'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Mefity świergotały po swojemu, górnicy klęli pod nosem w lokalnej gwarze, a zlepiona z wszech stron drużyna wymieniała się półsłówkami. Tylko Marius był łącznikiem tych światów i idąc za głosem spoza świata (tak tego mefitowego, jak i tego wokół i na powierzchni), postanowił, że najlepszym pozbyciem się mefitów będzie ich wygonienie na zewnątrz.
Część wolała je wypuścić, ale Seweryn i Randal ostrzegali, że żywioł na wolności może narobić wiele szkód i odbije się to wszystkim czkawką.
Decyzja była po stronie Utopca i to on miał w ręku wszystkie karty. Chwilowo grał na czas, widząc, że drużynowy medyk składa jednego ze stworków tak jak umie. Anatomia chochlików była dalece inna od tej, którą Seweryn widywał u ssaków i ptaków, ale na najbardziej podstawowym poziomie podobieństwa istniały. Krew dawało się zatamować, a tkanki zszyć.
Drachenwulf niepewnie gładził dziwacznego stworka po skrzydle, najpierw przydając mu ulgi w zranieniu lekkim anestetykiem i maźnięciami chłodzącego balsamu, a potem raz-dwa szyjąc lekkie rozdarcie. Medyk spieszył się, ale już przy tym zrobił wielkie oczy, widząc że tkanka na skrajach ran cały czas jest w ruchu i pewnie szybko zasklepiłaby się i bez jego interwencji.
Stworki były ze wszech miar fizyczne – dało je się pogłaskać i dało je się zdzielić po łbie, a przede wszystkim schwytać i zamknąć. Mimo tego, gdzieś na głębokim poziomie natura ich ulotnego żywiołu wchodziła w ich ciało, nadając dymnej budowie mefitów stałą płynność. Nie było tego widać z daleka, ale przy bliskim wglądzie w ich tkankę – czy to przy zranieniu, czy nawet przy obserwacji samej skóry, ruch w ich ciałach nie ustawał.
Seweryn podchodził do zajęcia z fascynacją, bo pewnie nawet doktor Lara na swoim prestiżowym Szarym Koledżu nie miała kolegów, którzy mogliby pochwalić się takim doświadczeniem, jakie teraz przypadło w udziale prostemu cyrulikowi. Tyle ile fascynacji, było jednak w tym i obawy. Chociaż ranne mefity przy wtórze swych dziwnych świstów w końcu zleciały ku medykowi, prowadzone wznoszącym się na wyżyny charyzmy i lingwistyki Mariusowi, to w ruchach były niepewne i napięte jak żmija przed uderzeniem.
Drachenwulf obawiał się, że jeśli któryś stwór buchnie na niego swoim parzącym wyziewem, to jego wznosząca się fala kariery urwie się tu i teraz. Przy przeglądzie anatomii pacjentów medyk nie omieszkał poszukać organu, który miałby odpowiadać za ich słynne wybuchanie. Poniżej długiej szyi dostrzegł jakąś pulsującą arterię, która pod dotykiem biła niespotykanym gorącem. Organ wzbierał przy głębszych oddechach stworków, sprawiając pod palcami wrażenie, jakby coś w środku przelewało się i bulgotało.
Seweryn obstawiał, że stały ruch w ciałach mefitów zasilał tę dziwną komorę (nie inaczej niż ludzkie serce, choć właściwe serca stworków biły głębiej) i jego przerwanie musi dać ujście zebranemu w ciele napięciu, które w homeostazie utrzymuje tylko nieustanny przepływ. Odcięcie odpływu dla wzbierającej energii oznaczałoby... Tak, oznaczałoby wielkie bum, ale cyrulik nadal zastanawiał się, co naprawdę musi krążyć po żyłach stworków, że (wielce prawdopodobny) wybuch w ich przypadku jest tak potężny.
Tego – tym razem – medyk postanowił nie zgłębiać i zakończywszy swą prostą operację, odsunął się w tył najbardziej pokojowo jak potrafił. Marius przestrzegł mefity, że operacja jest ukończona i że teraz...
– Wydostaniecie się stąd tą drogą za schodami. Musicie lecieć prosto. Cały czas prosto! – Utopiec zastanowił się przez chwilę, co może wydarzyć się po drodze. Widział jak impy rozlatują się na wszystkie strony, ale widział przede wszytkim, jak spadają na pilnujących wejścia na Ścieżkę strażników. – Prosto, prosto, prosto! Nie skręcać! Prosto, az dolecicie do światła! I nie zatrzymujcie się! Nie atakujcie nikogo, lećcie-lećcie-lećcie! Najszybciej jak się da do światła!
Szwargot żywiołaków był nagły, głośny i intensywny, podobny porannemu chórowi wielkiej szpaczej kolonii. Mefity zasypały się nawzajem mnogością krótkich komunikatów, z których Marius wyłapywał ledwie sylaby. Zaraz zaś, a właściwie jeszcze w trakcie, pierwsze zerwały się do lotu, waląc naprzód ku wyjściu.
– Dzięki, nielocie – rzucił ledwie jeden ze stada, który widać był najstarszy i może przez to najmniej narwany. – Nie można nas tu zatrzymać... Musimy widzieć niebo!
Gwałtowny trzepot skrzydeł poniósł się po hali echem. Szwar i Grosz przykulili się, gdy mefity przelatywały nad nimi, a doktor Quolleb przypadł dla bezpieczeństwa do zasłony z tralek. Ballo uśmiechał się, machając stworkom na pożegnanie, a Morwen śledziła ich gorączkowy lot bezpiecznie zza jego pleców. Seweryn kręcił głową, pewny tarapatów, jakich narobi im meficia banda, ale został na miejscu, nie bawiąc się nawet w mierzenie do uciekinierów z Kruszynki.
– Coś im powiedział? – Rozeźlił się Randal, nie czekając na dalszy rozwój spraw i łapiąc za oszczep. – Narobią tam bardachy! Spalą wioskę, albo i gorzej!
Paladyn wziął szybki zamach i posłał pocisk za jednym z dymiących bażantów, którego sobie upatrzył, ale chybił o łokieć czy pół. Nie czekał i porwał się za następny oszczep.
– Lara! No strzelaj, trzeba je zatrzymać! – zawołał.
Doktor Quatermain pokręciła jednak głową. Może w swych kalkulacjach widziała już i to, co Randal, ale utylitarny odstrzał czy mniejsze zło nie wchodziły u niej w rachubę. Paladyn rozpędził się i posłał następny oszczep...
Może brak wsparcia w kompanach, a może szybka rejterada mefitów ujęły siły jego ramieniu, bo tym razem pocisk opadł znacznie niżej i wcześniej, nie zagrażając żadnemu z chochlików. Rycerz spojrzał po hali, opuszczonej już przez nagłych przybyszy. Ostatni wylatywał właśnie przez korytarz, znikając w przedsionku, którym drużyna kilkanaście minut temu wchodziła w czeluście Ścieżki.
-
Marius wzruszył ramionami na pytanie świętego męża // - Powiedziałem im którędy do wyjścia mają iść! Nie zamierzam skóry ryzykować w walce z każdym potworem z dwojga złego wolem niechaj sobie polatają i do domu wrócą niżby miały mnie oparzyć albo któregoś z nas zabić... Starcza że Pana Migdała źeśmy stracili płacą nam za badanie Ścieżki mnie starcza jedno spotkanie ze śmiercią na rok // - Po tonie głosu można było poznać że nie żal mu decyzji... Może jeżeli stwory ugotują kogoś żywcem wtedy będzie się czuł winny ? Ale lepiej nie pożyczać problemów z dnia jutrzejszego bo mogą nie nadejść.
// - To jak idziemy dalej ? Ścieżka czeka za to nam płacą // - Utopiec był zdecydowany iść dalej dla Mistrza.
-
Gdy mefity wyfrunęły radośnie z komnaty, Morwen obserwowała je zza bezpiecznych pleców Ballo. Dopiero kiedy uznała, że z ich strony nie grozi już żadne niebezpieczeństwo, wychyliła się nieco bardziej.
I wtedy w szał wpadł Randal, któremu najwyraźniej nie w smak było wypuszczenie diablików.
Morwen przechyliła lekko głowę, z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchując się rozeźlonym krzykom paladyna. Jej złote oczy śledziły każdy jego ruch. Mężczyzna kipiał gniewem i przez krótką chwilę czarodziejka odniosła wrażenie, że całą swoją frustrację zaraz wyładuje na Mariusie - który, bądź co bądź, odpowiadał za uwolnienie mefitów.
Na szczęście dla chłopaka, okutany w płytową zbroję Randal obrał sobie za cel oddalające się żywiołaki.
- Kilka centymetrów w lewo… i odrobinę wyżej - rzuciła zaczepnie, gdy pierwszy z oszczepów chybił celu.
- Ojej.
Tym razem komentarz był już całkiem suchy, gdy kolejny rzut również nie dosięgnął mefitów. Morwen rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby cała sytuacja niespecjalnie ją obchodziła - a już na pewno nie podzielała obaw paladyna.
- Chłopak ma rację. Ruszajmy dalej, tylko tracimy czas - odezwała się, odnosząc do słów Mariusa, po czym puściła mu krótkie oko.
Podzielała jego zapał, ale jedynie częściowo.
Pieniądze nie motywowały jej ani trochę. To nie dla złota zeszła na Ścieżkę. Przyciągnęła ją wiedza ukryta w ciemnych zakamarkach ruin. Starożytna magia. Artefakty pamiętające czasy, gdy potęga Suelii potrafiła odmieniać całe krainy. To dla nich tu przyszła.
