Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
U bram raju
PaniczP
Panicz jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
BrilchanB
Brilchan jako
Marius Utopiec
MikeM
Mike jako
Randal Bronson
TomaszKT
TomaszK jako
Ballo Białe Serce
Pan ElfP
Pan Elf jako
Morwen
RewikR
Rewik jako
Seweryn Drachenwulf
eToE
eTo jako
Hazar Baraz-Felak

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
68 Posty 8 Uczestników 1.5k Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • RewikR Niedostępny
    RewikR Niedostępny
    Rewik jako Seweryn Drachenwulf
    napisał ostatnio edytowany przez Rewik
    #52

    Seweryn upewnił się, że jego sztylet jest w zasięgu ręki i łatwy do dobycia. Wzrokiem złapał też Randala, co by chyba zapytać o asystę - asystę w skróceniu mefita o głowę rzecz jasna, gdyby ten zaczął być groźnym dla cyrulika.

    Diablik pokracznie zbliżył się, wadząc rozciętym błonistym skrzydłem o kamienną posadzkę. Miał też nos miał rozorany, dzięki Szwarowi.
    – Dajcie to doktor Larze, może się jej przydać ze Szwarem – powiedział do jednego z górników, wręczając pakunek. Uwaga jego jednak była całkowicie pochłonięta w obserwacji jego najdziwniejszego jak dotąd pacjenta. A było to osiągnięcie, oj było. Nim zbliżył się bardziej, ponownie pokazał bandaże przedziwnej istocie i nici i igłę, pokazując co zrobić zamierza ze skrzydłem jego i nosem.

    Serce mu mocno biło. Wiedzieć czego spodziewać się po takim stworzeniu nie mógł. Intrygowało go co mogło sprawiać, że istoty te rzekomo wybuchały po śmierci. Przez chwilę próbował zlokalizować organ za to odpowiedzialny, co mogło być istotne, gdyby sprawy się skrewiły. Nie folgując jednak zbyt długo wziął się za wyznaczone zadanie. Z początku pacjent zdawał się całkowicie obcy, z czasem jednak Seweryn zaczął dostrzegać podobieństwa. Ostatecznie zawsze chodziło o to samo. Powstrzymać przed wypływaniem tego co wypływać nie powinno, a wyjąć to na co w środku miejsca nie przewidziano. Upewnił się, że ktoś znajduje się w odległości ciosu od pacjenta i zaczął... jak miał nadzieję dając czas na wymyślenie jakiegoś sensownego rowiązania tej przelotnej znajomości.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • BrilchanB Niedostępny
      BrilchanB Niedostępny
      Brilchan jako Marius Utopiec
      napisał ostatnio edytowany przez Brilchan
      #53

      // - Mości Krasnolud ma racje niech lecą do Imić Pana Werdyka a jeżeli mamy walczyć niech idą przodem... - Powiedział neutralnym tonem do towarzyszy we wspólnym.

      //- Udało mi się ich przekonać żeby was wypuścili na zewnątrz w mieście mamy potężnego mistrza magii który da radę otworzyć portal do waszego domu - Wybulgotał do stworków.

      Z tego całego gadania nie był pewien czy reszta ich puści szczególnie Randall jeżeli wywiąże się walka stanie po stronie świętego wojownika ale lepiej żeby wybuchy po za Ścieżką.*

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PaniczP Niedostępny
        PaniczP Niedostępny
        Panicz jako Mistrz Gry
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #54

        Mefity świergotały po swojemu, górnicy klęli pod nosem w lokalnej gwarze, a zlepiona z wszech stron drużyna wymieniała się półsłówkami. Tylko Marius był łącznikiem tych światów i idąc za głosem spoza świata (tak tego mefitowego, jak i tego wokół i na powierzchni), postanowił, że najlepszym pozbyciem się mefitów będzie ich wygonienie na zewnątrz.

        Część wolała je wypuścić, ale Seweryn i Randal ostrzegali, że żywioł na wolności może narobić wiele szkód i odbije się to wszystkim czkawką.

        Decyzja była po stronie Utopca i to on miał w ręku wszystkie karty. Chwilowo grał na czas, widząc, że drużynowy medyk składa jednego ze stworków tak jak umie. Anatomia chochlików była dalece inna od tej, którą Seweryn widywał u ssaków i ptaków, ale na najbardziej podstawowym poziomie podobieństwa istniały. Krew dawało się zatamować, a tkanki zszyć.

        Drachenwulf niepewnie gładził dziwacznego stworka po skrzydle, najpierw przydając mu ulgi w zranieniu lekkim anestetykiem i maźnięciami chłodzącego balsamu, a potem raz-dwa szyjąc lekkie rozdarcie. Medyk spieszył się, ale już przy tym zrobił wielkie oczy, widząc że tkanka na skrajach ran cały czas jest w ruchu i pewnie szybko zasklepiłaby się i bez jego interwencji.

        Stworki były ze wszech miar fizyczne – dało je się pogłaskać i dało je się zdzielić po łbie, a przede wszystkim schwytać i zamknąć. Mimo tego, gdzieś na głębokim poziomie natura ich ulotnego żywiołu wchodziła w ich ciało, nadając dymnej budowie mefitów stałą płynność. Nie było tego widać z daleka, ale przy bliskim wglądzie w ich tkankę – czy to przy zranieniu, czy nawet przy obserwacji samej skóry, ruch w ich ciałach nie ustawał.

        Seweryn podchodził do zajęcia z fascynacją, bo pewnie nawet doktor Lara na swoim prestiżowym Szarym Koledżu nie miała kolegów, którzy mogliby pochwalić się takim doświadczeniem, jakie teraz przypadło w udziale prostemu cyrulikowi. Tyle ile fascynacji, było jednak w tym i obawy. Chociaż ranne mefity przy wtórze swych dziwnych świstów w końcu zleciały ku medykowi, prowadzone wznoszącym się na wyżyny charyzmy i lingwistyki Mariusowi, to w ruchach były niepewne i napięte jak żmija przed uderzeniem.

        Drachenwulf obawiał się, że jeśli któryś stwór buchnie na niego swoim parzącym wyziewem, to jego wznosząca się fala kariery urwie się tu i teraz. Przy przeglądzie anatomii pacjentów medyk nie omieszkał poszukać organu, który miałby odpowiadać za ich słynne wybuchanie. Poniżej długiej szyi dostrzegł jakąś pulsującą arterię, która pod dotykiem biła niespotykanym gorącem. Organ wzbierał przy głębszych oddechach stworków, sprawiając pod palcami wrażenie, jakby coś w środku przelewało się i bulgotało.

