Daggerheart: Serce Wieczności
-
Eris usiadła przy stole w karczmie. Siedzenie było proste, ale wygodne ,a stół solidny i czysty.
- Hm... poprosiłabym herbatę ziołową z miodem i sokiem z malin. I kawałek szarlotki, jeśli by był - złożyła zamówienie do jednej z karczemnych dziewek - A czy i pokój na noc znalazłby się dla mnie i moich towarzyszy?
-
Gospodarz odłożył grzebień i mogli zauważyć. że był to jeden z tych bojowych elfich grzebieni, które posiadały wbudowane ostrze na wypadek gdyby trzeba było walczyć w trakcie dbania o wygląd, albo zadbać o wygląd w trakcie walki! Potem ukłonił się, i powiedział
- Zaiste rad jestem poznać tak wspaniałych gości! - Zaprowadził ich do stolika mówiąc. *- Oczywiście, że nie ugoszczę was samą wodą, chyba, że wodą, życia bo mamy tutaj przednią okowitę. - Rzucił spojrzenie Eris, odrobinkę podejrzliwe, i powiedział. *- Herbata się u nas znajdzie, ale obawiam się, że wszystkie soki jakie posiadamy są już w formie sfermentowanej! Polecam nasze wspaniałe wino jagodowe, bardzo dobre na taką porę dnia, bo podawane schłodzone! Na pierwsze danie proponuję chłodnik z buraczków, albo może zupę koperkową z zacierkami, tak na pobudzenie apetytu! - Gdy Almair tak mówił, to Baron mógł zobaczyć że zarówno niziołka jak i goblinka odpowiedziała mu znaczącym mrugnięciem, lecz elfka należąca Do drugiej grupy poszukiwaczy przygód, gdy tylko na nią spojrzał, to zmarszczyła brwi i przyjechała po szyi i wskazała na niego.
- Auge? Ach zapewne ma pan na myśli moje oko! No cóż, muszę przyznać, że sprawa była prosta, bowiem to smok odgryzł oko. Wprawdzie był to bardzo niewielki smok. Widzicie, kiedyś zajmowałem się tak zwanym nie sankcjonowanym pobieraniem myta za korzystanie z rzeki! Wtedy też spotkaliśmy statek należący do zacnej arystokratki, który został napadnięty przez Grabotrola i tylko dzięki swej odwagi udało mi się go przepędzić. Zachwycona dama, która podróżowała tym statkiem, podała mi swoją rękę do pocałowania, ale wtedy niewielki smok domowy, którego trzymała na drugim ramieniu najwyraźniejszym zdenerwował i mnie dziabnął! - Zaśmiał się a potem zwrócił do Rekotka. - W trakcie swojej rzecznej kariery usłyszałem wiele wspaniałych Pieśni stworzonych przez twój lud, więc z radością pozwolę grać tak wspaniałemu bardowi. - -
- Grabotrol! Smok domowy! W jednej przygodzie! Pysznie! Pysznie, ja-a-a! A my naszą przygodę w takim razie zaczniemy od chłodniczku! Słyszałem, że elfy z buraczkami potrafią czynić istny Wunder! Erisz mein Liebe. Od słodkości się rozbędziesz i zmarszczek nabawisz! Zobaczysz! Za to chłodniczek z koperkiem zadziała besser niż czary! Wzmacnie włosy! Orzeźwia! I dodaje sił witalnych!
Co rzekłszy baron zatupał tanecznie racicami, aż podłoga zadudniła, a naczynia na tacach zadzwoniły jak dzwoneczki. Jednocześnie posłał elfce z konkurencyjnej drużyny bardzo pewne siebie i równie nieprzyzwoite cmoknięcie. Miał świadomość, że był dorodnym mężczyzną i potrafił zwracać uwagę. A wszak tyle przeważnie wystarczyło by skraść całusa, pieszczotę, a może i co jeszcze!
Zasiadł przy stole poprawiając mankiety i ponownie zwrócił się do oberżysty.
- A nic tak do chłodniczku nie pasuje jak karafka Rieslinga z jakiego znany jest region Błękitnych Wasser! By nie chodzić dwa razy, przynieś od razu dwie, dobry Almairze. I rzeknij nam jeszcze… Duże w mieście gości zjechało w sprawie owych Pieczar? - Zerknął wymownie na konkurencyjną czwórkę. -
Kiedy przeuroczy gospodarz oddalił się pośpiesznym krokiem do piwniczki, rozparty wygodnie na podbitym jakimś futerkiem krześle Rechotek przechylił się w kierunku odzyskującego animusz pryncypała.
