Oprócz papieru, który mógł być przepustką do ciekawego życia, tudzież garści jedzenia, świątynia dała im, dzięki Boschowi, nieco broni. A oręż mógł pomóc wydostać się ich małej grupce z przeklętego miasta.
Włócznia do rzucania zdała się Oswaldowi nieco nieudanym pomysłem... Rzucasz i zostajesz z gołymi rękami. Kusza była lepsza. Dawała szansę nie tylko utrupienia oponenta z pewnej odległości, ale i powtórzenia próby wysłania przeciwnika do królestwa Morra, gdyby pierwsza próba się nie powiodła.
Zatem Oswald zaopiekował się kuszą i bełtami.
|-* * *-|
Miasta Oswald nie znał, więc poszedł bez pytania za Ulrichem, który doprowadził ich do miejsca, gdzie, na upartego, mogliby nawet przeczekać do chwili, gdy ktoś przybędzie do miasta i uratuje tych, których da się uratować.
Albo i zabije, na wszelki wypadek, wszystkich - i chorych, i zdrowych. Więc lepiej być wtedy jak najdalej stąd.
- Wchodzimy, wchodzimy - odparł na pytanie cyrulika. - Ale może potem warto jakoś lepiej się przyodziać, nim opuścimy to miasto, na które najwyraźniej zły los padł. Porządna szata byłaby dobrym dodatkiem do pisma, co je nam świątynia dała.