        Seweryn obstawiał, że stały ruch w ciałach mefitów zasilał tę dziwną komorę (nie inaczej niż ludzkie serce, choć właściwe serca stworków biły głębiej) i jego przerwanie musi dać ujście zebranemu w ciele napięciu, które w homeostazie utrzymuje tylko nieustanny przepływ. Odcięcie odpływu dla wzbierającej energii oznaczałoby... Tak, oznaczałoby wielkie bum, ale cyrulik nadal zastanawiał się, co naprawdę musi krążyć po żyłach stworków, że (wielce prawdopodobny) wybuch w ich przypadku jest tak potężny.

        Tego – tym razem – medyk postanowił nie zgłębiać i zakończywszy swą prostą operację, odsunął się w tył najbardziej pokojowo jak potrafił. Marius przestrzegł mefity, że operacja jest ukończona i że teraz...

        – Wydostaniecie się stąd tą drogą za schodami. Musicie lecieć prosto. Cały czas prosto! – Utopiec zastanowił się przez chwilę, co może wydarzyć się po drodze. Widział jak impy rozlatują się na wszystkie strony, ale widział przede wszytkim, jak spadają na pilnujących wejścia na Ścieżkę strażników. – Prosto, prosto, prosto! Nie skręcać! Prosto, az dolecicie do światła! I nie zatrzymujcie się! Nie atakujcie nikogo, lećcie-lećcie-lećcie! Najszybciej jak się da do światła!

        Szwargot żywiołaków był nagły, głośny i intensywny, podobny porannemu chórowi wielkiej szpaczej kolonii. Mefity zasypały się nawzajem mnogością krótkich komunikatów, z których Marius wyłapywał ledwie sylaby. Zaraz zaś, a właściwie jeszcze w trakcie, pierwsze zerwały się do lotu, waląc naprzód ku wyjściu.

        – Dzięki, nielocie – rzucił ledwie jeden ze stada, który widać był najstarszy i może przez to najmniej narwany. – Nie można nas tu zatrzymać... Musimy widzieć niebo!

        Gwałtowny trzepot skrzydeł poniósł się po hali echem. Szwar i Grosz przykulili się, gdy mefity przelatywały nad nimi, a doktor Quolleb przypadł dla bezpieczeństwa do zasłony z tralek. Ballo uśmiechał się, machając stworkom na pożegnanie, a Morwen śledziła ich gorączkowy lot bezpiecznie zza jego pleców. Seweryn kręcił głową, pewny tarapatów, jakich narobi im meficia banda, ale został na miejscu, nie bawiąc się nawet w mierzenie do uciekinierów z Kruszynki.

        – Coś im powiedział? – Rozeźlił się Randal, nie czekając na dalszy rozwój spraw i łapiąc za oszczep. – Narobią tam bardachy! Spalą wioskę, albo i gorzej!

        Paladyn wziął szybki zamach i posłał pocisk za jednym z dymiących bażantów, którego sobie upatrzył, ale chybił o łokieć czy pół. Nie czekał i porwał się za następny oszczep.

        – Lara! No strzelaj, trzeba je zatrzymać! – zawołał.

        Doktor Quatermain pokręciła jednak głową. Może w swych kalkulacjach widziała już i to, co Randal, ale utylitarny odstrzał czy mniejsze zło nie wchodziły u niej w rachubę. Paladyn rozpędził się i posłał następny oszczep...

        Może brak wsparcia w kompanach, a może szybka rejterada mefitów ujęły siły jego ramieniu, bo tym razem pocisk opadł znacznie niżej i wcześniej, nie zagrażając żadnemu z chochlików. Rycerz spojrzał po hali, opuszczonej już przez nagłych przybyszy. Ostatni wylatywał właśnie przez korytarz, znikając w przedsionku, którym drużyna kilkanaście minut temu wchodziła w czeluście Ścieżki.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        3
        • BrilchanB Niedostępny
          BrilchanB Niedostępny
          Brilchan jako Marius Utopiec
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #55

          Marius wzruszył ramionami na pytanie świętego męża // - Powiedziałem im którędy do wyjścia mają iść! Nie zamierzam skóry ryzykować w walce z każdym potworem z dwojga złego wolem niechaj sobie polatają i do domu wrócą niżby miały mnie oparzyć albo któregoś z nas zabić... Starcza że Pana Migdała źeśmy stracili płacą nam za badanie Ścieżki mnie starcza jedno spotkanie ze śmiercią na rok // - Po tonie głosu można było poznać że nie żal mu decyzji... Może jeżeli stwory ugotują kogoś żywcem wtedy będzie się czuł winny ? Ale lepiej nie pożyczać problemów z dnia jutrzejszego bo mogą nie nadejść.

          // - To jak idziemy dalej ? Ścieżka czeka za to nam płacą // - Utopiec był zdecydowany iść dalej dla Mistrza.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • Pan ElfP Niedostępny
            Pan ElfP Niedostępny
            Pan Elf jako Morwen
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #56

            Gdy mefity wyfrunęły radośnie z komnaty, Morwen obserwowała je zza bezpiecznych pleców Ballo. Dopiero kiedy uznała, że z ich strony nie grozi już żadne niebezpieczeństwo, wychyliła się nieco bardziej.

            I wtedy w szał wpadł Randal, któremu najwyraźniej nie w smak było wypuszczenie diablików.

            Morwen przechyliła lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchując się rozeźlonym krzykom paladyna. Jej złote oczy śledziły każdy jego ruch. Mężczyzna kipiał gniewem i przez krótką chwilę czarodziejka odniosła wrażenie, że całą swoją frustrację zaraz wyładuje na Mariusie - który, bądź co bądź, odpowiadał za uwolnienie mefitów.

            Na szczęście dla chłopaka, okutany w płytową zbroję Randal obrał sobie za cel oddalające się żywiołaki.

            - Kilka centymetrów w lewo… i odrobinę wyżej - rzuciła zaczepnie, gdy pierwszy z oszczepów chybił celu.

            - Ojej.

            Tym razem komentarz był już całkiem suchy, gdy kolejny rzut również nie dosięgnął mefitów. Morwen rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby cała sytuacja niespecjalnie ją obchodziła - a już na pewno nie podzielała obaw paladyna.

            - Chłopak ma rację. Ruszajmy dalej, tylko tracimy czas - odezwała się, odnosząc do słów Mariusa, po czym puściła mu krótkie oko.

