Daggerheart: Serce Wieczności
-
Z dziećmi Rozmowa
Dziewczynka popatrzyła na Von Tryka i się wyszczerzyła w radosnym uśmiechu a potem powiedziała.
- Bo my tu kiedyś mieliśmy króla, ale on dał miastu wolność… Tylko, że potem jeden z potomków króla, Archiblod stwierdził, że mu się to nie podoba i chciał znowu mieć miasto, ale wtedy się broniliśmy. To było za czasów młodości mojej babci i ona mówiła że wszyscy dali mu takiego włókna… I teraz mieszka syn Archibada, Hrabia Talbet i jego wnuczka… Podobno jest bardzo ładna! Oni mają trochę ziemi, ale są podobno bardzo biedni. To znaczy jak na Hrabiów.-
Chłopiec zrobił wielkie oczy na widok Wróżki stworzonej przez Eris, a kotowata dziewczynka zaczęła za nią skakać jakby chciała ją złapać. Z kolei dziewczynka która rozmawiała z Rekotkiem na wieść o tym, że będzie śpiewać o niej podczas występu Barda pieśni zatańczyła z radości!
Gdy jednak zostały rozdane monety dzieciaki podskoczyły i zapewniły, że z radością oprowadza poszukiwaczy przygód po mieście.Strażnik i wejście do miasta
Strażnik słysząc słowa elfki zaśmiał się chrapliwie i powiedział.
- A co ja niby jestem? Jakimś lokajem, który ma zaprowadzić gości do swojego pana i władcy! Wam się chyba wydaje, że jak nie mam nic do roboty! Myślicie, że te wrota same będą się pilnować! A tak w ogóle to wy nie jesteście pierwszymi poszukiwaczami przygód którzy usiłują wprowadzić zamęt w tym mieście! -
A potem zobaczył jak gigantka próbuje przejść przez sprawę i tylko Wpatrywał się z otwartymi ustami aż w końcu udało jej się przycisnąć nie bez uszkodzenia futryny.
- Nie jestem żadną Ekscelencją tylko prawdziwym Celencjem!- I uważaj jak leziesz ty niebieska ty Powiedział obrażony strażnik, ale nie przeciwstawiał im się więcej, jedynie tylko rzucał im niechętne spojrzenia…Oprowadzanie po mieście
Jak już było wspomniane, Nie było to duże miasteczko, ale zaskakujące malownicze… Dzieci powiedziały im że są tutaj trzy karczmy.
Niedaleko głównej bramy znajdowało się pod Jesionem i Dębem, prowadzona przez elfa nazywającego się Felian, karczma była całkiem przytulna i dzieci twierdziły, że właściciel był kiedyś rzecznym piratem i nawet nie ma jednego oka! Mają tam kilka pokojów dla osób różnych rozmiarów i podaje pyszne pierogi z kapustą i grzybami. Zatrzymała się tam Już przynajmniej jedna drużyna poszukiwaczy przygód.
Gospoda Srebrny Dysk znajdującą się na wzgórzu na środku miasta prowadził automaton Srebrno Uchy, i to podobno od ponad stu lat. Dzieci twierdziły, że to był przybytek, który zatrzymywali się głównie ci zamożniejsi kupcy, którzy tutaj przebywali oraz czasem bogaci mieszkańcy odwiedzali to miejsce aby się czegoś mocniejszego napić, także tam odbywały się Narady Starszyzny, oraz można tam było poczytać książki, bo Właściciel posiadał naprawdę piękną Bibliotekę.
Tawerna pod Nawiedzonym Młynem znajdowała się poza miastem i właściwie obok rzeczonego młyna, i była przeprowadzona przez przez bardzo strasznego smokowca Clow Slashora. Rodzice zabraniali im tam wchodzić, bo podobno różni i podejrzani ludzie z pobliskich lasów i innych miejsc tam zaglądali.
Były tutaj też dwie świątynie, obok wcześniej widocznej świątyni Justusa Był tutaj też przybytek sióstr Catarek a poza miastem swoją siedzibę mieli druidzi którzy błogosławili pola. Niestety dowiedzieli się, że burmistrz nie żyje, bo zjadły go jakiś stwory które wylazły z Pieczar.
-
- Jak myślicie, przyjaciele? - spytała swoich towarzyszy Eris - Pod Jesionem i Dębem czy Srebrny Dysk? - było dla niej oczywiste, że Pod Nawiedzonym Młynem nie powinno znaleźć się w zakresie ich wyboru i nawet nie zamierzała o tym dłużej dywagować.
