'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Ścieżka, choć zapewne mimo wieków zamknięcia nie całkiem martwa, nawykła do ciszy. Jeśli cokolwiek przeszywało powietrze korytarzy i komnat, dla ludzkich uszu musiało być niemal niewyczuwalnym. Lub zupełnie niewyczuwalnym. Kapanie wody, lekki świst powietrza przy wichurach na zewnątrz, przesypywanie się ziaren piasku w spękaniach i szczelinach.
A może nawet jakieś ślady życia? Pajęcze snucie sieci i przebieranie chitynowych odnóży? Resztki wyplutego przez Wielki Dech kościogryza sugerowały, że nawet za wewnętrzne wrota wkradła się żywa materia. Jeśli nawet jednak tu była, to chyba też egzystowała w ciszy. W szumach, sykach i prześlizgach. Nienawykła do buzującego życia, które echo przepastnych hal niosło jak na koncercie.
Teraz zaś zrobiło się głośno w dwójnasób. Skaczące jak poparzone węgorze, żywe zbroje dudniły niemożliwie. Waliły sobą o kafle posadzki jakby grały na perkusji, ciągnąc przy tym łańcuchy, a w przypadku tej szczególnej zrywnej uciekinierki, tarabaniąc po marmurze kamienną ławą.
Powstrzymujące nadbiegający tłumek okrzyki czy dziwaczne komendy Lary były przy tym jak kołysanka. Nie mogły przebić się nad dziki stukot, ale już prawdziwie organiczne przerażenie i ból potrafiły. Rurik nie zdołał wypaść wysoko na pięcolinii, ubity szybko i sprawnie. Jego jęk był krótki, opasany rozmaślonym bulgotem rozbijanej tkanki. Pobożne zawezwanie Norebo wypadło już wyżej i mocniej.
Przerażony krzyk trójki, która uciekła byle dalej od zbroi, był jednak dotąd chyba najmocniejszym z żywych głosów. Nie przebił rozgardiaszu mefitów, ale był blisko. Wcześniejszy huk wylotu powietrza niosącego gruz i odłamki był chyba nie do pobicia, ale kaszlał sucho, bez tej dźwięczącej w uszach soczystości głosu z żywych gardzieli.
Seweryn, znany z szybkiego refleksu, ruszył do działania pierwszy. Tyle, że wartkiej akcji sam nie planował – pakujący się w tarapaty robotnicy i obszczymurki nie byli jego odpowiedzialnością. Postąpił naprzód, gotów by w razie czego udzielić pomocy komu będzie należało, ale nie wskakiwał między zbroje a nieproszonych gości.
Hazar wyszedł z innego założenia. Motłoch wdzierający się na Ścieżkę to było zagrożenie. To było zagrożenie dla niego, jego ludzi i całej ekipy. To było też zagrożenie dla interesu Kompanii i samej Ścieżki, którą do tej pory dostatecznie już obłupano ze zdobień i bogactw.
Wojownik ruszył pędem w stronę wejścia, komendą zbierając część górników za sobą. Słyszał, że niektórzy walą za nim, ale nie odwracał się. Wzrok miał już na młodej, ustrojonej nietypowo dziewczynie, która wkroczyła na Ścieżkę ostatnia. Nie mógł jej dosięgnąć, a czuł, że nie pasuje ona do tej śmierdzącej hałastry, która ruszyła na żer. Z jej pewnością w ruchach i dziwnym mechanizmem przed sobą, sprawiała wrażenie kogoś wybitnie nieprzypadkowego. Kogoś, kto mógł być nietuzinkowym zagrożeniem. Inaczej niż drąca się, biegnąca na rympał obszarpana zbieranina.
Hazar zmrużył oczy, upuścił na moment młot i pchnął dłonią naprzód, jakby miał złapać dziewczynę za kołnierz. Była kawał drogi od niego, ale oboje poczuli jak zimny prąd przecina powietrze między nimi, niknącą falą mierzwiąc przestrzeń po drodze. Zimno opadło na jej młode ciało nieznanym, starczym odczuciem słabości. Odczucie niby trupia ręka przejeżdżająca po plecach zmroziło krew i postawiło włosy na głowie. Nie było tam bólu, ale zimno pozostawało pod skórą.
Krasnolud obrał sobie kobietę za główny cel, ale po drodze była tłuszcza do rozgonienia.
– NA GLEBĘ JAK WAM ŻYCIE MIŁE, ALBO JA WAS NA NIĄ SPROWADZĘ! - wrzasnął i miał w sercu nadzieję, że szubrawcy nie posłuchają. Że będą się stawiać. Uśmiechnął się paskudnie szykując uderzenie na najbliższą dwójkę. Kątem oka zobaczył, że dobiegli już do niego Szwar i Mavir, asekurując od obu stron i osaczając przybyszów przy jednych schodach. Reszta górników chyba ociągała się, bo w ich krokach nie słyszało się takiej werwy jak u tej dwójki.
Ten przydybany syknął wściekle i spakował coś, co zwędził do kieszeni. Nie dadzą mu tego zabrać, choćby go okładali. Wiedział, że nie ma szans. Z jedną dłonią i niższy od obu górników o głowę, nieco tylko przewyższający krasnoluda, nie planował się bić. Szykował się do spierdolki, ale gdyby go już dopadli, gdyby mieli... Nie odda! Nie odda, co ma znaleźne!
Kuchcik na schodach za nim chyba nie pozostawiał sobie miejsca na wątpliwość i na wypad Hazara i jego przybocznych receptę miał w postaci szybkiego odwrotu. Potknął się na schodach i na razie zbierał się niezdarnie, ale i u niego nie można było liczyć na opór.
Dalej za plecami, u drzwi lazaretu, ścierały się różne podejścia. Lara, Bolvar i Grebo pognali naprzód, ale rozdzielili kroki.
- Älkää hyökätkö! - krzyknęła raz jeszcze z bliska badaczka, nie dając szansy na pomyłkę, ani niedosłyszenie. Dobrze wiedziała, że zbroje wychwytują jej komendy z daleka, a wcześniejsze doświadczenia sugerowały i telepatię. Wiedziała też jednak, że potrafią być oporne i krnąbrne... Albo może działały według innych zasad niż sądziła?
Grebo był obok niej i nim jeszcze przebrzmiały suelskie słowa dziewczyny, szarpnął przewróconego na ziemię faceta, na którego zasadzała się zbroja, wyrzucając go poza jej zasięg. Szlachetnie, choć tym razem rozkaz doktor Quatermain zadziałał z całą mocą i złoty pancerz osiadł na ziemi, tak jak poderwał się nagle do rozedrganych ataków, tak teraz nagle stężały.
Zdawało się, że Bolvar też rusza naprzód – czy to pomagać, czy walić włamywaczy po łbach – ale wyhamował w biegu, wyłapując z tłumu Seweryna. Był mu coś winien, więc zamiast ryzykować na darmo, wolał zostać krok z tyłu i mieć baczenie na swojego dobroczyńcę.
Eutalo wahał się, co uczynić, choć już dobrą chwilę temu połapał się w sytuacji i był gotów by działać. Czterech obdartusów zbliżało się do załadowanego kryształami wagonika... Isebrand podejrzewał, że kryształy to po prostu barwiony domieszkami minerałów kwarc, który sprawdzał się w magicznym przewodnictwie, ale miał lichą wartość rynkową...
Lichą czy nie, Ścieżka skrywała gigantyczną wartość dla cywilizacji i nie było można dopuścić, by dalej ją rozkradano. Mężczyzna widział już zamieszki w rodzimej Rel Astrze i uznał, że pobłażliwość wobec motłochu tylko go rozzuchwala, potęgując ludzkie zezwierzęcenie.
– Wynocha stąd! - warknął głośno i palnął z kuszy w dryblasa w murarskim kitlu, który był najbliżej. Celował by trafić... Ale nie celował by zabić. A przynajmniej tak sobie to tłumaczył.
Jak było, pozostać miało między nim a bogami, ale murarz Mitram z Koziego Wierchu dostał w bok, a bełt przeszedł przez żebra z trzaskiem i wyfrunął dalej, robiąc w ciele osiłka grubą rozpierduchę. Pierwsza ofiara na koncie drużyny wsiąkała w Ścieżkę.
Biegnący za nim wystraszyli się, ale jeszcze nie zwolnili. Może jeszcze liczyli, że zdążą? Ci dalej, po drugiej stronie hali, uciekający przed zmartwiałymi teraz zbrojami stali niepewnie i ważyli gdzie uchodzić. Wątpliwości odebrał im ciężki szur za plecami i głośny ropuszy skrzek dochodzący z komnaty na lewo od schodów. Głośny, ale nie głośny jak przy żabiej kolonii dającej majowy koncert. Głośny jak przy jednej dużej, ale to bardzo dużej ropuszej mordzie, która skrzeczy.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19
Hazar - 19
Bolvar - 17
Lara - 16
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
Grebo - 15
Eutalo - 11
JESTEŚMY TUTAJ (zakładam, że w przypadku Mariusa/Nowej możemy uznać, że pierwszy działa ten, kto pierwszy napisze ;))
Marius - 11
Nowa - 11
Zbroja #3 - 11 [w tej rundzie nie działa]
Przybysze (grupka z przodu) - 9
Ballo - 10
Złota zbroja - 9 [w tej rundzie nie działa]
Dr Quolleb - 6
Varlund - 4
Randal - 3
Morwen - 3
Przybysze (grupka z tyłu) - 2
Skoczna zbroja z ławą - 2 [w tej rundzie nie działa] -
Ballo zmarszczył brwi widząc tłuszczę. I wyobrażając sobie co może z tego wyniknąć. Połamane kości, cierpienie, śmierć nawet.
- Za mnie - rzucił szybko do czarodziejów, uczonych i reszty niebojowych, acz przydatnych osób. Odlożył na bok Brzemię i uderzył pięścią o posadzkę, gotując się by przejąć atak, o ile przyjdzie w ich stronę. Nie zamierzał nikogo zabijać, wystarczy że powstrzyma, przewróci, ostatecznie ogłuszy. W końcu to tylko zdesperowani ludzie.
-
To co niemożebnie drogie i to co tajemne pospołu przyprawiało o mrowienie w dłoniach, chyba każdego, nawet prostego i skromnego przecież Seweryna.
