'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1
-
Seweryn (Rewik)
Seweryn od zawsze źle znosił kpiny, a zdawałoby się iże powinien on był już nawyknąć, wszak tak często niegdyś ich doświadczał. Kłykcie pobielały, na ściskanym nożu, a oczy prędko wkręcał się w niego i otoczenie.
— Magyi na mnie użyłeś. Wołałeś. Przeciw mnie i nam wszystkim — wysyczał jak wąż. — Celowo to, byśmy dalej w pościg ruszyć nie mogli.
Jedno w głowie Seweryna się nie zgadzało, ale być może Kai był się przeliczył, myśląc, że bez szwanku zdoła zbiec. Blady był, słaby. Tak jak i on. Miast odpuścić, zbliżał się dalej, groźbę urzeczywistniając.
-
Randal (Mike)
- Wstrzymaj się, nim uczynisz coś czego żałować będziesz - powiedział Randal, robiąc krok w jego kierunku, ale nie czyniąc żadnych wrogich ruchów. - Schowaj nóż.
Obserwował Seweryna zachowującego się nad wyraz niecodziennie.
-
Seweryn (Rewik)
— Niechajże wykłada, co to miało znaczyć. - Miast schować nóż wskazał elfa czubkiem ostrza. — Wołał, że czysto. Ktoś z nas mógł teraz gryźć ziemię. — Nie wiedział, lub zdawał się jeszcze wypierać zawołania, które wcześniej doń dochodziły, że Migdał nie żyje.
- Słyszałeś moje uprzedzenie tam... — kiwnął głową w tył, zwracając się teraz do Randala i na chwilę odwracając wzrok od swej niedoszłej ofiary. Myśli jednak nie dokończył — Zdradźca to, albo głupiec. W obu przypadkach działa nam na szkodę.
Broń opuścił wreszcie widząc chyba, że bard nie był w stanie im uciec, gdyby chciał.
-
Walka – rozumiana klasycznie, czyli jako brutalne i dynamiczne okładanie się nawzajem – dobiegła końca. W luźniejszych ujęciach mogła jednak trwać dalej.
Wychodziło przecież na to, że jeden z napastników uszedł z życiem i mógł jeszcze ściągnąć posiłki. Kto wie, czy aby lada moment powietrze znów miało nie zaświszczeć od wypuszczanych z ukrycia strzał?
A jeszcze bliżej, całkiem na świeżo, szybko kiełkowało zasiane między towarzyszami przez złą magię ziarno. Omotany umysł Kaia wciągnął kompanów w pułapkę i choć nie było w tym jego winy, to teraz przyszło mu tłumaczyć się z działań, gdy bujał się na sznurku goblińskiego czarownika. Że zaś w rozpalonej chwili sięgnął po kpinę, miast chłodzić amok wściekłego Seweryna, który najpierw barda uratował z tarapatów, by później od jego-nie jego magii paść w letarg, to sytuacja zrobiła się prawdziwie wybuchowa.
Lara

Lara spoglądała na sytuację z daleka, ale wyłącznie w sensie fizycznym, bo jej obrotem była żywo zainteresowana. Wiedziała, że półelf sięgnął wcześniej po czary, by uśpić gobliny, ale to on sam wywabił wcześniej ją i Claude'a na polanę. Co by nie mówić, to jego sygnał dał początek starciu, które Migdał przypłacił życiem.
Doktor Quatermain nie stroniła od akcji, ale gdy zdarzały się przypadki tego rodzaju, zdecydowanie preferowała chłodny osąd i precyzję analizy. Tyle, że – może za sprawą bliskiego randez-vous ze śmiercią, które (co poznała z pierwszej ręki) nie pozostawiało człowieka takim samym – ciężko jej teraz było skupić myśli i ułożyć cokolwiek w sensowną całość. Ona sama nie widziała, co poróżniło kompanów, ale zachowanie Kaia zdecydowanie wymagało wyjaśnień i nie dawało się zrzucić na karb bardowskiej niefrasobliwości.
Randal

Randal był bliżej centrum wydarzeń – tak obecnie, jak i przed ledwie minutą, gdy krew sikała na świeżo, a czary płynęły przez Eter. W pierwszej chwili, biegnąc za zdobyczą, nie powiązał osłabienia członków z Kaiem, ale lada moment wszystko stało się jasne. Zrozumiał, że wpadł pod wpływ magii, ale nie rozumiał dlaczego. Czy bard skrewił z zaklęciem?
Paladyn wiedział, że tak czasem z czarami bywało – ktoś pomylił to czy owo, a magia zamiast spaść na wroga, padała ogniem obok, albo, co gorsza, siała szkody po własnej stronie. Może jednak szło o jeszcze coś innego i śpiewak zlitował się w swym miękkim, pacyfistycznym serduszku nad goblinami? Ale to byłaby skończona głupota, bo w zalesionym terenie pokurcze były diablo niebezpieczne. Wystarczyło wleźć na kolejną taką polanę, gdzie tym razem pokraki nie będą ucztować, ale czekać w zasadzce i po ptakach, świst strzał, a szaraki mają świeży posiłek.
Marius

Marius miał najsłabsze rozeznanie w temacie, bo na miejsce dotarł jako ostatni. Zdziwił się, że we własnych szeregach burzy się krew i kompan dybie na kompana. Nie wiedział, o co poszło, ale wolał, żeby nikt więcej już nie ucierpiał – dość było, że główny przewodnik, który wywiódł ich w dzikie ostępy legł martwy i teraz mieli do wyboru, albo brnąć w nieznane w stronę potencjalnego wroga, albo ostrożnie cofać się po własnych śladach. Choćby z czystego pragmatyzymu lepiej byłoby zostać w pełniejszym składzie...
- Półelf uśpił swoich i wciągnął ich w pułapkę. – Zaszumiało Mariusowi w głowie, gdy odbił się od zwalonego drzewa, za którym poległ Migdał i wziął kurs na drużynowe starcie. - Ale nie z własnej woli. Jeden z goblinów był Mówiącym. Ciekawy przypadek. Dopilnuj, żebyś mógł mu się dobrze przyjrzeć zanim... Zrobią z nim, co tam już sobie upodobali.
- Dobrze – solennie potwierdził kapłan, łapiąc się, że mówi to na głos.
- Powstrzymaj ich teraz... Jeśli chcesz – doradziła szumiąca bryza. - Możesz powiedzieć, że ten nieduży, ze spiłowanymi kłami i piórami we włosach jest czarownikiem i omotał tego waszego barda. Ludzie nazywają takich psionami, ale nie wiem, czy ktoś z nich to skojarzy. Może niebawem będą mieli okazje doświadczyć tego... Pełniej.
Kai i Seweryn


Krew kapała z Sewerynowej ręki, którą poranił mu jeden z goblińskich siepaczy, zlewając się strużką po ziemi ku plamom, które upuszczał nieporadnie próbujący tamować krwawienie Kai. Obaj przyczynili się do zwycięstwa nad wrogiem, ale każdy widział z całego starcia tylko wycinek, który budował wrogość i przybliżał kolejny upływ posoki.
Seweryn wiedział, że padł ofiarą czaru i słusznie zrachował, że była to robota półelfa. Półelf wiedział tyle, że któryś z goblinów wpakował mu się do głowy i narobił tam kompletnego bigosu. Pamiętał słowa, które sam wypowiadał i zaklęcia, które wyśpiewywał, choć sam nigdy nie wystąpiłby przeciw druhom, ani wzywał ich jak głuptak na środek polany, gdy widział, że obok płoną goblińskie ślepia.
