Ścieżki Przeklętych
-
-Jakbyście tak robili, jak chętnie kłapiecie dziobami, to już by było nazbierane, rozpalone, posłania uszykowane. - Zauważył Adolf.
Rosły tarczownik trzymał się z przodu grupy, ale oczywiście w tej chwili zarówno Auriel jak i Wulf poczuli się pewni siebie, wyszli przed szereg i zaczęli sypać mądrościami jak z rękawa.
Poprawił tarczę na ramieniu.
Eiche tylko omiótł wzrokiem las, ale jego obserwacje nie wniosły nic więcej poza prosty i klarowny dlań wniosek - lasu nie widać, bo krzaki i drzewa zasłaniają. Proste, logiczne.-Było by miło, gdybyście, cholera, pamiętali, że idę na przedzie po to, żeby wszystko najpierw trafiało w moją tarczę, a dopiero potem was w słabiznę. - burknął. Znali go już jednak na tyle żeby wiedzieć, że tarczownik właśnie w ten nietypowy sposób, na poły burkliwy, a poły niezadowolony, okazuje sympatię i troskę o bezpieczenstwo kompanii. Wszak każdy z nich co najmniej raz usłyszał już sakramentalne "Stań za mną!" gdy Adolf przyjmował na wysłużoną drewnianą tarczę kolejny atak - jednako, pazurów i kłów, strzał i bełtów, czy oręża.
Eiche sam też zaczął kręcić się po polanie, zbierając co lepsze kawałki chrustu i pomagając wyrychtować miejsce na ognisko i w miarę suche miejsca do spania. Minął się w trakcie tego z Rapecke i oczywiście znowu dobiegł go znajomy smród.
-Kurważ mać,Wulf, wyrzuć ten popleśniały czosnek. Wąpierz by cię i tak wysłał do Morra zanim byś go zoczył.Nad lasem panowała cisza, która w jakiś sposób skłaniała do zadumy i refleksji. Kiedy wreszcie ogarnęli swój niewielki obóz, swoje wyrwane polanie miejsce na tę noc, Adolf chętnie zerkał w ogień, a jeszcze chętniej zerkał do ewentualnej zawartości kociołka, o ile akurat mieli kociołek, oraz jakąś zawartość ów kociołka, prawdaż. Do jedzenia był pierwszy, ale niestety ani do zdobywania żarcia ani do gotowania niezbyt się nadawał. No, chyba, że mówimy o upolowaniu niedźwiedzia. Drużyna już raz powierzyła Eiche'owi sporządzenie kolacji, kilka dni temu i to było zdecydowanie o jeden raz za dużo.
-Ktoś ma ochotę na trening przed spaniem? Łatwiej usnąć. A, bierę pierwszą wartę.-
-
Krawędź Drakwaldu wieczorową porą
Wulf westchnął w duchu słysząc bezceremonialne słowa Adolfa kierowane w stronę czarodzieja. Taalita nie pojmował jak Eiche mógł okazywać czcigodnemu adeptowi tak ogromny brak szacunku bez obsrania pięt na samą myśl o własnym zuchwalstwie. Rapecke wiele razy zachodził w głowę, dlaczego Helmschein dotąd nie spopielił gruboskórnego tarczownika przywołaną z czystego nieba błyskawicą albo nie przeistoczył zaklęciem w beczącego żałośnie kozła, wspólnie spędzony czas dowiódł jednak niezbicie, że Auriel był równie wyrozumiały i cierpliwy, co Adolf mocny w gębie i nieustraszony.
Lecz nieustraszony nie oznaczał sprytnego i Wulf w mig pojął, co wylizujący zawsze do czystą miskę kompan próbował na nim chytrze wymusić - myśliwy pewien był, że Eiche bez mrugnięcia okiem połknąłby ząbki czosnku wyrzucone przez Wulfa, ledwie ten by się odwrócił do nich tyłem.
Niedoczekanie. Skoro Kaltenbach wciąż zachowywał się jak przystało i nie zdradzał żadnych podejrzanych ciągot przypisywanych ludziom z Sylvanii, jedno dla Wulfa było całkowicie jasne: czosnek naprawdę miał magiczne ochronne właściwości.
- Dziś świeżego mięsa już nie zjemy - oznajmił tropiciel - Zapoluję o brzasku, na pagórkach wysoka trawa rośnie, dam głowę, że płowa zwierzyna chętnie tam żeruje o poranka. Z łaski Taala może trafi nam się sarnina albo przynajmniej królik czy głuszec. Panie sierżancie, idziemy?

-
Nawet taki mieszczuch jak Vogel znał mrożące krew w żyłach legendy Lasu Drakwaldzkiego - gęstej puszczy, tak odmiennej od (nie)naturalnego środowiska, z którego się wywodził. Gdy ludzie znikali w Talabheimie, najprawdopodobniej była to sprawka innych ludzi - bandziorów różnej maści; tutaj, na nieznanych ziemiach, w głębi dziczy grasowały zaś niebezpieczeństwa, z którymi dawny oprych nigdy nawet nie śnił się mierzyć.
Dość powiedzieć, że Brzytwa należał do ludzi rosłych - on był cholerną górą mięśni, których wyraźne kontury odbijały by się pod odzieniem, gdyby na moment zdjął z siebie skórzaną tunikę. Opancerzony i uzbrojony, słynący wszak z bitewnego kunsztu, wiedział jednak, że w Drakwaldzie liczyło się znacznie więcej niż zdolność rąbania mieczem i toporem. Jego przetrwanie zależało bowiem w równym stopniu od własnych zdolności, jak i towarzyszy, bez których z tego lasu najprawdopodobniej by nie wyszedł.
– Wiesz, jak na takich w armii wołają? – zaczepił pyskatego tarczownika na przedzie. – Trup. Śpieszno Ci przed oblicze Morra, dzieciaku? – rzucił doń rubasznie, z wyzywającym spojrzeniem.
– Jak się tak rwiesz do treningu, to urządzę z Tobą sparing. Ale najpierw weź się do roboty, bo mordą kłapiesz najgłośniej, a uszy więdną.
Viktor postawą wyraźnie dał do zrozumienia, że aprobuje propozycje Wulfa - i ciekawiło go, jak do owej współpracy ustosunkuje się Sierżant Stahl. Zdawało się, że coś poszło nie po jego myśli, skoro Brzytwa był jedynym w gronie więźniów, którym udało się uniknąć powrotu do imperialnej niewoli. Tym większy orzech do zgryzienia, że kurator musiał być świadom niebezpieczeństw współpracy z takim człowiekiem, jak Viktor Vogel - i gówno mógł z tym zrobić.
– Pan Sierżant na pewno się zgodzi, że nie ma czasu na zwłokę. Zaraz nas, kurwa mać, noc zastanie. – pospieszył za Wulfem, czekając na wskazówki i polecenia. -
-Patrzcie go, kurwa, mądry się znalazł.- Odparował Tarczownik. -Byś chociaż raz niewdzięczny kurwiu podziękował za to, że ktoś w twojej obronie tarczę nadstawił. Ta, spieszno mi stać na czele, ale tylko po to, żeby Morrowi powiedzieć, że ma się pierdolić. To jaki ten trening, na gołe, czy z rynsztunkiem? - Zapytał rzeczowo.
