Przejdź do treści
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus
  • Rozgrywka

    Rozgrywka
    32
    4 Głosy
    32 Posty
    772 Wyświetlenia
    PiołunP
    Tomasimo i Karczmarz Kappel spojrzał na niziołka znad szynkwasu i przez chwilę gorączkowo coś rozważał. Wcześniej łatwo mu się komentowało Łowcę Czarownic, ale rosnący tłumek pod drzwiami jego karczmy odebrał mu nieco animuszu. Właściwie to rozważał teraz, czy zamiast odpowiadać, nie lepiej udać głuchego. Nie chciał jednak, by niziołek powtórzył swoje słowa głośniej, więc odpowiedział. – Miałem rację, panie Ashfield? – mruknął, nalewając cydru. – To żadna pociecha. Akurat dzisiaj bardzo bym chciał jej nie mieć. Postawił kufel przed niziołkiem i przetarł dłonie o fartuch. – Drobiazg. Doliczę do rachunku. Wątpię, by się tym przejął. Tacy jak on mają głęboką kieszeń. Spróbował uśmiechnąć się krzywo. – Szykuje się ciężki dzień. Chyba żeby go przetrwać, sam się zaprawię – to powiedziawszy, ściągnął z kontuaru butelkę siwuchy i nalał sobie sporą porcję do cynowego kubka. – Nie obraźcie się, panie Ashfield, ale wypiję za to, byście zrobili, co macie zrobić, po czym chyżo spierdalali ze wsi. Może jak przyjedziecie innym razem sami, to inaczej was przywitamy, ale teraz chętnie bym się was pozbył. – to powiedziawszy, wypił całą zawartość kubka, skwasił się i wyszedł do kuchni znaleźć coś, by przepić mocny trunek. Pieter i Stajenny W stajni chłopak, którego Pieter przyłapał przy jukach, zbladł jak duch, ale kiwał energicznie głową. Wizja uciętych dłoni lub bata, którym zagroził mu przepatrywacz, zadziałała na jego wyobraźnię i wzbudziła strach. – Będę pilnował, panie – wyrzucił z siebie. – Będę. Przysięgam. Nikt niczego nie tknie. Ja tylko... ja nie chciałem kraść. Chciałem się tylko wywiedzieć, kto nas naprawdę odwiedził. Przełknął ślinę i cofnął się o krok. – Nic nie zginie. Słowo. Będę lepszy niż stróżujący pies – zarzekł się. Potem chwycił niedbale porzuconą wiązkę siana, rozdał koniom do żłobów i wyniósł się ze stajni, choć obiecał zaglądać co chwila. To, jak chyżo czmychał, dało Pieterowi niejaką pewność, że chłopak spełni swoją obietnicę. Kiedy jednak niziołek odwiedził go później w stajni i opowiedział o tym, co go spotkało, przepatrywacz mógł zastanowić się, czy chłopak przypadkiem nie przekręci czegoś, rozpowiadając tłumkowi przy karczmie, jak to Pieter go postraszył i przymusił do uczciwego zadania, darowując kłopotów. Obszedł się z nim życzliwie, ale słowa można obracać i oglądać z różnych stron, a z tego, co mówił niziołek, mieszkańcy sioła już wyrobili sobie na ich temat zdanie. [image: BsVqiZn.png] Przed rozpoczęciem przesłuchań bohaterowie mieli jeszcze chwilę, by zebrać się przy jednym ze stołów i wymienić wiadomości. Nie było czasu na długie opowieści, więc wymienili się faktami oraz być może wnioskami, jakie z nich wynikały. Każda z tych rzeczy osobno mogła być głupstwem, plotką albo wiejskim zabobonem, ale razem zaczynały układać się w coś niepokojącego. W końcu pogaduchy przerwał im Sneider, który otworzył drzwi, wpuszczając chłód do środka. [image: 3lEOEwi.jpeg] Karczma „Pod Kwaśnym Jabłkiem” nie pomieściła całej wsi. Ludzie tłoczyli się więc przede wszystkim na zewnątrz, pod ścianą i przy obejściu, tworząc krzywy, marznący łańcuszek ciżby, która czekała na swoją kolej. Co jakiś czas drzwi uchylały się i wpuszczały do środka zimne powietrze. W izbie zostali ci, których wezwano jako pierwszych, gospodarze, drużyna i Sneider. Kappel kręcił się za szynkwasem z krzywą miną. Elsbeth siedziała w kuchni, piekąc podpłomyki, którymi miała nadzieję umilić czas przesłuchiwanym. Z jej kuchni dochodził słodki zapach oraz skwierczenie rozgrzanego tłuszczu. Zupełnie nie pasowały do aury strachu, jaka roztaczała się w izbie głównej. Sneider stał przy największym stole, z rękawicami zdjętymi i położonymi równo przed sobą. Pozwolił pierwszej grupce ludzi trochę odstać i powiercić się nerwowo. Gra psychologiczna. Dopiero kiedy uznał, że wystarczy, uderzył knykciami w blat. Rozmowy ucichły nierówno, zarówno w środku, jak i na zewnątrz, blisko drzwi. – Dobrze. Żeby poszło nam sprawnie, trzeba nakreślić pewien porządek rzeczy. Nie będziemy tu robić jarmarku. Będziemy prosić ludzi pojedynczo. Zaznaczajcie kreskami, ile osób przesłuchaliście. Pod koniec sprawdzę, czy zgadza się to z liczbą mieszkańców. Bierzcie po jednej osobie i dobierzcie się w grupy po dwóch. Kiedy z kimś skończycie, osoba wychodząca ma wpuszczać następną. Kilka minut na głowę, chyba że coś wyczujecie. Wtedy niezwłocznie dajcie mi znać. Spojrzał na trójkę pierwszych osób w kolejce, potem na drużynę i upewnił się, że wszyscy rozumieją. – Macie patrzeć uważnie. Nie tylko słuchać. Sprawdzajcie twarze, oczy, szyje. Szukajcie znamion, narośli, dziwnych blizn i odbarwień. Jednym słowem śladów choroby, wszystkiego, co mogłoby świadczyć o skażeniu albo mutacji. Jeśli ktoś drapie się pod ubraniem, chowa ręce, nie chce zdjąć czapki albo odwraca twarz, od razu zgłoście to do mnie. Zerknął na drużynę, ale mówił tak, by słyszeli też mieszkańcy. – Jeśli chodzi o metody i pytania, zostawiam wam wolną rękę. Popytajcie trochę o to, czy jakieś zwierzęta im nie pomarły, czy któryś z sąsiadów nie zaczął się dziwnie zachowywać, czy ktoś nie nabrał zabronionych, chaosyckich zapędów. Czemu tak naprawdę wypędzono ostatnio stąd poborcę podatkowego i tak dalej. Liczę na waszą kreatywność. Zza drzwi dochodziły nerwowe odgłosy. Nie było wątpliwości, że mieszkańcy podsłuchują przez drzwi i chyba strapiło ich to, co zarządził Łowca. – Kto skłamie, odpowie za to. Przyłapanym będę zdejmował skórę z pleców batem. Oczywiście za większe przewiny, a niech los broni, oddawanie czci złym bogom Chaosu, poślemy czerwonego kura pod stos z takimi. Pozwolił groźbie wybrzmieć i dopiero wtedy wskazał trzy miejsca w karczmie. Przygotowane były trzy stanowiska, daleko od siebie, w różnych rogach karczmy, by przesłuchujący nie przeszkadzali sobie nawzajem. – Pana sołtysa zapraszam do mnie – powiedział zimnym, stalowym głosem, a nieco lepiej odziany od reszty mężczyzna usiadł w miejscu, które wskazał mu Sneider. Później odwrócił głowę ku swoim najętym pomocnikom. – Ashfield i Falk. Będziecie pracować w jednej grupie i zajmiecie tamten kąt. Weźmiecie rzeźnika – wskazał przeciwległy róg gospody, po czym przesunął wzrok dalej. – Richter i Kraus. Poczmychajcie sobie tam. Czeka was drugi stół. Będziecie przesłuchiwać zielarkę. Jak Sigmar pomoże, zaczynając od ważniejszych mieszkańców sioła, może szybciej się czegoś wywiemy. To wszystko. Powodzenia. Nie czekał na potwierdzenie. W jego świecie rozkazy miały tę przewagę nad prośbami, że bardzo oszczędzały mu czasu. Nie minęła chwila, a wszyscy zajęli swoje miejsca zgodnie z wytycznymi. [image: BsVqiZn.png] [image: ZDu1iGb.jpeg] Sołtys Otto Rauch oklapł na siedzeniu przed Łowcą. Był szeroki, krzepki, posiwiały na głowie i miał imponująco grube karczycho. Sneider znał takich ludzi, ten pokrój ludzi. Zapewne przez pół życia godził sąsiadów po bójkach, rozdzielał podatki, uciszał pijanych drwali i próbował rozładować ich spory na spokojnie. Tego ranka słowo „spokojnie” nie bardzo do niego pasowało. Miał zaciśnięte usta, pot na skroniach i mocno splecione palce. Sneider osiadł przed nim ciężko i popatrzył na niego nieprzyjemnie. Potem pochylił się lekko i zaczął z nim rozmawiać. Z drugiego końca karczmy nie dało się rozróżnić słów. Łowca mówił cicho i równo. Porzucił nawet gniewny grymas, ale zastąpiło go coś gorszego. Taka urzędowa spokojność, od której człowiek zaczynał mieć ciarki na skórze i przypominać sobie grzeszki z dalekiej przeszłości. Pozostali członkowie niechlubnego komitetu nie wiedzieli do końca, jak Łowca tego dokonał ani co powiedział rosłemu sołtysowi, ale nie minęła chwila, a Otto począł cicho szlochać. Przy stole Tomasimo i Pietera usiadł Bruno, miejscowy rzeźnik. Był wielki, ale coś w jego sylwetce i sposobie poruszania mówiło im, że mógłby być szybki, a nawet niebezpieczny. Był zbity z warstw mięśni i miał biceps wielkości uda normalnej osoby. Zapewne wszystko to od lat noszenia półtusz na barkach i mięsnej diety. Karczycho i twarz miał nieco czerwone od zimna. Małe oczy, kryjące się pod krzaczastymi brwiami, były osadzone głęboko w czaszce. Odznaczał się też dużym, krzywym nosem, który kiedyś musiał zostać złamany, a potem źle złożony. Jego dłonie były szerokie, poznaczone drobnymi nacięciami i starymi bliznami. Paznokcie miał przycięte krótko, czarne przy brzegach od starej krwi. Zresztą brunatne, rdzawe plamy znaczyły obficie cały jego fartuch, którego nie zmienił na tę „odświętną okazję”. Bruno spojrzał najpierw na Pietera i Tomasimo, oceniając ich, a wnosząc po wyrazie jego twarzy, zrobili na nim raczej marne wrażenie. – Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał, splatając olbrzymie ręce na torsie. Przy stole Moriza i Heinricha pojawiła się Marta Eberlin, zielarka. Nie była stara, gdzieś w drodze między trzydziestką a czterdziestką. Miała ładne rysy twarzy, choć problemy, jakie rozwiązywała dla ludzi we wsi, zdążyły odcisnąć na niej swoje palce. Miała szczupłą, bladą twarz, przywodzącą na myśl jasny blask jutrzenki, i ciemne włosy schowane starannie pod chustą. Na gust Moriza była zawiązana zbyt starannie, jakby przed wejściem poprawiała ją kilka razy. Całość psuł jeden detal. Miała skórzaną opaskę zasłaniającą jedno oko. Pozostałym okiem, zielonkawym albo szarym, trudno było orzec w półmroku izby, patrzyła na nich uważnie. Pachniała ziołami i dymem. Roznosiła woń suszonej mięty i czegoś, co miało korzenny aromat. Przy pasie miała małą sakwę, kilka płóciennych woreczków i nożyk do korzeni. Dłonie trzymała na stole. Na jednym palcu miała świeże zadrapanie, na nadgarstku ślad po zaciśniętym sznurku albo bandażu. Usiadła powoli, z godnością. Nie wyglądała na kobietę, którą łatwo przestraszyć. Zanim spojrzała na Moriza i Heinricha, zerknęła ku drzwiom. Ojca Berengara nadal nie było. Jeszcze. – Normalnie lubię poznawać nowych ludzi, ale nie podoba mi się natura tego spotkania. Nie ukrywam, że chciałabym mieć je za sobą. Mam w domu masę pracy – oznajmiła i czekała na rozwój sytuacji. Na zewnątrz łańcuszek mieszkańców przesunął się o krok. Podczas oczekiwania ludzie rozmawiali między sobą, wymieniając się informacjami o przybyszach. Nic, co dałoby się usłyszeć z karczmy. Były to raczej zduszone rozmowy, ale drużyna mogła odczuć, że jest na językach całej społeczności. To, co zrobili tego poranka, mogło się odbić na ich korzyść albo wręcz przeciwnie. Nie mogli jednak o tym myśleć. Trzeba było skupić się na tu i teraz. Chcąc nie chcąc, zakasali rękawy i zaczęli.
  • Komentarze

    Komentarze
    92
    0 Głosy
    92 Posty
    1k Wyświetlenia
    MortarelM
    do kiedy jest czas na odpowiedź?