Obaj mierzyli się złym wzrokiem, ale mieli jeszcze dość oleju w głowie, by żaden nie postąpił o krok za daleko. Aby zaś upewnić się, że taki ruch ku zgubie nie nastąpi choćby przez głupie potknięcie, między kompanów wkroczył wołający o spokój Randal.
-
Marius (Brilchan)
- Towarzysze wszyscy pracujemy dla Kompanii! Nie możemy się mordować nawzajem! Wyczuwam od tego ze spiłowanymi kłami i piórami dziwne fluidy - wskazał odpowiedniego goblina.
- Ten rodzaj czarownika ludzie zwą Mówiącymi albo Psionami. Pan Kai został przezeń omiatany i wprowadził świętej pamięci Pana Migdała w pułapkę, ale nie zrobił tego z własnej woli. Nie pozwolę na mordowanie Pana Kaia starczy, że Pana Migdała dziś straciliśmy - oznajmił i stanął, pomiędzy bardem a kimkolwiek kto chciałby go zaatakować.
-
Płonące oczy wygasły nieco, gdy Marius wkroczył między zwaśnionych kompanów, głosząc swą dziwaczną prawdę o czarodziejskim goblinie. Kai przysiadł na rozrąbanym pniaku masując obolałą czaszkę, a Seweryn schował nóż poza widokiem, skupiając aktualne wysiłki na zatamowaniu słabnącego krwawienia z poranionej ręki. Randal też mógł odetchnąć, zadowolony, że burza przeszła bokiem.
W tym wszystkim odsapnęła i Lara, która mogła przysiąść i pełniej poświęcić się trosce o własny organizm. Wcześniej działała szybko i odruchowo. Sprawnie, ale nader optymistycznie wobec przyjętych obrażeń. Nałożone pospiesznie opatrunki okazały się za słabe i dopiero za trzecim razem, wiążąc supły roztrzęsionymi rękoma i nakładając balsam drżącymi palcami medyczce udało się dopiąć swego.
Minęła dopiero dłuższa chwila, nim kobieta poczuła, że prawdziwie wraca do siebie, ale profesjonalnie opatrzeni, zarówno ona, jak i Seweryn, byli z powrotem na chodzie. Pozostało jeszcze zająć się Kaiem i tu stawało pytanie, czy cyrulik skorzysta z szansy, by zakopać topór wojenny czy złe emocje, nawet przygaszone, będą buzować gdzieś pod osłoną obojętności.
W tych dusznych chwilach był czas, by pokątnie rozejrzeć się wokół.
Skrwawione gobliny leżały w różnych zakątkach polany, zmartwiałe jak wypchane zwierzęta w muzeum. Wyglądały chudo, brzydko i pokracznie, choć nie sposób było nie zauważyć, że mimo nader ostrych rysów i niewymiarowych sylwetek są ludziom całkiem podobne. Miały podobne ludzkim szmaty na sobie i prymitywne pancerze.
Choć... Niektóre z pancerzy wyglądały jakby nieco lepiej, niż sugerowałaby goblińska prezencja, więc albo miały w swym plemieniu kogoś zdolnego, albo handlowały z kimś takim. Rozmiarowo ich koszulki kolcze i hełmy były jednoznacznie mikre, a popularność dziecięcych zbroi w Wolnej Lidze nie była w trendzie, więc osprzęt musiał mieć inne niż ludzkie źródła.
Ubite stworzenia były szare, sinawe lub niebieskawe jak napuchnięte na drugi dzień limo, więc różniły się nieco od goblinów, które dobrze kojarzyli podróżnicy z centralnego Flaanaess. Poza tym jednak nie odbiegały od standardu. Ten wskazany przez Mariusa rzeczywiście różnił się nieco, wyglądając na szamana czy innego znachora, ale po prawdzie, każdy truposz wyglądał nieco inaczej. Jedno, co ich – poza goblińskością i martwową – spajało, to wronie czy krucze lotki na strzałach, które nosili w kołczanach.
Gobliny musiały być na polanie już dobrą chwilę, bo zdążyły wcześniej rozpalić ogień i zacząć pichcić coś sobie w garncu, który udało się teraz wypatrzeć w zaroślach. Coś składało się z resztek owego zamordowanego dziecięcia lat sześciu do dziesięciu, które wpadło szarakom w łapy. Trzeba by mocniej przyjrzeć się zbezczeszczonym resztkom, by określić, czy kanibale zabili swoją ofiarę, czy po prostu skorzystali z tego, co znaleźli w lesie. Na pierwszy rzut oka szło jednak dojrzeć, że "mięso" (a widok przewalał niektórym bebechy jak w toczonej beczce) było świeże.
Dziecko – wychodziło na to, że chyba tym razem dziewczynka – nie błąkało się po lesie od dawna, ani nie zmarło w nieopisanym "kiedyś". To zapewne była jedna z ofiar wioskowych porywaczy...
Być może uciekinierka, która wpadła z deszczu pod rynnę?
A może dziecko porzucone jako zbędny balast, który opóźniał grupę (to mogłoby tłumaczyć, że ślady, które wcześniej dało się lepiej wyłowić po drodze były mniejsze – czyżby należały do malców, którym brakło sił i ociągały się z tyłu)?
A co jeśli gobliny były ariegardą większej grupy, która zabrała porwanych do ich siedzib – może ta grupa została z tyłu, by odpocząć i posilić się po forsownym marszu (dotąd nie musieli obawiać się pościgu i wyglądałoby na to, że już-już im się upiecze)?
Albo dzieciak trafił do goblinów jako "towar" – opłata za bezproblemowe przejście dalej, a może nawet "usługę" (czy pokurcze miały tu na rozkaz porywaczy czaić się na ewentualny pościg)?
Może zwyczajnie dziewczynka padła w drodze z wycieńczenia, a bezduszni napastnicy zostawili ją tu na pastwę losu i gobliny zwyczajnie zwęszyły okazję?
Dojść prawdy nie było łatwo – wątłe ślady dalszego pochodu wiodły niedaleko polany i wyżej, ku górom. Pozostawało sobie zadać pytanie, czy bez Migdała możliwe będzie odczytywać je równie sprawnie jak dotąd. Oraz czy bezpiecznie będzie zapuszczać się dalej, gdy Drusdygg pokazało już swe złe, zębate oblicze.
Cóż, zdania mogły być podzielone, ale widać już było, że Sylv ma jasno wyrobioną opinię w temacie.
Co dalej czekało jednak bliższych rozwiązań, a zbierająca się do kupy drużyna na razie stawała wobec prostszych decyzji.
Lara wyleczona na full (ale miały miejsce trzy testy na ST 15 – dwa nieskuteczne; trzeci skuteczny; proszę odpisz sobie trzy ładunki z Zestawu Uzdrowiciela). Z racji nokautu ma 1 poziom Wyczerpania, więc do czasu short restu ma disadvantage na testach umiejętności/atrybutów. Utracono też 1/2 PP.
Seweryn wyleczony na full. Odpisz sobie 1 ładunek z Zestawu.
-
Marius (Brilchan)
Kolejne modły nad zwłokami
Mariusowi wydawało się, że prowadził twardy żywot, jednak na widok dziewczynki zamienionej w potrawkę bebechy zrobiły mu fikołka niczym wieloryb wynurzający się z otchłani.
Wyjął zwłoki dziewczynki z gara omodlił je podobnie jak imć Migdała i przykrył listowiem, aby wkrótce pochować biedne dziecko.
~Czyżby to była siostra Vuka ? Tak czy inaczej, szkoda biedactwa ~ - Pomyślał z żalem.