To nie był pierwszy raz, ani na pewno nie ostatni, Kiedy Vogel i Eiche odstawiali tego typu scenę. Choć z pozoru mogłoby się wydawać, że obaj wojowie się mniej lub bardziej, ale serdecznie nie znosili, to rzeczywistość była z goła odwrotna do pozoru.
-A tak właściwie, to kto bierze ostatnią wartę? Czy oddajemy ją jak zawsze, Złotemu?-
-
Auriel uniósł wzrok znad zbieranej podpałki, kiedy Wulf przedstawił swój plan. Przez chwilę przyglądał się pagórkom, próbując wyobrazić sobie, jak ich zbocza osłonią nikły blask ogniska od strony Drakwaldu. Myśliwy nie tylko potwierdził jego przypuszczenia, ale nadał im formę znacznie bardziej praktyczną. Właśnie tego się po nim spodziewał.
– Brzmi rozsądnie, Wulfie. Wybór miejsca pozostawiam tobie i sierżantowi – odpowiedział. – Właśnie dlatego warto z wami podróżować. Sam bym pewnie zginął na tym trakcie już pierwszej nocy.Na określenie „Wasza jasność” zmarszczył lekko brwi.
– Wystarczy Auriel. Wiesz przecież. – rzekł uśmiechając się ciepło – „Wasza jasność” brzmi tak, jakbym miał własną posiadłość, służbę, a przynajmniej coś więcej poza tymi szatami, kosturem i magiczną ksiegą. Jak zapewne wiesz dostatek mi na razie nie grozi – dodał potrząsając sakiewką w której smutnie zabrzęczały ostatnie dwie srebne monety jakie mu zostały.Kiedy Wulf, Viktor i sierżant zaczęli przygotowywać się do obejścia terenu, Auriel wrócił do układania podpałki. Dopiero pytanie Adolfa sprawiło, że ponownie się wyprostował. Przydomek „Złoty” padał w ich gronie na tyle często, że regował na nie jak na własne imię.
– Jak zawsze, Adolfie. Wezmę ostatnią wartę – odpowiedział spokojnie. – Obudzę też Wulfa przed świtem, skoro zamierza polować. Dziękuje, że pytasz – odpowiedział jak zawsze ignorując zaczepny ton mężczyzny. Znał go na tyle, iż wiedział, że ten element stanowi po prostu część jego prezencji. W rzeczywistości był bowiem mężczyzną pomocnym oraz lojany sprawie, na którym mogli polegać bez reszty. Gdyby sytuacja zaczęła się robić gorąca, nie chciałby mieć nikogo innego przy sobie.Przeskoczył wzrokiem między towarzyszami, by zobaczyć jak zaregują na wymiane zdań Adolfa i Viktora. Jego spojrzenie na moment zatrzymało się na czosnku ukrytym za kołnierzem Wulfa. Auriel nie był pewien, czy bardziej zadziwiała go wiara mężczyzny w ochronną moc kulinarnej igrediencji, czy upór, z jakim ten znosił własny zapach. Uznał jednak, że dopóki czosnek dodawał mu otuchy i pozwalał lepiej zasnąć w obecności pochodzącego z Sylvanii Matthiasa, to w jakimś sensie pełnił swoją funkcję. A jeśli rzeczywiście odstraszał wampiry, tym lepiej. Jeżeli zaś odstraszał tylko pozostałych podróżnych, wciąż trudno było odmówić mu skuteczności.
Spojrzał następnie na obu wojowników.
– Może postarajcie się odłożyć sparing do czasu, kiedy rozbijemy obóz. Wolałbym, byśmy nie rozkładali się po ciemku. Wprawdzie światła nam nigdy nie zabraknie, ale wolałbym nie używać magii, jeśli nie ma takiej potrzeby.
Odłożył kolejną garść suchych źdźbeł przy miejscu przeznaczonym na ognisko i pogrążył się we własnych myślach. -
Matthias Kaltenbach był z tej grupy, obok maga, chyba najbardziej niezwykłym nabytkiem Imperialnej armii. Człowiekiem o surowym spojrzeniu, niskim głosie i chłodnym obyciu. To od niego jak i od nazwiska miał ksywę Kalten, zimny, chłodny. Często jakby nieobecny, choć towarzysze przekonali się że spostrzegawczości i szybkości reakcji mu nie brakuje.
W przeciwieństwie do maga, który pomimo zajmowania się plugawą magią w imię Imperatora w myśl niezbyt lotnej zasady zwalczania ognia ogniem, starał się łagodzić obyczaje dobrym słowem i dostojnym wyglądem biało-złotych szat, Kalten wolał wzbudzać strach. Nie na kompanach co go znali i już przywykli, ale na każdym innym kogo mogli spotkać.
Ubiera się na czarno, z ciemnym płaszczem i czarnym kapeluszem, z daleka przypomina niesławnych łowców czarownic, z średniej odległości widać też jego ciężkie opancerzenie i szereg broni, od wyjątkowo zadbanego zdobionego topora nad którym jakiś mistrz rzemiosła musiał spędzić niejedną noc, poprzez wysokiej klasy bolasy z metalowymi kulami (co rzadkość), a na biczu kończąc. Łuk też ma ale rzadko z naciągniętą cięciwą, używa go bardziej do polowania na zwierzynę niż podręczny oręż. Z bliska widać jego schowany w cieniu kapelusza chłodny wyraz ascetycznej i wychudzonej twarzy, z krótkim wąsem, dwudniowym zarostem i długimi kruczoczarnymi lekko kręconymi włosami. Jego blada skóra tylko dopełnia wyglądu nieprzyjemnego gościa a tresowany kruk Karl, żywy symbol boga śmierci Morra na jego ramieniu, uzupełnia wizerunek i daje pospólstwu do myślenia czy aby nie spotkali właśnie wysłannika samego boga umarłych.
Bez kapelusza nie jest wysoki, ledwo wystaje kilka centymetrów ponad metro sześćdziesiąt, co typowe dla ludzi w Sylvanii i innych miejscach w Imperium gdzie masy przymierają głodem. Pochodzi z Bylorhof. Rzeka Aver za Krainą Zgromadzenia rozlewa się w ogromne bagno o tej samej nazwie, zaraz za nim, a właściwie częściowo na nim a przed Lasem Ghouli, leży właśnie ta osada. Mało kto wie gdzie to jest, a dla wielu nazwa oznacza po prostu moczary.
