Sezon 2.1
-
Trójka wampirów wspinała na wzgórze przedzierając się przez śnieg i dyskutując. Nastrój panujący wśród nich był wesoły. Choć Larry począł narzekać, gdy Garry wspomniał że powiedział wilkołakom o draugach. I futrzaki były bardzo nimi zainteresowane. I chętne, by dołączyć do łowów.
- Po co im w ogóle mówiłeś?- burknął Brujah.
- No. Myślałem że to co wzieli za fomory, mogło być sforą druagów.- wyjaśnił Garry i pokręcił głową. - Ale nie… to co tropili było znacznie od nich większe.-
- A co to w ogóle są te fomory? Warte to to zabijania?- zapytał się Brujah.
- Nie mam pewności, ale z tego co wiem to istoty spaczone przez złe duchy… - zadumał się hippis. - … służące Żmijowi. Coś w tym rodzaju.
- Tego by brakowało. - westchnęła Ann.
- Ano… przydałaby się jakaś rozrywka. Ciągłe pranie śmiertelników jest nudne. - ocenił Brujah “zgadzając” się z Ann.
Nadia czekała w milczeniu, jej zimne spojrzenie przeszywało nadchodzącą trójkę Kainitów.
Nie krzyczała, nie wrzeszczała, nie okazywała furii. Niemniej każde słowo które wypowiedziała… ociekało lodem. Nakazała złożyć raport i wyjaśnić brak kontaktu w podziemiach. Na szczęście dało się to zrzucić na problemy ze sprzętem i Nadia uwierzyła. A przynajmniej udawała że wierzy. Wysłuchała raportu, zadała kilka pytań. Nie skomentowała niczego.- Dobra. Zbieramy się na dziś. Wyznaczę kolejne szyby, bo jak spojrzycie na mapę to zorientujecie się, że nie jest to jedynie zejście do kopalni. - zadecydowała Tremere.- Larry pomóż Charliemu zabezpieczyć z powrotem wejście do szybu. Ann, Garry pozbierajcie sprzęt.-
I cóż… nie pozostało nic innego niż słuchać wampirzycy. Bądź co bądź była przedstawicielką Księcia. I należało wykonywać jej polecenia.
Nawet gdy zachowywała się na oschła nauczycielka matematyki ze szkoły do której chodziła Ann. Brakowało jej tylko długiej długiej linijki. Było to na swój sposób… zabawne.
Bo Ann nieszczególnie bała się wybuchowej Nadii, która choć nie trzymała swoich emocji na wodzy, to miała pełną kontrolę nad swoim zachowaniem. Z drugiej jednak, Ann jak dotąd nie zalazła Tremere za skórę.
Przy okazji ogólnych rozmów podczas składania sprzętu caitifka dowiedziała się, że Książę i William dzwonili do Nadii. I poinformowali ją, że znaleźli ślady draugów. Samych stworów nie, ale sądząc po ich odkryciach… sfora kieruje się na wschód. Do Nowego Jorku.
Co było całkiem sensowne. W końcu to było największe żerowisko w okolicy, zwłaszcza jeśli preferowało się krew Kainitów nad ludzi. A ta sfora chyba rozsmakowała się we krwi wampirów.
Spotkali się u Lukrecji, w pokoju który służył do narad dla całej wampirzej społeczności. Lukrecja oczywiście dołączyła do nich podczas tej narady. Ann wraz Larrym powtórzyła to co powiedzieli Nadii i opowiedziała to co widziała w kopalni. Odpowiedziała na pytania Williama i Joshui. Potem Książę zrelacjonował swoje odkrycia. Znaleźli ślady draugów, a nawet ofiary ich uczty, ale samych potworów nie wytropili. Jedynie wydedukowali kierunek w którym sfora obecnie podąża. Nowy York. To wszystko jednak Ann już wiedziała wcześniej.
Niemniej Joshua i William mieli i inne nowiny.
Jutro miał przybyć ów mag zesłany tu w roli strażnika szpitala. Oraz jutro miał przybyć ktoś ważny z Nowego Jorku, wysłannik tamtejszego Księcia.
Potajemnie, bo planował spotkać się w jednym z domków Williama… zamiast przybyć bezpośrednio do miasta. Joshua nie wiedział kim miał być ów wysłannik, ale z pewnością miał być to ktoś ważny.
A Ann stanęła przed wyborem. Mogła dołączyć do komitetu powitalnego Joshui lub poznać wraz Williamem owego maga zaraz po przybyciu.
Wybór który mogła rozstrzygnąć po przebudzeniu następnej nocy. Miała więc wiele czasu na przemyślenia. Tym bardziej, że wraz z Toreadorem, wróciła do do domu Blake'a. -

EKSCYTUJĄCA PRZYSZŁOŚĆ
Wyjechali wcześnie. Kilkanaście minut po przebudzeniu. Domek w którym miało się odbyć spotkanie był obecnie opuszczony. Należało go więc przygotować. Domostwo “przywitało” ich ciemnością w oknach i ciszą. Był to dość luksusowy przybytek nie odbiqegający za bardzo od willi Williama. Prawdopodobnie zbudowany w tym samym czasie co reszta willi i zaprojektowany w tym samym biurze projektowym co pozostałe.
- Pójdę włączyć zasilanie na tyłach, ty ogarnij hol i pokój gościnny. Pościągaj pokrowce z mebli i krzesła ze stołu. - rzekł Blake rzucając Ann klucze.
Ann złapała klucze i szybko ruszyła otworzyć drzwi w domku, aby móc się zająć zdejmowaniem okryć mebli.
W środku… było upiornie. Panująca ciemność, białe pokrowce przypominające duchy. Kurz, gdzieniegdzie pajęczyny. Po prostu scenografia jak z niskobudżetowego horroru.
Dziewczyna westchnęła lekko i zabrała się za zdejmowanie okryć z mebli, aby po tym zestawić krzesła ze stołu w salonie. Wiedziała że tu by się przydało większe odkurzanie.
Na to jednak nie było chyba czasu. Nie było też chyba odkurzacza. Za to zamigotały, a potem zaświeciły się lampy w całym domu. Toreador podłączył zasilanie, zapewne po prostu włączając bezpieczniki.
Ann była zadowolona, że nie jest uczulona na kurz, bo zabiłby ją ostatecznie w tym miejscu. Jedynie wzięła jedną tkaninę, aby nią strzepnąć kurz z blatu.William zjawił się kilkanaście minut później. Z butelką mrożonego “wina”.
Postawił ją w kubełku lodu na środku stołu i kilka kieliszków dookoła niej.- Wygląda nieźle. Ciekawe kto się zjawi pierwszy. Joshua czy goście.- ocenił sytuację Toreador.
- Jak na Toreadora jesteś mało... przywiązany do luksusu i zachowania wizualnych standardów. - stwierdziła.
- Wolę piękno natury niż jego mizerne naśladownictwa stworzone przez śmiertelników. Zresztą od czasu impresjonistów… sztuka stoczyła się na samo dno. - westchnął Blake.
- Och, nie przesadzaj. Sztuka cyfrowa również potrafi być niesamowita.-
- Możliwe.- stwierdził obojętnym tonem Toreador.- Żadnej nie widziałem. Nie cenię tego, co… można napisać zamiast namalować.
- Czy tak właśnie kłócą się między sobą artyści? - zaśmiała się dziewczyna.
- Tak. Poza tym kłócą się o muzy… zwłaszcza te ładniejsze i że tak powiem… o luźniejszej moralności. - zaśmiał się Kainita. - A i narzekają na brak pieniędzy i niezrozumienie swojej sztuki.
- Ty na pieniądze nie możesz narzekać.
- Dlatego narzekam na upadek sztuki. - odparł William ironicznie. - I na fakt, że nie utrzymuję się z moich wierszy, tylko z wynajmnu nieruchomości.Oboje usłyszeli odgłos nadjeżdżającego samochodu.
- Maruda. - stwierdziła i ruszyła do wyjścia - Chodź gospodarzu, goście.
Dwa czarne lincolny zajechały na podwórze. Jeden po drugim. Z pierwszego wysiadła kruczowłosa Kainitka w czarnym płaszczu i kapeluszu.-|
Rose Wilmowsky. Podeszła do obojga. Przyjrzała się i uśmiechnęła.- Przybyliśmy. Ufam, że wszystko gotowe?- zapytała.
|-- Joshua jeszcze nie przyjechał, ale pomieszczenie gotowe.- stwierdził Blake. Rose skinęła głową i zawróciła do pierwszego z pojazdów. I wysiadł z niego stary nosferatu w garniturze. Marcus Falconi , szeryf Nowego Jorku.Ann cieszyła się, że najpewniej Nosferatu nie będzie przeszkadzał kurz na garniturze.
Kainita podszedł do obojga i rzekł zerkając na Toreadora.
- Nieźle się trzymasz Williamie, życie na prowincji ci służy.- rzekł przyjaźnie.
- Nie narzekam.- odparł Toreador. A następnie Nosferatu zwrócił się do Ann. - Panno Baudelaire, miło pannę widzieć. Ufam, że Tremere nie narzucają się za bardzo?
- Nie, mam tylko z Nadią kontakt. - stwierdziła lekko skłoniwszy głowę i uśmiechnęła się do kobiety - Miło cię znowu widzieć, Rose.
- Nazwajem. - stwierdziła Rose odpowiadając uśmiechem i zwróciła się do Nosferatu. - Zabezpieczymy teren. -
- Dobrze.- odpowiedział Nosferatu. - To może wejdziemy do środka?
- Jest zakurzone, to może marynarki zostawicie w aucie? - zaproponowała z uprzejmości.
- Jestem Nosferatu. Brud nie jest mi obcy.- machnął ręką Markus, a Rose odparła żartobliwie.- Zabezpieczymy teren dookoła budynku, więc lepiej żebyśmy mieli coś na grzbiecie.Ann skinęła głową i poprowadziła wampiry do środka.
- Całkiem przytulnie.- ocenił Nosferatu wchodząc do pokoju gościnnego.- I cicho. Co jest rarytasem gdy się mieszka w Nowym Jorku.-
- Zawsze możesz się przeprowadzić tutaj. - odparł żartobliwie William.
- I ściągnąć wam tu kłopoty?- zaśmiał się Nosferatu kładąc czarną teczkę na stole. Blake sięgnął po butelkę i nalał zmrożonej krwi do dwóch kieliszków.- Trzeba uważać, utoczona z całkiem sporej pijaczyny.
- Dzięki.- odparł Marcus.- Więc… widzieliście draugi?
- Wcześniej z bardzo bliska... - westchnęła Ann.
- Więc… co możecie o nich powiedzieć?- zapytał Nosferatu wyciągając stosik papierów z teczki. - Dostałem od mojego klanu stare dokumenty dotyczące zaginionych… w czasie katastrofy, która zniszczyła szyby kopalniane. Było ich… trzynastu. Pechowa liczba.
- Były to szare i łyse parodie człowieka z wielkimi pazurami.- zaczęła bezklanowa - O błyszczących czerwonych ślepiach. Używały dyscyplin i przynajmniej jedna była w stanie mówić. Bez większego problemu pokonały Larry’ego atakując z ukrycia. Polując. Gdy go dopadły niczym zwierzęta się nad nim zgromadziły gryząc i wypijając z niego krew. - skrzywiła się - jeden z nich praktycznie rozpłakał mi brzuch tymi szponami, gdy odnalazł moje ciało skryte w stworzonym przeze mnie mroku. Zdołałam naliczyć sześciu, ale możliwie było ich więcej. Pojawiali się i znikali. Sami wybili wszystkich anarchistów mieszkających sąsiednio, a teraz... krążą po naszym terenie i wedle Księcia mogą skierować się do Nowego Jorku. Zasmakowały w wampirzej krwi i wyraźnie na nią polują.
- Nie więcej niż trzynastu… może mniej.- ocenił szeryf. - Nie powstały z nowoprzebudzonych Kainitów, więc są znacznie potężniejsze niż zazwyczaj. Także i to… rozsmakowanie we krwi naszego rodzaju jest niepokojące. -Przejrzał dokumenty. - Jeden z nich był primogenem, nim… zaginął.
- William i książę trafili na ich ślady.
- To interesujące.- odparł Falconi, a Kainita pokręcił głową. - Nie bardzo… udało się nam jedynie odkryć kierunek w którym podążały i ocenić ich liczbę na circa osiem osobników.-- Mhmm… ze swojej strony organizuję już z moich podwładnych grupę łowców mających posłużyć do ubicia tych potworów.- spojrzał to Ann, to na Williama.- Powiem szczerze, nie podoba mi się pomysł ogłoszenia krwawych łowów na draugi. Wywoła to tylko chaos i zamieszanie. To już nawet lepiej by było dać cynk Kościołowi.
- Śmiertelnym? - zdziwiła się Ann.
- Łowcom wampirów. Zdziwiłabyś się jak skuteczni bywają przeciw naszemu rodzaju. Lasombra w wiekach średnich korzystała z nich często, czyniąc ich swoimi ogarami na inne klany.- zaśmiał się Marcus. - Tak przynajmniej słyszałem.
- Więc Łowcy wampirów to nie jest fikcja?
- Podobnie jak mumie.- odparł Blake z uśmiechem.- Po prostu są już rzadkością.-
- No i w Nowym Jorku staramy się wpływać na kler i rabinów, by cóż… nie pozwalali im hasać po mieście.- wyjaśnił Szeryf.Tymczasem było słychać nadjeżdżający samochód. Prawdopodobnie był to Joshua.
- Niemniej sądzę, że jakakolwiek grupa śmiertelników po prostu będzie posiłkiem dla draugów.
- Tak jak i banda Kainitów skuszona okazją do walki z potworami. Z pewnością dobrze przeszkoleni śmiertelnicy są jednak większym dla nich zagrożeniem niż mięso armatnie Pawlukowa. - ocenił Falconi. - A już lepiej będzie gdy sami stworzymy taką grupę łowców niż ogłosimy Krwawe Łowy, dlatego liczę że książę Stillwater poprze mnie w tej materii za trzy noce.- A co ma się stać za trzy noce?- zapytał Joshua wchodząc.
- Mój Książę zbierze wszystkich Primogenów przedstawi im oficjalnie problem. Nieoficjalnie zostali już poinformowani. No i… każdy klan będzie mógł przedstawić swój pomysł na rozwiązanie problemu. Następnie będzie narada i głosowanie… a na końcu Książę zdecyduje o poczynaniach. Oczywiście przedstawiciel księcia Stillwater… byłby mile widziany na tym zebraniu. A jego opinia wysłuchana z należytym szacunkiem. - odparł Falconi.
- Aż trzy noce?- odparł zdziwiony Smith.
- Niektóre klany muszą to przegadać i opracować strategię. Tremere, Nosferatu, Toreadorzy czy Ventrue. Nie każdy trzyma swoich za jaja jak Groza. - wzruszył ramionami Szeryf.
- Obawiam się, że akurat w przypadku chłopców Grozy to mogliby niefortunnie skończyć dość szybko w obliczu potworków. - westchnęła.
- Groza jest zwolennikiem teorii Darwina i przetrwania najsilniejszych. Jeśli jego podwładni zginęliby z rąk draugów, to znaczy że nie byli godni daru nieśmiertelności który otrzymali.- machnął ręką Falconi.
- Będzie ktoś od nas na tym zebraniu.- potwierdził Joshua.- Już wspomniałem, że moim pomysłem byłoby wyselekcjonowanie Kainitów do odłowienia i ubicia draugów bez całego tego cyrku z krwawymi łowami. Za dużo zamieszania. Zawsze uważałem że dyskrecja jest cnotą naszego rodzaju. A krwawe łowy nie mają nic wspólnego z dyskrecją. Ze strony Stillwater… Larry Dukes i William Blake byliby świetnym dodatkiem do takiej ekipy. A i słyszałem plotki o potężnym wampirze ukrywającym się w okolicy i będącym… tolerowanym… gościem?- ni to zapytał, ni to zasugerował Szeryf.
- A skąd niby masz takie plotki?- spytał podejrzliwie Joshua.
- Chyba nie sądzisz, że wyjawię swoje źródła. Mogę tylko stwierdzić, że przymkniemy oko na… ten fakt, podczas tej misji. W końcu nie wypada nam wtrącać się do spraw domeny zaprzyjaźnionego księcia. - odparł uprzejmie Nosferatu.
- No i ten nowy gość może pomóc. - Ann spojrzała na Williama.
- Przyda nam się każda pomoc.- zgodził się Falconi z uśmiechem. - Nieprawdaż?
- Hmm… tak.- potwierdzili zgodnie i unisono Toreador z Brujahem.
- To chyba wszystko co miałem do powiedzenia. Mogę wam zostawić dossier zaginionych Nosferatu, aczkolwiek wątpię by to w czymś pomogło. Liczę, że mój plan zyska w waszych oczach do czasu zebrania w Nowym Jorku.- rzekł stary Kainita wstając od stołu.Ann też wstała, oddając jednak inicjatywę w starszym wampirom.

Nastąpiło pożegnanie i następnie Szeryf opuścił budynek. A Joshua nalał sobie trunku mówiąc.
- Więc to jest ich plan… zebranie grupy wampirów do odłowienia problemu? -
- Ma chyba sens.- ocenił Blake.
- Trzy noce… trzy noce będą radzić. Jak sądzisz, ile im zajmie ustalenie składu osobowego tej grupy?- zapytał ironicznie Smith.
- Krócej jeżeli sprawa nabierze większego priorytetu. Gdy uderzy bliżej ich domu... - mruknęła Ann.
- Może… ale wydaje mi się, że próbują nas wciągnąć w swoje gierki, zamiast naprawdę rozwiązać problem. Krwawe Łowy nie wymagają takiego… kombinowania. Wszyscy Kainici wiedzą o zagrożeniu i najsilniejsi mogą się z nim zmierzyć na swoich zasadach.- odparł Joshua popijając trunek. A William nalał sobie mówiąc.- Wiesz dobrze jak bardzo dużą wagę nowojorski Książę przykłada do kontroli.
- Jeżeli poprzemy plan któregokolwiek Primogena czy kogoś innego to automatycznie będzie wyglądało jakbyśmy obstawiali po jego stronie. Według mnie nawet jeżeli któryś plan wyda się dobry to powinniśmy zaproponować podobny ze zmianami jako Stillwater, Nie pomijając jednak wspomnienia też innych pomysłów, aby nikt nie mógł się poczuć niedoceniony. - mruknęła zamyślona - trochę to przypomina grę w negocjacjach, gdy analizujesz którą umowę przyjąć.William machnął ręką dodając. - Jestem pewien, że Falconi już podjął inicjatywę co do draugów. Reszta jest na pokaz.
- Oby… nie podoba mi się cały ten polityczny cyrk. Przy tym nasze zebrania wydają się bardziej skuteczną formą rządów. - odparł Joshua.- Oczywiście ty pojedziesz. Myślisz, że jest sens zbierać naszą grupkę i rozmawiać wspólnie na ten temat?-
- By primogeni poprzez swoich szpiegów dowiedzieli zawczasu co planujemy? Nie. Tym razem żadnych zebrań.- zadecydował Toreador ze śmiechem.
- Ale czy jeżeli William tam pojedzie nie zostanie to źle przyjęte przez Elenę? - odezwała się.
- W naszym małym miasteczku tylko William ma odpowiedni status i renomę by reprezentować księcia Stillwater na takich zebraniach. Elena o tym wie.- wyjaśnił Joshua popijając “wino” marki pijaczek.
- Tylko w tym momencie odbywa się tutaj walka o cały klan Toreador. William będzie w sytuacji, którą mógłby zechcieć wykorzystać mimo słów o braku zainteresowania. Na pewno, bo przecież znalazł młodych, których by pociągnął.
- Tam nie będzie wielu młodych. To nie przyjęcie towarzyskie, a bardziej narada mafii.- zaśmiał się Blake i dodał.- Wysyłając kogoś o niższym statusie obraziliśmy Księcia i Primogenów.Ann nagle zaśmiała się do swojej myśli.
- A może wyślemy Lukrecję? Byłaby przeszczęśliwa.
- Nie możemy. Jej nie wolno wracać do Nowego Jorku.- przypomniał jej Joshua. - Z Kainitów którzy nie są objęci zakazem, jest oczywiście William, Nadia, Garry i ty. Lukrecja i Larry nie mogą wrócić. Ciążą na nich wyroki banicji.
- Gdybym ja pojechała to przynajmniej Groza dostałby udaru. - zaśmiała się Ann.
- Groza nie wie kim ty jesteś. Być może nawet o tobie nie słyszał.- odparł ciepło William.
- Na pewno by padł Ostateczną Śmiercią gdyby ktoś mu powiedział. - przyjrzała się Williamowi - A nie potrzebujesz przypadkiem kogoś do poprowadzenia cię?
- Tak. Domyślam się że bardzo ci zależy na tym spotkaniu. I wezmę cię ze sobą.- odparł Toreador i machnął ręką.- Acz nie przeceniaj swojego znaczenia. Primogen klanu Brujah nie przejmuje się takimi jak ty.Ta uwaga najwyraźniej w jakiś sposób ubodła dziewczynę.
- Zawsze mogę to zmienić.
- Mądrze byś zrobiła nie próbując tego, zwłaszcza na zebraniu Księcia. - wtrącił Joshua.
- Wiem, wiem... nie tylko Lukrecja może się obrażać. - mruknęła.
- Właśnie.- odparł William z uśmiechem.
Ann wróciła z Toreadorem do Róży. Tam William planował spotkać się z Jaine Love. Bo Ravnoska zastąpiła Blake’a w roli gospodarza i przekazała klucze magowi. Oraz załatwiła wszystkie formalności. Teraz czekała w siedzibie Lukrecji z papierami, które Toreador musiał odebrać.
I tak trafili dość późno do jej hotelu. Z gości przy barze była tylko Jaine, jakaś męska ćma barowa i Miracella za barem.- Przyjechał? - zaaferowana Ann od razu podeszła do kobiety i zapytała na powitanie.
- Przyjechał.- potwierdziła wampirzyca i podała Williamowi dokumenty. - Chyba wypełniłam poprawnie. Przyznaję że trochę byłam stremowana. Nigdy nie pracowałam w nieruchomościach.
- Dzięki za pomoc.- odparł ciepło Kainita.- Wygląda na to, że w Nowym Jorku wiedzą o tobie. A przynajmniej o tym, że jesteś tutaj. Niekoniecznie kim jesteś.-
- Zakładam że to miało być pocieszające.- zaśmiała się się Jaine.- A fajny ten mag? - wtrąciła Ann jak dzieciak.
- Stary znajomy. Ten… no… Vincent? - zadumała się Jaine. - Przystojny i dobrze wychowany… tak jak poprzednio. -
- Hmm…o ile pamiętam, twierdził że był kimś znaczącym u siebie.- zastanowił się William przeglądając dokumenty.Temperatura zdawała się lekko opaść. Całe szczęście człowiek był zbyt zaaferowany swoim alkoholem, by próbować dostrzec wylewający się od dziewczyny placek cienia.
- ...co? - Ann warknęła z irytacją - Ten tchórz odważył się wrócić?
- Z tego co się zorientowałam. Nie miał wyboru.- zastanowiła się Jaine i przyjrzała się podejrzliwie, acz pytając z uśmiechem.- Coś między wami zaszło?
- Rzecz w tym, że nie zaszło.- wtrącił żartobliwie Blake, a i Miracella zaczęła czyścić blat kontuaru blisko trójki wampirów.
- Była umowa. Zgodził się na nią. Ja nawet się poświęcić miałam by było mu jeszcze milej. - cień wokół Ann drżał ze złości - A on nawiał!
- Miłosne perypetie. Nie ma nic straszniejszego od gniewu porzuconej niewiasty.- wyjaśnił William, wywołując uśmiech Jaine i chichot Miracelli.Love spróbowała pocieszyć Ann, poklepując ją po ramieniu.- Są i inni magowie na świecie. Nie ten to tamten.
- To nie ma nic wspólnego z miłością. - zaprzeczyła dziewczyna i zniżyła głos - Ale chcę posmakować jego krwi, a on... on po prostu mnie olał.
- Jesteś wampirzycą, u nas nawet miłość krąży wokół krwi.- stwierdziła melancholijnie Jaine.- A po tym odrzuceniu jeszcze tragedia z Cyrilem uderzyła... - schowała twarz w dłoniach - Pieprzone szczęście…
- Przesadzasz… - machnęła ręką Jaine sięgając po karty i tasując je. - Nie było wszak tak źle. Ty żyjesz. Cyril też. Ty masz się dobrze… on… -Rozłożyła karty na blacie i przyglądając się im rzekła. - On też.
- Przez długi czas odchorowywałam to zdarzenie. - mruknęła.
- To się nazywa… odwyk.- odparła z lisim uśmieszkiem Kainitka i schowała karty.- I jak się teraz czujesz? I co czujesz wobec Cyrila?Ann zachmurzyło się.
- To zależy kiedy. Tak bardzo nie myślę o nim, znaczy tak silnie. Ale kiedy naprawdę zaczynam o nim myśleć... - westchnęła - Po prostu boli, że go nie ma. Czuję się samotna.
- Przejdzie z czasem. - stwierdziła Jaine z przekonaniem.
- Najlepiej o tym nie myśleć. - odparł ciepło William doradzając.Ann jedynie mruknęła nie komentując.
- No to… po kolejce?- wtrąciła Miracella nalewając wszystkim “ Krwawe Marry”.
- A Lukrecja się nie obrazi, że jej zapasy rozprowadzasz?- zapytała żartobliwie Jaine. przyjmując poczęstunek.
- Moooże? Sprawdź w kartach. - odparła żartobliwie Miracella.
- A może Mirka ma nadzieję, że Lukrecja ją za to w łóżku wytarmosi za karę? - Ann upiła krwi.
- Moooże…- odparła obojętne Ventrue z tajemniczym uśmieszkiem na obliczu.
- Nie jestem pewien czy Lukrecja jest fanką takich zabaw.- zastanowił się William.
- Według mnie, ona jest fanką każdej zabawy. - odparła Jaine Love.
- I to wszystko wyczytałaś w kartach? - zachichotała młoda Ventrue.
- W jej oczach.- odparła tajemniczym tonem Ravnoska.
- To jednak z Larrym by się pobawiła! Zakazany owoc. - rzuciła Ann.
- Larry to za niskie progi dla dumnej Ventrue, co innego… pewien Toreador.- Ravnoska spojrzała na Williama, a ten się zaperzył mówiąc nerwowo.- Nie za stara jesteś na takie pomysły Tanith?Ravnoska machnęła ręką. - Taaa… uwierzę w te słowa, jak przestaniesz łazić z rozmarzonym wzrokiem ilekroć wracasz z siedziby Ann.
Ann zaśmiała się.- Wiesz, że to nie jest rozmarzenie na mnie?
- Jaine się coś ubzdurało. Za dużo miłosnych horoskopów wystawia w radiu.- zbył ten temat Blake.
- A myślicie, że Lukrecja wcześniej smaliła cholewki do Księcia Nowego Jorku? To nie byłyby za niskie progi. - Ann poratowała Willa.
- Jestem pewien, że próbowała. Aczkolwiek nikomu nie udało się podbić jego serduszka. Nawet La Bella zawiodła w tej materii.- odparł autorytarnie Toreador.
- Może w takim razie Joshua. Też Książę, a Lukrecja nie ma opcji teraz wybrzydzać. - Ann dodała - A te ich sprzeczki to po prostu końskie zaloty.
- Może…- zastanowiła się Miracella.- Lubią się kłócić, to pewne.Ann nagle zaśmiała się.
- Clyde!
To sprawiło, że wszyscy wybuchli śmiechem.
- Fajnie się gadało. Ale świt się zbliża, czas na mnie.- odparła Jaine kończąc trunek i dodając na pożegnanie. - Trzymajcie się zimno.-
- Ty też.- stwierdził Kainita.
- Czy ty byłeś w moim domu kiedy ja przebywałam w Nowym Jorku? - zapytała bezklanowa, gdy znajdowali się już w samochodzie w drodze do domu Williama.
- eeem… raz może… chyba.- odparł Kainita i spojrzał na Ann. - Wbrew sugestiom Ravnoski nie jeżdżę tam ciągle.
- Miziasz mi ghula? - zapytała wprost.
- Nie. Skąd ten pomysł. - odparł oburzonym tonem Blake.
- Inaczej. Piszesz poezje na jego temat?Toreador zbladł wyraźnie, potem nieco się zarumienił dzięki wypitej niedawno krwi. I wymamrotał coś pod nosem cicho, a potem głośniej.- Czerpię inspirację z różnych źródeł.
Westchnęła ciężko.- W ogóle nie uczysz się na błędach swoich dawnych miłości.
- Nie wiem o czym mówisz. - odparł naburmuszonym tonem Toreador.
- Mnie naprawdę nie przeszkadza, że mój ghul jest dla ciebie inspiracją czy jakieś uczucie do niego masz. Po prostu nie pakuj się przez to w kolejne zamęty miłosne, co?
- Niczego takiego nie planuję. Nie martw się o to.- odparł pospiesznie wampir.Przez dłuższą chwilę panowała cisza między oboma wampirami.
- Ty naprawdę sądzisz, że po zerwaniu więzi z Cyrilem będę wolna.
- Tak jak każdy Kainita jest wolny. - odparł Blake i spojrzał na Ann. - Prawdziwie wolny, bo nie było w tej więzi uczucia, jak w mojej, tylko wyrachowanie.
- Nie będę. - stwierdziła wprost.
- Nie zamierzam się kłócić o to z tobą. Zrobisz jak uznasz za stosowne. - odparł zmęczonym głosem Toreador.
- Nie będę miała w tym nic do powiedzenia. - powiedziała smutno - Nie byłabym związana z Cyrilem, to byłabym z innym Tremere. Klan uważa mnie za swoją własność.
- Aaa tak… ta kwestia. Nie przejmuj się nią. - stwierdził ironicznie William. - Zakładam, że… Nadia ci o tym powiedziała?
- Jakie to ma znaczenie czy Nadia?
- To co ci powiedziała nie jest aż tak strasznym wyrokiem, jak to zabrzmiało w jej ustach. - stwierdził Kainita. - Charliego nikt krwią nie poi by był posłuszny. Także i ty mogłabyś uniknąć tego losu, jeśli klan uznałby, że zachowujesz się lojalnie i wypełniasz polecenia. Nie jesteś członkinią Tremere, więc nie włączyliby cię do swoich rytuałów. Jesteś ich własnością acz… cóż… Brujah Nowego Jorku są własnością Grozy. Jesteś pod opieką Klanu teraz, więc zadbaliby o twoje bezpieczeństwo. W pewnym stopniu.- Możliwie Nadia byłaby wybrana jako moja karmicielka.
- Zważywszy na to, że… cóż… przydarzyło to wam się, to wiesz przynajmniej czego się spodziewać. Chyba nie było tak źle ostatnim razem. - zadumał się Blake. - No i Nadia dość elastycznie podchodzi do reguł swojego klanu.
- Ona? Ona uwielbia reguły! No i nie było... Ale ja chcę wrócić do Nowego Jorku nie zostać tu!
- Oczywiście, że uwielbia… SWOJE reguły. - odparł ze śmiechem Blake. - Niekoniecznie pokrywają się one z tradycją Klanu.
- To nie zmienia faktu, żeby mnie zmusiła, aby tu zostać. - odparła niechętnie.
- Jesteś tego pewna? - zapytał Toreador. - Nadia jest samotniczką. Swoje ghulice rzadko zatrzymuje na noc. Obecność Charliego ledwo toleruje. Dlaczego miałaby ciebie zatrzymywać tutaj?
- Abym była pod ręką zawsze kiedy będzie chciała ze mnie skorzystać. Nie ma przecież sama interesów w metropolii.
- Mhmmm… - zgodził się z nią William i spojrzał na Ann. - A ileż to razy z ciebie skorzystała?
- Więcej niż Cyril w tym sposobie. Mniej niż on w kwestiach wykorzystania do planów, ale i sytuacja oraz miejsce nie sprzyja.
- Hmm… nie sądziłem, że Nadia ma jeszcze to w sobie. Miałem wrażenie, że jej iskra się dawno wypaliła.- zdziwił się Toreador.- No i… ostatnio nie próbowała cię… skusić w tej kwestii. Do kolejnych razów?
- Źle to rozumiesz. - zamyśliła się - Jej sam akt fizyczny nie kręci. Ona lubi mieć władzę nad swoim partnerem. BDSM zwykłe. Ją po prostu kręci bycie panem sytuacji. To nie jest tak, że chce tego bez przerwy. W sumie dość rzadko. Panuje nad sobą. Po prostu nie wiem jak by to wyglądało w relacji odległościowej. Jak i w ogóle wyglądałaby nasza relacja. Teraz to była niezobowiązująca zabawa. Tak szczerze najbardziej mnie do niej przyciągało to uczucie, jakiego nie odczuwałam przy Cyrilu. - spojrzała na swoje dłonie - To niesamowite poczucie, że okazywana jest mi jakakolwiek troska i uczucie. Chociażby poprzez sprawianie, że czułam się dobrze. Cyril... - zamknęła oczy - Bardziej bałam się jego reakcji niż śmiałam oczekiwać nagrody.
- Cóż… Nadia też rzeczywiście jest chłodna. - zastanowił się William i dodał z uśmiechem. - Może dałoby się cię wciągnąć pod skrzydła Belli. Ona jest bardzo emocjonalna. Albo innego Toreadora.
- A gdzie podziała się ta twoja absolutna niechęć do picia krwi kogokolwiek?
- Innego Toreadora… nie mówię o sobie. -wyjaśnił Blake. - Są inni mili Toreadorzy w Nowym Jorku. A co do smyczy Tremere… Bella jest specjalistką od negocjacji. Co by utargowała.- Do przemyślenia... - Ann odparła w zamyśleniu - Szczerze do tej pory, prócz Belli i ciebie, to nie spotkałam się z innym Toreadorem, który by nie patrzył z obrzydzeniem na kundla.
- A ilu ich spotkałaś? - zapytał William.
- Po napotkaniu pierwszego, czyli Schwarza, to takich z różnych elizjów, do jakich wysyłał mnie Cyril, to raczej nauczyłam się unikać. Cyril to mi powiedział, że mam robić. Ponoć jestem abominacją dla nich. Tak mówił mój opiekun.
- Schwarz? Trochę chimeryczny i ze skłonnością do melodramatyzmu. - zastanowił się Kainita.- Ale… nie wydaje mi się by pogardzał caitifami bardziej niż… innymi wampirami z ulicy. Wiesz… był z niego taki delikatny salonowy kwiatuszek nienawykły do brudu ulicy.- zaśmiał się na jego wspomnienie. - Zdaje się, że po powrocie do NY w ramach dalszej pokuty głównie z tym brudem obcuje.
- Prowadzi noclegownie dla uliczników. To jest w sumie takie Elizjum dla nas. - uśmiechnęła się kwaśno - Co on zrobił takiego?
- Trafił za to samo co Lukrecja. Tylko mierzył niżej, bo w Bellę.- wyjaśnił Blake. - O ile dobrze pamiętam.
- I ona go oszczędziła?
- Ze wszystkich Primogenów Nowego Jorku ona jest najłagodniejsza. Albo na taką doskonale pozuje. Choć oczywiście mogę się mylić. Nie wiem jak Papa Roach rozprawia się ze swoimi wrogami i spiskowcami. - dywagował głośno Toreador.
- Jeżeli miałabym zgadywać to pewnie orze im mózgi swoją gadką.
- To możliwe. - przyznał Kainita. - Ale musisz przyznać, że otacza swoich wyznawców opieką. Nawet ci z dala od niego… ci na powierzchni są bardzo lojalni.
- Chyba nie do końca z własnej woli.
- Zabawna sprawa. Bo raczej tak, z własnej woli. - odparł ze śmiechem William. - Spotkałaś dwóch Malkavów, więc sama oceń. Mieli wyprane mózgi?
- Jeden był całkiem normalny, a drugi istnieje w zaprzeczeniu. - odparła dziewczyna.
- Ale żaden nie miał wypranego mózgu, prawda?- zapytał ironicznie Toreador dojeżdżając do bramy domu.
- Chyba nie.Spojrzała na bramę - Myślisz, że mój ghul już tu jest?
- A dlaczego miałby tu być? Nadal powinien się opiekować twoim domem.- zdziwił się William.
- Miałam nadzieję, że zatęskni za mną. - wzruszyła ramionami.
- Zew krwi go przygna którejś nocy. Jestem tego pewien.- odparł z uśmiechem Toreador, gdy dojeżdżali do podwórza przed domem.
- To byłoby super ciekawe. Być po drugiej stronie tego sznura.
- No nie wiem.- zastanowił się Toreador wysiadając.- Może?Wkrótce pojawiły się psy, by powitać swojego pana.
Ann wyszła za Williamem.- Zastanawiam się jak wyglądałoby trwanie z tobą jako karmicielem.
- Nigdy nie czułem się dobrze w roli karmiciela. Dlatego mam psy, a nie ludzi jak inni Kainici.- wyjaśnił Toreador.
- A co było takiego w tym złego? - wyraźnie dziewczyna nie była tego samego zdania.
- Nigdy nie czułem się z tym dobrze, dla mojego stwórcy byłem kochankiem nie sługą. - wyjaśnił William, wzdychając. - Nie potrafiłbym więc… nie czułbym się dobrze karmiąc z wyrachowania.
- Twojemu sojusznikowi to nie przeszkadzało. - powiedziała ze smutkiem - Choć czasem zastanawiałam się czy on nie traktuje lepiej swoich Ghuli ode mnie.
- Nie jestem moimi sojusznikami. Nie potępiam też ich metod. Po prostu ich nie praktykuję. - odparł Toreador.- Nie wiem jak ty kiedyś byłeś w polityce wampirzej. Nie mogłeś być tak mięciutki kiedyś i ciągle istnieć! - odparła wchodząc do domu.
- Byłem inny kiedyś. Mniej miękki. Byłem rycerzem, wojownikiem. - przypomniał jej William. - A w polityce, to cóż… moja zaleta polegała na tym, że byłem jednym z pierwszych osadników w Nowym Świecie. Potem zaś rzeczywiście usunąłem się cień.
- Zniszczyłeś kiedyś jakiegoś wampira?
- Tak. Żadnego nie zdiabolizowałem, ale zabiłem kilkunastu wampirów. Dekapitacja jest zazwyczaj skuteczna w takich przypadkach. - wyjaśnił Blake wchodząc za nią do środka.
- Tylko w walce czy też jako Książę? - zapytała wyraźnie ciekawa.
- Tylko w walce. - odparł William. - Za moich czasów Nowy Jork miał populację podobną do Stillwater. Także jeśli chodzi o Kainitów. Wtedy byliśmy bardziej… rodziną.- Może jeszcze kiedyś wrócisz do życia politycznego.
- Jestem doradcą księcia Stillwater. Jestem w polityce.- przypomniał jej pół żartem pół serio Toreador.
- Bardziej. - westchnęła teatralnie.
- Bardziej…- machnął ręką kainita.- Bardziej nie warto.- A słyszałeś kiedyś o przydupasie Księcia o imieniu Anthony?
- Hmm… nie ? A powinienem?- zadumał się Toreador.
- Kręci się taki wokół, na posyłki Księcia. Wampir. Odnosi się do niego bardziej jak ja do Cyrila, niż mieszkaniec miasta. I na pospolitego ulicznika też nie wygląda. - wzruszyła ramionami - Po prostu ciekawa byłam.
- Moja droga, wokół Księcia zawsze się kręci sporo chłopców na posyłki. Nawet jego dzieci są nimi. Nie ma się co nim przejmować. - wzruszył ramionami Kainita.- Masz jakieś przypuszczenia jak zostaniesz przyjęty na dworze w Nowym Jorku?
- Z szacunkiem. Nie wyruszam tam bowiem w swoim imieniu tylko reprezentuję Księcia Stillwater. To i może mała domena, ale w sojuszu z Nowym Jorkiem. Więc oczekuję szacunku i tego się spodziewam. - wyjaśnił z uśmiechem William. - Pozory są ważne dla naszego rodzaju. Całe nieżycie wszak nosimy maski.
- To jak to będzie wyglądać ze mną? - zapytała - Czy w ogóle będę z tobą czy gdzieś na korytarzu?
- Raczej żebyś trzymała się przy mnie. Obawiam się że będziesz miała status przydupasa. Ale wiesz… Bella tam będzie, a ona cię lubi.- przypomniał William.
- Och, służba takiemu Toreadorowi to zaszczyt, dobry panie. - ukłoniła się teatralnie z uśmiechem - Zawsze i wszędzie.
- Z pewnością. - odparł z uśmiechem Kainita.
-
Koszmary. Pobudka. W znajomym miejscu, które kiedyś zwała domem. Nawet jeśli był to dom na wygnaniu. Toreador już się obudził i słychać było, że jest w kuchni. Ann więc tam się udała. Po drodze dostała SMSa od Nadii. Tremere znalazła kolejną jaskinię do spenetrowania. Kolejne pozostałości po starej kopalni. Czy jednak caitifka chciała ganiać po kolejnych ciasnych i ciemnych korytarzach w których jej klaustrofobia mogła się objawić napadem paniki? Z pewnością Larry nie będzie miał wyboru, ani też powodu by zrezygnować z przygody. W końcu do innego ma do roboty? Siedzieć na stacji benzynowej i czekać aż bandziory zlitują się nad nim i ramach dostarczenia mu rozrywki napadną na jego przybytek?
Ann… to co innego. Ona miała plany. Ona miała kogo odwiedzić, z kim porozmawiać, na co się przygotować. Zostały już dwie noce, wliczając tą, do wizyty na szczytach władzy.
William sprawdzający w lodówce zapasy “wina” cytując.…Lecz patrz! W pobliże płochych rzesz
Potwór się chyłkiem wkradł -
Z wolna na scenę pełznie od dźwierz
Ohydny, krwawy gad.
Już wpełzł! Już straszny zaczął…To chyba był wiersz Edgara Allana Poe. I dobrze. Bo jego własne wiersze, cóż poradzić, były torturą dla uszu.
Nagle psy zaczęły szczekać, warczeć i wyć.
Blake rozmył się przed wzrokiem Ann i znikł. Pojawił za nią się po kilkunastu sekundach. I rzekł z uśmiechem.- Nic poważnego. Zauważyły ślady dużego niedźwiedzia i samego zwierza w oddali. Poszedł głębiej w las.-