  • Materiały
  • Mapki i szkice

    Materiały
    2
    0 Głosy
    2 Posty
    32 Wyświetlenia
    PiołunP
    Dodatkowo mapka karczmy dla rozeznania, z podziałem na piętra. [image: PSYcqzH.jpeg]
  • Homerules

    Materiały
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    54 Wyświetlenia
    PiołunP
    Homerule: Rozliczanie obrażeń i Trafienia Krytyczne W przypadku zwykłych przeciwników, po spadku Żywotności do 0, taki przeciwnik wypada z walki, najczęściej jako martwy, niezdolny do dalszego działania albo pobity w walce na pięści i spacyfikowany, zależnie od sytuacji fabularnej (oczywiście zwykłe ogłuszenie też jest dostępne). Pełne zasady Trafień Krytycznych zachowuję dla: bossów, istotnych BN-ów, potworów i innych przeciwników, przy których ma to znaczenie fabularne lub dramatyczne. Jeśli chodzi o efekty, które normalnie wpływają na Trafienia Krytyczne, czyli np. Morderczy Atak oraz cechę oręża Precyzyjny, to mam dla nich nowe przeznaczenie. Skoro nie mogą wpływać na TK w walce ze zwykłymi przeciwnikami, to pomogą w inny sposób. W sytuacji, gdy zwykłemu przeciwnikowi miałoby pozostać 1-2 pkt. żywotności (w zależności, czy postać ma sam talent, samą broń z tą cechą, czy oba naraz), to takowy przeciwnik zostaje uśmiercony dzięki wyżej wymienionym efektom, które wykańczają wroga. W przypadku wrogów gdzie dalej utrzymuje TK, efekty te działają jak w podręczniku.
  • KP Bohaterów

    Materiały
    5
    0 Głosy
    5 Posty
    143 Wyświetlenia
    MortarelM
    [image: 1778706833720-przepatrywacz.png] Imię: Pieter Falk Profesja: przepatrywacz Wiek: 35 Wygląd: Pieter Falk to wychudzony, około trzydziestoletni mężczyzna o pociągłej, zszarzałej od zimna i wiatru twarzy. Nosi kilkudniowy zarost i proste, przybrudzone ubrania podróżne, noszące ślady długiej drogi. Jego chłodne oczy rzadko patrzą rozmówcom w twarz — częściej obserwują otoczenie, drzwi i cienie. Porusza się oszczędnie i czujnie, jak ktoś przyzwyczajony do zagrożenia. Charakter: Falk jest małomówny, szorstki i pozbawiony ogłady towarzyskiej, przez co często sprawia wrażenie nieuprzejmego lub obojętnego. Lepiej rozumie ślady i zagrożenia niż ludzi, dlatego w rozmowach bywa bezpośredni aż do niezręczności. Nie ufa słowom — obserwuje, zapamiętuje i reaguje dopiero wtedy, gdy jest czegoś pewien. W sytuacjach niebezpiecznych działa szybko i bez wahania, kierując się instynktem i doświadczeniem, a nie opinią innych Widoczny ekwipunek: skórzana kurta i hełm łuk i strzały (9/10) bicz sieć tarcza miecz jednoręczny koń juki lina sakwy podróżne ubranie śpiwór bukłak z wodą Statystyki: (W tym podpunkcie wyśle każdemy później statystyki w formie graficznej tabeli) Punkty Żywotności (Żyw): 13 Punkty Przeznaczenia (PP): 3 Punkty Szczęścia (PS): 1/3
  • Bohaterowie niezależni

    Materiały
    4
    0 Głosy
    4 Posty
    76 Wyświetlenia
    PiołunP
    [image: BPnksEN.png] Elsbeth Kappel Rasa: człowiek Wiek: około trzydziestu lat Profesja: Karczmarka Wygląd: Dość atrakcyjna kobieta o bystrych oczach i mocnych dłoniach, które nie bały się w życiu ciężkiej pracy. Jest wyraźnie młodsza od męża, co we wsi pewnie bywało już tematem niejednej plotki. Nosi prostą suknię, fartuch i chustę narzuconą na ramiona. Unosi się za nią zapach dymu, cebuli oraz wszelkiej maści ziół, które dodaje do potraw. Porusza się po gospodzie pewnie i szybko, co najmniej jakby pracowała tam od paru lat. Charakter: Praktyczna, przenikliwa i znacznie bardziej opanowana od męża. Potrafi być uprzejma, nawet zalotna, ale tylko, gdy mąż nie patrzy. Lepiej niż Kappel rozumie ludzi i szybciej wyczuwa niebezpieczeństwo. W gospodzie trzyma wiele spraw w ryzach, choć pozwala mężowi udawać, że to on rządzi.