            Podzielała jego zapał, ale jedynie częściowo.

            Pieniądze nie motywowały jej ani trochę. To nie dla złota zeszła na Ścieżkę. Przyciągnęła ją wiedza ukryta w ciemnych zakamarkach ruin. Starożytna magia. Artefakty pamiętające czasy, gdy potęga Suelii potrafiła odmieniać całe krainy. To dla nich tu przyszła.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • PaniczP Niedostępny
              PaniczP Niedostępny
              Panicz jako Mistrz Gry
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #57

              Smętno-gniewne spojrzenie Randala powlokło się za mefitami, zawisając krótko na ciemności korytarza, w którym zniknęły niby dym, jaki za sobą roztaczały. Rozwiał się jednak tak dym, jak i uwaga rycerza, który zaklął coś pod nosem i machnął ręką. Choć różne zwykło się mawiać rzeczy o rycerzach, to Bronson nie należał do tych szczególnie ciętych na wiatraki i wolał twardo stąpać po ziemi. Nie, aby umniejszało to jego oddaniu Wielkim Ideom, ale lubił wprowadzać je w codzienność efektywnie i bez fanfar.

              Paladyn puścił złośliwości Morwen mimo uszu i ruszył zebrać oszczepy z ziemi. Kiedy on zbierał oręż, górnicy zbierali się w sobie, dochodząc grubymi haustami powietrza do spokoju, który wypaliło pojawienie się mefitów. Teraz było już po wszystkim...

              W tej jednej kwestii. Jednej i na samym początku. A to znaczyło tyle, że przeprawa na Ścieżce będzie cholernie ciężka i trzeba by prawdziwie dziecięcej naiwności, by dać sobie wmówić, że najgorsze za nami i nie ma się czego bać. Górnicy naiwni nie byli i skoro na starcie szło im napotkać dymiące, rzygające smołą diabły-nietoperze to wiedzieli, że dalej będzie tylko gorzej.

              Grupa utrzymała morale, bo krewcy kopacze pokazali się z mocnej strony, ale niepokój – i tak przecież zasiany samym zejściem w pradawne korytarze pulsujące od magii – pozostał. I skryty pod hardymi minami, pęczniał. Szwar, poparzony przez meficie wyziewy, robił dobrą minę do złej gry. Lara obłożyła go bandażami z balsamem, ale przeżarta skóra skutecznie ostudziła w nim agresję na resztę wycieczki.

              Hazar upewnił się, że cała grupa na powrót jest na chodzie i na skinienie doktora Quolleba, zbliżył się zeksplorować komnatę, skąd wcześniej wyleciały diabliki. Była spora, ale ewidentnie utylitarnej natury. Tu działała jakaś magiczna pompa-filtr, która zasysała powietrze gdzieś z zewnątrz, roznosząc je po szybach Ścieżki. Na ziemi leżał gruz, metal, porozbijane kawałki ceramiki i resztki jakiejś organicznej materii, które wcześniej musiały krążyć w powietrznym obiegu mechanizmu.

              Eutalo miał oczy wielkie jak dukaty, chwaląc złożoność konstrukcji i jej wybitność, ale większość uznała, że niebezpieczeństw wokół jest zbyt dużo, by poddać się zachwytom, nim oczyszczą najbliższą okolicę.

              Krasnolud sam chętnie pogapiłby się na suelskie rozwiązania, które utrzymywały napowietrzonym tak ogromny podziemny kompleks, ale umiał nadawać sprawom należyty porządek. Teraz szli dalej, zabezpieczać przestrzeń, skąd mogło przyjść zagrożenie.

              Kolejna sala po prawej miała nad sobą reliefy przedstawiające odpoczywających mężczyzn i kobiety na misternie zdobionych otomanach. Pozycje figur wyglądały wypoczynkowo i rekreacyjnie, jednak doktor Quolleb odszyfrował naturę przestrzeni jako lazaret czy też obszar triażu. Środek był długim, niższym niż inne komnaty prostokątem, gdzie pod ścianami rozstawiono metalowe parawany, oddzielające łóżka pacjentów.

              W środku pachniało pyłem, kurzem i mimo wieków, gryzącym zapachem eteru i alkoholu. Lampiony, ani pochodnie nie zapaliły się tu po wejściu, więc sala tonęła w mroku, widoczna ledwie na tyle, na ile światło wpadało tu z ogólnego hallu.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • TomaszKT Niedostępny
                TomaszKT Niedostępny
                TomaszK jako Ballo Białe Serce
                napisał(a) ostatnio edytowany przez TomaszK
                #58

                // - Dość - powiedział Ballo stukając o podłogę swoim Brzemieniem. - Przyjęliśmy rozejm z mefitami. Ma być uszanowany. Tak nakazują Bogowie.

                Następnie mnich pomógł z opatrunkami i upewnił się, że w zamieszaniu nikt nie skręcił nogi czy nie poniósł innych obrażeń, które odczuje dopiero jak adrenalina opadnie.

                W starożytnym lazarecie poczuł się jak w domu - znaczy klasztorze. Był on zbudowany częściowo na suelskich ruinach, i wiele sal zachowało swą funkcję. Mógłby się tu poruszać z zamkniętymi oczami, nawet gdyby wciąż stały łóżka i parawany. Mógłby tu leczyć, igłami kierować energią życiową, be eliminowała źródła zakażenia, lub przeciwnie - by je omijała, gdy infekcja byłaby za silna. Mógłby wzmacniać jedne czakry kosztem innych, by zakłócona równowaga znów odzyskała balans. Mógłby silnymi rękami nieść ulgę mięśniom, kościom i stawom.
                Myśli powróciły jednak szybko do rzeczywistości, gdyż zadanie przed nim postawione nie pozwalało na długie rozmyślania. Trzeba chronić tych, którzy mają słabe ciała. By oni mogli chronić tych o słabych lub niemagicznych umysłach. Spojrzał na swoich podopiecznych i wiedział, że zadanie dopiero się rozpoczęło.