Przyjechała tu. Czując różne emocje. I mając różne pomysły w głowie. Właściwie jak należałoby postąpić w tej sytuacji?
Znowu komórka. Tym razem od Miracelli.Zajrzyj do Róży. Jest ciekawie.
Akurat teraz? Też sobie wybrała czas na takie SMSy.
Dom Vincenta nie różnił się znacząco od posiadłości Williama. Każdej innej nocy mogłaby pomylić jeden budynek z drugim. Ale nie tej nocy. Przyjechała tu… z różnych powodów. Przede wszystkim jednak by zakończyć parę spraw. Pewnie będzie z tego kłótnia, ale cóż… burza bywa niszcząca, ale oczyszcza powietrze.
Krok po kroku… krok po kroku zbliżała się do budynku. A gdy dotarła w pobliże w drzwi… zawahała się.
Znów to poczuła. Opór. Niechęć. Nie mogła się przemóc. Nie mogła otworzyć drzwi. Przekroczyć progu.
Przegrała z zakazem, który Vincent rozmieścił dookoła budynku. Przegrała z jego magyią.
LaCroix najwyraźniej nie lubił niezapowiedzianych wizyt. -

GŁOSY PRZESZŁOŚCI
Zirytowana dziewczyna warknęła pod nosem. Podniosła z ziemi kamień i przez chwilę patrząc w zamyśleniu na okno zrezygnowała z pierwszego pomysłu. Używając całej siły rzuciła kamień w drzwi Vincenta.
Potem drugi… po trzecim usłyszała zza drzwi zirytowany głos.- Już idę idę…
Ann ciągle trzymała kamień w dłoni, ale nie wykorzystywała go jedynie czekając.
|-Drzwi się w końcu otworzyły i stanął w nich Vincent. Półnagi , więc raczej nie spodziewający się gości.Mężczyzna zobaczywszy Ann uśmiechnął się nieco.
- Hej Ann. Nie spodziewałem się ciebie.
Ann zmrużyła oczy.
- I tylko to masz mi do powiedzenia?
- Nie podchodzisz do tego zbyt… emocjonalnie? W końcu jestem tylko chodzącym… woreczkiem z krwią. - przypomniał jej nieco cynicznie mężczyzna i sięgnął do framugi drzwi.
- Proszę wejdź.Dziewczyna ruszyła do środka, wciąż wyraźnie zeźlona, ale już bez kamienia w ręce.
Weszła do środka, a Vincent zamknął drzwi dodając.- Ale ziąb. Czuję się jakbym był na Syberii. Wybacz bałagan, jeszcze się nie zdążyłem tu urządzić.-
Rzeczywiście, wszędzie walały się papierowe pudła szczelnie owinięte folią bąbelkową, a meble zabezpieczone były jeszcze tkaninami.
- Chodźmy do kuchni. Ta już jest gotowa. - dodał. Ann wiedziała gdzie się udać. Posiadłości Williama były identyczne jeśli chodzi o rozkład pomieszczeń. Zresztąkĺļķioķķ w smaku jest krew sidhe.
Wampirzyca spojrzała wyraźnie nie wiedząc o czym Vincent mówi.
- Więc dochodząc do sedna... ciągle mamy umowę? - zapytała.
- Nadarzy się okazja, to pójdziemy na randkę, pomiziamy się przy świetle księżyca. Pójdziemy do łóżka? Jak to powiadają, jeśli chcesz mnie wyssać to chociaż zafunduj mi kolację. - Vincent dodał na koniec żartem i wzruszył ramionami.- Nie wiem czy wiesz, ale ja się raczej nigdzie stąd nie wybieram, więc… czas się znajdzie prędzej czy później.
- Dobrze. - skinęła głową już z lekkim uśmiechem.
- Ale nie dziś… głupio bym się czuł figlując na śmietniku, a tym… metaforycznie mówiąc jest obecnie mój dom. Jeden wielki bajzel. No ale co poradzić. Dziś się wprowadziłem.- wzruszył ramionami Vincent.
- Też mam dzisiaj jeszcze inne miejsce do odwiedzenia, więc nawet o tym nie myślałam.
- To wszystko?- zapytał Vincent gasząc papierosa w popielniczce.- Nie chcę cię wyganiać, ale… nie mam obecnie warunków do zabawia gości.
- Wszystko. - wstała - Na razie wszystko…
- Pozwól że odprowadzę cię do drzwi.- dodał uprzejmie Vincent.
Gdy przybyła pod budynek, Ann nie zauważyła niczego … niespodziewanego czy chociażby interesującego. Ot, noc jak zwykle.
Nie spodziewała się w tym momencie niczego niesamowicie interesującego w środku Róży. Niemniej udała się przez drzwi.
Na pierwszy rzut oka nic się ciekawego nie działo. Klientów może było trochę więcej niż zwykle, zwłaszcza kierowców ciężarówek. Miracella zajmowała się pracą przy barze, kręcąc się pomiędzy klientami. Wkrótce jednak Ann dostrzegła przy jednym ze stolików Lukrecję, sztywną jakby kij połknęła. Naprzeciw niej siedział chudy rudowłosy i zapuszczony chłopak. Siedział bardziej jak pies na krześle niż człowiek. Obok niego zaś siedziało drobniutkie, wręcz filigranowe dziewczę. O niewinnym bladym obliczu, kruczoczarnych włosach i niemal dziewczęcej sukience. Piękna i Bestia zawitali do Stillwater.
Ann ruszyła w stronę Miracelli, starając się nie gapić za bardzo na scenę. Och, to zaiste było ciekawe...- Nie przesadzałaś. - odezwała się będąc przy barze - Doborowa obstawa sztuki.
- Jest między nimi historia i zła krew. - odparła cicho Miracella gdy miała okazję. - Tak to wygląda z boku. Długo gadają i Lukrecja nawet nie udaje że ich lubi.
- Nie wiem czy oni zostali posłani przez Księcia, by złapać i sprowadzić spiskowców, ale nie byłoby to zdziwienie. - podobnie cicho odezwała się w odpowiedzi.
- Czekają na niego.- potwierdziła cichaczem Ventrue.- Powodów jednak nie znam. Za to zauważyłam, że… chyba dobrze się znają z moją Panią. i ona się ich tak jakby… boi?
- Książę Nowego Jorku ma tu przyjść? - zapytała zaskoczona - I co dziwnego, że się ich boi? Po tych doświadczeniach?
- Och… źle się wyraziłam. Czekają na naszego księcia. - odparła wyraźnie speszona Miracella. - Ale było jakieś włamanie czy coś w tym stylu i on wykonuje swoje obowiązki zastępcy szeryfa.
- Dla Joshui jakieś bzdurki nie są ważniejsze od zwykłej pracy. - lekko podśmiała się.
- To prawda.- odparła z uśmiechem barmanka zerkając na wyraźnie nerwową szefową.- Joshua bardzo poważnie traktuje swoją śmiertelną rolę.
- Ciekawe skąd mu się wzięła taka obowiązkowość.
- Cóż… z tego co ja wiem zawsze taki był.- odparła Miracella i zerknęła na Ann.- Eeeemmm… a ty już wiesz? Że Vincent wrócił?- Już byłam u niego. Żyje i jego dom stoi. - dodała szybko widząc minę dziewczyny.
Nieco rozczarowaną tak… krótką wypowiedzią. Spodziewała się z pewnością więcej… dramy.
- Nadal taki przystojny?- zamierzała jednak dalej drążyć temat.
- Z Quasimodo bym na seks nie poszła. - powiedziała wprost Ann wystawiając język.
- Dobrze wiedzieć, że standardy ci się nie obniżają. Co innego Clyde. Już zaczął narzekać na… dysfunkcje…- zachichotała cicho Miracella.
- Mówiłam mu, to nie wierzył. - pokręciła głową - Ale na Lukrecję nadal chętny?
- Chęci to nadal ma… problem z tym, że jego ciało zauważa, że jest martwe.- zaśmiała się Ventrue.
- Przytul Lucy po tej traumie. - spojrzała w stronę Lukrecji - Przyda jej się choć pogłaskanie po łebku.
- Zupełnie nie wiem czemu. To tylko rudowłosy hippis i lolitka.- odparła barmanka. - Czego się tu bać? Są nawet mili.Ann spojrzała na młodą Ventrue.
- Nie przetrwasz nawet roku w pluszowym gniazdku Ventrue czy wokół polityki naszej, jeżeli nie będziesz widziała przez maski i kłamstwa. Przez ułudy. I nie wyciągała wniosków. Czy zachowanie Lukrecji nie zapala lampki ostrzegawczej u ciebie? A może nie ufasz sensowi jej reakcji?
- Nie wiem. Wiem że narobiła sobie kłopotów w Nowym Jorku. A ja nie. Poza tym nie palę się udawać tam. Wiem, że jestem jeszcze słaba.- przyznała młoda Kainitka wzruszając ramionami.
- To nie znaczy, że powinnaś odmawiać poznania doświadczeń starszych od siebie. - strofowała młodą - Oni są niebezpieczni. To siepacze Księcia.
- Myślałem że siepacze… no wiesz… powinni być jak Larry. Duzi i silni i budzący grozę. Oni… no wiesz. Nie budzą. - wzruszyła ramionami Miracella. - Naprawdę są tacy straszni? Co o nich wiesz? Spotkałaś ich kiedyś? Widziałaś przy robocie?
- Każdy w Nowym Jorku ich zna... i obawia się, boi się jak Lukrecja, jest ostrożnie poprawny lub martwy. To Piękna i Bestia. Widziałam trochę ją w walce, kątem oka, gdy Assamitów Sabatu zabijaliśmy. Mało, ale wolałam więcej nie. Zrobią co im każe Książę. Zawsze. Brutalnie i efektywnie. - przysunęła się bliżej twarzy Ventrue - Pamiętaj. Masek się boisz, bo ich właścicieli nie znasz.- To co takiego widziałaś? - zaciekawiła się Ventrue. - I jak to się… jak się walczy z tymi asasynami?
- To fanatycy. Niestraszna im śmierć, ból czy katusze. Walczą jak wojownicy, niektórzy znają magię krwi. Szybcy jak William czy Joshua…
- Lukrecja też potrafi być twarda. - przyznała cicho Ventrue jakby zdradzała jakiś sekret.
- Ventrue tak mogą. - przyznała Ann - I zakładałam, że może po tym, jak przetrwała spotkanie z Tzimisce i jego pieszczoszkami.
- Mhmmm… a i Clyde jest twardy. Tylko ostatnio mu mięknie.- odparła Miracella z udawaną powagą.
- Taki biedny... - spojrzała w oczy Miracelli - Ale wiesz... Ty też byś mogła. Lukrecja cię nie uczy?
- Oczywiście… uczy mnie wielu rzeczy. Niemniej pamiętaj, że ja Kainitką jestem od… niecałego roku ledwie?- zadumała się Ventrue. - Dopiero opanowuję podstawy.-Tymczasem sama Lukrecja podeszła szybkim krokiem do baru i zwróciła się beznamiętnie do Miracelli. - Przygotuj najlepszy apartament dla ViPów. Na rachunek Nowego Jorku. I jak najdalej od moich pokoi.-
- Już się za to biorę.- odparła młoda Ventrue i pogoniła wykonać zadanie. A Lukrecja zajęła jej miejsce za barem.
Przy okazji nalała sobie “Krwawą Mary" spod lady wybierając specjalną butelkę. Której to Ann dotąd nie widziała.
Przez moment Ann tylko obserwowała aż odezwała się cicho.
- Nie wolisz zmienić miejsca na ten dzień?
- NIe zamierzam dawać im takiej satysfakcji.- parsknęła Lukrecja gniewnie wypijając duszkiem “trunek”. Po czym spojrzała podejrzliwie. - A ciebie co tu sprowadza?
- Wiesz, że oni już ją mają myśląc jak będziesz się stresować w pokoju i grać twardą? - kontynuowała myśl.Lukrecja spojrzała przez ramię na dwójkę Kainitów. - Mam głęboko w dupie co oni sobie myślą. To teren Stillwater i są tu gośćmi. Nie mogą robić co chcą.
- Nie jest to całkowita prawda. - stwierdziła - Bo i tak się tym męczysz.
- W innym miejscu męczyłabym się jeszcze bardziej. - machnęła ręką Lukrecja.- To mój DOM i nie pozwolę im się tu szarogęsić.-Sięgnęła pod kontuar, wyjęła stamtąd kawałek papieru i długopis. Nabazgrała kilka słów. I rzekła.
- Skoro jesteś taka troskliwa, to bądź też użyteczna i jedź do rozgłośni na wzgórzu i przekaż to Jaine Love.
Ann spojrzała na papier w ręce Lukrecji.
- Cóż to? Nadasz na mnie czy nich w rozgłośni?
- Nie. - zaśmiała się ironicznie wampirzyca. - To tylko wezwanie. No… ruszaj.
- Oui, Madame... - Ann leciutko się skłoniła i zabrała list po czym ruszyła do wyjścia.
Ann w zasadzie nigdy tu nie była. Mimo że głos Jaine Love i jej wróżby słyszała często, nigdy nie była w miejscu pracy wampirzycy. Trzeba przyznać, że do tego miejsca pasowało doskonale określenie lokalna stacja radiowa. Jeden duży budynek do którego przylepione były mniejsze przybudówki. Jeden duży maszt radiowy wznoszący się nad nim. Ogrodzenie, stróżówka ze strażnikiem i szlabanem. I zimowa sceneria.
Ann podjechała do stróżówki i powiedziała przez otwarte okno.- Ann Paige do Jaine Love.
- Proszę zjechać na parking i zaczekać w holu. Ma teraz audycję.- odparł mężczyzna grający na smartfonie.Co też wampirzyca zrobiła. W holu słyszała głos Jaine, bo z głośnika nadawano tam audycję miejscowego radia. W holu była też recepcja gdzie znudzona czterdziestolatka z kokiem na głowie i “babcinymi” okularami w grubych oprawkach na nosie rozwiązywała krzyżówki.
- O co chodzi?- zwróciła się do Ann.
- Ann Paige, mam tu poczekać na Jaine Love.
- Ok… wybierz sobie miejsce skarbie. Audycja trwa jeszcze pół godziny. - odparła kobieta wskazując na krzesła pod ścianą i sięgnęła po telefon.
- Halo. Tu Stella. Dzwonię by powiedzieć, że niejaka Ann Paige czeka tu na Jaine. Mhmm…- potem odłożyła słuchawkę. - Proszę czekać.
Jakoś nuda czekania nie przeminęła wraz z życiem. Dobrze że chociaż mogła posłuchać “radia” i kolejnych porad wróżki Jaine Love, której głos brzmiący poprzez fale radiowe brzmiał bardzo zmysłowo. Bardziej niż w rzeczywistości. Było to trochę… dziwne.
Niemniej audycja się zakończyła i Jaine opuściła studio. Zdziwiła się wyraźnie na widok Kainitki i spytała.- Co cię tu sprowadza. Miło że mnie odwiedzać, ale pewnie nie zaskoczy cię fakt, że mnie to dziwi.
Ann powstała do Jaine i wyciągnęła kartkę z kurtki.
- Je suis un simple messager. - powiedziała podając kartkę.
- Pomocniczka amora z ciebie. - zażartowała Jaine, rozwinęła kartkę i przeczytała. I weschnęła.- To jaka jest sytuacja u Róży?
- Piękna i Bestia w bramach.
- Gdzieś słyszałam te określenia.- zadumała się Ravnoska.
- Siepacze Księcia Nowego Jorku. - powiedziała poważnie.
- Ach. Jak miło. - odparła sarkastycznie Jaine chowając kartkę do kieszeni i ruszając do drzwi.- Acz przypuszczam, że nie mówimy tu o zwykłych tępych obwiesiach?
- Kategorycznie nie. - ruszyła za kobietą - Mają renomę w mieście... i postrach zasłużony.
- Robi się ekscytująco, prawda?- Jaine spytała już przy drzwiach z ironicznym uśmiechem na obliczu. Odetchnęła głośno. - Pojadę swoim pojazdem do Róży. Dziękuję za czas poświęcony dostarczeniu tej wiadomości.
- Nie ma sprawy. Pojadę za tobą, co? Ma być ekscytująco, nie mogę przeoczyć.
- Ach… obawiam się że nie będzie.- machnęła ręką Ravnoska. - Lukrecja zaoferowała mi dobę w jej hotelu za darmo… a może i więcej. Woli mieć pod ręką potężną sojuszniczkę, gdyby pojawiły się kłopoty.
- Coś ciekawego w Stillwater, a aura miasteczka znowu wszystko robi nudnym…
|-- Draugi ganiają po okolicy, twój “kochanek” wrócił do miasta, a ty narzekasz na nudę. - odparła żartobliwie Ravnoska wsiadając do swojego czerwonego mitsubishi .-|
- Nie mieliśmy nawet randki, to żaden kochanek. - burknęła wsiadając do swojego pojazdu i jadąc za Ravnoską.
W Róży było już mało ludzi o tak późnej porze. Niemniej było kilka znanych twarzy. Jak Joshua i William rozmawiający z siepaczami Księcia. Rozmowa musiała być interesująca i nawet zabawna, bo w przeciwieństwie do Lukrecji… Joshua i William byli w całkiem dobrym humorze. Zdecydowanie ciężar rozmowy wzięła na siebie lolitka, bo rudowłosy częściej gapił się w blat niż na twarze rozmówców. Na sali nie było gospodyni. Pewnie już zaszyła się w swoim gabinecie.
Za to była Miracella, obecnie zarządzająca kilkoma ghulami i pilnująca interesu.
Gdy zauważyła wchodzące wampirzyce, podeszła do nich i zwróciła się do Jaine.- Witam w Róży.- wyciągnęła kluczyki podając je Ravnosce. - Moja Pani oddała apartament numer 5 do twojej dyspozycji. Zadbałam by był przygotowany zgodnie z twoimi preferencjami.-
- Dziękuję. Jak zawsze miła, śliczna i użyteczna.- odparła ciepło Love.
- Dziękuję za komplement. A teraz… muszę wrócić do pracy.- odparła z uśmiechem Ventrue. A Jaine spojrzała na dwójkę rozmawiającą z Joshuą.- Więc to są ci straszni siepacze? Wyglądają na cywilizowaną parkę. A przynajmniej niewiasta takie robi wrażenie.
- Kto jak kto, ale akurat członek twojego Klanu powinien być bardzo zaznajomiony z iluzjami masek innych Kainitów. - przypomniała kundlica - Nie powinno cię dziwić, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda.Jak Ann nauczyła się już dawno temu....