-
Elmore, 83. dzień Skwaru
Rechotek obejrzał się podejrzliwie za siebie, wytrzeszczył wyłupiaste oczy na strażnika, który wciąż wycierał z wstrętem gębę opryskaną kawałkami nie do końca przeżutej larwy. Ribbet westchnął ze szczerym ubolewaniem na ten widok, doskonale świadomy swojej jedynej niedoskonałości - kiedy bowiem zdarzało mu się przemawiać z resztami posiłku w paszczy, siał na wszystkie strony drobinami strawy nasiąkłej kleistą i ponoć nieprzyjemnie pachnącą dla innych śliną.
Nie bez powodu przed każdym swoim występem Rechotek płukał starannie gębę najlepszym winem jakie miał pod ręką - najczęściej tym niedopitym przez barona, które nie tylko czyściło pozostałości po posiłku, ale i zapewniało ribbetowi odświeżający zapach paszczy.
- Do przybytku smokowca lepiej teraz nie zawracać - zaskrzeczał tonem rozważnej przestrogi - Ten strażnik wygląda mi na prawdziwie nieobytego z manierami chama, jeszcze gotowy bramę nam zatrzasnąć i trzeba będzie panią Khari prosić o jej wyważenie, a to by uwłaczało jej godności. Eris dobrze rzecze, idźmy najpierw do Jesiona, a potem do tej lepszej oberży, na końcu zaś do włodarza. Taka kolejność będzie przejawem dobrych manier, bo wieść o naszej wizycie nas tu wyprzedzi i da tutejszemu namiestnikowi czas na przygotowanie odpowiedniej oprawy przy audiencji. Niech wie tutejsza szlachta, z kim będzie miała zaszczyt obcować.
Tyle powiedziawszy ribbet zrównał się z Khari, pełnym nabożnego podziwu wzrokiem wpatrując się w olbrzymkę i układając w myślach kolejną pieśń na jej cześć.
-
Strażnik odprowadził Rekotka pełnym nienawiści spojrzeniem, na pewno zemści się gdy będzie miał okazję.
Towarzysze postanowili udać się do gospody pod Dębem i Jesionem, Był to zaskakująco przytulny przybytek, dwupiętrowy, odliczając parter, z jedną długą ławą pośrodku i kilkoma mniejszymi stolikami po bokach a także z dwoma niedużymi zabudowanymi obszarami rogach izby, jakby ktoś chciał więcej prywatności. Było tu kilkoro gości, w tym czwórka zasiadająca przy jednym ze stolików.. Byli najwyraźniej drużyną poszukiwaczy przygód, a w jej skład wchodzili krasnolud w tatuażach i z irokezem, czarodziej z długą czerwoną brodą i sterczącymi rudymi włosami, mężczyzna w kolorowym stroju z wielkim oburęcznym mieczem na plecach, oraz ponura Elfka ubrana na zielono. Było to kilka posługaczek, a dwie wyglądające na przyjaciółki, bardzo atrakcyjne niziołka i goblinka zapiszczały na widok nowej drużyny radośnie. Właściciel, gospody gdy tylko ich zauważył, podszedł do nich czesząc się. Był elfem o krótkiej fioletowej bluzce, i tego samego koloru miał włosy spięte w kucyk, a na oku rzeczywiście nosił opaskę. Przy pasie miał rapier, a także nosił buty wykonane ze skóry jakiegoś gada o błyszczących łuskach.
- Jestem Almair w błękitnej wody i czy mogę służyć moim gościom! - -
„Pod Dębem i Jesionem”
Ribbet momentalnie się rozpromienił. Karczma sprawiała wrażenie nadzwyczajnie przytulnej i wręcz domagała się tego, aby spędzić w jej wnętrzu jak najwięcej czasu. Obecność innych gości tylko nieznacznie skwasiła doskonały humor Rechotka, bo chociaż znaczyło to, że dwie urocze poslugaczki musiały dzielić swój czas pomiędzy kwartet mało imponujących przybłędów i znakomitą świtę barona von Trykka, bard nie miał wątpliwości, o czyj stolik zadbają bardziej ochoczo.
Właściciel zacnego przybytku wywarł na Rechotku jeszcze większe wrażenie niźli sam jego lokal. Ribbet zwiedził kawał świata i bez fałszywej skromności uważał siebie samego za znawcę zwyczajów i charakterów wszelakich istot rozumnych. Jeden rzut ślepia na Almaira wystarczył ribbetowi na wyrobienie sobie opinii o ewidentnie obytym z modą elfie. Gospodarz nosił u swego boku broń, w środku miasta i we wnętrzu własnej karczmy, co Rechotek uznał za deklarację bezwzględnego dbania o bezpieczeństwo gości. Co więcej, zmierzając ku nowym przybyszom czesał się, a to dowodziło niezwykłego przywiązania do wyglądu i ogólnie pojętej schludności. Sam Rechotek nigdy się rzecz jasna nie czesał, bo tworząc pierwsze ribbety bogowie uznali, że istoty tak doskonałe nie potrzebują intyfalnych ozdób w pokroju sierści, ale był świadomy tego jak ważnym elementem wyglądu bywały włosy w przypadku bardziej poślednich gatunków stworów.