-
Smętno-gniewne spojrzenie Randala powlokło się za mefitami, zawisając krótko na ciemności korytarza, w którym zniknęły niby dym, jaki za sobą roztaczały. Rozwiał się jednak tak dym, jak i uwaga rycerza, który zaklął coś pod nosem i machnął ręką. Choć różne zwykło się mawiać rzeczy o rycerzach, to Bronson nie należał do tych szczególnie ciętych na wiatraki i wolał twardo stąpać po ziemi. Nie, aby umniejszało to jego oddaniu Wielkim Ideom, ale lubił wprowadzać je w codzienność efektywnie i bez fanfar.
Paladyn puścił złośliwości Morwen mimo uszu i ruszył zebrać oszczepy z ziemi. Kiedy on zbierał oręż, górnicy zbierali się w sobie, dochodząc grubymi haustami powietrza do spokoju, który wypaliło pojawienie się mefitów. Teraz było już po wszystkim...
W tej jednej kwestii. Jednej i na samym początku. A to znaczyło tyle, że przeprawa na Ścieżce będzie cholernie ciężka i trzeba by prawdziwie dziecięcej naiwności, by dać sobie wmówić, że najgorsze za nami i nie ma się czego bać. Górnicy naiwni nie byli i skoro na starcie szło im napotkać dymiące, rzygające smołą diabły-nietoperze to wiedzieli, że dalej będzie tylko gorzej.
Grupa utrzymała morale, bo krewcy kopacze pokazali się z mocnej strony, ale niepokój – i tak przecież zasiany samym zejściem w pradawne korytarze pulsujące od magii – pozostał. I skryty pod hardymi minami, pęczniał. Szwar, poparzony przez meficie wyziewy, robił dobrą minę do złej gry. Lara obłożyła go bandażami z balsamem, ale przeżarta skóra skutecznie ostudziła w nim agresję na resztę wycieczki.
Hazar upewnił się, że cała grupa na powrót jest na chodzie i na skinienie doktora Quolleba, zbliżył się zeksplorować komnatę, skąd wcześniej wyleciały diabliki. Była spora, ale ewidentnie utylitarnej natury. Tu działała jakaś magiczna pompa-filtr, która zasysała powietrze gdzieś z zewnątrz, roznosząc je po szybach Ścieżki. Na ziemi leżał gruz, metal, porozbijane kawałki ceramiki i resztki jakiejś organicznej materii, które wcześniej musiały krążyć w powietrznym obiegu mechanizmu.
Eutalo miał oczy wielkie jak dukaty, chwaląc złożoność konstrukcji i jej wybitność, ale większość uznała, że niebezpieczeństw wokół jest zbyt dużo, by poddać się zachwytom, nim oczyszczą najbliższą okolicę.
Krasnolud sam chętnie pogapiłby się na suelskie rozwiązania, które utrzymywały napowietrzonym tak ogromny podziemny kompleks, ale umiał nadawać sprawom należyty porządek. Teraz szli dalej, zabezpieczać przestrzeń, skąd mogło przyjść zagrożenie.
Kolejna sala po prawej miała nad sobą reliefy przedstawiające odpoczywających mężczyzn i kobiety na misternie zdobionych otomanach. Pozycje figur wyglądały wypoczynkowo i rekreacyjnie, jednak doktor Quolleb odszyfrował naturę przestrzeni jako lazaret czy też obszar triażu. Środek był długim, niższym niż inne komnaty prostokątem, gdzie pod ścianami rozstawiono metalowe parawany, oddzielające łóżka pacjentów.
W środku pachniało pyłem, kurzem i mimo wieków, gryzącym zapachem eteru i alkoholu. Lampiony, ani pochodnie nie zapaliły się tu po wejściu, więc sala tonęła w mroku, widoczna ledwie na tyle, na ile światło wpadało tu z ogólnego hallu.
-
// - Dość - powiedział Ballo stukając o podłogę swoim Brzemieniem. - Przyjęliśmy rozejm z mefitami. Ma być uszanowany. Tak nakazują Bogowie.
Następnie mnich pomógł z opatrunkami i upewnił się, że w zamieszaniu nikt nie skręcił nogi czy nie poniósł innych obrażeń, które odczuje dopiero jak adrenalina opadnie.
W starożytnym lazarecie poczuł się jak w domu - znaczy klasztorze. Był on zbudowany częściowo na suelskich ruinach, i wiele sal zachowało swą funkcję. Mógłby się tu poruszać z zamkniętymi oczami, nawet gdyby wciąż stały łóżka i parawany. Mógłby tu leczyć, igłami kierować energią życiową, be eliminowała źródła zakażenia, lub przeciwnie - by je omijała, gdy infekcja byłaby za silna. Mógłby wzmacniać jedne czakry kosztem innych, by zakłócona równowaga znów odzyskała balans. Mógłby silnymi rękami nieść ulgę mięśniom, kościom i stawom.
Myśli powróciły jednak szybko do rzeczywistości, gdyż zadanie przed nim postawione nie pozwalało na długie rozmyślania. Trzeba chronić tych, którzy mają słabe ciała. By oni mogli chronić tych o słabych lub niemagicznych umysłach. Spojrzał na swoich podopiecznych i wiedział, że zadanie dopiero się rozpoczęło. -
// - Pan Ballo ma słuszność jeżeli potworki kogoś ugotują żywcem to wtedy będę na nie polował i się martwił wyrzutami sumienia choć jak ktoś ma zemrzeć to chyba wszystko jeno czy to wilcy, powietrzniaki, gobliny czy inne diabły ? Ładne te obrazki może jakby u was w Lazarecie takie zrobić Panie Sewerynie toby pacjenci szybciej zdrowieli ? Ci antyczni to mieli jednak fajne pomysły - Pozornie lekki ton głosu kapłana skrywał pod sobą mentalność szczupaka. Utopiec gotów był grzebać w gruzach oraz mule żeby znaleźć ślady dawnej bytności aby zapewnić im bezpieczne przejście ostrożnie dźgał każdą kupkę gruzu i kłębowisko szmat trójzębem spodziewając się ataku zmutowanych magią szczurów bądź karaluchów.
-
// - Wielce się uradują wyrzutami sumienia ci, których ubić mogą mefity - warknął Randal. - A jak już upolujesz potem te mefity to jak nic w swe skromne progi by cię zaprosili i ugościli jak króla. Gdyby rzecz jasna żyli.
-
Słowa i postawa Bronsona wkurzyły młodego żeglarza:
// - Nie ma co kraść problemów z dnia jutrzejszego skoro mogą nie nadejść a dzień obecny jest wystarczająco trudny Święty Mężu. A co byś zrobił gdyby mefity zabiły kogoś z nas ? A co jeżeli nikogo nie zabiją i rzeczywiście wrócą do siebie ? Jakbyś się czuł jakbyś je zabił a one nikogo nie skrzywdzą ? Czy mordowanie kogoś za to że pochodzi z innego świata jest świętobliwe ? Nie wiem mości Randallu jakie bóstwa czcicie, ale Osprem jest bóstwem podróżnych, a te powietrzniaki zostały zmuszone do podróżowania wbrew swej woli nie zamierzam mordować stworzeń tylko dlatego że nie są humanoidami - Kapłan nie zamierzał odpuścić paladynowi.
// - Chyba, już dość czasu zmarnowaliśmy na bezowocne przypuszczenia? jeżeli bogowie nie dali wam zdolności przewidywania przyszłości nie ma co marnować czasu na tą dyskusje a jeżeli macie ten dar trzeba było się ogłosić wcześniej... Nawet jeżeli coś złego się stanie, jeno waszmość i waćpan cyrulik z całej naszej hanzy chcieliście dalej walczyć, sądziłby kto że święty wojownik oraz medyk byliby najbardziej pokojowymi! Jeżeli się coś złego stanie pamiętajcie że większość z ludziów tutaj nie chciało walczyć takoż decyzja i odpowiedzialność wspólna również jest... Z dwojga złego wolę żeby kto inny padł trupem niż ja.
-
Słowa wypowiadano teraz szybko i kąśliwie. To było normalne i choć wypowiedzenie frazy, jakoby on chciał walczyć ubodło go, nie pochłonęło jego uwagi więcej niźli przelot muchy. Ubodło, jakby odkryło to jakąś prawdę. Choć Seweryn nie zgadzał się z tą prawdą wcale, roztrącanie tej kwestii zwracałoby zbyt wiele uwagi na jego skromną osobę. Uwagę zaś swoją także skierować w inne miejsce wolał.
– Malowidła nie sprawią, że ktoś wyzdrowieje. – pomyślał, miast udzielić odpowiedzi na pytanie Utopca.
Nie było tak, że Seweryn nie był świadom pewnych prawideł, że pacjent czujący się bezpieczniej, czy "przytulniej" może prędzej zdrowie odzyskać. Nie uważał jednak by było to coś w jego sytuacji do osiągnięcia. Lazaret jego bywał w wiecznym nieładzie, bo wiecznie było coś do zrobienia. Pacjenci następni słyszeli poprzednich pacjentów. Wchodząc do namiotu, nie zawsze gościł ich przyjemny widok. Po przyjęciu uczennicy Nowalijki nieco się to zmieniło, acz nie z polecenia Seweryna. Była to raczej przypadłość dawnej karczemnej służki. Do tego się nadawała.
Nie było też tak, że Seweryn obrazów tych nie doceniał. Jednakowoż w inny sposób na nie patrzył. Jak na księgę, próbując znaleźć coś czego nie wie. Studiował ściany, jak karty drogich ksiąg, spragniony choćby przesłanek, iże w miejscu tym odnajdzie tajemne sztuki medycznego półświatka.
-
***
Trzepot skrzydeł niósł się po korytarzach Ścieżki, wybrzmiewając trochę po ptasiemu, a trochę jakby owadzim bzykiem. Mefity, które wcześniej rozleciały się na wszystkie strony jak niesforne dzieci puszczone na łąkę, teraz zbiły się w rozwrzeszczane, buzujące kłębowisko. Sunęły naprzód jak rój szerszeni, bucząc miarowo i osnuwając kolejne komnaty gęstym dymem.