Zawieja śnieżna nie poprawiała młodej caitiffce humoru. W piwnicy zrujnowanego budynku może i było zimno, ale to nie przeszkadzało. Cyril bąknął coś o tym, że Ann otrzyma prawdziwe mieszkanie... gdy zasłuży. Niestety nie podał warunków, które musiałaby spełnić, aby Tremere uznał, że zapracowała dostatecznie.
Otuliła się mocniej cienką kurtką, jaką otrzymała od swojego protektora wraz ze zmechaconym swetrem z odzysku, jakie miały pomóc zachować Maskaradę. Ann była przekonana, iż to słudzy Cyrila wyciągnęli te ciuchy z jakiegoś śmietnika, uprali i naprawili. Na więcej nie mogła liczyć...
Pod kurtką trzymała plik kartek z opisanym zadaniem, jakie miała wykonać grupa należąca do Tremere. Cyril nakazał wampirzycy zanieść dokumenty do Koterii, do której miała zostać przydzielona. Potomek Sauvetiira ponoć o niej wiedział, choć ona nawet go wcześniej nie poznała...
Musiała wykonać wolę Cyrila by zasłużyć najego łaskę i nie być ukarana za uchybienia... jakkolwiek brzydziła się sobą zginającą kark na każde polecenie.Lekko spłoszona podeszła do drzwi magazynu, w którym grupa miała się znajdować.
- Pójdą po 15 dolarów w pierwszym tygodniu i podskoczą do trzydziestu w drugim, a w trzecim do 250-ciu. Mam dobry cynk.- usłyszała wchodząc.
- Ty i twoje cynki, giełda to nie pole intryg. To pole wielu interesów ścierających się ze sobą. Wielu intelektów. Lepiej z tymi cynkami idź na wyścigi konne.
- Mówię ci, to pewna sprawa. Po prostu jeśli pożyczysz mi dziesięć kawałków.
- A więc o to chodzi? Pieniądze chcesz pożyczyć? Nie jestem twoją świnką skarbonką.Dwóch mężczyzn rozmawiało w środku, nieświadomych pojawienia się Ann, która musiała minąć wrak vana, żeby ich zobaczyć.
Młodziutka wampirzyca silniej przytuliła papiery schowane pod kurtką i podeszła do rozmawiających.
- Szukam Henry’ego Thorme'a... - odezwała się z wyraźną obawą. Przechodziła wzrokiem między jednym mężczyzną a drugim. Blondyn o gładko ogolonej twarzy modela i w garniturze od Prady, wyraźnie kontrastował ze swoim rozmówcą, rudowłosym masywnym mięśniakiem, również nienagannie ubranym, acz niedokładnie ogolonym. Obaj spojrzeli na Ann i w końcu rudzielec rzekł podejrzliwie.
- Kim do cholery jesteś?
- Zostałam wysłana przez Sauveterra. - strzepnęła śnieg z ramienia - Mam Henry’emu dać dokumenty...Ann skupiła wzrok na drugim mężczyźnie, który przyciągał jej śmiertelnicze gusta.
- Mhmm… ten konus jeszcze się nie zjawił. Daj mi. - burknął rudzielec, podczas, gdy blondyn uśmiechał się tajemniczo, spojrzeniem obiecując Ann nieziemskie przeżycia.
- Poczekam tu na niego. Cyril chciał bym tylko Henry’emu oddała. - Ann zaczęła nawet myśleć, że może wcale tu źle nie będzie. Wzrok blondyna powodował miłą gęsią skórkę i na jej martwym ciele.
- Cyril chciał… - ironizował rudzielec, a blondyn położył dłoń na jego ramieniu dodając pojednawczo. - Daj jej spokój Georg, nie wiesz jaki kaganiec jej założył.Po czym przedstawił siebie i kolegę. - Jestem William Burke, a to jest Georg van Rijn. Jesteśmy z klanu Ventrue. A ty?
- Ann Paige... - uśmiechnęła się do Williama - Nie mam Klanu. - dodała dość niewinnie, nie czując zagrożenia przy blondynie.
Od razu miny obu Ventrue zrzedły, a ciepło odpłynęło z tego miejsca.
- No to nieźle upadliśmy William, musimy tu czekać z parszywym kundlem.- zaczął głośno narzekać van Rijn, a Burke dodał.- Przynajmniej nie jest szajbuską od Papy Roacha.
- Albo zapchlonym Gangrelem. Przynajmniej… ale dobrze wiesz czym jest. Sposobem Cyrila na upokorzenie nas. Nie dość, że musimy wykonywać jego polecenia jakbyśmy byli jego lokajami to jeszcze to… a co przed nami? Babranie się w kanałach?
- Ja do kanałów nie zejdę. Ten garnitur sporo mnie kosztował.- odparł Burke czule wodząc po materiale. - Nie zredukuje mnie do ulicznego śmiecia.Ta nagła zmiana wzięła ją z zaskoczenia.
- O co wam chodzi? - wyczuwała nadchodzącą katastrofę - Jestem jak wy...
- Jasne... jak my. - zaśmiał się Rijn wzruszając ramionami. - Och, z pewnością jak my… brudna i wychudzona żuliczko.
- My jesteśmy Kainitami tak jak i ty. - przyznał Burke z dumnym uśmiechem. - Ale na tym kończą się podobieństwa. Ty jesteś kundlem, żyjesz pośród biedoty i jesz co popadnie. My jesteśmy elitą tego miasta, zarówno finansową jak i kulturalną. My jesteśmy Ventrue, nam pisana jest wielkość, do której powoli podążamy. MY… władamy takimi jak TY.
- Mną nigdy władać nie będziecie. - warknęła na te słowa.
- Z pewnością nie będę. Mam dobry gust jeśli chodzi o podwładnych i pracowników. Nie biorę pierwszego lepszego śmiecia z ulicy. - odparł van Rijn pogardliwie spoglądając na dziewczynę.
- Jakoś to przecierpimy. Przecież to tylko jednorazowa współpraca. Możliwie nawet, że ma tylko dostarczyć papiery i wynieść się stąd.- odparł z nadzieją w głosie Burke.
- Cyril mówił, że mam być w tej Koterii. - prychnęła na Ventrue.
- Cyril tak mówił? Cyril tak mówił?! To już ja mu też powiem coś do słuchu!- wrzasnął poirytowanym głosem rudowłosy Kainita.
- Daj spokój. Nie chcesz by ten Tremere wyciągnął kwity. - machnął ręką Burke.Tymczasem cała trójka usłyszała kroki. I zobaczyła nonszalancko idącego, niskiego mężczyznę, który nosił okulary, a pod garniturem koszulę z żabotem i koronkami. Spojrzał na obu dramatyzujących Ventrue, a potem na Ann. I też spytał. - Ktoś ty? I co tu robisz?
- Ann Paige... - wampirzyca patrzyła wrogo na Ventrue - Cyril mnie przysłał. - wyjęła plik kartek spod kurtki - Ty jesteś Henry?
- Tak. Ja jestem Henry Thorme. Daj te papiery, a potem skocz po stolik. Jest tam.- rzekł beznamiętnym tonem mężczyzna podchodząc do Ann. - Mam nadzieję, że będziesz bardziej kompetentna niż ci dwaj… “fachowcy”.
- Jasne... - podała dokumenty i niechętnie poszła po stolik, tym razem puszczając to bez komentarza.Papiery wylądowały na stoliku i cała grupka pochyliła się nad nimi.
- Więc naszym zadaniem na dziś jest…- zaczął odprawę Thorme.

- Iluzja iluzją…- machnęła ręką Ravnoska. - Maski maskami. Reputacja reputacją. Ukryte gesty… ukrytymi gestami. A te mówią mi wiele.-
Uśmiechnęła się łobuzersko. - Nie przeczę, to zabójcy. Ale nie są to tępi siepacze. Masz przed sobą skalpel Księcia.
- Nie przeczę. Niemniej jak zwał tak zwał. Wystarczy mi rozumieć ich skuteczność. - odparła wprost.
- Mhmm… i widziałaś tę skuteczność w akcji?- zapytała Jaine.
- Do czego dążysz?
- Do niczego… zadaję tylko pytania. - odparła Jaine z enigmatycznym uśmieszkiem na ustach.Spojrzała na klucz, potrząsnęła nim. Znów zerknęła na rozmawiającą grupkę Kainitów.
- No cóż… zobaczyłam co chciałam zobaczyć. Teraz pójdę obejrzeć mój apartament.- odparła Ravnoska i ruszyła ku schodom.
Ann zawahała się. Z jednej strony Ciekawie byłoby zobaczyć ten apartament jaki Ventrue zaoferowała Ravnosce. Z drugiej strony... tu też mogły zachodzić ciekawe rzeczy. Przesunęła się nieznacznie bliżej rozmawiających, nawet nie próbując zamaskować zainteresowania, wręcz jakby czując się na miejscu. Była w końcu przedstawicielką Joshui, prawda?
-... pokoje nam pasują. Dziękujemy za troskę.- głos drobniutkiej wampirzycy był miłych dla ucha i zaskakująco niski. Trochę… koci w brzmieniu. Rozmowa która się toczyła nie była aż tak ciekawa jak mogłaby się wydawać. Omawiano warunki bytowe i reguły pobytu dwójki wysłanników Księcia w Stillwater i jak się okazało, Piękna i Bestia byli nastawieni ugodowo. W rozmowie pojawiły się żarciki dotyczące ważnych wampirów i Primogenów, ale… nie dotyczyły one obecnych osób u władzy a poprzednich osób na tych stanowiskach. Przez to były niezrozumiałe dla podsłuchującej Ann.
Chcąc nie chcąc dziewczyna musiała się poddać. Wciąż była zbyt małym kundelkiem na takie progi. Mogło jej to się nie podobać, ale niestety zbyt często była o tym przypominana. Po tej bezowocnej chwili ruszyła za szarlatanką, aby przynajmniej obadać to co z łaski Ventrue otrzymała od pani tej domeny.Apartament numer 5 był zaskakująco blisko pokojów samej Lukrecji. A może nie powinno to dziwić? W końcu Ravnoska miała posłużyć jako dodatkowy bodyguard. Drzwi były zamknięte więc Ann musiała zapukać.
- Dziękuję. Niczego już dziś nie potrzebuję.- i została wzięta za obsługę hotelową przez Jaine Love. Cudnie…
- Jaine, to ja. - odezwała się ignorując pomyłkę.
|-- Och… wybacz.- drzwi po chwili się otworzyły i Jaine wpuściła Ann do pokoju urządzonego w stylu art deco . Na pewno nie był to zwykły pokój hotelowy, Ann przebywając w Róży nigdy nie miała okazji zaznać takich luksusów.-|
- Trochę czuć tu nutkę sybarytyzmu, ale od czasu do czasu… warto rozleniwić się nieco.- stwierdziła Ravnoska oceniając pomieszczenie.
- Nawet mieszkając na koszt Willa nie zaznałam takiego luksusu. - podśmiała się caitifka - więc czuj się vipem. Przynajmniej nie śpisz za darmo w trumnie na dole... Szczerze to nie byłam w stanie zmrużyć oka w tym zamknięciu. - przyznała.
- Sypiałam w wielu miejscach. Od książęcych komnat po rynsztoki, więc… ciężko na mnie zrobić wrażenie. - odparła Jaine podchodząc do dużego łóżka. Rzuciła się na nie, sprawdzając czy jest wygodne. Spojrzała na Ann.
- I co tam wytropiłaś na dole?
- Niestety nic szczególnego. - westchnęła - Gadali o dziejach starszych ode mnie. Nie było już sensu w tym dalej próbować się zorientować. A co do miejsca... - rozejrzała się po pokoju - Takie luksusy pamiętam za życia.
- To znaczy że znają tych zabójców. To dobrze. Mogą znać też ich naturę i słabe strony.- przyznała z uśmiechem spikerka radiowa.
- Znają na pewno. Wydają mi się także czuć dość dobrze w ich towarzystwie. Lukrecja była spanikowana w przeciwieństwie do Williama i Joshui. - wyjaśniła - Ustalali warunki pobytu w miasteczku.
- To ty nie wiesz?- zdziwiła się Jaine. A następnie wyjaśniła. - To właśnie Piękna złapała i zakołkowała Lukrecję, gdy jej mały spisek został odkryty przez szeryfa Nowego Jorku. Jak i pozostałych spiskowców, ale tamci potem zostali uśmierceni.
- Nie wiedziałam, że oni konkretnie za tym byli. Jedynie mogłam to zakładać.
- Można powiedzieć że Lukrecja ma osobistą zadrę względem naszego filigranowego gościa. I pewnie sporą traumę przy okazji.- oceniła Jaine leżąc na łóżku.
- Wiesz coś więcej jak to wyglądało?
- Nie bardzo. Lukrecja nie była w tym temacie szczególnie wylewna. Nadia może wiedzieć więcej, albo i nie…- zadumała się egzotyczna wampirzyca.Ann przestąpiła z nogi na nogę.
- Mogę ci zadać osobiste pytanie?
- Możesz. A ja mogę na nie odpowiedzieć. Albo skłamać.- odparła Ravnoska leżąc na łóżku niczym mityczny sfinks z enigmatycznym uśmiechem na twarzy.
- Twój Stwórca planował cię? Opiekował się tobą?
- To już trzeba było jego spytać. Czy planował…- zaśmiała się wampirzyca i poczochrała po głowie. - Pytasz baaardzo dawne dzieje. W sumie to tak… opiekował się mną. Wybrał mnie ze względu na mój talent. Na iskrę od bogów. Zostałam wyrocznią świątynną.
- Jak było z nim? - zapytała z wyraźnym zainteresowaniem - Czułeś się wybrana? Potrzebna? Jak on cię traktował?
- Jak dziewicę… którą nadal jestem.- zaśmiała się Kainitka i podrapała po czuprynie.- Nie wiem jak to wyjaśnić. On był… zagadkowy. Tworzył intrygi dla samych intryg. Albo dla żartów. Miał plany oparte o strategie, które zmieniał w inne plany. Knuł dla samej idei knucia. Nie interesował go ani zysk, ani jakiekolwiek zaszczyty czy władza.
- Co się z nim stało?
- Zginął zamordowany przez… w sumie to już nie pamiętam przez kogo. Albo też upozorował swoją śmierć. W jego przypadku na dwoje babka wróżyła. - wzruszyła ramionami Jaine.
- Ile wtedy już miałaś wampirzych lat?
- Pewnie gdzieś w twoim wieku. - oceniła Ravnoska.
- Czułaś się samotnie po jego stracie?
- Nieszczególnie…- zamyśliła się Jaine marszcząc brwi.- Chyba? Nie pamiętam. To było dawno temu i tyle się wtedy działo.
- Ale to musi być... świetne uczucie, gdy czujesz się naprawdę wybrany. - stwierdziła z czystą szczerością.
- Może? Nie pamiętam. To antyczna historia dla mnie. I dla ciebie też. - przyznała Ravnoska.- A później trafiłaś do Sabatu?
- Wtedy jeszcze nie było Sabatu czy Camarilli. To późniejszy okres. Piętnasty wiek bodajże? - zamyśliła się Jaine.
- To tyle ty istniejesz?
- Może. A może ci wciskam bujdy. Mój klan to kłamcy, oszuści i złodzieje. Ciekawe które określenie do mnie pasuje ?- odparła z lisim uśmieszkiem Jaine.
- Ale historia przynajmniej ciekawa. - odparła kundlica z pewnym uśmieszkiem zadowolenia.
- Zawsze staram się zadowolić moich wyzna… fanów.- rzekła żartobliwie Ravnoska.- Wiesz, że czasem niewinne kłamstewko jest lepsze od bezlitosnej prawdy? Jeżeli to co powiedziałaś było prawdą, to naprawdę ci zazdroszczę. Ale przynajmniej nie było to takie pełne uczucia jak Williama czy wysokie i z sensem jak Lukrecji. Czy nawet Miracelli. Miało wszystkiego w odpowiednich ilościach. - westchnęła - To nieprzyjemne wiedzieć, że dla twojego własnego Stwórcy byłaś tylko zmarnowaniem jego własnej Vitae. I nawet nie było w planach, abym dotarła do Nowego Jorku. - rzekła ze zdziwieniem jakby sobie coś przypominała - Wyrzucono mnie jeszcze przed Montpelier, żebyśmy w małej grupie narobili bałaganu... i zginęli zawiązując Camarillę w walce, gdy reszta ruszy dalej.
- No to powinnaś się czuć raczej dumna. Skazano cię na śmierć, a ty przeżyłaś… w przeciwieństwie do twoich pozostałych współbraci i sióstr. To całkiem spore osiągnięcie. Zwykle Camarilla okazuje się skuteczna w czyszczeniu takich imprez.- zamyśliła się Jaine.
- Nie wiem czy jest tutaj wielki powód do dumy... - odparła niepewnie - W tamtym czasie byłam dość... skołowana. Chyba wypiłam Malkavianina, po wyjściu z grobu. A przetrwanie to był prawdziwy fuks. Ukryłam się w pewnym momencie... - przetarła oczy - Ciągle to wydaje się istniejące za jakąś zasłoną.
- Jesteś osobą która sprzeciwiła się przeznaczeniu i wygrała. Jak dla mnie to powód do dumy, no ale ja jestem Ravnos. Wielu powie ci, że to tylko krok w bok od szaleństwa Malkavów. - odparła z uśmiechem Jaine.Przez chwilę patrzyła zdziwiona na kobietę, aby zaraz uśmiechnąć się do niej nieśmiało.
- To... Miłe. Mam nadzieję, że przynajmniej w tym mnie nie oszukujesz.
- To akurat jest prawda. Każdy ci to powie. Sabatowe sfory są wybijane co do jednego. Rzadko któremu udaje się dożyć kolejnej nocy. Twoje istnienie jest więc twoim sukcesem. - odparła Kainitka filozofując.
- Dziękuję naprawdę. - odparła bardzo szczęśliwa - Sprawdzę czy Lukrecja nie popełniła samobójstwa.
- Nie musisz się o to martwić. Wola przetrwania silna w niej jest młoda padawanko.- odparła żartobliwie Jaine.
Masywne drzwi do gabinetu Lukrecji były zamknięte. Na szczęście był brzęczyk przy drzwiach. Nie dochodziły zza nich żadne odgłosy, co mogło martwić. Ale najwyraźniej nikogo nie martwiło.
Ann bez wahania skorzystała z brzęczyka.
Minęła dłuższa chwila nim nastąpiła reakcja. Drzwi się otworzyły, stanęła w nich Lukrecja. Spojrzała na Ann i spytała wprost. - Czego chcesz?- Upewnić się czy z tobą wszystko w porządku.
- Oczywiście, że ze mną wszystko w porządku. Dlaczego miałoby nie być?- zapytała chłodno Ventrue przyglądając się podejrzliwie Ann.
- Nie powiesz mi, że ta sytuacja jest dla ciebie komfortową i oczekiwaną. William i Joshua mogą tam na dole spokojnie sobie rozmawiać i wręcz czuć się dobrze w tym towarzystwie, ale wątpliwe byś ty tak samo to widziała.
- Życie nawet po śmierci rzadko bywa komfortowe i zgodne z naszymi oczekiwaniami. - odparła Lukrecja dumnie. - Ja… potrafię się dostosować do nowych sytuacji, nawet tych nieprzyjemnych. I nie złamią one mojego ducha.
- Godne podziwu i uspokajające. Stanowisz część naszej społeczności.
- Miło z twojej strony. Niemniej jak widzisz, u mnie wszystko w porządku.- odparła nieco sztywno Lukrecja.Ann walczyła ze sobą.
- Przepraszam za dawne słowa do ciebie. Były nieprzemyślane i dziecinne. - powiedziała zachowując kajający się wyraz twarzy.
- Przeprosiny przyjęte. Nie masz się co przejmować dawnymi… nieporozumieniami. - odparła pospiesznie Ventrue.Ann podejrzewała, że Lukrecja w jakiś sposób wcześniej trzymała urazę chociaż teraz o tym nie powie. Przepraszanie tak naprawdę nie było komfortowe dla kundla, jako że i on sam czuł się urażony, ale musiała z niechęcią pogodzić się z faktem, że znajdowała się niżej w wampirzym łańcuchu dziobania i tak naprawdę musiała połykać swój język oraz powstrzymywać niechętne komentarze. W jakiś sposób przypominało jej to nauki za życia, gdy dla dobra interesów rodziny musiała grać i w milczeniu oceniać.
- Mam nadzieję, że zresetujemy nasze relacje i swoim zachowaniem nie przekreśliłam bezpowrotnie możliwości współpracy.
- Wszystko jest możliwe, ale obecnie… - machnęła ręką Ventrue. - Dzisiejszej nocy nie mam już głowy do współpracy… i możliwości współpracy i… wszystkiego z czym do mnie przychodzisz. Jutro, pojutrze… tak. Nie dziś.
- Dobrze. - skinęła głową na zgodę.
- A teraz wybacz. Mam… ochotę na odrobinę samotności. - odparła z uprzejmym uśmiechem Kainitka.Na co Ann lekko skłoniła się mówiąc:
- Do zobaczenia.

Spotkanie towarzyskie się skończyło. Wracali do domu wozem Willa. Przed nim była pusta droga, a tam gdzieś na horyzoncie przyszłych wydarzeń rysowała się dyplomatyczna wizyta w Nowym Jorku. William wydawał się być zamyślony, ale… w dobrym nastroju.
- Piękna i Bestia to dobrzy znajomi? - dziewczyna przerwała milczenie.
- Tak. Znam ich trochę. Żyli w Nowym Jorku zanim obecny Książę stał się księcięm. Piękna to zresztą przyboczna Księcia od czasu jego przybycia do miasta.- wyjaśnił Kainita.
- A Bestia?
- Jego znam nieco mniej. Właściwie w ogóle. - odparł z uśmiechem William. - Piękna dobrała go sobie, gdy cały przewrót już się ugruntował i przelew krwi przestał być koniecznością.
- Masz jej za złe rolę w przewrocie? W końcu była jego częścią.
- Nie. Była żołnierzem w toczącej się wojnie. Wykonywała polecenia swojego seniora. Ja sam wiele razy czyniłem tak samo. W wielu konfliktach.- wzruszył ramionami mężczyzna.- Zabiła tych, których ceniłem. Zabiłem tych, których lubiła. Nie ma jednak między nami złej krwi. Musisz… nauczyć się godzić z tym, że świat który znasz przeminie.
- Chyba... Jestem za młoda, aby to potrafić. - stwierdziła.
- Nauczysz się z czasem.- odparł melancholicznie Kanita.
- O czym rozmawialiście?
- O starych dobrych czasach…- uśmiechnął się enigmatycznie William.
- To jednak były to dobre czasy?
- Nawet za czasów czarnej śmierci, były noce które wspomina się dobrze.- Blake uśmiechnął się krzywo. - Nie wszystko w przeszłości było złe.
- Ale przecież ciebie boli po dziś dzień.
- Nie można żyć przeszłością.- odparł Kainita.- A ból… ból zawsze jakiś jest.
- Ja nie czuję jakby przeszłość była bardzo dawna dla mnie. - nie zgodziła się - I czy ty naprawdę nie sądzisz, że należy wszelkie krzywdy starać się pomścić?
- Ja… mściłem się już nie raz, walczyłem za szlachetne sprawy, popełniałem zbrodnie w imię większego dobra. - pokręcił Blake głową. - A choć wiele straciłem podczas przewrotu. A choć wyrwano mi wtedy serce, to… nawet dziś nie mogę ci powiedzieć, że to była wojna dobra ze złem. To była polityka, a ja w odruchu serca… stanąłem po niewłaściwej stronie.
- Czy sądzisz, że jeszcze kiedyś odważysz się oddać miłości i stanąć po którejś ze stron?
- Oddać miłości? Tak, to możliwe. Ale nie stanę już po żadnej stronie. Dostałem nauczkę.- odparł stanowczo Kainita.Zapadło dłuższe milczenie. Dopiero przerwała je Ann.
- Will... - zaczęła z wahaniem - Czy mógłbyś mi pomóc do szlifować moje umiejętności w walce bronią białą?
- Mieczem?- zaśmiał się Toreador zdziwiony jej prośbą.- Czy to dobry pomysł? Rozumiem jako hobby, ale dziś już nikt nie walczy mieczem. Wszyscy wolą pistolety i śrutówki.
- Myślałam bardziej o sztyletach. - wyjaśniła.
- Aaaa noże… To Larry chyba jest lepszym wyborem. Albo nawet Garry. - zadumał się Toreador. - Ja używam trochę dłuższych narzędzi do zabijania. A mistrzem noży był Dilmach.
- Kto?
- Pewien Hindus. Nie żyje już od lat. Był przybocznym poprzedniego księcia Nowego Jorku.- wzruszył ramionami Kainita.
- A czy... Byłaby szansa, abyś tak po cichu... - spojrzała na swoje dłonie - Pokazałbyś mi jak to jest być tak szybkim...?Toreador spojrzał na Ann i westchnął. - Nie… to nie jest dobry pomysł. Taka sztuczka za bardzo rzuca się w oczy. Mogłabyś przez to mieć kłopoty i ja też.
- Jasne... nie było tematu. - wyciągnęła dłonie w obronnym geście poddając się w tej kwestii.
- Gdybyś planowała zostać w Stillwater, mógłbym rozważyć taką możliwość. Ale ty postanowiłaś wrócić do Nowego Jorku. A tam wiedzą kto się tobą tu opiekuje.- wyjaśnił William.
- Ale przecież mogłam sama8 się tego nauczyć, prawda?
- Wampirze społeczeństwo to nie sala sądowa. Domniemanie niewinności tu nie występuje. - wzruszył ramionami Blake.
- Ale przecież Garry…
- Wytrzymałość na ciosy nie rzuca się w oczy. W przeciwieństwie do błyskawicznego poruszania się. - Toreador przedstawił jej swój punkt widzenia.
- Larry pluje na mój sposób walki. Zbyt "tchórzliwy" jak dla niego. - westchnęła.
- Poruszę moje kontakty w Nowym Jorku. Może tam znajdziemy dla ciebie…ooo… Raze sobie całkiem dobrze radzi z nożami. - zastanowił się Toreador. - I myślę, że mógłbym opłacić lekcje u niego.
- Dzięki. - uśmiechnęła się.
- Nie ma sprawy.- odparł z uśmiechem William.
- Najedzą się ci...
Pamiętała głód. Pamiętała ból. Pamiętała...
- ...co będą posłuszni.
...chciała do niego podejść...
- Zjedzą.
Nie zostawiaj... Chcę...
- Uliczne bydło.
Jeść...

-
Pobudka na starych śmieciach u Williama. Wspomnienia wróciły. I te dobre i te złe. Koszmary… mokre, głębinowe, mackowate. Lokalne koszmary. Może dlatego, że posiadłość Williama była bliżej jeziora niż jej nowy dom?
Może…
Toreador obudził się wcześniej i napotkała go w kuchni szykującego drinki. Był tu też jej ghul, rozmawiali o filmach… o sztuce. Connor starał się panować nad sobą, ale dłonie mu drżały. Spojrzenie miał rozbiegane. Był głodny. Bardzo głodny. Ann dobrze znała ten rodzaj głodu.- Nadia szykuje się do penetracji kolejnej rozpadającej się kopalni. Larry się zjawi i Garry też.- zaczął Toreador wypowiedź, gdy Ann weszła do kuchni. - Na razie przygotowała raport na temat poprzedniej tego co się odkryliśmy podczas poprzedniej wyprawy.-
Uśmiechnął się dodając. - I zapowiedziała konferencję na ten temat dziś. Jesteś zaproszona. Acz obecność nieobowiązkowa.
- Pójdę. - zdecydowała Ann i przeniosła wzrok na Connora, po czym znowu spojrzała na Williama - Długo jesteście razem?
- Niecałe półtora godziny?- ocenił William po namyśle. A Connor dodał.- No… byłem tu dłużej, ale… spaliście.
- Psy cię nie zagryzły? - zapytała zdziwiona - Wpuściły cię do domu?
- Nieee?- zdziwił się Connor.
- Czują twój zapach na nim. Rozpoznają w nim twoją własność. - dodał Toreador.
- Mądre pieski. - spojrzała na człowieka - Po co tu w sumie przyszedłeś? - zapytała wręcz znudzonym tonem.
- Stęskniłem się… i czekam na rozkazy…- jego oczy mówiły że jest głodny. Tymczasem “nieświadomy” sytuacji Toreador wtrącił. - Długie spożywanie naszej krwi nie tylko uzależnia. Ghul z czasem rozwija się na tej diecie. Zwierzęta nabierają rozumu.
- I to tyle? - machnęła ręką na Connora - Zapamiętam. - obiecała Williamowi.
- Odrobina krwi też by się przydała. - odparł Connor starając się brzmieć jak najbardziej neutralnie. Ale głos mu drżał lekko i ciało też.William widział wcześniej takie reakcje innych wampirów. Ten wzrok... Głodny czegoś innego niż krwi. Cierpienia innego. A to wszystko dla samozadowolenia.
- Nie jesteś aż tak głodujący. - stwierdziła olewczo.
Toreador zignorował tą sytuację zajmując się popijaniem drinka. A Connor starał się zachować fason. I kiepsko mu to wychodziło.
- Ty jedziesz Nadii posłuchać? - zapytała Willa.
- Ja? Tak. Tak planuję.- odparł wampir pospiesznie wyrwany z rozmyślań.
- Żadnego listu od Cyrila nie było? - zapytała patrząc to na Williama, to na Connora.
- Nie. Ale pewnie wkrótce przyjdzie…- stwierdził ghul.Ann dłużej patrzyła na ghula...
- Chodź... - mruknęła i wyszła nakarmić go w spokoju.
Connor pospiesznie podążył za nią.