Początkowe zamieszanie, nie zdawało mu się dlań groźne. Tłum rzucający się na ochłapy tego starożytnego świata, nie różnił się wcale od tłuszczy, rzucającej się po rozsypany towar, czy rozdarty mieszek z miedziakami w Loftwick. Seweryn miał pewien dar, do unikania bycia porwanym przez prąd wzbierającej ludzkiej rzeki, a jednocześnie wyłuskując sobie z niej w między czasie coś dla siebie.
Jego zdobycz miała być jednak mniej świecąca, niźli złoto czy metal i znacznie delikatniejsza. Jeszcze nim ktokolwiek rannym został, nerwowo rozglądał się wpierw za utensyliami zdolnymi przechować substancję aether, która wedle jego wiedzy miała różnorakie zastosowania, a marnowała się pływając w misie. Medyczne rzecz jasna w szczególności. Kątem oka złowił spojrzenie Bolvara, co zmusiło go, by rozeznać się w sytuacji raz jeszcze. Nieokiełznany chaos nabierał kształtów, a ludzie w swej bezmyślności narażali się na szkodę.
Seweryn skrzywił się, jako wąpierz na widok różanopalcej jutrzenki, gdy Rurik był, a potem już nie był i gdy Isebrand puścł tygiel, a bełt przeszył jakiegoś wieśniaka. Seweryn raz jeszcze skrzyżował swe kaprawe patrzałki z oczami Bolvara i gestem zaprosił go do kolejnej przygody życia. Cyrulik czmychnął w stronę murarza Mitrama, instynktownie obierając bezpieczną drogę, nieco okrężną, by dopaść do nieszczęśnika i razem z Bolvarem przenieść go, by rozpocząć swoista rekonstrukcję historyczną tego miejsca.
. -
Główny hall Ścieżki Slerotina pewnikiem musiał w swych latach świetności witać pokaźne przemarsze, ale takiej ludzkiej galopady nie widział już od milenniów. Najpierw jedni wchodzili w komnatę ostrożnie, by potem z hukiem i brzękiem powitać meficią burzę. Świsty i wrzaski, krótka cisza po odlocie i zaraz biegli następni. A potem kolejni, którzy byli już naprawdę głośni i nie dali magicznym zbrojom pospać.
Marius stąpał niepewnie za plecami kompanów, bynajmniej nie w przestrachu, ale skupiony na szumiącej mu pod czaszką myśli, którą próbował zdekodować. Wieść spoza świata nadchodziła tu w jakiś sposób zakłócona, jakby przytłumiona w odległej sali.
~Nadchodzą problemy – Napłynęło mu w końcu do głowy, wybulgotane desperacko jak coś, co ledwo udało się wyrwać z kipieli. Utopiec słyszał to, co inni, ale teraz miał pewność, że słyszy podwójnie. Że ropusze gulgoty są w liczbie mnogiej, rwące się z niejednego, a dwóch gardzieli.
Kapłan poczłapał naprzód, ustawiając się obok szykującego zasłonę Ballo, niepewny co wylezie z ciemności, ale pewny problemów. Zbroje na razie uspokoiły się, osadzone na miejscu przez Larę, a odrapana hałastra bandziorków nie robiła na nim wrażenia. Magik szykował się na większy cel.
Dla stojącej dotąd na tarasie ponad komnatą Saskii, zagrożenie i potencjalne cele były teraz z każdej strony. Nie spodziewała się, że zaraz napatoczy się tu na jakieś potwory, ale podziemie to podziemie. Bardziej jednak obawiała się dwunogich zagrożeń, które dybały na wątłe żywoty walących tu pędem obdartusów. Wiedziała, że pakują się w kłopoty, ale nie spodziewała się, że ekipa wpuszczona na Ścieżkę będzie gotowa ich zatłuc.
Na temat tego jak Liga zarządzała bogactwem odkrytych podziemi, z których niewiele skapywało rodakom miała mocne i soczyste zdanie... Ale odkąd od paru dni gościła we Wrotach zachowywała je dla siebie. Bądź co bądź, aby dostać się na Ścieżkę, trzeba było kombinacji i układów. Próbowała załapać się na pokład Kompanii Lazurowej oferując usługi kapłańskie, ale u kupieckich bonzów była na cenzurowanym.
Lud cenił Trithereona, zwąc go Wyzwolicielem, ale szacunek możnych i wpływowych wobec bóstwa, które upodobało sobie rewolucyjne hasła wolności i sprawiedliwości dla wszystkich był bardziej powściągliwy. Saskia – z jej leczniczą magią na wagę złota – była oczywiście mile widziana. Ale to jej upodobanie do bratania się z gderającym plebsem... Musiała dowieść rozwagi nim można byłoby puścić ją na stateczne eksplorowanie Ścieżki na chwałę Ligi... I Kompanii.
Kiedy banda choleryków ruszyła w głębiny góry narwać bogactw dla siebie, kapłanka pognała za nimi, przekonana że przyjdzie jej ratować im dupska. Spodziewała się, że mogą napatoczyć się na jakieś pułapki, stwory i inne cholerstwa, ale jak niby miała przemówić do rozumu tej bandzie?
Mogła tylko pobiec z nimi i osłaniać ich od niebezpieczeństw i od strażniczych pał, których żołnierze Kudłacza nie szczędzili nieposłusznej gawiedzi. I już trafił jej się jeden taki pomagier władz. Krasnolud... Że też jemu przychodziło do łba stawać po stronie tłustych kupczyków!
W dodatku czarował... Poczuła skręcający trzewia chłód jego magii, ale nie zlękła się. Choć miała młode, ledwie dziewczęce lica i jasne warkocze, które nie dodawały jej powagi, twarz miała poznaczoną licznymi bliznami. Była już w niejednej bitwie i ulicznej rozprawie, a szaleńcza, młoda wiara dodawała jej odwagi.
Ale nie była tu by zabijać. Wiedziała, że ci ludzie przed nią to też ledwie trybiki w machinie, a ich krew jest równie czerwona jak krew tych, których przysięgała bronić.
– Zdurniałeś do reszty? - wydarła się dopadając prosto przed krasnoluda, gotowa na szeroki pawęż przyjąć cios jego broni. Jego, albo któregoś z górników po bokach. Ci mieli oskardy, ale mimo krzepy widać było, że nie są wojownikami. - Zostaw tych ludzi w spokoju! Nie słyszysz co się dzieje?
Kalekiego Dermiana z jedną dłonią i przygłuchego kuchcika Birgo miała już za sobą, zasłoniętych własnym, drobnym ciałem i większą niemal od własnej sylwetki tarczą z trójramienną runą pogoni. Była gotowa ich bronić, ale miała nadzieję, że krasnolud pójdzie po rozum do głowy i skupią się na gulgocie, który dobiegał z lewej.
Trzech narwańców na przedzie, mimo ustrzelenia Mitrama, dalej waliło naprzód. Szczególnie zdziczały był Gamir zwany Jenotem. Ileż ten chłopak miał pary w nogach! Sadził przez komnatę jak struś, mijając wagonik z kryształami i biorąc kierunek na stare dobre złoto, którego kupkę wyhaczył.
Jego dwaj wolniejsi kompani skupili się na wcześniejszym ładunku. Jeden śniady obszarpaniec przykucnął gdzieś z tyłu, wyglądając to w jeden bok, to w drugi, czy nic mu nie grozi, ale drugi, starszy i wyższy, przykleił się do wagonika i pakował błyszczące kamienie do wora.
Mieli szczęście, że zbroje się uspokoiły, a poza narwanym strzelcem, nikt chyba nie palił się, by ich tłuc. Ogromny, wielki jak trzydrzwiowa szafa bysior, którego wyhaczyli w wiosce już wcześniej stał spokojnie. Ballo, tak o nim mówili. Gigant przykucnął nawet, defensywnie osłaniając swą paczkę i nie biorąc nikogo na cel.
Jakże zatem mogli nie korzystać z okazji? Tym, co gulgocze będą przejmować się poźniej...
Doktor Quolleb chyba zaczął przejmować się już teraz, bo podreptał za jasnowłosą archeolożką, mrucząc Laro, Laro, jakby chciał ją zatrzymać. Varlund zbliżył się, by osłonić naukowca, ale stary był tu całkiem bezpieczny.
Zagrożenie było z drugiej strony.
Wypadło z ciemności machnięciami odnóży, które były jak błyski, raz na zewnątrz, raz z powrotem w mroku. Grube jak bukowe pniaki macki ruszały się przez cały czas w te i we wte, nadając wejściu stwora iście taneczny charakter. Najpierw zobaczyli oślizgłe, obrośnięte kolcami obuchy, a później na światło hallu wytoczyło się operujące nimi pokraczne, obłe cielsko. Potwór wyglądał jak wielki nadgniły ziemniak z ogromną ziejącą dziurą zębatej paszczy pośrodku.
Stojąc na słoniowatych, podkurczonych nogach, wydawał się niezgrabny, ale biada naiwnym!
Wim, obozowy majsterklepka i namolny naciągacz żebrający w Górniku o piwko, przekonał się pierwszy. Sękata macka grzmotnęła go przez plecy, gdy próbował uciekać, miażdżąc łopatki i rwąc pasy ciała chwytliwymi kolcami, które czepiały się jak rzepy. Waleria i Bort, którzy stali po bokach dosłownie padli ze zgrozy i to tylko uratowało ich przed podzieleniem losu kompana.
Seweryn spojrzał to na ustrzelonego przed sobą, to na świeżo trafionego Wima po drugiej stronie.
– Beznadziejne przypadki – szepnął do siebie, trochę rozczarowany, że masakra ciał jest tak absolutna... Nie dająca szans ani na wyratowanie, ani nawet na chwilowe potestowanie zgarniętego do fiolki eteru.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19
Hazar - 19
Bolvar - 17
Lara - 16
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16
Grebo - 15
Eutalo - 11
Marius - 11
Saskia - 11
Zbroja #3 - 11 [w tej rundzie nie działa]
Przybysze (grupka z przodu) - 9
Ballo - 10
Złota zbroja - 9 [w tej rundzie nie działa]
Dr Quolleb - 6
Varlund – 4
Bestia – 4
JESTEŚMY TUTAJ
Randal - 3
Morwen - 3
Przybysze (grupka z tyłu) - 2
Skoczna zbroja z ławą - 2 [w tej rundzie nie działa] -
Sytuacja zmieniała się błyskawicznie.