Czesanie włosów w obecności gości jawiło się Rechotkiem przejawem najwyższej troski o czystość, ład i porządek - a te przymioty ribbet bardzo sobie cenił.
Odczekawszy zatem w wyrazie szacunku, aż Almair schowa grzebień, bard ukłonił się przed nim nisko, a potem wskazał łapą na towarzyszy poczynając od fauna.
- Zacny panie, bądź pozdrowieniu w imieniu mego mecenasa, barona von Trykka, który właśnie twój zacny przybytek postanowił zaszczycić swoją postacią. Towarzyszy mu najpiękniejsza córa gór jak kiedykolwiek miałeś sposobność ujrzeć, a zapewniam cię, że uroda jest jedynie jednym z wielu jej przymiotów, albowiem bez wątpienia dowiesz się we właściwym czasie, że potrafi ona jednym ciosem wyłamywać miejskie bramy. To jest Eris, dama bez skazy i tkaczka zaklęć doskonałych. I koniec końców ja, pokorny przyboczny barona, a niejako przy okazji znany w świecie i wielbiony przez całe plemiona artysta.
Ribbet ukłonił się ponownie, tym razem już nie tak nisko jak za pierwszym.
- A skoro prezentacjom stało się zadać, jego wysokość Herr Trykk z pewnością skosztowałby tutejszych przednich trunków.
-
- Isztotnie, isztotnie - pożegnawszy serdecznie pomocne smyki, przyznał faun Rechotkowi rację gładząc się po brodzie - Napitek zdałby się, bo ciepłota na dworzu. Ale za wodę danke schon Herr gospodarzu, podziękujemy. Za to sztrawieśmy radzi! Ja-a-a!
Co rzekłszy powiódł swą świtę przez ciekawe wnętrze karczmy ku drugiemu z prywatnych alkierzy przykręcając wąsa ilekroć jego spojrzenie skrzyżowało się z którąś z kaczemnych dziewek. Zarówno niziołki jak i goblinki często bywały zadziwiająco frywolne w odróżnieniu od elfek! Ot choćby taka ich Eris, której więcej rozkoszy zdawał się sprawiać szelest pergaminów niźli męskie wyznania! Albo ten ich gospodarz w za krótkiej bluzce. Baron wolał nie spoglądać zbyt nisko i nie przekonywać się, czy widać mu pępek. Cóż to w ogóle za nowomoda na takie kuse i pstre ubiory u panów gdy pannom jeno przystoją!?
Ale jedno należało oddać elfom. Umiały biesiadować! Wiedział to doskonale Baron Van Trykk, bo w niejednej elfiej biesiadzie brali udział i wspomnienia z nich zawsze były miłe sercu...
- Jeśli to nie sekret Herr gospodarzu, uraczyłbyś nas może historią jak to się stało, żeś swe Auge zatracił? Vielleicht było to w Waszych sławetnych Pieczarach?
-
Eris usiadła przy stole w karczmie. Siedzenie było proste, ale wygodne ,a stół solidny i czysty.
- Hm... poprosiłabym herbatę ziołową z miodem i sokiem z malin. I kawałek szarlotki, jeśli by był - złożyła zamówienie do jednej z karczemnych dziewek - A czy i pokój na noc znalazłby się dla mnie i moich towarzyszy?
-
Gospodarz odłożył grzebień i mogli zauważyć. że był to jeden z tych bojowych elfich grzebieni, które posiadały wbudowane ostrze na wypadek gdyby trzeba było walczyć w trakcie dbania o wygląd, albo zadbać o wygląd w trakcie walki! Potem ukłonił się, i powiedział
- Zaiste rad jestem poznać tak wspaniałych gości! - Zaprowadził ich do stolika mówiąc. *- Oczywiście, że nie ugoszczę was samą wodą, chyba, że wodą, życia bo mamy tutaj przednią okowitę. - Rzucił spojrzenie Eris, odrobinkę podejrzliwe, i powiedział. *- Herbata się u nas znajdzie, ale obawiam się, że wszystkie soki jakie posiadamy są już w formie sfermentowanej! Polecam nasze wspaniałe wino jagodowe, bardzo dobre na taką porę dnia, bo podawane schłodzone! Na pierwsze danie proponuję chłodnik z buraczków, albo może zupę koperkową z zacierkami, tak na pobudzenie apetytu! - Gdy Almair tak mówił, to Baron mógł zobaczyć że zarówno niziołka jak i goblinka odpowiedziała mu znaczącym mrugnięciem, lecz elfka należąca Do drugiej grupy poszukiwaczy przygód, gdy tylko na nią spojrzał, to zmarszczyła brwi i przyjechała po szyi i wskazała na niego.
