Przejdź do treści
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus
  • Rozgrywka

    Rozgrywka
    20
    4 Głosy
    20 Posty
    415 Wyświetlenia
    MortarelM
    Noc dłużyła się bardziej, niż powinna. Po walce nikt nie wrócił już do pełnego spokoju, nawet jeśli zmęczenie w końcu zmusiło ludzi do snu. Pieter spał płytko, bardziej nasłuchując niż odpoczywając. Co jakiś czas budził go trzask drewna, ruch konia albo cichy dźwięk własnych dzwoneczków poruszonych przez wiatr. Za każdym razem ręka odruchowo odnajdywała łuk. Ale alarm nie odezwał się naprawdę ani razu. Las tym razem ich oszczędził. Świt przyszedł ponury i zimny. Ogień dogorywał już tylko czerwonym żarem, a powietrze w pieczarze miało ciężki zapach dymu, wilgotnych skór i krwi wilków, której mimo śniegu nie dało się całkiem pozbyć. Na zewnątrz panowała sina szarość. Niebo wyglądało jak brudna blacha zawieszona nad lasem. Pieter podniósł się pierwszy albo prawie pierwszy. Zwinął śpiwór, sprawdził linki z dzwoneczkami i wyszedł obejrzeć konia. Zwierzę przetrwało noc dobrze, choć nadal było niespokojne. Falk poprawił uprząż, obejrzał kopyta i dał mu chwilę spokoju, głaszcząc kark grubą rękawicą. Dopiero wtedy wrócił bliżej ognia. I wtedy poczuł ten zapach. Tłuszcz, mięso... smażone mięso. Heinrich siedział przy ogniu jak gdyby nigdy nic, obracając nad płomieniem kawałki wilczego mięsa. Skwierczały cicho nad ogniem, tłuszcz kapał na żar i syczał. Zapach był ciężki, dziki i nieprzyjemny. Pieter zatrzymał się w pół kroku. Przez chwilę tylko patrzył. Na mięso, na Heinza, na wilczą skórę leżącą obok. Potem powoli podszedł bliżej ognia, ale usiadł po drugiej stronie niż rudowłosy. Wyciągnął własny suchy prowiant i odgryzł kawałek twardego chleba, jakby demonstracyjnie wybierał nawet czerstwy chleb zamiast tego, co smażyło się nad ogniem. Milczał długo. W końcu splunął w bok. — Psojad...— rzucił cicho, wykonując zabobonny gest odpędzania złego. Nie podniósł głosu. Nie próbował wywoływać kłótni. Powiedział to tonem człowieka stwierdzającego coś oczywistego. Jego spojrzenie przesunęło się po wilczym mięsie. Po tych słowach zamilkł znowu i zajął się sprawdzaniem łuku oraz cięciwy, jakby temat przestał go interesować. Ale od tej chwili patrzył na Heinza inaczej. Jak na kogoś, komu głód albo bieda dawno już odebrały część człowieczeństwa. Pieter Falk jadł śniadanie powoli. Nie dlatego, że mu smakowało. Po prostu po nocy spędzonej w pieczarze ciało potrzebowało czasu, żeby przypomnieć sobie, że nadal należy do żywych. Siedział blisko ognia, z ramionami lekko pochylonymi, i żuł twardy kawałek chleba, który w ustach zmieniał się bardziej w obowiązek niż w posiłek. Kiedy Sneider zażądał oględzin dłoni, Falk bez słowa wyciągnął ręce. Nie wyglądał na urażonego. Właściwie nie wyglądał na nic szczególnego. Pozwolił Łowcy obejrzeć palce, kostki, skórę przy paznokciach, a potem tylko zacisnął dłonie z powrotem w rękawicach. Nie trzeba było mu tłumaczyć, że skaza potrafi wejść w człowieka przez ranę mniejszą niż zadrapanie od ciernia. Widział już rzeczy, które zaczynały się od plamki, swędzenia, dziwnego ciepła pod skórą. Widział ludzi, którzy jeszcze rano wyglądali jak ludzie, a wieczorem już nikt nie chciał wymówić ich imienia. Ruszyli. Drugi dzień