Na tyłach Róży znajdowała się mała salka konferencyjna ze staromodnym rzutnikiem slajdów. I choć Nadia była programistką, to… z pewnością miała jakiś sentyment do starych technologii, bo planowała z rzutnika skorzystać. Do jego obsługi wyznaczyła oczywiście Charlie’go.
Czekała cierpliwie aż zbiorą się goście.
Oczywiście Ann przybyła i William. Przybyła Lukrecja Borgia z piętra wyżej. Był i szeryf Smith i Larry. Choć ten drugi Brujah wydawał się wyraźnie niezadowolony z faktu przebywania w tej sali konferencyjnej. Nie mógł usiedzieć na swoim krześle i gdyby nie przyszpilający go co chwilę wzrok Joshui to by pewnie zwiał.
Z dala od wszystkich w kąciku sali siedzieli Piękna i Bestia przyglądając się im wszystkim, jak i przygotowującą prezentację Nadii… jakby to była sala wykładowa jakiejś uczelni.
A siedząca przed nią grupka kainitów niesfornymi studentami.- Możemy zaczynać? - rzekła w końcu zerkając na salę.
- Jeszcze Jaine Love ma się zjawić.- przypomniał jej szeryf.- Kończy audycję za dziesięć minut, dojedzie tu w kolejne dziesięć.-
- Eeeeech…- warknęła gniewnie Nadia. - No dobrze… jeszcze poczekamy.- -

SOJUSZ VENTRUE I KUNDLA LASOMBRY
- Och, nie złość się Nadia. - Ann machnęła ręką na sytuację.
- Marnujemy czas na osobę, dla której i tak to jest zabawą. Marnujemy mój czas. - burknęła Kainitka.
- Zadaj jej pracę domową za karę. To ją nauczy. - podśmiała się Ann.
- Nie kuś mnie, bym tobie takiej nie zadała.- burknęła Tremere spoglądając z irytacją na Ann.
- Jesteś urocza jak się złościsz. - dodała lekko chowając się za Toreadorem.
- Co nie zmienia faktu, że chowasz się za swoim husbando.- odparła z nutką satysfakcji Kainitka, a William zapytał Ann. - O czym ona mówi? Wiesz o co chodzi?
- Nie wiem, to ona pisała scenariusze pornoli, nie ja. - powiedziała teatralnym szeptem.
- To pornole mają scenariusze? - zdziwił się William i podrapał po karku. - W sumie czasem jest jakaś fabuła, płytka i krótka.-
- Nigdy nie twierdziłam że to była wymagająca robota. Za to dobrze płatna.- wzruszyła ramionami Nadia.- I nic dziwnego, że twoje pornole nie mają fabuły Williamie. Masz płytkie wymagania i przesadnie romantyczną wizję związków.
- Może więc byś napisała coś idealnego dla Willa, co? - zaśmiała się Ann.
- A kto to nagra? Nie wspominając o tym, że…- wzruszyła ramionami Tremere. -... nie piszę scenariuszy do telenowel.Ann spojrzała na Lukrecję.
- Chyba mam pomysł kto ma sprzęt…
- A aktorzy…- wzruszyła ramionami Tremere.
- Nie ma potrzeby. W sumie to nie oglądam takich rzeczy. - wtrącił Toreador.
- Aktorek dużo w naszym Elysium, a aktor... - uśmiechnęła się słodko do Williama - Może mój ghul zacznie zarabiać na siebie.
- Miałam wrażenie, że wiesz o gustach Williama. Jeśli jednak nie zauważyłaś oczywistych wskazówek to…- wzruszyła ramionami Nadia. - Aktorek to akurat tu nie potrzeba.
- Temu mój ghul i... - spojrzała w bok na Brujah - Nadąsany Larry, co będzie przeszkadzał w lekcji…
- Też masz fantazje. - odparli niemal razem William i Nadia.
- Zasugerowałabym porwanie autostopowicza, ale Joshua by mi łeb urwał. - westchnęła, zadowolona, że uwagę Nadii zajmuje.
- Nasz Książę nie lubi zabaw śmiertelnikami na swoim podwórku.- przyznała Tremere i spojrzała na Williama.- Zresztą szkoda mojego talentu na takie bzdurki. Mało to scenarzystów przy różnych telewizyjnych tasiemcach? Niech William wynajmie jednego… stać go na to.
- A co by twój talent wolał robić? - zapytała - By z tego kasa była, oczywiście.
- Lubię to co robię. Analizuję tekst i szukam ukrytego kodu.- wyjaśniła Tremere. Tymczasem Ravnoska weszła do sali rozdając uśmiechy na prawo i lewo.
- Primadonna…- prychnęła Nadia.- Jakby jednej Lukrecji było mało.Ann wcisnęła twarz w ramię Williama dusząc śmiech.
Jaine zajęła miejsce na jednym z krzeseł, tak jak i reszta Kainitów. Nadia sięgnęła po drewniany wskaźnik i wszystko to kojarzyło się Ann z jakimś porno osadzonym na uczelni. Jakby się dobrze zastanowić to Tremere ubierała się w podobnym stylu. Może nie ostentacyjnie, ale miała zamiłowanie do koszul, krawatów, pończoch, szpilek i mini.
Na ścianie pojawił się pierwszy obraz. Slajd przedstawiał system jaskiń, opisany i narysowany w stylu raczej XIX-go tego niż dwudziestego wieku.
- To są najstarsze mapy systemu jaskiń. Obecnie w większości nieaktualne, mapy kilka nowszych map pochodzących z czasów powstania kopalni z zaznaczonymi chodnikami… ale te też nie są aktualne. I wszystkie są do pewnego stopnia fałszywe. Jaskinie pod Stillwater były siedzibą klanu Nosferatu w czasach gdy Nowy Jork nie posiadał jeszcze kanalizacji i był budowany. I paskudy starały się ukryć swoje gniazdo na oficjalnych mapach. Co niestety utrudnia sprawę … ehmm…- Nadia zerknęła na Charliego i jej podopieczny włączył kolejny slajd przedstawiający znacznie nowocześniejszy schemat jaskiń i chodników.
- Jak pewnie się nie domyślacie, zrobiłam własną mapę porównują dostępne mi źródła i ekstrapolując resztę wykorzystując punkty wspólne posiadanych map. Z całkiem udanymi wynikami… acz…- znów przerwa, znów chrząknięcie. Charlie zmienił slajd.Tym razem to było zdjęcie jaskini, którą Ann znalazła z Larrym.
- Natrafiliśmy na pewne niespodzianki. To oczywiście nie jest siedziba Nosferatu.-
Kolejne zdjęcia zrobione z różnych ujęć. Na niektórych widać było kobiety w zimowych strojach robiące pomiary. To musiały być ghule Nadii.
Ann zastanawiała się, która z nich miałaby jakąkolwiek szansę zostać przemieniona przez marudną Nadię. Pewnie ta, co jest najbardziej w BDSM.- Z tego co udało się zebrać i znaleźć.- kolejny slajd, tym razem anatomicznego rysunku jakiejś kończyny… lub innej części ciała. - Natrafiliśmy na chorego fana taksydermii.-
Chwila ciszy w oczekiwaniu na śmiech, którego nie było.
- Albo… co bardziej prawdopodobne na salę operacyjną Tzimisce przegonionego latem. Chyba wtedy nie uciekł.- stwierdziła cierpko Nadia.- Niemniej o ile jego moce nie wymagają zapewne jakichś przygotowań do użycia, to zrobienie z ich pomocą vozhda już tak. A jak wiemy nasz Tzimisce jest bardzo pracowity i bardzo utalentowany. Przypuszczam, że to tylko jedna z jego kryjówek, gdzie z pomocą zebranego materiału modyfikował zwierzynę. Co prawda armii raczej nie stworzył, ale pokaźny oddział już tak. No i podczas ostatniej konfrontacji niespecjalnie przetrzebiliśmy jego sługi.-
Odchrząknęła dodając.- Jakieś pytania?
- Ślady sugerowały, że Tzimisce babrał się tylko w częściach zwierzęcych? - zapytała.
- Tak…tyle że tych śladów nie było zbyt wiele, więc nie wykluczam użycia ludzi podczas tworzenia. Z tego co wiem podstawą do tworzenia vozhda są ghule. Zwykle kilka… znalezione rysunki anatomiczne sugerowały niedźwiedzia.- wyjaśniła Tremere.
- Czyli tworzy armię. Czy jego planem jest atak na Nowy Jork? Czy jest to potencjalnie część jakiegoś większego spisku Sabatu?- zapytała znienacka Piękna odzywając się ze swojego kącika.
- Wątpię… ten akurat Tzimisce jest zafiksowany na vendetcie wobec klanu Giovanni. I choć lubi widowiskowe wejścia to jego plany wydają się bardziej subtelne i złożone niż prostacki atak.- oceniła Nadia.
- Po co w ogóle o tym gadamy. Liczysz że go spotkamy w następnym szybie kopalnianym?- zapytał Larry, a Tremere skinęła głową. - Jest taka możliwość. Wydaje się on znać miejscowe jaskinie i dysponować mapami lepszymi od naszych. To może sugerować jedno źródło…-
- I chcesz byśmy w dwójkę tam znowu poszli? - mruknęła.
- Nikt nie powiedział, że we dwójkę. I nikt nie powiedział że tam właśnie.- odparła spokojnie Nadia.
- Sugerujesz, że nowojorscy Nosferatu sprzedali mu mapy?- zapytała Lukrecja, a Tremere wzruszyła ramionami.- Wątpię w taką możliwość. Niemniej ten klan miał w swojej historii niejedną tragedię. Choćby wielki pożar w 1776. Takie wypadki wielokrotnie pozbawiły ów klan zgromadzonych w kryjówkach zasobów. W końcu spalony wampir nie przekaże swoim potomkom lokalizacji swoich tajnych skrytek. Możliwe, że Tzimisce znalazł taką.-
- Więc… jakie są plany.- wtrącił Joshua.
- Cóż… wyznaczyłam kolejne miejsca. Niektóre pokrywają się potencjalnymi kryjówkami Diabła. I to należy brać pod uwagę. Nadal przypuszczam, że przy ich przeszukiwaniu nie natkniemy się na draugi. Nadal uważam jednak, że możemy natknąć się na informacje na ich temat. I… jest możliwość, że możemy natknąć się na kryjówkę Tzimisce pilnowaną przez vozhda i inne jego kreacje.
- A ty oczywiście będziesz bezpiecznie na zewnątrz złościła się na niedziałającą krótkofalówkę. - fuknęła Ann.
- Nikogo na siłę pchać tam nie będę. Larry sam się zgłosi.- odparła flegmatycznie zerkając na Brujaha.
- Skąd ta pewność? - odparł z uśmiechem Larry. Tremere wzruszyła ramionami. - Draugi,vozhdy, Tzimisce… pozwolisz umknąć takiej okazji?-Brujah zazgrzytał zębami, ale się nie odezwał przyznając Nadii rację.
- Zdajesz sobie sprawę, że ten Tzimisce mógł już ogarnąć, że znaleziono tamtą salę operacyjną? - mruknęła.
- Nie polujemy na Tzimisce. - przypomniała Nadia. - Nie mamy z nim zwady. A i on jak dotąd nie wykazywał agresywności wobec nas. Nie widzę powodu do konfliktu między nami.
- To Sabat. - wtrąciła Piękna ze swojego kącika.
- Teoretycznie. Jego lojalność wobec Sabatu jest dyskusyjna. Ubiliśmy grupę pościgową mającą go znaleźć. - wzruszyła ramionami Tremere.
- Może to nawrócony Tzimisce. Może nawet taką Nadię ukocha. - stwierdziła z ironią.
- Raczej przyszły Malkav… z wyraźną obsesją na punkcie Giovanni.- odgryzła się Nadia.
- Możesz spróbować pójść i go znaleźć. Może się dogadacie. - zażartowała.
- Nie mamy żadnych wspólnych tematów. A wracając do…- uderzyła wskaźnikiem o obraz.-... naszego tematu. To tyle co mam do powiedzenia. Myślę, że jutro mogę zorganizować wyprawę do kolejnego szybu kopalnianego. Są chętni?Larry się zgłosił. William… też, a po nim także Ann.
I na tym się zebranie zakończyło. A widzowie zaczęli się rozchodzić.
Ann podążyła za Lukrecją, która swoje kroki skierowała na schody prowadzące na piętro. Zapewne znów zamierzała się ukryć w swoim gabinecie.
Caitiffka zrównała się z Ventrue.- Ciągle nie w nastroju na rozmowę? - zaczepiła.
Lukrecja spojrzała na Ann, westchnęła ciężko. - Pogadamy w gabinecie.
Ann skinęła i poszła za Ventrue.
Znana droga i znany gabinet. Stillwater nie było duże i Ann powoli zaczęła czuć się w nim w jak domu. Ventrue usiadła w swoim ulubionym fotelu, dłonią wskazując krzesło i zapytała.
- To o czym chcesz rozmawiać ?
Caitiffka usiadła na wskazanym miejscu.
- Możliwie moje przywiązanie do Cyrila ulegnie zmianie, co pewnie wiesz z tego czy innego źródła. - pogłaskała ego Lukrecji - Czy to polepszyłoby prospekty na współpracę?
- Mała Ann wreszcie dorasta?- odparła ironicznie Lukrecja i westchnęła. - Zobaczymy, zobaczymy… na razie obie jesteśmy tutaj i choć zabawnie byłoby szarpać się z Joshuą o władzę to szczerze wątpię w twoją chęć współpracy w tym temacie. A i … mnie nieszczególnie na Stillwater zależy.Spojrzała na młodą Kainitkę. - Więc o jakim zakresie współpracy mówisz?-
- Dobrze zakładasz z Joshuą. A współpraca oczywiście dotyczyłaby Nowego Jorku i naszej obopólnej chęci powrotu do. Oczywiście ostatnio jestem wysłannikiem Joshui w sprawach między naszym miasteczkiem a metropolią, ale de facto wstępu ciągle nie mam na długi okres.
- A ja nie mogę wrócić w ogóle.- przypomniała Lukrecja i dodała po chwili. - Jest więc tu okazja do współpracy między nami, ku wspólnemu celowi.Ann spojrzała oceniająco.
- Sądzisz, że Cyril miał coś wspólnego z twoim upadkiem?
- Nie zdziwiłabym się, jeśli zyskał coś na moim upadku. Pewności jednak nie mam. - wzruszyła ramionami Ventrue.
- Nic mi oczywiście nie powiedział, ale po jego reakcji wnioskuję, że bardziej coś było niż nie. Nie wiem tylko w jak wielkim stopniu. - sama Ann zdziwiła się, że mówi takie rzeczy na głos.Na moment oczy Lukrecji pociemniały w gniewie, jej usta odsłoniły zaciśnięte zęby i złowieszczo lśniące kły. Niemniej był to moment. I szybko przeminął. Ventrue uspokoiła się.
- Cóż… siedzi w zamknięty w siedzibie Tremere i prędko stamtąd nie wyjdzie. Nie jest wart wysiłku jaki musiałabym włożyć w zemstę na nim.
Ann wyraźnie wahała się, gdy chciała coś jeszcze powiedzieć. Było w końcu coś co już wcześniej zwróciło swoją uwagę, ale... Nie... To przecież nie wyrządzi żadnej krzywdy, prawda?
- Cokolwiek on uczynił... - starała się bardzo ważyć słowa - Książę Nowego Jorku... Był nawet skłonny wstawić się za nim, gdy chcieli go skazać na Ostateczną Śmierć.
Lukrecja zaśmiała się sarkastycznie.- Oczywiście, że go ochronił. W końcu Palafox nie ma czasu na planowanie przejęcia władzy w Nowym Jorku, mając za plecami knującego Cyrila i mu podobnych, prawda? Bo chyba nie wierzysz w jego litość, co?
Ann przewróciła oczami.- Bądźmy poważne. Mam na myśli, że gdyby Cyril wcześniej... pomógł mu zdusić przewrót to tym bardziej warto byłoby się go nie pozbywać, a lepiej trzymać na możliwy następny raz.
- Nie planuję zgadywać toku myślowego Księcia, ani powodów dla których ten staruch Tremere nadal żyje. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Wierz mi, akurat nad Cyrilem dumać mi się nie chce. Jak wspomniałam nie jest wart czasu zmarnowanego na planowanie zemsty.- Przynajmniej na miłą atmosferę natrafiłam, gdy spotkałam się z Księciem. Zawsze lubił siedzieć w mroku?
Lukrecja zaśmiała się i zaprzeczyła ruchem palca. - Nie myl tego co pokazuje z prawdą. Zawsze lubił pokazywać się otoczony ciemnością. Co naprawdę lubi, myśli i planuje… tego nie wie nikt, poza nim samym.
- Mówię tylko, że podobała mi się ta ciemność. Lepiej się czuję w takiej, może trochę... - zastanowiła się - Bezpieczniej? Nie. Spokojniej. Wiesz, to dziwne, ale jest... takie.
- Z pewnością nie czynił tak dla twojego komfortu moja droga. - odparła sarkastycznie Lukrecja.
- Nie jestem naiwna by tak sądzić. - mruknęła - Ale myślałam, że spotkanie będzie... gorsze. Na ulicach mówią wiele, ty reagowalaś... Byłam raczej na gorsze spotkanie nastawiona. Nie wiem jakie, po prostu... Gorsze.
- Daj spokój. Dla tych Kainitów średniego szczebla upokarzanie tych na dole jest sposobem odreagowania faktu, że są pionkami swoich rodziców lub opiekunów. Że tak naprawdę ich status nie różni się niczym od twojego. Dobrze to widać z perspektywy… Stillwater. - przyznała Lukrecja zamyślając się. - A dla Niego… wszyscy jesteśmy pionkami na szachownicy. Nawet Primogeni… choć oni myślą, że z nim grają. Dlaczego więc miałby traktować jeden pionek gorzej od drugiego? Jaki miałby w tym zysk?
- Poczucie, że jest się wyżej, lepszym. - stwierdziła - To jedno z tych uczuć, które nie zanikły.
- Cóż… - wzruszyła ramionami Ventrue.- Jeśli ktoś korzysta z sytuacji by podkreślić swoją pozycję, to prawdopodobnie nie jest jej aż tak pewien. Siła nie potrzebuje aplauzu.
- Cyril inaczej to widzi. - nie zgodziła się Ann.
- Nie wątpię. - uśmiechnęła się cynicznie Lukrecja. - Wiesz jednak dobrze, że pewnie w niewielu sprawach zgadzam się z twoim opiekunem. I mimo wszystko nie siedzę zamknięta w wieży jak jakieś księżniczka z tandetnej książeczki dla dzieci.
- Siedzisz w Stillwater, jak ja. - przypomniała - Ale nie powiesz, że wykorzystywanie siły dla potraktowania innego gorzej nie jest przyjemnym uczuciem.
- Trywialna zabawa dobra dla smarków. Zemsta… to co innego… - zaśmiała się złowieszczo Ventrue.
- Nie mów, że nigdy tego nie zrobiłaś i nigdy nie zabawiłaś się śmiertelnikiem. - zapytała.
- Jak wspomniałam… zabawa dla smarków. Gdy jest się Kainitką pięć dziesięć, pięćdziesiąt lat robi się takie głupotki. - wzruszyła ramionami Ventrue. - Potem staje się to zbyt nudne. Bez wyzwania nie ma dreszczyku, a poniewieranie ghulem to żadne wyzwanie.
- Ale przecież daje to satysfakcję. Jak się nie ma innych rzeczy to ta wystarczy, gdy jesteś zbyt martwy.
- Krew daje satysfakcję, prawdziwa władza, polityka, moc… przynajmniej u Tremere. A nie pomiatanie jakimś tam workiem krwi. - odparła Lukrecja patrząc w oczy Ann. - Czasami… miłość wyrastająca ponad fizyczność, ale to bardzo bardzo rzadko się zdarza.
- Nie wiem. - wzruszyła ramionami - Krwią tak.Ventrue machnęła dłonią. - To w sumie jałowa dyskusja o gustach. Każdy ma swoje… zapewne.
Ann spojrzała w bok nim wróciła spojrzeniem do Ventrue.
- Nauczylabyś mnie radzenia sobie w społeczeństwie Camarilli? - zapytała trochę słabiej niż chciała.
- Słuchaj częściej niż mów, bądź użyteczna dla silniejszych, bądź czujna.- wyliczyła pospiesznie Ventrue. - Detali możesz się nauczyć, gdy będziemy razem w Nowym Jorku. Gdy będziesz u mego boku. Tu i teraz… pfff… nawet mając wieści od moich agentów nie jestem w stanie w pełni ocenić politycznej sytuacji Nowego Jorku. A tym bardziej dawać rady.
- A jak radzisz mi się zachowywać wokół Primogenów? Stać z boku i udawać, że mnie nie ma?
- Tak będzie najbezpieczniej. Niemniej jeśli przyjdzie co do czego, bądź pokorna, skromna… ale nie uległa. Primogeni cenią siłę. Jak cały nasz rodzaj.- uśmiechnęła się kwaśno. - Oczywiście niektórych lepiej unikać. Papa Roach… może się nie zjawi. Primogen Nosferatu nie zjawi się na pewno. Groza… cóż, to fanatyk. A ten od Gangreli to frustrat.- zaśmiała się wspominając.
- To wampiry ze szczytów nie oczekują uległości?
- To kwestia balansu na linie. Wychylisz się z bardzo w jedną stronę uznają cię za nic wartą włazidupę, w drugą… za aroganckiego kundla. - zaśmiała się Lukrecja. - Trzeba wyczucia, ale kto powiedział że ma być łatwo?
- Będzie ciekawie i zabawnie. - wyszczerzyla się z lekkim podekscytowaniem.
- Chronić cię będzie autorytet Joshui i doświadczenie Williama. Przetrwasz. - machnęła ręką Lukrecja. - Zresztą będą mieli inne sprawy na głowie niż jakaś młoda Kainitka kręcąca się za ich plecami.
- Tak się zastanawiałam... Kto ci w sumie powiedział, że z Williamem idę? - uśmiechnęła się.
- Nie ufam ci na tyle, by zdradzać takie tajemnice. - odparła z ironicznym uśmiechem Ventrue.
Wracali do domu, w radiu leciały klasyki z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Bo i radio było miejscowe, więc nie stać ich było na najnowsze przeboje. Toreador wydawał się być w dobrym nastroju.
- Will... - zamruczała Ann - Pojedźmy nad jezioro.
- Po co? - zdziwił się Toreador niespecjalnie zachwycony tym pomysłem.
- Chciałabym zobaczyć na jawie to co za snu znam. Poznać tą atmosferę tak naprawdę. Te sny pojawiają się tylko bliżej jeziora.
- Wiesz, że jest środek zimy? Że jezioro i jego otoczenie jest zamarznięte. To że nie odczuwamy zimna, nie ułatwia aż tak bardzo przedzierania się przez przysypane śniegiem chaszcze. - odparł sceptycznie William.
- To też potwór nie wyjdzie. - odparła - Zamarzł.
- Potwór nie siedzi fizycznie w jeziorze, tylko gdzieś tam… na innym planie egzystencji.- odparł ze śmiechem Kainita. - Nie musisz się nim martwić.
- Ale ciągle widzę jego macki. Will... Nie bądź starym zrzędą, no…
- Jestem stary… bardzo stary…- przypomniał jej Will skręcając na wyboistą drogę prowadzącą do jeziora. Dotarli tam po kilkunastu minutach telepania. Na szczęście, choć wozik Toreadora prezentował się skromnie, doskonale radził sobie w tej sytuacji.Jezioro… Martwe.

było cicho i zimne i… cóż… pogrążone w bezruchu. Jakby jego toń była kolejnym grobowcem na tych ziemiach. Być może William się mylił. Może jego głębiny skrywały przerażające cielsko, z umysłem uwięzionym gdzieś tam poza czasem i przestrzenią.
Ann opuściła samochód i podchodziła bliżej jeziora rozglądając się za znajomymi miejscami ze snów. Nic takiego jednak nie dostrzegła. Z drugiej jednak strony, linia brzegowa jeziora była długa i poszarpana. Szanse na znalezienie takiego miejsca z wizji były małe.
Zaś William nie był skory do opuszczenia wygodnego siedzenia w samochodzie.
Ann prychnęła.- Wygodnicki.
Podeszła do wody i chwilę się zapatrzyła, ale William zobaczył, że najwyraźniej nagle zachciala szybko wracać do samochodu i z nietęga miną powróciła.
- Co się stało?- zapytał Kainita, widząc jej powrót.
- Tu... Nie wiem. - wsiadła do ciepłego auta - Po prostu... - mruknęła pod nosem nie chcąc się przyznać, że wampir się boi.
- Po prostu nie jest tu tak romantycznie jak to opisują w książkach? Ciesz się, że jesteś zimna. Dodatkowo byś zmarzła i przemokła.- zażartował William cofając auto.
- Szczególnie jak twoja randka nie ogrzeje. - mruknęła.
- To też… ale wiesz dobrze, że ze mnie marny materiał na randkę. - przypomniał jej Toreador powoli wracając na główną drogę.
- Mam złą płeć, wiem... - westchnęła teatralnie.
- A i ja zardzewiałem. - wtrącił Blake. - Nie dla już romanse.
- Ciekawi mnie jak by wyglądał romans Toreadora hetero.
- W Nowym Jorku jest pełno Toreadorów. Napatrzysz się na nich skoro planujesz tam wrócić.- odparł kwaśno Blake.Ann spojrzała na Williama.
- Czyżbyś był niezadowolony, że cię opuszczę?
- Trochę. - odparł ciepło Kainita, gdy już jechali do domu.
- Przecież możesz przestać być takim marudą i odwiedzać.
- Nie. Raczej się nie zdecyduję. - przyznał wprost William.
- Stosujesz w ten sposób samobiczowanie. - skrzywiła się.
- Nie. Po prostu nie lubię koterii Nowego Jorku. - wzruszył ramionami Blake.
- Wiesz, że dla mnie mieszkanie w Stillwater to byłaby stagnacja.
- Wiem. - odparł krótko i dodał. - Jesteś młoda, potrzebujesz ekscytacji.
- Na razie i tak tu zostaję. - pocieszyła.
- Na razie. Niemniej nie przejmuj się mną. Nawykłem do samotności. I wieczność nauczyła mnie cierpliwości.- odparł Toreador.
- Jak dla mnie robisz z siebie męczennika i tyle.
- Nie czuję się męczennikiem. Ja jestem zadowolony z mojej egzystencji Ann. - odparł z uśmiechem Toreador. - Mam nadzieję, że ty kiedyś będziesz zadowolona ze swojej.
- Nie sądzę by to było szybko... - westchnęła - Ciągle czuję tęsknotę, wiesz?
- Masz dużo czasu Ann. Jeśli będziesz ostrożna, całą wieczność.- odparł ciepło Toreador.
-
Następnej nocy spotkali się na zapleczu Róży. Przewodziła znów Nadia i to jej pojazd prowadził całą wyprawę najpierw asfaltową drogą, a potem przez zasypane śniegiem bezdroża ku kolejnemu szybowi. Tym razem położonemu znacznie niżej, ale w równie kiepskim stanie. Ann przyszło do głowy, że Tremere wykorzystuje całą tą sytuację do własnych pokręconych badań i zupełnie nie dba o ich bezpieczeństwo. Tylko wyniki się dla niej liczyły. Z drugiej strony… Nadia nie należała do wylewnych osób i trudno było ocenić co się kryło pod maską zimnej suki.
Bądź co bądź zdradziła plany swojego klanu co do osoby Ann, a nie musiała tego robić.Tak czy siak tym razem młoda Kainitka nie przeszukiwała górniczych chodników tylko w towarzystwie Larry’ego. Także i William tu był. Zeszli we trójkę do kopalni. Brujah, caitifka i Toreador. Jak w jakimś kiepskim dowcipie… z rozczarowującą puentą. Przeszukali bowiem kilka chodników, mniej lub bardziej zawalonych, z kiepskim rezultatem. Ot, kilka porzuconych kilofów, parę skrzynek i mnóstwo pajęczyn i odchodów nietoperzy. Tym razem nic ciekawego nie odkryli.
Zmarnowany czas. Przynajmniej według Ann. Nadia wydawała się zadowolona odznaczając ten szyb na swojej mapie. Chociaż ona była… bo Larry przecież narzekał przez całą wyprawę, a i Blake nie wydawał się szczególnie zadowolony.
W Róży też było nudno. I pusto. Lukrecji nie było. Udała się z Księciem by zbadać pogłoski na temat garbatych sylwetek ukrywających koło Wooden Creek. Małego cieku wodnego zasilającego jezioro. Pogłoski błędne. Oboje nie znaleźli żadnych śladów obecności draugów. Plotki okazały się nieprawdziwe. Cóż… cała noc okazała się dla wszystkich nudnym zmarnowaniem czasu. Nic nowego w Stillwater. Wszak większość lata spędziła nudząc się każdej nocy. Na szczęście kolejna miała być inna.