- Auge? Ach zapewne ma pan na myśli moje oko! No cóż, muszę przyznać, że sprawa była prosta, bowiem to smok odgryzł oko. Wprawdzie był to bardzo niewielki smok. Widzicie, kiedyś zajmowałem się tak zwanym nie sankcjonowanym pobieraniem myta za korzystanie z rzeki! Wtedy też spotkaliśmy statek należący do zacnej arystokratki, który został napadnięty przez Grabotrola i tylko dzięki swej odwagi udało mi się go przepędzić. Zachwycona dama, która podróżowała tym statkiem, podała mi swoją rękę do pocałowania, ale wtedy niewielki smok domowy, którego trzymała na drugim ramieniu najwyraźniejszym zdenerwował i mnie dziabnął! - Zaśmiał się a potem zwrócił do Rekotka. - W trakcie swojej rzecznej kariery usłyszałem wiele wspaniałych Pieśni stworzonych przez twój lud, więc z radością pozwolę grać tak wspaniałemu bardowi. - -
- Grabotrol! Smok domowy! W jednej przygodzie! Pysznie! Pysznie, ja-a-a! A my naszą przygodę w takim razie zaczniemy od chłodniczku! Słyszałem, że elfy z buraczkami potrafią czynić istny Wunder! Erisz mein Liebe. Od słodkości się rozbędziesz i zmarszczek nabawisz! Zobaczysz! Za to chłodniczek z koperkiem zadziała besser niż czary! Wzmacnie włosy! Orzeźwia! I dodaje sił witalnych!
Co rzekłszy baron zatupał tanecznie racicami, aż podłoga zadudniła, a naczynia na tacach zadzwoniły jak dzwoneczki. Jednocześnie posłał elfce z konkurencyjnej drużyny bardzo pewne siebie i równie nieprzyzwoite cmoknięcie. Miał świadomość, że był dorodnym mężczyzną i potrafił zwracać uwagę. A wszak tyle przeważnie wystarczyło by skraść całusa, pieszczotę, a może i co jeszcze!
Zasiadł przy stole poprawiając mankiety i ponownie zwrócił się do oberżysty.
- A nic tak do chłodniczku nie pasuje jak karafka Rieslinga z jakiego znany jest region Błękitnych Wasser! By nie chodzić dwa razy, przynieś od razu dwie, dobry Almairze. I rzeknij nam jeszcze… Duże w mieście gości zjechało w sprawie owych Pieczar? - Zerknął wymownie na konkurencyjną czwórkę. -
Kiedy przeuroczy gospodarz oddalił się pośpiesznym krokiem do piwniczki, rozparty wygodnie na podbitym jakimś futerkiem krześle Rechotek przechylił się w kierunku odzyskującego animusz pryncypała.
- Ich vermute, der hochverehrte Baron würde es lieben, dieses schöne Elfenfeld umzupflügen - oznajmił spoglądając znacząco w stronę elfiej poszukiwaczki przygód - Solch kühne junge Ziegen lieben Herausforderungen. Sollte der verehrte Baron also Hilfe benötigen, stehe ich Ihnen wie immer mit meiner Zunge zur Verfügung.
Ribbet przemówił w ojczystym języku szlachcica, w przepięknie brzmiącej, miękkiej i melodyjnej mowie, która nie bez powodu uchodziła we wszystkich cywiiizowanych krainach za pieszczący uszy swoim boskim brzmieniem uniwersalny język miłości.
Przywołana ruchem dłoni goblinka dygnęła przy krześle Rechotka szczerząc w przyjaznym uśmiechu rządki ostrych kiełków.
- Poproszę chłodnik, ale z dodatkiem larw świerszcza niedźwiedziego, koniecznie żywych… nie macie żywych? Toż to istny gwałt na sztuce kulinarnej, ale niechby były nawet nieżywe. I podwójną porcję. Naści pieniążka, cobyś pamiętała o tym stoliku.
Wręczywszy posługaczce złotą monetkę Rechotek jął się przyglądać zaczepnej elfce z drugiego stolika, w myślach układając już rymy dedykowanej jej ballady.
-
Eris kiwnęła głową na słowa właściciela karczmy - WIęc poproszę o herbatę ziołową z miodem, ale bez soku. I... ten chłodnik z buraczkami brzmi pysznie. Potem może wezmę kawałek szarlotki na deser, ale najpierw chciałabym spróbować zupki i herbatki - powiedziała.