Matthias z bagien, o szarych oczach, co typowe dla regionów gdzie jest mało słońca, ma jeszcze jeden niepokojący innych szczegół. Wielkiego zawiniętego w okrąg obślizgłego ślepego robala namalowanego na jego tarczy. Ci co lepiej znają faunistykę rozpoznają ślepego węgorza, gatunek występujący na bagnach i czasem w zalanych jaskiniach. Nie jest to symbol heraldyczny, a symbol wiary. Byloraka, boga bagien i mokradeł. Ci z Was co interesują się historią Imperium, wiedzą, że jest to prastare bóstwo plemienia Fenonów, ludu co zajmował tereny Sylvani i północnego Ostermarku przed powstaniem Imperium. Jak widać nie tylko wiara w Ulryka przetrwała próbę czasu i nie raz nie dwa agresywnej unifikacji (gdzie prym wiódł kult Taala, możliwe że wraz z małżonką patrząc na obecny spór z wyznawcami Solla w Wissenlandzie). Współcześni teologowie sugerują że Bylorak jest aspektem Taala lub Mannana, ale jest to motywowane politycznie by nie rozszerzać panteonu, bo historycznie dobrze wiedzą, że to oddzielne stare bóstwo. Bóg którego wyznawcy jako jedyni oparli się inwazji wampirów, topiąc ich nabite kołkami ciała na bagnach. Osady też nie nawiedzają ghoule z pobliskiego Lasu Ghouli. Przy tak widocznych cudach nie dziwne, że obecnie swoje świątynie założyli tam także wyznawcy Morra, Vereny i Sigmara, chcący osobiście sprawdzić co się tam dzieje. Daje to coraz większą legitymację miasteczku, którego władze zaczynają pisać listy o zasoby, grożąc Wurtbadowi, że jeśli ich zignorują to zwrócą się o pomoc do Averlandu.
Nie jest to jedyny religijny symbol jaki nosi, na jego napierśniku widnieje wielka kamienny portal, symbol Morra, zaś na naramienniku miecze skierowane sztychem do dołu, w jego kierunku, mniej używany symbol Vereny jako bogini która karze winnych, a także symbol walki w słusznej sprawie. Kto wie, może na plecach napierśnika ma wielką sowę albo kruka patrzącego na skradającego się za plecami wroga? Jak widać w Sylvanii jeden symbol wiary to za mało, a może kryje się za tym coś więcej? Jakby nie patrzeć, nie ma na nim symboli wiary w Sigmara i pozostałych imperialnych bogów.
Zatrzymał się tak jak wszyscy, dzień chylił się ku końcowi i trzeba było łapać ostatnie promyki słońca by przygotować się na nadchodzącą noc. Przed nimi zaś cichy, złowieszczy Drakwald. Kiepskie miejsce na nocleg, ale lepszego nie mieli.
– Nie znam się na lasach na tyle, by udawać eksperta. Nie wśród takiego towarzystwa jak wasze – odezwał się, nie odrywając wzroku od drzew mag – Ale intuicja podpowiada mi, że bezpieczniej będzie spędzić noc tutaj, na polanie, na otwartej przestrzeni. Między drzewami ktoś mógłby się do nas podkraść, a ta dojmująca cisza nie nastraja mnie pozytywnie - rzekł Auriel z Kolegium Światła.
– To zależy czy bardziej obawiasz się niedobitków armii Chaosu czy bandytów, oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. - odparł mu sucho Kalten ignorując płaszczącego się przed nim Wulfa, który jak widać zaplanował już wszystko i zaczął wyznaczać innym role.
Wtem odezwał się Adolf, nie omieszkując skorzystać z okazji by opieprzyć zebranych i coraz gorzej pachnącego starym czosnkiem tropiciela. – Kurważ mać,Wulf, wyrzuć ten popleśniały czosnek. Wąpierz by cię i tak wysłał do Morra zanim byś go zoczył.
– Wysłać do Morra, wysłać do Morra! - powtórzył imitując jego głos Karl, kruk.
– Nie kuś Karl, nie kuś - odpowiedział lekko rozbawiony reakcją zwierzęcia Matthias.
– Chce to niech śmierdzi, wampirów czosnek nie odstrasza, ale panny w mieście i zwierzynę w lesie owszem. Swoją drogą Wulf, a Auriela się nie boisz? Z licencją czy bez to dalej czarnoksiężnik zajmujący się plugawą magią. Podobno sama ich obecność zły los sprowadza, mleko kiśnie a panny ronią dzieci. - postraszył tropiciela, choć daleki od prawdy nie był, magia nic dobrego nie przynosiła i widać było to najlepiej po stanie hrabstwa z którego pochodził. To pochodzenie jednak pozwalało mu z dystansem podchodzić do nieumarłych, mutacji i magicznych dziwów, których nie brakowało w jego stronach.
– Mi akurat efekt strachu jaki siejesz Auriel na otoczeniu odpowiada - dodał - może nawet jak jacyś bandyci się tu kręcą to dzięki tym Twoim szatom odpuszczą sobie atak na naszą grupę, byle tylko nas z karczmy nie wywalili lub nie kazali więcej płacić widząc te złote nitki jak już gdzie dotrzemy.
Zamyślił się chwilę patrząc na głuchy niemal martwy las.
– Faktycznie strasznie tu cicho, niczym w domu, ale tam mamy w lesie ghoule. Coś musiało niedawno wystraszyć zwierzęta i ptaki z tej części lasu.
– Brzytwa, Dąb, może zamiast sparingu chodźmy do lasu? Chłopaki sobie w trójkę poradzą z ogniskiem, a my sprawdzimy czy jest się czego bać i może z odrobiną szczęścia coś na kolację upolujemy. Wezmę łuk. -
Słońce chyliło się ku zachodowi. Po całodniowym marszu, zatrzymali się w miejscu, na pierwszy rzut oka, wydającym się odpowiednim do założenia choćby prowizorycznego obozu na noc. Odczuwało się już zmierzchowy chłód. Rolf zatrzymał się bez słowa, biorąc głębszy wdech rześkiego, przedwieczornego powietrza. Dłuższą chwilę przysłuchiwał się o czym rozmawiają jego towarzysze. Jednocześnie starał się zlustrować głębię lasu, dopóki umożliwiały to ostatnie promienie zachodzącego słońca. Był wystarczająco doświadczony w swoim fachu strażnika dróg, aby móc prawidłowo ocenić ogólną sytuację. Brak odgłosów ptaków i obecności zwierząt mogło oznaczać tylko jedno. Coś je wypłoszyło, wszak dokładna przyczyna była nadal niewiadomą. Jednak coś co wygoniło całe leśne życie z tego miejsca, nie mogło być na pierwszy rzut oka, zwykłym ostrzeliwaniem się wrogich oddziałów czy odgłosami walki wręcz. Musiało to być coś bardziej złowieszczego.
Rolf rzucił sucho i bez emocji – W nocy musimy czuwać na zmianę - nadal lustrując las.
Ta granica „traktu i lasu” to był jego chleb powszedni. Jako strażnik dróg patrolował trakty Imperium, nie tylko wśród rozległych jego pól, łąk i pastwisk, ale często także wzdłuż linii lasu. Dlatego doskonale wiedział, że zawsze coś może się wyłonić z niego w najmniej pożądanym momencie. Często coś żywego lub jedynie pozornie żywego, ale w rzeczywistości umarłego. Wielokrotnie, podczas jego niekrótkiej już służby, czyhało na niego i jego kompanów na tej granicy „traktu i lasu” śmiertelne zagrożenie. - Gdyby coś tam chciało dać o sobie znać, już dawno byśmy to zauważyli – pomyślał odwracają się w stronę towarzyszy.Następnie, Rolf wyrwał się z chwilowego zamyślenia i czekając, aż Auriel Helmschein złapie oddech, aby dalej prowadzić swój monolog, wtrącił – W ciemności ogień ściągnie nieproszonych gości – i nie zważając na reakcje innych, znowu odwrócił głowę w kierunku lasu. Wpatrywał się w ciszę. Sierżant był służbistą, lubił krótkie i jednoznaczne komendy, hierarchię i porządek.