Po krótkich przygotowaniach wyruszyli następnej nocy do Nowego Jorku. Ann i William. Nie dotarli jednak do centrum miasta. Zatrzymano ich na obrzeżach i uprzejmie skierowano do pobliskiego motelu. Tam już na nich czekali. Rose w towarzystwie kilku Kainitów z klanu Ventrue a może Toreador. Wszyscy postawni, wszyscy eleganccy w garniturach od Armaniego. Wszyscy pod bronią.
Tu też czekała na nich czarna limuzyna.
- Nie wypada by wysłannik księcia przyjeżdżał byle czym. Nawet jeśli mówimy tu o domenie Stillwater. - rzekła Rose wzruszając ramionami i wskazała na pojazd.- Z pozdrowieniami od pana Falconi.
Tak to mogli jechać na przyjęcie. A właściwie być na nie dowożonym. Cóż… przyjemnie znów było poczuć się Vipem. Rose z nimi nie jechała. Kierowcą był dobrze ubrany i przystojny, ale też i milczący Kainita ukrywający swoje emocje za kamienną miną i stylowymi lustrzankami.
Wieżowiec do którego podjechali nie był z pewnością najbardziej reprezentatywnym budynkiem w mieście. Ale z pewnością był to celowy wybór. Limuzyna zjechała do podziemnego parkingu. Tu było sporo ochroniarzy zarówno śmiertelnych jak nieumarłych. Po wyjściu z pojazdu William i Ann zostali skierowani do windy i pojechali na górę. Ostatnie piętro… przycisk wciśnięty przez starego bellboya. Czerstwy murzyn o siwych włosach i twarzy wręcz pochłoniętej przez zmarszczki musiał miał mieć ponad osiemdziesiąt lat. Niewątpliwie był ghulem który widział bardzo wiele w swoim długim życiu.
Po opuszczeniu windy pierwsze co Ann usłyszała to muzykę klasyczną , oraz szmer rozmów. Przy dźwiękach fortepianu po rozległej sali balowej kręcili się zarówno wpływowi śmiertelnicy jak wpływowe wampiry. Wszyscy w smokingach lub eleganckich garsonkach. Śmietanka towarzyska.
Blake uśmiechnął się kwaśno na ten widok.- Nie daj się nabrać. To tylko fasada. Większość tych ludzi i Kainitów może i żyje na wysokiej stopie, ale ich słowo nie ma znaczenia. To luksusowi chłopcy i dziewczynki na posyłki. Pogardzani tak samo jak ci z ulicy.-
Ann rozglądając się dostrzegła tylko dwójkę Primogenów. Cynthię Hartley primogenkę Ventrue, oraz Elenę Belle Dubois primogenkę klanu Toreador. William też to zauważył i dodał.
- Jeszcze jest wcześnie. Przyjadą jeden po drugim. Dopiero wtedy zacznie się narada. W oddzielnej sali konferencyjnej, dla grupki wybranych. Tak jak u nas w Stillwater. A ci tutaj będą robić za zasłonę dymną dla tej narady.-
Ann odruchowo skinęła głową, bowiem właśnie w tej chwili zobaczyła Quentina Ellswortha, oraz towarzyszącego mu Davida Thorna. Z innych przyjaznych twarzy zauważyła tylko Stefana Salvatore oraz Anthony’ego … głównie dlatego że ten ostatni do nich właśnie podchodził.-|
Wampira który zabrał ją z lobby do poczekalni dla gości księcia i który był… przynajmniej neutralny wobec niej. A potem… zauważyła jego.
Śmiertelnego znajomego Cyrila, tego samego którego niedawno spotkała w holu siedziby księcia. Co za… przypadek. Oczywiście jeśli ktoś wierzy w takie rzeczy jak przypadki.
-

KUNDEL WŚRÓD PRIMOGENÓW
- Co tu robi ten znajomy Cyrila? - szepnęła do Williama.
- Nie wiem. Ale nie jest jedynym śmiertelnym zaproszonym na to przyjęcie.- odparł cichaczem Toreador.Tymczasem Anthony podszedł do obojga skłonił się i zwrócił do Williama. - Książę cieszy się obecności sojuszników z sąsiedniej domeny na zebraniu. Gdy nadejdzie czas, jest pan oczywiście zaproszony na spotkanie. Powiadomię wtedy dyskretnie pana o miejscu i czasie. Póki co… proszę dobrze się bawić.
Ann jedynie spojrzała na Williama pytająco, jako że nie była pewna jak sama tu będzie miała się trzymać.- Jesteśmy razem poselstwem.- rzekł William, a Anthony uśmiechnął się kwaśno.
- Nooo tak. Jestem pewien, że ta kwestia nie będzie stanowić problemu.- dodał dyplomatycznie sługa Księcia.Ann w tym momencie czuła się zadowolona, że jest chroniona przez Williama. Za życia nie miała tremy podczas spotkań z wyższą klasą, ale gdy teraz znalazła się w wampirzej sytuacji... To zdawało się o wiele bardziej niebezpieczne. A raczej było.
- Z pewnością. - odparł Toreador i wskazał palcem na znajomego Cyrila. - A to kto?-
- Nie znam z imienia. Wiem tylko, że Mag… przedstawiciel Loży Czarnej Róży. Mason. Jest tu z zaproszenia Tremere. - wyjaśnił Anthony zerkając na wskazanego śmiertelnika.Po tych słowach sługus Księcia skłonił się i oddalił od nich, by wypełniać inne swoje obowiązki.
- No i jak ci się podoba to przyjęcie? Bardzo sztywne, nieprawdaż?- zapytał Blake.
- Nie oczekiwałam innego. Żywi też takie przyjęcia mieć potrafią.
- Jak dla mnie to zabawa dla snobów. Ale cóż… czas wtopić w tło. Nie musisz się mnie trzymać za rękaw, będę w pobliżu. Prawdopodobnie obok Belli. - westchnął ciężko William.
- Czuję się bezpieczniej z tobą, wiesz rycerzu?
- Ja cię do niczego nie zmuszam. - odparł z uśmiechem Toreador zerkając na Primogenkę w otoczeniu “admiratorów.”
- Nie chcę tam iść. Wolę poczekać.- odetchnął głośno Blake.
- Nie zjedzą cię. - pocieszyła Toreadora.
- Nie w tym rzecz. To wszystko… maski, fałszywe uśmiechy i gadanie o niczym.- odparł William. - Nie tęsknię za tym, więc poczekam, aż sama mnie zauważy.
- Możemy się schować.
- W sumie… może nas nie zauważy.- zaśmiał się cicho Toreador kierując pod ścianę, by obserwować całe to zgromadzone towarzystwo.Dla większości zgromadzonych tu osób William musiał być kimś obcym. Goście tutaj w większości nie wiedzieli kim był ten młody Toreador i towarzysząca mu wampirzyca. Wszak minęły lata odkąd Blake coś znaczył w Nowym Jorku. Więc w zasadzie spokojnie podpierał ścianę nie zaczepiany przez nikogo, podobnie jak Ann. Do czasu aż… Quentin ją dostrzegł i z drwiącym uśmiechem ruszył w ich stronę. Ale potem zauważył Williama tuż obok, cofnął się i szepnął coś do swojego podwładnego. Ten skinął głową i ruszył do windy. A sam Quentin wycofał się.
- Synalek Księcia się ciebie wystrachał. - szepnęła do Williama.
- Kto?- zdziwił się Toreador, który nie zauważył zachowania Quentina.
- Ten gówniarz. - wskazała - Quentin jak mu tam. Mamy małą historię, ale zrezygnował z podejścia do mnie kiedy zobaczył ciebie.
- Rzeczywiście gówniarz. Twierdzisz że to syn Księcia? Musi być którymś z tych nowszych.- ocenił Blake.
- Jest trochę młodszy ode mnie. - wyjaśniła - Źle zniósł jak nie udało się mu wymusić na mnie wykonania jego polecenia. - zachichota cicho - Chyba mnie skojarzył.
- To rzeczywiście gówniarz. To że jest potomkiem Księcia nie ma tu większego znaczenia.- ocenił William.- A już na pewno nie w oczach Primogenów czy samego Księcia.-Tymczasem dostrzegli oboje, że zostali zauważeni przez Bellę i wampirzyca odgoniwszy wielbicieli sama zbliżała się w ich kierunku.
- Kibicuję ci. - szepnęła Ann.
- Witajcie moi drodzy. Mam nadzieję, że przyjęcie wam się podoba. Takie… szykowne.- rzekła na powitanie wampirzyca, po czym wykorzystując swoją drobną sylwetkę wślizgnęła się między nich, splotła swoje ramiona z ich ramionami.
- Doprawdy czuję się opuszczona przez was. A na ciebie Ann powinnam się pogniewać, tyle razy zajeżdżałaś do Nowego Jorku i ani razu… nie wpadłaś na pomysł by mnie odwiedzić. - w ogóle nie dawała im dojść do głosu.- Wiecie że podarowałam Księciu mój obraz. Niestety nie zawiesił go tutaj, tylko w osobnej sali. Koniecznie musicie go zobaczyć. Koniecznie.-I będąc pośrodku oraz trzymając oboje ruszyła w kierunku wyjścia z sali, nadal szczebiocząc na temat samego przyjęcia i gości którzy mają się zjawić lub już zjawili. Ciężko się było skupić na potoku słów które wylewały się z jej ust. Cała trójka opuściła salę główną i weszła do pustego niedużego gabinetu. Tam Bella puściła oboje i rzekła bardziej poważnym tonem.
- No to teraz możemy porozmawiać o waszym poselstwie i obecności tutaj. To jak naprawdę poważna jest sytuacja?
Ann nie chciała się wyrwać za szybko przed Williama, żeby nie powiedzieć czegoś, czego nie powinna.
- Książę cię chyba oświecił co do sytuacji?- zapytał ostrożnie Kainita, a Elena wzruszyła ramionami. - Och oczywiście… niemniej nie wiem ile drobiazgów zapomniał powiedzieć. Daj spokój Williamie. Czyż nie jestem twoją sojuszniczką. Czyż nie pomogłam wam obojgu gdy była okazja pomóc? Jestem po waszej stronie… i nie jestem wroga naszemu Księciu. Odpowiada mi obecne status quo.-
Ann patrzyła w podłogę niepewna co zrobić.
- Draugi są zagrożeniem. Są naprawdę niebezpieczne. Ann może potwierdzić. Ledwie uszła z życiem z ich zasadzki.- stwierdził William.
- Opętane bestią wampiry nie robią zasadzek.- machnęła ręką Toreadorka.
- Mylisz je z świeżo stworzonymi wampirami na głodzie lub… młodymi Kainitami, którzy ulegli swoim słabościom. Te takie nie są. Powstały z doświadczonych wampirów. Jeden z nich może być byłym Primogenem Nosferatu.- stwierdził Toreador, a uwaga Eleny skupiła się na Ann.
- Używały Dyscyplin, a na pewno jeden z nich mówił... - potwierdziła Ann - Wybili okolicznych Anarchistów.
- To nie brzmi jak typowy draug. Może to były stwory Sabatu. - zastanowiła się głośno Elena.
- To nie był Sabat. - zaprzeczył Toreador.
- No nie wiem. Z pewnością Groza się ucieszy. I będzie chciał wykorzystać okazję do wzmocnienia swojego klanu. Marzy mu się kolejna partia mięsa do przetestowania.- odparła niechętnie Elena i westchnęła. - Z jaką propozycją przyjechaliście. Co na ten temat ma Stillwater do powiedzenia?-
- Stillwater chce rozwiązania problemu, nie mamy konkretnego planu. Na razie nie udało nam się ich wytropić. To Nosferatu… instynktownie pamiętają jak polować i ukrywać. To część ich natury.- stwierdził William po chwili namysłu.
- Ciekawe co na to Haerz.- odparła kwaśno Elena i zamyśliła się.- Gdy się dowie, że Paxton gania po okolicy polując na Kainitów.-
- Pewnie nieszczególnie się przejmie. Gdy Bestia zapanuje nad tobą, nie ma powrotu. Paxton… cóż, już nie wróci.- wzruszył ramionami Blake, a Elena się odprężyła i spojrzała na Ann.Podeszła do niej leniwym krokiem, pochwyciła z nim
Na biodra i przesunęła dłońmi po pośladkach przyciskając zaskoczoną caitifkę do siebie.- Nie myśl, że jak będziesz udawała cichą myszkę to o tobie zapomnę. Czuję się zaniedbana… ani razu nie wpadłaś na pomysł by do mnie zajrzeć.
Annabelle spojrzała na Toreadorkę trochę zaskoczona, ale jednocześnie wystraszona i zadowolona. Miks emocji lub ich wspomnień zalał dziewczynę.
- Od Williama też na jakiś czas się wyprowadziłam... - odparła - Nie byłam... w dobrym stanie mentalnie. Przepraszam. Nie chciałam też przeszkadzać...
Nie wspomniała oczywiście, że wciąż walczy z poczuciem tęsknoty za Cyrilem.
Błądzące palce i wpływ prezencji Toreadorki niewątpliwie pobudzały do życia dawno uśpione emocje, nawet jeśli bez krwi krążącej w żyłach były one cieniem.- Och… jesteś na przyjęciu Księcia. Tu zebrała się śmietanka Nowego Jorku. Snobistyczna śmietanka. Czyż nie o tym marzyłaś… by znaleźć się na topie? - zapytała Bella zmysłowo pieszcząc pośladki uchwyconej Catifki. Trzeba przyznać że mimo upływu lat nie zatraciła wyczucia jeśli chodzi o dotyk. Choć może to było spowodowane tym, że była Toreadorką.
Filigranowa blondynka spojrzała w oczy Ann przybliżając twarz i pytając poważnym tonem.
- Jeśli nie zamierzasz zdobywać miasta, jeśli nie zamierzasz zaszaleć na tej imprezie. Pokazać siebie i swoją siłę, przebojowość. Jeśli zamierzasz wzorem naszego pustelnika chować się po kątach, to po co tu wracać, co? Stillwater przy wszystkich swoich wadach, jest dla ciebie bezpieczniejsze… tu… albo idź na całość, albo daruj sobie powrót.
Annabelle patrzyła na Toreadorkę czując lekkie ukłucie zazdrości. Sama była piękna, a jeszcze jej moce... Ale zaraz wróciła do sprawy, jaką poruszyła Bella.
- Tak... Masz rację. - przygryzła usta w niezadowoleniu sobą - Chcę wrócić... Choć zasmuca to Williama.
- Jeśli czytałaś jego wiersze to wiesz, że najlepiej mu się pracuje z taką melancholią. Och… ma przed sobą dwie piękne kobiety w niedwuznacznej sytuacji i nie potrafi wyciągnąć z tego cienia inspiracji. - po tych słowach bezczelnie i bez ostrzeżenia Bella pocałowała Ann. I po tym wszystkim uśmiechnęła się dodając. - Na tym balu… jest dużo bogatych i przystojnych śmiertelników z którymi możesz spędzić noc oddając się rozpuście i piciu ich krwi. Nie marnuj jej tak jak William.Dziewczyna poczuła się jak w pewnym potrzasku. Jako śmiertelnik lepiej by się odnalazła, ale będąc wampirzym kundlem przez lata przekopywanym z miejsca na miejsce i poniżanym przez Cyrila... po prostu było ciężko się na raz przestawić. Być pewną w tym otoczeniu. Szczerze nie przypuszczała, że tak będzie.
- Może byłoby inaczej, gdybyśmy miały inną płeć. - oceniła.
- Od wieków mu nie stanął. Chyba czas przestać oceniać piękna poprzez pryzmat płci. Jesteśmy śliczne. - blondynka nadęła policzki jak naburmuszona mała dziewczynka. - Ignorować ten fakt, to grzech.-
- Ja tu jestem .- przypomniał Blake.
- Widzę…- Bella spojrzała na Toreadora mówiąc ironicznie. -... i nic z twojej obecności nie wynika.-Potem zerknęła na Ann dodając. - A ciebie… może kiedyś… podkradnę Tremere. Byłoby zabawne zabrać im zabawkę.-
Puściła pośladki caitifki i cofnęła się.- No dobra. Pogadaliśmy, pożartowaliśmy. Jeszcze później porozmawiamy, mam nadzieję. Macie miejsce przygotowane w moich apartamentach. Tam spędzicie jutrzejszy dzień. Niemniej noc jest jeszcze młoda, a narada nie potrwa aż tak długo.
Annabelle czuła się w tym momencie jak wrzucona w sam środek jakiejś gry Toreadorów. Szczerze wątpiła, aby William wykazywał choć cień ochoty, aby grać w polityce klanowej, ale tego nie mogła powiedzieć o Primogence. Wiedziała, że to nie jej gra, a jednak czuła się wciągana w jej tryby na siłę. Nie sądziła, aby powinna się z tego cieszyć...
- Dziękujemy bardzo. - lekko skłoniła się Belli.
- Och… nie ma za co. W końcu czego się nie robi dla znaczącego członka mojego klanu i sojusznika. - odparła wesoło Toreadorka i cofnęła się o kolejny krok.
- No chodź. - Ann chwyciła Williama za rękę - Tam są nie tylko panie. - powiedziała prowadząc Williama za Primogenką.
I znowu znaleźli się w głównej sali balowej. Tu Primogenka opuściła oboje i ruszyła ku Hartley. Ventrue i Toreador cmoknęły się nawzajem w policzki i uśmiechając rozmawiały, co tylko potwierdzało ich silny sojusz.
- No to… skorzystaj, ja popilnuję ściany.- zaproponował żartobliwie Blake.
- No daj spokój, tu są na pewno tacy dla ciebie.
- Skończyłem z romansami i piciem krwi prosto ze źródełka, pamiętasz ?- przypomniał jej Toreador.
- Ale to nie byłby romans na dłużej niż jeden wieczór.
- Nie pijam krwi bezpośrednio. A tu pokusa byłaby zbyt duża. Zresztą taki kochanek oczekiwałby odrobiny dojenia. To uzależnia w obie strony. - stwierdził cicho uparty niczym osioł poeta.
- Nie tak szybko. Uparciuch jesteś.
- Rycerskie nauki. - odparł ironicznie wampir przyglądając się rozgadanej śmietance towarzyskiej.Samej Ann się nie spieszyło do romansu dla krwi. Nie była tak tym zainteresowana jak byłaby Bella. Nie oznaczało to jednak, że miała zamiar porzucić całą imprezę. Rozejrzała się za Quentinem.
Ten był kącie sali obok fortepianu. Nie było obok niego jego “ochroniarza”. Rozmawiał z kilkoma biznesmenami, sądząc po kosztownych garniturach. Być może ghulami, może wampirami. Trudno było ocenić z takiej odległości.
Annabelle ruszyła w kierunku latorośli Księcia próbując rozszyfrować jego rozmówców.
Dotarła tam szybko i bez problemów. Nie zwracając na siebie większej uwagi i spojrzeniem odganiając potencjalnych adoratorów którzy próbowali się do niej zbliżyć. Quentin był zbyt zajęty spiskowaniem, bo jak się okazało… coś knuł z tymi Ventrue. Mówili giełdowym językiem, o spółkach, przejęciach, sprzedaży… kupowaniu. Zbyt skomplikowane sprawy jak na wiedzę o ekonomii Ann. Jedynie co udało jej się zorientować, że zamierzają dokonać wrogie przejęcie firmy należącej do innego Kainity, którego nazywali Suchym.Tymczasem na imprezę wkroczyła nowa postać znana Ann głównie z obrazów w siedzibie Tremere. Krępy i niski mężczyzna o bladej cerze i koziej bródce.