marszu był gorszy, choć droga wydawała się łatwiejsza. Może właśnie dlatego. Pierwszego dnia człowiek idzie jeszcze na uporze, świeżym strachu i obietnicy zapłaty. Drugiego ciało zaczyna wystawiać rachunek. Stopy robią się cięższe, pasy bardziej wrzynają się w ramiona, zimno znajduje nowe szczeliny pod ubraniem, a myśli nie idą już prosto, tylko zataczają powolne kręgi wokół rzeczy, których lepiej było nie rozgrzebywać. Pieter prowadził bez gadania. Mapa Ulmanna pomagała. Nie ufał jej całkiem, ale korzystał z niej częściej, niż miałby ochotę przyznać. Parę kresek na pergaminie potwierdzało to, co pamiętał z własnych dróg, a parę innych korygowało wspomnienia, które śnieg i lata zdążyły rozmyć. Raz zatrzymał grupę przy miejscu, gdzie trakt zdawał się iść prosto, ale mapa i układ drzew mówiły co innego. Odgarnął śnieg przy wykrocie i znalazł kamień, dokładnie tam, gdzie powinien być. Innym razem ominął jar, który z góry wyglądał łagodnie, ale w środku mógł ich kosztować godzinę omijania trudnego terenu, jeśli nie więcej. Gdy las zaczął się zmieniać i pojawiły się pierwsze ślady stałej ludzkiej pracy, zwolnił nieznacznie. Nacięcia od siekier, stare pniaki, drewno przykryte śniegiem, przewrócone sanie. Wszystko to mówiło, że Dunkelwald nie był już tylko nazwą i dymem gdzieś przed nimi. Był blisko. A bliskie osady miały swoje własne ślady, inne niż las. Przy kopcu kamieni z wilczym kłem zatrzymał wzrok na dłużej. Nie podszedł od razu. Spojrzał tylko, zapamiętał rzemień, wysokość kamieni, stronę, ku której zwisał kieł. Miejscowi robili takie rzeczy z jakiegoś powodu. Może dla Ulryka. Może przeciw wilkom. Może po to, żeby dodać sobie odwagi, kiedy nocą słyszało się wycie z lasu. W Hochlandzie ludzie rzadko wieszali zęby, kości i wstążki dla ozdoby. — Dużo wilczych znaków — mruknął półgłosem do Tomasimo, kiedy ruszyli dalej. — Po ostatniej nocy nie podoba mi się to. — Lepiej, żeby mieszkańcy tej wioski pilnowali swoich kundli. - zerknął z ukosa na Heintza. Kiedy zobaczyli Dunkelwald, Pieter nie poczuł ulgi. Dym z kominów powinien oznaczać dach, ogień i ludzi. Po dwóch dniach marszu przez śnieg człowiek powinien przyjąć taki widok z wdzięcznością. Falk patrzył jednak na wieś tak, jak patrzy się na ślad w śniegu: najpierw kształt, potem głębokość, potem kierunek, a dopiero na końcu pytanie, kto go zostawił. Studnia, martwy dąb, wstążki, wilcze kły, ludzie znikający z okien, drzwi zamykane powoli. Pieter nic nie powiedział, ale poprawił pas z bronią. Gdy chłopiec odezwał się za ich plecami, Falk odwrócił się szybciej, niż powinien człowiek zmęczony całym dniem marszu. Nie sięgnął po broń, ale ręka zatrzymała się blisko pasa. Spojrzał na dziecko, potem na kobietę, która pojawiła się chwilę później i zabrała je do domu. — Dzieci rzadko wymyślają takie rzeczy — powiedział cicho do towarzyszy. |=W stajni zajął się koniem, zanim wszedł do karczmy. Rozsiodłał go, sprawdził grzbiet, podał obroku tyle, ile należało i obejrzał miejsce przy żłobie. Nie lubił zostawiać zwierzęcia byle gdzie, a jeszcze mniej lubił stajnie, w których za dużo rzeczy stało pod ścianami. Beczki, narzędzia, wózek, miejscowe konie, krowy, zamarznięte jabłkowe wytłoki. Dopiero po upewnieniu się, że koń ma się dobrze wszedł do środka. Izba karczmy "Pod Kwaśnym Jabłkiem" była ciepła, zadymiona i kwaśna od jabłek, mokrych ubrań oraz ludzkiego potu. Pieter nie zdejmował płaszcza od razu. Stanął bliżej ściany, tak by widzieć drzwi, schody i klapę w podłodze. Patrzył po twarzach miejscowych, czytając emocje wstępujące na ich twarze. Sneider zrobił to, co Sneider zwykle robił. Wszedł i sprawił, że ludzie przypomnieli sobie wszystkie winy, nawet te, których nie mieli. Falk słuchał rozmowy przy szynkwasie bez komentarza. Nie lubił sposobu, w jaki Łowca przepychał się przez ludzi samą obecnością, ale musiał przyznać, że działało. Karczma pustoszała szybciej niż las po pierwszym wystrzale. To też miało swoją cenę. Ludzie zastraszeni mówili mniej. Albo mówili to, co ich zdaniem chciał usłyszeć człowiek w kapeluszu. Kiedy Sneider przekazał im klucz i wspomniał o wejściu w jego buty, Pieter spojrzał na niego bez szczególnego entuzjazmu. Potem zerknął na Tomasimo, który już planował rozmowy, cydr, kaplicę i pewnie jeszcze plotki z połową wsi, zanim reszta zdąży rozpiąć pasy. Falk znał ten wyraz twarzy niziołka. Ashfield miał zamiar iść między ludzi i wyciągać z nich słowami informacje tak, jak inni wyciągali drzazgi z dłoni. W izbie, którą im przydzielono, Pieter najpierw podszedł do okna. Sprawdził okiennice, rygiel, szczeliny i to, czy dało się przez nie zajrzeć z zewnątrz. Potem obejrzał drzwi, zawiasy i zamek. Dopiero później odłożył rzeczy. Posłanie wybrał blisko ściany, z widokiem na wejście, ale nie pod samym oknem. Łuk postawił tak, by sięgnąć po niego bez wstawania. Mapę Ulmanna schował głęboko, zawiniętą i zabezpieczoną przed wilgocią. Na pytanie o warty nie protestował. — Wezmę drugą — powiedział po Heinrichu. — Albo tę po Tomasimo. Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza. — Warta na korytarzu ma sens. Jak ktoś będzie szedł do izby Sneidera, usłyszymy. Jak do naszej, też. Gdy Tomasimo zszedł na dół, Pieter nie poszedł za nim od razu. Został chwilę w izbie, porządkując rzeczy bardziej z nawyku niż z potrzeby. Potem wyszedł na korytarz i stanął w przejściu, skąd mógł słyszeć część rozmowy z dołu, choć nie próbował w niej uczestniczyć. Niziołek nadawał się do tego lepiej. Pieter swoją obecnością częściej zamykał ludziom usta, niż je otwierał. Po pewnym czasie zszedł jednak do stajni. Jeszcze raz sprawdził konia. Nie dlatego, że coś musiało być nie tak, lecz dlatego, że w nowym miejscu lepiej było upewnić się dwa razy. Przesunął dłonią po uprzęży, zerknął na miejscowe zwierzęta, na beczki, na wytłoki, na kota siedzącego gdzieś wysoko. Potem zatrzymał się przy wejściu i spojrzał na plac lustrując go wzrokiem. Pieter stał tak przez dłuższą chwilę. Pomyślał o sytuacji z dzieciakiem. Nie lubił kaplic nocą. Nie lubił też dzieci, które ostrzegały przed nimi obcych tuż po ich przyjeździe. Wrócił do karczmy bez pośpiechu. Zatrzymał się przy drzwiach, otrzepał śnieg z butów i obejrzał izbę jeszcze raz, jakby próbował zapamiętać układ ław, schodów, szynkwasu, kuchni i klapy prowadzącej w dół. Dopiero wtedy wrócił do przydzielonej jej izby, próbując zasnąć i zregenerować się po podróży.
  • Komentarze

    Komentarze
    88
    0 Głosy
    88 Posty
    798 Wyświetlenia
    DhratlachD
    Wciągnąć może nie... Ale o wepchnięciu jakoś cicho...