Oględziny goblińskiego czarownika/szamana
Aby odwrócić swą uwagę, od czarnych myśli ruszył wykonać polecenie Mistrza: Dokładnie obejrzeć czarownika opisanego jako psion! Wpierw przejrzy wszystkie jego szmaty i tobołki, wyrwie zdobione kły, sprawdzi skórę w poszukiwaniu tatuaży na koniec spróbuje rozłupać gobliniemu Mówcy czaszkę, aby sprawdzić, czy jego mózg różni się czymś szczególnym.
Plany na najbliższą przyszłość
Gdy już dokonał swych makabrycznych oględzin, postanowił odezwać się do grupy:
- Sądzę, że powinniśmy pochować zmarłych ludzi, czyli Pana Migdała i dziewczynkę w pobliżu tamtego kamienia. Współczuje mieszkańcom wioski, ale nie możemy im pomóc i nie nasza to rola. Straciliśmy już Pana Migdała, a ja dycham tylko dzięki pomocy Pana Seweryna i Pana Randala... Uważam, że powinniśmy wrócić na szlak i spróbować dokończyć misje, którą wyznaczyła nam Kompania, choć bez ekspertyzy naszego nieodżałowanego tropiciela będzie to ciężkie.... Oczywiście po odpoczynku. - Miał świadomość, że ledwo zna tych ludzi i jego głos miał najmniejszą wagę w grupie, ale i tak się wypowiedział.
-
Randal (Mike)
- Ruszajmy dalej, martwym poza pochówkiem więcej pomóc nie możemy, a taszczyć zwłoki przedkładając je ponad życie porwanych? Głupota i grzech. I konflikt prawny, bośmy zobowiązali się do wykonania zadania, a wracając porzucimy je - Randal zaatakował werbalnie z trzech frontów naraz. - Musimy ruszać dalej, nim trop ostygnie.
-
Składamy się do kupy...
Leśna polana, której należało się po krwawej bitwie jakieś miano, wyróżniające ją spośród innych górskich polan Drusdygg, schwytała przybyszów w swą przestrzeń, zatapiając ich niby w żywicy. Zbliżmy jednak oko na sprawy Kompanii, nie patrząc tak bezosobowo i z wysoka.
Czas zdawał się rozciągać i rozciągać na Migdałowej Polanie, zaś pytania pozostawały bez odpowiedzi, decyzje niepodjęte, a groźby w powietrzu i złe spojrzenia nieugaszone. Rewelacje Mariusa o czarowniku wśród goblinów ostudziły krew Seweryna, ale nikt spośród obu zwaśnionych towarzyszy nie palił się, by wyjaśniać więcej czy przepraszać.
Cyrulik demonstracyjnie schował nóż i widząc, że półelf wciąż wykapuje na trawę, równie demonstracyjnie wydobył zawiniątko robiące za najbardziej mobilną z apteczek. Nie mówił nic, złagodził minę i twarz miał zwyczajną (czyli po swojemu nieprzyjemną), ale gestem jasno dał znać, że chce pomóc. Kai jednak machnął ręką z aktorską wprawą, która potrafiła prostym gestom nadawać dziesiątki znaczeń. I tak, niby to tą ręką prychał, że nic-to i nie-ma-co, nie ma potrzeby pomagać, trochę osłaniał się z surowym nie podchodź, trochę odganiał Seweryna jak natręta, a jeszcze haczykiem sięgał po oschłe dzięki, jak przy machnięciu niepotrzebnemu kelnerowi.
Medyk wzruszył na to ramionami, schował swą mini-apteczkę i poszedł za Mariusem, który zbliżył się do goblińskiego szamana na oględziny. Czarownik – jeśli był nim w istocie – fizycznie nie odróżniał się zanadto od pozostałych, choć Seweryn sprawdził fachowo, że głowa dziwnie długo trzyma u niego temperaturę jak na kogoś ewidentnie zabitego. Medyk rachował, że z niejasnego powodu – mimo niebijącego już serca – krew pod czaszką nadal krążyła, a zatem pewnie mózg zachowywał szczątkową aktywność.
Marius nie był ekspertem od anatomii, ale czując łączność z siłami poza anatomicznym poznawaniem, również odnotował resztkę obecności goblińskiego ducha. Znał podobne odczucie, gdy myśl płynąca do niego Stamtąd wwiercała się pod czaszkę i rozkazywała, by potem stopniowo odpłynąć, ale zostawić po sobie pełgający posmak, który dawał wrażenie, że Ktoś Wciąż Tam Jest (mimo zatraconego kontaktu). Goblin musiał umieć korzystać z telepatii, a jego magia miała raczej źródła w umyśle niż w inkantach z ksiąg, czy modłach do bogów.
Oględziny ciała ukazały chuderlawą, kościstą sylwetkę, która była pokryta szeregiem prostych tatuaży. Część była prostą geometrią, ale trafiały się też czachy czy jakieś formy run ułożonych w nieznane nikomu słowa. To co było wspólne dla Szczuja i jego pobratymców (tam, gdzie pobieżny przegląd pozwolił dojrzeć), to tatuaże z czarnym ptakiem, dziabane w różnych miejscach, acz z dominacją rąk i szyi.
Goblin miał prosty, acz ewidentnie niegobliński kordelas i kilka zwykłych noży. Poza tym – jak i pozostałe – kołczan i krótkie łuki, ale dziwnej, dostosowanej do pokurczy konstrukcji, która sprawiała, że niewygodnie było je chwytać. Przy sznurowanym pasku czarownik miał swoją skórzaną saszetę, ale z racji, że nie sięgał po magię w standardowym wydaniu, brakło tam spodziewanych ziół czy eliksirów. Zamiast tego było trochę bezwartościowych błyskotek, mały mieszek z monetami, królicza łapa (w nienajlepszym stanie) i spora bryłka – tak, tak – złota.
Złoty samorodek był nie większy niż piąstka niemowlaka i nieco zanieczyszczony, ale musiał mieć solidną wartość. Przy przeglądzie monet Mariusa i Seweryna zaciekawiła proweniencja niektórych: kilka złociszy było standardem Wolnej Ligi, zaś poza tym trzepotały się tam ludzkie miedziaki i parę srebrników. Wśród monet był też jednak z tuzin takich, jakich obaj patrzący nigdy nie widzieli. Kanciastych, pięciokątnych i bardzo starannie odlanych. Tu nie było nierówności standardowej prasy, ale dobrze do siebie pasujące wzorce. Każdy z pięciokątów okalały runiczne opisy, zaś w środku na awersie i rewersie znajdowały się symbole. Raz była to forteca, raz ścięty krzyż, a przy innej monecie półotwarta korona z toporem i tarczą. Poza tym duże, pojedyncze runy.
Nie sposób było zrachować, czy zrozumieć znaczenia tego, co na monetach, ale pewnym było, że nie są goblińskiej roboty. Mniej pewnym, ale łatwym do wydedukowania było, że robota ma coś wspólnego z krasnoludzką, albo podobną, acz nic ponad to nie przychodziło obserwatorom do głowy.
* * *
Kai został na pniaku w aktorskiej pozie zbolałego twardziela, któremu wszystko jedno, ale Lara dostrzegła fachowym okiem, że bard bez pomocy się nie obejdzie. I choć aktor odrzucił pomoc Seweryna, a pani doktor sama wciąż była nie do końca na siłach, to załatać jakoś było go trzeba.
Badaczka – ciągle sceptyczna po wcześniejszym odpale półelfa, który okazał się mieć źródła w hipnozie czy innym zaklinaniu – zbliżyła się do kompana z pakunkiem bandaży, prosząc by odsłonił ranę. Tym razem muzyk już nie oponował i odjął dłoń od twarzy, pokazując ściekającą strużkę krwi. Medyczka zabrała się do bandażowania raz-dwa i ulga miała przyjść szybko. Wcześniej trzeba było tylko przemyć i odkazić ranę, w którą brudne łapsko naniosło piachu...
