwardowe teleportacje do bocznej sali?
                                  Zmrużył oczy pod maską.
                                  - Mam pomysł! - krzyknął do drużyny - Ale nie jestem jego pewny! Edward, bądź gotów nas teleportować jakby okazał się on głupi!
                                  Zod podszedł do lin od nawietrznej. Uderzył jedną z nich trzonkiem topora, oceniając napięcie… Podszedł na zawietrzną i znów sprawdził naprężenie. Było… mniejsze. I zdawały się łatwe do odwiązania. Opuściół wzniesiony już do uderzenia topór i pochylił się.

                                  Jedna lina odwiązana. Za nią druga. Te były luźne. Przeszedł na drugą stronę po platformie, która drgnęła lekko. Spojrzał na Edwarda i kiwnięciem głowy dał mu znać, że to właśnie moment gdy może zacząć się walić. Odwiązanie tych lin było trudniejsze, bo były napięte, ale nie aż tak bardzo jakby się spodziewał…
                                  Minęło parę pełnych napięcia sekund, po których platforma ruszyła się. Powolnym, spacerowym tempem zaczęła przesuwać się wzdłuż ściany jaskini, pchana przez wichurę. Kilka chwil później znaleźli się już u wylotu kolejnego tunelu - po obu jego stronach znajdowały się haki podobne do tych, od których Zod odwiązywał liny.
                                  Przeskoczenie na stabilny grunt nie było problemem - platforma zatrzymała się, ale ciężko było stwierdzić, na jak długo.

                                  Zod już w trakcie zdał sobie sprawę, że powinien był odwiązać linę od haków na ścianie, a nie od platformy… i był zadowolony, że podjął się mniej destruktywnej opcj. W pośpiechu wyciągnął ze swego plecaka własną linę… gdy platforma przepływała obok haka szybko zawiązał prosty węzeł…
                                  Gdy platforma się zatrzymała tylko ułatwiło to dobór odpowiedniej długości. I tak zawiązał linę, bo nie wierzył by platforma był tu już na stałe. Wyprostował się zadowolony. Oszczędzanie magii przed walką z Mówcą jest warte zachodu.
                                  - To było odważne. Ale efektywne. - stwierdził Jin, wchodząc do korytarza gdzie wicher był “nieco” cichszy. Wyjął z bandoliera cztery mikstury w opalizującym zielono-srebrnym kolorze. Rozdał je towarzyszom. - Sugeruję szybko przełknąć, nie smakujcie. Poprawiłem nieco recepturę, powinny nas obdarzyć trollową regeneracją na dłuższy okres czasu. Grupa. Obrona. Wytrwałość. - zwrócił się do drużyny, kończąc wywód ochronnym zaklęciem.

                                  Przeczucie Zoda okazało się słuszne, gdyż po kilkunastu sekundach platforma drgnęła jakby miała ruszyć w dalsze okrążenie, w stronę tunelu na południu. Ten zaś wyglądał na kompletnie zasypany gruzem. Cokolwiek wywołało ten zawał, musiało także wyrwać widoczną stąd sporą dziurę w ścianie jaskini parę metrów poniżej.
                                  Bohaterowie jednak skupili się równo obrobionym kamiennym tunelu, przy którym zatrzymała się platforma. Z jego wnętrza wiał niewiarygodny ziąb, niczym podmuch wiatru z dalekiej północy Avistanu – im głębiej, tym było zimniej. Wszystko było pokryte warstwą lodu sprawiającą, że każdy nieostrożny krok wiązał się z ryzykiem upadku. Krótki korytarz wychodził na szerszą komnatę przypominającą nieco kaplicę. Była niemal pusta, jeśli nie liczyć dwóch posągów ustawionych po obu stronach drugiego wyjścia, idealnie naprzeciwko wchodzących bohaterów. Wyglądały …dziwnie, tak jakby ktoś przerobił, wykorzystując magię i toporną rzeźbiarkę, istniejące wcześniej statuy tak, by kompletnie zmieniły swój wygląd. Ich poprzedni kształt ciężko było wywnioskować, zaś obecny został rozpoznany przez Jina.
                                  Chuda, żylasta kobieta opasana delikatnym, przejrzystym szalem była Hshurhą, Panią Wszystkich Wiatrów, zaś wyprostowana smocza figura z widocznymi skrzelami przedstawiała Kelizandriego, Morskiego Imperatora. Oboje należeli do Lordów Żywiołów, małego i niezbyt znanego panteonu półbóstw reprezentujących mroczne i złe aspekty wszystkich żywiołów.
                                  Gdy nekrochemik przyglądał się posągom, Amos i Zod zauważyli inną ciekawostkę w pomieszczeniu. Znajdujący się jakieś dwa metry nad ich głowami oblodzony sufit okazał się być jedynie lodową barierą, nad którą znajdowała się dalsza część tej komnaty.

                                  - Złośliwe bóstwa, nie cieszące się niczym bardziej jak śmiercią i zniszczeniem wywołaną przez im poddane żywioły. Nie będę wypowiadał ich imion, w miejscu im poświęconym mają moc. - stwierdził Jin, podchodząc do posągów, starając się nie zaliczyć przy tym spotkania z podłożem. Ciekawe co przedstawiały oryginalnie? Ich polarne przeciwieństwa, dobrych lordów? A może Gozreha?
                                  - Jeśli miałbym gdzieś ulokować pułapkę to byłoby to tutaj. - dodał wskazując statuy, i przypatrując się uważnie im i ich okolicy. Nie dostrzegł jednak w pomieszczeniu niczego, co wyglądałoby bardziej podejrzanie.
                                  - Spieszmy się, zanim się wyziębimy - powiedział Amos. Sufit prosił się o mocne uderzenie, niestety wyglądał na zbyt wysoki żeby można było tam sięgnąć toporem. Wyjął pistolet.
                                  - Zobaczymy co skrywa się za tym lodowym stropem? - spytał Edwarda.
                                  - Dawaj - odpowiedział Zod, który przerwał rozmyślania w jaki sposób miałby jednak sięgnąć sufitu. Jakby nie lód na podłodze to podsadził by kogoś i to by problem rozwiązało, ale tak to było niebezpieczne. - Strzel tylko gdzieś tam tyłu… tak, że jakby miało się coś wylać z góry to aby nie odcięło nam drogi ucieczki.
                                  Huk pistoletu w zamkniętym pomieszczeniu był ogłuszający. Kula wbiła się w lód, ale jego warstwa musiała być dość gruba, gdyż poza stworzeniem sporej siatki pęknięć nie wywołała znaczącego efektu. Może kolejny strzał, albo uderzenie czymś innym, zdołałoby rozwalić ten fałszywy sufit?
                                  - Nie zwróciłem wcześniej uwagi na twoją broń palną. - odezwał się Jin w ciszy która zapadła po wystrzale - Chciałbym ją obejrzeć w wolnej chwili. Jestem ciekaw konstrukcji. - dodał, wyjmując coś z przepastnej torby która miał u pasa. Okazało się że było to pozbawione mięsa truchło szczura. Włożył w kości jeden z swoich granatów, tak że ten mieścił się w klatce piersiowej zwierzęcia. - Życie. Śmierć. Odwrócenie. - wyszeptał, a zwłoki uległy animacji. Ocenił szybko lód nad ich głowami i wskazał zwierzęciu punkt gdzie powinien być najsłabszy. - Podrzucę cię, masz się złapać sufitu. Następnie zdetonuj w tym miejscu.
                                  - Ughh… może kontrpropozycja - wtrącił Zod - Chyba nam wszystkim wciąż dzwoni w uszach po wystrzale, a ten granat ma pewnie kilkanaście razy większy ładunek, co nie? Masz coś większego zjedzone? Brakuje mi jakiegoś metra aby sięgnąć sufitu toporem. Coś rozmiarów niedźwiedzia leżące martwo na ziemi by mi chyba wystarczyło. Jakby stało to na pewno.
                                  Jin pokręcił przecząco głową. - Tylko te trolle, jeden został zniszczony, drugi się utopił. Po zwłoki wyznawców Gozreha nie sięgałem, byłoby to nieetyczne. Zatkajcie uszy, testowałem je wcześniej, to będzie do zniesienia.
                                  Zombiszczur chwycił się kurczowo szczeliny w lodzie i łaskawie poczekał, aż Jin wycofa się do towarzyszy, a następnie pisnął złowieszczo i eksplodował, rozbryzgując gnijącą materię dookoła. Eksplozja wybiła w lodowej warstwie dziurę o szerokości niemal metra, od której błyskawicznie zaczęły rozchodzić się szczeliny i pęknięcia. Zanim ktokolwiek zdołał skomentować, że to niekoniecznie mógł być dobry pomysł, cały sufit runął bohaterom na głowy.
                                  I nie tylko sufit. Z głuchym plaśnięciem na posadzce między posągami wylądował ogromny sześcian zmrożonej galarety, kompletnie blokując drogę. W jego przejrzystym cielsku, pokrytym lodem, unosiły się fragmenty kości i metalu.

                                  Jin odskoczył od sześcianu który spadł na podłogę, szybko omiatając go wzrokiem. Czytał kiedyś o takich istotach, choć ten zdawał się być znacznie potężniejszy.
                                  - Jest odporny na zimno i elektryczność, nie ma umysłu i nie musi widzieć! Unikajcie broni tnącej, może go podzielić na mniejsze! - krzyknął do towarzyszy, samemu odczepiając torbę z lepkim śluzem. W tak gigantyczny cel nie mógł spudłować. I miał rację. Wór wpadł do wnętrza istoty i eksplodował z cichym pyknięciem. Gęsty klej zaczął mieszać się z ciałem żelka, szybko twardniejąc i ograniczając jego ruchy.
                                  Się skrzywił odrzucając swój topór pod ścianę. Brak broni tnącej, to brak tnącej. Sięgnął po buzdygan, co miał “na wszelkie wypadek”. Cóż… wszelki wypadek w końcu się zdarzył. Wbiegł w przód, wyszukując jak go uderzyć, aby możliwie zdestabilizować jego formę. Potężny cios sprawił, że fragmenty śluzu rozbryznęły się po pomieszczeniu, a cała bryła aż zafalowała.
                                  Amos warknął, wzorem diablęcia odrzucając swoje ostrza. Rozejrzał się, szukając właściwej broni - tą okazał się kostur Edwarda. Półork wyrwał go zaskoczonemu magowi i kręcąc nim młynki, ruszył za Zodem. Czarodziej zaś ostatecznie wzruszył ramionami i posłał w sześcian kulę czystej energii. Ten próbował ruszyć się z miejsca, by wtoczyć się na wojowników, ale pęta trzymały mocno. Jednak sama jego obecność sprawiała, że Amos i Zod czuli mordercze zimno.