Droga na zewnątrz nie była długa, jeśli tylko gnać żwawo i nie zbaczać z trasy. Światło przedpołudnia było już coraz lepiej widoczne przed sunącą pod dachem dymiącą chmurą.
***
Kąśliwości wymieniane wśród kompanów nie bolały prawdziwie, a na realne zranienia balsamy i bandaże mieli Seweryn i Lara. Nie było co jątrzyć, gdy temat uleciał, a należało grzebać w tym, co przed sobą. Marius grał tu pierwsze skrzypce, przepatrując każdą kupkę gruzu, bandażowy zwitek i rozbitą szkatułkę na podłodze lazaretu. Wyprzedzał w tym nawet ostrożniejszego nieco Seweryna, który do eksploracji królestwa swych pradawnych ziomków palił się przecież najmocniej.
Ci dwaj zapuścili się w głąb medycznej komnaty jako pierwsi, wychodząc przed Hazara, który dał sygnał bezpieczeństwa. Wyglądało na to, że tutaj jest pusto. Strop był w paru miejscach spękany: tu i ówdzie leżały kupki gruzu, albo odłupanych z sufitu płytek, ale nie widać było żadnego architektonicznego zagrożenia. Ogólny chaos sali zdawał się raczej dziełem ludzkiego chaosu niż echem naturalnej czy nawet magicznej katastrofy. Porozrzucane skrzynki i paczki stanowiły ślad szabrowania, albo może gorączkowego przetrząsania przestrzeni. Parę łóżek było poodsuwanych od pierwotnych pozycji, a wnęki w ścianach z kolbami i dzbaneczkami były pełne rozbitego szkła.
– Szukali lekarstw – ocenił szybko Seweryn. Medyk, choć nie znał języka i run na zaległych w chaosie puzderkach, skrzynkach i szkatułach, widział, że wybierano z apteczek konkretne przedmioty. Masa, zwykle niezdatnych już do niczego, utensyliów została na swych pierwotnych miejscach, ale zwykle brakowało fiolek i bukłaków. – Mikstury leczące pewnie mieli powszechne jak u nas alkohol do odkażania ran.
Cyrulik rzucił uwagę półtonem, może jako pytanie, które miał rozstrzygnąć Quolleb, Lara czy może Eutalo i szybko dostał potwierdzenie od całej trójki.
– Magia była wtedy na porządku dziennym – potwierdził młody Oeridyjczyk. – Często leczenie odbywało się z jej użyciem, ale bez kapłanów i tego rodzaju magii. Suelowie mieli własne podejście... Dimensio energiae positivae.
– Tak, ich stosunek do magii był złożony. Z jednej strony była bardzo hołubiona, a z drugiej – mocno utylitarna – dołączyła z wyjaśnieniem Lara. – Nie znam tego od strony arkanów, ale czytałam, że sama magiczna energia była dla nich narzędziem: czy to do leczenia i regeneracji, czy do wycinania tkanek. Jak dziś skalpel.
***
– Jasny pierunie!
Potężny dryblas w szarej przeszywanicy otworzył gębę tak, że mógłby mu mefit wlecieć.
– Diabły! Bogowie kochani! – Drugi, niewiele mniejszy, zrobił wielkie oczy i przeżegnał się po pelorycku, chwytając złożonej na ławie kuszy. – Diabły normalne!
– Strzelajta chłopy, strzelajta! - rzucił łysy wąsacz stojący dalej, za barykadą z ław i opłotków. Sam był nie tylko od gadania i słów na wiatr nie rzucał. Upuścił w piach drożdżówkę, którą zajadał i od razu porwał się za krótki cisowy łuk, łapiąc za strzałę znad ramienia.
– Bijta, kurwa! - warknął, spuszczając pocisk z cięciwy i przełykając kawałek budyniowego ciastka.
– Co do jasnej...!
Kudłacz odwrócił się na wzmagający się nietoperzy trzepot z ciemności i teraz biegł w stronę wrót na Ścieżkę, widząc jak z mroku wypływają dymiące diabelstwa. Stwory leciały gęstą chmarą i zawodziły piekielnie, jakby stado poparzonych gęsi.
Diabliki były szybkie i zaraz na wylocie wzbiły się w górę, ale strzelcy zdołali dosięgnąć dwóch z nich. Jeden oberwał bełtem w skrzydło i zniżył lot. Zniżył lot nad kordonem strażników i wściekły, splunął na nich dymiącą, smolistą mazią. Nieduży, nie większy niż makak, przy otwarciu pyska okazał się pojemny jak pelikan, wylewając gryzącą ciecz niby z wielkiej chochli czy gara.
Wrzątek buchnął na gwardzistów, parząc skórę i wyrywając z gardeł wściekłe ryki i przekleństwa. Sprawca bólu nie spadł mimo trafienia i po gorejącej ripoście, zadowolony widać, zrobił powietrznego fikołka i wyrwał wysoko ponad klif, żegnany chybionymi strzałami.
Inny jednak – i jedyny spośród całego stada, które szybko oddalało się poza zasięg – dostał grotem po gardle, zwalając się z pełnym impetem na zaparkowany kawałek od wejścia wóz pełen siana. Choć lądowanie miał miękkie, oberwał mocno i wykolebał się stamtąd w piach, na czyste pośród strażników. Uskakiwał pokracznie i próbował wzlecieć, ale uderzenie namąciło mu widać z błędnikiem, bo łapy plątały się i wiły jak zrzucany z cedzaka makaron.
***
Przepatrywanie z początku było zajęciem ostrożnym i delikatnym, ale w miarę jak Marius wkraczał głębiej w komnatę, a nic nie kąsało go, nie dźgało, ani nie raziło magią, reszta drużyny nabrała smaka na włączenie się w wykopaliska. Eutalo zadbał o magiczne światło, a górnicy odpalili tradycyjne pochodnie, obchodząc całą, długą, prostokątną salę lazaretu.
Sufit przedstawiał ceramiczne płytki z rajskimi scenkami, które widać miały – zgodnie z intuicją Seweryna – sprzyjać rekonwalescencji chorych, a ściany miały przyjemny brzoskwiniowy kolor. Wyblakły i może bardziej teraz ochrowy, ale ciągle kojący dla oka. Lazaret miał dwadzieścia łóżek po obu stronach, a między tym wszystkim parę przystani na gromadzenie medykamentów w szafo-sejfach i ściennych wnękach. Nic nie było już zamknięte, ani skryte – większość rzeczy leżała na wyciągnięcie ręki.
Sęk w tym, że fiolki medykamentów były porozbijane, puste lub zwietrzałe. Narzędzia przerdzewiały lub były niekompletne, a bandaże, gazy i opatrunki nie nadawały się do niczego.
Dla Lary, Eutalo i doktora Quolleba to było rozczarowanie, ale z tych bezbolesnych. Sam obraz starożytnej służby zdrowia i to ile można było wynieść z pobytu na miejscu starczyło, by zbudować tu solidną monografię, albo dwie. Dla reszty – może z wyjątkiem szczerze zainteresowanego wszystkim Seweryna – komnata była póki co bezpiecznym przystankiem przed tym, co czeka dalej.
– O, coś tu mam! – Marius dotąd znajdował różne szpargały, ale oko doktora Quolleba rangowało je jako bezużyteczne dla potomności i pożytku wyprawy. Teraz jednak, pod złachmaniałym kawałkiem dawnej szaty, trafił szkatułkę. Nadpróchniałe drewno z naderwanym wiekiem, ale środek nie był pusty. Wbite w miękkim, zbutwiałym pluszu czekały cztery pełne fiolki mlecznobiałej, opalizującej mocno cieczy. Dwie pozostałe były puste, a całego kolejnego rządka brakowało. W rachunku puste-pełne cokolwiek było jednak warte znacznie więcej niż nic.
– Magiczne. Czuć, ale wystarczy spojrzeć – Morwen opuściła opiekę Ballo, uznając, że ciekawość zwykle jest warta ryzyka. – Bije energią. Jakby tu światło zamknąć w butli. Albo piorun.
– To owa energia positiva – wyjaśnił Eutalo. – Wydestylowana energia żywiołu życia, czy po prostu: energia o pozytywnym biegunie. A najprościej – czysta moc, która napędza każde żywe stworzenie.
– Czyli mikstury leczące, czy mamy jakiś haczyk? – włączył się Randal, którego przezorność nie raz była wybawieniem dla lekkoduchów.
– Jak przyjrzę się moment, to z prawdopodobieństwem... - Oeridyjczyk spojrzał na paladyna i przerwał. – Spojrzę moment i będę wiedział na 100%, co to jest. Teraz jestem prawie pewny, że można to traktować jako leczący eliksir, ale na ile rozumiem naturę tej energii, nie można z tym przesadzić.
– Można to przedawkować? – zaciekawił się Seweryn.
– Jeśli ktoś jest ranny, wyczerpany, umęczony – mikstura powinna przywrócić siły i nasycić tkanki energią. Może też zregenerować rany. – Eutalo cieszył się rolą eksperta i z uśmiechem tłumaczył specyfikę, w której to on odnalazł się jako kluczowa figura. – Nasze organizmy, nawet w pełni mocy, mają zawsze trochę zapasu. Są chłonne jak gąbka. Ale jeżeli ktoś rzeczywiście byłby zdrów jak ryba, a wypiłby taki eliksir... Albo może dwa... Jeśli ciało nie ma jak zmagazynować takiej energii... Może wybuchnąć.