- Strzelcy, walić w to ohydztwo! Uruchomić zbroje, może go spowolnią.
Sam schował broń i sięgnął do plecaka po bańkę z naftą. Wetknął w otwór gruby konopy sznur i zaczął krzesać iskry. Za trzecim razem sznur zaczął płonąć, złapał bańkę z naftą i zrobiwszy kilka kroków w kierunku potwora ryknął: - Odsunąć się!
Chwilę później bańka nafty pomknęła niczym miniaturowa kometa w kierunku potwora...
- Strzelcy, walić w to ohydztwo! Uruchomić zbroje, może go spowolnią.
-
Prawdopodobna przywódczyni postanowiła stanąć naprzeciw Krasnoluda blokując jego próbę zabezpieczenia sforsowanego wejścia. W umyśle krasnoluda oznaczało to, że ich osłaniała, czyli faktycznie im przewodziła. I na domiar wszystkiego jeszcze miała pretensje, że krasnolud nie słyszy jak złodzieje mają pełne prawo okradania bo im się to należy z samego faktu bycia żywym i istnienia. Wszak samo istnienie to wystarczający wysiłek, aby im się należało wszystko...
Co Liga zamierzała zrobić ze złodziejami to sprawa ligi, ale prawdopodobnie będzie im potrzeba kilku z nich do ukarania dla przykładu jaki los czeka rozkradających rozbójników. Dlatego krasnolud postanowił postarać się złapać przywódczynię żywą. Czyli w jej przypadku miała szczęście, że będzie starał się aby jego młot się nie omsknął. Hazar nie był z tego za szczęśliwy. Nie miał też czasu odpowiednio odpowiedzieć czy też wydać poleceń lub nawet zacząć działać kiedy na pole bitwy wkroczył nowy przeciwnik obwieszczając swoją obecność poprzez wymierzenie sprawiedliwości jednemu ze złodziei.
- Widze jak kradną na twoją komendę i dostają co im się należy! - odpowiedział obserwując jak potwór rozprawia się ze złodziejem.
- Wtył!Wtył!Wtył! Do zbroi, ostrożnie odwiązać je! - pośpiesznie wydwał kolejne komendy do swoich górników zamierzając wprowadzić w życie plan na jaki jednocześnie wpadł razem z Randalem. Zostawił więc złodziei póki co w spokoju. Szczególnie po tym jak przywódczyni złodziei wyglądała jakby bardziej chciała ruszyć na nowo przybyłego potwora osłaniać swoich ludzi niż kontynuować sprzeczki. Hazar ruszył więc w stronę najbliższej zbroi aby odwiązać krępujące ją więzy. Chyba, że któryś z jego podwładnych się za to zabierze, wtedy ustawi się tak aby osłaniać go tarczą oraz sobą żeby nie zbroja nie była w stanie uderzyć pracującego nad jej uwolnieniem człowieka. Jeśli jednak żaden z nich nie będzie zamierzał być ochotnikiem, to krasnolud nie zamierza się cackać w czekanie tylko sam weźmie się za robotę.
- Ej Lara! Poszczuj zbjore na piekliszcza!! - krzyknął pracując nad więzami jednocześnie mając nadzieję, że w tym czasie górnicy będący bliżej tej drugiej zbroi postanowią spróbować ją odwiązać aby ją też uwolnić mimo braku osłony krasnoluda.
Po uporaniu się z więzami zamierza podnieść odłożony do pracy młot oraz tarczę (jeśli ją też musiał odłożyć), odsunąć się nieco dając zbroi wolną drogę oraz wrócić do obronnej postawy aby osłaniać kolegów po górniczym fachu na wypadek jakby zbroja wzięła ich na cel zamiast potwora. W najgorszym przypadku zamierzał ustawić się za zbroją i używając tarczy pchać ją w stronę potwora. -
Ballo siedział w kucki z rozmazaną twarzą i śladem po glucie na brodzie. Chciał zetrzeć smarka rękawem, ale bał się jeszcze bardziej sobie nabruździć i usmarować szatę. Siedział i mokre plamy na twarzy przypominały mu jeszcze o wyłapanej burze, ale opowieść Budraka przenosiła go już całkiem gdzie indziej.
Razem z Nimbo i Diną byli jeszcze niby w spiżarni, skąd zwinęli słoiki z dżemem, ale też nie byli tam sami. Wchodzili do środka po cichutku jak myszki... Ale brat Siomir ostrzegał, żeby nie wchodzić, uprzedzał, prawda? Weszli i weszli na własną NIE-odpowiedzialność, bo przecież mieli mówione? Czy słuchać nie wystarczyło, czy kwatermistrz nie mówił, że nie-nie i że kategorycznie nie wolno dzieciom, ani nikomu w ogóle poza oddelegowanymi wchodzić tam samowolnie?
Budrak opowiadał, co czeka na niegrzeczne dzieci w spiżarni i piwnicach pod klasztorem. Mówił, a gestykulował przy tym jakby prowadził trening sztuk walki, pomagając sobie oprawną w brązową skórę księgą niby orężem. Gestykulował jak w walce, a intonował teatralnie, odrywając pierwotne skrzyczenie dzieciaków coraz dalej od realiów wyżartego dżemu, a schodząc coraz głębiej w świat opowieści.
– Dzieci, które wyżerają jedzenie ze spiżarni... Zachłanne dzieci, które jedzą, to co jest dla wszystkich. Same, zamiast się dzielić, gdy innym brakuje... – Ballo, Nimbo i Dina mieli głowy nisko, ale pociągali już tylko nosem, bez łkania po złapaniu na gorącym uczynku. – O, po takie dzieci przychodzi Otiak. Otiak idzie cicho, sunie szybko, oślizgły, brudny, przemyka się jak wij albo stonoga, ale nogi ma wielkie jak słoń. Wysuwa się z mroku i chwyta. Zachłannie, natychmiast. Szybko i żarłocznie. Nie dzieli się, tylko pożera... Wyżera, wyjada, pochłania...
Ballo słyszał od starszych chłopaków, że w piwnicach pod klasztorem mieszka potwór, ale dotąd potwór nie miał imienia. A zatem Otiak? Teraz niby już miał, ale przez to nazwanie wcale a wcale nie zrobił się mniej straszny. Zrobił się bardziej prawdziwy, choć chłopiec nie dowierzał, że opat dopuściłby, żeby trzymać jakąś bestię w murach klasztoru.
– Otiak, który zwie się też Połykaczem, nie ma oczu – ale widzi. Nie ma uszu – ale słyszy. Ma tylko wielką, ogromną paszczę, w którą mackami wrzuca wszystko, co się po drodze trafi, ale najlepiej – dzieci. – Budrak zatrzymał się, aby sobie potaknąć, bo zrozumiał, że w tym momencie najlepiej odgadł apetyty Otiaka. – O tak, niegrzeczne dzieci chwyta macką mocną jak stalowy powróz i na nic się szarpać, ani rwać, zaraz wrzuca wszystkie w swoją ogromną, zębatą paszczę. O, a zębów... Zębów ma od groma i każdy długi jak sztylet... Jak ten nóż, którym brat Viggo oprawia króliki!
– Zodalu – pisnął cicho Nimbo.
– Tak, tak. Łapie znienacka i pakuje do gęby, a dzieci kończą w tym jego żołądku... Żywe jeszcze, bulgocząc tam jak w tyglu z zupą, rozpuszczając się na kawałki! - Mnich spojrzał po przestraszonych dzieciakach, dłużej skupiając się na Ballo, który zdawał się najmniej wstrząśnięty. Budrak zbliżył się do chłopca i otworzył przed nim księgę, którą wywijał, ukazując obrazek obłej, wyszczerzonej jak śmiejący się kościotrup maszkary. Młodzik dopiero uczył się literować, ale malunek miał zostać z nim na długo. – Chociaż jest wielki, to potrafi się skurczyć i przecisnąć wszędzie jak robak... Czasem wychodzi z dołu, z piwnic, przebierając mackami po ziemi. A czasem, kiedy w nocy prześlizgnie się przez szpary w ścianach... Wtedy potrafi... O Zodalu, o matko!
Dzieciaki podskoczyły jak rażone prądem, łapiąc się siebie i wyglądając za plecami nadchodzącego Otiaka. Budrak uśmiechnął się szelmowsko i teatralnie odetchnął z ulgą.
– Otiak lubi wyczekać aż dzieci najedzą się... Napasą. Dlatego sam czasem podsuwa im pomysły, aby się obżerały. Wysyła zaproszenie, aby nie słuchały brata Siomira, aby nie słuchały nikogo tylko jadły, żarły. O, macie takie myśli? Pojawiają się? – Mnich pokiwał głową, kiedy klocki zaczęły układać się w całość. – No właśnie, właśnie. Otiak pewnie już was sobie upatrzył. Pewnie czeka już, żeby mieć wyżerkę. A jeśli macie takie myśli, żeby się tu nachapać, żeby zakraść się po obiedzie, żeby samemu zjadać deser, nie dzielić się... Połykacz czai się tam gdzieś w mroku i przebiera już jęzorem i mackami, żeby złapać sobie takie tłuściutkie, obżarte słodyczami dzieciory!
– A jak już złapie... - Budrak zrobił smutną minę i na chwilę odłożył księgę na półkę, między przetwory w słojach i dzbanach. – Wtedy po wszystkim, nie ma żadnej nadziei. Tylko umiarkowanie! Tylko rozsądek i posłuszeństwo, nie słuchanie tych myśli, tego głodku, tego obżartucha w środku! Tylko tak można się zabezpieczyć, żeby Otiak nie ześliznął się na was w środku nocy... I cap!
Ballo wzdrygnął się na wspomnienie dziecięcych strachów, których gawędziarz Budrak nigdy mu nie oszczędzał. Stawiały wtedy włosy na sztorc, ale kto nie lubił ich słuchać? Może za młodu strach miał wielkie oczy, ale na pewno smakował lepiej niż razy trzcinową rózgą, przechodzące z wiekiem w surowsze baty.