                                  Alchemik był zadowolony z dotychczasowych efektów swoich działań. Wyjął z bandoliera granat, odpalił go i cisnął pakunkiem w środek lodowej bryły. Wpadł do środka podatne ciała istoty i eksplodował, uwalniając falę gorących gazów i metalowych odłamków które zaburzyły sześcian.
                                  Zod i Amos przesunął się na boki, by flankować sześcian z lewej strony… nie aby flanka była cokolwiek warta przy czymś co nie broni się w żaden aktywny sposób, ale jakby się wyrwał to przynajmniej będzie musiał wybrać kogo spróbuje pochłonąć zamiast ich wszystkich razem wziętych. Ich ciosy oraz zaklęcia odrywały kolejne fragmenty śluzu, ale nie wyglądało na to, żeby miało go w jakikolwiek sposób spowolnić.
                                  W końcu rozerwał kruszejące już fragmenty kleju i nagłym zrywem pchnął całą swoją masę na Amosa. Półork próbował uskoczyć, ale poślizgnął się na lodzie i gdyby nie błyskawiczna praca nóg, zostałby całkiem wchłonięty.

                                  Alchemik został całkowicie zaskoczony tym jak szybko żelek wyrwał się z jego pęt. Spodziewał się przynajmniej kilkunastu sekund więcej. Posłał kolejny granat w lepkie odmęty istoty, starając się wypatrzeć w jego amorficznej formie coś co mogłoby mu powiedzieć jak “zdrowe” jest to coś. Było to znacznie trudniejsze niż zdiagnozowanie czegoś, co ma jakiekolwiek organy wewnętrzne, ale zauważył szczegóły, które dawały wystarczająco jasne informacje. Zdestabilizowana powłoka zewnętrzna, dziury, przez które powoli wylewała się część masy jego “cielska” - to sugerowało, że glut był już w bardzo złym stanie.
                                  Ledwie chwilę później tą hipotezę potwierdził Zod. Ryknąwszy pod maską, kontynuował agresywne natarcie: kolejne potężne uderzenie buzdyganem wstrząsnęło galaretowatym sześcianem, który w końcu zadrżał raz jeszcze i rozpłynął się w kałuży pełnej grud lodu.

                                  Alchemik odetchnął z ulgą gdy sześcian stracił swoją formę. To mogło się skończyć o wiele gorzej.
                                  - Wszyscy cali? - spytał rzucając okiem na rany towarzyszy, które nikły w oczach. Przygotowane przez niego “trollowe” wywary ponownie dowodziły swojej przydatności.. - Mam nadzieję że przynajmniej było warto. - dodał wskazując sufit i starając się wypatrzeć w nowo powiększonym stropie coś ciekawego.
                                  - Wszyscy - przytaknął Zod, zdmuchując z podniesionego topora okruchy lodu. - Śluzy często stosuje się jako pułapkę. Nie zdziwię się jeśli tam gdzie wylądował znajduje się płyta naciskowa, co by nam go na głowę zwaliła. - Zod teoretyzował, ale sam też wytężał patrzały by sprawdzić czy może się nie myli i coś będzie tam ciekawego…
                                  Rozglądanie się po suficie nie dało żadnych wyników - wydawało się, że sugestia Zoda była zdecydowanie sensowna. Pozostała część pomieszczenia była kompletnie pustym sklepieniem wykutym w skale jaskini.
                                  - Cóż… - Diablę wzruszyło ramionami - No to chodźmy zobaczyć czego bronił.
                                  Zaproponował, ale już kierował swoje kroki w głąb korytarza. Ostrożnie, z alchemikiem trzymającym się blisko pleców wojownika.
                                  Ślizgając się na zmrożonej posadzce, bohaterowie dotarli korytarzem do kolejnego pomieszczenia, również w całości pokrytego lodową skorupą. Stały w nim dwie drewniane, zamarznięte na kość ławy – siadając na nich, można było zapewne podziwiać wymalowane na ścianach sceny, teraz jednak ledwo widoczne. Panował tu jednak jeszcze bardziej przeszywający ziąb sprawiający, że ciężko było powstrzymać szczękające zęby.
                                  Źródło tego mrozu stało się od razu widoczne. Idealnie naprzeciw wejścia do następnej, większej komnaty, znajdował się metrowej wysokości kamienny podest, nad którym unosiła się kryształowa sfera wielkości głowy. Otoczona była lodowymi prętami tak, że ledwie można było wsunąć tam dłoń, zaś w jej wnętrzu kłębiła się istna śnieżna zamieć, emanująca na zewnątrz i formująca się w strumień energii, płynącej do głównej jaskini kompleksu. Dało się wyczuć, że samo wejście do komnaty będzie można przypłacić odmrożeniami, nie mówiąc już o próbie dostania się do tej sfery.
                                  - Edward, możesz to rozproszyć? Przypuszczam że rytuał ciągnie siłę z tej sfery. - odezwał się Jin, samemu przetrząsając kieszenie swojego bandoliera w poszukiwaniu opiłków srebra. - Jeśli osłabimy magię to być może Amos z Zodem dadzą radę z rozłupaniem tego artefaktu nim odzyska swoje właściwości.
                                  Mag pokręcił głową, drżąc na całym ciele.
                                  - Nie mam nic takiego - podmuchał w dłonie, przyglądając się kuli - Wydaje mi się, że to stały efekt magiczny, rozproszenie nie zniweluje go zupełnie, a jedynie stłumi na moment -
                                  - W takim razie ja spróbuję. Może uda się go przytłumić na chwilę i rozbić w tym czasie. Jeśli zniszczymy naczynie to wracająca magia “powinna” się rozwiać. Zatkajcie uszy. - powiedział Jin, szykując kolejny granat. Wsypał opiłki srebra do wnętrza, a na osłonce wyrył końcówką sztyletu znaki w smoczym “Magia. Cel. Zakończenie.” Odpalił lont i cisnął granatem w sferę…
                                  Pocisk zmieścił się jakoś pomiędzy prętami i rozbił na sferze, która zakołysała się w powietrzu, jednak jej moc zaburzyła się na zaledwie ułamek sekundy, zanim wróciła do pełnej siły.
                                  - Granaty do późniejszej rewizji. Edward, jakiś pomysł na podstawy teoretyczne dla działania tego artefaktu? - spytał alchemik pocierając cierpnące od zimna dłonie.

                                  Zod zniknął na chwilę, wracając się do platformy, gdzie zostawił swoją linę. Nie było tam potrzeba jej całej. Gdy wrócił do przemarzającej drużyny miał już jej niepotrzebną tam część obwiązaną wokół pasa. Upuścił drugi jej koniec na ziemi i obok zostawił swój plecak.
                                  - W razie czego wyciągnijcie mnie.
                                  Powiedziało krótko diablę i nie czekało na odpowiedź, a jakąkolwiek i tak zagłuszył bojowym warknięcie, połączonym z uderzeniem rękawicy w kirys. Dla dodania sobie kurażu. Wszedł do środka krokiem tak pewnym i szybkim jak podłoże pozwalało. Z każdym metrem robiło się coraz zimniej, i nawet jego diabelska odporność powoli przestawała wystarczać. W końcu jednak stanął na wyciągnięcie ręki od lodowej klatki, za którą powoli obracała się kryształowa sfera, będąca źródłem tego niesamowitego mrozu.
                                  - Zod rozbij ją! - zawołał Jin, szczękając zębami z zimna.
                                  Diablę szarpnięciem zrzuciło z przedramienia formujące się sople. Na krótki moment otworzyło szerzej oczy, które dotąd ledwie były rozwarte, aby chronić je przed zimnem. Zaparł się, wyczuwając kierunek wiatru, wzniósł topór i upuścił go z głuchym warknięciem wkładając w uderzenie całą swoją siłą…
                                  Pierwszy cios zdruzgotał lodową klatkę, a drugi trafił prosto w kryształową sferę, rozpaławiając ją. Zanim ktokolwiek zdążył chociażby mrugnąć pokrytymi szronem powiekami, obie połówki zatrzęsły się i eksplodowały falą potwornego zimna. Zod przyjął na siebie większość tej mroźnej energii, ale i jego towarzysze ją odczuli. Momentalnie po przejściu tej fali w pomieszczeniu zaczęło się robić cieplej. Lód na ścianach i podłodze topniał w oczach, zostawiając spore kałuże, a także ujawniając coś jeszcze.
                                  W korytarzu, którym szli wcześniej, Amos dostrzegł delikatne, niemal niedostrzegalne szczeliny w ścianie - wyglądało na to, że jest tam ukryte przejście, prowadzące na południe.