– Oho – Randal uśmiechnął się cierpko i odsunął mieczem szmatkę z kolejnej porzuconej szkatuły. Ta jednak okazała się pusta. – Za łatwo być nie może. Czyli... To zarówno lekarstwo, jak i broń?
– Może nie tak jednoznacznie... Odrobina nikomu nie zaszkodzi, ale jeśli ktoś zdrów faktycznie wypiłby ze dwie fiolki... Szacuję, że dwie, bo nie wiem, jakie jest stęzenie energii... Mogłoby być... Ciekawie. – Mężczyzna uśmiechnął się lekko, ale zaraz spoważniał, widząc niepewność i niezrozumienie na twarzach niektórych. – Za to jest to jednoznacznie pewna broń na nieumarłych... Gdybyśmy oczywiście jakichś spotkali.
***
Chmura mefitów zawisła wysoko nad skałą, w której wyrąbano wejście na Ścieżkę. Były wysoko, dobre kilka pięter nad koniuszkiem portalu. Bzyczały i dymiły, obserwując.
Ludzie na dole, kilkunastu rosłych drabów, z których większość łapała się właśnie za kusze lub łuki, odbiegli od wlotu w głąb góry, dookoła obchodząc ustrzelonego na piachu stwora. Diablik miotał się w pyle i kurzu, przydając sobie dodatkowej osłony ponad swe zwyczajowe dymienie. Oczy zbrojnych wodziły to za nim, to za wiszącym w górze stadem, to zaś jeszcze za gromadzącymi się w okolicy gapiami.
Tych już wcześniej było kilku, odseparowanych od okolicy Ścieżki zwalonymi ławami i zdjętymi z pastwisk płotami, które robiły za barierki odgradzające. Teraz, zawołani przez lampiących się na całą sytuację pijaczków, bywalcy Górniczej Doli ruszyli na ogrodzenia, opierając się i łypiąc cóż-to-za-dziwactwa! wyleciały z ciemności.
Odnaleziono 4 Mikstury Pozytywnej Energii - przywracają 2k6+4 PW [przy pewnych ograniczeniach i obostrzeniach]
-
Podczas gdy część drużyny sprzeczała się nad decyzją wypuszczenia mefitów Hazar stał cicho. Po prostu nie zamierzał się wtrącać. Sam przyczynił się do takiego a nie innego rozwiązania i bardziej zastanawiał się nad konsekwencjami wypuszczenia przeciwników niż zamierzał się wtrącać. Gdyby tylko te mefity nie mogły latać… mógłby bardziej efektywnie uporać, i zdecydowanie byłby za innym rozwiązaniem problemu. Jednakże im szybciej przeciwnicy zostaną usunięci z drogi, tym lepiej. Im mniej zostanie na to zużyte wysiłku, tym lepiej. Trochę szkoda, że tym razem nie udało mu sie trochę rozerwać, ale mimo wszystko przybliżało go to do swojego celu.
Tak czy inaczej trzeba było się wziąć do dalszej roboty. Tym razem mając przed sobą tarczę tak na wszelki wypadek aby kolejny raz nie zostać zaskoczonym przez następne przeszkody. Nie minęło dużo czasu kiedy rozpoznanie i zabezpieczanie pomieszczenia przemieniło się przeszukiwanie i zbieranie łupów. Hazar zatem czekał dalej. Obserwował oczywiście co się działo, chociaż poświęcał więcej uwagi na rozkład pomieszczenia oraz kolejne przejścia. Oczywiście rzucał również okiem na górników, aby przypadkiem nie zwinęli za dużo lub zbyt otwarcie. Kiedy usłyszał o znalezieniu jakiś mikstur mogących leczyć nie mógł się powstrzymać nad zastanowieniem się ile czasu dość poobijane żebra będą mu dokuczać. Nie było to jednak nic z czym nie mógł sie spokojnie uporać, szczególnie biorąc pod uwagę na to co już w życiu przeszedł. Nie narzekał zatem tylko czekał aż reszta będzie gotowa do dalszej drogi. Dzięki cierpliwości dotarł na tyle daleko, więc trochę więcej cierpliwości mu nie zaszkodzi. -
Eksploratorzy Ścieżki wreszcie mieli spokojną chwilę, by nachłonąć się jej uroków. Oświetlany falującymi jęzorami pochodni lazaret nie robił może takiego wrażenia, jak główna hala czy przedsionek, gdzie skala i majestat przytłaczały, ale dla otwartych umysłów był kopalnią wrażeń.
Seweryn i Lara z podziwem i ciekawością przypatrywali się zapomnianym rozwiązaniom medycyny – rozerwanym przez czas i gubiącym znaczenie, ale ciągle praktycznym i zmuszającym do pokory wobec własnej niewiedzy. Dla Lary każdy krok na Ścieżce był przeżyciem sam w sobie, więc kiedy dwie życiowe pasje zbiegały się w jedną, jak tu, gdzie archeologia wchodziła w wymiar medyczny, zachwyt był nie do ukrycia. Młoda pani doktor zwykle trzymała rezon i mimo pogodnego usposobienia, zwykle nie dawała po sobie poznać głębokich emocji. Tu jednak rozanieliła się zupełnie i widać było, że oczy jej płoną, czyniąc jej jasne lica jeszcze jaśniejszymi od wewnętrznego blasku spełnienia i radości.
Eutalo i doktor Quolleb sami też nie stronili od zachwytów, choć w ich wypadku miały one wymiar raczej mruczany, gdy obaj odczytywali reliefy na ścianach, studiowali pudełka po lekach i przeglądali rebusy zatartych przez czas kart pacjentów. Radość obu przeszła z pomruków w jawne, ekspresyjne i pełnozdaniowe zachwyty, gdy pod zmarniałym, skórzanym pudłem robiącym za ochronę od kurzu, znaleziono skromną biblioteczkę z paroma księgami.
Woluminy zainteresowały wielu, ale tym łasym na magię, nadzieje odebrała doktor Quatermain.
– To klasyki, ale bardzo powszechne. "Chorób i dewiacyi opisanie" w trzech tomach, zbiorowa praca ze schyłku Imperium. Jest sporo kopii, które dotarły za Piece jeszcze przed zagładą Suelii.
– Jest i inny klasyk. – Doktor Quolleb nałożył na dłonie skórzane, pachnące świeżością rękawiczki. – "Magia w służbie życia" Siostry Yallindy. Wiele przepisań okrążyło już świat, ale oryginalnych edycji zachowało się pewnie tylko kilka.
– To jest coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej... – Lara złożyła oręż na posłaniu jednego ze szpitalnych łóżek i z bliska, jakby pochylała się nad dziecięciem, wodziła wzrokiem po każdym detalu obwoluty ostatniej z ksiąg. – "Anestetyka operacyjna w praktyce"... Och Lydio, co za znalezisko!
Seweryn chłonął nazwy ksiąg jak religijne hymny, upragniony wiedzy, którą skrywały. Zżymał się na nieznajomość języka dającego takie możliwości, ale nie gasił ducha. W pościgu za doskonaleniem był gotów nauczyć się choćby i meficiego świergotu czy bulgotania Mariusa, więc jak będzie trzeba, da sobie radę i z antycznym suelskim.
Wiedział, że starożytnym księgom należy się wyjątkowa opieka i szacunek, więc dał historykom je zabezpieczyć, a sam zrobił staranny obchód sali. Razem z Ballo spotkali się przy ostatnim niesprawdzonym jeszcze posłaniu i obaj zdziwili się, kiedy ściągnięcie płachty z łóżka odsłoniło jedynego w lazarecie trupa.
– Nie pomogła i dawna magia. – Mnich szybko zlustrował leżący szkielet, znajdując źródła jego szkieletowości. – Spójrz jak potężnie oberwał. Kości żeber pogruchotane, nawet miednica naruszona. Ciekawe skąd taki uraz...
– Z polowania – stwierdził bez cienia wątpliwości Seweryn. Złamania pasowały do starcia ze zwierzem, ale mogły być i czym innym. To torba z rzeczami pacjenta złożona na szafce obok dawała medykowi tę pewność. – Myśliwy. Spójrz...
Drachenwulf wydobył z brązowej haftowanej torby niedużą myśliwską kuszę z misternym odgórnym naciągiem i celownikiem, długi – posrebrzany i pordzewiały – nóż do oprawiania mięsa i dwie srebrne kulawki w kształcie głów dzika.
– To pewnie dzik go tak urządził – skonstatował cyrulik. – Ale ciekawe, że leży tu jako jedyny... Reszta stanowisk wygląda na w miarę ułożone... Nikt chyba nie uciekał stąd na ostatni moment, zanim rozpętało seię piekło. A on...
– Albo nie dożył i nie mieli już kiedy go zgarnąć, gdy sami się stąd zbierali... – Ballo podłapał wątek Seweryna i czuł, że rozumie do czego zmierza medykus. – Albo odeszli i umierał tu już sam. Bez nikogo.
– A propos sam czy z kimś... - Randal syknął głośno i pokazał całej grupie palcem na ustach, żeby ściszyła rozmowy. – Słyszycie? Ktoś się zbliża.
-
Paladyn dobył ostrożnie broni, by zgrzytem ostrza nie zaradzić się przybyszowi lub przybyszom.
Gestem dał znać tym co blisko drzwi stali, by odsunęli się od nich. Sam stanął niedaleko wejścia z tarczą i mieczem w pogotowiu. -
Chmura kurzu i pyłu wzbiła się nad wydeptany plac rozładunkowy, otaczając miotającego się mefita naturalną osłoną. Wiszący wysoko nad nim kamraci hałasowali coś po swojemu, ni to w mowie, ni to w ptasim jazgocie. Może obawiali się zlecieć w zasięg kusz i łuków. Może liczyli, że kompan jakoś wykaraska się z tarapatów. Może skreślili go już, przekonani, że zestrzelony na ziemię nie ma szans.