Odnośnie drugiej elfki i jej przyjaciół... no cóż, westchnęła głęboko. Uważała, że elfka niepotrzebnie prowokowała, ale i jej przyjaciele niepotrzebnie się z nią wdawali w jakiekolwiek dyskusje. Czy nie najlepiej ją po prostu zignorować? Eh... mężczyźni i ich pasja do kobiet...
-
Khari przecisnęła się do stolika. Krzesła były proste i zapewne wygodne. Dla kogoś rozmiaru jej towarzyszy. Odsunęła swoje, uklękłą i opadła siadając na piętach. Następnie ułożyła swój dwuręczny topór pod stolikiem. Nie spodziewała sie tu walki, ale gdyby faktycznie przyszło się z kimś mierzyć, to najpewniej sięgając po topór wywróci stolik wraz z zawartością. Ale… kto chciałby się bić w karczmie?
- To ja poproszę zupę koperkową i chłodnik z buraczków. Maszli coś więcej do jedzenia, czy w tym przybytku się jeno pije? A jak się pije, to znajdzie się gdzie beczułka piwa? Niewielka, dziesięcio galonowa? - mówiąc to ręce ułożyła jakby chcąc pokazać o jaką wielkość jej chodzi. I choć odległość pomiędzy dłońmi olbrzymki nie wydawała się duża, to beczka tej wielkości mogłaby zapewnić sporą ucztę dla całej drużyny.
Inna sprawa, że wino nie było jej mocną stroną. Choćby dlatego, że większość tych z którymi się spotkała podawano w kieliszkach wielkości naparstków i trudno było wyłapać jego smak.
Historia o domowym smoku była zacna. Do tego dnia nie wiedziała, że są domowe smoki. Na moment się rozmarzyła.
- Chciałabym smoka - wymsknęło się jej, podczas gdy wzrok powędrował na drużynę łowców przygód. - Czy oni nie powinni przyjść oddać wam czci wasza przewielebność? - zapytała ściszonym gosem Barona.
- Mam iść im powiedzieć, że nie umieją się zachować? Ten z krótkim mieczem wygląda jakby coś sobą reprezentował, ale nie sądzę, żeby reszta choćby wiedziała którą stroną trzyma się włócznie. Jedno słowo wasza świątobliwość…
Gdy na stole pojawiały się zupy dotarło do niej, że najpewniej stół jednak wywinie fikołka gdy będzie musiała pochwycić topór. Miała tylko nadzieję, że gdy zacznie nim machać, to nie zetnie kolumn trzymających sufit. Wprawdzie wyglądały solidnie… niczym miejska brama.
-
Goblinianka posługaczka zrobiła smutną minę, a potem powiedziała przepraszająco.
- Bardzo mi przykro, ale bardzo ciężko utrzymać w takiej karczmie żywe larwy! - Powiedziała, a wtedy czarodziej o czerwonej brodzie, należący do drugiej drużyny Poszukiwacze przygód rzucił im ciekłe spojrzenie i powiedział.
- Świerszcze nie mająt, tylko nimfy! Toż to gwałt na entomologyji! -
Goblinianka pokazała mu język i powiedziała.
- Nimfy! Co za bzdura! Nimfy to piękne wodne Panny! Nimf się nie zjada, przynajmniej nie w ten sposób! - Powiedziała, a potem Niziołczanka Zapytała.
*- A wasza piękna drużyna może zabiła już jakiegoś smoka? - Ale wtedy jej zielona towarzyszka Popatrzyła na nią pobłażliwie i powiedziała.
- Nie gadaj bzdur! Te drużyny, które zabijają smoki są pełne pokrytych bliznami starachowi staruch, niczego na czym można byłoby go zawiesić! - Uśmiechnęła się łobuzersko do drużyny, a potem pobiegła przynosić smakołyki.
Gospodarz najpierw zwrócił się do barona.
- Z bardziej treściwych rzeczy Proponuję albo gołąbki z kaszy gryczanej w sosie grzybowym, albo zrazy wołowe w tym samym sosie! Oczywiście z kaszą gryczaną! - Powiedział a potem zwrócił się do olbrzymki.
- Mamy to tylko niziołczego Lagera. Zaraz każe przynieść! - I rzeczywiście po chwili przyniesioną i wielką baryłkę całkiem Dobrego Piwa Niziołków.