                                  Zod wstrząsnął się trochę jak zmokły ogar, z jakimś porażeniem w głowie, próbując zrzucić z siebie śnieg, lód i sople. W znacznej mierze się udało.
                                  - Nie promieniejecie, panowie… sprawdzamy to ostatnie pomieszczenie i przerwa by się wygrzać? - zaproponował, samemu już spoglądając w kierunku odkrytego przejścia.
                                  - Świetny pomysł, ale nie traćmy za dużo czasu. Jeśli jaszczuroludzie odprawiający rytuał wykażą się minimum kompetencji to wyczują że coś się stało z dopływem energii. - odpowiedział Jin, podchodząc do diablęcia. Przemrożona tkanka na jego oczach nabierała koloru, ale w tempie o wiele mniejszym niż mógłby się spodziewać. - Zod, uważaj na siebie. Moje wywary osiągają granicę swojej wydajności. Kolejne rany nie zaleczą się szybko. - po tych słowach alchemik podszedł do ukrytych wcześniej drzwi i pchnął je mocno, z niemałym trudem pokonując opór zmrożonych zawiasów. Przed ich oczami ukazał się wąski, wyglądający na dzieło natury tunel, prowadzący zakolami na południe. Najwyraźniej twórcy tego kompleksu wykorzystali już istniejącą strukturę do stworzenia dodatkowego przejścia - po kilkunastu metrach kończył się drzwiami, które doprowadziły bohaterów do kolejnego pomieszczenia.

                                  Było ono nieco większe od kaplicy, z której przyszli i poza ukrytym wyjściem były tu jedynie pojedyncze kamienne wrota, prowadzące na południe, chociaż możliwe, że znajdująca się w zachodniej jego części niewielka sadzawka (która najpewniej powstała naturalnie już po opuszczeniu kompleksu) prowadziła do środkowej jaskini - woda nie miała jak się tu dostać inną drogą, a do tego burzyła się delikatnie.
                                  Kiedyś była to jakaś biblioteka lub archiwum, jednak czasy jej świetności miała już dawno za sobą. Większość pomieszczenia wypełniały krzywe, połamane i ledwo stojące półki na książki, na których ostało się ledwie kilka podniszczonych tomów - pozostałe zostały rozszarpane na strzępy, a ich okładki i karty zaścielały podłogę. Niektóre miały jeszcze mniej szczęścia i po zniszczeniu zostały użyte w celach, które aż zmroziły naukową część drużyny. Powiedzmy, że użycie ich jako paliwa do ognia było najdelikatniejszym losem… widać było mianowicie, iż całe dekady temu ktoś wykorzystywał (czy raczej, sądząc po śladach starej krwi na wrotach, został do tego zmuszony) to miejsce jako swoje lokum. Widać nawet było resztki kości, niewątpliwe ludzkich, w wielu przypadkach ze śladami zębów.
                                  Powietrze przesycone było zapachem ozonu, a ciągły trzask wyładował sprawiał, że trzeba było podnosić głos, żeby się usłyszeć.

                                  - Nic ciekawego tu chyba nie będzie! - ocenił Zod, ale z dozą niepewności zostawiającą Jinowi i Edwardowi miejsce na ewentualny protest. Wbrew temu sam podszedł do sadzawki, w zasadzie pro forma sprawdzić czy na dnie czegoś ciekawego nie znajdzie. Ta okazała się być wylotem podwodnego tunelu, prowadzącego na zachód - Zod był pewien, że zanurzając się we wzburzonej wodzie, dopłynął by do głównej jaskini. Nie miał jednak pewności, czy byłby to dobry pomysł, widząc jakieś podłużne kształty przemykające w toniach.

                                  Jin natomiast pokręcił głową z rezygnacją. Tyle wiedzy zniszczone. Ktokolwiek tu był uwięziony musiał zostać doprowadzony do granicy człowieczeństwa. Albo ją przekroczył, sądząc po obgryzionych kościach. Nekromanta podszedł do zwłok, starając się ocenić do jakiej istoty mogły należeć zęby które tak pocharatały zwłoki. Szybko doszedł do nieprzyjemnej konstatacji, że były one ludzkie…
                                  Po oględzinach odmówił krótką, książkową, modlitwę do Gozreha, polecając mu dusze tutaj zgubionych i odezwał się do towarzyszy.
                                  - Nie dotykajcie niczego metalowego, ani wody. Elektryczność wisi w powietrzu, podejrzewam że zaraz natkniemy się albo na pułapkę, albo na istotę mającą związek z energią. Jak elektryczne węże które niedawno pokonaliśmy. -
                                  Dokładniejsze zbadanie komnaty przyniosło jedynie smutną świadomość tego, jak wiele wiedzy zostało bezpowrotnie utracone. Nawet tomy na półkach niemal rozsypywały się pod dotykiem, poza jednym - niewyróżniający się grymuał zatytułowany Hymny Wiatru i Wód był niemal nietknięty. Szybkie badanie wykazało, że został zabezpieczony magią, i to nie bez powodu. Według wiedzy Jina, tytuł ten był jednym z najważniejszych traktatów gozrehańskich i nawet jego kopie, takie jak ta, były wiele warte dla jego kościoła. Ponadto, część zawartych w nim hymnów była nasączona boską magią.

                                  Alchemik z niemałą dozą czci kartkował znaleziony tom. Od zawartej w nim energii swędziały go palce, a oczy z niemałą dozą głodu przeskakiwały po kolejnych kartach. Ostatecznie zamknął dzieło, zmuszając do tego całą swoją wolę i obrócił się do Zoda.
                                  - Idziemy dalej? - spytał retorycznie i ruszył w kierunku kolejnych drzwi.
                                  - Ja przodem - wypchnął się przed alchemika Zod. W swoją odporność wierzył bardziej niż jinową. Po obejrzeniu drzwi, pochylił się do nich tarczą i nacisnął klamkę, gotowy na niedostrzeżone pułapki, czy nagłe ataki. Na nic podobnego nie trafił, wrota okazały się też otwarte – najwyraźniej ktoś już wcześniej uporał się z ewentualnymi zamkami czy barykadami.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SindarinS Niedostępny
                                    SindarinS Niedostępny
                                    Sindarin
                                    Moderator Obsługa
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #25

                                    Następne pomieszczenie także wyglądało na bibliotekę, zachowaną jednak w zdecydowanie lepszym stanie. Drewniane półki stały przy ścianach, wypchane po brzegi starymi tomami i zwojami, ewidentnie w większej ilości niż planowali to projektanci tego miejsca. Część z tych ksiąg zalegała także na stole w centrum czytelni – studiowało je właśnie dwóch jaszczuroludzi z łuskami pokrytymi niebieską i zieloną farbą. Trójka jaszczurzych wojowników, w tym jeden zmutowany, podobny do tego spotkanego w okolicy kolonii, obserwowało ich z pustymi wyrazami twarzy. Ciągłe odgłosy trzasków sprawiały, że ani oni, ani bohaterowie nie zdawali sobie wcześniej sprawy z tego, że ktoś jest po drugiej stronie drzwi.
                                    Tak przynajmniej było do momentu, kiedy Zod ich nie otworzył. Wymalowane jaszczury zerwały się, sięgając po oparte o stół trójzęby.
                                    - Zabić intruzów! – warknął jeden z nich. Jin zauważył zwisający mu na piersi prosty wisior w kształcie naciętej rekiniej płetwy, który rozpoznał jako symbol Kelizandri.

                                    Jaszczurzy strażnik ryknął i pomknął prosto na Zoda. Będąc ledwie krok od wojownika, opadł na kolano i wykonał obrót, smagając go ogonem w kolano, a następnie zerwał się błyskawicznie, uderzając z niego terbutje. Jednak nawet zaskoczone diabelstwo nie ugięło się pod tymi atakami. Zod wstąpił jednym krokiem do pomieszczenia, wziął głęboki wdech i wydarł z gardła okrzyk wieszczący jaszczurom śmierć, co zjeżyłby im skórę na karku, gdyby nie była ukryta głęboko pod łuskami. Przerośnięty, pokryty kryształowymi naroślami jaszczurolud odpowiedział na ryk Zoda swoim własnym wyciem, które zmroziło krew w żyłach bohaterów. Stojący za jego plecami kleryk wysyczał inkantację, posyłając w diabelstwo lodowy pocisk. Zod jednak ledwo to odczuł, strząsając z siebie kostniejący chłód.

                                    Amos spiął się i wyprowadził serię ciosów. Najpierw zamachnął się toporem, próbując złapać jego krawędzią nogę jaszczuroludzia by go podciąć. Niestety, łuskoskóry zgrabnie uniknął ciosu, a topór zamiast tego wbił się w framugę drzwi. Wybity z równowagi pirat haniebnie spudłował swoim kolejnym atakiem, krzesząc iskry o ścianę obok, a całość zwieńczył wyrwaniem topora z drewna. Stojący parę kroków za nim Jin odpiął od pasa elegancki sześcian i cisnął nim na środek pomieszczenia pełnego wrogów. Zacisnął mocno powieki, a cichej eksplozji towarzyszył błysk mogący rywalizować z jasnością słońca. Część jaszczuroludzi zaczęła machać na oślep kończynami, starając się odzyskać wzrok.
                                    - Edward! Wrzuć mnie do środka! - warknął Zod do towarzysza.
                                    - C-co?
                                    - Zrób to!
                                    Translokator podbiegł do wielkiego diablęcia, jedną dłoń już składał w magiczne sygile, usta wypowiadały inkantacje i klepnął go w łopatkę. Tiefling zniknął, zostawiając za sobą migoczące okruszki, ale już uśmiechał się pod maską do jaszczurzych kapłanów, co nagle znaleźli się w zasięgu jego topora.
                                    Nie zauważywszy, że jego przeciwnika już tu nie ma, oślepiony jaszczurzy strażnik zaczął atakować powietrze. Zaraz po tym Amos przesunął się delikatnie, tak aby flankować oponenta z drugim wojakiem. Próbował przewrócić jaszczura, ten jednak mimo ślepoty utrzymał równowagę. Miast tego półork wyprowadził dwa szybkie ciosy i obydwa sięgnęły celu.

                                    Zod warknął gdy wbijał trzonek topora w bok burzowego giganta, ale nagle zmaterializowana kryształowa skorupa przyjęła na siebie większośc uderzenia, jednak nie dość aby uchronić go przed wytrąceniem z równowagi. Stojący obok kapłan nie spodziewał się, że to on będzie celem natarcia głowicy topora, ale odruchowo i tak wzniósł tarczę i wpół szczęściem, wpół umiejętnością ostrze ześlizgnęło się po niej, Zaraz potem cofnął się i wysyczał kolejne zaklęcie, dotykając mutanta, w którego wstąpiły nowe siły, a wraz z nimi jeszcze większa agresja.