- Ich vermute, der hochverehrte Baron würde es lieben, dieses schöne Elfenfeld umzupflügen - oznajmił spoglądając znacząco w stronę elfiej poszukiwaczki przygód - Solch kühne junge Ziegen lieben Herausforderungen. Sollte der verehrte Baron also Hilfe benötigen, stehe ich Ihnen wie immer mit meiner Zunge zur Verfügung.
Ribbet przemówił w ojczystym języku szlachcica, w przepięknie brzmiącej, miękkiej i melodyjnej mowie, która nie bez powodu uchodziła we wszystkich cywiiizowanych krainach za pieszczący uszy swoim boskim brzmieniem uniwersalny język miłości.
Przywołana ruchem dłoni goblinka dygnęła przy krześle Rechotka szczerząc w przyjaznym uśmiechu rządki ostrych kiełków.
- Poproszę chłodnik, ale z dodatkiem larw świerszcza niedźwiedziego, koniecznie żywych… nie macie żywych? Toż to istny gwałt na sztuce kulinarnej, ale niechby były nawet nieżywe. I podwójną porcję. Naści pieniążka, cobyś pamiętała o tym stoliku.
Wręczywszy posługaczce złotą monetkę Rechotek jął się przyglądać zaczepnej elfce z drugiego stolika, w myślach układając już rymy dedykowanej jej ballady.
-
Eris kiwnęła głową na słowa właściciela karczmy - WIęc poproszę o herbatę ziołową z miodem, ale bez soku. I... ten chłodnik z buraczkami brzmi pysznie. Potem może wezmę kawałek szarlotki na deser, ale najpierw chciałabym spróbować zupki i herbatki - powiedziała.
Odnośnie drugiej elfki i jej przyjaciół... no cóż, westchnęła głęboko. Uważała, że elfka niepotrzebnie prowokowała, ale i jej przyjaciele niepotrzebnie się z nią wdawali w jakiekolwiek dyskusje. Czy nie najlepiej ją po prostu zignorować? Eh... mężczyźni i ich pasja do kobiet...
-
Khari przecisnęła się do stolika. Krzesła były proste i zapewne wygodne. Dla kogoś rozmiaru jej towarzyszy. Odsunęła swoje, uklękłą i opadła siadając na piętach. Następnie ułożyła swój dwuręczny topór pod stolikiem. Nie spodziewała sie tu walki, ale gdyby faktycznie przyszło się z kimś mierzyć, to najpewniej sięgając po topór wywróci stolik wraz z zawartością. Ale… kto chciałby się bić w karczmie?
- To ja poproszę zupę koperkową i chłodnik z buraczków. Maszli coś więcej do jedzenia, czy w tym przybytku się jeno pije? A jak się pije, to znajdzie się gdzie beczułka piwa? Niewielka, dziesięcio galonowa? - mówiąc to ręce ułożyła jakby chcąc pokazać o jaką wielkość jej chodzi. I choć odległość pomiędzy dłońmi olbrzymki nie wydawała się duża, to beczka tej wielkości mogłaby zapewnić sporą ucztę dla całej drużyny.
Inna sprawa, że wino nie było jej mocną stroną. Choćby dlatego, że większość tych z którymi się spotkała podawano w kieliszkach wielkości naparstków i trudno było wyłapać jego smak.
Historia o domowym smoku była zacna. Do tego dnia nie wiedziała, że są domowe smoki. Na moment się rozmarzyła.
- Chciałabym smoka - wymsknęło się jej, podczas gdy wzrok powędrował na drużynę łowców przygód. - Czy oni nie powinni przyjść oddać wam czci wasza przewielebność? - zapytała ściszonym gosem Barona.
- Mam iść im powiedzieć, że nie umieją się zachować? Ten z krótkim mieczem wygląda jakby coś sobą reprezentował, ale nie sądzę, żeby reszta choćby wiedziała którą stroną trzyma się włócznie. Jedno słowo wasza świątobliwość…
Gdy na stole pojawiały się zupy dotarło do niej, że najpewniej stół jednak wywinie fikołka gdy będzie musiała pochwycić topór. Miała tylko nadzieję, że gdy zacznie nim machać, to nie zetnie kolumn trzymających sufit. Wprawdzie wyglądały solidnie… niczym miejska brama.