Augusto de Palafox, primogen klanu. Ubrany luźno jak biznesmen z wyhaftowanym znakiem swojego klanu na marynarce. Od razu ruszył ku Belli i Cynthii Hartley.
Ann nie podeszła do tego zbyt to grubego Tremere. Ciągle pamiętała jak reagował na jego Cyril i mimo wszystkiego co jej zrobił jej opiekun to szanowała jego opinię o Primgenie... A nie była ona zbyt ciepła. Przechadzała się po przyjęciu aby wyłapać chociaż strzępki rozmów tych "lepszych".
Na razie nic ciekawego nie udało się jej wyłapać. Ot skrawki flirtów, nic nie znaczące ploteczki, kawałki rozmów. Trzymając się z dala od primogenów Ann nie znajdowała nic wartościowego w tych urwanych kawałkach konwersacji.- Nudzisz się, co?- jakby spod ziemi pojawiła się znajoma twarz. Salvatore. Uśmiechnął się mówiąc. - Wyglądasz na znudzoną. Nic dziwnego, trzeba przesiąknąć miejscowymi plotkami by je docenić.
- Wślizgnąłeś się cichaczem. - stwierdziła Ann.
- Obrażasz mnie. Zostałem tu zaproszony i byłem tu cały czas. W końcu jestem przedstawicielem Primogena mego klanu na powierzchni. - stwierdził oburzonym tonem Kainita.
- Oj, wiesz że ja się tylko z tobą drażnię. - zaśmiała się klepiąc go w ramię.
- Nie moja wina, że Bella mnie nie lubi.- wzruszył ramionami Stefan i dodał.- Nie wyglądasz jakbyś się dobrze bawiła na tej bibce.
- Pierwszy raz się na czymś takim znajduję z naszymi. Wiesz. Trochę to nie w mojej lidze zawsze było. - szepnęła.
- Nie masz się czym przejmować. Tylko kilka osób liczy się tu naprawdę. - wzruszył ramionami Stefan. - Reszta… ładnie się prezentuje.
- A czemu Elena cię nie lubi?
- Nie wiem… - zadumał się Stefan i podrapał po karku. - … po prostu mam takie wrażenie.
- Może za mocno się wkręciłeś w udawanie Małków. - szepnęła.
- Noo…. niee… nie miałem odpałów jak niektórzy. Tylko tiki nerwowe mam.- odparł nerwowo Salvatore i dodał. - Nie wspominaj o tej sprawie. Nigdy. A tak przy okazji, co tu robisz wraz z Blake’m?
- O jakiej sprawie? Nie było żadnej sprawy. - machnęła ręką - Dalszy ciąg ostatniego. Teraz na naradę Primogenów przyszliśmy w imieniu Joshui.
- Acha… słyszałem że mój mistrz też się tu zjawi. To rzadkość. Ostatnio nieczęsto opuszcza świątynię i tereny przyświątynne. - rzekł cicho Stefan, mając na myśli opuszczone stacje metra i połączone z nimi kanały, które tworzyły główne leże Papy Roacha.
- Może będzie ciekawiej. - odparła z nadzieją.
- Nawet jeśli, to ja tego nie zobaczę. Szaraczków na samą naradę nie wpuszczają. - wyjaśnił cicho Salvatore.
- To czemu się tu znajdujesz? Zasłonę dymną robisz?
- Oprócz naprawdę grubych ryb, są tu takie tłuściutkie rybki na których warto zrobić dobre wrażenie. - wytłumaczył Salvatore. - Na tych przyjęciach wypada bywać, nawet jeśli to tylko pokaz próżności.
- Ty robisz na kimś dobre wrażenie? - zaśmiała się cicho.
- Na zadziwiająco dużej ilości osób. Mam kilkunastu klientów w klanie Nosferatu. Dobry adwokat jest zawsze w cenie. - oburzył się farbowany Malkav.
- Jesteś papugą? - zdziwiła się.
- Nie wspomniałem o tym? Prowadziłem bardzo zyskowną kancelarię do czasu… incydentu. I udało mi się uruchomić ją ponownie, bo w zasadzie nie umarłem w świetle prawa. Byłem zaginiony przez kilka dni i cudownie się odnalazłem. - wyjaśnił Salvatore.
- Uroczo... Dobrze wiedzieć. - zastanowiła się - Może mi się kiedyś przydasz. A czy słyszałeś kiedyś o... - Ann opisała co wywnioskowała o tym Suchym.
- Przykro mi. Nie. Nie wiem o co chodzi.- przyznał Kainita. - Giełda to nie moja działka. A “Suchy” to pewnie ich kod dzięki któremu mogą omawiać interesy tutaj. Przyjęcie to za wiele ciekawskich uszu. Czego ty jesteś przykładem.- zamyślił się rozważając. - Mogę zlecić obserwację jego ruchów na giełdzie, ale… mogę tylko obserwować. Gdy już byłbym w stanie zareagować, to będzie za późno.Ann machnęła ręką.
- Po prostu ciekawość. Nie orientuję się w tym ekosystemie.
- Ciekawość? A czemu w ogóle cię ciekawą intrygi potomka Księcia. Quentin nie należy do dobrodusznych osobników. Mówiąc szczerze… to zadufany w sobie dupek.- szepnął cicho Stefan.
- Bo bym chętnie mu coś popsuła. Tak, to dupek, a ja jestem znudzona. Widziałeś Stillwater. Jest tam nudno…
- No nie wiem czy warto. Synalek księcia może i jest dupkiem, ale inteligentnym. I mściwym.- przyznał Salvatore i wzruszył ramionami. - Jak tam u was może być nudno? Jak nie potwory to Sabat, jak nie Sabat to wilkołaki, jak nie wilkołaki to nawiedzony szpital.
- Ale to najwyraźniej wyjątki, one w końcu się skończą, a uwierz mi... Kiedy nie walczy się z czymś jest po prostu... Leniwie. I nudno.
- U nas też krew nie leje się strumieniami każdej nocy. I główną moją rozrywką jest przeglądanie dokumentów i układanie przemówień dla pracujących dla mnie ghuli. A to… jakoś nie przepadam za tymi snobistycznymi przyjęciami. - odparł z kwaśnym uśmiechem Stefan i spytał. - A co byś zrobiła, gdyby udało ci się na stałe wrócić do miasta? Nie masz klanu który załatwiłby ci lokum na dzień.- A kto ci powiedział, że żaden Klan nie uznaje mnie za swoją? - uśmiechnęła się wrednie.
- To który klan ? - zaciekawił się Salvatore.
- Czyli nie wiesz z kim miałam powiązania? Wiesz, że nie tylko można kundla przygarnąć jak ciebie... - skrzywiła się - Są inne metody.
- Nie wiem z kim jesteś powiązana. Nie przeszukuję przeszłości przyjaciół.- wzruszył ramionami Salvatore. - Korzystam ze znajomości do szpiegowania wrogów.
- Jesteśmy przyjaciółmi? - zapytała szczerze zdziwiona.
- A nie? Po tym co razem przeszliśmy… znosząc wspólnie obecność Gorgona. Oby się tu nie zjawił. - westchnął Stefan wznosząc oczy ku sufitowi.
- Dobry znajomy bardziej pasuje do naszej gromady pijawek, ale może być jak ty mówisz. Za życia nie miałam przyjaciół to teraz mogę. - poklepała Salvatore po ramieniu.
- Dobrych znajomych też nie prześwietlam. - stwierdził Salvatore z uśmiechem. - Więc nie wiem który klan się tobą interesuje. Nie wiem za jakie “zbrodnie” cię zesłali do Stillwater. Dowiem się jak mi powiesz… lub w ogóle.
- Nie zostałam zesłana przez Księcia. - machnęła ręką - Umieścił mnie u Williama... Mój... opiekun. A ostatnio wyszło, że masę nakręcił i teraz jest zamknięty przez swój Klan. Tremere.
- Aaaa… słyszałem o tym. Cyril, prawda?- zastanowił się wampir i dodał.- Nie jesteś pierwsza. Tremere zesłał tam już inną Kainitkę. Nie wiem czemu. Tremere są… hermetyczni i ksenofobiczni. Mogą być tobą zainteresowani, ale ich Primogen to nie Papa Roach, nie będziesz im równa.
- Nawet o tym nie marzyłam. - zaśmiała się - A z Nadią w Stillwater mam w sumie... relacje. Różne, ale dobre.
- To dobrze.- odparł z uśmiechem Salvatore i dodał. - Nie każdy zesłany tam Kainita trafia tam z polecenia Księcia. W sumie słyszałem tylko o dwójce. Toreadorze i Ventrue. Reszta trafiła tam z polecenia swoich Primogenów. Nie są to więc prawdziwe zesłania.
- A wiesz co Toreador zrobił? I czemu powrócił?
- Chciał ubić Bellę i zająć jej miejsce.- wyjaśnił cicho Salvatore.
- Zebrał popleczników?
- Raczej był członkiem spisku. Nie znam szczegółów, to stare dzieje.- stwierdził Salvatore. - Musiałabyś Locariusa zapytać… i zrozumieć jego odpowiedzi.
- Ten Toreador nie wygląda jakby pasował na Primogena. Zachowuje się dość... - przybliżyła się do ucha Salvatore - ...żałośnie. Kreskówkowo dość.
- Nie znałem gościa. Nawet nie wiedziałem, że jeszcze żyje. Trudno mi więc oceniać na ile to prawda z tym spiskiem. - odparł Salvatore obserwując wraz z Ann jak Primogen Tremere rozmawia z Primogenką Ventrue.- Ventrue i Tremere są w dobrych relacjach? - zapytała.
- Nie wydaje mi się… - zamyślił się Stefan.- Na pewno nie rzucają się sobie do gardeł, ale poza tym…- wzruszył ramionami. - … miłości między nimi nie ma.
- Widziałeś kiedyś Grozę?
- Parę razy miałem nieprzyjemność go poznać. Wygląda jak niedożywiony robol, ale… - wzruszył ramionami Salvatore. - Pozory mylą, wierz mi.-Uśmiechnął się kwaśno.- Na pewno się tu zjawi, prędzej czy później.
- A co byś o Gangrelu powiedział?
- Nie miałem z nim zbyt wiele do czynienia. Nie po drodze mu z prawem i prawnikami.- zaśmiał się Salvatore. - Gangrele raczej trzymają się z dala od innych klanów w mieście.- Jesteś głodny? - zapytała nagle.
- Odrobinę… może później skorzystam. - stwierdził Stefan.- Pełno tu śmiertelników którzy marzą być wyssani.
- To pójdziemy razem na ten fast food!
- Super. To jaki smakołyk wybierasz? - odparł z uśmiechem Salvatore. Tymczasem w okolicach windy słychać było poruszenie. I niemal nabożne i pełne zachwytu głosy. Znak że Papa Roach przybył.
- Guru kroczy. Przejrzę menu później. - odparła patrząc w okolice windy. - Ale chyba powinniśmy się oddalić, co? - złapała Salvatore za rękę i pociągnęła w drugi koniec sali - A ty na co masz smaka?
- Modelka byłaby idealna, ale pewnie zadowolę się jakąś kocicą w biznesowym wdzianku.- wzruszył ramionami Malkavian dając się łatwo ciągnąć. Najwyraźniej on również nie spieszył się do spotkania z przełożonym.
- On tak ciągle robi? - szepnęła do mężczyzny - Łazi z mocą.
- To jak… oddychanie dla niego. Robi to nieświadomie. - wyjaśnił cicho Stefan.
- Nie wiem czy inni primogeni będą zadowoleni…
- Na nich nie wpływa. Za starzy i za potężni. Zadowoleni może i nie są. Ale zrobić nic nie mogą.- wzruszył ramionami Malkavian.Sama Ann zaczęła rozglądać się po "menu". Natrafiła wkrótce spojrzeniem na taką. Elegancka kobieta odrobinę posunięta w latach, ale nadal atrakcyjna. Niemniej tutaj były bardziej atrakcyjne niewiasty. Idealna więc na wspólną przekąskę.
- Ona. - wskazała głową Salvatore - Składaj nam zamówienie.
- Ok. A ty wybierz pomieszczenie na konsumpcję.- po tych słowach Salvatore ruszył po posiłek.Budynek miał oczywiście rząd pokoi przeznaczonych na konsumpcję. Bądź co bądź było to cywilizowane przyjęcie i nie wypadało się obżerać na widoku innych. Ann bez trudu więc znalazła korytarz wzdłuż którego były rzędy takich drzwi. I ochroniarze pilnujący by konsumpcja nie zakończyła się jakimiś problemami oraz by upojone krwią z alkoholem wampiry nie wywołały jakiejś bójki. Caitifka sprawdziła pierwsze drzwi. Zamknięte… ktoś już tam był. Kolejne też. Dopiero za trzecim razem okazały się otwarte. A za nimi był mały schludny pokoik hotelowy. Z niedużym łóżkiem, szafą, apteczką przy lustrze.
Teraz pozostało czekać przy drzwiach. Salvatore okazał się bowiem nie aż tak dobrym podrywaczem. Nim on się zjawił jakiś Toreador minął ją z lokalną celebrytką chichoczącą pod nosem. Ann już zaczęła się niecierpliwić, gdy Stefan w końcu się zjawił z uczepioną jego ramienia kobietą. Uśmiechnęła się na widok Ann i oblizała usta, ale widać było że raczej w Stefana wpatruje się.
Weszli do środka. Zabrali się za rozbieranie. Głównie rozbieranie Cathy, bo tak miała na imię kobieta. Wylądowali na łóżku. Cathy pośrodku, oni po obu stronach.
Była nawet atrakcyjna, nawet jędrna… ale to akurat nie miało znaczenia. Ważna była szyja.. dość gruba… łatwo było wbić w nią kły. Łatwo było łechtać ciepłą posokę. I tym się Ann zajęła. Stefanowi zostawiła dopieszczanie przekąski. Ona sama skupiła się na krwi i mechanicznym niemalże masowaniu piersi Cathy. Nawet nie zauważyła kiedy ów biust zrobił się nagi.
Rozkosz ciepłej posoki wypełniła żyły Ann przyjemnym ogniem… czuła jak nabiera pozorów życia. I jęk rozkoszy podwójnie dojonej Cathy mógłby być jej jękiem, gdyby akurat się nie pożywiała. Z żalem odczepiła się od Cathy, bladej i półprzytomnej. Przekąska była bezwładna i bezwstydnie naga. Cathy w tej chwili przebywała na granicy śmierci i ekstazy, całkowicie zatracona w doznaniach. Bycie ofiarą wampira często opisywano w kategoriach narkotycznego orgazmu. Nic więc dziwnego, że był tak uzależniający.
Caitiffka delikatnie głaskała kobietę po głowie jak grzeczne, zmęczone zabawą dziecko.- Przyda się ci sen... - wyszeptała do ucha kobiety i spojrzała na Salvatore.
- Mhmm… przyda jej się. - przyznał jej rację wampir poprawiając swoją garderobę i ocierając swoje usta chusteczką.Ann pocałowała lekko w czoło kobietę i wstała zabierając ukartowanemu Malkovi chusteczkę by obetrzeć sobie usta.
- Wracajmy. - wetknęła chusteczkę w dłoń Salvatore.
-
Sytuacja wyraźnie się zmieniła w głównej sali. Pojawiła się Rose i kilka innych garniturków. Pojawiły się też osoby w skórzanych kurtkach harleyowców. Punki, hippisi, skinheadzi… pachołki Grozy. Wśród nich był właśnie sam Pawlukow. Niski, blady, drobny brunet. Zimne spojrzenie niebieskich oczu mówiło każdemu, że z tym typkiem nie warto było zadzierać.-|
Ann nie była skora przybliżać się do Pawlukowa. Tak naprawdę wyobrażała sobie go bardziej... larry'owatego, nie jak takie chuchro. Nie oznaczało to jednak, że nie uważała go za niebezpiecznego gnojka. Zaczęła rozglądać się za Williamem.
Toreador rozmawiał właśnie z Bellą. Primogenka wyraźnie lubiła jego obecność.- Nie wiem co ona w nim widzi. Przecież każdy tu wie, co go kręci.- stwierdził Malkav zerkając w stronę, w którą ona patrzyła. - Hmm… nie widzę Papy Roacha, ani Rudej Harpii.
- Może są na schadce. - zaśmiała się - A Williama nie oceniaj tylko w tej kategorii. On jest ciekawym okazem.
- Nie wiem co w nim takiego ciekawego. - burknął wyraźnie zazdrosny Salvatore.Caitiffka zasłoniła usta i wyszeptała do ucha mężczyzny.
- Jesteś uroczy taki zazdrosny. - zachichotała.
- Nie jestem zazdrosny. Niby czego mam mu zazdrościć? Szopy w lesie? - oburzył się Malkav.
- Że Elena chce z nim rozmawiać. - stwierdziła.
- Też mi pomysł. - odparł Stefan starając się wykpić jej sugestię.
- Nie jesteś pierwszy i nie będziesz ostatni, któremu złamie serce. - powiedziała lekko - Po prostu przyznaj, że dałeś się urokowi Primogenki, to nie wstyd.
- Moje zainteresowanie Eleną jest czysto profesjonalne. Nasze klany mają wiele wspólnych interesów… - zaczął wyjaśniać Stefan, podczas gdy do nich podszedł Raze. Pod krawatem i w garniturze.- Co wy tu robicie?- zapytał przyjaźnie Gangrel.
Na widok Raze'a dziewczyna się musiała powstrzymać przed wybuchnięciem śmiechem.
- Wybacz, ale kto cię wcisnął w te ciuchy?
- Robota… tu wypada wyglądać elegancko. - uśmiechnął się Raze odsłaniając kły. - Nie każdy może liczyć na pomoc wpływowych przyjaciół. Niektórzy muszą zarabiać na swój chleb.
- Ja jestem z Williamem w przedstawicielstwie Stillwater. - odparła z echem dumy w głosie, pozwalając Salvatorowi samemu się przedstawić.
- To musi być jakaś ważna sprawa, skoro was tu ściągnęli. Nie wiem jednak jaki to ma związek z morderstwami ghuli w Nowym Jorku. - zastanowił się Raze.
- Morderstwami ghuli... - Ann zmarszczyła brwi - Nie wiem czy nasz problem by zdołał aż tu narobić syfu.
- Nie wydawało mi się to szczególnie ważne. Wiesz… jeden ghul mniej, jeden więcej… co za różnica. Niemniej giną wyjątkowo okrutną śmiercią, co przyciąga uwagę policji i… prasy.- wzruszył ramionami Raze.- Nad gazetami można zapanować, policję kontrolujemy… ale wiesz… w dobie internetu, nie jesteśmy w stanie całkowicie kontrolować przepływu informacji. A seryjny morderca polujący na ghule w obecnych czasach jest jak gwiazda rocka za mojej młodości.
- Zobaczymy co będzie na zebraniu. Jako kto robisz dziś?
- Ochrona imprezy. Dobrze płatna. Znam moich braci i umiem ustawiać Brujah bez wszczynania konfliktów. Wyrobiłem sobie u nich… renomę.- rzekł bez przesadnej dumy Raze.
- Więc sobie nie pojesz, biedaku. - zrobiła smutną minkę - Ale chciałbym zobaczyć jak nawiewają przed tobą Brujah. - szepnęła z rozbawieniem.
- Z gracją zapewne… z gracją. I nie jestem głupcem. Przed Grozą sam będę zwiewał. Ten jego przydomek nie wziął się znikąd. - odparł Gangrel.
- Dobrze, że tu nie ma naszego Larry'ego. On by chętnie rzucił się w walkę... I poległ w tym towarzystwie.
- Możliwe że tak. - przyznał Raze uśmiechając się. - Słyszałem o nim różne rzeczy. I wszytkie pokrywały się z wrażeniem jakie na mnie zrobił.
- Walka to jego drug i jest całkowicie uzależniony od niego. - rozłożyła bezradnie ręce.
- Tyle że tacy narkomani zwykle nie dożywają drugiego roku. Nasz świat jest pełen zagrożeń.- wzruszył ramionami Raze i zwrócił uwagę na Stefana.- A jak tam dyplomatyczne sprawy ? Papa Roach nadal nie wydał ci akredytacji?-
- Nie martw się tym.- stwierdził Stefan wyraźnie niezadowolony z tematu jaki Raze poruszył.
- Jakiej akredytacji? - zaciekawiła się Ann.
- No… dyplomatycznych. Słyszałaś zapewne, że Stefan jest przedstawicielem… posłem klanu Malkavian? - zapytał rozbawionym głosem Raze. - Otóż… Papa Roach nigdy na to stanowisko nie mianował. A pełni je tylko dlatego, że Roach mu nie zabronił rozgłaszać tych plotek, iż jest przedstawicielem klanu. Ot… wszyscy udają, że sprawy nie ma i pozwalają Stefanowi wierzyć w to, że piastuje owo stanowisko. Bo w końcu kto widział Malkaviana bez wypaczonej wizji rzeczywistości? -
- Sprawa jest bardziej skomplikowana. - burknął Salvatore.
- Och... - Ann spojrzała na Salvatore - To trochę wyjaśnia czemu nie masz z nią powodzenia.
- To jest bardziej skomplikowane. Owszem Papa Roach nigdy nie wyznaczył mnie na to stanowisko, ale jestem jakby trybunem ludowym mojego klanu. I ci z Malkavów, którzy mieszkają na powierzchni liczą się z moimi słowami i zwracają się do mnie ze swoimi sprawami. - zaczął wyjaśniać Stefan, a Raze wzruszył ramionami. - Świry założyły związek zawodowy i dziwią się czemu nikt nie bierze ich na poważnie.
- A gdzie jest twój primogen, Raze? - zapytała.
- W osobnej sali. Nie lubi się z Grozą i to bardzo… więc woli unikać spotkania z nim twarzą w twarz. Na zebraniu co prawda… - wzruszył ramionami Gangrel.- … ale tam będzie polityka. A tu spotkaliby się tylko towarzysko.
- Muszę zobaczyć czy naprawdę jest takim przykurczem. - szepnęła ze śmiechem do Raze'a.
- Nie jest. I cóż… ma wiecznego wku.. - odparł Gangrel. - Więc radzę ci warzyć przy nim słowa.
- Nie będę go przecież drażnić, słowo!
- I to rozsądne podejście do sytuacji, prawda… Stefan? - odparł Raze uśmiechając się ironicznie do Salvatore. Ten westchnął ciężko.
- Drażniłeś tego primogena? - zapytała Salvatore.
- Oczywiście że nie. - oburzył się Stefan, a Raze dodał. - Z tego co wiem zaczął go męczyć kruczkami prawnymi i potem musiał wyciągać swoje dokumenty z tyłka. Twojej wyobraźni pozostawię to, gdzie mój szef mu wsadził te papiery.Ann zaśmiała się szczerze.
- Ja go tak męczyć nie będę.
- I dobrze zrobisz. Poczciwy Stefan nie zna umiaru. - zaśmiał się Raze- Więc... Zaprowadzisz mnie? - zapytała Raze'a - Proszę?
- Eeee… co?- zapytał zaskoczony Gangrel.
- Do swojego primogena. Będzie bezpieczniej z tobą obok.
- To nie jest dobry pomysł… no i ja mam tu robotę.- zaczął się wykręcać Raze, a Salvatore wykorzystał okazję by się odgryźć.- I nieźle się nią zajmujesz, urządzając sobie pogaduszki z kumplami.
- No nie daj się prosić. - złapała Gangrela pod ramię.
- Nie wiesz o co prosisz. - machnął ręką Raze.
- O coś gorszego niż chciałabym zakumplować się z Grozą?
- Groza sprałby tylko ciebie. Szefu może się i do mnie przyczepić. - odparł cicho Gangrel.
- Będziesz mógł się ewakuować i zostawić mnie na pożarcie, jeżeli przesadzę.
- Obym nie musiał.- Raze zakrył dłonią twarz.- No dobra. Chodźmy. Ty i ja. Salvatore…- spojrzał na Malkava. - Ty zostajesz.-
- Z przyjemnością.- odparł Stefan.Ann uśmiechnęła się z radością i ruszyła obok Raza.
Oboje dotarli do drzwi, przy których nonszalancko stały dwa wampiry w garniturach na ciele i lustrzankach na twarzy. Mieli krawaty, ale zawiązane niedbale. Mieli też zarost na twarzy i niechlujne fryzury. Gdy Raze i Ann zbliżyli się do drzwi, jeden wyciągnął dłoń przed siebie.
- A wy tu czego?- zapytał, a Raze wzruszył ramionami. - Dziewczyna chce się spotkać z szefem.-
- A kto powiedział, że szef chce się widzieć z nią. - mruknął “ochroniarz”. I spojrzał na Ann.- Czego tu szukasz laska?Ann nie okazywała niepewności czy strachu. Powiedziała pewnym głosem:
- Chcę rozmawiać z Primogenem Gangreli. Sprawy polityki jaka rozegra się na spotkaniu.
- A kto niby jesteś, że śmiesz stawiać takie żądania?- zapytał Gangrel.
- Wysłannikiem Księcia Stillwater.
- Taaaa… a ja primabaleriną.- zaśmiał się ochroniarz, a Raze mruknął.- Uważaj co mówisz primabalerinko, to jest wysłanniczka Stillwater.-
- Gówno prawda. Stamtąd przyjechał wymuskany Toreadorek. A to jest jakaś siksa. Nie wmówisz mi, że go tam wykastrowali. - odezwał się drugi z pilnujących drzwi.
- Ona przyjechała z nim. - wyjaśnił Raze.
- To, że Stillwater chce się widzieć z Luciusem nie oznacza, że on chce się widzieć z wieśniackimi wampirami. - burknął ochroniarz i spojrzał na Ann. - Co mam powiedzieć szefowi?Ann wiedziała, że może się tym wszystkim władować w kłopoty, ale było o wiele za późno na wycofanie się.
- Że wysłannik Stillwater prosi go o możliwość rozmowy z nim jeszcze przed zebraniem. Wybaczcie, że szczegóły wolę zachować tylko dla uszu Luciusa.
- A ten wysłannik ma jakieś imię, przydomek, czy co tam sobie na prowincji nadajecie?- zapytał pogardliwym tonem Gangrel.
- Ann Paige. - przez sekundę chciała użyć dawnego imienia, ale... Może kiedyś.
- Ann Paige…- powtórzył mężczyzna i otworzył drzwi by wejść do środka. - Czekaj tutaj.Caitiffka spokojnie czekała zastanawiając się czy popełnia błąd, za który Joshua urwie jej łeb. Z drugiej strony... chyba w końcu musiała zagrać pewniej.
Drzwi się otworzyły lekko i Gangrel wyszedł.
- Możesz wejść.-
A gdy Ann weszła, drzwi się zamknęły. W środku było kilku Kainitów zajętych swoimi sprawami (głównie opieraniem się o ściany). Przy dużym stole dwóch Kainitów rozmawiało. Jednym z nich był niski Gangrel, o długich włosach.

Ubrany w skórzaną kurtkę nie wyglądał zbyt reprezentacyjnie… ale z pewnością był tu najważniejszy. Jego rozmówcy nie znała, ale on najwyraźniej znał nią, bo uśmiechnął się przyjaźnie na jej widok. Był znacznie starszy od Gangrela, przynajmniej jeśli chodzi o pozory.
|-Łysiejący mężczyzna koło sześćdziesiątki nie robił jednak takiego wrażenia jak Lucius wpatrujący się w Ann. I czekający aż raczy się odezwać.-|
Szczerze mała caitiffka nie lubiła sytuacji, gdy był ktoś kogo nie znała, ale on ją tak. Możliwe, że jak i ona potrafiła, tak i ta osoba ukrywała się za maską, ale to nigdy miłe nie było. Szczególnie w nerwowej sytuacji, gdy musiała trzymać własną maskę...- Dziękuję, że zezwoliłeś na to spotkanie, primogenie. - lekko skłoniła się, aby okazać szacunek, ale nie być uległą. W końcu jakąś część reputacji Joshui ze sobą miała.
- Do rzeczy pannico… o czym chcesz rozmawiać. Co Joshua chciał przekazać przez ciebie.- Gangrel zbył grzeczności niecierpliwym tonem.
- To spotkanie na pewno ucieszy Pawlukowa. - odezwała się bez strachu - Bo usłyszy, że będzie miał okazję przetestować swoich klanowców, ale... Sytuacja będzie wymagała więcej finezji. Przydadzą się bardziej łowcy, a nie mięso na straty... - wzruszyła ramionami.
- Do rzeczy panno… Jeśli przyszłaś mi powiedzieć o draugach, to już wiem o nich.- stwierdził krótko wampir przyglądając się Ann. - Nie jesteś przypadkiem Ventrue czy Toreadorem? Gadasz jak oni.
- Zakładam, że te klany by się obruszyły, gdybyś im to w twarz zasugerował. - sugestia w jakiś sposób rozbawiła Ann, ale nie wyśmiewała w żaden sposób Gangrela, a raczej stwierdzała fakt - To, co może zaproponować primogen Brujah spowoduje tylko więcej zamieszania niż pożytku, a i nasz Książę lubi Stillwater idealnie ułożone. Już Draugi to problem, nie trzeba nikomu biegających w kółko napalonych krwi dzieciaków. Wsparcie twoim Klanem byłoby mile widziane, jak i głos niepopierający szaleństwa na Draugi.
- Co zaproponuje Groza to zaproponuje. - stwierdził Gangrel i spojrzał na staruszka obok mówiąc. - Próbujesz mnie podejść ze wszystkich stron, co?Następnie zwrócił się do caitifki. - A co twój książe proponuje?
Ann miała prawie całkowitą pewność, że już wie kto się chowa za postacią.- Należy najpierw wysłuchać wszystkich, ale mogę spokojnie powiedzieć, że w Stillwater nie chcemy chaosu, a bardziej... rozważne zachowanie i poszukiwania
- Mhmm… nie za dużo tu konkretów. - uśmiechnął się kwaśno Lucius.- Dużo gładkich słów… czuć starego księcia Stillwater w twojej wypowiedzi. Ja jednak wezmę sobie do serca te podejście do sprawy. I też wpierw wysłucham wszystkich.
- Dziękuję za to. - skłoniła się przed primogenem, wewnętrznie dość rozbawiona porównaniem do Williama.Lucius przyglądał się młodej wampirzycy w milczeniu, nim rzekł. - Coś …jeszcze?
- To wszystko. - skinęła głową - Oddalę już się, primogenie.
- Zrób to.- machnął ręką Lucius zaznaczając wyraźnie by się pospieszyła z wychodzeniem, co też Ann niezwłocznie uczyniła.
Widząc Ann wychodzącą całą i zdrową Raze wyraźnie odetchnął z ulgą. I nawet uśmiechnął się.
- No co? - Ann podeszła do Raza - Ty naprawdę we mnie nie wierzysz.
- Bardziej cieszę, że tutaj rozmawialiście. Książę nie lubi rozrób na swoich przyjęciach. Nawet Primogeni o tym wiedzą i respektują jego wolę. - wzruszył ramionami Gangrel.
- Och, do żadnej bym nie doprowadziła bez powodu. Gdziekolwiek. - pokręcila głową.
- Skoro tak twierdzisz. - zgodził się z nią Raze i dodał. - Ja już muszę wracać do roboty, poradzisz sobie sama?
- Tak, dzięki. - uśmiechnęła się i ruszyła z powrotem do sali przygotowując się mentalnie na spotkanie z szefem Cyrila.Ten akurat przebywał na sali rozmawiając z jakimś śmiertelnikiem i otoczony akolitami przysłuchującymi się rozmowie. Nie zauważył jak podchodziła, a dokładniej… nie zwrócił na nią uwagi.
To nie było zaskakujące. Przyzwyczaiła się do tego traktowania ze strony Tremere. Wybrała najlepszy moment by zaczepić primogena, a jednocześnie nie przeszkadzać mu zbytnio w rozmowie. Stojąc blisko przed nim odezwała się w końcu skłaniając nisko.- Czy mogłabym cię prosić primogenie o wysłuchanie mnie jako reprezentanta Stillwater?
Stary Tremere spojrzał podejrzliwie na dziewczynę.
- Reprezentantem Stillwater jest nasz dobry znajomy… William. Ty jesteś?
Dziewczyna czuła się lekko zestresowana, ale spięła się w sobie i pewnie odpowiedziała:
- Przybyłam wraz z Williamem z błogosławieństwa Joshuy Smitha. Ann Paige.
- Acha…- mruknął pod nosem Tremere, a jeden z akolitów zaczął szeptać mu coś do ucha. - Achaa… taa… Ann.-Przyjrzał się bacznie caitifce pytając.- To czego chcesz Ann Paige od Joshuy Smitha?
Brak pamięci o niej wcale nie szokował Ann. Teraz już mu przypomniano.- Na zebraniu zostanie poruszony nasz problem silnych Draugów w Stillwater i przypuszczam, że pojawi się sugestia załatwienia sprawy z nimi w jak najbardziej destruktywny sposób. Byłoby to bardzo niemiłe miasteczku, a w tym jego Księciu skupionym na utrzymaniu miejsca w idealnym porządku. Proszę tylko o rozważenie moich słów i wzięcie ich do serca nawet jeżeli nie poprzez potrzeby samego Stillwater, to poprzez uwagę na same sprawy Klanu znajdujące się w pobliżu. - wiedziała, że ryzykuje, ale z drugiej strony co jej szkodziło?
- A co do tego ma Stillwater? One kryją się w lasach, nie w samym miasteczku. One są zagrożeniem które trzeba wyeliminować bez cackania się z nimi. Wiesz na czym polega polowanie niewiasto? Za młoda jesteś by wiedzieć, więc spytaj się Williama. Na polowaniu potrzebni są nie tylko myśliwy… ale też i przynęta i nagonka. - odparł Tremere.
- Stillwater to nie tylko miasteczko. - odparła starając się zachować spokój - Ludzie stamtąd kręcą się też w okolicy, co sprawia problem przy polowaniu na zwierzynę... - westchnęła - Szczególnie, że ta konkretna zwierzyna ma doświadczenie w byciu łowcami. Mogę wprost powiedzieć, że działanie "bez cackania się" może być złym pomysłem przy inteligentnym przeciwniku.
- To co za genialny pomysł ma Książę Stillwater na rozwiązanie tego problemu?- zapytał Primogen.
- Po pierwsze zależy mi teraz na zmniejszeniu szansy, że najbardziej agresywne pomysły przejdą. - powiedziała wprost - Trzeba nam wysłuchać wszystkich Primogenów, a William przejmie sprawę. Ja tylko chcę uświadomić czemu pomysł rzucenia się na zagrożenie to bardzo zły pomysł.
- Wybiorę optymalne rozwiązanie problemu. Jeśli będzie ono agresywne… to takie poprę.- odparł wprost Augusto.- I następnym razem, jeśli William chce ze mną pogadać, to niech robi to osobiście, zamiast podsyłania zastępstwa.To najwyraźniej ubodło Ann.
- Nie potrzebuję być podsyłana przez kogokolwiek innego. - syknęła cicho, najwyraźniej bardziej zirytowana na to, że traktuje się ją jak przydupasa, a nie wystraszona możliwością podpadnięcia Williamowi.
- Doprawdy? Więc mówisz w swoim imieniu czy też w imieniu księcia Stillwater?- zapytał retorycznie Primogen. Westchnął teatralnie. - Jesteś młodą Kainitką. Czy ci się tobie podoba czy nie, służysz starszym od siebie. Taka jest kolej losu. Niemowlęta raczkują zanim zaczną chodzić, neofici służą zanim staną się samodzielni. Oburzanie się na taki stan rzeczy jest oznaką… niedojrzałości.
- Gratulacje należą się Cyrilowi. - mruknęła - Przekazałam sytuację, ostrzegałam przed tym, jak źle może się skończyć rzucanie na ślepo. Decyzja twoja czy coś z tym zrobisz.
- Cyril pod tym względem okazał się kiepskim przykładem do naśladowania. Ambicja jest pożądaną cechą… tylko gdy jest krępowana rozsądkiem. Miejmy nadzieję, że ciebie chociaż jego los czegoś nauczy. - odparł Augusto chłodno i uśmiechnął się ironicznie. - Przeżyłem więcej lat niż ty mała Kainitko, widziałem więcej upadków… a jednak uważasz się mądrzejsza ode mnie mała caitifko. Cóż… czas pokaże kto ma rację.
- Mówię ci po prostu jakie byłyby problemy. - mruknęła - Widziałam jak Larry Dukes działa agresywnie i rzuca się w sam środek w polowaniu, a później musi być wyciągnięty z pewnej Ostatecznej Śmierci, gdy wpada w sidła tych, co mieli być zwierzyną. Ostatnie czego by pragnął Joshua to zniszczenie w jego domenie do czego mogłoby prowadzić takie podejście. - uspokajała się powoli - Nie próbuję pokazać, że jestem mądrzejsza od ciebie, Primogenie, czy udowodnić czegoś. Przedstawiam sytuację moimi oczami, jako że osobiście doświadczyłam jej.
- Nie sądzisz chyba, że to klan Tremere będzie nagonką lub przynętą, co?- zapytał retorycznie Primogen. - Nie sądzisz też chyba, że uronię łzę na tymi Brujah którzy zginą podczas łowów. Wątpię by nawet Groza się zasmucił stratami. Nowy Jork obfituje w desperatów.
- Wiem, że nie będzie, ale nie chcę też rozwałki w miejscu, w którym mieszkam. A nikogo nie zaskoczy, że i mnie straty w tych Brujah nie zasmucą.
- Z podanych mi informacji wynika, że nie są to bezmyślne sfory Sabatu, więc i otwartej rozwałki się nie spodziewam. Wystarczy, że trupy Brujah pozwolą na zlokalizowanie draugów, a wtedy… - Primogen pstryknął palcami wywołując małą eksplozję płomieni.- Punktowy pożar… szybko, czysto i bez nadmiernych zniszczeń.Gdy Tremere wywołał ogień, cień Ann nagle zadrżał i zmalał trochę, nie jak powinien w zaburzeniu blaskiem ognia.
- Nie brzmi źle... - odparła - Ale to są Nosferatu, którym przewodzi ich dawny primogen. To może nie być tak łatwe, jak może się wydać. Inaczej wystarczyłaby Nadia z nakierowanym pijanym miotaczem ognia i napalony Larry.
- Dlatego pomogą wróżbici Loży. Magom też zależy na niewiedzy śmiertelników w mieście.- odparł Primogen przyglądając się Ann. - Tak, tak… wiem o twoich i Stillwater konszachtach z magami, więc nie muszę ci chyba ani twojemu księciu tłumaczyć czym jest loża.
- Nie musisz. Nie jest to też jakaś tajemnica, którą ukrywamy. - przyznała.
- Nie twierdzę, że jest to sekret. - odparł Augusto. - To tylko drobnostka, na którą zwróciłem uwagę. A przy okazji drobnostek… jak następnym razem wyślesz raport Cyrilowi, to przy okazji napisz notatkę na temat… tego jak mu tam…- pstryknął palcem i jeden z przydupasów nachylił się by szepnąć mu do ucha.-... Charliego. Obawiam się, że Nadia jest wielce subiektywna co do niego i chętnie zasięgnę drugiej opinii.Ann skinęła głową.
- Na czymś szczególnie ci zależy odnośnie jego, Primogenie?
- Ogólnie… charakter, potencjał, motywacje. Mam dość czytania w każdym raporcie, że najlepiej byłoby go ubić. - westchnął Augusto. - Mam zresztą wrażenie, że Nadia już zaczyna pisać tak z rozpędu i stosuje ten akapit jak swój dodatkowy podpis.
- Charlie jest czymś, czego Nadia nie może złamać i drażni ją jego brak reakcji na jej traktowanie go. - opisała wprost relację - Pytanie jej nie ma sensu, więc postaram się sama go obadać i popytam może innych.
- Dobrze uczynisz. I przysłużysz się klanowi, pod którego opieką jesteś. - odparł uśmiechnięty Augusto.
- Czy mam informować Cyrila, że wysyłam za twoim życzeniem, czy po prostu to wpleść w raport? - zapytała.
- Po prostu napisz dwa listy zamiast jednego.- westchnął głośno Augusto.Kiwnęła głową.
- Będzie jak chcesz, Primogenie.
- Jeszcze masz coś do dodania ?- zapytał stary Tremere.
- To będzie wszystko.
- To idź… agituj innych Primogenów, ja też mam kilka ważnych rozmów do przeprowadzenia.- gestem dłoni dał znać Ann, by się oddaliła.
-
William podszedł do Ann i odciągnął ją od jej rozmówcy. Nudnego acz przystojnego ghula… być może kolejnej przekąski tej nocy.
- Już czas na nas.- szepnął do jej ucha. Rzeczywiście chyba nadszedł już czas. Primogeni tak jakby się ulotnili z przyjęcia, zapewne do jednego z dyskretnych pokoi konferencyjnych. Bowiem sama impreza była zasłoną dymną dla samego spotkania.
Toreador ruszył przodem doskonale wiedząc gdzie idzie. Zapewne było to dla niego coś rutynowego. Tym razem zagłębili się bardziej w labirynt korytarzy wieżowca, klucząc pomiędzy nimi. William wydawał się wiedzieć gdzie idzie, niemniej Ann straciła poczucie kierunku. Była jednak pewna, że zdecydowanie się oddalili od przyjęcia. Nie słyszała już ani muzyki, ani rozmów gości.
Za to zaczęła zauważać dużo mężczyzn i kobiet stojących parami z lustrzankami na obliczach i w garniturach.
Toreador dotarł do drzwi nie wyróżniających się spośród innych. Tych jednak pilnowała Rose.
Wampirzyca skinęła głową i oboje weszli do środka.
Pomieszczenie było ciemne. Był duży podłużny stół ozdobiony kilkoma świecznikami. Świece znajdujące się na nich z trudem rozpraszały panujący w pomieszczeniu mrok. Okna były szczelnie zasłonięte, a poza stołem i krzesłami nie było tu nic więcej. Z tego pokoju można było wyjść dwoma drzwiami. Zapewne te drugie były przeznaczone dla Księcia, bo tymi przez które Ann z Williamem weszła, weszła trójka nosferatów. Blade, łyse, paskudne… i ubrane jak zakonnicy. I bardzo do siebie podobne. Wnieśli dużą walizkę i zaczęli rozkładać sprzęt. W walizce był bowiem laptop z modemem i innym sprzętem kojarzącym się z filmami szpiegowskimi. Który to trójka Kainitów zaczęła rozkładać przy jednym z miejsc siedzących.
Oprócz nich były tu już primogenki klanu Toreador i klanu Ventrue.
Bella wylewnie przywitała się wylewnie z Williamem. Rudowłosa Ventrue była zdecydowanie mniej entuzjastyczna i chyba niespecjalnie lubiła Toreadora.
Ann skryła się w cieniach opierając o ścianę i dobrze wiedząc, że osoba tak pośledniego statusu jak ona. Było to właściwe podejście do sytuacji z jej strony. Bo gdy zjawił się Groza z dwoma pomagierami, ci postąpili podobnie jak ona. Stanęli pod ścianą i również nie wtrącali się w rozmowy. Podobnie jak dwójka gangreli eskortujących swojego Primogena. Mało rozmownego w przeciwieństwie do samego Grozy który wdał się w towarzyską rozmowę z Williamem próbując wybadać jego nastawienie do sprawy i zasięgnąć języka w sprawie Stillwater i… wyprowadzić Toreadora insynuacjami dotyczącymi ich wspólnej przeszłości. Niestety niezrozumiałymi dla Ann. Blake się jednak nie dawał sprowokować, co tylko drażniło Brujaha. Zwłaszcza Toreador gdy mimochodem wspomniał o Larrym, Pawlukow niemal zazgrzytał zębami.- Słychać mnie? Słychać?- z komputera odezwał się nieco zniekształcony, nieco mechaniczny głos. A na monitorze pojawił się świecący na zielono… awatar.