                                    Alchemik wyjął z bandoliera przygotowane wcześniej granaty. Wyczuł moment kiedy szarpiący się przed nim wojacy na moment od siebie odskoczyli i cisnął pakunkiem prosto w głowę kleryka noszącego święty symbol na szyi. Granat eksplodował z hukiem gromu i jasnością błyskawicy, momentalnie pozbawiając jaszczuroludzia dwóch zmysłów, jednak jaszczur uniknął poważnych ran dzięki swojej magii, która wytworzyła lodowe płyty na skórze, osłabiające siłę odłamków.

                                    Burzowy mutant ryknął ponownie, a wyrastające z jego ciała kryształy zabłysnęły ostro, tworząc wokół niego wypełnioną elektrycznością aurę. Następnie z dzikością zaatakował toporem Zoda, wsparty przez oślepionego wojownika - cała trójka w ciągu sekund wymieniła kilka błyskawicznych ciosów, z których to pokryty naroślami jaszczur wyszedł w najgorszym stanie, z pyskiem obitym tarczą. Korzystając z tego zamieszania, kleryk Kelizandri wycofał się, sycząc kolejne zaklęcie, które miało osłabić ciosy bohaterów.

                                    Edward przestąpił krok w bok, dla lepszej widoczności.
                                    - Kryształy? Zobaczycie kryształ…
                                    Splótł dłonie w mistycznych gestach, przywołując między nie malutkie kryształowe ziarno. Wolą pozwolił mu urosnąć i tą samą wolą zgniótł je do jeszcze mniejszych rozmiarów… było gotowe… mrugnął oczami, a gdy je otworzył znajdowało się ono już w sali, pod nogami jaszczurów. Niekontrolowane niczyją wolą wybuchło ono, rozrastając się w ułamku sekundy jak kryształowy bluszcz jakby dać mu dekadę… pokrył i wrósł we wszystko czego dotknął… zarówno podłogę jak i jaszczurzego mutanta i kapłana.

                                    Przy wejściu do komnaty jaszczurzy strażnik wiedział już, w którą stronę ma atakować, ale Amos bez trudu unikał kolejnych jego ciosów. Pirat wykręcił dłoń z toporem abordażowym i zaczepił kolec pod kolanem gada. Szarpnął potężnie, lecz łuskoskóry nie dał się obalić. Drugą ręką przemknął nad gardą przeciwnika i ciął bark, a następnie uwolnił topór i otarł się ostrzem o udo przeciwnika zostawiając krwawiące szramy.

                                    Zod zwarł się z zburzowym mutantem. Wir zębów, toporów, krwi i warkotu zlał się w jeden chaos. Uderzali się cios za cios, oboje nie bacząc na swoje rany. W pewnym momencie ich ostrza się spotkały na końcu zamachów i topór Zoda udowodnił swoją wyższość nad jaszczurzym, druzgocąc go w złom. Zmutowany jaszczur z potwornym rykiem wyrwał się z kryształowego więzienia i ponownie rzucił się na Zoda. Nie mając broni, skorzystał z wypełnionej zębiskami paszczy, którą w momencie ataku otoczyła się wiązkami błyskawic.

                                    Alchemik szybko zmieszał kilka substratów w małej fiolce, wliczając w to kawałek niedawno pokonanego mroźnego sześcianu. Wstrząsnął miksturą i cisnął nią w pokrytego łuskami wojownika, jednak pocisk rozminął się z jego ciałem, zamiast tego trafiając w ścianę. Edward powołał kolejne kryształowe ziarno zostało translokowane w głąb pomieszczenia, w zasięgu aby objąć jaszczury, ale nie dotknąć towarzysza i wybuchło z podobnym jak wcześniej efektem. Kryształowy bluszcz wyrwał bolesny warkot z zimnokrwistych humanoidów.

                                    Jaszczurzy strażnik rzucił się na Amosa z nowym wigorem. Pirat przeskoczył nad ogonem próbującym zbić go z nóg, ale w ten sposób stracił oparcie, co natychmiast wykorzystał przeciwnik, brutalnym ciosem trafiając w głowę pirata. Nieprzyjemne chrupnięcie w normalnych warunkach oznaczałoby wyłączenie go z walki, albo poważne ograniczenie wydolności. Trollowe mikstury Jina, w połączeniu z jego ochroną magią sprawiły że Amos wciąż stał na nogach. I pożądał zemsty.
                                    Kopnął jaszczura w przód kolana. Noga łuskoskórego wygięła się i upadł z chrzęstem na podłogę, co wojownik wykorzystał niemal natychmiast. Seria brutalnych ciosów rozorała ciało strażnika, zostawiając go na granicy życia i śmierci. Jeszcze się ruszał, ale nie będzie to trwało długo.

                                    Zod zerwał się ziemi, przyjmując okazyjne uderzenie na tarczę i samym swoim pędem niemal odbijając je w pysk jaszczura. Zamachnął się szeroko toporem, zaporowo odganiając mutanta od siebie, by uniemożliwić mu łatwe zaciśnięcie potężnych szczęk na sobie. Wielkiego jaszczuroluda to jednak nie powstrzymało - rzucił się na niego z otoczonymi błyskawicami szczękami, gryząc, szarpiąc i rwąc ciało z mocą, która powaliłaby wołu. Na szczęście kombinacja wrodzonej odporności, wzmacniających dekoktów i magii Jina sprawiła, że bez trudu ustał, a nawet był w stanie bez większego problemu zasłonić się i grzmotnąć kolejnego jaszczurzego wojownika tarczą.

                                    Alchemik przesunął się delikatnie i otaksował pole bitwy. Wyglądało na to że jaszczuroludzie odzyskiwali animusz, którego brakowało im przez ostatnie kilkanaście sekund walki. Wyjął kawałek kurzej kości i cisnął nią na podłogę skandując w smoczym.
                                    - Obszar! Słabość! Panika! - a z ziemi wystrzelił ku górze niosący strach totem, zalewający umysły jaszczuroludzi wizjami porażki.
                                    Edward nie widział powodu by zmieniać działającą taktykę… kolejne kryształowe ziarno rozkwitło między jaszczurami, może nie powodując wielkich zniszczeń, ale utrudniając im poruszanie.

                                    Jaszczurzy strażnik próbował się podnieść i równocześnie obalić pirata, ale Amos potężnym kopniakiem posłał istotę znowu na ziemię. Z nogą opartą o klatkę piersiową jaszczura uniósł topór w górę i posłał go z impetem w dół, celując prosto między oczy przygwożdżonego. Topór wbił się w ciało z głośnym mlaśnięciem, a mózg wyzwolony z okowów czaszki wypłynął leniwie na podłogę.

                                    Zod skupił się na kapłanie, co zdawał się coś kombinować. Trzonek wbity w żebra spowolniony (ale nie zatrzymany) został nową lodową skorupą, zmanifestowaną w ułamku sekundy i tylko na ułamek sekundy gdy uderzał. Nie przejął się nią, zakręcił toporem rozłupując w drzazgi trójząb kapłana i tym samym ruchem utaczając jego krwi.
                                    Stojący kilka metrów dalej drugi kleryk wyrwał się z obrastających go, stworzonych przez Edwarda kryształów, a następnie rzucił kolejne zaklęcie.
                                    Przez moment nie działo się nic, aż nagle leżący pod nogami Amosa jaszczur, mimo kompletnie roztrzaskanej czaszki, z niesamowitą szybkością zerwał się na nogi, zamachując się bronią na pirata.
                                    - Animowanie swojego sojusznika?! Nie masz etyki zawodowej! - krzyknął Jin w smoczym, delikatnie przesuwając się w bok. Nie widział wrażego nekromanty, ale widział jego twór. Szybkimi ruchami otworzył niedawno zdobytą księgę i przekartkował ją do odpowiedniej strony, przeleciał oczami po słowach i wzniósł religijny zaśpiew.
                                    - Ojcze Burz, niech twe wiatry rozniosą magię naszych wrogów! - zawołał, wykonując księgą gest, jakby wysyłał coś w cztery strony świata. Zaklęcie okazało się jednak zbyt słabe, by naruszyć przepływ nekromantycznych energii.

                                    Edward wzdrygnął się nieprzyjemnie widząc nieumarłego. Nie był jeszcze do tego przyzwyczajony i miał nadzieję nigdy się nie przyzwyczaić.
                                    - Ed! - krzyknął Zod z wnętrza komnaty - Do nekromanty!
                                    Mag porzucił kolejne kryształowe ziarno, które ledwie rozpoczęło się formować i wycelował palcem z diablę. Gdy zakończył formułę błysnęło ono i zniknęło, pozostawiając efemeryczne iskry, ale kapłan co przywrócił do walki (no bo nie do życia) swojego towarzysza, nagle nie był oddzielony od Zoda metrami uciążliwego do przemierzenia krzyształowego bluszczu…

                                    Amos nienawidził nieumarłych. Nienawidził też nekromantów, a ostatnie wyczyny Jina napawały go obrzydzeniem. Szczęśliwie miał przed sobą zwłoki na których mógł się wyżyć. Złożył się i wyprowadził cios który gładko oderwał głowę trupa od torsu. Nieumarły zachwiał się i upadł na podłogę aby nigdy się już nie ruszyć. Jego twórca nie przejął się tym kompletnie, zamiast tego skupiając się na magii wzmacniającej - nie miał wielkich szans, ale najwyraźniej nie zamierzał się poddawać.

                                    Zod warknął i machnął toporem na odlew, ale nie celował wcale w kapłana a chciał tylko wywołać reakcję… Bojowy okrzyk obwieszczał nadchodzącą śmierć, a jaszczury, choć już raz to słyszały, to wcale nie poczuły się przyzwyczajone na ten rodzaj natarcia. Wciąż jednak nie przerywały ataków, mimo że ich próby kończyły się rozbijaniem zębów na jego tarczy. Jedynie zawzięty jaszczurolud walczący z Amosem osiągnął jakiś sukces, sprowadzając półorka do parteru.