Dlatego słysząc Wulfa Rapecke, proponującego, aby rozejrzeć się po okolicy, skinął głową i odpowiedział spokojnie w swoim stylu - nie wadzi, wręcz należy się rozejrzeć. Nie patrzył przy tym w ogóle na myśliwego, a jego wzrok mimochodem skierował się po raz kolejny w kierunku Viktor’a Vogel’a. -
Auriel zniósł uwagi Matthiasa z bez najmniejszego nawet skrzywienia. Słyszał podobne słowa tak często, że całkiem straciły już swoją moc. Podniósł wzrok dopiero na wzmiankę o kwaśniejącym mleku i poronieniach. Przez krótką chwilę obserwował Sylvanijczyka, jakby poważnie rozważał przedstawioną teorię.
– Zapewniam cię, Matthiasie, że mleko w Imperium doskonale kwaśnieje bez mojej pomocy – odparł. – Jeżeli zaś moje szaty rzeczywiście odstraszą bandytów, to będę rad. Będzie to w moim przypadku pierwszy raz, kiedy złota nić zwróci w jakimś sensie koszt swojego zakupu. – dodał i przywołał na twarz naprawdę serdeczny, ciepły uśmiech.Spojrzał na własny rękaw. Dawna biel materiału nadal trzymała się dzielnie, choć podróż i wojskowa służba pozostawiłały na niej codzień ślady, których nie usunęłaby nawet najbardziej wyrozumiała praczka. Dopiero jego wieczorny rytuał i błogosławieństwo wiatru Hyish dawały rezulataty. W przeciwnym razie zamiast białym magiem, mieniłby się czarodziejem krwi i błota, tego bowiem było najwięcej w ostatnich miesiącach.
– Ja jeszcze nie mam tak źle, jak magowie z innych szkół. Leczenie ran zadziwiająco łagodzi obyczaje. – dodał przypominając sobie wojskowy obóz, w którym połowe czasu przesiedział w namiocie medyków pomagając zamykać rany. Ostatecznie, gdy ludzie się wykrwawiali nie przeszkadzało im tak bardzo, co zatrzymuje życie w ich żyłach. Nie skomentował uwagii o ewentualnej wyżeszj opłacie za nocleg. Ostatecznie tkwiło w tej uwadzę ziarno prawdy. Liczył jednak, że gdy przyjdzie co do czego, jego obecność będzie warta więcej niż parę srebrnych monet. Nieufnych lepiej jednak przekonać czynem, niż słowem, toteż rzadko decydował się wchodzi głębiej w deliberacje. Nie było warto. Ostatecznie nie wygra się dyskusji z kimś, kto nie ufa temu kim jesteś.Dał innym przestrzeń do zajęcia się własnymi sprawami przed rozłożeniem obozu. Nie zamierzał ponownie udzielać rad ludziom, którzy i tak wiedzieli co mają robić. Na uwagę Rolfa o ogniu Auriel skinął tylko głową bez sprzeciwu. Sierżant wypowiedział ledwie kilka słów, lecz wystarczyły, by przeciąć dalszą dyskusję.
– Skoro tak oceniasz sytuację, obejdziemy się bez ognia Sierżancie – zgodził się. – Zachowam podpałkę na inny wypadek.
Zebrał przygotowany chrust w jeden stos i przykrył go luźno kawałkiem płótna, aby nie nasiąkł wilgocią. Nie czuł potrzeby bronić swojego wcześniejszego pomysłu. W wojsku zdążył się nauczył się nie wychylać. Ostatecznie nikt tak naparwdę nie lubił przemądrzałych magów. -
- Dobrze to wiem Aurielu, dobrze wiem, ale też negatywne skutki magii aż nadto widać na moich rodzimych ziemiach i jakoś nie zanosi się by Altdorf, Was wliczając, miał na to receptę. Ciekawy byłem co Wulf sądzi, bo widać że Cię dziwnie wysoko szanuje, ale niezbyt chętny do rozmowy na ten temat. Kto wie, może ten dyżur w lazarecie tak na nim wrażenie zrobił - rzekł patrząc na plecy oddalającego się z sierżantem tropiciela.
- Starczy gadania - uciął nagle jakby sam siebie karcąc - ogień ja bym jednak rozpalił, zwierzęta się ognia boją, a noc może być chłodna. Idę. Jak mamy las sprawdzić to teraz póki nocy jeszcze nie ma.
To mówiąc, wziął łuk, założył cięciwę i z łukiem na plecach wraz z Viktorem i Adolfem ruszyli ku ścianie Drakwaldu. -
-Dobrze, słusznie, trzeba sprawdzić, czy się w krzakach nic nie czai. Zdążę obić Voglowi mordę po kolacji. - Stwierdził żartobliwie Adolf, a następnie zaśmiał się z własnego żartu.
Właściwie, wzajemny trening w formie walki na co lepsze gałęzie, gołe pięsci, czy nawet z pełnym rynsztunkiem był pewnego rodzaju normą w tej grupie. W oddziałach Imperium trening był wymagany. Oni już nie byli technicznie rzecz biorąc "oddziałem", a i do Rolfa zwracali się "Sierżancie" raczej z przyzwyczajenia. No i o ile Adolf pamiętał, to Stahl chyba faktycznie był sierżantem Strażników Dróg. Z tym, że w sumie miał na to w większości wygięte, jak na wiele innych szczegółów, mniej lub bardziej istotnych. Tarczownik wiedział to i owo o swoich towarzyszach, ale nie przejmował się zanadto szczegółami, podług jego miary, nieistotnymi.
Jak powszechnie wiadomo, chaos tkwi w szczegółach. W sumie Ranald też.
-
– Wiadomo, że na sprzęt, matkojebco. Bez tej tarczy przed mieczem mógłbyś najwyżej klękać. – roześmiał się doniośle do kompana. Lubił Adolfa i te ich niewinne docinki; niewinne tak długo, aż któryś oczywiście przegnie przysłowiową pałę i trafi w czuły punkt. Viktor był dość temperamentny i granica między czarnym humorem, a powagą sytuacji, była u niego bardzo niewyraźna.
W ciszy słuchał przekomarzań pozostałych członków grupy co do tego, co ich zdaniem należało teraz zrobić. Każdy miał swoją wizję na najprostsze rzeczy - od rozbicia obozu po wieczorny rekonesans; Brzytwa w tej materii początkowo zdania nie miał, więc na wszystko przytakiwał. Co więcej, zdezorientowany sytuacją lawirował bezwiednie między propozycją Wulfa a leśnym rekonesansem z Kaltenbachem, aż w końcu zmienił zdanie - i nieco poirytowany - przemówił do zebranych.