                Jestem heroldem świata snów ze słów
                Niewinną zwidą w głębi waszych głów

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • BrilchanB Niedostępny
                  BrilchanB Niedostępny
                  Brilchan jako Marius Utopiec
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #59

                  // - Pan Ballo ma słuszność jeżeli potworki kogoś ugotują żywcem to wtedy będę na nie polował i się martwił wyrzutami sumienia choć jak ktoś ma zemrzeć to chyba wszystko jeno czy to wilcy, powietrzniaki, gobliny czy inne diabły ? Ładne te obrazki może jakby u was w Lazarecie takie zrobić Panie Sewerynie toby pacjenci szybciej zdrowieli ? Ci antyczni to mieli jednak fajne pomysły - Pozornie lekki ton głosu kapłana skrywał pod sobą mentalność szczupaka. Utopiec gotów był grzebać w gruzach oraz mule żeby znaleźć ślady dawnej bytności aby zapewnić im bezpieczne przejście ostrożnie dźgał każdą kupkę gruzu i kłębowisko szmat trójzębem spodziewając się ataku zmutowanych magią szczurów bądź karaluchów.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • MikeM Niedostępny
                    MikeM Niedostępny
                    Mike jako Randal Bronson
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Mike
                    #60

                    // - Wielce się uradują wyrzutami sumienia ci, których ubić mogą mefity - warknął Randal. - A jak już upolujesz potem te mefity to jak nic w swe skromne progi by cię zaprosili i ugościli jak króla. Gdyby rzecz jasna żyli.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • BrilchanB Niedostępny
                      BrilchanB Niedostępny
                      Brilchan jako Marius Utopiec
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Brilchan
                      #61

                      Słowa i postawa Bronsona wkurzyły młodego żeglarza:

                      // - Nie ma co kraść problemów z dnia jutrzejszego skoro mogą nie nadejść a dzień obecny jest wystarczająco trudny Święty Mężu. A co byś zrobił gdyby mefity zabiły kogoś z nas ? A co jeżeli nikogo nie zabiją i rzeczywiście wrócą do siebie ? Jakbyś się czuł jakbyś je zabił a one nikogo nie skrzywdzą ? Czy mordowanie kogoś za to że pochodzi z innego świata jest świętobliwe ? Nie wiem mości Randallu jakie bóstwa czcicie, ale Osprem jest bóstwem podróżnych, a te powietrzniaki zostały zmuszone do podróżowania wbrew swej woli nie zamierzam mordować stworzeń tylko dlatego że nie są humanoidami - Kapłan nie zamierzał odpuścić paladynowi.

                      // - Chyba, już dość czasu zmarnowaliśmy na bezowocne przypuszczenia? jeżeli bogowie nie dali wam zdolności przewidywania przyszłości nie ma co marnować czasu na tą dyskusje a jeżeli macie ten dar trzeba było się ogłosić wcześniej... Nawet jeżeli coś złego się stanie, jeno waszmość i waćpan cyrulik z całej naszej hanzy chcieliście dalej walczyć, sądziłby kto że święty wojownik oraz medyk byliby najbardziej pokojowymi! Jeżeli się coś złego stanie pamiętajcie że większość z ludziów tutaj nie chciało walczyć takoż decyzja i odpowiedzialność wspólna również jest... Z dwojga złego wolę żeby kto inny padł trupem niż ja.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • RewikR Niedostępny
                        RewikR Niedostępny
                        Rewik jako Seweryn Drachenwulf
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Rewik
                        #62

                        Słowa wypowiadano teraz szybko i kąśliwie. To było normalne i choć wypowiedzenie frazy, jakoby on chciał walczyć ubodło go, nie pochłonęło jego uwagi więcej niźli przelot muchy. Ubodło, jakby odkryło to jakąś prawdę. Choć Seweryn nie zgadzał się z tą prawdą wcale, roztrącanie tej kwestii zwracałoby zbyt wiele uwagi na jego skromną osobę. Uwagę zaś swoją także skierować w inne miejsce wolał.

                        – Malowidła nie sprawią, że ktoś wyzdrowieje. – pomyślał, miast udzielić odpowiedzi na pytanie Utopca.

                        Nie było tak, że Seweryn nie był świadom pewnych prawideł, że pacjent czujący się bezpieczniej, czy "przytulniej" może prędzej zdrowie odzyskać. Nie uważał jednak by było to coś w jego sytuacji do osiągnięcia. Lazaret jego bywał w wiecznym nieładzie, bo wiecznie było coś do zrobienia. Pacjenci następni słyszeli poprzednich pacjentów. Wchodząc do namiotu, nie zawsze gościł ich przyjemny widok. Po przyjęciu uczennicy Nowalijki nieco się to zmieniło, acz nie z polecenia Seweryna. Była to raczej przypadłość dawnej karczemnej służki. Do tego się nadawała.

                        Nie było też tak, że Seweryn obrazów tych nie doceniał. Jednakowoż w inny sposób na nie patrzył. Jak na księgę, próbując znaleźć coś czego nie wie. Studiował ściany, jak karty drogich ksiąg, spragniony choćby przesłanek, iże w miejscu tym odnajdzie tajemne sztuki medycznego półświatka.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • PaniczP Niedostępny
                          PaniczP Niedostępny
                          Panicz jako Mistrz Gry
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                          #63

                          ***

                          Trzepot skrzydeł niósł się po korytarzach Ścieżki, wybrzmiewając trochę po ptasiemu, a trochę jakby owadzim bzykiem. Mefity, które wcześniej rozleciały się na wszystkie strony jak niesforne dzieci puszczone na łąkę, teraz zbiły się w rozwrzeszczane, buzujące kłębowisko. Sunęły naprzód jak rój szerszeni, bucząc miarowo i osnuwając kolejne komnaty gęstym dymem.

                          Droga na zewnątrz nie była długa, jeśli tylko gnać żwawo i nie zbaczać z trasy. Światło przedpołudnia było już coraz lepiej widoczne przed sunącą pod dachem dymiącą chmurą.

                          ***

                          Kąśliwości wymieniane wśród kompanów nie bolały prawdziwie, a na realne zranienia balsamy i bandaże mieli Seweryn i Lara. Nie było co jątrzyć, gdy temat uleciał, a należało grzebać w tym, co przed sobą. Marius grał tu pierwsze skrzypce, przepatrując każdą kupkę gruzu, bandażowy zwitek i rozbitą szkatułkę na podłodze lazaretu. Wyprzedzał w tym nawet ostrożniejszego nieco Seweryna, który do eksploracji królestwa swych pradawnych ziomków palił się przecież najmocniej.