                                    Jin wyjął z bandoliera przygotowaną wcześniej flaszkę kwasu. Cisnął nią na środek pomieszczenia, a płyn pod ciśnieniem wyrwał się z okowów szkła, oblewając tłum jaszczuroludzi. Pokój wypełnił się symfonią syczenia - bólu jaszczurów i kwasu przeżerającego się przez ich łuski. Edward powrócił do swego repetetywnego szaleństwa i posłał kolejne ziarno do pomieszczenia, jeszcze zagęszczając tłok i bluszczową podłogę

                                    Amos poderwał się na nogi, wystawiając przy tym na cios. Terbutje jaszczura uderzyło go w bok, ale ochronna magia Jina przechwyciła atak w swoje cieniste opary, tak że Amos poczuł tylko delikatnie klepnięcie. Pirat ciął jaszczura przez twarz szablą, zostawiając cienką szramę, i wybijając go z równowagi. Drugą ręką zamachnął się toporem w bok nogi, obalając jaszczura na podłogę. Próbował jeszcze wbić szablę w leżącego, ale jaszczur odtoczył się zręcznie na bok. W tym samej chwili uderzył w niego pocisk przerażającego zimna posłany przez kapłana, mrożąc mu skórę i mięśnie. Ten moment nieuwagi wystarczył, by zaraz potem dołączyć do jaszczura na podłodze.

                                    Zod nacierał na kapłana. Kolejne ciosy nie tylko upuszczały krwi, ale rozrywały jego pancerz. Obaj wiedzieli, że to ostatnie chwile jaszczura, ten jednak ani myślał się poddawać, nawet jeśli żałosna próba trafienia diablęcia skończyła się zderzeniem z jego tarczą…

                                    Alchemik wyjął kolejną flaszkę kwasu i ponownie rzucił nią na środek pomieszczenia. Eksplozja oblała niemal wszystkich walczących, nawet Zoda i Amosa, ale wyglądało na to że trollowa regeneracja którą ich obdarzył na bieżąco goiła rany. Tej ochrony nie mieli jaszczuroludzie, których ciała dalej się topiły.
                                    Repetytywne szaleństwo Edwarda z kryształowymi ziarnami nie zostało przerwane. Kolejne kryształowe, pnączopodobne zrosty chwytały, rozrywały i unieruchamiały chwiejące się już jaszczury.

                                    Pirat odtoczył się od jaszczuroludzia walczącego z nim w parterze i poderwał na nogi, bez trudu unikając kłapiącej szczęki. Mając przewagę wysokości wyprowadził dwa szybkie ciosy, przyszpilając jaszczura do ziemi. Krew buchnęła szerokim strumieniem, ale łuskoskóry wciąż się ruszał, napędzany nienawiścią.

                                    Zod widział, że to ostatnie chwile jego przeciwników. Poświęcił chwilę, spojrzał na jaszczurzego mutanta, korzystając z jego spowalniających już ruchów… na sposób w jaki przedstawiał nogi, jakie postawy przyjmował gdy atakował… nie było czasu na głębszą analizę… odbił tarczą kolejne uderzenie i wytrącił tym jaszczurzego mutanta z równowagi. Dostrzegł otwarcie. Topór przerżnął się przez gardziel, ale krew nie strzeliła… elektryczna struktura skrystalizowała się na ranie. Próbował krzyknąć, ale mutacja mu nie pozwoliła, jednak śmiertelna rana tylko spowolniła jego natarcie.

                                    Jin częścią świadomości podtrzymywał magię swojego niosącego strach totemu przez ostatnie sekundy walki, a teraz zgrabnymi ruchami przygotował kolejny granat hukowy. Cisnął nim w rekiniego kleryka, ale spudłował okrutnie. Eksplozja ukruszyła tylko odrobinę gruzu na odległej ścianie.
                                    Edward kontynuował stare i sprawdzone metody. Kontrolowana kontrola tłumu na większości przeciwników to bardzo poprawna forma wsparcia drużyny i wszyscy wiedzieli, że Zod nie radziłby sobie tak dobrze w środku tego kotła bez tego wsparcia.

                                    Otrzymawszy potężne uderzenie, od którego aż zatrzeszczało mu w kościach, Amos wciąż naprawdę się wkurwił. Uniósł szablę i topór i spuścił je razem celując w klatkę piersiową jaszczura. Obie bronie wbiły się głęboko, łuskoskóry szarpnął się jeszcze i znieruchomiał. Nie tracąc czasu Amos uwolnił swoje narzędzia pracy i wyćwiczonym krokiem pokonał dystans do wrażego kapłana.

                                    Zod dostrzegł otwarcie… a nawet dwa. Zakręcił się w wojennym piruecie. Kapłan próbował blokować resztkami tarczy, ale topór nie zatrzymał się ani na nich, ani na jego ramieniu ani jego szyi i jeszcze sięgnął mutanta.
                                    Głowa kapłana uderzyła w ziemię przed ciałem, a szelest ciała druzgocącego kryształowy bluszcz zgrał się z drugim, kończącym uderzeniem które rozszczepiło czaszkę mutanta, w sposób którego elektryczne kryształy nie potrafiły już zanegować.

                                    - Obezwładnijcie go! - krzyknął Jin do towarzyszy, samemu podchodząc do wciąż ciepłych zwłok jaszczura. Animował go szybką inkantacją, a trup uniósł się na nogi z werwą większą niż za życia. - Unieruchom! - wydał komendę wskazując kleryka.
                                    Otoczony przez przeciwników, ranny, osłabiony magią kleryk nie miał najmniejszych szans. Amos wyczuł moment kiedy uwaga jaszczuroludzia była skupiona na toporze Zoda i wbił szablę w kolano czaromiota. Ten zachwiał się, upadł i w kilka sekund został rozniesiony na ostrzach drużyny.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ArveeA Niedostępny
                                      ArveeA Niedostępny
                                      Arvee
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #26

                                      Koniec walki został przyjęty z ulgą przez całą drużynę, a w szczególności przez Jina. Nie był zagrożony nawet przez moment, ale czuł się niekomfortowo nie mając nadzoru nad swoimi “pacjentami”. Teraz zaaferowany podbiegł do Zoda, ignorując wykrwawiających się pod nogami jaszczuroludzi.

                                      - Zod! Jesteś cały? Jak obrażenia? Mikstury się spisały? Jakieś rany są niezamknięte? Odczuwasz ból? Odczuwałeś w trakcie walki? W skali od zera do dziesięciu, jak bardzo był intensywny? - zasypał diablęcie potokiem pytań, a w jego dłoniach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się wierny notes i przybory pisarskie.
                                      - Jest w porządku… to twoje przesączenie regeneracyjne, czy jakkolwiek sensownie można by to nazwać, spisała się na medal i Edward… świetna robota. Mieszanka utrudnionego terenu, ograniczania ich ruchawości oraz teleportowania mnie…
                                      - Translokacja jest poprawnym słowem…
                                      - Nazywaj to jak chcesz, choćbyś miał mnie blabladurować, póki efekty są tak dobre! - zaśmiał się Zod i zwrócił się do Jina.
                                      - Nie chciałeś kogoś żywcem? Część może jeszcze żyje? - zapytał spoglądając po pokonanych jaszczurach, których może dałoby się doprowadzić do stanu przesłuchiwalności…
                                      - Nie. Wątpię by wygadali nam cokolwiek użytecznego po dobroci, a złożyłem przysięgę że moje umiejętności medyczne wykorzystam tylko dla znoszenia cierpienia. - odpowiedział Jin - Niech umrą w spokoju, a potem wykorzystam ciała. Jak przy tym jesteśmy. Nie dałbyś rady naprawić tego pogruchotanego topora? - spytał wskazując dzieło “sztuki” Zoda - Nieumarli są lepsi z ciężkimi, dużymi broniami
                                      Zod kiwnął głową.
                                      - Ogarnę w czasie tej przerwy… skoro nie chcemy ich przesłuchiwać… i tak im pomóżmy. Zwiążemy ich by nie przeszkadzali i zabierzemy na górę wracając. To będzie bardzo silny gest i utwierdzi on pokój między nami. Co myślisz?
                                      - Niektórzy z nich widzieli jak wskrzeszam nieumarłych. Inni zobaczą jeśli ich doleczę. Ale… masz rację. Pomóżcie z unieruchomieniem. - zgodził się Jin I podszedł do pierwszego jaszczura, oceniając czy ma jeszcze szansę wyciągnąć ich przed sądem Pharasmy. Ci jednak dawno byli już po drugiej stronie - wojownicy byli w stanie walczyć nawet w obliczu obezwładniających ran i dopiero sama śmierć mogła ich zatrzymać.

                                      - Są już po drugiej stronie. Nie ma w nich nawet krzty życia. - zwrócił się do towarzyszy. Przyzwał swoją nekrotyczną magię i wyskandował w mieszaninie otchłannego i smoczego
                                      - Życie. Śmierć. Odwrócenie. Prędkość. Gniew. - a gdy skończył trup podniósł się z gracją atlety. Jin był coraz lepszy w animowaniu nieumarłych.
                                      - Ty, pilnuj tego korytarza, ty, pilnuj drugiego. Jeśli coś żywego, sięgającego wyżej niż do waszych kolan pojawi się w polu widzenia wejdźcie tutaj i uderzcie dwa razy ogonem w podłogę. - wydał komendy. Gdy nieumarli posłusznie stanęli na czatach Jin wyjął z torby zwłoki szczura i również wypełnił je negatywną energią. Ten miał mu służyć jako asystent podczas pracy z alchemikaliami.
                                      - Odpocznijmy póki możemy. - zasugerował towarzyszom, samemu rozstawiając już swoją aparaturę. Animowany szczur dzielnie asystował w tych działaniach, pchany wolą swojego pana.

                                      Zod przysiadł i wsłuchał się w sztorm, oceniając czy może pozwolić sobie na odrobinę uderzania młotem… i ocenił, że tak. Jeśli Mówca już nie był ostrzeżony to praca również nie powinna.