Mefici obłok wydłużał cień góry, kołysząc się na wietrze. Widzieli jak łysy biegnie do dymiącego niebożęcia, a za nim kolejni, zamieniający kusze na drągi i dyszle od wozów. Diablik w dole próbował wzlecieć w ostatnim desperackim podskoku, ale zawisł nisko nad ziemią i opadł w piach.
Łysol zamachnął się sękatą pałą, ale stwór miał jeszcze dla niego niespodziankę. Żrący ukrop buchnął po rękach i twarzy zbrojnego. Odwagę przypłacił bólem, który zgiął go do ziemi i wyrwał mu z gardła jęk, który aż zatrząsł doliną. Jęk, a później syczący stek przekleństw.
– Łapajta go! – ryknął Kurze zwany Kudłaczem, ale o siatkach i sznurach nikt nie pomyślał. Chłopy sięgnęły po oręż do okładania i tłuczenia. Mefit odskakiwał pokracznie od powalonego wąsacza, który tarzał się w piachu, ale nie miał gdzie umknąć. Uderzenia spadły na niego serią.
Żelazny pachołek rozbił mu czaszkę jak gliniany dzbanek, drewniana laga przybiła ciało do ziemi, potłukła żebra, złamała kości. Ktoś wskoczył na gasnącego stworka oboma nogami, spadając na cherlaka ciężarem prawie dwóch cetnarów.
Wrzask. Pisk. Jazgot. Nietoperzy obłok na niebie zaszumiał i zadymił, zaczynając wirować wokół niewidocznego punktu niby karuzela. Mefity rozpędziły się i runęły w dół, spluwając z góry żrącą, smolistą wydzieliną. Ale ich hałas nie był najgłośniejszy.
Skupieni wokół ubijanego mefita poczuli jak powietrze pod nimi na raz robi się niebezpiecznie gorące i suche, ale tylko ci stojący dalej, którym nie dane bylo posmakować obijania stworka zdołali uskoczyć. Trójka zebranych najbliżej poczuła pęd, gorąco, nieludzki huk, a po wszystkim, po tych zbitych w sekwencję chaosu ułamkach sekund, rwący ból.
Mefit wybuchnął, tak jak przewidywała Morwen i jej książka, rozerwany pośmiertną eksplozją, która poniosła ciepłą krew, lepkie szczątki i bulgoczącą czarną maź na kilkadziesiąt stóp wokół.
Ranni obrońcy Ścieżki gramolili się z ziemi, dysząc i klnąc. Dwaj byli boleśnie poparzeni, ale oberwali 'płytko', ledwie po fragmentach odkrytej skóry. Trzeci, chłop wielki jak tur, wił się wśród pyłu, rycząc niby dziki zwierz. Przy morderczym skoku wystawił się na wybuch, który epicentrum miał w okolicach jego krocza.
Meficia zemsta spadała teraz z góry seriami bombardowań, ale zbrojni pochowali się przed wyziewami stworków pod wozami. Żywiołakom brakowało celności, a niektórym odwagi, by zlecieć dość nisko i wymierzyć, bo paru strażników – w tym poparzony wcześniej łysol od drożdżówki – złapało za łuki i szyło byle szybciej za dymiącymi diabłami.
– Łapać je... - Kudłacz zreflektował się, że pomysł był głupkowato niepraktyczny i szybko poprawił. – Gonić je, przegonić! Byle z dala od wioski!
Tu sierżant mówił już bardziej z sensem, bo diabliki rzeczywiście były żądne zemsty za śmierć druha, ale i tchórzliwe, stroniły od bezpośredniej konfrontacji, więc za nowy kierunek obrały zabudowania Czarnych Wrót. Na początku wzbiły się wysoko, uciekając przed pościgiem strzał, ale potem zniżyły lot nad dachy i klepiska pośród budynków. Jazgotały, wyły i czasem – widać ograniczone w swej mocy – pluły na to, co akurat przelatywało pod spodem.
Strażnicza brać ruszyła za ulatującymi rozbójnikami, strzelając chyba bardziej dla postrachu niż realnej próby ustrzelenia czegokolwiek. Pogoń miała sens, gdy goniony uciekał, a tutaj porządek póki co działał. Mefity nie czmychnęły za górę, ani na wschodnie wydmy, rozbijając się po wiosce chaotycznym korowodem, ale korowodem, który starał się trzymać jak najdalej od pościgu.
Gdzie zaś kota nie ma, myszy harcują. Wzbierający za barierkami broniącymi wejścia na Ścieżkę tłumek obserwatorów w końcu doczekał swojej chwili. Byli w nim różni ludzie. Tacy, którzy lubią patrzeć, ciekawić się i gadać. Byli tacy, którzy sami nie garną się do akcji, ale dać im tylko otuchy rykiem tłumu i lichą prowokacją, a pomkną i w przepaść. A byli i ci – sprawcy historii i nieszczęść – którzy działali, kiedy tylko się dało. Albo i czasem, gdy nie wolno i nie można.
Ci nie martwili się, co będzie potem.
-
Hazar słysząc ostrzeżenie nie próżnował tylko brał się do roboty.
- Szwar… - rzekł półtonem aby zwrócić na siebie uwagę problematycznego górnika. Jednocześnie głownię młota położył na swoim drugim ramieniu tak aby mieć dłoń na tyle blisko brody żeby położyć palec wskazujący na ustach. Pokazując górnikowi gestem aby był cicho i się pilnował patrzył mu jednocześnie prosto w oczy.
Następnie spokojnie, aby wydawać jak najmniej dźwięków, wziął przykład z paladyna przemieszczając się w dogodne miejsce do obrony, zasłonił się tarczą będąc w defensywnej postawie i gotowości do dalszego działania w miarę potrzeb. -
Mefity mknęły ponad miasteczkiem, wściekle napędzając własną wściekłość, która spadała na oprawców ich współbrata żrącymi charchami. Merkuryjne ze swej natury, nie potrafiły jednak trwać długo w żadnym stanie. Wzburzenie czy rozkosz, każde uniesienie przechodziło przez nie falą gwałtowną, wysoką i niedługo później nieodróżnialną w niepamięci od innych.
Pęd, gwizd w uszach i zabawa. Wolność, nareszcie i znów. Niebo inne niż wcześniej, ale ciągle błękitne. Nie w dole, nie z boków, ale przynajmniej w górze, rozciągnięte wysoko, ogrzewające i oświetlające wszystko świetlistym krążkiem ponad. Skrzydła trzepotały, stado frunęło w jedności, świat pachniał kurzem i nieznaną słodyczą. Zabudowania malały, a błękit rósł.
***
Pędzili i nie było mowy o ciszy. Nie krzyczeli, nie dodawali sobie animuszu rykiem, ani nie gadali. Korytarze Ścieżki niosły jednak kroki zmiennym echem, raz wznosząc tupot butów do scenicznego staccato, raz zniżając do opóźnionego pomruku. Biegli i biegli inaczej niż reszta.
Przebyli barierę, która wcześniej stała niewzruszona na wszelkie inżynieryjne czy górnicze starania. Odsunięta magią, otwierała półmrok z wątłymi pochodniami na nowy obraz. Ogromny, przestronny hall, gdzie światło jaśniało jak w balowej sali.
Wpadli na miejsce z bronią w ręku, wyglądając zagrożenia, którego czekali. Czy fruwające diabelstwa uszły ekspedycji czy ekspedycja padła ich łupem? Przetrwali i teraz trio szło im w sukurs, czy przyjdzie im zbierać zwłoki do wytaszczenia w piach Doliny?
Pęd zwolnił, dech zelżał, a nawleczona na właściwą ścieżkę wątpliwość ułożyła się w zrozumienie. Randal i Hazar czekali daleko na przedzie, a przy nich, szykując fuzję na przybycie nieznanego, szykowała się znana im doktor Lara. Im bliżej byli, tym lepiej dostrzegali i kojarzyli kolejne twarze zdobywców Ścieżki.
***
— Ha! – Ballo pokręcił głową na nadejście przybyszów, uspokojony rezultatem. Czuł jak przez wszystkich wokół przepływają emocje i czytał zmiany na twarzach, zawsze na swój sposób zaciekawiony barwnością ludzkiej ekspresji i plastycznością ludzkiego ducha, gdy nie mógł skryć się pod rolą. – Narobiliście nam stracha!
Varlund, ten najwyższy, idący na czele trójki, odmachał im z daleka, ale nie odpowiedział. Drugi, masywny i ścięto na krótko aż świeciła mu glaca, coś chciał odkrzyknąć, ale sierżant pokazał mu palcem na ustach, żeby się ściszył.
Varlund był przezorny i nie przypadkiem sierżantował oddziałom we Wrotach. Znał zasady pola bitwy i znał zasady podchodów. Niejedną przeżył wycieczkę, niejeden podchód i niejedną zasadzkę, którą sam stawiał. Mimo dekad na karku, wzrok miał dobry i szybko reagował na to, co wymagało reakcji. Zachwyty nad ogromem hali i jej kunsztem zostawiał sobie na potem. Majaczące w oddali złoto i kryształy – czym były i czy były naprawdę (bo zwykł w swym wąsatym podejściu w nic nie dowierzać, dopóki w garści nie leży) – zostawiał na dalekie później.
Teraz szare, okrążone zmarszczkami, ale dalej żywo krające przestrzeń oczy żołnierza szybko złowiły potencjalne zagrożenie. Żywe zbroje poruszyły się na wejście nowych aktorów, ale poruszyły tylko na moment. Jakby tknął je drobny impuls, który przeszedł bokiem i nie miał siły tchnąć w nie już więcej życia. Albo jakby pancerze zaczaiły się drapieżnie. Jak któreś z tych morskich gatunków, gdzie wcześniejsze mignięcie, łowiecki falstart, mogło być ledwie muśnięciem fali czy czymś w podobie, a teraz nie sposób dojść, co i czy cokolwiek wokół się poruszyło. Nim poruszy się znowu, by uderzyć, gdy ofiara będzie blisko.