Widok ten Hartley skomentowała sarkastycznie. - A niby to Roacha mamy za wariata.-
- Należy iść z duchem czasu. Telekonferencje to przyszłość moja droga. - odparł z niezrażonym tym słynny Haerz, primogen Nosferatu.
- Czubek. - mruknęła ruda wampirzyca.
- Staruszka.- odrzekł żartobliwie Haerz, podczas gdy do zebrania dołączył kolejny Primogen, tym razem Tremere. Rozejrzał się w sytuacji i usiadł na przeciwko laptopa.Dalsze rozmowy Primogenów nie trwały długo, bowiem zjawił się on… słynny Papa Roach.
|-Wkroczył powoli i dostojnie swoją osobą przyciągając uwagę i zachwyt. Wysoki, ciemnowłosy, ubrany na czarno… trochę jak mnich .-|
Całe towarzystwo mogło narzekać i kpić z primogena Malkavian, gdy go nie było w pobliżu. Ale nie w jego obecności. Papa Roach przytłaczał wszystkich swoją charyzmą zapewne wzmocnioną jakoś nadnaturalnie. Papa Roach swoją obecność budził szacunek, a u słabszych wampirów takich jak Ann miłość i lojalność. Wpatrywała się w Primogena Lunatyków jak w obrazek.
Wejście Księcia przerwało rozmowy. Jak każdy władca nie wszedł tymi samymi drzwiami co “plebs”. Tylko tymi drugimi. Władcy oczywiście towarzyszył zaufany doradca. W tę rolę wcielił się podążający za Księciem Falconi.
Obaj zajęli swoje miejsca. Książę u szczytu stołu, szeryf obok niego. Primogeni skończyli pogaduszki i zasiedli na swoich miejsca. Nawet Papa Roach. Książę wzbudzał posłuch nawet pośród Malkavian.- Wszyscy wiecie czemu się dziś zbieramy. Nasz sojusznik z domeny obok Nowego Jorku poinformował nas o stadzie draugów idących w kierunku naszego miasta. To tylko kwestia czasu nim tu dotrą.-
Odpowiedzią na jego słowa było milczenie.
- Mieliście czas na przygotowanie własnych propozycji rozwiązania tego problemu.- rzekł Książę, gdy cisza się przedłużała.
- Czy naprawdę musimy robić z tego taki problem?- odezwał się w końcu Groza.- Opętani przez Bestię Kainici są jak wściekłe zwierzęta. Rzucają się bezmyślnie do ataku.-
- To samo się mówi o twoich podwładnych.- wtrącił ironicznie Primogen Gangreli.
- Nie jego klan się tym zajmie. Swój znajdzie swego.- warknął gniewnie Pawlukow.Jeden gest Księcia uciszył obu.
- Coś konstruktywnego?- zapytał Książę.
- To co nakazuje Tradycja. Krwawe Łowy.- wtrącił Primogen Tremere.- Jest nas wielu, ich grupka.-
- Są sprytniejsi niż przeciętni przedstawiciele ich rodzaju. Kainici z których powstali byli doświadczonymi łowcami. Pamiętają co nieco z dawnego życia. - przypomniał Szeryf.
- Nawet jeśli coś pamiętają, to czasy się zmieniły… a oni są nadal tylko pochłoniętymi przez Bestię drapieżnikami. Mamy technologię, jesteśmy zorganizowani, mamy przewagę liczebną… mamy magię krwi. Co oni mogą? - odparł pogardliwie Augusto.
- Ogłoszenie Krwawych Łowów to poważna sprawa.- przyznał szeryf.- I może wywołać zamieszanie wśród jednych, a panikę wśród drugich.-
- Nie mówiąc o tym, że utrzymanie tego w tajemnicy przed śmiertelnymi będzie naprawdę ciężkie. Z tego powodu że w Nowym Jorku jest nas sporo.- wtrąciła Cynthia.- Osobiście podoba mi się sam pomysł, ale powinniśmy pomyśleć nad mniejszą skalą ich. Powiedzmy… dziesiątka wybrańców z każdego klanu?-
- Coś takiego byłbym zaproponował.- rzekł Szeryf.- Grupę łowców złożonych z creme de la creme klanów Nowego Jorku.-
- Zapewne pod twoim przywództwem szeryfie? - odparła kwaśno rudowłosa.- Nie dość ci wyciągać podstępem naszym podwładnych, teraz chcesz otwarcie zrobić sobie prywatną armię?-
- Tymczasowo.- bronił się Falconi.
- Znamy tą “tymczasowość”, dobrze znamy. - wtrącił Haerz uśmiechając się sardonicznie poprzez awatar.
- Tak jak twoją chęć do współpracy. Odkąd zaszyłeś się w leżu… klan Nosferatu okazuje się być mało pomocny. A w tej sprawie chyba powinien.- dodała Bella mimochodem.- W końcu to twoi współbracia.-
- Nie ma na to twardych dowodów. - odparł zimno Primogen Nosferatu. - Prawda wysłanniku Stillwater.-
- Są poszlaki.- przyznał wymijająco William. - Wszystko układa się w logiczną całość jeśli przyjmiemy, że…-
- Poszlaki to nie twarde dowody. Zresztą.- odparł Haerz.- Nie wiem czego wy od nas chcecie. Większość dokumentów z tamtego okresu zaginęła podczas tej tragedii. Chciałbym przypomnieć, że w tamtych czasach Nowy Jork nie był bezpiecznym miastem dla mojego klanu.-
- Mogę wypuścić Barabasa. Nudzi mu się.- zaproponował dotąd milczący Papa Roach.I te słowa zmroziły wszystkich. Nagle nastała cisza.
- To nie będzie konieczne. Nie sięgajmy po tak drastyczne środki.- stwierdził w końcu Augusto, a pozostali Primogeni poparli go skinieniem głowy. Nikt z nich nie chciał Barabasa na wolności.
- Ostatni Karaluch mówi, że nadchodzi czas jego uwolnienia. Jeden ze znaków końca czasu. Nie można go trzymać w nieskończoność. - odparł łagodnym głosem Papa Roach wpatrujac się w sufity, a wszyscy wpatrywali się Primogena klanu Malkavian jak w obrazek.
- Z pewnością nadchodzi… ale jeszcze nie teraz… dobrze?- w końcu odezwał się Książę. Papa Roach zastygł w bezruchu przez chwilę, gdy rozważał te słowa. Po czym rzekł. - Dobrze.-
- Wracając do tematu. - odchrząknął Szeryf.- Draugi okazały się trudne do zlokalizowania. -Skinął głową ku Williamowi. Ten wstał i rzekł. - Dysponują Obfuscate, umieją poruszać się leśnym terenie i znają okolicę. Nie udało się nam odkryć ich dziennej kryjówki, przypuszczamy że chowają się w ja…-
- Chwila, chwila, chwila. Nie mogą używać Obfuscate, to wymaga pewnej samokontroli.- wtrącił zdziwiony Haerz.
- Jak wspomniano wcześniej…- zauważył łaskawie Książę.- Nie mamy do czynienia ze zwykłymi szaleńcami żądnymi krwi. Tylko dość inteligentnymi i potężnymi drapieżnikami.-
- Ale to nie muszą być draugi. Przecież nie tak dawno na waszym terenie działał Tzimisce.- kontynuował Nosfeatu. - Może to jakaś intryga Sabatu?-
- Ów Tzimisce miał na pieńku z Giovanni i nie był zainteresowany ani Stillwater, ani Nowym Jorkiem. - wyjaśnił Blake.
- A przynajmniej tak twierdził. Williamie dobrze byś uczynił nie biorąc słów Sabatnika za dobrą monetę. - odparł pobłażliwym tonem Nosferatu.
- A co z ostatnimi morderstwami ghuli ? Czy to może być ich wina?- zapytała La Bella zmieniając temat.
- Dowody temu przeczą. Bo choć rzeczywiście znajdujemy ich pozbawionych krwi, to także iz poważnymi ubytkami ciała. Te draugi są mimo wszystko wampirami. Mogą rozszarpać ciało by zabić ofiarę, ale jej nie zjedzą. Nie. To co się dzieje w Nowym Jorku jest robotą jakiegoś psychopatycznego kanibala. - odparł szeryf.
- Którego jeszcze nie udało wam się znaleźć. To przede wszystkim ghule mojego klanu giną.- wtrąciła Toreadorka.- Czy już nie czas poszerzyć krąg zainteresowań o śmiertelników. Być może policja poradzi sobie lepiej bez otoczki tajemnicy.-
- W innej sytuacji mógłbym się z tobą zgodzić moja droga.- odparł uprzejmie Falconi. - Niemniej zginęło parę starych ghuli. A jak wiadomo człowiek długo pojony vitae staje się potężniejszy od zwykłego śmiertelnika. Ten kto go zabił… Na razie podejrzewamy że chodzi tu o ghula, który utracił pana i w ten sposób zaspokaja głód. Raczej nikt z Camarilli, może jakiś podrzutek Sabatu, może… sierota po Anarchu. Niestety nie dysponujemy żadną bazą danych ghuli nie powiązanych z Camarillą.-
- Strix nie współpracuje w tej sprawie?- zdziwiała się Primogenka Toreadorów.
- Anarchy są luźną organizacją. Nie prowadzą kartotek. - wzruszył ramionami szeryf.
- Zeszliście z temat.- wtrącił spokojnie Książę, a następnie rzekł.- Wracając do kwestii nieproszonych gości. Czas podjąć decyzję, propozycję Szeryfa już znacie. Kto jest za nią?
- Książę Stillwater.- rzekł William, a Papa Roach dodał.- I Ostateczny Karaluch też sobie tego życzy.I nikt inny. Ani Gangrele, ani Brujah… ani Nosferatu. Ani nawet Toreadorzy czy Ventrue. Żaden inny Primogen nie poparł tego pomysłu.
- Więc chcecie Krwawych Łowów? - zapytał Książę przymrużając oczy.
- Tak.- odparł Pawlukow entuzjastycznie.
- Nie.- odparł równie głośno Lucius i dodał. - Krwawe Łowy są chaotyczne i nie sprawdzą się w tej sytuacji. W tym się zgadzam. Ale oddanie kolejnych ludzi w lepkie łapki Marcusa nie są rozwiązaniem na które się zgodzę. Nawet jeśli to ma być “tymczasowe”... bo może się okazać wiecznym.-Tremere skinął głową.- Przyznaję ci rację Lucius, oba rozwiązania nie są idealne.-
- Co więc?- zapytała Cynthia.
- Zrobicie tak jak zaproponuję.- odparł Książę.- Sami stworzycie grupki łowców. Każdy klan, od pięciu do dziesięciu. Będą waszą kontrolą, będą polować niezależnie od pozostałych grup, ale… ich działania będą konsultowane i koordynowane z Marcusem. Co byście sobie nawzajem nie wchodzili w parę. Potraktujmy to jako… hmm… turniej. Ktoś przeciw?-Nikt się nie sprzeciwił.
- To może zmieńmy nieco temat. Co z innymi grupkami interesów? Co z Anarchami i Giovanni? - zapytała Bella.
- Choć chciałbym obie grupki pozostawić w słodkiej niewiedzy, to niestety interes miasta i naszej organizacji wymaga poinformowania ich. - westchnął Książę. - Markus się tym zajmie.-Wstał i dodał. - Na tym kończymy to zebranie. Przyjęcie potrwa do rana, jeśli ktoś z was jest nim zainteresowany.-
-