                                      Kolejne kwadranse uderzał młotem, skuwając szczątki magicznego topora w jedną całość. Chybotliwą i tylko tymczasową, ale “tymczasowo” to było dość dużo czasu w tym momencie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SindarinS Niedostępny
                                        SindarinS Niedostępny
                                        Sindarin
                                        Moderator Obsługa
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #27

                                        Dłuższa przerwa przydała się drużynie - Zod mógł poświęcić trochę czasu na naprawę sprzętu, który chwilę temu zniszczył, Jin uzupełnił alchemikalia, a pozostali odpoczęli, rozgrzewając zziębnięte członki.
                                        Zebrawszy się do dalszego działania, bohaterowie działali już nieco ostrożniej. Nasłuchując przez chwilę pod drzwiami, nie dosłyszeli jednak niczego przebijającego się ponad wszechobecny hałas ciągłych trzasków i wyładowań - pewne było, że w następnym pomieszczeniu jest tylko głośniej. Po otworzeniu oczom ukazało się źródło tych wszystkich odgłosów w tej części kompleksu. Pomieszczenie to wyglądało na częściowo zawalone, szczególnie jego północno-zachodni fragment, który zapewne prowadził do środkowej jaskini kompleksu. Kiedyś wypełniała je najpewniej skomplikowana aparatura, zdewastowana przez zawał korytarza – jej szklane i stalowe fragmenty pokrywały podłogę, a z tego, co ocalało, Jin mógł wywnioskować, że służyła ona zabezpieczaniu, koncentrowaniu i przekierowywaniu ogromnej energii błyskawic. Z tych trzech funkcji działała najwyraźniej tylko ta ostatnia: ciągnący się w stronę podziemnej burzy strumień energii był dobrze widoczny, ale w tym miejscu poruszał się kompletnie chaotycznie, wręcz niczym żywa istota, miotając się od ściany do ściany. Błyskawice strzelały od niego na lewo i prawo, uderzając w każdy metalowy obiekt promieniu kilku metrów – wejście tu ze zbyt dużą ilością żelastwa nie brzmiało jak dobry pomysł…
                                        Źródło tej energii było łatwe do zauważenia: unosząca się w powietrzu kula z niebieskiego kryształu, znajdująca się w samym centrum zrujnowanej aparatury.

                                        - Wygląda na to że znaleźliśmy drugie źródło energii rytuału. Może uda mi się je rozproszyć i wyślę zombie do zniszczenia. - zaproponował Jin, dosypując opiłki srebra do swojego hukowego granatu. Dwójka nieumarłych stała po jego bokach, z bronią naszykowaną do ataku. Złożył się do rzutu, pocisk poleciał łukiem i rozbił się na powierzchni sfery. Na ułamek sekundy zdawało się że szum błyskawic zmalał, by powrócić ze zdwojoną siłą.
                                        - Warto było spróbować. - stwierdził Jin i obrócił się do towarzyszy - Próbujemy rozwiązać to jak poprzednią, czy postawimy na odrobinę delikatności? Myślę że mógłbym ją dezaktywować z bliższej odległości… Jeśli najpierw nie usmażą mnie pioruny.
                                        - Jeśli ktoś będzie tam wchodził to już lepiej ja u rozłupię to jak poprzednią. Masz tego swojego trollowego balsamu? Miło na skórę robił. - poprosił, szykując się już na kolejną nieprzyjemną przeprawę. Rozważył zdjęcie pancerza… Jin w odpowiedzi zaczął szykować swoje wywary.
                                        - Poprzednia dawka wciąż działa. Musiałbym zadawać ci rany do momentu aż przestanie nim zaaplikuję kolejną. Przygotuję się do szybkiej interwencji, w razie potrzeby poślę nieumarłych żeby cię wyciągnęli.
                                        - Tsk… Jak mnie złoży to niewiele pomogą - stwierdził obwiązując się liną w pasie - Ale nie spodziewam się.
                                        Odczekał chwilę, upewniając się, że wszyscy są gotowi, że lina dobrze się trzyma i nie będzie się plątała pod nogami.
                                        - Eh, cholera… - zaklął odwiązując linę - Amos, pomóż mi pancerz zdjąć.
                                        Zakładanie i ściąganie pełnej zbroi płytowej to nie była szybka i przyjemna sprawa, ale z pomocą szło znacznie szybciej.
                                        - Zostawcie tu nieumarłych, ale kryjcie się za ścianą. Pewnie znowu wybuchnie i nie ma sensu aby was też złapało… W porządku. To do dzieła! - warknął dwie-trzy minuty później i z bojowym warknięciem wbiegł prosto w burzę. Już dwa kroki później wiedział, że zdjęcie pancerza było rozsądnym pomysłem – dziesiątki błyskawic uziemiały się na jego toporze, nieomal wyrywając go z rąk. Przy większej ilości metalu na sobie miałby problem ze zrobieniem kroku do przodu, a tak mógł przeć, ignorując palące wiązki elektryczności.

                                        Tym razem kryształ nie był niczym osłonięty, czy raczej szalejąca energia zniszczyła już ustrojstwo, które utrzymywało tą miniaturową burzę w jednym miejscu. Uderzenie w niego przyniosło spodziewany efekty: potężna eksplozja odrzuciła Zoda o kilka metrów do tyłu i tym razem nawet wrodzona odporność nie uchroniła go przed obrażeniami. Zaraz potem zrobiło się zdecydowanie ciszej, tak jakby nawet odległe wycie burzy nieco się uspokoiło.
                                        - Haaa! - warknął Zod bojowo, okrzykiem przeganiając ból. Nie potrafił (ani nie chciał) powstrzymać satysfakcji z dobrze wykonanego zadania… i świadomości, że to co go “mocniej połaskotało” wielu by spopieliło.
                                        - Gotowe - poinformował drużynę, wchodząc przez drzwi. - Amos, pomożesz mi z pancerzem?
                                        - Yhym. Edward, pilnuj perymetru.
                                        - Imponujące. - stwierdził Jin, taksując wzrokiem ciało Zoda, teraz osmalone. - Wygląda na to że poprzednia mikstura osiągnęła granicę swoich możliwości. Zaraz coś przygotuję. - stwierdził i już po chwili wojak otrzymał kolejny tajemniczy wywar. W czasie gdy Zod z Amosem byli zajęci zapinaniem pasków masywnej zbroi Jin z Edwardem zajęli się przeszukiwaniem wymęczonej żywiołem komnaty. Wśród resztek jakiejś mistycznej maszynerii było jednak niczego wartego większej uwagi. Sama aparatura musiała być kiedyś fascynującym urządzeniem, zdolnym do ujarzmiania czystej, przepotężnej energii żywiołów, jednak jej pełne przebadanie, połączone z próbami złożenia elementów, było zadaniem na przynajmniej kilka dni fascynującej pracy. Jedna rzecz ciekawiła obu uczonych: czy zawał korytarza, odcinający ten fragment kompleksu od reszty, był przyczyną czy skutkiem zniszczenia maszynerii?

                                        - Nic tu nie ma - stwierdził w końcu Zod - Musimy wrócić szczeliną i na platformie oko cyklonu okrążyć. - na co nekromanta pokiwał głową i ruszył za wojownikiem, flankowany przez swoich nieumarłych.
                                        Wróciwszy do głównej jaskini w podziemiach, bohaterowie dostrzegli, że szalejące wewnątrz tornado straciło na mocy. Masy powietrza wyraźnie spowolniły, a wewnątrz dało się już dostrzec kilka jaszczurzych sylwetek. Część wykonywała jakieś energiczne gesty, sugerujące odprawianie jakiegoś rytuału, a pozostałe stały z bronią w ręku, z pewnością świadome intruzów i zbliżającej się konfrontacji.

                                        Jin ostrożnie wsiadł na platformę razem ze swoimi nieumarłymi i zawołał do towarzyszy
                                        - Wygląda na to że straciliśmy element zaskoczenia! Musimy też zastanowić się nad tym jak dostaniemy się na środek! Mam wrażenie że platforma niedługo przestanie latać! - nekromanta wciąż musiał podnosić głos, ale nie musiał już wrzeszczeć bezpośrednio do uszu kolegów.
                                        - Niczego innego nie oczekiwaliśmy! - odpowiedział Zod - Na razie platforma działa i to nasza jedyna droga do dalszych korytarzy! Jeśli przestanie… wtedy będziemy myśleć! Chodźmy! - Diablę weszło na platformę i lewitujący kamienny kloc i zaczęło już odwiązywać od ściany linę, mocującą ją w tym miejscu. Kilka sekund później bohaterowie przesuwali się już wzdłuż ściany, wyraźnie obserwowani przez przebywających w centrum jaskini jaszczuroludzi, sylwetki przesuwały się w ich stronę. W pewnym momencie jeden z nich zamachnął się, jakby chciał czymś rzucić, ale chyba został powstrzymany.
                                        Drużyna ewidentnie niszczyła źródła energii żywiołów, ale Daruthek i jego poplecznicy wyraźnie się nie śpieszyli, wręcz ignorując działania intruzów…