– A co wy tu żeście, kurwa, kółko dyskusyjne otworzyli? Brak dowództwa Wam rozumy pozabierał? Jak macie tyle gderać, to już zostańcie tu do rana, bo i tak nie ma z Was pożytku. – złożył ramiona i przyjrzał się wszystkim członkom oddziału, teraz już w zasadzie rozbitej zgrai awanturników, których spajał wyłącznie jeden cel - przetrwanie w nieznanym.
– Możesz mówić co chcesz, Stahl, ale jak coś ma nas wypatrzeć, to i tak to zrobi. Kaltenbach dobrze mówi - ogień rozpalamy. Ciepło czy nie, jak nas jakaś zwierzyna wywęszy, to żywcem wpierdoli, a Złoty na warcie nawet nie dostrzeże. Jak Ci się nie podoba, to śpij poza obozem. – Viktor wydawał się być zdecydowany w swoim osądzie. Trudno powiedzieć, czy próbował grać Sierżantowi na nerwach, czy zwyczajnie stał w opozycji do jego zdania - chociaż postawą wskazywał raczej na drugą opcję.
– A Wy jak macie mnie ciągać po tych lasach, to się chrzańcie, ja już nigdzie nie idę. Zdaje się, że macie wspólny cel - dlaczego do diaska razem nie pójdziecie? – wymienił spojrzenia z Wulfem i Matthiasem. – Możecie przecież i zapolować na zwierzynę, i rozejrzeć się po tropach, i sprawdzić, czy jest tu bezpiecznie. A i opału naniesiecie, mniej się nadźwigacie, jak tam w gąszczu czterech chłopa będzie.
Strzelił karkiem.
– Zresztą, jak Eiche do obozu wróci i się ze mną zmierzy, a nie stchórzy, to podam go Wam na tej tarczy jak na talerzu. Wtedy z głodu nikt nie zdechnie. Haha. – uderzył kompana zaczepnie w bok ramienia. – A teraz róbcie co chcecie. Ja zostanę ze Złotym, żeby się nie poczuł samotny i pomogę rozbić obóz. No. Do roboty chłopaki. -
-Bardzoś wygadany jak na kogoś, kogo Matka puściła się w burdelu z krasnoludem. Gdyby mnie nie wyprzedził, to ja bym był twoim starym, Vogel. Wiele by to nie zmieniło, też bym wyszedł po chleb i nie wrócił. -
Zripostował Eiche, z refleksem godnym bitwy i błyskotliwością o którą nikt by go nie podejrzewał.
Ponownie poprawił miecz, tarczę, zaczął sprawdzać swój kaftan kolczy. Po chwili był już pewien, że jest gotów, żeby zanurzyć się w Drakwald. O ile ktokolwiek może być kiedykolwiek pewnym, że jest w tym lesie czegokolwiek pewien.
-Przy odrobinie szczęscia trafimy na jakiegoś wielkiego pająka, ubijemy go i będziesz go mógł opierdolić po upieczeniu nad ogniskiem. To co, idziemy? -
Spojrzał na resztę drużyny. Trzeba było przyznać, że właściwie wszyscy dzisiejszego wieczoru nad wyraz aktywnie dokazywali.
-
- Panowie, dość tych uprzejmości bo nas noc zastanie - skwitował ich kłótnię Kalten
- Brzytwa, Wulf z Rolfem ogarniają inny kierunek zwiadu, oni drogę i pagórki, my las. Koniem w las łatwo nie wiedziesz - wyjaśnił Viktorowi.
- Jak Cię strach obleciał to trudno, chociaż Auriel sam nie zostanie.
- Idziemy - zawtórował Adolfowi i weszli w dwójkę w ciemny las. -
Krawędź Drakwaldu wieczorową porą
Wulf zdusił w ustach gniewny pomruk tracąc na chwilę bardzo wiele ze swojej wrodzonej cierpliwości. Nie minęło wiele dni od rozwiązania ich oddziału, a tropiciel już zaczynał tęsknić za szczerze wcześniej nielubianą armijną dyscypliną. Uwolnieni od surowego oka oficerów, jego towarzysze służby - teraz ludzie wolni i rządzący się własnym kaprysem - nader szybko jak na gust Wulfa powrócili do swojego chaotycznego sposobu życia, za nic mając czyjeś rady, a już tym bardziej rozkazy.
Myśliwy uniósł dłoń ku amuletowi na piersiach dotykając go nabożnie i zachodząc w głowę, dlaczego Król Bogów związał go z tą akurat grupą byłych żołdaków, a nie z bardziej zżytymi ze sobą druhami, których grupki podążyły po demobilizacji we wszystkich kierunkach świata. Mógł dołączyć do Wiliberta i Bjorna w drodze na wybrzeże Morza Szponów, by ujrzeć na własne oczy ten bezkres szarej wody ciągnący się aż po północny widnokrąg. Mógł jak Otto i Hans ruszyć w stronę Reiklandu, żeby stanąć na bruku najwspanialszego miasta świata i stolicy Imperium jednocześnie. Mógł podróżować z wieloma innymi grupami, ale pokładając ufność w roztropność adepta Kolegium i dzieląc wraz z sierżantem tęsknotę za ojczystymi stronami tkwił teraz w ostatnich promieniach zachodzącego słońca na skraju budzącego trwogę lasu w towarzystwie ludzi, którzy za nic mieli ostrożność i rozsądek, w zamian zdradzając przeświadczenie o własnej nieśmiertelności.
Rapecke mógł wytłumaczyć Viktorowi, że woli przepatrywać okolicę jedynie w towarzystwie Stahla, bo nieobyci tak dalece jak on z dziczą Matthias i Adolf najpewniej zatrą przez nieostrożność ledwie widoczne ślady zwierzyny, że zdepczą dziką rzepę i przypominające łudząco zwyczajną trawę źdźbła suchotnika i że najpewniej poczynią w wypełnionym martwą ciszą mrocznym lesie dość hałasu, aby zwrócić na całą grupę uwagę czegoś, czego lepiej było nie budzić.
Lecz wiedział, że takie tłumaczenia nie miały większego sensu, bo słowa wypowiadane przez tropiciela i sierżanta straży zwykły padać w tej drużyny w równie martwe, co ten las uszy, a Wulf nie zwykł strzępić języka po próżnicy.
Po prawdzie bał się tylko jednego: że mag Światła, dotąd nadzwyczajnie powściągliwy w okazywaniu gniewnych uczuć, straci w końcu cierpliwość do gruboskórnych prostaków i wpadnie we wściekłość, przez którą ziszczą się najgorsze przestrogi kapłanów i łowców czarownic głoszące prawdę o odrażającej naturze magii, którą władali imperialni czarodzieje.
Wulf pewien był tego, że nie chciałby znaleźć się wówczas zbyt blisko jego jasności Auriela Helmacheina i tych towarzyszy służby, którzy skupiliby na sobie gniew adepta.
Odpychając od siebie posępne myśli ruszył wzdłuż krawędzi puszczy ze spuszczonym w trawę wzrokiem, z sierżantem Stahlem u boku i z jego ułożonym w tresurze koniem, który posuwał się wolno za swoim panem strzygąc niespokojnie uszami i poruszając zaróżowionymi chrapami.