Ale Varlund nie był łatwą ofiarą. A pod jego przewodnictwem, nie mogli być ani Grebo, ani Bolvar. Obaj znani reszcie wycieczki, weterani poprzedniego wypadu na Ścieżkę, gdzie drużynie przyszło ściąć się z kościogryzami. Ten pierwszy nie raz dzielił już plac boju z Randalem i pozostałymi, a drugi – wyratowany przez Seweryna, choć metody ratunku (skryte za tajemnicą lekarską) mogły być dla wielu kontrowersyjne – miał wobec grupy osobisty dług wdzięczności. Mieli służyć ekspedycji wsparciem, ale poinstruowani przez doktora Quolleba zostali z tyłu.
Mefici wylot z czeluści Ścieżki był bodźcem, którego nie mogli zlekceważyć i kiedy reszta strażników warujących pod wejściem rzuciła się strzelać do diablików, oni na komendę Varlunda, ruszyli w głąb korytarzy. Teraz na miejscu, już obok kompanów, ominąwszy podejrzane zbroje z daleka, zbrojni złączyli się w jeden oddział.
— Jesteście, widzę, cali. Dobrze, dobrze. – Sierżant uśmiechnął się półgębkiem do Bronsona, ale pytającym okiem powiódł za Mariusem, którego kojarzył już jako niezłego szaławiłę. Kapłan też był jednak, na razie, w jednym kawałku. – Co to żeście tu znaleźli? To co wyleciało, te diabły, to od was?
— Mefity – wyjaśniła Morwen. – Coś je tu wezwało i wyrwały się na zewnątrz.
Czarownica mówiła oględnie, słabiej znając żołnierza, niepewna czy warto zdradzać mu całość historii. Dogadali się ze stworkami czy nie dogadali, dla zewnętrznego świata było tajemnicą. I mogło nią pozostać, jeśli tylko języki nie będą paplać.
— Więcej tu tego? – dopytał zbrojny. – Bo rozleciało się to-to po wiosce, chłopy poleciały gonić, strzelać. Może na wejściu trza by jakąś sieć założyć albo co… Kto wie, co tu jeszcze może wyleźć, jakiego tu zwierzyńca Starzy nie skryli…
- Na razie powinien być spokój – zaraportował Randal. – Poradzą tam sobie z tymi mefitami?
- Ta, co sobie by mieli nie poradzić – uspokoił Varlund. – Bałem się, że to-to ogniem zieje, ale nie… Pluje jakim kwasem czy czym, ale dachu nie zapali. Zresztą, pewno te mefiti już spierdolili, bo chyba uciec bardziej chciały niż polować. Zresztą, duże chłopy na robocie, wiedzą jaki ryzyk jest.
- Ano – potwierdził Bolo, który – raz już prawie ubity - obecnością na Ścieżce dowodził, że wchodzący tutaj (jak i służący wokół), odwagi muszą mieć obfitość.
***
- Goń cholerę! – krzyczał łucznik w biegu, chowając się za winklem drewniaka, gdzie składowano narzędzia. – Walić jeszcze!
Łysy był żwawy i miał dobre oko, więc mimo rosnącego dystansu do diablików, utrafił jeszcze jednego, prując mu kawałek skrzydła. W całym tym popłochu i pogoni, ktoś jeszcze chyba trafił drugiego, a może i dziabnęli trzeciego. Dziabnęli, skubnęli, ale żaden smołopluj nie spadł już na ziemię i bombardująca Wrota chmura była już coraz dalej, nad wydmami na wschodzie.
Żołnierz i paru druhów wokół wypadli za skraj wioski, odprowadzając zagrożenie wzrokiem. Stwory narobiły rabanu i poraniły parę osób, ale chyba nikogo nie zabiły. Krzyki z tyłu sugerowały, że bez ofiar się jednak nie obeszło, bo były to te z kategorii bolesnych, a nie jedynie zbolałych na straty w postaci dziur w dachu czy porwanego prania.
Zbrojni cofnęli się, ale część tych z tyłu już tutaj była, pomagając paru rannym i ogarniając panikę tłumu. Na twardo i zdecydowanie, jeśli panika nazbyt się rozpychała. Na miejscu był już brat Karl, który opatrywał poszkodowanych i zawiadywał pomocą, a służba od Żelaznych przysłała własnych medyków.
- Kto został pod Ścieżką? – syknął Owain Graft, który zjawił się na miejscu nie wiadomo skąd i kiedy. – Migiem tam!
Szeryf zakomenderował oddział i na raz stróżować u wejścia byli gotowi wszyscy, ale dowódca szybko posortował ludzi spojrzeniem, oddzielając kto ma zostać, a kto ruszać. Kudłacz i paru innych ruszyli w górę, zostawiając dochodzącą do siebie wioskę w dobrych rękach.
***
- Chodźmy dalej, Sewerynie. – Lara machnęła na kolegę po fachu, samemu niechętnie opuszczając pomieszczenie lazaretu, gdzie było tyle do oglądania i oceny. – Czekają już.
Medyk był łasy na księgi z suelskiej biblioteki, ale na koniec przeglądu sali znalazł coś jeszcze. Stację w skrajnym rogu, gdzie szykowano utensylia i medykamenty, dopełniało stanowisko odkażania i anestezji. W marmurowym kaflu wstawionym w ściennej wnęce, miały swoje stałe miejsce dwie misy czy czarki. Konstrukcja była stała, ale gdyby tak… Kafel z wgłębieniami podobnymi kropielnicom pewnie dałoby radę wydobyć…
Wcześniejsza szybka ocena Morwen, potwierdzona przez zachwycającego się kuriozum Eutalo, mówiła o magicznej naturze medycznego aspersorium. Jedna misa była pełna czystego alkoholu, a druga skroplonego eteru. Już sam fakt, że ten drugi kołysał się w czarce bez wieka i pozostawał stabilny – mimo nie dni, a wieków za sobą – dowodził, że jest tu niezwykłość.
Gryzący zapach alkoholu i słodkawa woń eteru przenikały się, ale nie wzbierały. Seweryn i Lara bezbłędnie rozpoznali aromaty już wcześniej, mając się na baczności, jednak i tym razem magia wzięła fizyczne niebezpieczeństwa w karby. Jak działała? Czy obie misy były zmrożone w jakimś pozaczasowym stadium, które zachowało zasoby, czy może działało jeszcze coś więcej, utrzymując w nich stały, nieskończony i wiecznie odnawialny chemiczny rezerwuar obu cieczy?
- Oho, znów kogoś słychać – ocenił Randal. Najpierw usłyszeli jego słowa, ale niedługo potem usłyszeli dudnienie butów. Nie trzech, nie czterech. Musiało być ich więcej.
* * *
Gnali, a gnali tym pędem szansy i rabunku, który pewnie niemniejszy jest od tego zasilanego grozą i walką o życie. To zresztą też była, w pewnym rozumieniu, walka o życie. O lepsze życie.
Kto nie musiał kraść, aby przeżyć, bić się o chleb, albo odpychać słabszych, by samemu się najeść, nie oceniał tak łatwo. Albo i oceniał. Wspólnota doświadczeń jednych otwierała, a innych przeciwnie, impregnowała na empatię, uświadamiając, że wokół wielu jest twardych i bezwzględnych, zostawiając litość i wątpliwość głupcom.
Teraz wprawdzie nie walczyli o chleb i przeżycie. Bili się o lepsze życie. O pełniejsze życie. O bogactwo. Spełnienie. Zamożność. To po to przyjechali w te strony. Naobiecywano im tak wiele, że realia musiały rozczarować nawet tych, którzy trafili dobrze. A przynajmniej tych, którzy tu byli.
Ci byli łasi na szansę. Ci mieli wieczny niedosyt. Przedsiębiorczą żyłkę. Smak na przygodę. Awanturniczego ducha. Sprzeciw wobec losu. Bunt wobec władzy. Dziką zachłanność. Zwierzęcy głód. Lata wyrzeczeń. Wrodzoną chciwość. Pragnienie zmiany. Wszystkie powyższe.
Opuszczenie posterunku przez strażników zrodziło szansę, jakiej zlepiona okolicznością grupa nie mogła przepuścić. Większość się znała, pijąc razem, albo kojarząc się przynajmniej z Górniczej Doli. Byli tu robotnicy i obozowe ciury. Byli górnicy. Była miasteczkowa swołocz w postaci zbirów, ciągnących do okazji jak sępy. Była nawet jedna z dziewczyn z zamtuza, która stwierdziła, że skoro jest na wolnym, to i ona skorzysta. Był kuchenny z Górnika i woźnica z Kotła.
Na końcu zaś, za wszystkimi, biegła jeszcze jedna postać, która odróżniała się od reszty nader wydatnie. Tak pewnie fizycznie, jak i motywacjami swojego biegu.
Biegli jednak i hałasowali. Ci na przedzie, weseli i niesieni szansą. Wiedzieli, że muszą gnać. Wiedzieli, że może się udać lub nie. Że mogą coś tu buchnąć, albo nie. Że może zbiorą razy od zbrojnych na wylocie, a może zdążą czmychnąć. Że wywalczą sobie drogę – naiwni – na zewnątrz. Albo nawet dadzą się obić i obszukać, ale zawsze coś się przemyci. Ci, którzy znali więzienie i biedę mieli swoje metody.
A jeden kamień… Jeden lśniący kamień czy złoty kawałek mógł odmieniać losy całych rodzin.
***
- Co do chuja… - Varlund kuszę miał już w razie czego naszykowaną, uczony życiem, że lepiej mieć niż nie, ale ataku się nie spodziewał. Nadejścia stada rozpędzonych zadymiarzy też nie.
- O nie! – jęknęła Lara, widząc już co się święci.
- Stać! – ryknął Randal. – Stać, to rozkaz!
Tych paru najszybszych nie stanęło. Jeden raptem. Kuchcik z Górnika, Birgo. Ten trochę się wystraszył, tak ogromu komnaty, jak i wojskowej komendy. Może niepotrzebnie tu lazł? Co go, do jasnej cholery, podkusiło by biec tu za tymi zbójami?
Ale reszta nie zwolniła. Zbiegli po schodach i przesadzili skokiem nad rozwalonymi ławami, skrzyniami i wypluwką Wielkiego Dechu, która przyniosła mefity, gruz i kawałki metalu.
Jeden, chudy, żylasty i wytatuowany knypek bez lewej dłoni, przystanął wcześniej niż tamci, zgarniając z ziemi jakąś błyszczącą blaszkę czy monetę. Syknął zaraz na własną głupotę, zły na porzekadło o wróblu w garści.
Na chuj mu wróbel, jak reszta pruła dalej, a tam świecił się cały wózek z jakimi diamentami czy czym tam?
- Älkää hyökätkö! – krzyknęła Lara. Krzyknęła dość głośno, ale widać… Nie dość? Czy może zbroje miały jednak przestrzeń na własną interpretację poleceń?
Złoty emaliowany pancerz skoczył jak pstrąg, wyciskając ze swego skrępowania ile się dało. Starczyło. Więzy miały dać obejść zbroję z daleka, a nie obwiązać ją niby bandaże mumię, więc Rurik nie miał szczęścia.
Złota sylwetka wypadła na niego szczupakiem, zwalając wieloletniego pensjonariusza zakładów karnych Wolnej Ligi, a obecnie pomocnika murarza, raz a porządnie na glebę. Zbroja ścięła biegacza mocno, padając z hukiem, ale skrępowana tylko metalem, a nie tchem czy tętnem, nie potrzebowała dochodzić do siebie. Poprawiła od razu. Ciosy żelaznych rękawic były zabójcze.
- Na Kurella! – jęknął Dibruk, który był najbliżej kolegi od kieliszka. – Norebo, broń mnie!
Biedak zbladł jak papier i aż pociemniało mu w oczach, gdy żywy manekin poderwał się w jego kierunku, smagając po łydce wyciągniętą do granic konstrukcji dłonią. Etatowy cieśla, a w wielu przerwach od zawodu zapalony karciarz i szuler, potknął się i przerażony poszurał tyłkiem po ziemi, oddalając się od pancerza.
Pancerz był ciągle na uwięzi, ale rozochocony rozbiciem czaszki Rurika na miazgę, wyrywał się teraz naprzód jak wściekły pies na łańcuchu. Pozostałe zbroje, które dotąd jeszcze nie miały zdobyczy w zasięgu, także zabrały się do siłowania z niewolą, prąc ku swobodzie.
Jedna, może mocniejsza duchem, a może słabiej skrępowana, zerwała się z ziemi i ciągle w okowach, zaczęła doskakiwać bliżej środka sali z całym ciężarem ciągnionej za sobą kamiennej ławy. Ci słabszego ducha, którzy widzieli, co zaszło, skręcili daleko w bok. Na lewo, aż na skraj hali.
Kilku szybszych i nawykłych do śmierci, biegło już dalej. Tym marzyło się napchanie kierman suelskim złotem. Zbroje biły nie inaczej niż buławy strażników, gdy złapać człeka na kradzieży. Ryzyko zawodowe. Żyje się raz.
Kilku wolniejszych, ostrożniejszych czy po prostu ostatnich na liście uczestników wyścigu po wszystko stało teraz na tarasie nad salą, z bezpieczeństwa schodów lustrując sytuację w komnacie. Widzieli, że młoda, jasnowłosa dziewczyna z przeciwnego krańca biegnie w ich stronę, wykrzykując coś dziwacznego. Zbroje podskoczyły na jej słowa jak zaklęte melodią kobry, ale nie stężały od razu, jak zwykle to bywa, gdy zaklinacz hipnotyzuje gada. Zwolniły, ale jakby niepewne.
Tylko jedna osoba na tarasie, przybyła za innymi, oglądała scenę z odmiennej perspektywy. Nie walcz lub uciekaj i nie rabuj i ratuj się kto może, ale ciekawości. Obserwatorki i potencjalnej uczestniczki, która nie szuka dla siebie szybkiej odmiany tu i teraz. Nie.
Jest tą, która przynosi zmianę.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19
Hazar - 19
Bolvar - 17
Lara - 16
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
Grebo - 15
Eutalo - 11
Marius - 11
Nowa - 11
Zbroja #3 - 11
Przybysze (grupka z przodu) - 9
Ballo - 10
Złota zbroja - 9
Dr Quolleb - 6
Varlund - 4
Randal - 3
Morwen - 3
Przybysze (grupka z tyłu) - 2
Skoczna zbroja z ławą - 2
-
Postacie jakie pojawiły się na ścieżce nieco zaskoczyły krasnoluda. Nie spodziewał się on bowiem szabrowników szturmujących wejście do głębszej części ścieżki. Czyżby szabrownicy zakradli się na ścieżkę po cichu? Albo może weszli na nią siłą? Na wielkich wojowników nie wyglądali, ich (potencjalna) przywódczyni także na mordercę niby nie wyglądała, ale grupę złodziei zorganizowała i na ścieżkę wprowadziła... niby tak agresywni nie byli, ale kto ich tam wie. Za plecami ich mieć nie chciał dlatego zamierzał spróbować zabezpieczyć z powrotem wejście. Ruszył wiec w stronę schodów zamierzając spacyfikować szabrowników ze schodów... przy czym mogło się okazać jaką przywódczynią jest postać trzymająca się na tyłach kradnącej ferajny.
- Uwaga na zbroje i z powrotem pod wejście! Brać jeńców albo lać jak stawią opór! - wydał polecenia swoim podwładnym ruszając w stronę schodów. Zastanawiał się trochę ile oporu będą mieli górnicy pod jego komendą przy próbie spacyfikowania złodziei... jakby nie było niektórzy z nich mogli się znać i lubić... ale tak czy inaczej wejście i plecy zabezpieczyć trzeba było.
Kiedy podszedł bliżej złodziei odłożył młot głownią na ziemi, aby móc go szybko podnieść. Prawie jednocześnie zaczął mówić coś po krasnoludzku. Spojrzenie skierował na przywódczynię złodziei kiedy oczy Hazara lekko zajaśniały czerwonym blaskiem podczas gdy dłonią wykonywał odpowiednie gesty zakończone wystawieniem wolnej ręki w stronę osoby potencjalnie dowodzącej nowo przybyłym złodziejom rzucając na nią czar Hex.
- NA GLEBE JAK WAM ŻYCIE MIŁE ALBO JA WAS NA NIĄ SPROWADZE!!! - wrzasnął ostatnie ostrzeżenie przed wzięciem się do roboty przy zgnojeniu złodziei do posłuszeństwa. Co prawda zamierzał spróbować bić w kolana aby ich bardziej okaleczyć niż zabić... ale kiedy z powrotem brał do ręki młot uśmiechnął się bardzo zadziornie jednym kątem ust gdyż przez myśl mu przeszło, że ten młotek mógłby mu się nieco omsknąć i przypadkiem kogoś zabić. -
Ścieżka, choć zapewne mimo wieków zamknięcia nie całkiem martwa, nawykła do ciszy. Jeśli cokolwiek przeszywało powietrze korytarzy i komnat, dla ludzkich uszu musiało być niemal niewyczuwalnym. Lub zupełnie niewyczuwalnym. Kapanie wody, lekki świst powietrza przy wichurach na zewnątrz, przesypywanie się ziaren piasku w spękaniach i szczelinach.
A może nawet jakieś ślady życia? Pajęcze snucie sieci i przebieranie chitynowych odnóży? Resztki wyplutego przez Wielki Dech kościogryza sugerowały, że nawet za wewnętrzne wrota wkradła się żywa materia. Jeśli nawet jednak tu była, to chyba też egzystowała w ciszy. W szumach, sykach i prześlizgach. Nienawykła do buzującego życia, które echo przepastnych hal niosło jak na koncercie.
Teraz zaś zrobiło się głośno w dwójnasób. Skaczące jak poparzone węgorze, żywe zbroje dudniły niemożliwie. Waliły sobą o kafle posadzki jakby grały na perkusji, ciągnąc przy tym łańcuchy, a w przypadku tej szczególnej zrywnej uciekinierki, tarabaniąc po marmurze kamienną ławą.
Powstrzymujące nadbiegający tłumek okrzyki czy dziwaczne komendy Lary były przy tym jak kołysanka. Nie mogły przebić się nad dziki stukot, ale już prawdziwie organiczne przerażenie i ból potrafiły. Rurik nie zdołał wypaść wysoko na pięcolinii, ubity szybko i sprawnie. Jego jęk był krótki, opasany rozmaślonym bulgotem rozbijanej tkanki. Pobożne zawezwanie Norebo wypadło już wyżej i mocniej.
Przerażony krzyk trójki, która uciekła byle dalej od zbroi, był jednak dotąd chyba najmocniejszym z żywych głosów. Nie przebił rozgardiaszu mefitów, ale był blisko. Wcześniejszy huk wylotu powietrza niosącego gruz i odłamki był chyba nie do pobicia, ale kaszlał sucho, bez tej dźwięczącej w uszach soczystości głosu z żywych gardzieli.