                                        Zatrzymując się przy następnym, niezawalonym korytarzu, bohaterowie poczuli uderzenie gorąca. Nim doszli do większego pomieszczenia, przystosowanego na barak dla jaszczuroludzi - pod ścianami widać było liczne posłania i różnego rodzaju drobiazgi, należące pewnie do tego brutalnego odłamu Dzieci Bagien.
                                        Temperatura w tym miejscu przekraczała nawet te w dżungli - powietrze wręcz falowało od gorąca, niczym w irriseńskiej bani, a na czoła momentalnie wystąpił pot. Im dalej od centrum kompleksu, tym było cieplej, a drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia musiały być niemiłosiernie rozgrzane.
                                        Alchemik zatrzymał się na chwilę by poprawić rozłożenie licznych drobiazgów w swoim bandolierze i zaczął myśleć. Elektryczność - zazwyczaj kojarzona z Planem Powietrza. Lód - zazwyczaj łączony z Planem Wody. Nie trzeba było geniusza by domyślić się że po nagłym wzroście temperatury będzie można oczekiwać Planu Ognia, a potem zapewne też Planu Ziemi. Zastanawiał się tylko jaka była natura tych źródeł energii które Zod tak efektywnie niszczył. To było pytanie na później. Teraz wyjął z bandoliera kilka substratów i zaczął je mieszać. Wyglądało na to że jego lodowe wyroby będą teraz bardzo przydatne.
                                        - Spodziewajmy się przeciwników korzystających z płomieni. Być może jaj z młodymi. To idealne warunki do inkubacji. Z pewnością jakiegoś golema, może tutaj, może przy kolejnym źródle energii. Musimy się śpieszyć nim skończą rytuał. - nekromanta zwerbalizował swoje przemyślenia dla towarzyszy.
                                        - Więc naprzód! - przekrzyczał sztorm Zod i poszedł przodem, ze wzniesioną tarczą i toporem.
                                        Gdy Amos otworzył drzwi do kolejnej kompany, w ich twarze buchnęły kłęby gorącej pary, momentalnie pokrywając wszystko warstewką wilgoci. Opary wciąż płynęły w ich stronę, kompletnie zasłaniając jakikolwiek widok - nawet po przekroczeniu progu, poruszali się niemal po omacku, widoczność sięgała maksymalnie wyciągniętego ramienia, a za nim rozpościerała się jedynie ściana gorącej mgły.
                                        Na szczęście Jin był przygotowany na niekorzystne warunki. Rozkręcił osłonkę jednego ze swoich lodowych granatów, zalał zawartość jakimś tajemniczym płynem i już po chwili ze środka zaczął wydobywać się lodowaty opar, efektywnie obniżający temperaturę w pobliżu. Alchemik zawiesił prowizoryczne źródło zimna u pasa i rzucił do Zoda i odezwał się do towarzyszy.
                                        - Powinno nam to nieco ułatwić dalszą eksplorację. Ty, po mojej lewej, ty po mojej prawej stronie, idziecie w tym tempie co ja. - nakazał swoim nieumarłym - Zod, prowadź proszę.
                                        Diablę kiwnęło głową i poszło przodem, chcąc na siebie przyjąć wszelkie zagrożenia. Po kilku metrach przedzierania się przez rozgrzaną mgłę dotarło do ściany, a po skręceniu do stalowych drzwi, zza których słychać było cichy syk i głośniejsze bulgoty.

                                        Po ich otwarciu oczom bohaterów ukazało się …niewiele więcej, gdyż kolejne pomieszczenie również wypełnione było mgłą, będąc zapewne również jej źródłem. Jedyną rzeczą wyróżniającą się z mlecznej ściany był czerwono-pomarańczowy punkt, jarzący się kilkanaście kroków w jej głębi. Z tamtego miejsca dobiegały też syki pary, zaś bulgot rozbrzmiewał gdzieś z okolic podłogi.
                                        Zod już miał ruszyć w stronę czegoś, co musiało być kolejnym źródłem energii, ale po paru krokach zatrzymał się, i to w ostatniej chwili. Jeden ruch więcej, i wylądowałby w basenie pełnym gotującej się wody, który rozpościerał się w centralnej części komnaty. Z jego dna biła delikatna, pomarańczowa poświata, kojarząca mu się z schładzanym w kuźni żelazem.
                                        Zod przyjrzał się sytuacji. Śmierdziała mu.
                                        Przewiązał się liną w pasie i podał jej koniec nieumarłemu jaszczurowi.
                                        - Jak poprzednio. Czekajcie za rogiem, bo pewnie znów wybuchnie.
                                        Poinstruował drużynę i poszedł, szerokim łukiem, do domniemanego kryształu, trzymając się możliwie z dala od jakiejkolwiek krawędzi.
                                        - Będę w pobliżu. Moje alchemiczne wyroby zmniejszają gorąco. - ogłosił Jin i ruszył za Amosem, starając się jednak zachować dystans w stosunku do źródła gorąca. - Ty i ty. Czekajcie przy drzwiach. - rozkazał nieumarłym, mając świadomość że ci ruszyliby za nim.

                                        Krok za krokiem, wojownik przechodził ostrożnie nad wrzącą wodą, cały czas zerkając pod nogi. Gęsta mgła sprawiała, że w mig zniknął towarzyszom z oczu, a o jego obecności świadczyła tylko lekko napięta lina i brzęk zbroi.
                                        Im bliżej klejnotu, tym syk pary był głośniejszy, a mgła gorętsza i gęstniejsza - gdyby nie schładzające dekokty i naturalna odporność, Zod z pewnością nabawiłby się już poważnych oparzeń. Jej źródło wydawało się nieznane - nawet ten basen nie wyprodukowałby tyle oparów - ale poznał je po kilku chwilach.
                                        Był blisko centrum pomieszczenia, gdy z mgły wyłoniła się potężna, niemal przewyższająca go wzrostem sylwetka. Baryłkowaty tułów, szerokie nogi i ramiona, zakończone ogromnymi pięściami, a do tego zwieńczony niewielkimi rogami łeb o twarzy pozbawionej jakichkolwiek rysów. Przeczucia Jina okazały się całkiem trafne - to coś ewidentnie wyglądało na golema czy inny rodzaj konstruktu, jednak alchemik nie przewidział jednego: materiału, z którego go wykonano. Stwór wyglądał jak wyciosany z ogromnego bloku nieprzejrzystego, niebieskawego lodu, który nieustannie intensywnie parował, niczym po dotknięciu rozżarzonym metalem. Wydawało się jednak, że golemowi zupełnie to nie przeszkadzało - znacznie bardziej zainteresował się nowym towarzystwem, i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Momentalnie ruszył w stronę z Zoda, a odgłos jego uderzających o siebie lodowych pięści jasno sugerował złe zamiary.
                                        Był też jedynym znakiem dla pozostałych bohaterów, że coś zadziało w głębi mgły.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SindarinS Niedostępny
                                          SindarinS Niedostępny
                                          Sindarin
                                          Moderator Obsługa
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #28

                                          Pirat skrócił dystans do źródeł dźwięków, z niemałym trudem przedzierając się przez mgłę. Przez jego oczami wyrosła gigantyczna, kryształowa sylwetka, którą wojownik natychmiast zaczął analizować, zastanawiając się jak uszkodzić taki byt. Ten zaś skupił całą swoją uwagę na Zodzie - z ogromną siłą wpadł na diabelstwo, wytrącając je z równowagi, a następnie potężnym kopnięciem posłał go prosto do zbiornika z gorącą wodą.
                                          Amos stracił towarzysza z oczu we mgle, a na jego miejscu, w akompaniamencie ciężkich kroków, pojawił się kolejny golem, niemal identyczny z tym pierwszym.

                                          Nekromanta odbiegł nieco w bok, dając miejsce Edwardowi do czynienia swojej magii, samemu wykrzykując rozkazy swoim pozbawionym inteligencji nieumarłym by ci okrążyli bajora gotującej się wody.
                                          W tym czasie czarodziej doskoczył do krawędzi dość blisko aby sylwetkę Zoda dostrzec.
                                          - Wyciągam cię stąd! - krzyknął i wyteleportował go z gotującej się wody nim ta zdążyła poczynić realne szkody.
                                          - Dzięki! - odkrzyknął kowal i swoją masą wbił w golema, wytrącając go z równowagi, ale sam też ją utracił. Nic to. Niedoszlifowany atak nie doszedł celu, ale Zod już rozpoznawał słabe punkty przeciwnika.

                                          Amos widział już całkiem wyraźnie jak walczą golemy. Wyprowadził potężny cios w miejsce które odpowiadało kolanu, ale golem zwyczajnie zignorował cios. Pirat wyprowadził kolejne dwa szybkie ciosy, odłupując fragmenty lodu, nie czyniąc jednak nic ponad to. Przynajmniej spowolniło to konstrukt na tyle, by nie zdołał wepchnąć go do wody - w przeciwieństwie do Zoda, który ponownie padł ofiarą wykonanego z mechaniczną perfekcją pchnięcia.

                                          Jin przygotował szybko granat którym cisnął w najbliższego golema. Eksplozja posłała odłamki lodu we wszytkich kierunkach, nieumarli natomiast obiegli w tym czasie wodę i byli gotowi do zaatakowania golemów.
                                          Edward zaklął. W tej mgle nic nie widział. Nadto zbliżył się do golema uderzenie wlew prawie wypompowało mu powietrze z płuc, a gdyby było cut mniej korzystne mogłoby połamać żebra. Na szczęście dał radę tego uniknąć. Splótł zaklęcie na bezdechu i kryształowy pocisk ześlizgnął się po jego krzywiznach, nie czyniąc szkody.

                                          Zod korzystając z topora jak z tyczki, wdrapał się na górę, korzystając z zamieszania. Był gotów przyjąć kolejne uderzenie, ale na szczęście przeciwnicy nie mieli na to czasu. Zamachnął się toporem w kryształ, z całą swoją siłą. Nie mógł oprzeć się jego uderzeniu. Przez ułamek sekundy pęknięcia zalśniły i z gwałtownością eksplodowały. Odłamki rozbijały się na pancerzy Zoda, ale kula ognia objęła wszystkich walczących. Wyraźnie najgorzej zniosły ją golemy, choć nie tak źle jak diablę miało nadzieję.
                                          - Wycofać się! - wykrzyknął między uderzeniami - Ten teren im sprzyja! Edward, Jin! Wy pierwsi!
                                          Rozkaz Zoda sprawił, że Amos zaklął pod nosem. Był już w rytmie, i nie miał zamiaru się cofać. Ale wzmianka o terenie miała sporo sensu…
                                          - Trza było ostrzec przed wybuchem! - odwarknął, kopiąc jednego z golemów pod kolano. Zwykle to działało, ale najwyraźniej nogi z litego lodu nie składają się tak łatwo. Pirat nie przejmował się tym, skupiwszy uwagę na drugim - tym, którego środek ciężkości zmienił się po uderzeniu ognia. Mógł go łatwo przewrócić, ale miał lepsze rozwiązanie.
                                          Wpadł na lodową postać cały swoim ciężarem, spychając ją z podestu wprost do wrzącej sadzawki. Okazało się to wyjątkowo skutecznie - zanim golem zdążył wspiąć się po ścianie, jego nogi rozpuściły się, a zaraz za nimi reszta cielska.