Nie, Ballo nie wspominał źle Budraka i jego strachów. Budrak nigdy nie podniósł ręki na żadne dziecko. Straszył i opowiadał, wszędzie paradując z jakąś księgą, która robiła mu za rekwizyt.
Kiedy Białe Serce był już starszy – zanim jeszcze wybrał sobie to miano, ale kiedy dobrze odrósł już od ziemi i nauczył się czytać – sam sprawdzał, ile prawdy jest w bajkach starszego mnicha. Przy obowiązkach w skryptorium korzystał z okazji i szukał w księgach źródeł dla fantastycznych wynurzeń Budraka. Stąd tak żywo zapamiętał to, co teraz widzieli. Otiak. Tak go dla nich nazywał.
Ale w księdze, w oblazłym ze skóry Bestyaryuszu, potwora mianowano inaczej. Otyugh. Tak go pisali. Ale miał i inne nazwy: Połykacz, Wyżer, Śmieciożer czy Berbol. Ballo nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu go spotkać, ale oto był. Był prawdziwy i taki, jak go pisano.
Mówili, że mógł porozumiewać się telepatycznie i wysyłać do głowy obrazy, które kusiły widokiem jedzenia czy bogactw, jak słodki nektar znęcał do siebie owady. Zapach jednak nie znęcał, miał być odrażający i nie do zniesienia. Tak pisali, ale tych dwóch rzeczy tym razem Ballo nie uświadczył. Może byli jeszcze za daleko od stwora?
Mnich chciał ostrzec, żeby uważać na ukąszenia potwora, które niosły mnogość chorób, ale zaśmiał się w duchu na płonność takiej przestrogi. Przecież jeśli Otiak kogoś capnie, to po zawodach. Widać jakie to szczęki, jakie zęby.
Ballo zobaczył jak Morwen przemyka mu za plecy i uśmiechnął się półgębkiem. Znał własną siłę i wiedział na co go stać, ale jeżeli czarownica nie miała w zasobach jakiejś potężnej magii, która rozniesie Otiaka na strzępy, to mnisia zapora niewiele zdziała na napór bestii.
Hazar – niepewnie wspierany przez zdenerwowanych górników – rozbił okowy wiążące jedną ze zbroi, także licząc w starciu na magiczne wsparcie. Nie paliło mu się włazić samemu pod bulwiaste buławy macek, które łupały kości jak kafary. Lara krzyczała coś do niego, nie chciała chyba uwalniać pancerza, ale krasnolud i tak zrobił swoje.
Zbroja jednak, nawet popchnięta naprzód, pozostawała martwa. Czyżby sama nie paliła się do starcia z przeciwnikiem, który potrafi oddać? Wyglądało na to, że mało było odważnych, którzy dążyli do starcia z bestią.
Na ten moment jedynymi, którzy wzięli aktywnie stwora na cel były dwie kobiety. Lara i Saskia. Pani doktor również nie myślała, aby pochopnie ginąć w zwarciu z Połykaczem, ale nie mogła stać obojętnie, kiedy potwór mordował bezbronnych. Jej wierny arkebuz wziął otyugha na cel, jednak dystans wciąż był zbyt daleki dla tej nieprecyzyjnej broni, a stwór faktycznie zaskakująco szybki mimo swej masy… Po wystrzale został dudniący huk i smugi dymu, ale bestia była bez szwanku.
Kapłanka Trithereona miała więcej szczęścia niż rozumu, bo ciągle żyła po swojej szarży na Pożeracza. Na razie. Dopadła do stwora i waliła go buzdyganem po mackach, jakby szaleńczo obłupywała w sadzie jabłoń z owoców. Nie widać było efektu, ale ferwor dziewczyny chyba nieco wystraszył stwora, który cofnął swoje kończyny i ustawił się do niej frontem. Miała, co chciała.
Zadbała, by niedoszłe ofiary po bokach zdołały uciec, ale wystawiła się na surowy odwet potwora, który musiał niechybnie nadejść. A, póki co, niewielu paliło się, by jej pomóc.
-
Ballo skupił się na tym by odeskortować czarujących podopiecznych poza zasięg macek. Ich magia będzie potrzebna do zabicia tej bestii, tym bardziej nie chciał na nią szarżować by nie ściągnąć jej na najwrażliwszych członków drużyny. Nagle go olśniło, wspomnienie dało rozwiązanie, które może pomóc.
- To Otiak Pożeracz Dzieci! On nie widzi, idzie na słuch. Wszyscy hałasować ile wlezie, tak głośno jak się da! Wyczarujcie dźwięki koło niego, walcie w tarcze, krzyczcie!
-
Rozwiązanie zbroi poszło jak poszło. Nie najszybciej, bo związana źle nie była, ale nie najwolniej bo więzy były mimo wszystko profesjonalne. Górnicy żeglarzami nie byli, ale mimo wszystko czasem liny użyć potrzebowali. Problem polegał na tym, że nie wyglądało na to aby zbroja ruszyła się do ataku. Czyżby Lara nie zamierzała pomóc? Czyżby zbroja nie zamierzała iść walczyć z kolegą, z którym spędziła razem nie wiadomo ile dekad będąc wspólnie zamkniętymi na ścieżce? Kto wie.
- Lara! Niebezpieczne jest nam zdecydowanie potrzebne! - rzucił zmieniając plan jaki zamierzał wprowadzić w życie na wszelki wypadek jakby zbroje mimo wszystko nie dały się przekonać do współpracy.
Co prawda ten plan mu się tak bardzo nie podobał, gdyż wolał nie chwalić się wszystkimi swoimi umiejętnościami aby mieć w zanadrzu kilka niespodzianek na wszelki wypadek, jednak sytuacja wymagała szczerego podejścia do tematu.
Dlatego krasnolud nie zwlekał z odłożeniem młota na ziemię. Głownią do dołu, tak aby móc szybko podnieść go z powrotem. Następnie zaczął głębokim tonem mówić coś... po krasnoludzku? Po jakiemu to nie było otwartą prawą dłonią uderzył się w pierś. Ton krasnoluda jakby przybrał na mocy. Jednocześnie można było dostrzec jakby Hazar próbował włożyć rękę w swoją pierś aby coś złapać. Podczas gdy wykonywał ten gest jego tęczówki zaczęły jarzyć się czerwonym plaskiem. Następnie po złapaniu czegoś wokół tego dłoni zaczęła się gromadzić czerwona energia. Kontynuując inkantację krasnolud zaczął wyjmować ze swojej piersi więcej energii, tak jakby dobywał broń wyciągając ją ze swojej klatki piersiowej. Jednocześnie z jego jarzących się tęczówek zaczęła wydobywać się czerwona mgiełka podobna do energii jaką z siebie wyciągał krasnolud. Następnie Hazar przeniósł prawą dłoń nad głowę wykonując solidny zamach. W tym czasie energia uformowała się w taki sam młot jaki spoczywał na ziemi obok jego nogi. Inkantacja zakończyła się warknięciem kiedy eteryczny młot został rzucony w stronę najbliższego potwora w jakiego celowali jego kompani.
Po ataku Hazar niezwłocznie przeniósł dłoń na rękojeść młota gotowego do szybkiego podniesienia. Po podniesieniu swej broni oczy Hazara uspokoiły się przestając świecić się podczas gdy czerwona mgiełka kompletnie rozpłynęła się w powietrzu. Słysząc polecenia mnicha zaczął tupać, walić bokiem młota o przód swojej tarczy oraz pełną parą śpiewać co działo się w pewnej zbereźnej krasnoludzkiej karczmie. -
Dźwięki chaosu i zaskoczenia przeszły płynnie w przerażenie, by następnie spłynąć gamą w znany wszystkim dobrze bitewny zgiełk. Jeśli zaś, patrząc po uczestnikach uczciwie, nie był wszystkim naprawdę znany, to takim go słyszeli w wyobraźni, kiedy bardziej ze światem obyci wracali do wioski niosąc opowieść o dzielnych bojach i krwawych przygodach (także w odwrotnym zestawie).
Były wykrzykiwane komendy, były ryki wściekłości i jęki bólu. Był szczęk oręża, stukot butów i morze przekleństw. Hazar zadbał nawet o krasnoludzką przyśpiewkę, która niosła się w swej rytmicznej kanciastości, jakby wygrywał ją oddział doboszy. Była i magia, hucząca i bucząca, a także pokrewny jej na pewno huk arkebuza.
Ci, którzy w batalii stawali po raz pierwszy mieli pełen przegląd, acz tego, że człek raniony i ryczący z bólu jest tak głośny, odgadnąć by nie potrafili mimo tysiąca uprzedzeń. Nikt też nie spodziewał się i nie kojarzył dźwięków, które wypływały z bulgotliwych czeluści macko-stworów. Z początku skrzek i rechot, ale teraz gdy polowały, głos był głosem głęboko zasysanego powietrza. Potężne trzewia wciągały wszystko ze świstem i zaraz – jeśli nienasycone chrupiącym człowiekiem – wypuszczały oddech, jakby wicher zdmuchiwał urodzinową świeczkę (czy może na raz ognisko).
Stworów pluralis, bo jakby jednej bestii nie starczyło, po niedługiej chwili z mroku wyczłapała kolejna, większa nawet, acz podobnej paskudy. Hazar i jego pomagierzy próbowali poszczuć zbroję na tę pierwszą, ale mimo wyzwolenia pancerza, tym razem pozostał głuchy na wezwania. Musiałaby pomóc Lara, ale wolała nie ryzykować życiem postronnych, gdy nie była pewna kontroli nad golemami.
Na razie wolała spróbować rozwiązać sprawę sama, a jej wystrzał, wsparty energetycznym uderzeniem Mariusa, którego zaklęcie spadło na otyugha z mokrym plaśnięciem niosącym się aż pod sufit, zrobił robotę. Proch i czary, może odległe dziedziny, a może tożsamej natury, raziły potężnie i mocno raniły mackowatą potworność. Mocno, ale nie na tyle, by zaszkodzić funkcjonowaniu jej wynaturzonej anatomii.
Randal sięgnął po większe działa. Zmontowana sprytnie baryłka łatwopalnej cieczy z krasnoludzkich odwiertów, warta majątek i równie pożyteczna do grzania czy krzesania ognia, co niebezpieczna przy wybuchu, pofrunęła na otiaka. Paladyn miał tężyznę, jakiej pozazdrościć mógł mu niejeden kowal, ale do bestii był jednak spory kawałek jak na tak ciężki pocisk, a miotać nim w cel równie ruchomy łatwo nie było... Nafta rozlała się z rozbitego naczynia buchając jaskrawym, żółto-pomarańczowym płomieniem i opadając wokół walczących gorejącą plamą. Rycerz chybił potwora, jednak atak nie był całkiem bez pożytku. Ogniste pole ograniczyło ruchy, taktycznie kontrolując część szachownicy.
Swoją zabawę w kontrolę podjęła też Saskia, której nikt jeszcze chwilę temu nie wróżył przetrwania. Chuda dziewczyna odkupiłaby swoje winy w oczach Hazara stając się otiakową przekąską i kupując mu parę sekund, ale miała ambitniejsze plany. Jej wściekły atak skupił na niej uwagę stwora, dając niepowołanym gościom szansę ucieczki. Kontra nie nadeszła, bo kapłanka miała swoje zabezpieczenia. Szarżujący na nią mackowaty ziemniak musiał obejść się smakiem, gdy Saskię objęła półprzezroczysta, chłodna kopuła energii. Zębiska kłapnęły przed nią, jednak członki otyugha nie mogły się zgrać, jakby nie chciały się zgodzić na atak.
Dziewczyna najpierw odwiodła go od cywilów, a później rozjuszyła swoją barierą. Potwór wypuścił gorące powietrze jak z miecha, niemalże przesuwając Saskię w pozycji, ale zaraz wziął kierunek na zbiegów w tyle. Ci jednak głupi nie byli i walili po schodach na górę, ile sił w kulasach.
Widząc, co to można napotkać na Ścieżce, ochota na eksplorację odeszła też wielu innym podróżnym. Górnicy Hazara nie palili się do działania, ale wsparli szefa przy zbroi. Dwóch, Brago i Grosz, zdecydowali, że wypełnią rozkazy i jednocześnie zapewnią sobie pewien zdrowszy dystans od otiaka, łącząc konieczne z możliwie rozsądnym. Obaj podbiegli i chwycili Dibraka, dla którego wybieg na szaber o mało co nie skończył się rozbiciem na miazgę. Jego kolega był rozmłotkowany na posadzce, a on zwisał teraz bezsilny w uścisku dwóch górników.
Schody od prawej były odcięte przez Wulbara i Elbira, kuzyni zablokowali wyjście, odganiając szabrowników, którym paliło się do ucieczki. Sami niekoniecznie czuli, że ustoją, gdy potwór podejdzie bliżej, ale na razie przynajmniej przeszkadzali innym. Tak jak od nich oczekiwano...
W drugiej części sali skupienie na szabrownikach zachował już tylko Eutalo. Seweryn i Bolvar szykowali się do wynoszenia ewentualnych rannych, Ballo osłaniał czarowników i krzyczał jak walczyć z potworem, a Morwena i Quolleb czaili się gdzieś z tyłu. Młody wynalazca znów strzelił z kuszy i ponownie trafił, tym razem zwalając na ziemię jakiegoś dryblasa w roboczych ciuchach, który nie doczekał się swojej porcji kryształów. Uderzony gdzieś w bok, nieczysto, ale chyba jeszcze nie śmiertelnie, mężczyzna jęczał z bólu i tulił się do wagonika, osłaniając się od kolejnego ostrzału. Tylko dwóch ostatnich dalej na północy było na własnych nogach i z nadzieją na zdobycz, szykując worki i kieszenie na przyjęcie Slerotińskiego złota.
– "To Otiak Pożeracz Dzieci! On nie widzi, idzie na słuch. Wszyscy hałasować ile wlezie, tak głośno jak się da! Wyczarujcie dźwięki koło niego, walcie w tarcze, krzyczcie!"
Zakrzyknięcie Ballo było na wagę tegoż złota, albo i większą. Raz, że wspomnienie z przeszłości mnicha słusznie otworzyło drużynę na nową taktykę, a dwa, że niemalże w tej samej chwili zjawił się akurat ten drugi Pożeracz. I robić rabanu trzeba było w dwójnasób.
Seweryn był rozdarty między pomaganiem rannym, wyzwalaniem zbroi, a hałasowaniem. Wszystkiego na raz robić nie mógł, więc spojrzał na Larę, wyczekując jej decyzji, co z pancerzami. Hazar krzyczał do niej coś o niebezpieczeństwie, a pani doktor nie po raz pierwszy stawała przed trudnymi decyzjami, które miały decydować o życiu postronnych.
– Nouse ja hyökkää vain sokeiden kimppuun... krzyknęła, ale jakby niepewnie. Nazwanie w starożytnym języku widzianych po raz pierwszy na oczy stworów nie było łatwr, a kobieta chciała zrobić, ile w jej mocy, by zbroje nie nadużyły upuszczonej im wolności. – Sokeiden, lonkeroisten olentojen kimppuun! Vain heidän kimppuunsa!
Medyk nic z tego nie zrozumiał, ale gesty i intencje lekarki odczytał jak potrzeba. Razem z Bolvarem ruszyli, by uwolnić srebrzystego automatona, a nim jeszcze słowa Lary wybrzmiały do końca, zbroja podskakiwała już niecierpliwie jak pies czekający na posiłek. Nie ona jedna zresztą, bo wić się zaczęła i ta złota, którą miał koło siebie doktor Quolleb. Jak na złość, ta najbliżej otiaków, została w bezruchu.
Hazar i Lara nie zamierzali jednak poprzestać na krzyczeniu, nawet jeśli wysoce użytecznym, ale zabrali się do walenia w stwora. Odsłonięta przez krasnoluda magia zaskoczyła i może nawet przeraziła niektórych wokół, ale nie czas to był teraz na roztrząsanie spraw takiej natury. Teraz liczyło się jak najszybsze ubicie zagrożenia... Albo ucieczka.
Palnięcie ze strzelby i uderzenie wyczarowanego z własnych trzewi młota runęły na otyugha z dwóch stron, jak dwa zjeżdżające górnicze wagoniki. Proch i magia spadły na bestię z ogromną siłą, rozrywając ziemistą, skorupiastą skórę macek i pyska. Miały nie lada efekt, jednak obca i chora dla ludzkich oczu fizjonomia stwora czyniła go wyjątkowo twardym, nawet wobec takich uderzeń.
Górnicy nie stracili wiary, że wszystko dobrze się skończy, ale woleli nie nadużywać szczęścia i powoli przesuwali się na bezpieczniejsze pozycje. Najlepiej wyglądało to dla Wulbara i Elbira, którzy nadal pilnowali schodów, ale pilnowali już z coraz wyższych stropni, coraz to bliżej wyjścia.
Jedynie Szwar i Mavir pozostali w pobliżu Hazara, odważniejsi wobec bliskości słynącego z siły szefa, który teraz wyciągał dodatkowe sztuczki z rękawa.
W bojowym nastroju byli Grebo i Varlund, ale i oni zachowali zdrowy dystans. Pierwszy chybił i musiał repetować kuszę, ale doświadczony sierżant tym razem wymierzył poprawnie, posyłając bełt prosto w zębatą paszczę. Gulgot, jaki doszedł z ziejącego wnętrza świadczył, że efekt jest, ale bestia nie zwolniła.
Nawet po poprawce Eutalo, który poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że jak wszyscy to wszyscy, skupiając ataki na potworze. Oeridyjczyk okazał się świetnym strzelcem, trafiając otyugha mimo sporej dystansu, jednak to ciągle jeszcze nie było to.
Ciężko było dostrzec strach, czy jakiekolwiek inne uczucie, gdy przeciwnik nie miał oczu, ani nawet jakichś pozorów zrozumiałej cielesności, ale następne elektryzujące plaśnięcie, jakie wyczarował Marius ewidentnie wstrząsnęło stworem. Słoniowate nogi zachwiały się na moment i niemal zgięły.
Oczy Saskii zapłonęły nadzieją... Ale na moment, bo druga potwora obok była dotąd nawet nienaruszona.
– Bulwy! Wy, cuchnący gnojarze! – Dziewczyna podbiegła na moment znów nieco bliżej stworów i wydarła się z bliska, nim wzięła nogi za pas. – Chodźcie, chodźcie mnie zeżreć, wy kupy łajna!
Ballo i Morwen – skryta za jego osłoną – ruszyli bliżej centrum wydarzeń, ale z dbałością o bezpieczeństwo kruchej czarodziejki. Doktor Quolleb dbał o siebie najlepiej, obchodząc salę wielkim łukiem.
To, co musiało jednak nadejść w końcu nadeszło...
Słoniowate nogi poprowadziły bestię do ataku i celem okazał się ustawiony bojowo Hazar. Krasnolud nie raz był w obliczu śmierci, więc ustał gdy niezliczone zębiska kłapnęły mu przed twarzą, cudem powstrzymane zastawieniem pawęży. Próbował odbić uderzenia macek, które zaraz nadeszły, ale sparował raptem jedną, gdy druga przejechała po ziemi podcinając go, a kolejna spadła nań z góry jak winiarska prasa, wtłaczając go w ziemię.
Ciemne myśli przemknęły przez głowę wojownika, mieszanka straconych nadziei, gniewu i strachu, że głos, który mu przewodzi w końcu przyszedł po swoje, ale to był moment. Chwila i ból pozbawił go przytomności.
Morwen z ognistym pociskiem i Randal z oszczepem ciśniętym siłą mięśni przyszli padłemu kompanowi w sukurs, a ich razy wzmogły bolesny gulgot stwora, ale nie ugasiły jeszcze jego gniewu.
Nadzieja pozostawała w zbrojach, z których dwie rwały się już do batalii... I w brawurowej, samobójczej Saskii, która ściągnęła do siebie drugiego z otiaków, niepomna tego, jak zabójcze mogą być jego uderzenia.
spoiler
-
Gorączka bitwy nie ustawała, choć zebrani w hallu walczący zaczęli powoli układać sobie plan na batalię. Harce z otiakami przyjmowały formę niebezpiecznego tańca, gdzie każdy kto nadto zbliżył się do stwora ryzykował zbicie i wypadnięcie z zabawy. Trzeba było trzymać dystans, drzeć się i hałasować, robiąc im w bulwiastych łbach mętlik... I mieć nadzieję, że nogi nie odmówią posłuszeństwa, nierówna podłoga nie powali na ziemię, a ktoś wolniejszy będzie akurat bliżej mackostwora.
Było jasne, że wylazłe z mroku wynaturzenia są potwornie silne i wytrzymałe, więc walka w zwarciu to praktycznie samobójstwo. Ostrzeliwane magią i nie-magią, potwory nadal były nienasycone i niezmącone w pragnieniu pożerania. A konkretniej – niewzruszony był ten pierwszy, którego ledwie przed chwilą spiorunował czarem Marius, poprawiony bełtami z kuszy przez Eutalo i Varlunda. Ten drugi w ogóle nie zaznał jeszcze bólu, którym obficie suflowała drużyna z powierzchni, a jeśli miarkować tylko po rozmiarze, musiał być jeszcze twardszy.
Trzeba było sięgać po wszystko, co się dało. Seweryn i Bolvar wyzwolili podskakujący pancerz, obserwując jak automaton brzęcząco galopuje na otiaka. I Lara stwierdziła, że nie ma miejsca na ostrożność, wykrzykując swoją komendę ponownie, gdy wygasł już jej – chybiony tym razem – arkebuzowy wystrzał. Rozkaz zadziałał i wszystkie golemy paliły się do boju.
Ten najbliżej pierwszej z bestii zaatakował jak bokser, ale potwór zbił uderzenie macką i podciął blaszanego wojownika. Choć atak nie przyniósł efektu, kupił chwilę Szwarowi, który porwał Hazara za co dało się schwycić (w całej szarpaninie nieszczęśliwie chwytając i krasnoludziej brody) i odciągnął nieprzytomnego kawałek w bok.
Reszta górników nie planowała nawet zbliżać się do zagrożenia – jedni, szerokim łukiem, "eskortowali jeńca do wyjścia", inni pod pozorem pilnowania drogi ucieczki, cofali się na schodach. Był przy nich i doktor Quolleb, który wydawał się poruszony, ale daleki od paniki.
Szabrownicy przy złotym wózku pakowali w zakamarki szat, ile wlezie, ale cała reszta waliła już do ucieczki. Tylko jeden, ten trafiony wcześniej przez Eutalo, jęczał zza wózka z kryształami i błagał o litość. Lara cofnęła się w jego stronę – trochę taktycznie po wystrzale, a trochę niesiona współczuciem wobec cierpiącej jednostki.
Na pewno pomogłaby mu i Saskia, ale dziewczyna wydarła się na otiaka i uciekła w przeciwną stronę, pociągając bestię za sobą. Była szybka, ale chyba nie doceniła potwora, bo jego słoniowy galop szybko skrócił dystans między nimi. Kapłanka chciała zobaczyć, czy trafiony wcześniej przez plecy biedak jeszcze dycha, ale było po wszystkim. Martwy jak głaz, a ona miała na karku ziejącą smrodem paszczę pożeracza.
Druga z bestii, której tym razem nie trafiła ani asekurowana przez Ballo Morwen, ani Randal, rzuciła się przez węglową górkę na Varlunda, który trafił ją solidnie, pakując bełt głęboko w trzewia. Stary wiarus był szybki, ale przede wszystkim cwany. Korzystając z otoczenia, uskoczył tak, że kamienna ławka i sterta węgla ograniczyły ruchy stwora. Jedna z macek przejechała z chrzęstem przez hałdę, a zębiska chapnęły ledwie powietrze.
Kończyny z drugiej strony, spadające z góry niby ogon skorpiona, dosięgły jednak żołnierza mimo sprytnych uników. Varlund miał nie lada refleks, bo palnięcie grubej jak stropowa belka macki strąciłoby mu makówkę, gdyby nie kucnął w porę. Następny cios był jednak poza nadzieją uniku i rąbnął sierżanta potężnie przez bark aż trzasnęło i rozjechały się pod nim nogi. Wojak rzucił się w tył i szybko pozbierał do kupy, ale w zgięciu po złapanej bombie widać było, że uszedł z niego kawał życia.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19 (uwalnia zbroję)
Hazar - 19 (nieprzytomny; 1/3 rzuty przeciw śmierci zdane)
Bolvar - 17 (strzela, pudło)
Lara - 16 (strzela, pudło)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar odciąga Hazara, reszta bez działań ofensywnych)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, trafia Otiaka #1)
Marius - 11 (Eldritch Blast w Otiaka #1, trafiony)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka #2 i ucieka)
Zbroja #3 - 11 (atakuje Otiaka #1, ale bez chybia)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden leży i jęczy)
Ballo - 10 (zbliża się nieco w stronę walki, ale dalej Morwen za plecami)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona)
Dr Quolleb - 6 (powoli do wyjścia)
Varlund – 4 (atakuje i trafia; w kontrze Otiaka poważnie go rani)
Otiak #1 – 4 (ranny, na skraju śmierci)
Randal - 3 (pudłuje)
Morwen - 3 (pudłuje)
Otiak #2 - 3 (goni Saskię)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (kto może, ucieka)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uwolniona przez Seweryna, rusza do boju] -
Powiedzenie, że strach ma wielkie oczy byłoby w przypadku otiaka nietrafione. Wielkie zęby, o to już bardziej. Tego Otiakowi, Połykaczowi Dzieci z Ballowej przeszłości, odmówić nie można było. Stwór był groźny, to bez wątpienia. Łamał ludzi jak gałązki jednym trafieniem macki, a kto się nawinął, trafiał do otiakowego żołądka w całości.
Ale tak jak da się pokonać strach, jeśli zawziąć się w sobie, tak i senny, mackowaty koszmar okazał się do zwalczenia. Metodycznie, pospołu, mądrze. I z werwą. Kiedy do walki z bestią włączyli się niemal wszyscy awanturnicy, kolejne spadające na maszkarę razy i pociski musiały w końcu dać efekt.
Poraniona, ale ciągle wściekle miotająca się zmora została usadzona na ziemi w sposób zupełnie niespodziewany. Kruszynka, wierna ręczna kusza Seweryna, sprawdzała się z bliska i przy słabo opancerzonych celach. Medyk miał dobre oko, ale czymże był taki oręż wobec ogromu połykacza?
A jednak! Jednak!
Cyrulik zdecydował, że dorzuci swoje pięć groszy do zespołowego wysiłku i nim jeszcze uwolniona zbroja zdążyła dopaść otyugha, snajper zrobił kilka kroków naprzód i palnął z kuszy ot tak, ni z tego, ni z owego. Medykus był dobry z anatomii, ale co zrobił jego bełt w ciele tak dziwacznego monstrum nie wiedział. Pocisk wpadł między zębiska i zniknął w czarnej otchłani, a momentalnie po tym nastąpił gulgot, świst i ciężkie sapnięcie, po którym słoniowate nogi stwora zgięły się i cielsko runęło martwe i nieruchome.
Tak jak każdy zgodzi się, że nieszczęścia chodzą parami, tak na raz wyszło, że i cuda. Ledwie bowiem pożeracz wyzionął ducha, a nowy duch wstąpił w Hazara. Co działo się w głowie i ciele krasnoluda pozostać miało niezgłębioną tajemnicą, ale jakaś siła tchnęła w niego nowe życie i zsiniałe powieki podniosły się. Wojownik czuł pulsujący ból w każdym koniuszku ciała, ale żył. Żył, był przytomny i spodziewał się nawet, że sił mu starczy, by się podnieść. A co dalej? O, tu musiał podjąć ryzyko i sprawdzić.
Porządek inicjatywy:
Seweryn - 19 (zbliża się do Otyugha #1, by zredukować dystans; strzela i trafia za 8; potwór ginie)
Hazar - 19 (20 na rzucie obronnym przeciwko śmierci; Hazar odzyskuje przytomność i na 1 PW może działać - Twój ruch :))
Bolvar - 17 (strzela, pudło)
Lara - 16 (strzela, pudło)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar odciąga Hazara, reszta bez działań ofensywnych)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, trafia Otiaka #1)
Marius - 11 (Eldritch Blast w Otiaka #1, trafiony)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka #2 i ucieka)
Zbroja #3 - 11 (atakuje Otiaka #1, ale bez chybia)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden leży i jęczy)
Ballo - 10 (zbliża się nieco w stronę walki, ale dalej Morwen za plecami)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona)
Dr Quolleb - 6 (powoli do wyjścia)
Varlund – 4 (atakuje i trafia; w kontrze Otiaka poważnie go rani)
Otiak #1 – 4 (ranny, na skraju śmierci)
Randal - 3 (pudłuje)
Morwen - 3 (pudłuje)
Otiak #2 - 3 (goni Saskię)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (kto może, ucieka)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uwolniona przez Seweryna, rusza do boju] -
Ballo zauważył ciężko rannego Hazara. Jego głównym zadaniem była ochrona słabszych, ale Ci pod jego pieczą byli chwilowo bezpieczni. Natomiast ciężko ranny, to już inna kwestia...
"Zaraz wrócę, trzymajcie dystans" powiedział lakonicznie i z szybkością, o którą nikt by nie posądzał olbrzyma ruszył by stanąć między Otiakiem - lub jego macką - a rannym towarzyszem. -
Gdy Ballo ruszył dziarskim krokiem przed siebie, Morwen dopiero wtedy dostrzegła, co się wydarzyło. Hazar leżał półprzytomny. Choć wiedziała, że krasnoludy nie należą do wątłych i sytuacja nie wyglądała jeszcze tragicznie, nie było czasu na bezczynność.
Nie uśmiechało jej się bliskie starcie z mackowatym stworem. Zdążyła już zauważyć, że bezpośredni kontakt z nim zwykle kończył się gorzej dla tego, kto odważył się podejść zbyt blisko.
- Wyciągnij go stamtąd. Postaram się was osłaniać! - rzuciła za mnichem.
Wokół jej smukłych palców zatańczyły drobne iskry. Przeskakiwały między opuszkami niczym niespokojne świetliki, z każdą chwilą jaśniejąc i nabierając intensywności, gotowe za moment przemienić się w ogniste pociski.
-
Kiedy przeciwnik zadawał cios krasnolud miał złe przeczucie. Jego doświadczenie po prostu dawało mu znać, że taka siła pod takim kątem będzie boleć. Dlatego Hazar zaczął bluźnić. Nie zdołał jednak skończyć kiedy uderzenie pozbawiło go przytomności ucinając jego wywód na temat rodziców szalejącego potwora zanim zdołał wypowiedzieć więcej jak pół słowa.
Nadeszła więc ciemność w której bólu więcej nie było przynajmniej przez ten krótki moment zanim ciemność została rozwiana przez obrazy rywalizujące o uwagę krasnoluda. Oczywiście były wśród nich obrazy pewnego niezbyt przyjemnego demona, który z radością przywoływał obrazy z przeszłości niosące ze sobą wspomnienie prawdziwego bólu. Nie tego od byle uderzenia, a tego zadanego z przyjemnością dla samego faktu torturowania krasnoluda. Dlatego mimo wszystko Hazar zaczął się śmiać. Śmiał się kiedy był torturowany jak i śmiał się i teraz aby za wszelką cenę nie dać satysfakcji jego katom. Śmiał się i głośniej kiedy ból ze wspomnień zelżał i został zastąpiony zwykłym uczuciem bardzo obolałego ciała kiedy świadomość do niego powracała.
Kiedy czuł jak jego obolałe ciało jest gdzieś wleczone chciał śmiać się dalej lecz jedyne co zdołał zrobić to kaszleć dopóki niepewne oddechy nie nabrały na sile. Ledwie gdy doszedł do siebie zaczął machać prawą ręką aby przestać go wlec. Nieco narwany ale uczynny Szwar posłuchał się swojego szefa pomagając mu również powstać na chwiejne nogi.
- Dzięki. - odpowiedział szczerze rozglądając się po otoczeniu aby wiedzieć co się wokół niego działo. Jego młot leżał tam. Przeciwnik posyłający go do otchłani wspomnień leżał obok bez ruchu. Tarcza na szczęście jeszcze trzymała się na jego ramieniu. Część drużyny zdawała ruszać się w jego stronę, reszta drużyny wyglądała na szykujących się do dalszego starcia z drugim przeciwnikiem będącym po drugiej stronie Hazara. Tak czy inaczej nie było czasu na zwlekanie.
- Czas na nastempną runde… hehehehe… - powiedział bardziej do siebie niż do Szwara, na którego przez moment spojrzał. Jednocześnie oczy krasnoluda zaczynały jarzyć się czerwonym blaskiem kiedy po raz drugi przyłożył dłoń do piersi rozpoczynając kolejną krasnoludzką inkantację lub ciąg przekleństw podczas dobywania kolejnego energetycznego młota. Kolega po fachu mógł więc zauważyć jak dodatkowo z tęczówek krasnoluda wydobywa się się eteryczna czerwona mgiełka podczas wyciągania kolejnego młota. Jednocześnie Hazar ustawił się przodem do przeciwnika aby być gotowym do obrony. I to w zasadzie jedyne co mógł zrobić. Stać na ledwo trzymających go w pionie nogach, rzucać młotami i czekać aż kolejny przeciwnik podejdzie. Byłby to lekki problem, gdyż jego młot nie znajdował się w ręku… ale cofanie się aby go podnieść podczas gdy reszta szła do ataku było dla Hazara lekkim problemem. Raz, że w obecnej chwili jego nogi ledwo z nim współpracowały, a dwa, że krasnolud bardziej chciał podbiec do przeciwnika i mu przywalić. Tak samo jak poprzedni przeciwnik uczynił jemu. Po prostu krasnolud chciał się odegrać zamiast mądrze dozbroić aby móc lepiej się odegrać. Widocznie całkiem nieźle mu to przyłożenie od potwora namieszało we łbie… lub może nawet w pełni świadomie powstrzymywał się przed szarżą. Z pewnością chwiał się trochę na nogach jakby zaraz miał się przewrócić do przodu więc pewności czy tylko stał na nogach czy się powstrzymywał nie było. Jedyne co było słychać od krasnoluda to śmiech pod nosem nie zapowiadający nikomu nic dobrego. -
Powołanie Hazara na powrót w rejestr żywych podniosło w górnikach nadwątlonego ducha. Kopacze nie kwapili się do wojowania z zębatą, mackowatą paszczą na kulasach, ale zostali na polu walki. Chwała im za to.
Szwar i Mavir byli w pobliżu pryncypała, gotowi wesprzeć obolałego druha, gdyby członki wysiadły, a pozostali – trochę markując działania – osłaniali tyły lub "eskortowali" jeńca, którego przejęli. Nie oni jedni wzięli kierunek na schody, bo w międzyczasie strategiczną pozycję na górze zajął już doktor Quolleb, a (niedoszli) szabrownicy, których wyratowała Saskia znikali już w ciemności. Jeden, który zmitrężył, słaby na duchu bardziej niż ciele, zwłóczył z tyłu i byłby już schrupany, gdyby Saskia znów nie wydarła się na otiaka, skupiając na sobie uwagę.
Dziewczyna wydarła się piskliwie – a wiedziała co robi! - a potem pognała ku płomieniom, które ciągle biły w górę, rozchodząc się nawet nieco po płynącej na boki plamie. Pomysł na ogniową zasłonę był dobry i bestia zdecydowała się na łatwiejszy cel.
Łatwiejszy, ale nie łatwy, bo nikt tu nie był łatwą ofiarą. Hazar miotał przez płomienie świetlistym młotem, Marius flankował z drugiej wodnistymi pociskami, a jednoznacznym i tradycyjnym ogniem waliła jeszcze z innej strony Morwen. Strzelali Varlund, Bolo i Grebo. Z kuszy celował Eutalo i niesiony sukcesem poprzedniego trafienia działał Seweryn.
Każdy, kto mógł działał, by dołożyć swój krwawy odważnik na szali przeprawy z Pożeraczem. Może to ogólny rejwach, może szalejący ogień, a na pewno i zatrważająca, szarżująca szybkość otiaka, ale większość ataków tym razem chybiała, albo odbijała się niegroźnie od brudnej, zgrubiałej skóry potwora.
Bolvar i Seweryn coś uszczknęli z potworowego życia, a pocisk Morweny przypalił mu jedną z macek, ale reszta nie miała szczęścia. Trzeba było otwartej ścieżki na strzał, pewności w oku i stałości przez cały ruch.
Tego, jak i odwagi, nie brakowało Randalowi, więc ciśnięty przez paladyna oszczep przyniósł nagrodę w postaci rozoranego guza na otiakową paszczą. Piękne trafienie, ale przyniosło rycerzowi więcej uwagi niż się spodziewał. Pożeracz wziął go na cel, zaszarżował i natarł jak lawina.
Bronson, widząc walący na niego kilkusetkilogramowy kadłub, szybko sięgnął po ekspresowe modlitwy, które znał każdy błędny rycerz. Chyba pomogły, bo druzgocące uderzenia macek ominęły ciało, a zębiska stwora zacisnęły się na pawęży jak imadło. Mimo tego, sam impet uderzenia rozpędzonej bestii grzmotnął Randalem jakby wichura strąciła go z dachu, wbijając w przygięte do ziemi kolana ból, jakiego wojownik dawno nie poczuł.
Rycerz trzymał tarczę mocno. Tak mocno, że zatopiony w niej zębiskami otiak pomachał nie tylko nią, ale i jej właścicielem, jakby trzepotał wachlarzem. Uchwyt w końcu puścił, jednak rycerz był już poważnie wyłomotany i obolały.
Kto wie, co byłoby dalej, gdyby w sukurs nie przyszła mu zwolniona wcześniej przez Seweryna zbroja. Dwie pozostałe też rwały się do boju, ale jedna została z tyłu, a jeszcze kolejna, dalej spięta z kamienną ławą, trzepotała po posadzce jak karaś w trawie. Na miejscu była ta jedna.
Była i pokazała, ile mocy jest w żelaznym cielsku. Proste, mechaniczne uderzenia zadudniły na cielsku połykacza, rozbijając skorupę brudu i chityny. Pozbawione techniki, ale zabójczo szybkie ciosy spadały na stwora serią, grzmocąc go jak bokserski worek. Zbroja nie musiała oddychać, ani stopować, ale podlegała fizyce jak wszyscy. Atak został wstrzymany, gdy otiak kopnął w pancerz swą słoniową nogą, posyłając go bezwładnie w tył. Na moment, ale moment, którego pożeracz potrzebował, by naszykować zabójczą kontrę.
Krew, guzy i siniaki były podstawowym obrazem sceny, ale poza nimi działo się coś jeszcze. Gdy otiak okładał ofiary, a te odwijały się na niego, Lara wybrała za cel ratowanie. Jęczący, wyjący już niemal ranny za wagonikiem, musiał zostać celem numer jeden.
Lekarka z westchnieniem odrzuciła arkebuz na bok i sięgnęła po medyczną torbę, zabierając się do tamowania krwotoku u postrzelonego przez Eutalo szabrownika. Kalb, niegdyś obiecujący stelmach, teraz głównie opoj i bandziorek, a w tej konkretnie chwili ranny w wielkiej potrzebie, miał farta, że trafił na uzdolnioną medyczkę. Lekarski geniusz doktor Quatermain marnował się na co dzień, gdy zatapiała się w manuskryptach, ale gdy miał okazję zabłysnąć, błyszczał gwiezdnie.
Zdawało się to mało prawdopodobne, ale chwil parę i Kalb był w stanie, podpierany przez kobietę, podnieść się i oparty o wagonik, stanąć na własnych nogach. Nie tylko zadawanie śmierci, ale i jej odwracanie sumowało się do sukcesów drużyny.
Porządek inicjatywy:
Jest kolejna runda, opisuję przy postaciach, co zrobiły poprzedniej, tj. tej opisywanej w powyższym poście.
Seweryn - 19 (strzelił w tej rundzie, trafił w Otiaka za 5; teraz kolejna runda)
Hazar - 19 (uderzył Eldritch Blastem w tej rundzie, ale pudło)
Bolvar - 17 (strzela, trafia w Otiaka za
Lara - 16 (leczy rannego, 20, krytyczny sukces)
Górnicy Hazara (zbiorowo) - 16 (Szwar i Mavir przy Hazarze; reszta po bokach)
Grebo - 15 (strzał, pudło)
Eutalo - 11 (strzał, pudło)
Marius - 11 (Eldritch Blast, pudło)
Saskia - 11 (prowokuje Otiaka i bieg za płomienie)
Zbroja #3 - 11 (rusza do Otiaka)
Przybysze (grupka z przodu) - 9 (dwóch szabruje złoto, jeden uleczony przez Larę)
Ballo - 10 (zbliża się osłaniać Hazara)
Złota zbroja - 9 (chce walczyć, ale nadal nieuwolniona - powoli ciągnie się po ziemi)
Dr Quolleb - 6 (na tarasie)
Varlund – 4 (atakuje i pudło)
Randal - 3 (trafia oszczepem za 5)
Morwen - 3 (trafia ognistym pociskiem za
Otiak #2 - 3 (celem jest Randal - dostaje za 12)
Przybysze (grupka z tyłu) - 2 (uciekają; zostaje jeden chłopak)
Skoczna zbroja z ławą - 2 [uderza i mocno trafia Otiaka] -
Otiak krążył wśród wojowników jak dżuma, zwalając z nóg i przeciągając na czarną stronę jednym dotknięciem. Był nieprzejednanym żywiołem, który nic sobie nie robił z ludzkich prób zatrzymania.
Ostrzeliwali go wszyscy: Seweryn, Eutalo, Bolvar, Varlund. Magiczne pociski ze wszech rodzajów energii, świętej i nieświętej, lepili Morwen, Hazar, Marius i Saskia. Razy spadały na wielorybie cielsko z hukiem, ryjąc krwawe szramy w glutowatej skorupie potwora. Ale ciągle było mu mało.
Część uderzeń znosił, jakby spadały nań letnim deszczem, a nie gradem potężnych, metalowych uderzeń. Kilka bełtów odbiło się od wywijających na prawo i lewo macek, zmuszając strzelców do repetowania, gdy zębiska bestii szykowały już zacisk na kolejnej ofierze.
Szło powoli, niebezpiecznie powoli, ale krok po kroku, udawało się jednak ukruszyć nieco życia z Otiakowej skały. A to szczęśliwy strzał Seweryna wprost w pysk, a to drażniąca macki magia Utopca. Do tego Saskia, która wymodliła znienacka świelistą smugę, okalającą teraz Pożeracza jasnością, jak scenicznego aktora. Ognista wiązka wyrzucona z dłoni Morwen osmoliła cielsko maszkary, a zbroje okładały ją metodycznie, choć – mimo nieludzkiej siły – nie zawsze skutecznie.
Randal czuł jak dłoń pod pawężem mięknie pod uderzeniami stwora i wiedział, że musi się wycofać, albo garda całkiem padnie, a ostatni paladyński opór niegodziwościom tego świata postawi już tylko sama zbroja w przepastnym żołądku otiaka. Rycerz rozpoczął odwrót, korzystając z natarcia sojuszników. Nawet jeśli nie byli skuteczni, mącili w wynaturzonym móżdżku stwora, dając drużynie taktyczną przewagę.
Ten zaczynał atakować coraz bardziej w amoku. Rzucił się na powrót w stronę Varlunda, którego próbował dosięgnąć macką, ale sierżant podskoczył jakby robił manewr na skakance. Zbudował sobie łokieć dystansu, by nie dać się dziabnąć zębiskom bestii, ale przed następną macką nie miał już gdzie się schronić i rąbnięty przez biodro, zawył jak raniony kojot i potoczył się bezładnie do tyłu.
W oczy żołnierza zajrzała śmierć i każdy widział, że stary wisi już na ostatnim strzępku życia. Kto mógł, rzucił się dołożyć swoją cegiełkę do kaźni otiaka. Cholerstwo musiało wreszcie zginąć nim nie zabierze kogoś ze sobą!
Lara odciągnęła ze sobą wyratowanego złodzieja, dalej od zagrożenia i zaraz wróciła, szybko sypiąc proch do wystrzału. Może gdyby strzeliła szybciej powstrzymałaby Pożeracza nim połamał Varlunda? Nie sposób dociec – potwór wciąż tam był, a jego głód nie znał ukojenia.
***
Paszcza dalej szczękała nierównymi zębiskami, ziejąc smrodem i głębokim zaprzeczeniem piękna symetrii. W świetlistej glorii otiak wyglądał wyjątkowo plugawie. Bluźnierstwo przeciw naturze postawione na złoty piedestał biło obrzydlistwem po oczach bardziej niż wcześniej.
Marius aż ryknął złowrogo, czy to przerażony, czy rozeźlony na stałą, niezmywalną obecność bestii, a za jego słowami popłynęła moc, która wstrząsnęła stworem. Morwen znała ten czar, ale w takim wykonaniu widziała go po raz pierwszy. Plugawy Żart, Wiedźmi Rechot, Paskudny Śmiech Tashy czy – jak kiedyś nazwała go sama autorka – Drażniący Chichot Iggwilv. Magia mąciła ofierze w głowie, zwalając ją z nóg i porywając w chore napady śmiechu, które mogły trwać i trwać.
Wielu czarodziejów łączyło zaklęcie ze słowami naturalnego języka, a bardowie upodobali sobie wplatać w nie kpiny i żarty, ale w tak drastycznej formie Morwen dotąd go nie widziała. Cel nie musiał nawet rozumieć języka, ani w ogóle słyszeć słów, a magia i tak robiła swoje, wbijając pojmanego w urok w stan maniakalnego śmiechu i umysłowego bezładu.
Chyba, że przezwycięży zaklęcie. Otiak słyszał – bo i ten jego zmysł był mocno rozwinęty i podatny na bodźce – ale nogi pod nim nie drgnęły. Nie było drgawek, tupania, szalonego tańca, ani bezładnych wymachów macek. Bestia sapnęła tylko i zawinęła się tyłem do Mariusa, szykując szarżę na towarzystwo zebrane wokół Hazara.
Krasnolud zaśmiał się złowrogo, jakby to on sam wpadł pod Plugawy Rechot, machając samobójczo na stwora, by nacierał. Wojownik wiedział, że bestia zmiecie go z powierzchni ziemi, jednak nie tchórzył. Mimo całej swej burzliwej historii był w końcu krasnoludem. Mavir ulotnił się gdzieś w międzyczasie, a reszta górników bezpiecznie odprowadzała jeńców po schodach, ale sztygar nie stał w walce sam.
Szwar, z nietęgą miną, ale kilofem dalej w łapach, stał obok szefa. Saskia, choć nie po drodze było jej z gotowym obijać szabrownikó Hazarem, czarowała dalej, dorzucając świętego ognia do gasnącej wokół otiaka powłoki. Grebo, który zobaczył, że jedno pacnięcie macką i Varlund zejdzie z tego świata, a za nim pójdą krasnolud i kolejni, porzucił ataki z dystansu i rycząc niegorzej niż rury Wielkiego Dechu przy wypluciu mefitów, rzucił się na pożeracza z toporkiem.
Lara strzelała z tyłu, strzelał Bolvar, ktoś krzyczał, inny czarował, szczękały kusze, tupały nogi. Zbroje waliły w osaczonego coraz mocniej otiaka niby w mokrą szmatę, a macki bestii zacinały dookoła, łupiąc płytki z podłóg i zginając w kontrze metal żywych pancerzy. Ballo poczuł, że życie Otiaka Pożeracza Dzieci iskrzy się niepewnym żywiołem i potrzebuje popchnięcia. W jedną stronę, albo drugą.
Mnich wciągnął głęboko powietrze, świadomy ryzyka. Był większy niż ktokolwiek w okolicy i pewnie silniejszy niż większość. Miał zręczność, jaka przy tej masie była niespotykana, a lata treningów utwardziły jego ciało niby dębowe drewno. I miał świadomość, że frontalny atak na otiaka – jeśli dać bestii szansę skontrować – skończy się dla niego śmiercią, albo ciężkim kalectwem.
Ale miał też świadomość pola bitwy. Tego, co dzieje się wokół. Przepływów życia i energii. Widział ruchy kompanów, śledził ich gesty, czytał z nieodczytywalnej fizjonomii otyugha, co dzieje się w jego bryle. Varlund odczołgiwał się na bok, ale nie miał dość czasu. Hazar był osłabiony, zbyt wolny do odskoku. Tarcza też nic by nie dała...
Potwór słabł, a jego duch gasł, ale głód w nim ciągle buchał po skraj bytu. Otiak chciał pożerać, co żywe i Ballo musiał zatrzymać go jeszcze ten moment dłużej, nim drużyna i zbroje nie ugaszą w końcu żarłoczności przydeptując bestię do ziemi.
Białe Serce uderzył się po udach i z pędem, jakby zjeżdżał na saniach, zwalił się na pożeracza.
Ale...
Zodalu, czymże była ta bestia? Ballo natarł z uderzeniami pięści, jakie zrąbałyby dębową ławę... A stwór odbił łapy mnicha macką jakby od niechcenia, odklepując je z irytacją, która miała poprzedzić wbicie zapaśnika w ziemię jak kołka.
Ale Ballo nie był tu sam. Randal, wcześniej prawie złamany ciężarem uderzenia otiaka, teraz powracał z furią, wkładając w pchnięcie oszczepem całą swoją energię. Rzut miotnął pociskiem i samym paladynem, który aż zakręcił się, ledwo wyłapując równowagę przed upadkiem. Siła zrobiła swoje. Oszczep strzyknął jak chrząstka i pękł na kawałki, ale większa, centralna część ze stalowym grotem wbiła się w bulwiastą wypustkę na łbie otiaka, zrywając osłonę z łusek i zaskorupiałego brudu.
Tam, gdzie nie zadziałał czar, tam potężne uderzenie zgięło nogi potwora i wraz słoniowe kulasy popędziły bezładnie naprzód. Ballo odczuł ten moment. Przecięta nić życia puściła z jękiem, a potwór potoczył się jeszcze przez chwilę, grożąc zmiażdżeniem wszystkich po drodze i upadł, powoli tężejąc.
Macki pełzały jeszcze przez chwilę wokół, niby puszczone samopas, ale w końcu i one ucichły. Ogień z naftowej bańki dogasał, a dźwięki Ścieżki na powrót schodziły z rejestrów walki i rozpaczy niżej. Nieco niżej. Na bliższy codzienności awanturników poziom napięcia i zagrożenia.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się