-

„Pod Jesionem i Dębem”
Ribbet szybko odzyskał zwarzony kulinarnymi niedostatkami humor, bo chociaż gospodarz nie posiadał w swojej spiżarce żywych larw, zupa i tak ogromnie barda ukontentowała. Wysiorbał ją z lubością, łapczywie zagarniając zawartość talerza do paszczy swoim giętkim jęzorem, potem z wdziękiem beknął i przywołał władczym gestem łapy goblińską posługaczkę.
- Naści tu jeszcze jednego pieniążka - rzekł wciskając jej do piąstki monetę - A teraz wyjrzyj prędziutko za próg i zapędź tutaj kogo tylko zdołasz, albowiem za chwileczkę ten zacny przybytek stanie się świątynią kultury i sztuki.
Skłoniwszy się baronowi Rechotek zeskoczył z krzesła, zanurkował w kąt izby biesiadnej, w którym ustawił wcześniej swój instrument.
Wielki bęben zadudnił przetoczony po podłodze ku środkowi sali. Był to prawdziwy bęben haito z dalekiego Nippongu, gdzie mistrzowie gry na takich instrumentach zwykli rzucać się na swoje ostrza, gdy ich występy nie zyskiwały dość żywiołowej aprobaty słuchaczy. Rechotek rozmarzył się przez chwilę gładząc długimi palcami skórę haito, przywołał z pamięci wspomnienia krainy Nippongu, zwłaszcza obrazy gejsz o zwinnych palcach wiedzących doskonale jak smyrać delikatne ciała ribbetów, aby wprawiać ich umysły tym dotykiem w euforyczny letarg.
Drzwi karczmy stanęły otworem, w progu zamarli spędzeni z ulicy przechodnie, strzelający podejrzliwie wzrokiem po obu zajętych przez obcych stolikach.
- Zapraszam, zapraszam serdecznie! - zaskrzeczał przyjaźnie ribbet plując bez skrępowania resztkami nie dość starannie rozgryzionych larw - Świątynia sztuki otwarła swe podwoje. Przemiły gospodarzu, zechciej też okna pootwierać, niechaj cudowne dźwięki tego bębna poniosą się po całej okolicy. Już za chwilę rozpoczniemy występ na cześć Khari Nix, prawdziwie półboskiej córy Wysokich Szczytów, dzisiaj zaszczycającej swoją osobą właśnie wasze miasteczko! Co tak w progu stoicie, chodźcie, chodźcie! A przy okazji proście zacnego gospodarza o jadło i napitki! Nie pamiętam, kiedy żem się pożywiał w równie zacnym przybytku! Wyborne jadło tu mają! Siadajcie, zamawiajcie, a uszu nadstawiajcie!
Chcąc podkreślić wagę swoich słów Rechotek uderzył z entuzjazmem w bęben i dźwięk tego huknięcia sprawił, że niektórym gościom sztućce wypadły z rąk.
- Pieśń ta, dedykowana pani Nix, zatytuowana jest jednym tylko słowem, ale zawiera ono w sobie bezlik przymiotów tej cudownej wojowniczki. Pochodzi ono z rodzimej mowy obecnego tu czcigodnego barona von Trykka, albowiem pięknem swego brzmienia bije ono na głowę nawet wykwintne elfickie dialekty… mam nadzieję, że zacny gospodarz mi przyzna rację. Oto tytuł tej pieśni i dobrze go zapamiętajcie, byście się później mogli chwalić jego znajomością!
- Oto Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz!
-
Eris siedziała przy stole i pjadła swoją zupkę - całkiem smaczną. Gdy jej towarzysz zaczął grać na bębnie, klaskała grzecznie dłońmi i kiwała się w rytm muzylki. Nie była pewna, czy podoba jej się nazwa utworu - kyrie, jakie to skomplikowane! - ale muzyka jako taka była całkiem niezła.
- Dziękuję za zupkę - powiedziała, gdy skończyła - Była naprawdę dobra. To co z tą szarlotką?
-
Baron zachichotał na uwagę Ribbeta i podkręcił wąsa.
- Wunderschön gesagt, mein Quakchen. Doch lasst uns den Tag nicht vor Sonnenuntergang preisen. Das Feld könnte so karg sein, dass wir gemeinsam pflügen müssen.
Co rzekłszy podwinął bufiaste mankiety, za kołnierz założył wyciągniętą z butonierki chustkę, która zakryła elegancki dublet i wciągnąwszy w nozdrza unoszącą się znad przyniesionych dań serenadę świeżych nut koperku, buraczka i ogórka przeplataną sycącymi tembrami zsiadłego mleka i wiejskich jajek, wywrócił oczami.