                          Ci dwaj zapuścili się w głąb medycznej komnaty jako pierwsi, wychodząc przed Hazara, który dał sygnał bezpieczeństwa. Wyglądało na to, że tutaj jest pusto. Strop był w paru miejscach spękany: tu i ówdzie leżały kupki gruzu, albo odłupanych z sufitu płytek, ale nie widać było żadnego architektonicznego zagrożenia. Ogólny chaos sali zdawał się raczej dziełem ludzkiego chaosu niż echem naturalnej czy nawet magicznej katastrofy. Porozrzucane skrzynki i paczki stanowiły ślad szabrowania, albo może gorączkowego przetrząsania przestrzeni. Parę łóżek było poodsuwanych od pierwotnych pozycji, a wnęki w ścianach z kolbami i dzbaneczkami były pełne rozbitego szkła.

                          – Szukali lekarstw – ocenił szybko Seweryn. Medyk, choć nie znał języka i run na zaległych w chaosie puzderkach, skrzynkach i szkatułach, widział, że wybierano z apteczek konkretne przedmioty. Masa, zwykle niezdatnych już do niczego, utensyliów została na swych pierwotnych miejscach, ale zwykle brakowało fiolek i bukłaków. – Mikstury leczące pewnie mieli powszechne jak u nas alkohol do odkażania ran.

                          Cyrulik rzucił uwagę półtonem, może jako pytanie, które miał rozstrzygnąć Quolleb, Lara czy może Eutalo i szybko dostał potwierdzenie od całej trójki.

                          – Magia była wtedy na porządku dziennym – potwierdził młody Oeridyjczyk. – Często leczenie odbywało się z jej użyciem, ale bez kapłanów i tego rodzaju magii. Suelowie mieli własne podejście... Dimensio energiae positivae.

                          – Tak, ich stosunek do magii był złożony. Z jednej strony była bardzo hołubiona, a z drugiej – mocno utylitarna – dołączyła z wyjaśnieniem Lara. – Nie znam tego od strony arkanów, ale czytałam, że sama magiczna energia była dla nich narzędziem: czy to do leczenia i regeneracji, czy do wycinania tkanek. Jak dziś skalpel.

                          ***

                          – Jasny pierunie!

                          Potężny dryblas w szarej przeszywanicy otworzył gębę tak, że mógłby mu mefit wlecieć.

                          – Diabły! Bogowie kochani! – Drugi, niewiele mniejszy, zrobił wielkie oczy i przeżegnał się po pelorycku, chwytając złożonej na ławie kuszy. – Diabły normalne!

                          – Strzelajta chłopy, strzelajta! - rzucił łysy wąsacz stojący dalej, za barykadą z ław i opłotków. Sam był nie tylko od gadania i słów na wiatr nie rzucał. Upuścił w piach drożdżówkę, którą zajadał i od razu porwał się za krótki cisowy łuk, łapiąc za strzałę znad ramienia.

                          – Bijta, kurwa! - warknął, spuszczając pocisk z cięciwy i przełykając kawałek budyniowego ciastka.

                          – Co do jasnej...!

                          Kudłacz odwrócił się na wzmagający się nietoperzy trzepot z ciemności i teraz biegł w stronę wrót na Ścieżkę, widząc jak z mroku wypływają dymiące diabelstwa. Stwory leciały gęstą chmarą i zawodziły piekielnie, jakby stado poparzonych gęsi.

                          Diabliki były szybkie i zaraz na wylocie wzbiły się w górę, ale strzelcy zdołali dosięgnąć dwóch z nich. Jeden oberwał bełtem w skrzydło i zniżył lot. Zniżył lot nad kordonem strażników i wściekły, splunął na nich dymiącą, smolistą mazią. Nieduży, nie większy niż makak, przy otwarciu pyska okazał się pojemny jak pelikan, wylewając gryzącą ciecz niby z wielkiej chochli czy gara.

                          Wrzątek buchnął na gwardzistów, parząc skórę i wyrywając z gardeł wściekłe ryki i przekleństwa. Sprawca bólu nie spadł mimo trafienia i po gorejącej ripoście, zadowolony widać, zrobił powietrznego fikołka i wyrwał wysoko ponad klif, żegnany chybionymi strzałami.

                          Inny jednak – i jedyny spośród całego stada, które szybko oddalało się poza zasięg – dostał grotem po gardle, zwalając się z pełnym impetem na zaparkowany kawałek od wejścia wóz pełen siana. Choć lądowanie miał miękkie, oberwał mocno i wykolebał się stamtąd w piach, na czyste pośród strażników. Uskakiwał pokracznie i próbował wzlecieć, ale uderzenie namąciło mu widać z błędnikiem, bo łapy plątały się i wiły jak zrzucany z cedzaka makaron.

                          ***

                          Przepatrywanie z początku było zajęciem ostrożnym i delikatnym, ale w miarę jak Marius wkraczał głębiej w komnatę, a nic nie kąsało go, nie dźgało, ani nie raziło magią, reszta drużyny nabrała smaka na włączenie się w wykopaliska. Eutalo zadbał o magiczne światło, a górnicy odpalili tradycyjne pochodnie, obchodząc całą, długą, prostokątną salę lazaretu.

                          Sufit przedstawiał ceramiczne płytki z rajskimi scenkami, które widać miały – zgodnie z intuicją Seweryna – sprzyjać rekonwalescencji chorych, a ściany miały przyjemny brzoskwiniowy kolor. Wyblakły i może bardziej teraz ochrowy, ale ciągle kojący dla oka. Lazaret miał dwadzieścia łóżek po obu stronach, a między tym wszystkim parę przystani na gromadzenie medykamentów w szafo-sejfach i ściennych wnękach. Nic nie było już zamknięte, ani skryte – większość rzeczy leżała na wyciągnięcie ręki.

                          Sęk w tym, że fiolki medykamentów były porozbijane, puste lub zwietrzałe. Narzędzia przerdzewiały lub były niekompletne, a bandaże, gazy i opatrunki nie nadawały się do niczego.

                          Dla Lary, Eutalo i doktora Quolleba to było rozczarowanie, ale z tych bezbolesnych. Sam obraz starożytnej służby zdrowia i to ile można było wynieść z pobytu na miejscu starczyło, by zbudować tu solidną monografię, albo dwie. Dla reszty – może z wyjątkiem szczerze zainteresowanego wszystkim Seweryna – komnata była póki co bezpiecznym przystankiem przed tym, co czeka dalej.