  • Materiały
  • Homerules

    Materiały
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    45 Wyświetlenia
    PiołunP
    Homerule: Rozliczanie obrażeń i Trafienia Krytyczne W przypadku zwykłych przeciwników, po spadku Żywotności do 0, taki przeciwnik wypada z walki, najczęściej jako martwy, niezdolny do dalszego działania albo pobity w walce na pięści i spacyfikowany, zależnie od sytuacji fabularnej (oczywiście zwykłe ogłuszenie też jest dostępne). Pełne zasady Trafień Krytycznych zachowuję dla: bossów, istotnych BN-ów, potworów i innych przeciwników, przy których ma to znaczenie fabularne lub dramatyczne. Jeśli chodzi o efekty, które normalnie wpływają na Trafienia Krytyczne, czyli np. Morderczy Atak oraz cechę oręża Precyzyjny, to mam dla nich nowe przeznaczenie. Skoro nie mogą wpływać na TK w walce ze zwykłymi przeciwnikami, to pomogą w inny sposób. W sytuacji, gdy zwykłemu przeciwnikowi miałoby pozostać 1-2 pkt. żywotności (w zależności, czy postać ma sam talent, samą broń z tą cechą, czy oba naraz), to takowy przeciwnik zostaje uśmiercony dzięki wyżej wymienionym efektom, które wykańczają wroga. W przypadku wrogów gdzie dalej utrzymuje TK, efekty te działają jak w podręczniku.
  • KP Bohaterów

    Materiały
    5
    0 Głosy
    5 Posty
    123 Wyświetlenia
    MortarelM
    [image: 1778706833720-przepatrywacz.png] Imię: Pieter Falk Profesja: przepatrywacz Wiek: 35 Wygląd: Pieter Falk to wychudzony, około trzydziestoletni mężczyzna o pociągłej, zszarzałej od zimna i wiatru twarzy. Nosi kilkudniowy zarost i proste, przybrudzone ubrania podróżne, noszące ślady długiej drogi. Jego chłodne oczy rzadko patrzą rozmówcom w twarz — częściej obserwują otoczenie, drzwi i cienie. Porusza się oszczędnie i czujnie, jak ktoś przyzwyczajony do zagrożenia. Charakter: Falk jest małomówny, szorstki i pozbawiony ogłady towarzyskiej, przez co często sprawia wrażenie nieuprzejmego lub obojętnego. Lepiej rozumie ślady i zagrożenia niż ludzi, dlatego w rozmowach bywa bezpośredni aż do niezręczności. Nie ufa słowom — obserwuje, zapamiętuje i reaguje dopiero wtedy, gdy jest czegoś pewien. W sytuacjach niebezpiecznych działa szybko i bez wahania, kierując się instynktem i doświadczeniem, a nie opinią innych Widoczny ekwipunek: skórzana kurta i hełm łuk i strzały (9/10) bicz sieć tarcza miecz jednoręczny koń juki lina sakwy podróżne ubranie śpiwór bukłak z wodą Statystyki: (W tym podpunkcie wyśle każdemy później statystyki w formie graficznej tabeli) Punkty Żywotności (Żyw): 13 Punkty Przeznaczenia (PP): 3 Punkty Szczęścia (PS): 1/3
  • Bohaterowie niezależni

    Materiały
    2
    0 Głosy
    2 Posty
    46 Wyświetlenia
    PiołunP
    [image: xlxIIXA.png] Klaus Sneider Rasa: człowiek Wiek: około trzydziestu kilku lat Profesja: Łowca Czarownic Wygląd: Wysoki, krzepki mężczyzna o dłuższych, jasnych włosach i chłodnych, niebieskich oczach. Twarz ma pociągłą, zmęczoną, ale surową. Nosi ciężki zimowy płaszcz, szerokorondy kapelusz z piórem, solidny pancerz, miecz, pistolet i symbole Sigmara, w tym żelazną broszę z podwójną kometą. Charakter: Opanowany, stanowczy i nieprzyjemnie pewny swojego urzędu. Mówi oszczędnie, patrzy przenikliwie i sprawia wrażenie człowieka, który nie zwykł prosić dwa razy. Głęboko wierzy w swoją misję, a wobec rannego kapłana Leopolda Manna zdradza ponury szacunek i lojalność.