- Tak jak przypuszczałem! Wy elfen doskonale umiecie w buraczki!Po czym bez dalszych ceregieli podniósł miskę do ust i w kilkunastu głośnych haustach bez przerywania wlał w siebie chłodniczek. Beknął po koziemu z uznaniem dla kucharza i nalał sobie, Rechotkowi, oraz Eris (której nie zapytał o zdanie) przyniesionego Rieslinga. Z wypiciem czekał jednak na wtoczenie beczki piwa dla Khari.
- Kharchen Mein Liebling - zwrócił się do olbrzymki - Nie ma takiej potrzeby. Szlachectwo jest po to, zawsze Ich sage, żeby opieką objąć maluczkich. A nie pokłony odbierać od nich. Inaczej byłoby obmierzłą tyranią. Szlachectwo… - faun zamyślił się złożywszy dłonie na swoim imponującym ciele i przyglądając się naburmuszonej elfce i jej towarzyszom. Rozważał słowa olbrzymki o tym, który coś sobą reprezentował i o czymś wyraźnie myślał bębniąc palcami po surducie - To obowiązki. I okazje, którym warto dać szansę. Chodź Kharchen.
Wstał, poprosiwszy olbrzymkę o towarzyszenie sobie i ruszył ku konkurencyjnej drużynie.
- Miło mi herzlich powitać! - rzekł - Wyghlądaacie mi na takich, których sprowadza tu to samo co nas! A to znaczy, że podobnych Mannschaften w mieście jest więcej, ja-a-aaa? A może i nie? Ale jeśli tak… to proponuję… tymczasowy Allianz. To może za duże słowo. Ale dość byśmy w razie większej konkurencji… sobie nie utrudniali… a czaasem może sobie wzajem pomogli? Rozumiecie, hmmm. Pod rozwagę Damen und Herren! A tymczasem jedzmy, pijmy i syćmy uszy i duszę występem!Po czym zgodnie z zapowiedzią nie czekał na odpowiedź i wrócił do drużynowego alkierza. Wielce sobie cenił każdy występ Rechotka, a szczególnie Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz, w której dzielna Khari dawała odpór szajce malującej krowy na spokojnych pastwiskach Szczytu Wichrów!
-
„Pod Jesionem i Dębem” w Elmore
Mieszkańcy miasteczka Zaczęli schodzić się do karczmy, chociaż nie była to idealna pora ze względu na to że większość raczej pracowała lub była w polu, ale i tak czy było tutaj kilku sklepikarzy, mnóstwo matek z dziećmi i starszych ludzi, a także kilku łazęgów oraz strażnik miejskiej studni. Wszyscy Z zachwytem wysłuchali pieśni naszego Rekotka…
Druga grupa poszukiwaczy przygód gdy tylko padła propozycja Sojuszu Popatrzyła po sobie A potem ich przywódca powiedział pełnym pewność siebie głosem:
- Jestem Rudolf z Dorfendorfu, Poddany naszego miłościwie nam panującego Cesarza-Imperatora Karla-Jozepa, moi towarzysze to Eryk Feur - magister na Hohendorfskiej uczelni magii Dyplomatyczno-bojowej, Guni Gunison Z Klanu Grugebearerów podążający ścieżką Pogromcy potwora wszelakiego, Nasza towarzyszka Alines z najwyższych elfów…
Eris pamiętała, że najwyższe elfy to Gałąź Elfów która Odłączyła się od głównej grupy wysokich elfów mając ich za zbyt tolerancyjnych i za bardzo spouchfalających się Z niższymi rasami.
-A jeśli chodzi o propozycję owego sojuszu - ciągnął Rudolf - To moim zdaniem nie ma on najmniejszego sensu, jestem jedynie w stanie zawrzeć pakt o nieagresji i to wszystko pod warunkiem, że nigdy nie będziecie wychodzić nam w drogę.
-

„Pod Jesionem i Dębem”
Występ udał się Rechotkowi wybornie. Spędzeni do karczmy przez goblińską posługaczkę mieszkańcy sprawiali wrażenie równie ogłuszonych hukiem bębna, co oczarowanych dźwiękami płynącymi z paszczy ribbeta. Nawet sam gospodarz dał się ponieść nagłym emocjom łapiąc za swój grzebień i pląsając obok barda w rytmie muzyki, dopóki ta w końcu nie ucichła.
- Dziękuję, dziękuję za oklaski - Rechotek odłożył pałki obok bębna i jął się kłaniać na dworski sposób wszystkim zebranym - Teraz zaś idźcie między tutejszy lud i opowiedzcie wszystkim, że w przybytku szacownego Almaira odbędzie się dziś wieczór kolejny występ, tym razem dla najznamienitszych obywateli tego miasta. Przekażcie tym wśród was, którzy piastują urządy burmistrzowskie na ten czas, że mecenas mój baron von Trykk serdecznie ich zaprasza i żeby się długo nie zastanawiali, bo miejsc może zbraknąć!
Ukłoniwszy się po raz ostatni Rechotek powrócił do stolika ścigany dźwiękiem oklasków i okrzyków zachwytu. Urocze posługaczki w mig postawiły przed nim miskę barszczu z ziemniakami, apetycznie parującą i roztaczającą wokół kuszący zapach.
Ribbet usadowił się wygodnie na podbitce krzesła i zaczął walecznie machać drewnianą łyżką, mlaszcząc donośnie i łypiąc jednocześnie ślepiem na grupę rywali przy drugim stole. Będąc mistrzem kamiennego oblicza płaz nie dawał po sobie poznać wielkiego wzburzenia, jakim napełniły go słowa przywódcy tej grupy, ale po prawdzie resztkami sił powstrzymywał się przed podejściem do Rudolfa i wystrzelaniem mu łapką po paszczy. Cóż za aroganccy ciepłokrwiści bufoni! Ribbet nie omieszkał odnotować w pamięci, że jako cesarscy poddani wszyscy zapewne mówili w szprechsprachu, ojczystej mowie barona, przez co ribbet nie mógł już w ich towarzystwie konspiracyjnie się naradzać w języku mecenasa.
I jeszcze ta podła elfia rasistka! Rechotek czuł ogromną wdzięczność wobec barona za sprytne zdemaskowanie rywali już na samym początku znajomości, za sprowokowanie ich do odsłonięcia masek.
Przedstawicielka Najwyższych Elfów nie miała pojęcia jakie szczęście uchroniło ją od porządnego wygrzmocenia przez poruszonego na wskroś ribbeta, Rechotek zbyt bowiem szanował swoje instrumenty, by wykorzystać pałki bębna do wymierzenia rasistce zasłużonej nauczki!
-
- Na… jaaa… Naturlich! Pakt o nieagresji! - odparł Baron Rudolfowi choć niezbyt uważnie, bo widocznie i entuzjastycznie skupiony był już na przednim występie i można było odnieść wrażenie, że przestał zwracać uwagę na dumnego człowieka. Klaskał też entuzjastycznie w wybijany na bębnach żywiołowy rytm co sprawiało, że stojący obok Rudolf musiał co i rusz podnosić głos, by tak efektowne przedstawienie jego drużyny było w ogóle słyszalne. Rechotek bowiem przechodził samego siebie i słusznie skradł całą atencję! Elf pląsający do szprachsprechu w nippongowskich rytmach był tego naocznym dowodem i jako żywo mieszkańcy podobnego widowiska nie mogli mieć okazji wcześniej ujrzeć ani zapewne nie będzie im to dane aż do śmierci.
Ale jeśli ktoś pomyślał jednak, że baron w istocie stracił zainteresowanie konkurencyjną drużyną to nie znał van Trykka. Hircus bardzo skrupulatnie zapamiętał godność każdego znamienitego członka tej drużyny i gdy jasnym stało się jak arcywysokie mniemanie o sobie mają to wiedział już, że przy odrobinie szczęścia i sposobności można to będzie wykorzystać.
- Brawo Rechotku! Brawo! Wunderbar! - Po czym uśmiany jowialnie faun ponownie zwrócił się do Rudolfa - Also! Pakt o nieagresji Herr Obersturmfuhrer to doskonałe rozwiązhanie. Znać żeście we czworo bywali i znamienici i gdzie nam skromnym sługom Fortuny do Waszych dokonań. Ale wspólny front wobec takich kanalii jak kamraci Drozda Od’urdena będzie, przyznasz Herr, pożyteczny, jaaa? - po czym nachylił się do Rudolfa by dodać ciszej - Besser wszak, żeby korona Grzyboludów nie trafiła w jego łapska. Zważywszy na to co to cacko potrafi i jak by się to dla Elmore mogło skończyć, hmm - mrugnął porozumiewawczo do Rudolfa jakby obaj wiedzieli o co chodzi i nie potrzebowali wyjaśnień - No ale dziś jeszcze jadło i napitek! A arbeit jutro, jaaaa-a? Wypijmy za zdrowie jego czesarskiej mości! Nalegam na mój koszt Herr Obersturmfuhrer. -
Eris siedziała przy stole, jadła szarlotkę z herbatką, i myślała, że tylko wszystko się staje gorsze z minuty na minutę. Nie podobało się jej to wszystko, ale nie mogła też - póki co - czegokolwiek zrobić, by to zmienić.
Nachyliła się do swojej olbrzymki-towarzyszki i szepnęła jej na ucho - Musimy uważać na tych tutaj... są zbyt dumni i głupi jak na mój gust.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się