-
Goblinianka posługaczka zrobiła smutną minę, a potem powiedziała przepraszająco.
- Bardzo mi przykro, ale bardzo ciężko utrzymać w takiej karczmie żywe larwy! - Powiedziała, a wtedy czarodziej o czerwonej brodzie, należący do drugiej drużyny Poszukiwacze przygód rzucił im ciekłe spojrzenie i powiedział.
- Świerszcze nie mająt, tylko nimfy! Toż to gwałt na entomologyji! -
Goblinianka pokazała mu język i powiedziała.
- Nimfy! Co za bzdura! Nimfy to piękne wodne Panny! Nimf się nie zjada, przynajmniej nie w ten sposób! - Powiedziała, a potem Niziołczanka Zapytała.
*- A wasza piękna drużyna może zabiła już jakiegoś smoka? - Ale wtedy jej zielona towarzyszka Popatrzyła na nią pobłażliwie i powiedziała.
- Nie gadaj bzdur! Te drużyny, które zabijają smoki są pełne pokrytych bliznami starachowi staruch, niczego na czym można byłoby go zawiesić! - Uśmiechnęła się łobuzersko do drużyny, a potem pobiegła przynosić smakołyki.
Gospodarz najpierw zwrócił się do barona.
- Z bardziej treściwych rzeczy Proponuję albo gołąbki z kaszy gryczanej w sosie grzybowym, albo zrazy wołowe w tym samym sosie! Oczywiście z kaszą gryczaną! - Powiedział a potem zwrócił się do olbrzymki.
- Mamy to tylko niziołczego Lagera. Zaraz każe przynieść! - I rzeczywiście po chwili przyniesioną i wielką baryłkę całkiem Dobrego Piwa Niziołków.
-

„Pod Jesionem i Dębem”
Ribbet szybko odzyskał zwarzony kulinarnymi niedostatkami humor, bo chociaż gospodarz nie posiadał w swojej spiżarce żywych larw, zupa i tak ogromnie barda ukontentowała. Wysiorbał ją z lubością, łapczywie zagarniając zawartość talerza do paszczy swoim giętkim jęzorem, potem z wdziękiem beknął i przywołał władczym gestem łapy goblińską posługaczkę.
- Naści tu jeszcze jednego pieniążka - rzekł wciskając jej do piąstki monetę - A teraz wyjrzyj prędziutko za próg i zapędź tutaj kogo tylko zdołasz, albowiem za chwileczkę ten zacny przybytek stanie się świątynią kultury i sztuki.
Skłoniwszy się baronowi Rechotek zeskoczył z krzesła, zanurkował w kąt izby biesiadnej, w którym ustawił wcześniej swój instrument.
Wielki bęben zadudnił przetoczony po podłodze ku środkowi sali. Był to prawdziwy bęben haito z dalekiego Nippongu, gdzie mistrzowie gry na takich instrumentach zwykli rzucać się na swoje ostrza, gdy ich występy nie zyskiwały dość żywiołowej aprobaty słuchaczy. Rechotek rozmarzył się przez chwilę gładząc długimi palcami skórę haito, przywołał z pamięci wspomnienia krainy Nippongu, zwłaszcza obrazy gejsz o zwinnych palcach wiedzących doskonale jak smyrać delikatne ciała ribbetów, aby wprawiać ich umysły tym dotykiem w euforyczny letarg.
Drzwi karczmy stanęły otworem, w progu zamarli spędzeni z ulicy przechodnie, strzelający podejrzliwie wzrokiem po obu zajętych przez obcych stolikach.
- Zapraszam, zapraszam serdecznie! - zaskrzeczał przyjaźnie ribbet plując bez skrępowania resztkami nie dość starannie rozgryzionych larw - Świątynia sztuki otwarła swe podwoje. Przemiły gospodarzu, zechciej też okna pootwierać, niechaj cudowne dźwięki tego bębna poniosą się po całej okolicy. Już za chwilę rozpoczniemy występ na cześć Khari Nix, prawdziwie półboskiej córy Wysokich Szczytów, dzisiaj zaszczycającej swoją osobą właśnie wasze miasteczko! Co tak w progu stoicie, chodźcie, chodźcie! A przy okazji proście zacnego gospodarza o jadło i napitki! Nie pamiętam, kiedy żem się pożywiał w równie zacnym przybytku! Wyborne jadło tu mają! Siadajcie, zamawiajcie, a uszu nadstawiajcie!