Ale ostry impuls, gdy alkohol spadł na skaleczenie tak zapiekł Kaia (może za sprawą umysłu podrażnionego przez magię, a przez to wyczulonego na bodźce), że muzyk zgiął się pokracznie w bok i spadł z pniaka. Ciepło rozlało się po nim szybko schodzącą w dół falą, a oczy zaciążyły. Bard słyszał teraz kołysankę, którą sam wcześniej śpiewał.
Piękny głos, pomyślał. Nie ma co, czasem brzmię naprawdę klasa.
Lara skoczyła za omdlałym pacjentem i zobaczyła to, co wcześniej skryły rozpuszczone włosy śpiewaka. Na szyi odłamek wyciął poważniejszą ranę, która teraz – poruszony gwałtownym skrętem karku – otworzyła się i siknęła krwią.
Doktor Quatermain poczuła chłodny dreszcz, ale takie rzeczy, choć ciągle mogły zaskoczyć, nie wstrzymywały jej ruchów. Kobieta sięgnęła po ukrojony na takie okazje opatrunek, przypiliła go mocno do rany i zaczęło szybko bandażować. Dalsze minuty opieki, kojący balsam i odpowiednie ułożenie pacjenta sprawiły, że mimo bolesnych przejść, Kai poczuł się dużo lepiej. Sporą zasługę miała też w tym chyba przymusowa drzemka, która pozwoliła na moment zapomnieć o okrucieństwach wokół: posiekanych dzieciach, zabitych przyjaciołach i mącących w głowach diabłach, które były gotowe postawić druha przeciw druhowi.
Lara wyrzuciła 1 przy teście leczenia... Ale używa Inspiracji, więc bard zamiast obumrzeć, wraca do siebie po poprawnym drugim teście.
Kai odzyskuje 8 PW (tzn. ma teraz 9/13 PW). Lara wydatkuje na to 1 ładunek z Healer's Kit.
Znaleziska:
5 sztuk złota w lokalnej walucie
5 sztuk srebra (już podliczając z miedziakami) w lokalnej walucie
12 sztuk elektrum nieznanej waluty
Złoty samorodek wartości ~15-20 sztuk złota
Kordelas - 1d6 [traktujemy jak krótki miecz], ale jest porządnej roboty (niegoblińskiej i nieludzkiej), więc dobrze leży w łapie -> stąd +1 do rzutów na trafienie (ale nie na obrażenia)Jak te inne rzeczy będą Was interesowały, to mogę rozpisać
-
Seweryn (Rewik)
Gdy emocje opadły, Seweryn zaproponował opatrzenie ran, bo i takie obowiązki jego były, acz spodziewał się odmowy i nic z nią nie poczynił. Wśród obowiązków swych dla odmiany nie wliczał walki z olbrzymami, czy tępienia goblinów. Miał też swoje obowiązki w lazarecie, toteż na całą sprawę dalszego wędrowania patrzył coraz mniej przychylnie. Podszedł do rzekomego goblina psiona, gdzie stał już Marius.
— Skąd w tobie pewność, co do tego, iże został magią omamiony? Nie mogłeś tego widzieć, jako i ja. — Cyrulik z zaciekawieniem obserwował krasnoludzkie monety, które znalazł Marius, zastanawiając się, czy już kiedyś widywał symbole nań wytłoczone.
W myślach Seweryn zapewne dalej obwiniał Kaia o to co się zdarzyło. Oj, zawiść za szyderstwa nie była tu bez znaczenia, ale nawet jeśli tak, jak Marius mówi omamiono go zaklęciami, nie zmienia to faktu, iże najpierw dał się podejść i został zauważony.
Medyk wzruszył ramionami, mówiąc coś niewiele znaczącego o monetach, po czym przyjrzał się bliżej goblinowi.
— Według ciebie dalej dycha i jest świadom? Mimo tych ran? — Seweryn przeszukał się, w poszukiwaniu czegoś konkretnego. Jego palce namacały coś w ukryciu, ale nie zdecydował się tego wyjąć. — Baczaj, może być, że to kolejna sztuczka — ni to stwierdził ni zapytał, a miast po tajemniczą rzecz, sięgnął znów za nóż. -
Marius (Brilchan)
- Miałem doświadczenia, z bytami o podobnej mocy Panie Seweryn ta magia myślowa ma pewien znajomy... Posmak, że tak to ujmę, stąd wiem - odpowiedział na pytanie cyrulika.
- Nie ma tutaj zdrady, jeno wróg, któremu udało się nagiąć wolę jednego z nas. Płacą mi, żeby chronić naszą karawanę, zawiodłem Pana Migdała, nie mogę pozwolić, żebyście się nawzajem pozarzynali i pozwolić naszym martwym wrogom odnieść pośmiertny sukces - dodał.
-
Seweryn
Seweryn długo trawił odpowiedź Mariusa, wreszcie przytaknął na znak przyjęcia, zaproponowanej przez swego rozmówcę stanu rzeczy.
— Skoroście z podobnymi ars mentis mieli do czynienia, wprost pytanie zadam: czy to sztuka na tyle potężna, by zwodzić i śmierć udawać tak doskonale?
-
Marius (Brilchan)
- Sądzę, że jest martwy Panie Sewerynie. Udawanie śmierci może i jest możliwe, ale ja się z czymś takim nie spotkałem.... Po prostu zostawia, po sobie ślad jak zapach albo trop w błocie. - Wsłuchał się w wolę Mistrza, który potwierdził, że pomiot nie żyje i wydał kolejne polecenie.
- Poczekajcie Panie Sewerynie, chcę czegoś spróbować - powiedział i przyłożył własne czoło, do czaszki martwego goblina i jednocześnie zamknął oczy.
-
Opuszczając Migdałową Polanę...
Czas płynął, a rany się goiły. W ujęciu wysoce ogólnym wiele tego czasu się nie usypało - więc co niby miało się tak na szybko wygoić? - ale po paru minutach odpoczynku i kilku spędzonych na spacerowym okrążaniu Migdałowej Polany w poszukiwaniu śladów i obszukiwaniu zwłok, ranni otrząsnęli się z szoku i po trosze doszli do siebie.
W tym czasie mogli obserwować z zaciekawieniem (bądź innym uczuciem, które nazwali by po swojemu), jak Marius przytula się czoło w czoło z ubitym goblinem, którego wcześniej obrzynał z kłów i rozdzierał z szat. Młody kapłan sterczał tak w dziwnym uścisku przez parę minut, choć w swej własnej percepcji zdało mu się, jak potem mówił, że ledwo co zamknął oczy.
Przybliżenie głowy do ubitego Szczuja nie przyniosło Mariusowi żadnego przyływu wizji, mocy, ani niczego innego, co mógłby barwnie opisywać. Czuł tylko krew, brud i pot na pomarszczonym czole goblina, którego dotykał, ale zaraz coś odezwało się w nim samym. Coś, co kojarzył z przeszłości, a co wypływało gdzieś z głębi. Niby z trzewi, wyrywając się ku górze jak ofiara umykająca z gardzieli bestii. Paskudne uczucie pokrewne torsjom...
Ale to był moment. Potem głowa zapulsowała bólem, wzmożeniem, wznieceniem zmysłów. Marius zacisnął oczy i pięści, mimowolnie chroniąc się przed nieprzyjemnym impulsem. I zaraz było zaraz.
A właściwie już chwilę potem, co doszło do kapłana później, gdy zobaczył, że towarzysze nie są już w tych samych pozach i miejscach, w których widział ich przed momentem, gdy zamykał oczy. On sam nie doświadczył żadnej łączności z goblinem, ani przechadzki po jego wspomnieniach, ale "bogini" zdawała się zadolowona.