                          – O, coś tu mam! – Marius dotąd znajdował różne szpargały, ale oko doktora Quolleba rangowało je jako bezużyteczne dla potomności i pożytku wyprawy. Teraz jednak, pod złachmaniałym kawałkiem dawnej szaty, trafił szkatułkę. Nadpróchniałe drewno z naderwanym wiekiem, ale środek nie był pusty. Wbite w miękkim, zbutwiałym pluszu czekały cztery pełne fiolki mlecznobiałej, opalizującej mocno cieczy. Dwie pozostałe były puste, a całego kolejnego rządka brakowało. W rachunku puste-pełne cokolwiek było jednak warte znacznie więcej niż nic.

                          – Magiczne. Czuć, ale wystarczy spojrzeć – Morwen opuściła opiekę Ballo, uznając, że ciekawość zwykle jest warta ryzyka. – Bije energią. Jakby tu światło zamknąć w butli. Albo piorun.

                          – To owa energia positiva – wyjaśnił Eutalo. – Wydestylowana energia żywiołu życia, czy po prostu: energia o pozytywnym biegunie. A najprościej – czysta moc, która napędza każde żywe stworzenie.

                          – Czyli mikstury leczące, czy mamy jakiś haczyk? – włączył się Randal, którego przezorność nie raz była wybawieniem dla lekkoduchów.

                          – Jak przyjrzę się moment, to z prawdopodobieństwem... - Oeridyjczyk spojrzał na paladyna i przerwał. – Spojrzę moment i będę wiedział na 100%, co to jest. Teraz jestem prawie pewny, że można to traktować jako leczący eliksir, ale na ile rozumiem naturę tej energii, nie można z tym przesadzić.

                          – Można to przedawkować? – zaciekawił się Seweryn.

                          – Jeśli ktoś jest ranny, wyczerpany, umęczony – mikstura powinna przywrócić siły i nasycić tkanki energią. Może też zregenerować rany. – Eutalo cieszył się rolą eksperta i z uśmiechem tłumaczył specyfikę, w której to on odnalazł się jako kluczowa figura. – Nasze organizmy, nawet w pełni mocy, mają zawsze trochę zapasu. Są chłonne jak gąbka. Ale jeżeli ktoś rzeczywiście byłby zdrów jak ryba, a wypiłby taki eliksir... Albo może dwa... Jeśli ciało nie ma jak zmagazynować takiej energii... Może wybuchnąć.

                          – Oho – Randal uśmiechnął się cierpko i odsunął mieczem szmatkę z kolejnej porzuconej szkatuły. Ta jednak okazała się pusta. – Za łatwo być nie może. Czyli... To zarówno lekarstwo, jak i broń?

                          – Może nie tak jednoznacznie... Odrobina nikomu nie zaszkodzi, ale jeśli ktoś zdrów faktycznie wypiłby ze dwie fiolki... Szacuję, że dwie, bo nie wiem, jakie jest stęzenie energii... Mogłoby być... Ciekawie. – Mężczyzna uśmiechnął się lekko, ale zaraz spoważniał, widząc niepewność i niezrozumienie na twarzach niektórych. – Za to jest to jednoznacznie pewna broń na nieumarłych... Gdybyśmy oczywiście jakichś spotkali.

                          ***

                          Chmura mefitów zawisła wysoko nad skałą, w której wyrąbano wejście na Ścieżkę. Były wysoko, dobre kilka pięter nad koniuszkiem portalu. Bzyczały i dymiły, obserwując.

                          Ludzie na dole, kilkunastu rosłych drabów, z których większość łapała się właśnie za kusze lub łuki, odbiegli od wlotu w głąb góry, dookoła obchodząc ustrzelonego na piachu stwora. Diablik miotał się w pyle i kurzu, przydając sobie dodatkowej osłony ponad swe zwyczajowe dymienie. Oczy zbrojnych wodziły to za nim, to za wiszącym w górze stadem, to zaś jeszcze za gromadzącymi się w okolicy gapiami.

                          Tych już wcześniej było kilku, odseparowanych od okolicy Ścieżki zwalonymi ławami i zdjętymi z pastwisk płotami, które robiły za barierki odgradzające. Teraz, zawołani przez lampiących się na całą sytuację pijaczków, bywalcy Górniczej Doli ruszyli na ogrodzenia, opierając się i łypiąc cóż-to-za-dziwactwa! wyleciały z ciemności.

                          Odnaleziono 4 Mikstury Pozytywnej Energii - przywracają 2k6+4 PW [przy pewnych ograniczeniach i obostrzeniach]

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          2
                          • eToE Online
                            eToE Online
                            eTo jako Hazar Baraz-Felak
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #64

                            Podczas gdy część drużyny sprzeczała się nad decyzją wypuszczenia mefitów Hazar stał cicho. Po prostu nie zamierzał się wtrącać. Sam przyczynił się do takiego a nie innego rozwiązania i bardziej zastanawiał się nad konsekwencjami wypuszczenia przeciwników niż zamierzał się wtrącać. Gdyby tylko te mefity nie mogły latać… mógłby bardziej efektywnie uporać, i zdecydowanie byłby za innym rozwiązaniem problemu. Jednakże im szybciej przeciwnicy zostaną usunięci z drogi, tym lepiej. Im mniej zostanie na to zużyte wysiłku, tym lepiej. Trochę szkoda, że tym razem nie udało mu sie trochę rozerwać, ale mimo wszystko przybliżało go to do swojego celu.
                            Tak czy inaczej trzeba było się wziąć do dalszej roboty. Tym razem mając przed sobą tarczę tak na wszelki wypadek aby kolejny raz nie zostać zaskoczonym przez następne przeszkody. Nie minęło dużo czasu kiedy rozpoznanie i zabezpieczanie pomieszczenia przemieniło się przeszukiwanie i zbieranie łupów. Hazar zatem czekał dalej. Obserwował oczywiście co się działo, chociaż poświęcał więcej uwagi na rozkład pomieszczenia oraz kolejne przejścia. Oczywiście rzucał również okiem na górników, aby przypadkiem nie zwinęli za dużo lub zbyt otwarcie. Kiedy usłyszał o znalezieniu jakiś mikstur mogących leczyć nie mógł się powstrzymać nad zastanowieniem się ile czasu dość poobijane żebra będą mu dokuczać. Nie było to jednak nic z czym nie mógł sie spokojnie uporać, szczególnie biorąc pod uwagę na to co już w życiu przeszedł. Nie narzekał zatem tylko czekał aż reszta będzie gotowa do dalszej drogi. Dzięki cierpliwości dotarł na tyle daleko, więc trochę więcej cierpliwości mu nie zaszkodzi.

                            "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                            "- You can't let them run around inside of dead people!