                                          Edward dostrzegł okazję gdy golem skupił się na którymś z jego towarzyszy, ukrytych w dalszej mgle. Nie wiedział kto zwrócił jego uwagę, ale dało mu to otwarcie. Kryształowy pocisk trafił golema i kwarcowe macki, w mgnieniu oka, rozrosły się, poważnie ograniczając jego ruchy i uniemożliwiając przyjęcia nawet poprawnej postawy obronnej. Spróbwał się wycofać, ale sytuacja mu nie pozwoliła.

                                          Dwójka nieumarłych złapała lodowego stwora i naparła na niego całą siłą swoich martwych ramion. Golem dzielnie stawiał opór, tłucząc pięśćmi po ich grzbietach, łamiąc kości i odrywając płaty mięsa, ale to nie starczyło. Z bulgotem wpadł do wrzącej wody szybko topiąc się w jej wnętrzu. po drodze jeszcze obrywając trzonkiem topora Zoda, co jeszcze dodatkowo go wytrąciło z równowagi, pogarszając jego stan poniżej. Diablę cofnęło się o pół kroku i zamarło, czekając na niewątpliwą próbę golema by wyjść z wody i by mu to możliwie utrudnić, gdy się stanie. Jego półorczy towarzysz nie wykazał się nawet ułamkiem tej cierpliwości - dopadł do konstruktu i potężnym uderzeniem do końca rozkruszył już i tak uszkodzone ciało istoty.

                                          Po zniszczeniu golemów i kryształu temperatura wewnątrz pomieszczenia zaczęła powoli opadać, a mgła szybko zrzedła, znacznie poprawiając widoczność. Uwagę bohaterów zwrócił także jeszcze jeden dźwięk, czy raczej jego brak - wszechobecny w podziemiach huk burzy zmalał znacząco, osłabiając się do nieustannego, zdecydowanie cichszego wycia wiatru.
                                          - Uff… - westchnął Zod, pozwalając ramionom opaść. - Amos: dobra robota. Wszyscy: wybaczcie to wysadzenie klejnotu. Liczyłem, że eksplozją oberwę tylko ja i golemy. Niedoliczyłem się. Edward, doceniam jak cholera wyciągnięcie mnie z tego wrzątku. Jin. Chciałeś coś kombinować z kolejnym kryształem? Masz jakiś konkretny plan?
                                          - Jeszcze nie. - odparł alchemik szczerze - Poza tym że są to potężne źródła energii. Żal je tak po prostu niszczyć. Może jeśli będę mógł obejrzeć jakieś z mniejszej odległości dam radę coś z nimi zrobić. Ewentualnie zawsze zostaje twój topór. - dodał wzruszając ramionami i obrócił się do swoich nieumarłych i szczeknął komendę - Brońcie moich boków. Idziemy dalej?
                                          - Wiatr ustał. Tarcza sztormu nie będzie już nas chronić - rozważał Zod - Ani ich. Na platformie będziemy jak kaczki do odstrzału. Choć twoje amulety pewnie pomogą… oni też na odległość używają głównie magii. Powinniśmy mieć jakiś plan, choćby kiepski. Może Edward zaczyna od miotnięcia im tam tych swoich wybuchających kryształów? To powinno ich przynajmniej spowolnić?
                                          Czarodziej podrapał się po brodzie.
                                          - Ta platforma w środku jest całkiem spora, wątpię, żebym mógł sięgnąć wszystkich jednym zaklęciem. Ale jeśli oni będą mogli nas sięgnąć, to może my damy radę ich?
                                          - To może się udać. Ale najpierw spróbujmy pozbyć się ostatniego źródła energii. Nawet jeśli nie wystarczy do wywołania burzy, to możliwe że w pełni wystarczy do usmażenia nas piorunami.
                                          - To jak najbardziej - przytaknął Zod - Dajcie mi dziesięć minut…
                                          Z przerośniętego plecaka wyciągnął małe kowadełko, dwa młotki, obcęgi i trochę jeszcze żelastwa. Ściągnął z zawiasów dwa skrzydłą drzwi i zaczął pracę.
                                          Niecałe dwanaście minut później miały one prowizoryczne uchwyty.
                                          - Edward, Jin… to dla was. Jakby zaczęli czymś w nas miotać to będziecie mieć dodatkową osłonę. Nie mam żadnych pitonów, więc zostaje nam lina i trzymać się nawzajem, bo najgorszy scenariusz to pewnie, że na zrzucą w dół. Jakby to się stało to pamiętajcie, że do drugiego pomieszczenia dało się dopłynąć.
                                          - Dziękuję - odpowiedział alchemik przyjmując drzwi, pod których ciężarem się zachwiał - ale skorzystajmy z naszej dodatkowej siły roboczej. Ty i ty! Trzymajcie tą tarczę i osłaniajcie mnie i maga przed pociskami. - wydał komendę nieumarłym, którzy szybko przejęli ciężar.
                                          - Tego się precyzyjnie spodziewałem - przytaknął Zod - Wszyscy gotowi? Ruszamy!

                                          Gdy tylko osłonięci bohaterowie wychynęli z korytarza okazało się, że byli już oczekiwani. Za ścianą wiatru, która zwolniła już na tyle, że bez problemu można było dostrzec wnętrze platformy. Osiem jaszczurczych postaci, gotowych do walki, stało blisko krawędzi - żołnierze i zmutowane osiłki, jeden z cięższym pancerzem z symbolem Kelizandri, jeden bez pancerza, z łuskami pokrytymi symbolami. Najwięcej uwagi zwrócił jednak unoszący się w powietrzu nad nim osobnik, który poza łuskami miał pierzastą grzywę ciągnącą się od czubka głowy do końca ogona. Wydawał się lekko rozmywać na wietrze, gdy machnął w stronę drużyny, krzycząc.
                                          - To nas tylko spowolni. Wieczna burza i tak nadejdzie! -
                                          Jak na komendę, w stronę Amosa i Zoda pomknęły oszczepy i błyskawice.
                                          Alchemik wychylił się na ułamek sekundy zza ochronnej pawęży, trzymanej przez zombiaka i ocenił pole bitwy. Przeciwnicy byli ładnie zgrupowani.
                                          - Ciśnijcie flaszkami które wam dałem między tych dwóch jaszczuroludzi! - krzyknął do nieumarłych, samemu szykując lodowy dekokt, który posłał ułamek później po swoich sługach.
                                          Truposze momentalnie upuściły pawęże i miotnęły trzymanymi w łapach flaszkami. Wtedy coś jednak poszło nie tak. Pierwsza została zwiana przez ścianę wiatru, spadając w kotłujące się odmęty wody. Druga leciała pięknym łukiem, przebijając się przez wichry, ale w ostatniej chwili zatrzymała się w powietrzu, pochwycona w kłąb elektryczności. Stojący niedaleko jaszczuroludź wykrzywił się w bolesnym grymasie, gdy niewielkie błyskawice przeskakiwały po jego ciele, a następnie napiął się i posłał alchemiczną bombę prosto do nadawcy. Wszyscy na platformie mogli poczuć, jak bolesny może być kunszt Jina.
                                          Następna minuta wydawała się bohaterom najdłuższym czasem w ich życiu. Odwiązawszy liny, drużyna powstrzymywała istną nawałę pocisków i zaklęć. Okazało się, że jaszczuroludzie potrafią być dobrze zorganizowani i wyjątkowo skuteczni - nie dysponowali też jedynie brutalną siłą. Ten, który przechwycił kwasową bombę, miał też ewidentny talent do magii błyskawic, którymi z wielką lubością miotał, szybko likwidując obu nieumarłych sługusów alchemika. Kolejny zaś był w stanie kondensować energię do wyglądających niczym małe pioruny oszczepów, które wbijały się głęboko w ciało, miotając wiązkami elektryczności na lewo i prawo. Daruthek, bo latający szaman musiał nim być, dysponował szerszym wachlarzem magii, zdoławszy wyrwać powietrze z płuc Edwarda, a także wywoływać rzęsiste opady deszczu.
                                          “Ochroniarze” tej grupy, składający się z pary jaszczurzych żołnierzy i pokrytych kryształem mutantów, tylko czekali, aż platforma odpowiednio się ustawi, by przeskoczyć przez ścianę wiatru i dobrać się do stojących na otwartym polu bohaterów. Tu jednak popełnili błąd, gdyż Zod i Amos szybko rozprawili się z dwójką z nich, zrzucając wprost do kotłującej się parę metrów niżej wody.
                                          Magia Jina, połączona z jego ochronnymi amuletami i niesamowitym talentem medycznym, pozwoliły drużynie przetrwać natarcie, które wykończyłoby niemały oddział wojskowy, jednak gdy platforma dotarła już do ostatniego korytarza, jego zasoby powoli zaczynały się już kończyć. To wciąż jednak nie był koniec - drzwi wgłąb okazały się być zamknięte, zabezpieczone nie tylko ewidentnie umagicznionym zamkiem, z którym nawet Zod miał niemały problem, ale i pułapką, która uruchomiła się chwilę później, miotając nimi po ścianach.
                                          Ostatecznie jednak udało się - wpadli do następnego pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, odprowadzani jaszczurczymi okrzykami i szyderczym śmiechem Darutheka. Po chwili ucichły, a oni mogli rozejrzeć się po miejscu, w którym się znaleźli.
                                          Pomieszczenie było raczej przedłużeniem korytarza niż samodzielnym pomieszczeniem. Pod ścianami leżały resztki dawno zniszczonych mebli i figur, pokryte grubą warstwą pajęczyn, a z jego głębi dochodziły odgłosy wyjącego wiatru przeplatające się z nieziemsko brzmiącą muzyką.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy