Przejdź do treści
  • [Pathfinder/D&D] Gestalt

    Dyskusje RPG pathfinder d&d
    1
    2 Głosy
    1 Posty
    38 Wyświetlenia
    SindarinS
    Hej! Postanowiłem popełnić kolejny drobny artykuł, będący lokalizacją opcjonalnych zasad dla D&D 3.5 i Pathfindera 1e. Tym razem na tapetę trafia dość popularny gestalt - wielu z was pewnie już go zna, ale myślę, że warto mieć rozpiskę tych zasad na forum. Co to w ogóle ten gestalt? W największym skrócie, to modyfikacja rozgrywki, a dokładniej rozwoju postaci graczy w taki sposób, by każda z nich rozwijała jednocześnie dwie różne klasy, zyskując zdolności obu z nich na każdym poziomie (szczegóły mechaniki opiszę poniżej). Pozwala to tworzyć znacznie potężniejsze i/lub wszechstronniejsze postacie - co jest przydatne, gdy mamy zbyt mało graczy, by móc wypełnić wszystkie role w drużynie. Ewentualnie możemy poprowadzić epicką sesję, w której BG są jeszcze większymi przepakami niż w typowym D&D/PFie Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zasady gestalta są identyczne w obu tych systemach. Jak działa gestalt? Tworząc taką postać, wykonujemy te same kroki co zazwyczaj, wybierając dwie klasy zamiast jednej (stają się dwiema stronami gestalta) i postępując według poniższych zasad: Wymagania: Musimy spełniać wszystkie wymogi obu klas - charakterowe czy np. ras w niektórych archetypach. Kość wytrzymałości: Wybieramy wyższą z obu. Premia do ataku: Wybieramy lepszą progresję. Rzuty obronne: Dla każdego z nich oddzielnie wybieramy lepszą progresję. Liczy się cała progresja po danej stronie gestalta, a nie bonus otrzymywany na danym poziomie. Umiejętności: Łączymy ze sobą obie listy class skilli, a ilość punktów na poziom wybieramy wyższą z obu klas. Zdolności specjalne: Dostajemy wszystkie zdolności z obu klas, z wyjątkiem tych duplikujących się (lub różniących de facto tylko nazwą) - w takim przypadku wybieramy lepszą progresję Magia: Jeśli obie strony gestalta są w stanie rzucać czary, ich listy traktujemy niezależnie od siebie pod kątem komórek na czary i czarów znanych. Jeśli mamy dwie klasy używające spellbooków (np. alchemist i wizard), to warto rozważyć połączenie ich w jeden. Dodatkowe zasady odnoszące się do Sfer: Wszystkie talenty łączymy w jedną pulę, używając wyższego caster/practitioner/operative levelu. Nawet jeśli mamy dwie klasy z castingiem, to na pierwszym poziomie dostajemy tylko dwa bonusowe talenty. Jeśli obie klasy mają dostęp do martial tradition, wybieramy jedną (nie możemy zrezygnować z martial tradition dla jednej strony, żeby zachować biegłości) i dostajemy dwa dodatkowe talenty ze sfery Equipment: Shield Training, Armor Training lub któryś z (discipline). Jeśli korzystamy z trade tradition, to jak wyżej, wybieramy jedną (i nie możemy z tego zrezygnować po jeden stronie) i dostajemy jeden dodatkowy talent (trade). Spell poole łączą się w jedną: liczymy sumę z poziomów, atrybutów i drawbacków dla każdej strony, dodajemy do siebie i dopiero potem dodajemy np. dodatkowe z featów. Łączymy ze sobą atrybuty kluczowe (CAM, PAM i OAM), jeśli po obu stronach mamy castera/practitionera/operative’a. Nie znaczy to jednak, że możemy automatycznie połączyć te trzy atrybuty w jeden. Bohaterowie graczy O ile nie do uniknięcia jest większy power level BG, to niektóre połączenia klas i archetypów mogą tworzyć iście mordercze kombinacje, zdecydowanie wybijające się ponad inne i mogące samodzielnie zaburzyć rozgrywkę, lub wręcz zdominować całą sesję. Dlatego też bardzo duże znaczenie ma umiar - warto pomyśleć o połączeniu, które będzie bardziej interesujące fabularnie i do grania nim, niż tak potężne jak się tylko da. Skalowanie wyzwań Gestalt jest frajdą dla graczy, ale też sporym wyzwaniem dla MG. Nie chodzi tu tylko o lepsze staty, ale też o znacznie większą “wytrzymałość”: ilu wyzwaniom BG są w stanie stawić czoła zanim będą zmuszeni do odpoczynku, leczenia czy uzupełnienia zapasów. Takie postacie będą miały więcej hp, lepsze rzuty obronne, często większy zapas czarów i innych zdolności, które będą pozwalały zapuszczać się znacznie dalej w nieznane. Dlatego też wyzwania powinny nie tylko być trudniejsze, ale i częstsze. To samo tyczy się przeciwników. Twórcy co prawda zalecają traktowanie gestaltowej drużyny (o standardowym 4-5 osobowym składzie) jakby miała poziom czy dwa więcej niż w rzeczywistości, ale biorąc pod uwagę wspomnianą “wytrzymałość”, warto też zwiększać liczebność przeciwników. Co do samych BNów, nie wszyscy muszą z góry być gestaltami - dając taką przewagę tylko co ważniejszym postaciom, tworzy się dość jasny podział na herosów/złoczyńców i zwyklaków. Moje wymysły Po rozegraniu i poprowadzeniu paru sesji mam kilka luźnych uwag odnośnie tworzenia gestaltowych postaci: Dodatkowe notatki z opisami zdolności czy ich synergii są nad wyraz przydatne Polecam ograniczenie multiklasowania, już sam gestalt daje sporą swobodę, a dorzucanie jednopoziomowych dipów albo prestiżówek może mocno zaburzyć balans Z racji tego, że różni kompanioni (familiary, animal companiony, cohort itp.) będą mocno w tyle za swoim panem, warto rozważyć dawanie im jakiegoś buffa, np. w postaci darmowego archetypu Prowadząc w Spheres of Power zalecałbym: *Wprowadzenie zasady, że Casting Ability musi być atrybutem mentalnym, o ile nie ma się boona Fortified Casting *W przypadku, gdy obie strony gestalta mają casting, wszelkie bonusowe SP (z drawbacków czy atrybutów) liczymy pojedynczo, tylko te z poziomów są podwajane To by było na tyle - możliwe, że w przyszłości będę ten tekst nieco rozwijał, jeśli pojawią się nowe przemyślenia. A tymczasem zapraszam do komentowania, albo zostawiania swoich pomysłów na ciekawe połączenia klas
  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

    Rozgrywka d&d 5 d&d greyhawk
    195
    1 Głosy
    195 Posty
    410 Wyświetlenia
    PaniczP
    31 sierpnia, 591 WR Konni jechali ostrożnym kłusem. Rozciągnięci w długą kawalkadę, rozglądali się na boki i łypali to do tyłu, to do przodu, łowiąc najbliższych towarzyszy. Leśna ścieżyna wiła się nierówno, to wpuszczając przerzedzeniami nieco światła i przestrzeni do jazdy, to kurcząc do węża, którym ledwie wóz by przejechał. Znali drogę. Wiedzieli, gdzie mają jechać. Sylv, Marius i Seweryn już tam byli. Prowadzili na pewniaka. Ale po ich opowieści las nie był już taki, jak wcześniej. Najwięcej zrobiły słowa Mariusa. Kapłan nie gryzł się w język i nim zaświtało, jego historie żyły już własnym życiem, a każdy strach upasł się na strachu poprzedników, którzy przekazywali wieść dalej. Pauzy w ptasich świergotach – naturalny moment na brawa – teraz budziły niepokój. Wzmagały wzajemne spojrzenia, podnosiły w siodłach, wstrzymywały myślotok. Uszy strzygły za nieznanymi nutami, trzask gałązek zrywał ręce z uzd do kulbak i pasów. Przebieżka, która miała być dla koni przyjemnością zmieniła się w zmorę. Zwierzętom udzielił się niepokój jeźdźców. Szły niechętnie, obijając się o siebie i parskając. Ogary, które przyprowadziła drużyna z Roscoe biegły im między nogami i powarkiwały, dodając jeźdźcom nowe źródło wybojów. Psy też musiały wyniuchać coś niedobrego. Czy chwyciły niebezpieczeństwo drzemiące w lesie, czy po prostu przejęły wiszący nad grupą strach... To miała pokazać przyszłość. Varlund jechał z Sylvem na przedzie. Jechał dziarsko, bujając się w siodle jakby zajeżdżał pod oberżę pokazać się dziewczętom. Wstrzymał się od podgwizdywania, ale co i rusz przypalał gasnące tytoniowe skręty i cmokał, kopcąc. Nie bał się. Nie bał się, albo ludzie mieli widzieć, że się nie boi. Działało. Trochę. Dobry przykład trzymał kompanię w ryzach. – Tu zginął pan Claude – zaraportował Sylv, gdy zajechali na skrwawioną polanę. Goblińskie trupy były rozwleczone po trawie. Nadżarte, ale niedojedzone do końca. – Tu się rozdzieliliśmy... Oni pojechali dalej, tamtędy. Sierżant poklepał tropiciela po plecach, jakby starszak pocieszał kumpla przy kieliszku. Żołnierz znał smak porażki. Wiedział, co to śmierć. Także śmierć dowódcy. Miał gest suchy jak zimowa trawa i nic poza tym. Nie wierzył w słowa. – Panie Kroll, zdajemy się na wasze pieski. – Spojrzenie wąsacza mimo woli powędrowało na poniewierające goblińskie truchło bloodhoundy. – Dajcie im trop i ruszajmy. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Droga pod górę poszła prędko. Górskie wiatry i wyziewy gorących źródeł wywietrzyły trop porwanych, ale ślady Randala, Kaia i Lary były jeszcze świeże. W miarę. Dość, by Sylv z pomocą Krolla gładko poprowadził odsiecz najszybszą drogą. Znaleźli ich nieco po południu, gdy słońce weszło w największy wygrzew, a wiatr zelżał, wzmagając echo każdego dźwięku. Góry niosły stukot podkutych koni, niepewne kroki i rozmowy. Z jednej i z drugiej strony. – Tutaj! – Usłyszeli gdzieś z dołu, z kotlinki, którą kosodrzewina obrosła jak cierniowa korona. Już wcześniej usłyszeli rżenie konia, ale teraz mieli pewność. – To półelf – rzucił sucho Seweryn. – Zachowajmy jescze... Ostrożność - doradził. Marius wiedział, skąd rozwaga i chłód cyrulika, ale sam nie ważył ryzyka. Może wiedział, że tym razem Kai mówi swoim głosem, a może czuł, że jest mu coś winien. Jemu i reszcie, która przebyła noc w górach. – Ahoj! – Kapłan wynurzył się zza osłony krzewów i wpadłby do niecki w dole, gdyby nie kostropata gałąź na skraju. – Oj... Potrzebujecie pomocy... Chodźcie, trzeba ich wciągnąć na górę! – Nie trzeba – zadudnił zimno głos Randala. – Sumienie ruszyło? Paladyn zebrał się z ziemi i rzucił w głąb kotliny kijek, którym się drapał. Wyglądał na poobijanego i zmęczonego, ale nie krwawił. Był cały. Kai na pierwszy rzut oka wyglądał gorzej, ale może to przez to, że zrzucił buty i ciuchy, zostając w samych spodniach, a na jego chudym, spoconym i poranionym ciele obraz porażki rysował się mocniej. Najsłabiej miała się jednak Lara, która leżała na sienniku, z poduszkami pod głową zrolowanymi z szat towarzyszy. Już normalnie była alabastrowa, ale teraz jaśniała jak pobielana chata. Oddychała płytko, ze wzrokiem spuszczonym nisko i niezdrowo ciemnymi, siniejącymi aureolami wokół oczu. Żyła jednak. Żyła i widać duch wojowniczki jej nie opuścił, bo widząc jak Marius wyrasta u góry, podparła się na łokciach i przysiadła oparta o skałę, machając przybyszom. W kotlince rozbili obóz, korzystając z tego, że rzęsa kosodrzewiny zawisła nad schronieniem, dając osłonę od słońca i gorącego, niosącego pył i siarkowe wyziewy wiatru. Został im jeden koń, który prychał wesoło, czując, że głód dobiega końca. Rycerz i bard pomogli Larze wywlec się na ścieżkę ponad dolinką, a Sylv i ludzie Varlunda zebrali rozłożone przedmioty grupy i wyprowadzili na powierzchnię kasztankę, której zaraz wróciła werwa. Widać z nią przyroda obeszła się delikatniej niż z dwunogami. Drugi koń znalazł się też niedługo potem – spłoszony wlazł na grań na końcu jednej ze ścieżek i nie potrafił wrócić, a zmęczona grupa wypadowa nie miała siły go ściągnąć. Ze wsparciem żołnierzy ratunek przyszedł sprawnie. Trzeciego już nie znaleźli. Przepadł po tym, jak wszystkie trzy, pozostawione bez opieki, zerwały się w nocy, zbiegając w dół przełęczy. – Widać, że ciężka noc za wami, moi państwo. – Varlund podszedł do znalezionych ratowników, zdejmując czapkę i dygając lekko przed Larą. – Napijcie się, posilcie i dajcie chyżo znać, czy złapaliście ślad wieśniaków z Pogorzeli... Myśmy tą grupą, którą przysłano wam sukurs. Jestem Varlund, ci żołnierze w mojej pieczy. A to pan Kroll, prowadzi oddział z Roscoe. Masywny chłop w przetartej przeszywanicy kiwnął głową i na moment zdjął skórzany kapelusz, przydając szarej okolicy kolor swymi rudymi, ledwo co ulizanymi do tyłu strąkami. – Dajcie się obejrzeć, bo w-widzę, że ran doznaliście. – Seweryn wynurzył się spośród ciekawskich, niosąc pod pachą swój lekarski tobołek. Najsłabsza, Lara była naturalnym celem. – Musicie pić dużo, to na pewno... Ale i pokażcie, to zaraz uradzę co więcej zda się... – Maestro Seweryn niech swoje robi, a wy, państwo, rzeknijcie coście znaleźli? – Varlund przysiadł obok osadzonej na kocach trójki i dojrzał, by każdy dostał solidny bukłak. – Będzie kogo ratować jesczcze? Randal spojrzał w oczy sierżanta, wypuszczając słowa z ust jakby trzeba było wyciągać je spod imadła. – To... Trudna sprawa. [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] Płomień pochodni drgał nerwowo wśród oparów wilgoci, skracając pole widzenia do obłych plam ledwie na krok czy dwa na bok. Poza tym ciemność, szum i dudniąca woda. Szli nabrzeżem u stóp skalnego uskoku, przykurczeni, by dać opór zimnu i wodzie, które zasadzały się na ich światło. Nie doszli daleko. Kamienna grzęda schodziła w toń, nie dając żadnych nadziei na obejście jeziora. Gorzki powrót nasiąkł strachem, gdy ognie zgasły pod nagłym podmuchem. Nasiąkłe wilgocią żagwie mogły już nie zapłonąć... Dobrze, że Kai mógł odwołać się do swych sztuk, które jeszcze parę dni temu skrywał przed większością świata. Prosty czar zapalił pochodnie na nowo i delikatne tupanie naprzód odżyło. Trio poszukiwaczy, odważnych ratowników, teraz przygarbionych i przygiętych grozą, że zapadną tu w mrok, a pamięć o nich zginie, podjęło marsz. Drugi skraj skalnej, nadwodnej półki, która robiła za naturalną przystań, kończył się zaraz za wiodącymi w górę schodami. Nie było innej ścieżki. Woda była zimna. I... Zapewne głęboka. Lara odetchnęła ciężko i dla naukowej pewności wetknęła długi łom w zimną taflę. Woda była świeża, czysta, omotana wokół parą wodną z opadu. Ale pani doktor odliczała każdy ułamek sekundy do chwili, gdy będzie mogła już wyrwać dłonie poza toń. Zebrała się z kolan i szybko odeszła na wiodące wyżej stopnie. Ruszyła w górę chwiejnie, szybciej niż w jej zwyczajowym pewnym, gibkim i eleganckim marszowym kroku, dziękując sobie, że już po. Woda była głęboka. Lara nie chciała wiedzieć już jak bardzo. Czuła, że jest cała przemoczona, a opar osiadał na niej niby spojrzenia zza węgła. Niedobre, niepewne, niknące, gdy poświęcić im wzrok. Randal, Lara i Kai ruszyli z powrotem, kilkakrotnie jeszcze korzystając z mocy barda, który musiał przywracać pochodniom słabnący płomień. Jego magia nie potrafiła wyczarować ognia sama z siebie. Umiał wykrzesać go z najmniejszej iskry, jeśli było tam jeszcze coś, co mogło zapłonąć. Ale nasączone oliwą pochodnie, nawet zwinięte pod szaty, ukrywane od podmuchu wodospadu, były coraz bardziej mokre. Gdy dotarli na górę, do korytarza, skąd wyszli, płonęła już tylko jedna. Ogień pełgał coraz słabiej i modlili się, by wytrzymał do końca ścieżki. Droga była pełna wybojów, nierówności, szczerb, wyżłobień i niecek. Półelf zdecydował, że pójdzie pierwszy. Narażał się... Ale on widział najlepiej. Szli powolutku, trzymając się jedno drugiego, mokrzy od wilgoci jaskini i własnego potu. A ogień w końcu zgasł. Zgasł i nie dał się już przywrócić. Zostało im polegać na wątłym powidoku Kaia, który sam już nie wiedział, czy wiedzie ich wedle tego, co niknie mu przed oczami, czy wizji spod powiek, które zostają zamknięte. Nie wiedzieli, ile im zeszło na ślepej tułaczce przez korytarz, ale kiedy dotarli w zasięg słabego światła Luny, które wpadało przez zdjęty właz, czuli jakby minęły lata. Nie widzieli się dobrze, ale w szarych sylwetkach jaśniała im siwizna, a w twarzach odcinały się zmarszczki. Jakiż był ich szok, gdy na powierzchni dojrzeli, że choć zmarnieli na twarzach jak po głodówce, dojrzana starość była tylko omamem steranych umysłów. Zmartwiali niemal od chorej gry na zmysłach, które przez godziny wbijała w nich ciemność, nie mieli już siły by zrobić cokolwiek więcej. Randal, pchany chyba jedynie boską łaską patrona, zdołał zebrać ostatek mocy i zepchnąć właz z powrotem na swoje miejsce. Niezdolni, by wspiąć się z powrotem, ani by zleźć niżej, wszyscy troje zalegli ciałami na pokrywie. Liczyli, że choć swoim, martwym ciężarem utrudnią gatunkom podziemi wyjście na żer... [image: 1770317489616-023a245f-299e-4b63-b889-26c7a984c02c-image.png] - Dotarliśmy tak daleko jak się dało. Ktoś porwał ich w głębiny... Przepłynęli podziemne jezioro, ale my musieliśmy zostać na brzegu. – Randal splunął na kępę trawy, zły na samo wspomnienie własnej niemocy. - Zejść tam jest cięzko, ale da się... Ale trzeba mieć jak przepłynąć. Oni mieli. – Nie trafiliśmy ich śladów, ale właz, te monety, które widzieliście... Schody i poręcze w korytarzu. – Lara wyglądała lepiej z każdą minutą, ale cienie wokół oczu pewnie miały z nią zostać na wiele dni. – To sugeruje, że za porwaniem mogą stać... Z ogromnym prawdopodobieństwem stoją szare krasnoludy. Duergarowie. To podziemna rasa. Słyszałam, że handlują niewolnikami... Ale nie wiedziałam, że bytują w tej okolicy. Varlund podczas opowieści spalił całego ćmika i teraz już żuł tylko mokrą końcówkę, ważąc myśli. – Co zatem radzicie robić dalej? - Sierżant pochylił się ku drużynie, zniżając głos. – Zrobim co trzeba, choć ludzie... Będą się bali. Z tego, co mówicie, to nie na takich jak oni to sprawunki... - Na pewno trzeba mieć tam światło. Duuuużo światła – zapewnił Kai, a towarzysze pokiwali jak w hipnozie. - I jak się przeprawić przez wodę. Najlepiej do jednego i drugiego, żeby była magia... - Magia? - zdziwił się Kroll, który dotąd przysłuchiwał się wszystkiemu w ciszy. - Ano – zgodził się z ulgą Varlund. - Nie na nasze to głowy i pewno magika trzeba... No nic. Wskażecie, gdzie ten właz, to zawali się kamieniami, by nic nie wylazło, ni wlazło... Randal i Kai spojrzeli po sobie, a paladyn fuknął, ale wstrzymał słowa. – Tyle możem zrobić teraz. Sami mówicie – rozgrzeszył się żołnierz. – Łodzie trzeba albo wystrugać, albo ściągnąć aż z Czarnorogu czy Zawoju... To i tak dwa dni najmniej zejdzie. No i do pana starosty donieść, co i jak. Niech radzi z mistrzem Weldem, on na magii się wyznaje, to jemu tu władza. Lara zebrała się z ziemi i zaczęła zbierać swoje tobołki, zarzucając je do juków wolnego konia. Ruchy ciągle miała niemrawe, jakby uczyła się wszystkiego na nowo. – Pan Varlund ma rację, choć i mi ciężko się z tym pogodzić... By się tam przeprawić, trzeba dobrego przygotowania. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Czas, żeby pan Salina sięgnął po więcej środków. – Lekarka oparła się o konia z przyjemnością gładząc miękką sierść na szyi zwierzaka. Takie doświadczenia jak to, które przeszli wzmagały radość z prostych rzeczy. Kusiły do zwykłego życia. Kazały zeń czerpać, póki trwa. - Zrobiliśmy swoje. Teraz dopilnujmy, by zrobiła i reszta. Drużyna i dowódcy oddziału pokiwali sobie głowami na potwierdzenie, jakby cała sytuacja wymagała jakiejś niemej kropki od każdego z rozmówców. - I jeszcze jedno, panie Varlund. – Lara musiała to dodać. - Ten gigant, to porwanie, gobliny... Coś poruszyło te góry. Wszyscy musimy się teraz mieć na baczności, bo to nie wygląda na koniec. Tak, zaszumiał kojąco głos w głowie Mariusa. To dopiero początek.   KONIEC   (acz ciąg dalszy nastąpi...)