                            • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • PaniczP Niedostępny
                              PaniczP Niedostępny
                              Panicz jako Mistrz Gry
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #65

                              Eksploratorzy Ścieżki wreszcie mieli spokojną chwilę, by nachłonąć się jej uroków. Oświetlany falującymi jęzorami pochodni lazaret nie robił może takiego wrażenia, jak główna hala czy przedsionek, gdzie skala i majestat przytłaczały, ale dla otwartych umysłów był kopalnią wrażeń.

                              Seweryn i Lara z podziwem i ciekawością przypatrywali się zapomnianym rozwiązaniom medycyny – rozerwanym przez czas i gubiącym znaczenie, ale ciągle praktycznym i zmuszającym do pokory wobec własnej niewiedzy. Dla Lary każdy krok na Ścieżce był przeżyciem sam w sobie, więc kiedy dwie życiowe pasje zbiegały się w jedną, jak tu, gdzie archeologia wchodziła w wymiar medyczny, zachwyt był nie do ukrycia. Młoda pani doktor zwykle trzymała rezon i mimo pogodnego usposobienia, zwykle nie dawała po sobie poznać głębokich emocji. Tu jednak rozanieliła się zupełnie i widać było, że oczy jej płoną, czyniąc jej jasne lica jeszcze jaśniejszymi od wewnętrznego blasku spełnienia i radości.

                              Eutalo i doktor Quolleb sami też nie stronili od zachwytów, choć w ich wypadku miały one wymiar raczej mruczany, gdy obaj odczytywali reliefy na ścianach, studiowali pudełka po lekach i przeglądali rebusy zatartych przez czas kart pacjentów. Radość obu przeszła z pomruków w jawne, ekspresyjne i pełnozdaniowe zachwyty, gdy pod zmarniałym, skórzanym pudłem robiącym za ochronę od kurzu, znaleziono skromną biblioteczkę z paroma księgami.

                              Woluminy zainteresowały wielu, ale tym łasym na magię, nadzieje odebrała doktor Quatermain.

                              – To klasyki, ale bardzo powszechne. "Chorób i dewiacyi opisanie" w trzech tomach, zbiorowa praca ze schyłku Imperium. Jest sporo kopii, które dotarły za Piece jeszcze przed zagładą Suelii.

                              – Jest i inny klasyk. – Doktor Quolleb nałożył na dłonie skórzane, pachnące świeżością rękawiczki. – "Magia w służbie życia" Siostry Yallindy. Wiele przepisań okrążyło już świat, ale oryginalnych edycji zachowało się pewnie tylko kilka.

                              – To jest coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej... – Lara złożyła oręż na posłaniu jednego ze szpitalnych łóżek i z bliska, jakby pochylała się nad dziecięciem, wodziła wzrokiem po każdym detalu obwoluty ostatniej z ksiąg. – "Anestetyka operacyjna w praktyce"... Och Lydio, co za znalezisko!

                              Seweryn chłonął nazwy ksiąg jak religijne hymny, upragniony wiedzy, którą skrywały. Zżymał się na nieznajomość języka dającego takie możliwości, ale nie gasił ducha. W pościgu za doskonaleniem był gotów nauczyć się choćby i meficiego świergotu czy bulgotania Mariusa, więc jak będzie trzeba, da sobie radę i z antycznym suelskim.

                              Wiedział, że starożytnym księgom należy się wyjątkowa opieka i szacunek, więc dał historykom je zabezpieczyć, a sam zrobił staranny obchód sali. Razem z Ballo spotkali się przy ostatnim niesprawdzonym jeszcze posłaniu i obaj zdziwili się, kiedy ściągnięcie płachty z łóżka odsłoniło jedynego w lazarecie trupa.

                              – Nie pomogła i dawna magia. – Mnich szybko zlustrował leżący szkielet, znajdując źródła jego szkieletowości. – Spójrz jak potężnie oberwał. Kości żeber pogruchotane, nawet miednica naruszona. Ciekawe skąd taki uraz...

                              – Z polowania – stwierdził bez cienia wątpliwości Seweryn. Złamania pasowały do starcia ze zwierzem, ale mogły być i czym innym. To torba z rzeczami pacjenta złożona na szafce obok dawała medykowi tę pewność. – Myśliwy. Spójrz...

                              Drachenwulf wydobył z brązowej haftowanej torby niedużą myśliwską kuszę z misternym odgórnym naciągiem i celownikiem, długi – posrebrzany i pordzewiały – nóż do oprawiania mięsa i dwie srebrne kulawki w kształcie głów dzika.

                              – To pewnie dzik go tak urządził – skonstatował cyrulik. – Ale ciekawe, że leży tu jako jedyny... Reszta stanowisk wygląda na w miarę ułożone... Nikt chyba nie uciekał stąd na ostatni moment, zanim rozpętało seię piekło. A on...

                              – Albo nie dożył i nie mieli już kiedy go zgarnąć, gdy sami się stąd zbierali... – Ballo podłapał wątek Seweryna i czuł, że rozumie do czego zmierza medykus. – Albo odeszli i umierał tu już sam. Bez nikogo.

                              – A propos sam czy z kimś... - Randal syknął głośno i pokazał całej grupie palcem na ustach, żeby ściszyła rozmowy. – Słyszycie? Ktoś się zbliża.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • MikeM Niedostępny
                                MikeM Niedostępny
                                Mike jako Randal Bronson
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #66

                                Paladyn dobył ostrożnie broni, by zgrzytem ostrza nie zaradzić się przybyszowi lub przybyszom.
                                Gestem dał znać tym co blisko drzwi stali, by odsunęli się od nich. Sam stanął niedaleko wejścia z tarczą i mieczem w pogotowiu.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Niedostępny
                                  PaniczP Niedostępny
                                  Panicz jako Mistrz Gry
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #67

                                  Chmura kurzu i pyłu wzbiła się nad wydeptany plac rozładunkowy, otaczając miotającego się mefita naturalną osłoną. Wiszący wysoko nad nim kamraci hałasowali coś po swojemu, ni to w mowie, ni to w ptasim jazgocie. Może obawiali się zlecieć w zasięg kusz i łuków. Może liczyli, że kompan jakoś wykaraska się z tarapatów. Może skreślili go już, przekonani, że zestrzelony na ziemię nie ma szans.

                                  Mefici obłok wydłużał cień góry, kołysząc się na wietrze. Widzieli jak łysy biegnie do dymiącego niebożęcia, a za nim kolejni, zamieniający kusze na drągi i dyszle od wozów. Diablik w dole próbował wzlecieć w ostatnim desperackim podskoku, ale zawisł nisko nad ziemią i opadł w piach.