- Wyjątkowy okaz. I nie jedynak w swoim plemieniu. – Zaszumiał kojąco głos w głowie. - Rzadka mutacja, ale w tym odgałęzieniu rozwinęła się częściej. Szkoda, że głupcy zabijali większość swoich Mówiących ze strachu, zamiast dać im rozwinąć skrzydła.
- Ale dla was ludzi i waszych lepianek w dole to może i lepiej. – Woda zjechała po kamieniach wodospadu niby w dudniącym śmiechu. - Plemię zabitego żyje gdzieś niedaleko w jaskiniach. Wcześniej chowali się głębiej i unikali powierzchni, ale coś wypchnęło ich wyżej. Pod ziemią czuć poruszenie. I strach.
~Mistrzu... Czy ten okaz będzie Ci jeszcze potrzebny? – Połączył się myślą Marius. - Zabierać go? Myślałem, aby wracać w dół... Sprawy, które się liczą są w dole... We Wrotach, prawda?
- Zostaw go, wszystko już jasne. W jego plemieniu jest jeszcze jeden taki młody mutant... Ten mógłby być cenny, gdyby dostać go żywym. – Głos skapywał sylaba po sylabie, jakby myśl sączyła się gdzieś z wysoka. - Ale to poboczna sprawa. Co dalej rób według siebie, co najlepiej przyczyni się byś niebawem mógł wejść na Ścieżkę.
Seweryn wyrwał Mariusa z zadumy zdrowym klepnięciem w plecy. Medyk nie był pierwszy do takiej gwałtowności, ale wzbierająca bladość na twarzy magika i ciągłe milczenie trochę go zaniepokoiły, a że był najbliżej, skusił się...
- Tak, tak panie Sewerynie, jestem – burknął otrzeźwiały Marius. - Po goblinach pożytku już nie ma. Zbierzmy, co mają i spalmy ścierwo. Dziewczynkę i pana Migdała pochowajmy szybko, odprawię modły, a potem ktoś postawi jakiś porządniejszy nagrobek...
- Mowy nie ma! – wtrącił się Sylv, który nadszedł od prawej. Wcześniej wściekał się, a potem zawodził cicho nad ciałem towarzysza. - Zabieramy go stąd, nie będzie leżał gdzieś w środku lasu, żeby zeżarły go lisy!
- Dobrze, dobrze – zgodził się kapłan. - Zabierzemy go zatem... Ale dziecko ciężej będzie przenieść w tej... Formie. Zakopmy szybko i zabezpieczmy kamieniami. Choć tyle.
Ta część nie wzbudziła oporów u nikogo, a sam podział pracy poszedł sprawnie. Odnalezione szcząki nieszczęsnego dziecka złożono w płytkim grobie, który Marius, Randal i Sylv obłożyli ciężkimi kamieniami, by leśne stwory nie miały łatwego dostępu do zwłok. Krótka modlitwa do Osprem musiała dziewczynce wystarczyć, choć jej droga na drugą stronę niewiele miała wspólnego z marynarską "wieczną wachtą", czy "spokojem wód". Kapłan miał wypracowany repertuar, ale z racji okoliczności, zmienił nieco brzmienie paru formułek, dopasowując je do lądowego charakteru.
Goblińskie ciała zostały złożone do kupy i pozbawione kosztowności. W płytkim wykopie można było zasypać je chrustem i zalać oliwą, albo zostawić na żer wilkom i borsukom. Sylv przyprowadził konie i czekał, komu gdzie w drogę. Słowa Randala o konflikcie prawnym przyjął w milczeniu. Trawił coś w głowie i może nawet zaczął się wahać, czy aby rycerz nie ma racji, ale nic nie powiedział. Czekał tylko, na czym stanie.
Lara przepatrzyła pobieżnie trop w okolicy. Był rwany jak wcześniej, ale ewidentie dążył w górę, gdzie zaraz, pewnie jakieś pół stai dalej, las rzedł i przechodził w kosodrzewinę. Zebrani przy koniach patrzyli po sobie i czekali, kto pierwszy podejmie ruch, by mogli zdeklarować się w którą stronę podążą.
-
Seweryn (Rewik)
— Po-porzucić trop, zdaje się błędem. — Seweryn musiał to przyznać, nawet jeśli w tamtym momencie nie pragnął nim podążać. — Odpowiedzmy na pyta-anie, cóż chcecie osiągnąć, panie Randal? Czy, czy kilku ludzi ma rzucić się na watahę, co całą wieszę zdołała porwać? Czy też jedynie wywiedzieć, kim ci są, i przyjąć, że teraz pomocy im przynieść niepodobna?
— Jeślibyście i moje zdanie wzięli pod rozwagę, radziłbym rozdzielić się nam. Duża grupa, niosąca za sobą ciało i konie prędko by została spostrzeżona. Nie wydaje mnie się, by tamci nie zadbali o tyłów przepatrywanie, widząc co w wiosce dokonali. Mniejszej grupie może się udać. Może się udać. Tak.
-
Randal (Mike)
- Rzucać się na przeważające siły jest głupotą - oznajmił Randal. - Trzeba używać głowy, a do tego jako medykus chyba jesteście przeszkoleni. Musimy uratować tych ludzi. Nie przeczę, ryzyko jest. Ale ryzyko jest zawsze. Można wszak po prostu z konia zlecieć i kark skręcić, jadąc prostą drogą.
- Wożenie zwłok jest złym pomysłem. Nasz towarzysz był przyzwoitym kompanem i pochówek mu się należy, ale czy na pewno na skraju zasranego miasteczka, gdzie pewnie zaraz ktoś go wykopie by ograbić zwłoki? Tu, w głuszy bardziej mu przystoi spocząć. Wszak leśne ostępy były mu domem, niechaj więc po śmierci wróci do domu.
-
Seweryn (Rewik)
— Różnica to ludzi leczyć i dobro nieść, a zasadzkę i wojaczkę planować. Na twej głowie to będzie, nie mojej. A manewr baczaj, zakończyć się walką musi w ten czy inny sposób. Jeśli zratować bez niej nam przyjdzie porwanych, w pościg ruszą, a zbiec z niewolnymi nie zdołamy. Nim ruszę dalej z wami, wiedzieć bym chciał co planujesz, inaczej nasze drogi się tu rozchodzą i wracam do Czarnych Wrót, więcej tam dobra będę niósł, jak tutaj na własną rzeź idąc.
-
Marius (Brilchan)
- Ja też wolę wrócić, nikt mi nie płaci za ratowanie każdej wioski po drodze. Straciliśmy cennego członka grupy, bez którego śledzenie potworów będzie trudniejsze. Jeżeli padniemy w walce, nikt nie będzie wiedział, co się dzieje... Wolę wrócić i przekazać szefostwu... Jeżeli wydadzą rozkaz stanę do walki, nie będę nikogo powstrzymywał. Jeżeli czujecie potrzebę być bohaterem pieśni bohaterskiej, ale po otarciu się o śmierć przy ratowaniu Vuka i stracie Pana Migdała nie mam już chęci na takie zachowania - Marius miał wyraźnie zły humor, bolała go głowa, a informacje przekazane przez Mistrza też nie nastrajały go pozytywnie.
Nie mógł przekazać tego co powiedział mu Mistrz, bo i tak zaczynali na niego patrzeć podejrzliwe... Ważne, że źródło jego mocy był chwilowo zadowolony, ale Utopiec zupełnie nie czuł potrzeby, aby samemu, z siebie biec w kierunku zagrożenia jeżeli nie musiał.
-
Randal (Mike)
- Plany można robić znając całą sytuację. Nie wiadomo co zastaniemy na miejscu - odparł Sewerynowi Randal. - Ale wiedz, że nie zamiaruję z pieśnią na ustach ruszać na wroga, gdy tylko go zobaczę. Działać będę wtedy, gdy szansa powodzenia jest. Zrobisz co zechcesz, przymuszał cię nie będę.
Spojrzał na Mariusa i odrzekł:
- Nie o bohaterstwo tu idzie, ale o zwykłą przyzwoitość. Pomóc możemy. Bywajcie więc i szczęśliwej drogi. I życzę by nikt was nie zmierzył waszą własną miarą, gdy ratunku potrzebować będziecie. -
Tak jak w walce szale wagi przeginały się to na jedną, to na drugą, obiecując tryumf a to dzielnym awanturnikom, a to niecnym goblinom, tak i teraz, w dyskusji wahadło słuszności było raz tu, raz tam.
Choć, po prawdzie, może porównanie chybiało skali. Tu niektórzy byli twardo okopani na swoich pozycjach, ale bywały chwile, że tym podatniejszym na argumenty czy wolę drużyny, myśl zadrgała. Takim człowiekiem był Sylv, który – choć nie lwiej odwagi – serce miał dobre, ale nie wyrósł do przygody. Nie słysząc poważniejszej zachęty od Kaia czy Lary, przyznając w myślach pewną słuszność sir Randalowi, któremu jednak po nocnej przebieżce był niechętny, pozostał przy pierwotnej idei, by ruszyć w dół i najpierw zająć się godnym pochówkiem towarzysza.
Seweryn badał sens słów paladyna, ważąc czy aby nie przemówią one do niego twardymi faktami silniejszymi niż serce i troska, którą mógł dać potrzebującym w Dolinie... Ale nie przemówiły. Rycerz był sprytny i rozważny, ale medyk rachował, że mimo tego zanadto wiedziony ideą, gdy obaj musieli wiedzieć, że ich wypad za porwanymi na tym etapie skazany już jest na porażkę. Co najwyżej mogli wywiedzieć się, gdzie zabrano wieśniaków, ale czy kiedy (i jeśli) wrócą, by podać miejsce grupie pościgowej, to będzie jeszcze ktokolwiek do odratowania? Albo czy porywacze nie ujdą wyżej w góry?
- Ró-różnie na sprawy można patrzać, ale... Niech Was Pelor prowadzi – Pobłogosławił kompanów Seweryn, nim odszedł ku koniom, by wspomóc Sylva z bezpiecznym ulokowaniem zwłok Migdała.
- I Osprem – dodał Marius. - Niech Was wiodą pomyślne wiatry... I wróćcie bezpiecznie.
Trójka kompanów nie odpowiadała już więcej, zostając przy pożegnaniu, które wcześniej wygłosił Randal i stępa ruszyła naprzód.
Czy to lawina, która kiedyś tu zeszła, czy może jakiś dawny ślad po dukcie uczyniły dalszą drogę jaśniejszą i lżejszą. Wyższe drzewa igliły się po bokach, zostawiając piaszczystą smugę pośrodku mikrym braciom, którzy walczyli dopiero, by wzrosnąć. Na tej ziemi trop pojawiał się coraz obficiej. Być może było to za sprawą podatniejszej gleby, a może po prostu porywacze czuli, że są już dość daleko od wioski, by nie martwić się o zacieranie śladów i ostrożność.
Bądź, co bądź, tropiący mieli wiele szczęścia, że wpadli w ogóle na ścieżkę, którą bieżali zbiegowie. A i potem, po drodze, było wiele okazji, by zgubić drogę, bo ktokolwiek uprowadził chłopów, był fachowcem w swojej robocie. Biegłym w poruszaniu się po lesie, górach i po nocy.
Gdyby porwana grupa była mniejsza, zatarcie śladów byłoby pewnie kompletne, a zatem to głównie za sprawą mnogości dudniących na piachu stóp udało się 'pościgowi' złapać właściwy kierunek. Teraz czuli się już całkiem pewnie, więc jeśli nawet nie widzieli tropu przez jakiś czas, wciąż nie schodzili z koni, powoli wypatrując wskazówek. Zwykle coś trafiało się prędzej czy później i wiedzieli, że są na dobrej drodze, ale kilka razy musieli jednak zejść na ziemię i przyjrzeć się bliżej.
Trop nie wiódł cały czas wyżłobioną ścieżką, ale zaczął potem schodzić w bok i wić się, ciągnąc wyżej i wyżej, aż dotarł do skalistych zboczy, gdzie w bruzdach ziemi wzrastała kosodrzewina. Tu widać było pełniej bazaltowe nasienie Piekielnych Pieców, które wypluwały kawały skał po całej okolicy. Tropiciele rozglądali się niepewnie, świadomi, że są teraz na szerszej ekspozycji dla tych, którzy byli wyżej. Jeśli, oczywiście, ktokolwiek tam był.
Ciepły wiatr hulał tu nieskrępowany, co i rusz sypiąc w oczy pyłem. Poza ciepłem, niósł też smrodliwy, siarkowy opar. Z początku zapach irytował, ale z czasem szło się przyzwyczaić. Podróżni słyszeli, że na rubieżach Drusdygg trafiają się gorące źródła i parujące rozpadliny.
Lara, Kai i Randal mieli dość czasu, by przyzwyczaić się do atmosfery, bo ślad praktycznie zniknął. Na twardszej skale nie sposób było odnaleźć odcisków stóp, a oznaki przejścia, które mógłby zdradzać piach czy pył nikły przez gorące podmuchy halnego. Jedyna nadzieja pozostawała w penetracji coraz to kolejnych rozwidleń i rozstępów między zbitą warstwą roślinności i skalnymi wyrostkami.
Słońce weszło już głęboko w popołudnie, wybijając pewnie smakoszom w dolinie czas podwieczorku, gdy zmęczony półelf zamachał do towarzyszy na znak, że w jego odnodze widać ślad buta. Zasypany w naturalnej kotlince piach zaległ tu na dobre, więc ktoś, kto nieopatrznie wpadł w ten rowek, zostawił autograf na dość długo.
Trop był słuszny, ale dalsza droga była za trudna, by wieść wyżej konie. Zwierzęta trzeba było przywiązać i puścić się dalej pieszo. Na tym etapie, ścieżka czy też jakkolwiek zwać zerodowany, odsłonięty kawałek zbocza, byłaby jeszcze dość szeroka dla dwóch osób idących obok, ale na tyle nierówna, że prowadzenie konia byłoby mordęgą.
Bujna zieleń zniknęła całkiem, zostawiając swój blady odcień i zabiedzoną szarość porostów, które oblepiały skalne zbocza. Na wierzchu zaczęła dominować czerń bazaltu, skrywająca granitową szarość, wydobytą na wierzch przy zboczach o większym spadku. Dla młodych i zdrowych ścieżka była przebieżką dla formy, ale dla słabszych droga musiała być już nie lada wyzwaniem.
Siarczany smród, który zabił nagłym podmuchem z dołu odsłonił dla kogo podejście było nazbyt wymagające. Wyjście na skraj zbocza, gdzie grzbiet zakręcał, odsłoniło w dole, o może sto stóp niżej, nie więcej, gorącą, bulgocącą kipiel. Rozpadlina była miejscem, skąd wypływała parująca, wrząca woda, rozlewająca się w jezioro w szerokiej na kilkadziesiąt łokci niecce. Jeziorko właściwie, bo kotlinka była niewielka i płytka, choć stale zasilana bijącym z wnętrza ziemi ukropem.
W tym ukropie, mieniącym się od wypłukanych minerałów, widać było kilka zrzuconych ciał. Wrzątek robił swoje i wiele było już na dobre rozgotowanych, tracąc indywidualny charakter, ale szło dojrzeć, że trafili tam ludzie starsi. Wyglądając z góry szło zrachować cztery osoby, ale może był ktoś jeszcze, kto zaległ głębiej, ale zdążył już rozpuścić się w ukropie. Gorąco, które biło z dołu nie pozwalało przyglądać się zbyt wnikliwie, a gulgot dochodzący spod ziemi rodził obawę, że źródło może w pewnym momencie lunąć w górę wrzącym strumieniem.
Randal, Lara i zmęczony, nieprzygotowany (choćby w zakresie obuwia) na taką wędrówkę Kai czuli, że są już blisko. A przynajmniej mieli nadzieję. Tu pozbyto się tych, którzy nie byli w stanie iść dalej, ale skoro ciągnięto ich taki kawał, to chyba musiał mieć tu miejsce jakiś ostateczny rachunek?
Chyba, że coś – albo ktoś – przymusił porywaczy do zwiększenia tempa i leciwych, spowalniających przemarsz wieśniaków trzeba było porzucić. Do tej pory był to najmocniejszy i niemożliwy do podważenia ślad, że grupa pościgowa była na dobrej drodze.
Wzmocnieni pewnością, poszukiwacze ruszyli dalej. Natrafili jeszcze na parę kropel krwi, ale później trop się urywał. Nie przejęli się tym nadto, bo już nie raz po drodze tracili nadzieję, a szlak porwanych skręcał, wił się i mamił, uciekając oczom tropicieli. Czasem zaś, na bardzo długo nawet, znikał kompletnie. Szli zatem naprzód, ku górze, niezmordowani i dzielni.
Opasający zbocze góry grzbiet czy wypustka skalna, którą wcześniej zdążali, zaczęła tulić się do ściany coraz mocniej, zostawiając mniej i mniej przestrzeni, by iść naprzód. Z czasem nie było już drogi, by dwóch ludzi szło koło siebie, ale potem zbrakło jej, by iść choćby gęsiego, a dalej widać było, że skalny występ staje się ledwie wstążką, po której ledwo co można by stawiać stopę za stopą.
- Jeśli nie wzlecieli w niebo, to coś musieliśmy przeoczyć – westchnął Randal. - Trzeba się cofnąć niżej... Tam było coś, jakby boczny uskok.
Słowa prawdy i oczywistości, więc nikt nawet nie odpowiedział, a manerw w tył zwrot był naturalny. Cofnęli się i zaczęli przetrząsać ścieżynę krok po kroku. Jeśli widzieli jakieś ślady, to tylko swoje własne. Wtuleni w zbocze, kroczyli w dół, aż dotarli do wspomnianego "rozwidlenia".
Szparę między potężnymi blokami granitu ciężko było wziąć za otwarcie na nowy "szlak", ale to faktycznie było chyba ostatnie miejsce przed zawróceniem, gdzie droga dawała wątpliwość. Wyrwa między skałami była zasypana bazaltową, pokruszoną drobnicą, ale wiatr często strącał w dół wolne kawałki, więc zwałowisko nie nosiło świeżych śladów stóp, ani przejścia.
Kai był gotów przecisnąć się na drugą stronę jako pierwszy (w jego przypadku nie trzeba by się zresztą przeciskać), ale Randal ostudził jego zapał. Wychylenie się na drugą stronę mogło odsłonić ich na pułapkę, a przy niepewności podłoża, pakować się tam tak w sandałach...
Rycerz poszedł na pierwszy ogień i szpara okazała się dostateczna, by przeszedł przezeń bez siłowania się z kamieniem. Może o włos, ale obyło się bez kurczenia się, kulenia w sobie i przede wszystkim zdejmowania zbroi.
Po drugiej stronie nie było żadnej wyraźnej ścieżki (ta, którą dotarli tu tropiciele też nią de facto nie była), a jedynie skaliste, zasypane opadającym żwirem i bazaltowym pyłem zbocze. Idąc powoli dało się utrzymać pion, a wzrastające co parę kroków, osadzone w skale kawały głazów dawały naturalne oparcie, ale na dłuższą metę było tu niebezpiecznie. Niepewny krok sypał kamieniami w dół, a tak samo kamienie schodziły tu z góry. Trzeba było mieć baczenie na każdym ruchu.
Pierwszy przekonał się o tym Kai, któremu otoczaki dostały się pod stopę, kłując i wystarczył ten drobny impuls, by złe postawienie kroku skończyło się osuwiskiem... A półelf zleciał w dół, ściągając za sobą deszcz kamyków. Spadek w dół był długi i bardzo kanciasty...
Bard miał szczęście, że Randal schwycił go w porę. Ale półelf, choć szczupak, piórkiem nie był i nagłe pociągnięcie martwego ciężaru w dół nie dało rycerzowi szansy. Bronson zacisnął zęby aż zadźwięczało i razem z kompanem zjechał w dół. Pył podniósł się wysoko, zostawiając Larę w szarym obłoku niepewności.
Bogom dzięki, nie zjechali daleko. Stalowy osprzęt i grube rękawice Randala dały mu podparcie na jednym z wystających granitowych zębów. Rycerz wyhamował, ale nie utrzymałby Kaia. Półelf odzyskał już jednak rezon i zwyczajową zręczność, która tym razem pozwoliła mu niemal po kreciemu wbić się rękoma głęboko w usypisko i uchwycić jakiejkolwiek nierówności.
Oj, teraz byli już uważni, a każdy krok mierzyli po krawiecku. Wwlekli się z powrotem do Lary, ale koszt całego zjazdu w siniakach był niemały, a pot przemoczył ich do bielizny. Musieli teraz zważać na ruchy, a wszystko wydłużyło się niemiłosiernie.
Przetrząsnęli zbocze na sto i jeden sposobów, ale w końcu musieli otwarcie przyznać przed sobą, że trop jest martwy. Siniaki i guzy, a wszystko na marne. Wycofali się przed wyrwę i z powrotem na ścieżkę, ale tu mieli jeszcze kawał do przejrzenia. Szli i szli, macając skałę dla własnego bezpieczeństwa, jak i rachując, że może gdzieś kryje się jakaś szpara, czy ślad, który odsłoni im drogę. Zeszli z powrotem nad kipiel, gdzie gotowała się ludzka zupa już niemal pod wieczór.
Źli i zrezygnowani, z początku nie odzywali się do siebie. Musieli jednak wymienić myśli, zastanowić się, co dalej i zdecydować czy tu ich droga się kończy...
- Możliwe, że poszli jednak inną drogą, a tu wydelegowali fragment grupy, by pozbył się ciał – myślała głośno Lara. - Wówczas nie ciał jeszcze, oczywiście, ale porwanych, którzy mieliby problem przejść wyżej... Albo w głąb czegoś... Tunelu? Szybu?
- Nie widzę innego wyjścia – zgodził się Randal. - Musimy zbadać dokładniej jeszcze tę część poniżej. Może większość odbiła tam, a tu odprowadzono tych uznanych za niepotrzebnych. Niżej, jeszcze przy piętrze kosodrzewiny, było parę możliwych ścieżek odbicia.
- Zgoda, zgoda. – Uśmiechnął się smutno Kai. - Ale baczcie, że zmrok nas tu niedługo zastanie, trzeba wrócić do koni, a bez światła nie tylko nic nie znajdziemy, ale najpewniej połamiemy się tutaj...
- Nie trwońmy czasu – odrzekł paladyn, którego często porywał impuls. Ruszył od razu.
- Nie trwońmy – odparł plecom rycerza bard. - Nie chciałbym dawać rudemu tej satysfakcji, że miał rację...
Szukanie dalej przebiegało jeszcze wnikliwiej i z każdą chwilo, gdy światło zaczęło zanikać, bardziej rozpaczliwie. Poszukiwacze przetrzepywali zbocze, jakby dokonywali wiosennych porządków w mieszkaniu, odkurzając każdy kąt i przeglądając każdy kamyk. W końcu zdecydowali, że muszą wrócić do koni i spróbują przejrzeć końcówkę drogi z pochodniami.
Zwierzęta były niespokojne i głodne. Resztki słońca na grzebieniach Pieców dawały ostatnią tamę przed wilczym wyciem, którego koncert nadchodził. Randal nakarmił konie, a pozostali przygotowali ogień na ostatni, właściwie desperacki, wypad poszukiwawczy.
Finalny fragment ściezki nie przyniósł żadnego rozwiązania, choć wykazał, że przy grubym naciągnięciu rzeczywistości, można by uznać, że tropieni mogli odbić w któryś z niewielkich żlebów na boki. Przejście tam byłoby dla dużej grupy praktycznie niemożliwe, ale może przy świetle dnia warto było dać temu szansę? Zawsze zostawało jeszcze parę szlaków odbijających w zaroślach kosodrzewiny, o których mówił Randal. Wróg mógł skręcić i tam, zostawiając odwód ze skazańcami nieco w tyle. Potem mogliby przecież dogonić swoją grupę, zwolnieni od balastu.
Tylko ta krew w górze za kipielą... Może znali tam ścieżkę, którą mogli nadrobić drogę? Albo mieli osprzęt, więc mogli zwyczajnie zjechać w dół, nadrabiając straty? Ale czy... Czy to wszystko nie śmierdziało też magią? Bo czy mogli się pomylić i musieć zawracać? Pasowałoby to do nich?
Do nich, czyli do kogo właściwie?, pomyślał Randal. W głowie układali już wizję jakichś super-skutecznych porywaczy, którzy umykali im nieomylnie, a grupę prowadzili jak baranki na rzeź. Ale ile było takich spraw, gdzie strach, chaos natury i zwykłe przypadki sprawiały, że banda prostych zbójów rosła w oczach pospólstwa do rangi czartów czy wilkołaków?
- Muszę się cofnąć tam wyżej! – palnął nagle Kai, a pochodnie kompanów rzuciły na niego światło. - Muszę... Muszę to sprawdzić. Przeoczyłem... Może nic, ale spokoju mi nie da, jak nie sprawdzę.
Półelf, choć złotousty, nie umiał do końca powiedzieć, co go tak poruszyło. Wcześniej, zjeżdżając tam po zboczu, zobaczył coś. Jakiś poblask. Mgnienie, lśnienie. Zwał, jak zwał. Wiedział, że prócz zwykłych szarych skał trafiają się tu minerały. Kwarce, kamienie księżycowe, piryty. Ba, te góry przecież miały w sobie złoto i srebro. Była siarka, żelazo. Słyszało się o topazach z Drusdygg. Nie mówiąc o wszechobecnej mice, krzemieniach i skaleniach. To mogło być przecież cokolwiek...
Bard ruszył naprzód, ale ponowna droga pod górę dawała się we znaki. Randal wyprzedził go, oświetlając ścieżkę pochodnią i pytająco zerkając na druha. Już dziś, raz, Kai wciągnął ich w tarapaty. Swoim zachowaniem ściągnął na nich burzę i kosztował ich śmierć towarzysza. Czy teraz... Mógł znów wieść ich na manowce? Może to wcale nie goblin namotał mu w głowie?
Lara została nieco z tyłu. Wysportowana, gibka, silna, a jeszcze silniejsza umysłem, potrafiła często zmotywować swoje ciało do działań, które przekraczały ludzkie wyobrażenie. Jej wypady w dzicz uczyniły ją twardą i nieskorą do narzekań na przeciwności. Teraz jednak, znokautowana wcześniej i mocno ranna, zaczęła szybko opadać z sił. Kompani zaczęli oddalać się bardziej i bardziej, a członki pani doktor piekły mocniej i mocniej...
Kai przesadził raz jeszcze wyrwę, którą wcześniej przekraczali. Skok był nadto entuzjastyczny, ale już po drugiej stronie bard wyhamował i uspokoił ruchy. Osadził pochodnię wśród skał i zaczął obwiązywać się liną, której koniec przytroczył do stożkowatego skalenia. Randal przyświecał mu ostrożnie, dumając co druh wyczynia. Lara nadeszła na miejsce dopiero po chwili, spocona, obolała i dysząca, patrząc jak asekurowany przez paladyna, bard opuszcza się parę łokci w dół.
Półelf zsuwał się po zboczu powoli, osadzając stopy głęboko pod kamieniami, by dać im oparcie, ale pochodnią w drugiej ręce oświetlał wszystko wokół, szukając bogowie-wiedzą-czego. I znalazł. Znalazł i teraz wiedział, że się nie pomylił.
- Krew! – syknął z dołu, wstrzymując krzyk, który chciał wznieść wcześniej. - Mignęło mi wtedy... I nie przypadek...
- Gdzie? – Wyjrzał z góry Randal. - Nie nasza? Jak zjechaliśmy tam po skale, trochę dupsko obtarło.
- Nie-nie... – Kai był pewny. - Widziałem dokładnie tu jak spadałem. To była taka chwila... Wątpiłem, ale jednak. Jednak widziałem.
- Schodzisz niżej? – Lara oparła się o ramię paladyna, gdy w oczach jej pociemniało po wykroku nad zboczem.
- Taaak... – Półelf był już niżej, ale lina nie mogła sięgnąć dużo dalej. - Spróbuję.
Bard był teraz już bardzo ostrożny. Stawiał kroki jakby grał w klasy na zwolnionych obrotach, każdą stopą omijając każdą linię i skalny kant. Miał wolną tylko jedną rękę, bo w drugiej trzymał pochodnię, więc pochód był podwójnie powolny.
Ale już kilkanaście stóp niżej ze ściany wystawał ogromny głaz, sterczący w bok jak jeleni róg. Skała dawała oparcie przed spadkiem niżej i zbierała sypiące się z góry kamienie i pył. Muzyk-wspinacz musiał odwiązać linę i te ostatnie metry przebyć bez asekuracji. Zrzucił delikatnie ogień poniżej, modląc się, by nie wygasł i oświetlił mu zejście.
Nic z tego. Zejście przyszło mu kończyć po ciemku, ale stężały niemal w ruchach Kai dopiął swego i na skałę dotarł w całości. Tu odpalił ogień na nowo i... No właśnie, co dalej? Przysiadł na kamieniu i wychylił się nad brzegiem, śledząc rumowisko w dole.
I znalazł. Znalazł to, za czym tutaj przybyli.

- Mam! – syknął z dołu najgłośniej jak potrafił, niepewny czy taki syk jest w ogóle bezpieczniejszy niż zwykłe zawołanie. - Jest przejście!
Każdy z poszukiwaczy stracił Punkt Inspiracji (założyłem, że zależy Wam na tym tropie, więc podjąłem taką decyzję). Szczęśliwy rzut (20) przypadł w udziale Kaiowi na powtórzeniu po Inspiracji i tym samym to on odnalazł tajemniczy właz.
Kai: Używa swojego jedynego punktu Inspiracji i ma (aktualnie) zero.
Lara: Używa swojego ostatniego (póki co) punktu i też ma zero (użyła 1 punktu, by wyratować się od śmierci, a jednego, by powtórzyć nieudane Leczenie Kaia).
Randal: Zużywa 1, zostaje mu jeden.PW: Kai traci 1 PW spadając ze skał. Randal traci 3 PW (mocniej go widać obiło w tej puszce).