Seweryn, znany z szybkiego refleksu, ruszył do działania pierwszy. Tyle, że wartkiej akcji sam nie planował – pakujący się w tarapaty robotnicy i obszczymurki nie byli jego odpowiedzialnością. Postąpił naprzód, gotów by w razie czego udzielić pomocy komu będzie należało, ale nie wskakiwał między zbroje a nieproszonych gości.
Hazar wyszedł z innego założenia. Motłoch wdzierający się na Ścieżkę to było zagrożenie. To było zagrożenie dla niego, jego ludzi i całej ekipy. To było też zagrożenie dla interesu Kompanii i samej Ścieżki, którą do tej pory dostatecznie już obłupano ze zdobień i bogactw.
Wojownik ruszył pędem w stronę wejścia, komendą zbierając część górników za sobą. Słyszał, że niektórzy walą za nim, ale nie odwracał się. Wzrok miał już na młodej, ustrojonej nietypowo dziewczynie, która wkroczyła na Ścieżkę ostatnia. Nie mógł jej dosięgnąć, a czuł, że nie pasuje ona do tej śmierdzącej hałastry, która ruszyła na żer. Z jej pewnością w ruchach i dziwnym mechanizmem przed sobą, sprawiała wrażenie kogoś wybitnie nieprzypadkowego. Kogoś, kto mógł być nietuzinkowym zagrożeniem. Inaczej niż drąca się, biegnąca na rympał obszarpana zbieranina.
Hazar zmrużył oczy, upuścił na moment młot i pchnął dłonią naprzód, jakby miał złapać dziewczynę za kołnierz. Była kawał drogi od niego, ale oboje poczuli jak zimny prąd przecina powietrze między nimi, niknącą falą mierzwiąc przestrzeń po drodze. Zimno opadło na jej młode ciało nieznanym, starczym odczuciem słabości. Odczucie niby trupia ręka przejeżdżająca po plecach zmroziło krew i postawiło włosy na głowie. Nie było tam bólu, ale zimno pozostawało pod skórą.
Krasnolud obrał sobie kobietę za główny cel, ale po drodze była tłuszcza do rozgonienia.
– NA GLEBĘ JAK WAM ŻYCIE MIŁE, ALBO JA WAS NA NIĄ SPROWADZĘ! - wrzasnął i miał w sercu nadzieję, że szubrawcy nie posłuchają. Że będą się stawiać. Uśmiechnął się paskudnie szykując uderzenie na najbliższą dwójkę. Kątem oka zobaczył, że dobiegli już do niego Szwar i Mavir, asekurując od obu stron i osaczając przybyszów przy jednych schodach. Reszta górników chyba ociągała się, bo w ich krokach nie słyszało się takiej werwy jak u tej dwójki.
Ten przydybany syknął wściekle i spakował coś, co zwędził do kieszeni. Nie dadzą mu tego zabrać, choćby go okładali. Wiedział, że nie ma szans. Z jedną dłonią i niższy od obu górników o głowę, nieco tylko przewyższający krasnoluda, nie planował się bić. Szykował się do spierdolki, ale gdyby go już dopadli, gdyby mieli... Nie odda! Nie odda, co ma znaleźne!
Kuchcik na schodach za nim chyba nie pozostawiał sobie miejsca na wątpliwość i na wypad Hazara i jego przybocznych receptę miał w postaci szybkiego odwrotu. Potknął się na schodach i na razie zbierał się niezdarnie, ale i u niego nie można było liczyć na opór.
Dalej za plecami, u drzwi lazaretu, ścierały się różne podejścia. Lara, Bolvar i Grebo pognali naprzód, ale rozdzielili kroki.
- Älkää hyökätkö! - krzyknęła raz jeszcze z bliska badaczka, nie dając szansy na pomyłkę, ani niedosłyszenie. Dobrze wiedziała, że zbroje wychwytują jej komendy z daleka, a wcześniejsze doświadczenia sugerowały i telepatię. Wiedziała też jednak, że potrafią być oporne i krnąbrne... Albo może działały według innych zasad niż sądziła?
Grebo był obok niej i nim jeszcze przebrzmiały suelskie słowa dziewczyny, szarpnął przewróconego na ziemię faceta, na którego zasadzała się zbroja, wyrzucając go poza jej zasięg. Szlachetnie, choć tym razem rozkaz doktor Quatermain zadziałał z całą mocą i złoty pancerz osiadł na ziemi, tak jak poderwał się nagle do rozedrganych ataków, tak teraz nagle stężały.
Zdawało się, że Bolvar też rusza naprzód – czy to pomagać, czy walić włamywaczy po łbach – ale wyhamował w biegu, wyłapując z tłumu Seweryna. Był mu coś winien, więc zamiast ryzykować na darmo, wolał zostać krok z tyłu i mieć baczenie na swojego dobroczyńcę.
Eutalo wahał się, co uczynić, choć już dobrą chwilę temu połapał się w sytuacji i był gotów by działać. Czterech obdartusów zbliżało się do załadowanego kryształami wagonika... Isebrand podejrzewał, że kryształy to po prostu barwiony domieszkami minerałów kwarc, który sprawdzał się w magicznym przewodnictwie, ale miał lichą wartość rynkową...
Lichą czy nie, Ścieżka skrywała gigantyczną wartość dla cywilizacji i nie było można dopuścić, by dalej ją rozkradano. Mężczyzna widział już zamieszki w rodzimej Rel Astrze i uznał, że pobłażliwość wobec motłochu tylko go rozzuchwala, potęgując ludzkie zezwierzęcenie.
– Wynocha stąd! - warknął głośno i palnął z kuszy w dryblasa w murarskim kitlu, który był najbliżej. Celował by trafić... Ale nie celował by zabić. A przynajmniej tak sobie to tłumaczył.
Jak było, pozostać miało między nim a bogami, ale murarz Mitram z Koziego Wierchu dostał w bok, a bełt przeszedł przez żebra z trzaskiem i wyfrunął dalej, robiąc w ciele osiłka grubą rozpierduchę. Pierwsza ofiara na koncie drużyny wsiąkała w Ścieżkę.
Biegnący za nim wystraszyli się, ale jeszcze nie zwolnili. Może jeszcze liczyli, że zdążą? Ci dalej, po drugiej stronie hali, uciekający przed zmartwiałymi teraz zbrojami stali niepewnie i ważyli gdzie uchodzić. Wątpliwości odebrał im ciężki szur za plecami i głośny ropuszy skrzek dochodzący z komnaty na lewo od schodów. Głośny, ale nie głośny jak przy żabiej kolonii dającej majowy koncert. Głośny jak przy jednej dużej, ale to bardzo dużej ropuszej mordzie, która skrzeczy.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19
Hazar - 19
Bolvar - 17
Lara - 16
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
Grebo - 15
Eutalo - 11
JESTEŚMY TUTAJ (zakładam, że w przypadku Mariusa/Nowej możemy uznać, że pierwszy działa ten, kto pierwszy napisze ;))
Marius - 11
Nowa - 11
Zbroja #3 - 11 [w tej rundzie nie działa]
Przybysze (grupka z przodu) - 9
Ballo - 10
Złota zbroja - 9 [w tej rundzie nie działa]
Dr Quolleb - 6
Varlund - 4
Randal - 3
Morwen - 3
Przybysze (grupka z tyłu) - 2
Skoczna zbroja z ławą - 2 [w tej rundzie nie działa] -
Ballo zmarszczył brwi widząc tłuszczę. I wyobrażając sobie co może z tego wyniknąć. Połamane kości, cierpienie, śmierć nawet.
- Za mnie - rzucił szybko do czarodziejów, uczonych i reszty niebojowych, acz przydatnych osób. Odlożył na bok Brzemię i uderzył pięścią o posadzkę, gotując się by przejąć atak, o ile przyjdzie w ich stronę. Nie zamierzał nikogo zabijać, wystarczy że powstrzyma, przewróci, ostatecznie ogłuszy. W końcu to tylko zdesperowani ludzie.
-
To co niemożebnie drogie i to co tajemne pospołu przyprawiało o mrowienie w dłoniach, chyba każdego, nawet prostego i skromnego przecież Seweryna.
Początkowe zamieszanie, nie zdawało mu się dlań groźne. Tłum rzucający się na ochłapy tego starożytnego świata, nie różnił się wcale od tłuszczy, rzucającej się po rozsypany towar, czy rozdarty mieszek z miedziakami w Loftwick. Seweryn miał pewien dar, do unikania bycia porwanym przez prąd wzbierającej ludzkiej rzeki, a jednocześnie wyłuskując sobie z niej w między czasie coś dla siebie.
Jego zdobycz miała być jednak mniej świecąca, niźli złoto czy metal i znacznie delikatniejsza. Jeszcze nim ktokolwiek rannym został, nerwowo rozglądał się wpierw za utensyliami zdolnymi przechować substancję aether, która wedle jego wiedzy miała różnorakie zastosowania, a marnowała się pływając w misie. Medyczne rzecz jasna w szczególności. Kątem oka złowił spojrzenie Bolvara, co zmusiło go, by rozeznać się w sytuacji raz jeszcze. Nieokiełznany chaos nabierał kształtów, a ludzie w swej bezmyślności narażali się na szkodę.
Seweryn skrzywił się, jako wąpierz na widok różanopalcej jutrzenki, gdy Rurik był, a potem już nie był i gdy Isebrand puścł tygiel, a bełt przeszył jakiegoś wieśniaka. Seweryn raz jeszcze skrzyżował swe kaprawe patrzałki z oczami Bolvara i gestem zaprosił go do kolejnej przygody życia. Cyrulik czmychnął w stronę murarza Mitrama, instynktownie obierając bezpieczną drogę, nieco okrężną, by dopaść do nieszczęśnika i razem z Bolvarem przenieść go, by rozpocząć swoista rekonstrukcję historyczną tego miejsca.
.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się