-
Rolh zmęczony całodniowym marszem, przyjął wygodną pozycję, stawiając prawą stopę na leżącym obok głazie i opierając ręce na kolanie. Zmiana pozycji z wyprostowanej przyniosła mu długo wyczekiwaną ulgę dla jego pleców. Wiele lat służby nie pozostawało bez śladu. Plecy przypominały mu o całodniowym marszu.
Przysłuchiwał się tak przechwałkom Adolfa i Viktora, nie widząc nawet potrzeby komentowania ich pokazówki. Nie skomentował nawet uwag co do organizacji obozowiska na noc. Bezpośrednio zwrócił się jedynie do Wulfa.
– Ruszajmy. Niebawem będzie ciemno. Może uda się nam upolować choćby zająca czy jakąś kuropatwę na polach.
Mając w głowie jednak wcześniejsze dywagacje, że zapewne wszelka zwierzyna została z okolicy wypłoszona, był pogodzony z tym, że dziś na kolację znowu zje jedynie suchary, których miał już dość i których porcje karnie sam sobie wydzielał, żeby wystarczyły mu one na jak najdłużej. Lubił dyscyplinę i sam sobie ją narzucał.
Chwycił konia za lejce, po czym ruszył za Wulfem i rzucił tylko na odchodne, patrząc przed siebie:
– A wy, panowie, to uzbierajcie choćby jakichś jagód w lesie, jak już się tam udacie...
-
ROLF I WULF
Dwaj mężczyźni ruszyli wzdłuż ściany lasu, nie oddalając się od polany bardziej, niż było to konieczne. Początkowo ziemia nie zdradzała nic niepokojącego. Wyschnięta trawa uginała się pod butami, a wiatr poruszał jedynie najwyższymi gałęziami drzew. Nieopodal, w płytkim obniżeniu terenu, odnaleźli niewielki strumień. Woda była chłodna i przejrzysta, zdecydowanie nadawała się do picia, choć pewnie rozsądnie byłoby ją przegotować. W pobliżu nie brakowało również martwych gałęzi i suchego drewna, które bez problemu można było zebrać i rozpalić przy ich pomocy ognisko, bez zapuszczania się głębiej w las i narażania się na większe niebezpieczeństwo.
Kiedy wracali, Wulfowi nagle rzuciło się coś w oczy. Pod miękką ziemią przy brzegu strumienia odcisnęło się kilka różnych śladów. Na pierwszy rzut oka trudno było powiedzieć do kogo należą. Obok śladów bosych, szerokich stóp ludzkich widniały głębokie odciski rozdwojonych racic. Grupa liczyła co najmniej pięć stworzeń, być może więcej. Przeszły tędy niedawno, kilka godzin temu, nie więcej.
Między ich tropami ciągnęła się niewielka bruzda, jakby coś ciężkiego wleczono po ziemi. Wulf dostrzegł również odciski podkutych butów. Człowiek szedł nierówno, potykając się, a w kilku miejscach jego ślady zupełnie znikły, zastąpione przez bruzdę i pojedyncze krople krwi. Nie wyglądało to na ślad zabitego zwierzęcia. Kogoś prowadzono albo ciągnięto do lasu.
Rolf zauważył natomiast coś innego. Trop przez dłuższy czas biegł równolegle do drogi, pozostając tuż za pierwszą linią drzew. Dopiero kilkaset kroków dalej stworzenia skręciły głębiej w Drakwald. Nie poruszały się przypadkowo, lecz obserwowały trakt, pozostając niewidoczne dla idących nim podróżnych. Ślady znikały gdzieś pomiędzy drzewami.AURIEL I VIKTOR
Gdy reszta drużyny ruszyła, Auriel i Viktor pozostali na polanie, by zająć się obozem. Przez chwilę dochodził do nich jeszcze szelest kroków i trzask łamanych gałązek, lecz dźwięki te szybko rozpłynęły się po okolicy i stały się częścią wszechogarniającej ciszy. Wkrótce zostali sami pośród wysokich traw, z ciemniejącym lasem po jednej stronie i pustą drogą po drugiej.
Wybrane miejsce nadawało się na obóz lepiej, niż mogło się początkowo wydawać. Pagórek wznosił się nieznacznie ponad otaczający teren, dzięki czemu nawet po deszczu nie powinna zbierać się tutaj woda. Z jego szczytu można było obserwować zarówno drogę, jak i znaczną część polany, a najbliższe drzewa znajdowały się wystarczająco daleko, by nikt nie mógł podejść pod osłoną gałęzi aż do samego ogniska. W trawie nie było nor ani świeżych śladów dużych drapieżników. Nic nie próbowało również ugryźć ich w nogę, gdy oczyszczali miejsce pod posłania.
Kiedy mag uniósł swój biały kostur i otworzył zmysły na przepływ Aethyru, otaczający go świat na moment nabrał innego wymiaru. Blade, ledwie dostrzegalne smugi Wiatrów Magii przesuwały się ponad ziemią i prześlizgiwały pomiędzy pniami. Były kapryśne i niespokojne, jak zwykle w tak starym lesie, nie skupiały się jednak wokół żadnego konkretnego miejsca. Auriel nie odnalazł śladu niedawno rzuconego zaklęcia, magicznego przedmiotu ani istoty aktywnie kształtującej Wiatry. Cokolwiek kryło się w Drakwaldzie, nie zdradzało swojej obecności za pomocą magii.
Viktor tymczasem obchodził wzniesienie, ugniatając butem wysoką trawę i wypatrując kamieni, korzeni oraz innych przeszkód, które po zmroku mogłyby utrudniać poruszanie się po obozowisku. Po zachodniej stronie pagórka zauważył, że źdźbła leżały płasko na ziemi. Nie był to skutek wiatru. Ktoś przebywał tam niedawno, ukryty w zagłębieniu pomiędzy trawami i niewielkim krzewem tarniny.
Zdeptany obszar był zbyt duży, by pozostawił go jeden człowiek. Ziemię znaczyły rozmazane wgłębienia, lecz była zbyt twarda, aby zachować wyraźne tropy. Dopiero przy kolczastym krzewie Viktor dostrzegł coś jaśniejszego, zaczepionego o jedną z gałęzi. Był to wąski pas czarnego, grubego sukna, oderwany od dłuższej szaty. Jedna jego krawędź była postrzępiona, jakby materiał rozerwano gwałtownym szarpnięciem. Drugą zdobił haft wykonany srebrną i czerwoną nicią: ciężki młot na tle komety o dwóch ogonach.
Kilka kroków dalej, tuż przy granicy lasu, trawa była przygnieciona w wąskim pasie prowadzącym między drzewa. Wyglądało to tak, jakby kogoś przewrócono, a następnie zaciągnięto w stronę Drakwaldu.MATTHIAS I ADOLF
Matthias i Adolf zagłębili się pomiędzy drzewa, pozostawiając za sobą bladą poświatę otwartej polany. Już po kilkunastu krokach las zdawał się zamknąć wokół nich. Pnie rosły gęsto, niskie gałęzie zahaczały o ramiona, a ziemię pokrywała gruba warstwa zeszłorocznych liści, igliwia i wilgotnego mchu. Każdy nieostrożny krok mógł zdradzić ich obecność trzaskiem gałęzi.