                                  Łysol zamachnął się sękatą pałą, ale stwór miał jeszcze dla niego niespodziankę. Żrący ukrop buchnął po rękach i twarzy zbrojnego. Odwagę przypłacił bólem, który zgiął go do ziemi i wyrwał mu z gardła jęk, który aż zatrząsł doliną. Jęk, a później syczący stek przekleństw.

                                  – Łapajta go! – ryknął Kurze zwany Kudłaczem, ale o siatkach i sznurach nikt nie pomyślał. Chłopy sięgnęły po oręż do okładania i tłuczenia. Mefit odskakiwał pokracznie od powalonego wąsacza, który tarzał się w piachu, ale nie miał gdzie umknąć. Uderzenia spadły na niego serią.

                                  Żelazny pachołek rozbił mu czaszkę jak gliniany dzbanek, drewniana laga przybiła ciało do ziemi, potłukła żebra, złamała kości. Ktoś wskoczył na gasnącego stworka oboma nogami, spadając na cherlaka ciężarem prawie dwóch cetnarów.

                                  Wrzask. Pisk. Jazgot. Nietoperzy obłok na niebie zaszumiał i zadymił, zaczynając wirować wokół niewidocznego punktu niby karuzela. Mefity rozpędziły się i runęły w dół, spluwając z góry żrącą, smolistą wydzieliną. Ale ich hałas nie był najgłośniejszy.

                                  Skupieni wokół ubijanego mefita poczuli jak powietrze pod nimi na raz robi się niebezpiecznie gorące i suche, ale tylko ci stojący dalej, którym nie dane bylo posmakować obijania stworka zdołali uskoczyć. Trójka zebranych najbliżej poczuła pęd, gorąco, nieludzki huk, a po wszystkim, po tych zbitych w sekwencję chaosu ułamkach sekund, rwący ból.

                                  Mefit wybuchnął, tak jak przewidywała Morwen i jej książka, rozerwany pośmiertną eksplozją, która poniosła ciepłą krew, lepkie szczątki i bulgoczącą czarną maź na kilkadziesiąt stóp wokół.

                                  Ranni obrońcy Ścieżki gramolili się z ziemi, dysząc i klnąc. Dwaj byli boleśnie poparzeni, ale oberwali 'płytko', ledwie po fragmentach odkrytej skóry. Trzeci, chłop wielki jak tur, wił się wśród pyłu, rycząc niby dziki zwierz. Przy morderczym skoku wystawił się na wybuch, który epicentrum miał w okolicach jego krocza.

                                  Meficia zemsta spadała teraz z góry seriami bombardowań, ale zbrojni pochowali się przed wyziewami stworków pod wozami. Żywiołakom brakowało celności, a niektórym odwagi, by zlecieć dość nisko i wymierzyć, bo paru strażników – w tym poparzony wcześniej łysol od drożdżówki – złapało za łuki i szyło byle szybciej za dymiącymi diabłami.

                                  – Łapać je... - Kudłacz zreflektował się, że pomysł był głupkowato niepraktyczny i szybko poprawił. – Gonić je, przegonić! Byle z dala od wioski!

                                  Tu sierżant mówił już bardziej z sensem, bo diabliki rzeczywiście były żądne zemsty za śmierć druha, ale i tchórzliwe, stroniły od bezpośredniej konfrontacji, więc za nowy kierunek obrały zabudowania Czarnych Wrót. Na początku wzbiły się wysoko, uciekając przed pościgiem strzał, ale potem zniżyły lot nad dachy i klepiska pośród budynków. Jazgotały, wyły i czasem – widać ograniczone w swej mocy – pluły na to, co akurat przelatywało pod spodem.

                                  Strażnicza brać ruszyła za ulatującymi rozbójnikami, strzelając chyba bardziej dla postrachu niż realnej próby ustrzelenia czegokolwiek. Pogoń miała sens, gdy goniony uciekał, a tutaj porządek póki co działał. Mefity nie czmychnęły za górę, ani na wschodnie wydmy, rozbijając się po wiosce chaotycznym korowodem, ale korowodem, który starał się trzymać jak najdalej od pościgu.

                                  Gdzie zaś kota nie ma, myszy harcują. Wzbierający za barierkami broniącymi wejścia na Ścieżkę tłumek obserwatorów w końcu doczekał swojej chwili. Byli w nim różni ludzie. Tacy, którzy lubią patrzeć, ciekawić się i gadać. Byli tacy, którzy sami nie garną się do akcji, ale dać im tylko otuchy rykiem tłumu i lichą prowokacją, a pomkną i w przepaść. A byli i ci – sprawcy historii i nieszczęść – którzy działali, kiedy tylko się dało. Albo i czasem, gdy nie wolno i nie można.

                                  Ci nie martwili się, co będzie potem.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • eToE Online
                                    eToE Online
                                    eTo jako Hazar Baraz-Felak
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez eTo
                                    #68

                                    Hazar słysząc ostrzeżenie nie próżnował tylko brał się do roboty.
                                    - Szwar… - rzekł półtonem aby zwrócić na siebie uwagę problematycznego górnika. Jednocześnie głownię młota położył na swoim drugim ramieniu tak aby mieć dłoń na tyle blisko brody żeby położyć palec wskazujący na ustach. Pokazując górnikowi gestem aby był cicho i się pilnował patrzył mu jednocześnie prosto w oczy.
                                    Następnie spokojnie, aby wydawać jak najmniej dźwięków, wziął przykład z paladyna przemieszczając się w dogodne miejsce do obrony, zasłonił się tarczą będąc w defensywnej postawie i gotowości do dalszego działania w miarę potrzeb.

                                    "Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?
                                    "- You can't let them run around inside of dead people!

                                    • Why not? It's like recycling." - Dr. Who
                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0

                                    Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                    Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                    With your input, this post could be even better 💗

                                    Zarejestruj się Zaloguj się
                                    Odpowiedz
                                    • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                    Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                    • Najpierw najstarsze
                                    • Najpierw najnowsze
                                    • Najwięcej głosów


                                    • Zaloguj się

                                    • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                    • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                    Powered by NodeBB Contributors
                                    • Pierwszy post
                                      Ostatni post
                                    0
                                    • Kategorie
                                    • Ostatnie
                                    • Tagi
                                    • Popularne
                                    • Świat
                                    • Użytkownicy
                                    • Grupy
                                    • Strona startowa