Chcąc podkreślić wagę swoich słów Rechotek uderzył z entuzjazmem w bęben i dźwięk tego huknięcia sprawił, że niektórym gościom sztućce wypadły z rąk.
- Pieśń ta, dedykowana pani Nix, zatytuowana jest jednym tylko słowem, ale zawiera ono w sobie bezlik przymiotów tej cudownej wojowniczki. Pochodzi ono z rodzimej mowy obecnego tu czcigodnego barona von Trykka, albowiem pięknem swego brzmienia bije ono na głowę nawet wykwintne elfickie dialekty… mam nadzieję, że zacny gospodarz mi przyzna rację. Oto tytuł tej pieśni i dobrze go zapamiętajcie, byście się później mogli chwalić jego znajomością!
- Oto Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz!
-
Eris siedziała przy stole i pjadła swoją zupkę - całkiem smaczną. Gdy jej towarzysz zaczął grać na bębnie, klaskała grzecznie dłońmi i kiwała się w rytm muzylki. Nie była pewna, czy podoba jej się nazwa utworu - kyrie, jakie to skomplikowane! - ale muzyka jako taka była całkiem niezła.
- Dziękuję za zupkę - powiedziała, gdy skończyła - Była naprawdę dobra. To co z tą szarlotką?
-
Baron zachichotał na uwagę Ribbeta i podkręcił wąsa.
- Wunderschön gesagt, mein Quakchen. Doch lasst uns den Tag nicht vor Sonnenuntergang preisen. Das Feld könnte so karg sein, dass wir gemeinsam pflügen müssen.
Co rzekłszy podwinął bufiaste mankiety, za kołnierz założył wyciągniętą z butonierki chustkę, która zakryła elegancki dublet i wciągnąwszy w nozdrza unoszącą się znad przyniesionych dań serenadę świeżych nut koperku, buraczka i ogórka przeplataną sycącymi tembrami zsiadłego mleka i wiejskich jajek, wywrócił oczami.
- Tak jak przypuszczałem! Wy elfen doskonale umiecie w buraczki!Po czym bez dalszych ceregieli podniósł miskę do ust i w kilkunastu głośnych haustach bez przerywania wlał w siebie chłodniczek. Beknął po koziemu z uznaniem dla kucharza i nalał sobie, Rechotkowi, oraz Eris (której nie zapytał o zdanie) przyniesionego Rieslinga. Z wypiciem czekał jednak na wtoczenie beczki piwa dla Khari.
- Kharchen Mein Liebling - zwrócił się do olbrzymki - Nie ma takiej potrzeby. Szlachectwo jest po to, zawsze Ich sage, żeby opieką objąć maluczkich. A nie pokłony odbierać od nich. Inaczej byłoby obmierzłą tyranią. Szlachectwo… - faun zamyślił się złożywszy dłonie na swoim imponującym ciele i przyglądając się naburmuszonej elfce i jej towarzyszom. Rozważał słowa olbrzymki o tym, który coś sobą reprezentował i o czymś wyraźnie myślał bębniąc palcami po surducie - To obowiązki. I okazje, którym warto dać szansę. Chodź Kharchen.
Wstał, poprosiwszy olbrzymkę o towarzyszenie sobie i ruszył ku konkurencyjnej drużynie.
- Miło mi herzlich powitać! - rzekł - Wyghlądaacie mi na takich, których sprowadza tu to samo co nas! A to znaczy, że podobnych Mannschaften w mieście jest więcej, ja-a-aaa? A może i nie? Ale jeśli tak… to proponuję… tymczasowy Allianz. To może za duże słowo. Ale dość byśmy w razie większej konkurencji… sobie nie utrudniali… a czaasem może sobie wzajem pomogli? Rozumiecie, hmmm. Pod rozwagę Damen und Herren! A tymczasem jedzmy, pijmy i syćmy uszy i duszę występem!Po czym zgodnie z zapowiedzią nie czekał na odpowiedź i wrócił do drużynowego alkierza. Wielce sobie cenił każdy występ Rechotka, a szczególnie Rindfleischetikettierungsüberwachungsaufgabenübertragungsgesetz, w której dzielna Khari dawała odpór szajce malującej krowy na spokojnych pastwiskach Szczytu Wichrów!