Początkowo nie znaleźli niczego, co nadawałoby się na kolację. Las pozostawał niepokojąco cichy, jakby zwierzyna opuściła tę część kniei albo ukryła się głębiej w swoich legowiskach. Nie widzieli ptaków, nie słyszeli szelestu drobnych zwierząt. Nawet owady zdawały się ucichnąć wraz z nadejściem wieczoru. Dopiero po pewnym czasie Matthias dostrzegł ruch pomiędzy drzewami. Na niewielkiej przecince stała młoda sarna.
Nie uciekła od razu. Znieruchomiała z uniesioną głową, wpatrując się w przestrzeń szeroko otwartymi oczami. Jej boki poruszały się szybko, jakby zwierzę od dłuższego czasu biegło albo znajdowało się w stanie skrajnego wyczerpania. Na sierści widniały smugi błota, a jedna z tylnych nóg drżała przy każdym ostrożnym kroku. Nie zachowywała się jak zdrowe leśne zwierzę, nie poruszała się pewnie, nie próbowała również znaleźć osłony w gęstwinie. Obracała głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby sama nie wiedziała, skąd przyszła ani którędy powinna uciekać.
Dzieliło ich od niej kilkadziesiąt kroków. Wiatr wiał od strony zwierzęcia, dzięki czemu nie mogło jeszcze wyczuć ich zapachu. Teren pomiędzy nimi porastały młode paprocie i niskie krzewy, zapewniające dość osłony, by spróbować podejść bliżej. Jeden nieostrożny ruch wystarczyłby jednak, aby sarna rzuciła się do ucieczki.
Wtedy jednak do nozdrzy Adolfa dotarła woń dymu. Zapach napływał z głębi lasu, z kierunku położonego nieco na północ od miejsca, w którym stała sarna. Cóż, najwidoczniej ktoś kompletnie nie znał lub lekceważył zasady bezpieczeństwa w lesie... Chwilę później pojawił się kolejny zapach - pieczone mięso. Sarna także uniosła łeb w tamtym kierunku. Jej ciało napięło się, a uszy przylgnęły do głowy. Zrobiła jeden chwiejny krok w tył.
Matthias i Adolf musieli zdecydować. Mogli skupić się na polowaniu, spróbować podejść zwierzę i zapewnić towarzyszom świeże mięso. Sarna była wystraszona i osłabiona, lecz wciąż mogła zniknąć pomiędzy drzewami przy najmniejszym błędzie. Mogli również porzucić łowy i ruszyć za zapachem dymu. Ktokolwiek rozpalił ognisko w głębi Drakwaldu, znajdował się poza zasięgiem wzroku pozostałych członków drużyny.
A zmrok zapadał coraz szybciej... -
Na skraju Drakwaldu
Wulf podniosł się z klęczek, położył dłoń na rękojeści swojego myśliwskiego toporka z nienawistnym grymasem na twarzy. Wiedział doskonale, że sierżant Stahl nie potrzebował żadnych wyjaśnień, ale mieszanina gniewu i wstrętu nie pozwoliła tropicielowi zachować mysli dla siebie.
- Plugawcy. Kozłorożcy i ich półczłecze wynaturzenia - wycedził przez zęby kreśląc jednocześnie wolną ręką ochronny znak na piersi - Jakieś pół tuzina i chyba mieli ze sobą brańca. Nigdym nie słyszał, żeby te bestie nosiły podkute buty, znaczy się, zasadziły się w pobliżu drogi na kogoś, kto najpewniej podróżował w pojedynkę.
Wulf odwrócił głowę w kierunku, gdzie do lasu weszli Matthias z Adolfem, ale obaj lekkomyślni kompani już dawno zdążyli zniknąć w głuszy. Myśliwy wymamrotał jakieś mało pochlebne słowa, przeniósł wzrok ku pagórkom, na zboczach których świetlisty czarodziej szukał dobrego miejsca pod nocny spoczynek.
- Sierżancie, mus wam zdecydować, co czynimy - powiedział szybko tropiciel, ponownie spoglądając na czarną ścianę lasu - Ja bym się wpierw cofnął ku jego jasności, coby ich przestrzec, że coś może z kniei wychynąć, a Viktora zabrać i ruszyć śladem tych dwóch suczych chwostów. Niechby się Taal zmiłował i sprawił, że nie zdążą narobić zbyt wielkiego rwetesu, ale może być tak, że już ich tam coś żre na żywca.
Nie przestając mówić Rapecke sięgnął po łuk wyciągając go z przewieszonego przez plecy sajdaka, pociągnął palcami na próbę za cięciwę.
- Ja bym tak uczynił, ale wyście starsi szarżą, co radzicie?
-
Ralf stał obok Wulfa, raz zerkając na ślady, a raz na okolicę, żeby wypracować jakiś plan działania. Ich koń wyczuwał jakiś niepokój. Zachowywał się niespokojnie, pomimo że stali samotnie wśród ciszy.
Na gniewny komentarz Wulfa odpowiedział jedynie:
– Plugastwo... zapewne zamęczają teraz jakiegoś nieszczęśnika.
Pomimo, że myśliwy nadal nazywal go sierżantem, Rolf nie był na służbie i nie obowiązywała żadna szarża. Mimo to nienawiść do plugastwa i poczucie obowiązku, ukształtowane przez wieloletnią służbę, nie pozostawiały cienia wątpliwości. Trzeba było pomóc nieszczęśnikowi, póki istniał jeszcze choć cień szansy, że może się to udać. Rolf zerknął na swój pistolet, upewniając się, że nadal ma komplet naboi. Następnie zwrócił się do myśliwego:
– Jestem spokojny o to, że Auriel i Viktor, ze swoimi umiejętnościami, poradzą sobie z plugastwem na otwartej przestrzeni. Zresztą doskonale powinni wiedzieć, że z tych chaszczy może coś na nich wyleźć. A możliwe, że właśnie ktoś zamęcza w lesie człowieka – ciągnął dalej. – Jeśli zwierzoludzie poszli tam na noc rozbić obóz, nie mogli wejść nie wiadomo jak głęboko.
– Nie ma czasu do stracenia – rzekł Rolf z pełnym przekonaniem. – Podejdźmy i zorientujmy się, co się tam dzieje. Tylko uważajmy, żeby nie wpaść na Mathiassa i Adolfa, aby przez przypadek się wzajemnie nie ostrzelać. Jeśli usłyszą odgłosy walki, powinni przyjść nam z pomocą... albo my im. -
Na skraju Drakwaldu
Rapecke kiwnął głową przyjmując do wiadomości decyzję sierżanta, musnął opuszkami palców amulet z jeleniej kości, po czym ruszył pomiędzy prastare strzeliste drzewa mrocznej kniei. Niepokój walczył w jego sercu o lepsze z gniewem i żądzą krwi. Zwierzoludzie i mutanci, istoty stworzone przez bogów, których imiona wypowiadali na głos jedynie głupcy; bestie plugawiące uświęconą z woli Taala przyrodę, wynaturzające ją poprzez odrażające rytuały. Nawet Wielki Las Talabeclandu nie był od nich wolny i zdarzało się Wulfowi natrafiać w gęstych matecznikach na ślady po obozowiskach kozłorogich: na zagrzebane w popiołach kości pożartych ludzi, na truchła padłych od chorób lub zwaśnionych ostrzy zwierzoludzi i na ich runiczne kamienie, które samą swoją aurą potrafiły zabijać lub wynaturzać otaczający je las.
Bezwzględne zwalczanie tych zdegenerowanych istot Wulf postrzegał za powinność, zanim jeszcze dołączył do kapłanów Króla Bogów, zaś pobierane od nich nauki tylko go utwierdziły w tym przeświadczeniu potęgując jednocześnie sprawiedliwą nienawiść.
- Mnie łatwiej się w gąszczu ukryć bez zbroi takiej jak wasza, sierżancie - rzucił półgłosem przez ramię, wyciągając z kołczanu opatrzoną czerwonymi piórami strzałę - Trzymajcie się w tyle, ostrzegę was, kiedy nastanie taka potrzeba.
I nie czekając na odpowiedź Stahla zniknął wśród wypełnionych głębokim cieniem zarośli.
-
Auriel trwał jeszcze przez chwilę nieruchomo, opierając obie dłonie na kosturze. Świat po otwarciu zmysłów na emanacje eteru zawsze wydawał mu się przez moment zbyt płaski, zbyt pozbawiony głębi. Blade smugi Wiatrów Magii gasły powoli, jak świetliste powidoki zostające pod powiekami po zbyt długim patrzeniu w słońce. Zostawała po nich tylko zwyczajna rzeczywistość, czyli teraz głównie chłód osiadający na karku i ciężka cisza rozpięta pomiędzy polaną a Drakwaldem. Brak wyczuwalnego spaczenia Dhar powinien był przynieść ulgę i w pewien sposób rzeczywiście to zrobił, ale pewne podskórne poczucie niepokoju nadal mu towarzyszyło.
Las milczał. Nie było w nim niczego, co zdradzałoby się błyskiem, szelestem czy nagłym poruszeniem gałęzi. Bez kontekstu tej ciszy zielona toń pozostawała po prostu cichą połacią drzew i głupio byłoby dalej trwać w przeświadczeniu, że coś jest nie tak, zwłaszcza że wszystko wyglądało zwyczajnie. Znaczy się, pomijając dojmujący brak odgłosów lasu.
– Cóż – mruknął w końcu. – Może okolica jest cicha przez drapieżniki. Jeśli tak, wizja pieczonego pająka może wcale nie być taka abstrakcyjna.
Rzucił te słowa do stojącego nieco dalej Viktora, który właśnie coś mu wskazywał.Skrawek czarnego sukna i wygnieciona trawa zatrzymały uwagę Auriela na dłużej. Próbował odczytać to miejsce tak, jak mógłby zrobić to tropiciel, ale brakowało mu w tej dziedzinie umiejętności. Dlatego skupił się na materiale. Skąd w tym miejscu wzięło się coś takiego? Srebro i czerwień haftu wyróżniały się na tle ciemnego sukna, a samo wykonanie wyglądało na zbyt kosztowne, by należało do przypadkowego włóczęgi. Mag długo wpatrywał się w kawałek materiału, próbując zmusić umysł do pracy, lecz w końcu dał za wygraną i przeniósł wzrok dalej, ku granicy lasu. Zmierzch zdążył zgęstnieć. Ślad w trawie ginął właśnie tam, gdzie kończyła się otwarta przestrzeń i zaczynała właściwa część Drakwaldu.
Auriel poczuł, jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się pomiędzy łopatkami. Nie strach jeszcze. Raczej świadomość, że niepokój, który od jakiegoś czasu podskórnie mu towarzyszył, mógł jednak mieć jakieś podłoże.
– Nie podoba mi się do końca spacer w tamtym kierunku – powiedział w końcu ciszej. – A jeszcze mniej podoba mi się myśl, że ktoś mógł zostać tam zaciągnięty i nadal żyć.
Zawiesił głos, patrząc w ciemność. Przez moment wyglądał tak, jakby rozsądek i ciekawość prowadziły w jego głowie bardzo krótką, ale wyjątkowo zażartą dyskusję. W końcu zwyciężyło coś pomiędzy jednym a drugim.
– W innym wypadku zaproponowałbym, byśmy poczekali na resztę, ale to może być kwestia czasu. Nie proponuję, żebyśmy zapuszczali się daleko – wyjaśnił. – Ale możemy podejść kawałek. Tylko tyle, żeby sprawdzić, czy ślad prowadzi dalej i czy dowiemy się czegoś więcej.
Spojrzał na Viktora.
– A jeśli okaże się, że to głupi pomysł, będziemy mogli wrócić i z pełnym przekonaniem powiedzieć reszcie, że osobiście to sprawdziliśmy. Pójdziesz ze mną? – zapytał, bo wprawdzie wolałby nie iść tam sam, ale zrobiłby to, jeśli musiał. Idea niesienia pomocy była zbyt mocno wpleciona w jego naturę, by pozwolić mu po prostu odwrócić wzrok.Ujął kostur pewniej i ruszył w stronę skraju lasu. Trawa stawała się tam niższa i bardziej wilgotna, a ziemia pod stopami miększa. Powietrze przy drzewach było chłodniejsze, cięższe od zapachu kory, mchów i mokrej ziemi. Mag nie wahał się, ale przy pierwszych pniach zatrzymał się jeszcze na moment i wsłuchał w ciemność, próbując wyłapać wszystko, co nie pasowało do tej martwej ciszy.
Dopiero gdy nic nie odpowiedziało, położył dłoń na górskim krysztale wieńczącym jego kostur. Na ułamek chwili przymknął oczy. Hyish był subtelniejszy od innych Wiatrów, bardziej uporządkowany, chłodny i czysty. Auriel nie próbował go pochwycić siłą. Pozwolił raczej, by cienka smuga światła spłynęła ku niemu przez eter i zebrała się wokół kryształu. Kamień pod jego palcami stał się nagle chłodniejszy, jakby przez jego wnętrze przepłynęła woda ze źródła ukrytego głęboko pod ziemią.
– Solaeth... – wyszeptał.
Przez wnętrze kryształu przebiegła cienka, mlecznobiała żyłka. Po chwili rozgałęziła się na dziesiątki drobnych refleksów, aż cały kamień rozjarzył się równomiernym, jasnym blaskiem. Nie przypominał płomienia pochodni. Było to raczej światło chłodne i czyste, niemal srebrzyste, rozlewające się miękko na leśnym runie. Mroczna osnowa Darkwaldu cofnęła się, a najbliższe drzewa wyłoniły się z czerni jedno po drugim, ukazując splątane korzenie i głębsze warstwy lasu, które jeszcze przed chwilą stanowiły jednolitą ścianę cieni. Kryształ na szczycie kostura wyglądał teraz jak fragment bladej gwiazdy zamknięty w kamieniu. Auriel uniósł go nieco wyżej.
– Chodźmy – rzucił do Viktora, a potem zrobił pierwszy krok pomiędzy drzewa.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się