NIEBEZPIECZNA PEWNOŚĆ SIEBIE
Primogeni zaczęli opuszczać salę, jeden po drugim, wkrótce po tym jak Książę z Szeryfem wyszli drzwiami przeznaczonymi dla nich. Nosferatu zabrali się za wyłączanie laptopa i pakowanie sprzętu. Ann jednak nie ruszyła za Williamem czy chociaż Bellą, a z zafascynowaniem za Papą Roachem.
Primogen Malkavian nie wydawał się świadomy, że ktoś za nim podąża. Zresztą zapewne nie miał do tego głowy, mamrocząc coś pod nosem. Ann idącą ze swoim idolem, nagle napotkała opór… opór w postaci dłoni zaciśniętej na nadgarstku, dłoni Williama.
Spojrzała z oburzeniem na Toreadora.- Co ty robisz? - syknęła patrząc za Malkavianinem.
- My tam nie idziemy. - odparł Toreador zaciskając dłoń stanowczo, acz delikatnie na nadgarstku Ann i wstrzymując jej wędrówkę za idolem. Jak na taką delikatnej budowy osobę Blake był zaskakująco silny.
- Ale... - jęknęła - Czemu…
- Nie wypada zawracać głowy szlachetnemu Primogenowi, a poza tym… my… mamy pokój w hotelu Belli.- wypowiedział te słowa z trudem tęsknie patrząc na oddalającego się Papę Roacha.
- Chodźmy za nim... - uwiesiła się błagalnie na Williamie.
- On… wraca do domu. Do kanałów. Nie spotkamy go już…- wyjaśnił Blake.- … do świątyni, wewnętrznej nas nie wpuszczą.
- Ja dobrze go rozumiem, was nie! - zamarudziła.
- Ja też rozumiem… tą tesknotę.- odparł melancholijnie wampir nadal trzymając Ann za rękę i patrząc jak za oddalającym Papą Roachem.Gdy Malkavianin oddalił się Ann przestała się szarpać.
- Cokolwiek... - burknela.
Blake czekał cierpliwie i w milczeniu. Czekał i trzymał caitifkę.
- To idziemy, nudziarzu?
- Tak. Chodźmy. Na przyjęcie czy do hotelu? - zapytał William.- Pojadłeś już kogoś?
- Wypiłem krew.- odparł wymijająco Toreador, zapewne pożywiając się z medycznych zapasów dostarczonych na przyjęcie.
- Znowu, co? Wiesz, że ci ludzie by chcieli byś wbił im kły, więc odmawiając im jesteś okrutny. - pokręcila głową.
- Wiem. I bez problemu byłbym znalazł dziesiątki smakołyków w tym mieście. Każdy gejowski bar stąd do portu pełen jest entuzjastów “malinek”. - westchnął Toreador. - I to… kusi. Ale kiedyś podjąłem zobowiązanie i skoro nie muszę pić z śmiertelnych… to nie piję.
- W pewnym sensie pijesz z nich. Ich krew.
- Tak. Ale nie ma przy tym ryzyka, że przypadkiem zabiję takiego dobrowolnego dawcę wypijając wszystko. - odparł Kainita.
- Popilnuję cię!
- Nie mam ochoty Ann. - machnął ręką William. - Już jestem najedzony.
- Nudna buła. - pokręcila głową - Ja jeszcze zjem jak prawdziwy wampir powinien. - mruknęła z jakimś wyrazem wyższości. Jak jakiś Ventrue.
- Czyli przyjęcie.- odparł Kainita puszczając dłoń Ann i wskazując kierunek.
Bella oczywiście załatwiła im apartament. Podobny do tego, który ostatnio mieli. Z wszystkimi wygodami. I widokiem na całe miasto. I żelaznymi żaluzjami automatycznie opuszczającymi się tuż przed świtem w sypialni.
- No i po przyjęciu. - odparł William przeciągając się. - Przyznaję. Nie tęskniłem za takimi bibkami.
- Jesteś dziwny. - Ann skoczyła na łóżko zrzucając buty - A Primogeni przypominają mi dzieciaki z liceum. Kłótliwe i rozkapryszone.
- Jestem stary… - odparł William.- Widziałem te kłótnie setki razy. Zawsze takie same. Jedynie stroje i fryzury się zmieniały.-Podszedł do okna obserwując panoramę Nowego Jorku.
- Czego właściwie się spodziewałaś? Mądrości? Oświecenia? Haaa… niby do tego dążymy. Ale nikt nie osiągnął Golkondy, poza Saulotem.
Wsunął dłonie w kieszenie. - A przynajmniej on tak twierdził. Ja zaś sądzę że największą przeszkodą w osiągnięciu oświecenia jest władza. Nie ma mądrości wśród władców Ann, jedynie chytrość.
- Więc uważasz, że Joshua jest chytry? - uśmiechnęła się wrednie - Ty byłeś chytry?
- Ja byłem przymuszony, a i Joshua… nie ma wyboru. Ktoś musi być władcą w domenie.- wzruszył ramionami Blake.- Myślisz że Lukrecja chce? Z pewnością, ale nie rządzić Stillwater. To zadupie.
- W sumie to jest bardzo podobne do tego co zamożni i śmiertelnicy mają.
- To że jesteśmy długowieczni, nie czyni z nas nadludzi. Mamy te same wady i zalety które mieliśmy jako śmiertelnicy. - zaśmiał się Toreador i wzruszył ramionami. - Więc nie dziw że się kłócą, w końcu każdy z nich ma swoje interesy… swoje poletko które chce rozszerzyć kosztem innych.Ann zrzuciła z siebie suknię i wślizgnęła się pod kołdrę wysuwając głowę.
- Czemu ruda cię nie lubi?
- Bo jestem reliktem dawnej epoki, który przypomina jej o największej zbrodni jaką popełniła. Była przy zabójstwie poprzedniego Księcia i zabiła swojego Primogena. Niektórzy twierdzą, że go zdiabolizowała nawet.- odparł William.
- A naprawdę zdiabolizowała? - zapytała zaciekawiona.
- Raczej nie. - odparł Blake wzruszając ramionami. - Brzydziłaby się ukąsić to stare próchno.- A wiesz? Mnie się podobało zebranie. - dodała radośnie.
- Może masz powołanie do bycia przedszkolanką? - zażartował William.
- Po prostu przez życie byłam z bogatymi dupkami. - wyszczerzyla się - I byłam uczona jak ich podejść by ograbić na umowie.
- Na twoim miejscu nie przeceniałbym swoich talentów. Oni mieli stulecia na doskonalenie swoich oszustw. - przypomniał jej Toreador.
- Mówię tylko jak było za życia, nie teraz. - odparła z jakąś urazą nakrywając się na głowę.
- Za życia wszystko wydawało się skomplikowane… choć w rzeczywistości wszystko było… proste.- westchnął Toreador wspominając.
- Wiesz, że zabijasz radości w tym trwaniu, prawda? - mruknęła spod kołdry.
- My Toreadorzy widzimy w naszym stanie wieczną udrękę. My artyści… kwiat społeczeństwa, jesteśmy jak muchy zatopione w bursztynie. Zmuszone do wiecznego trwania, przyglądania się jak wszystko co kochamy obumiera. - zaczął smęcić William przypominając Ann o prawdziwym przekleństwie jej ulubionego Toreadora. Aspirował do bycia wielkim poetą, a był marnym wierszokletą. To nie talent literacki skusił jego twórcę do dania mu wampirzej nieśmiertelności.
- Jeżeli mój przodek był tak samo marudny jak ty... - wysunęła twarz spod kołdry - ...to nie wiem czemu go nie wzięliście.
- Cóż… nie przejmuj się mną. Jak mówiłem… jestem starym wampirem. Zgorzkniałym wampirem.- w ciele atrakcyjnego osiemnastolatka co ciężko było nie zauważyć, jak się rozbierał do “snu”.- Za życia brałabym cię. - zaśmiała się.
- Za życia… mojego i twojego… nie dałbym się. - odparł rozebrany do bokserek Kainita. - Jesteś obiektywnie śliczna… ale ni budziłabyś we mnie pożądania.
- Ranisz me uczucia. - westchnęła teatralnie i zamyśliła się nim odezwała z uśmiechem - Myślisz, że jesteśmy nagrywani?
- Nie. - odparł Toreador. - Cynthia mogłaby na to wpaść, Nosferatu są notorycznymi podglądaczami ale nie Bella. Ta ma klasę.
- Ja też mogłabym jak Cynthia. Bo to brzmi sensownie!
- Mogłabyś. - przyznał Toreador kładąc się “spać” obok Ann.
Gdy się obudzili, ktoś już na nich czekał. Ubrany w liberię lokaja ghul zapukał jakieś pół godziny po ich pobudce.
Ann pierwsza otworzyła drzwi, jeszcze poprawiając bluzkę, w którą się przebrała.- Dobry wieczór. Miss Dubois zaprasza na pożegnalne spotkanie was oboje. - rzekł uprzejmie lokaj.
Ann spojrzała na Williama.
- Będziesz marudził?
- Z pewnością. Ale i tak pójdziemy.- westchnął ciężko Kainita.
- Pójdziemy. - uśmiechnęła się do ghula.
- Poczekam i zaprowadzę. - odparł mężczyzna.Ann dopadła do Williama, jak tylko drzwi zamknęły się za ghulem.
- Sądzisz, że ona coś kombinuje?
- Zawsze.- odparł Toreador. - Jest wszak Primogenką.
- Może zechce twojej pomocy z tymi, co chcą ją tobą zastąpić?
- Wątpię. Bella wie że jej nie pomogę. - odparł Toreador ubierając się do końca. - Nie angażuję się w sprawy Nowego Jorku.
- A w sprawy przyjaciółki? - zapytała słodko.
- Mówisz o sobie czy o niej.- odparł William zerkając na Ann.
- O niej. - złapała Williama pod ramię.
- Zależy od tego co powie. Istnieją granice naszej przyjaźni. - wyjaśnił William.
Wampirzyca powitała ich w swoim apartamencie wyposażonym we własny barek.
- Ufam że wypoczęliście? Moi drodzy?- rzekła z uśmiechem na powitanie.
- Oczywiście. - odparł uprzejmie William.
- Jak najbardziej. Mam nadzieję, że tak samo jest z tobą. - odparła przyjaźnie Ann.
- Trochę… niestety zarządzanie klanem, to ciężki kawałek chleba. Tak to się mówi? Bo szczerze powiedziawszy nie pamiętam dobrze tego powiedzenie.- stwierdził z uśmiechem Bella. - A jakie… wrażenia z wczoraj?
- Nic się nie zmieniło.- rzekł dyplomatycznie William.
- Mnie się podobało nowe doświadczenie. - przyznała Ann.
- Widzisz Williamie, ktoś tutaj potrafi docenić prawdziwą politykę.- rzekła z uśmiechem Bella, a Blake zmienił temat.- Więęęc Haerz naprawdę siedzi w podziemiach? -
- Lub nie żyje. Trudno powiedzieć i nikogo to nie obchodzi. Wszyscy prowadzą jakieś interesiki z członkami tego klanu i nie mają potrzeby ruszać tej kupy gówna jakim jest nowojorski klan Nosferatu. - wzruszyła ramionami. - Równie dobrze mogą być anarchy pozujące na klan Camarilli. Nikogo to nie obchodzi… mamy własne problemy. -
- Długo to tak trwa? - zapytał Blake.
- Będzie z dziesięć lat. Może piętnaście.- zamyśliła się Bella. - Wtedy ostatni raz go widziałam.
- A jakie macie problemy? - zapytała Ann.
- Słyszałaś o tych ghulach zabijanych przez seryjnego zabójcę?. Większość to ghule moich Kainitów.- westchnęła filigranowa blondynka. - Tak dla przykładu…-I spytała. - A jak ci się żyje w Stillwater?
Ann rozłożyła ręce.- Powoli i monotonnie. Póki oczywiście nie ma szaleństw.
- Trochę ci zazdroszczę. U mnie to tylko przyjęcia i przyjęcia. Każde nudne i snobistyczne. Każde pełne lizusów czekających na okazję wbicia mi sztyletu w plecy.- westchnęła teatralnie Bella. - Duża tam u was populacja? Wiem, że Groza i Lucius coś wam tam podesłali… ale chyba nie ma zbyt wielu wampirów w tej domenie. Stillwater to nie metropolia.Ann zamyśliła się.
- Dziewięć... Nie, dziesięć. Ze mną i Williamem.
- Mało trochę. - zamyśliła się Bella.
- Zastanawiasz się nad przeprowadzką? - zachichotała - William ci skombinuje coś ze swojej kolekcji deweloperskiej, a nasz Książę to równy gość.
- Tak. Z pewnością byłabym gotowa coś wynająć. - zastanowiła się głośno Bella i wzruszyła ramionami. - Ale szczegóły… muszą poczekać na inną okazję. A propo okazji, otwieram nocny wernisaż w mojej galerii tak za dwie doby. Czujcie się zaproszeni.Ann spojrzała na Williama z uśmiechem.
- Przyjedziemy, prawda?
- Wolałbym nie. - mruknął cicho Toreador.Caitiffka zwróciła się zaraz ponownie do Eleny.
- Ciągle moja rodzina ma ban na bycie kimś, z kim robi się interesy?
- Cóż… ja z nimi nie robię interesów i nikt z moich Toreadorów nie próbuje. Nie wiem też o nikim z miejscowych Kainitów, którzy by robili. Aczkolwiek pewności nie mam. Z drugiej strony…- wzruszyła ramionami. - … twoja rodzina działa prężnie w Europie, tutaj raczej zaglądając sporadycznie.
- Kiedy ostatnio widziałaś moich braci? Chodzą o balkonikach?
- Nie wydaje mi się.- odparła ze śmiechem Elena i dodała.- Bo ja wiem… z cztery… sześć lat temu? Na przyjęciu w ambasadzie. Chyba lepiej czują się w Kanadzie? Pewnie dlatego, że zrobiła się tego kraju… kraina mięczaków i mentalnych kastratów.
- Może wciąż ich gryzie, że mnie znaleźć nie zdołali. Ach, peszek.
- Z tego co wiem… nie próbują cię znaleźć, bo tylko pozorują poszukiwania. - wyjaśniła Elena wzruszając ramionami. - Więc ta porażka ich nie martwi.
- Ta rodzinna więź zawsze zadziwia swoją siłą. - westchnęła teatralnie.
- Jesteś martwa moja droga. Także dla swojej rodziny. I szczerze powiedziawszy lepiej by tak zostało. Są Kainici którzy zostają przez pewien czas przy swojej prawdziwej tożsamości, ale im szybciej się odetniesz od swoich korzeni, tym lepiej.- stwierdziła Elena, a William ją poparł.- Właśnie dlatego Lukrecja narzuciła swojej córce zmianę imienia. Musimy odciąć się od naszej przeszłości i związanych z nią… zatargów. Są bez znaczenia w obecnej sytuacji.
- Mhm. - mruknęła Ann chyba nie do końca przekonana... w końcu teraz nie było tak idealnie jak za życia. No i nikt jej w sumie nic nie narzucał.
- To wszystko z mojej strony. Nie będę was zatrzymywała. Zapewne macie przed sobą długą drogę do domu. - rzekła z uśmiechem Kainitka.
Gdy jechali do domu znów zaczął prószyć śnieg. Białe płatki fruwały przed przed reflektorami pojazdu Williama. Oboje opuścili już Nowy Jork, do granic miasta eskortowani przez służbę szeryfa.
Blake włączył ulubione radio z którego płynął melodyjny głos Ravnoski.- ….Jack, Jack, Jack… ja tu wróżę z kart, a nie dyskutuję o teoriach spiskowych. Przykro mi w moich kartach nie widzę porwania prezydenta przez kosmitów. Aczkolwiek… nie widzę powodu by coś takiego nie zdarzyło się w przeszłości, lub przyszłości. Jestem baaardzo otwarta na wszelkie możliwości…
- Czego się boisz? - zapytała nagle Ann bez kontekstu.
- Braku przeznaczenia. Śmierci ostatecznej. Meduz. Budzą we mnie obrzydzenie.- zaczął wyliczać żartobliwie Blake.
- Pytam o to, że nie chcesz przyjąć zaproszenia Eleny. - dodała po chwili.
- Bo brałem udział w tak wielu balach maskowych, że mnie nudzą… niemiłosiernie mierzii mnie ta cała banda pozerów udająca, że mają jakieś znaczenie .- wyjaśnił Toreador.
- A zawiózłbyś mnie chociaż? - poprosiła słodko - Ładnie proszę.
- Wynajmę ci limuzynę. Może być?- zaproponował Toreador. - Zresztą… można by nakłonić Bellę, by ją zamówiła.-
- Deal. - zgodziła się Ann - Ale to chyba ciebie bardziej by chciała widzieć, nie mnie.
- Możliwe że tak.- przyznał jej wampir . “... ale porwali go przed czy po tym jak mu odstrzelili potylicę w zamachu?”- dopytywała się tymczasem Jaine w radiu.Wzruszył ramionami. - A możliwe że nie. Bella może chcieć cię zamknąć w swoim prywatnym haremie.
- Chyba nie jak Nadia, więc tak źle nie będzie. - zaśmiała się.
- Nie wiem… nie znam się na fetyszach obu wampirzyc.- stwierdził Kainita wzruszając ramionami.
- Może to i lepiej dla ciebie. Nadia i bez tej wiedzy jest creepy. - pokiwała głową.- Jak większość Tremere. Co nie przeszkodziło ci z nią romansować. Może creepy cię pociągają?- zażartował Blake.
- Opiłam się jej krwi, więc rozumiesz. Dawała mi... czuć emocje.
- Dziwi mnie, że miała jakieś emocje do dawania. Zawsze mi się wydawała chłodna i beznamiętna. Pomijając oczywiście jej wybuchy złości, ale te można było zawsze zrzucić na Bestię kryjącą się pod skórą każdego z nas.- ocenił Toreador.
- Może to krew. Ale dawała więcej niż Cyril. On... - westchnęła - Głównie uczył strachu przed porażką. I zaakceptowania braku nagrody kiedykolwiek. - szepnęła ze smutkiem.
- Cóż… możliwe, że jesteś w jej typie. Z tego co wiem jej ghule to zawsze były bibliotekarki.- zaśmiał Toreador.- A choć Lukrecja ma obecnie też same kobiety, to nie stroni od mężczyzn.
- William... - ponownie westchnęła - zdajesz sobie sprawę, że jak Cyril zostanie uwolniony to się znowu przykleję do niego?
- Może tak. Może nie. Kiedyś będziesz musiała wydorośleć. - odparł Toreador. - I uwolnić się od mentora. Ostatecznie to jest twój wybór. Nie będę w niego ingerował.
- Nie sądzę żeby chciał mnie ot tak zostawić. Nie kiedy jest teraz tak pozbawiony swoich sług. - uśmiechnęła się trochę wymuszonym gestem - Ale przecież może się wszystko jeszcze zmienić, prawda?
- I musi żebrać o twoje raporty. To zmienia równowagę sił między wami. - przypomniał jej Kainita. - Świat idzie do przodu. Ty się zmieniasz, tylko… on zawsze pozostaje w tym samym miejscu… zawsze zbyt ambitny i za mało ostrożny.
- Augusto w pewnym momencie zaczął chyba podejrzewać, że jak Cyril chcę pokazać, że jestem lepsza od niego. Szybko się wycofałam z tego. Ja nie jestem Cyrilem by go chcieć podkopać.
- Augusto musi dbać o swój autorytet, jak każdy z Primogenów.- wyjaśnił Toreador.- Ty też dbałes jak byłeś Księciem?
- Kiedy ja byłem Księciem…populacja wampirów Nowego Jorku była niewiele większa od Stillwater. - przypomniał jej William.- I dość szybko ustąpiłem z tronu.
- Bo nie wiesz co dobre w tym trwaniu. - westchnęła ciężko.
- Może po prostu za długo istnieję… za dużo w tym wszystkim… marności.- westchnął Kainita.- Tak wiele sporów naszych, ambicji, pragnień… z czasem staje się trywialnymi błahostkami. O czym byś wiedziała, gdybyś poczytała najnowszy tomik moich wierszy.
- O nim mi nie mówiłeś. - odparła z delikatnością, korzystając z wyuczonego głaskania ego.
- Oooo… to jak dojedziemy do domu, to poczytam ci kilka nowych wierszy. - rzekł z niemal dziecięcym entuzjazmem William zapowiadając Ann torturę na kilka godzin. Bo przecież nie zdoła usnąć z nudy.Uśmiech pozostał na twarzy Ann. Pewne korzyści wymagają wyrzeczeń…
Tym bardziej musiała zaciskać zęby uśmiechając się, bo William zaczął recytować swoje wiersze z pamięci.
Dłuższy moment wytrzymywała wszystko w milczeniu, aby w końcu skorzystać z okazji pauzy po jednym wierszu i sama się odezwać.- Co sądzisz o naszym pijanym miotaczu ognia?
- Wygląda na sympatycznego gościa. Nie sprawia kłopotów. Po prostu biedak znalazł się w złym i czasie. I w złym towarzystwie.- odparł po dość długim zastanowieniu Toreador.
- Zły czas... Co mi to mówi. - westchnęła - Sądzisz, że kiedykolwiek by coś z niego było?
- Co dokładnie ma z niego być?- spytał podejrzliwie William.
- Sensowny Kainita, w nie pijak. - wzruszyła ramionami.
- Kto ci zasugerował te rozważania?- zapytał się Blake.- Bo jak dla mnie Charlie jest porządny. Nie ulega żądzy krwi, nie napawa się potęgą jak nowoprzebudzony Brujah, nie knuje za plecami innych. Trzyma się zaleceń Maskarady i wykonuje polecenia bez narzekań. Wielu Kainitów miewa z tym problemy.
- Tak ciągle Nadia mówi, temu pytam. Z jej słów nie wynika nic dobrego.
- Marudzi, bo ma jakieś obowiązki dla odmiany. Zamiast siedzieć w leżu i klepać kod w komputerze, musi zachować się jak Primogenka. - zaśmiał się Blake. - Wyjdzie jej to na dobre. Może nawet zacznie ją obchodzić coś więcej niż czubek własnego nosa?- A jak widzisz możliwość, że Elena by tu naprawdę się przeprowadziła? - zapytała zaciekawiona.
Toreador zaśmiał się głośno. - Nie wiem co La Bella kombinuje, ale prędzej uwierzę że Groza nawrócił się na prawosławie niż że ona zamieszka w Stillwater.
- To byłoby ciekawe, gdyby Primogen Nowego Jorku uciekł tutaj przed problemami.
- Tyle, że Bella nie należy do tych, którzy uciekają. - przyznał Kainita.- Ona tylko tak delikatnie wygląda. -Uśmiechnął się i rzekł.- Co prawda nie jest ona krwiożerczym potworem i stroni od konfliktów. Niemniej nie myl łagodności ze słabością. La Bella nie jest słaba.
- Powiedz mi... - zaczęła - Czy to, że ją w sumie lubię to coś, czego robić nie powinnam?
- Nie wiem…- wzruszył ramionami Blake. - Przecież lubisz Nadię, a ona jest straszniejsza od Belli.-I spojrzał na Ann. - Sama musisz zdecydować, które znajomości są dla ciebie cenne, a które nie. Tu ci pomóc nie mogę.
- Jasne... - przynajmniej Elena nie pisała wierszy jak William.
- Dojeżdżamy… a jutro trzeba będzie zdać raport księciu i wywiedzieć się co nas ominęło. Pewnie kolejna dziura w ziemi do zbadania.- rzekł żartobliwie Blake skręcając z głównej drogi w ścieżkę pośród śniegu prowadzącą do jego domu.
- Larry będzie miał nadzieję na problemy. - uśmiechnęła się - Ciekawe czy zdziczałe Nosferatu zrobią coś nim Nowy Jork przyjdzie.
- Hmm… miejmy nadzieję, że nie. - przyznał Toreador.
- Ale byłoby ekscytująco!
- Ktoś by zginął. Nie wiem co w tym ekscytującego. - delikatnie upomniał ją Blake.
- Och, nie przesadzaj. Dobrze by było. Najwyższej by jakiś śmiertelnik zginął. - machnęła ręką.- Nie jestem zwolennikiem zabijania i śmierci. Już nie. - odparł Blake wzdychając ciężko. - Ann, musisz uważać. Wywyższanie się ponad ludzi przychodzi nam łatwo. Jest to jednak pierwszy mały kroczek ku potępieniu… pierwszy mały kroczek ku Bestii. Kolejne są oczywiście trudniejsze do zrobienia, ale wszystko zaczyna się od pierwszego małego kroczku, a kończy… cóż, sama widziałaś jak to się kończy. Spotkałaś już takich co zatracili się w Bestii.
- Och proszę. - przewróciła oczami - Nie będzie przecież ze mną tak źle. Mój ghul poznał moją "złą" stronę i sam ci powie, że wcale taka zła to nie jest.
- Doprawdy? - William nie był do końca przekonany.
- Przecież poznałeś mnie.
- Zmieniasz się, z każdym sezonem. Robisz się coraz bardziej pewna siebie. Już nie jesteś tą zatraszoną caitifką. - przypomniał jej Blake.
- Ale nie jestem okrutnym potworem. - zaprotestowała.
- Nikt nie zaczyna jako okrutny potwór… ale droga do niego jest kusząca i łatwa nią kroczyć. A potem… ciężko z niej wrócić. Wierz mi. Mi to zajęło dwie dekady. - westchnął William dojeżdżając do domu.
- Po prostu czuję, że tak powinnam traktować ghula. - odparła zirytowana.
- Wiem, wiem…- odparł Toreador zatrzymując się. I zerknął na Ann z ciepłym uśmiechem.- Nie oceniam cię… po prostu przestrzegam przed popełnianiem błędów, które ja popełniłem.Aaaaa
- A kiedyś byłeś okrutny? - zapytała z ciekawością - Taki... Zły?
- Kiedy byłem na bliskim wschodzie… kiedy zabijałem niewiernych. Wtedy byłem naprawdę okrutną bestią, ale poganie to nie przecież nie ludzie.- rzekł z melancholią pomieszaną ze wstydem. - Wiem że wyglądam jak chuderlawy młodzieniaszek, ale byłem rycerzem i zabijałem. Pół biedy, gdy walczyłem z kimś kto umiał się bronić. Gdy zabijałem Kainitów, ale… nie tylko ich mordowałem.
- Wojna to wojna. Żywi też zabijają. Ty po prostu byłeś silniejszy.
- Uważamy się za lepszych od ludzi, nieprawdaż? - zapytał retorycznie William i dodał otwierając drzwi. - To była wojna cieni, wojna straszniejsza od tych ludzkich… bo bez skrupułów i bez… czystego zabijania. Śmierć czasami okazywała się darem z mojej ręki… darem który dawałem dopiero godzinie męczarni. To były… czasy do których wracać pamięcią nie lubię, ale wiedz, że nie ma dla mnie usprawiedliwienia tym, że to była wojna.
- Czyli... - otworzyła swoje drzwi - Willi ma pazur.
Słowa dziewczyny były o tyle niepokojące, że najwyraźniej opowieść Williama w jaki sposób jej zaimponowała.
- Mam miecz.- odparł Toreador.- I niechęć do jego używania. Jak ci wspomniałem, umiem nim walczyć lepiej niż pięściami. Czy nawet bronią palną.
- Ale to pokazuje, że masz w sobie naprawdę także wojownika, który nie boi się przelać krwi! Teraz po prostu... No wydajesz się po prostu miękki, przepraszam za to stwierdzenie.
- Znajdziesz wielu wojowników wśród Brujah i Gangreli. Nie potrzeba ich więcej… niemniej w dawnych czasach my Toreadorzy nie byliśmy tylko klanem poetów siedzących w kafejkach czy malarzy tworzących dzieła na strychu. Podczas średniowiecza i w czasach renesansu, byliśmy trubadurami, rycerzami, dworzanami czy dyplomatami. I sięgaliśmy po miecz równie często jak po pióro.- wyjaśniał jej Blake, gdy schodzili do podziemi domu.
- Szkoda, że nie żyłam w tamtych czasach. Chciałabym zobaczyć ciebie będącego takim!
- Zobaczyłabyś mnie w objęciach innego. I robiącego maślane oczka do niego.- zaśmiał się William i dodał. - Myślę, że bardziej pasowałby ci Joshua. On też jest twardym wojownikiem.
- Ale ma ten sam problem co ty. - westchnęła - Zbyt nie chcecie by śmiertelni zostali uszkodzeni jakkolwiek. Szczerze to podejście... - skrzywiła się - Nie wiem... ale wydaje mi się... Słabe.
- No to został ci Larry. On nie przejmuje się takimi sprawami jak… bezpieczeństwo.- odparł żartem William, gdy schodzili do piwnicy.
- A Lukrecja? - zapytała idąc za Toreadorem.
- Nie lubi sobie brudzić rączek, jeśli nie musi. I nie przejmuje się bezpieczeństwem istot innych niż ona sama.- odparł Blake.
- To przynajmniej nie robiłaby problemów jeżeli chodzi o krzywdzenie śmiertelnych.
- Z pewnością nie.- zaśmiał się Blake. - Chyba żeby nie było to w jej interesie.
- Gdyby tylko umiała być agresywniejsza... - westchnęła.- Możesz zawsze wrócić do Nadii, bywa agresywna i niespecjalnie przejmuje się swoimi ghulami. - zaproponował żartobliwie William.
- Kiedyś zaatakowałam ją. - zaśmiała się - Naprawdę to ją zirytowało i chciała mnie nauczyć rezonu. Przynajmniej dopóki nie zorientowała się, że ja to zrobiłam dla zabawy.
- I pewnie dlatego jeszcze żyjesz.- odparł Kainita i wzruszył ramionami.- Wydawało mi się, że Nadia nie zna się na żartach.
- Byłam na jej krwi. Chyba o tym wtedy zapomniała. Na samym początku była zaskoczona jak z radością zareagowałam na jej groźby zajęcia się mną. - uśmiechnęła się pod nosem - Wtedy to wydawało się takie... Miłe. Że ktoś okazuje ci w jakiś sposób zainteresowanie.
- Musi cię lubić skoro nie zabiła. No chyba, że ty wygrałaś? - zapytał retorycznie Blake.
- Nie... Nie chciałam próbować, ale powiem szczerze, że jej siła mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się fizycznego problemu.
- A nie powinna… Nadia starła się z wilkołakiem na twoich oczach, powinnaś wiedzieć do czego jest zdolna. Gdy jej się chce.- odparł Toreador.
- Wtedy używała magii, a do tego sama wolałam nie skupiać się na niczym poza własną ucieczką.
- Jest silna i z tego co wiem… ma też jakieś sztuczki bitewne, których nie znajdziesz u innych Kainitów. Nawet u większości Tremere. - zadumał się Wiliam.
- I tak, masz rację. Też sądzę, że w jakiś sposób najpewniej może mnie lubić. - wyszczerzyla się - A ja nawet lubię ją.
- W pewien sposób… Nadia nie umie okazywać uczuć. Albo nie chce z jakiegoś powodu. Obstawiam, że to jakieś traumy z czasów Rewolucji Październikowej… tego buntu w Rosji przed drugą wojną światową.- wyjaśnił Toreador.
- Wiem, wiem... I na pewno strata tego duszka magów jej nie pomogła. Oczywiście ona zaprzecza jakoby to cokolwiek zrobiło, ale wcale a wcale jej nie wierzę.
- Na duszkach magów to się niestety nie znam.- przyznał William kierując się do swojej trumny.
- Zasięgnę wiedzy u żywego źródła. - zaczęła kierować się w stronę swojego pokoju - Do jutra!
- Miłych snów. - rzekł na pożegnanie Toreador wiedząc jednak, że sny Ann… nigdy nie są miłe.
-
Koszmary były codziennością, gdy zamykała swoje oczy. Koszmary były czymś do czego przywykła, gdy przebywała w swoim… leżu. Były jednak też dobrze jej znajome jeśli chodzi o temat. Powtarzalne i rutynowe.
Nie ten.https://www.youtube.com/watch?v=uYnCPLTSaps
Zanurzona cała w wodzie… unosząca się jak utopiony trup. I tak samo bezwładna. Nie mogła się ruszyć, nie mogła powiedzieć. Próbowała, krzyczała nawet, ale woda wypełniająca jej płuca tłumiła wszelkie dźwięki. Nie wiedziała jak głęboko jest. Nie widziała powierzchni, tylko ciemność. Może była noc, a może na tę głębokość światło już nie docierało.
Słyszała dźwięki, ni to mowę, ni to muzykę. Coś mówiły jej, coś ważnego… gdyby rozumiała ten “język”. Była jednak pewna, że coś… coś się… zbliżało.
Istota była gigantyczna… Ann nie była nawet w stanie dostrzec całej jej sylwetki.
|-Wielka pseudo-ryba z mackami i łapami zbliżyła się do niej. Trzymała coś w jednej macek… “mówiła” tą dziwną melodią, wskazywała na grawerowany kamień? Obelisk? Totem?-|
Ale przecież Ann nie wiedziała o chodzi? A nawet gdyby wiedziała, to nie potrafiła odpowiedzieć.
A potwór wydawał się coraz bardziej poirytowany? Jej brakiem reakcji? Potrząsał energicznie kawałkiem rzeźbionego kamienia, aż w końcu w nagłym ruchu… “zaatakował”. Choć właściwym określeniem byłoby: Połknął Ann jak małą frytkę!
Teraz naprawdę znalazła się w czarnej mrocznej czeluści, w której zginie!
Obudziła się nagle… ale i później niż powinna. William już się obudził dwie godziny temu, a i Joshua też się obudził i zdążył nawet przyjechać. Rozmawiał z Toreadorem o tym co się wydarzyło w Nowym Jorku. Mina księcia była kwaśna.
- Więc to jego plan. Grupki konkurujących ze sobą łowców, którzy oficjalnie będą współpracować.- podsumował na koniec. - Ryzykowny.-
- Mimo wszystko to nie sfora Sabatu. Nie planują jego obalenia, tylko polują na jedzenie. Są sprytniejsze niż zwykli Kainici opanowani przez Bestię, ale to nadal tylko drapieżniki.- rzekł William popijając “winko”. - Uznał, że szeryf za bardzo by się wzmocnił realizując swój plan, więc użył Primogenów przeciw niemu. Jestem pewien że odpowiednie ploteczki trafiły do odpowiednich uszu przed całym zebraniem.-
- Żeby tylko ta “polityka” nie zagroziła całym łowom.- stwierdził Joshua i potarł czoło.- Znaleźliśmy trupy w lesie… wyssane do cna i z poodrywanymi głowami. Profesor i studenci z Nowego Jorku którzy zrobili sobie nielegalne nocowanko. Amatorzy gwiazd… sądząc z porozrzucanych teleskopów. -
- Papa Roach proponował wypuszczenie Barabasa.- wtrącił cicho Toreador, wywołując odrazę na obliczu Joshui.- Chyba się nie zgodzili?-Zaśmiał się Toreador.- Nie… trzeba przyznać że Papa Roach potrafi im napędzić stracha.-
- Wysłannicy Księcia wrócili do Nowego Jorku, ale Piękna wspomniała, że jeszcze tu wrócą… w ramach współpracy.- westchnął Joshua.
- Węszyła za Ravnoską?- zapytał Toreador.
- Nadia twierdzi że nie. Że ona i jej Gangrel zachowywali się grzecznie w mojej domenie.- odparł książę.
- Coś jeszcze nowego?- zapytał William.
- Nadia się cieszy z nowych map kopalni. Lukrecja zaczyna się nudzić… Larry narzekać… wszystko po staremu. - ocenił książę.
- Nadal penetrujecie szyby?- zapytał Blake.
- Dla zabicia czasu bardziej niż w nadziei na sukces. - potwierdził Joshua. - Poza tym Larry potrzebuje zajęcia, by… nie wpadać na głupie pomysły.-
- Takie jak szukanie pomsty na draugach?- zapytał retorycznie William.
- Tak… i to pewnie w pojedynkę.- Joshua zaśmiał się i obaj Kainici zauważyli wchodzącą do kuchni Ann.
- Dobrze się baw…- nagle komórka szeryfa zadzwoniła, ten odebrał. - Słucha… hallo… przerwało połączenie.-Westchnął i rzekł do obojga.- Skorzystam z twojego telefonu William, zaraz wracam.-
-

ZŁAMANE SERCA STILLWATER
Nie spodziewała się takiego koszmaru.
Kiedy się z niego wybudziła miała wrażenie, że ciągle otaczają ją ściany żołądka bestii. Bała się. Rzucała na łóżku jakby otoczona pętami niepozwalającymi jej wykonać ruchu. Minęło dużo czasu nim uspokoiła się na tyle, aby wstać i ruszyć do góry w stronę kuchni. Miała nadzieję, że zaraz spotka Williama i ten ją obroni.
Podeszła blisko do Toreadora, gdy Joshua zostawił dwójkę samą. William widział wręcz wylewający się strach z dziewczyny, jakby była to płynna emocja. Ann zdawała się nie reagować na jakiekolwiek słowa, a jedynie przytuliła się mocno do wampira obejmując go jako dziecko rodzica, gdy szukało opieki.
William zobaczył szkarłat krwawych łez spływający po policzkach dziewczyny patrzącej niewidzącym wzrokiem, której drżący głos szeptał wciąż i wciąż te same słowa.- Zbliża się... Zbliża…
- Co się zbliża? Kto się zbliża?- zdziwił się mężczyzna tuląc czule zatrwożoną wampirzycę.Dziewczyna nie odpowiedziała od razu, a dopiero po chwili.
- Widziałam go... Potwora z jeziora... nie mogłam zareagować, ale on do mnie mówił... Tylko nie rozumiałam tych dźwięków... - wtuliła się mocniej brudząc jego koszulę - Mój brak reakcji go irytował, bo się jej spodziewał…
- Ann… to był tylko koszmar. Nic prawdziwego. On zsyła je tym… którzy są wrażliwi… - wyjaśnił Toreador tuląc ją do siebie.- … i ich umysły przechodzą na drugą stronę. Ale to tylko ułuda. Nic więcej poza nią nie jest w stanie zrobić.
- Czemu wy nie wierzycie, że to problem? - zapytała płaczliwie.
- Bo to nie nasz problem. Tylko wilkołaków. Oni czuwają nad jego więzieniem i jeśli pojawiłyby się problemy przekraczające ich możliwości, to z pewnością powiadomili nas. Miejscowe plemię nie wstydzi się szukać pomocy u nas.- przypomniał jej Toreador.
- Nie rozumiecie... To też nasz problem. - stwierdziła uparcie.
- Ann… nie pozwól by użył on lęku do manipulowania tobą.- westchnął William.Ann skuliła głowę w smutku.
- Jak chcesz…
- Ann… niby co mamy zrobić w związku z tym potworem? Jest na innym planie egzystencji.- przypomniał jej Kainita.- A ty… jesteś zaskakująco podatna na jego wpływ. I to bez prochów, którymi faszeruje się Garry. Możliwe, że… wiesz, dysponujesz Nadwrażliwością.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Nie wiem.... Umiem się ukrywać. I cienie używać.
- Możliwe że jesteś w stanie dostrzegać więcej niż inni, co by tłumaczyło twoje… wizje mieszkańca jeziora. - wyjaśnił William.
- Ty też umiesz? - zapytała.
- Trochę… nie jestem w tym mistrzem, ale opanowałem podstawy. - odparł z uśmiechem Blake.
- To mówił do ciebie?
- Próbował… czasami próbuje nadal. Osoby wrażliwe w Stillwater mają o nim sny. Je nie jestem wyjątkiem od tej reguły.- potwierdził Toreador.
- To kto ma?
- Garry na pewno. Ravnoska… może…- wzruszył ramionami Blake.- Poza Garrym nikt się nie przyznał.
- Ale nawet ty nie traktujesz tego poważnie. - odparła z pretensją w głosie.
- Traktuję, tyle że jestem za stary by dać zmanipulować koszmarami zsyłanymi przez bezradny byt. Bo tylko to jest w stanie zrobić w tej chwili. Mieszać w głowie za pomocą snów.- wyjaśnił tulący ją mężczyzna. - To że nie ulegam panice, nie oznacza że nie biorę sprawy na poważnie.
- Ale... To się zbliża... - narzekała - I nigdy tego wcześniej nie widziałam ani do mnie nie gadało.
- Nie daj się zmanipulować jego kłamstwom Ann. - stwierdził stanowczym głosem Toreador.- On próbuje namieszać ci w głowie.- A w sumie skąd mam mieć pewność, że to ty nie próbujesz mi namieszać? - odbiła piłeczkę uśmiechając się wrednie.
- W takim razie powiedz co powinniśmy zrobić? - zapytał retorycznie William.
- Załatwić ten problem! Skończyć to czego nie mogły wilkołaki z tamtych czasów!
- Tylko, że nie możemy dotrzeć do potwora. Jest w innym miejscu, niedostępnym dla nas.- przypomniał jej Blake.
- Mamy maga!
- No i ? Przypomnieć ci co powiedzieli inni magowie z którymi konsultowaliśmy sytuację? Potrzebujemy wielu potężnych magów. Jeden… nie wystarczy, oczywiście o ile się zgodzi. - powątpiewał William.
- Mamy wilkołaki.
- Cóż… gdyby mogły go zabić, zrobiłyby to dawno. - wyjaśnił Kainita.Ann puściła Williama i poszła do umywalki w kuchni obmyć twarz.
A Toreador tylko westchnął ciężko.Wkrótce pojawił się sam książę Stillwater.
- Jest problem ze szpitalem. Mag twierdzi że coś z niego uciekło. - rzekł na powitanie. Potarł podstawę nosa.- Powinienem to przewidzieć, dziś jest krwawy księżyc.
Ann wróciła zaplamioną krwią bluzką, jak i trochę plam miał na ubraniu William.
- To co robimy?
- Na razie… jedziemy obejrzeć sytuację. Zadzwoniłem już do Garry’ego. Wyśle swoje czujki. Miejmy nadzieję, że zlokalizujemy uciekiniera jeszcze tej nocy.- wyjaśnił Joshua.
- Mag będzie? - zapytała nagle.
- Powinien być, skoro dzwonił.- zastanowił się Brujah.
- Zmienię bluzkę i już mogę jechać! - dziewczyna rzuciła i kierowała się do swojego pokoju.
- Jaki entuzjazm…- to zdążyła usłyszeć nim zniknęła obu mężczyznom z pola widzenia. Głos należał do Joshui.
Czekali na nią na dworze. Przy samochodach.
Samej dziewczynie nie zajęło długo odnalezienie odpowiednio wystrzyżonej w dekolcie bluzki, którą na koniec zasłoniła cieplejszą bluzą. Chyba tylko dla niepoznaki…
- Gotowa?- zapytał William, podczas gdy Joshua już wsiadał za kierownicę swojej policyjnej terenówki.
- Oczywiście! - sama wampirzyca wskoczyła na miejsce obok Księcia, najwyraźniej nie zastanawiała się nad żadną hierarchią.Szeryf ruszył, a William za nim. Jazda była długa i przerywana jedynie meldunkami z centrali i innych patroli. Joshua odpowiadał profesjonalnie i beznamiętnie. Całkowicie oddawał się swojej roli nocnego szeryfa Stillwater.
W końcu padł jakiś policyjny kod z radia i szeryf odpowiedział.- Ok. Już tam jadę. - i spojrzał na Ann.- Będziemy musieli nadrobić drogę, mamy stłuczkę i kłótnię. Do centrali zadzwoniła jedna z pasażerek.
- Jasne. - wzruszyła ramionami - Ktoś umiera?
- Jeszcze nie. Ale ktoś może skończyć w szpitalu, jeśli się nie pospieszymy. To dwa gorącokrwiste byczki. - odparł ironicznie Joshua zawracając, a William podążył za nim.
- A jeżeliby mieli broń i do nas strzelili? Mamy grać?
- Nie mają broni. Tylko za dużo procentów we krwi.- zaśmiał się Smith.- Nie spotkałaś ich, bo nie odwiedzają przybytku Lukrecji. Ta dba o to by jej… “hotel” miał klasę. Są jeszcze inne wódopoje w Stillwater, znane głównie Larry’emu i mnie.-Po tych słowach wampir zamilkł i przyspieszył nieco włączając sygnalizację świetlną. Will ruszył za nim.
Dotarli po piętnastu minutach. Sytuacja była prosta. Dwie terenówki zahaczyły o siebie. Była stłuczka i dwóch facetów obwiniających się nawzajem o nią. Duzi, zarośnięci, podpici i agresywni. Kłócili się głośno i rwali do rękoczynów. Połowica jednego z nich pijanych głosem zachęcała swojego samca do boju. Druga nie opuściła auta obserwując z dezaprobatą całe to widowisko i zerkając na komórkę.
Szeryf zatrzymał wóz, wysiadł i ruszył do kłócących się mężczyzn. Stanął pomiędzy nimi i zaczął stanowczym głosem uspokajać ich. Obaj mężczyźni zbledli i zaczęli się nawzajem oskarżać, jak chłopcy przyłapani na bójce przez nauczyciela. Cóż… w sumie niby byli.
Joshua spisał na notatniku ich wstępne zeznania i kazał się zgłosić jutro do biura szeryfa, by całą sprawę tam załatwić. Nie podobało się to żadnemu z nich, ale nie byli w stanie zaprotestować.
Mężczyźni wsiedli do swoich i wraz z połowicami zaczęli się rozjeżdżać.
A Smith wrócił do swojego pojazdu i odetchnął z ulgą.- Lubię takie problemy.
- Trochę nudne. Brakuje krwi i emocji. - westchnęła Ann.
- Za to nic nam tu nie grozi. Nie ryzykujesz utraty kończyny czy życia.- odparł szeryf ruszając. - Czego nie można powiedzieć o naszym następnym spotkaniu.
- Kończyny odrosną. - wzruszyła ramionami.
- Ale wspomnienie bólu odrywanej kończyny… nie… Ciało się zagoi, ale nie umysł… on zbiera każdą z tych blizn. - wyjaśnił Kainita.
- Mam już ich trochę... Choć nikt mi nie urwał kończyny. Ale przynajmniej mamy ciebie obok!
- Nie są to przyjemne rzeczy do kolekcjonowania. - odparł Joshua przyspieszając nieco i wyłączając sygnalizację.
- Co cię nie zabije, to cię wzmocni?
- Nie zawsze to prawda. Nie w przypadku każdego… niekiedy trauma takich ran, może zamieszać Kainicie w głowie. Widziałem Brujah którzy nie wytrzymali takiej presji i popadli w obłęd. Nasze ciała są niezmienne, ale nie nasze umysły.- wyjaśnił Kainita.- Ja ciągle pamiętam... swoją Przemianę. A raczej pamiętam co wtedy czułam. Ból, strach... - westchnęła - Ten dupek zabijał mnie z jakąś cholerną satysfakcją. Jakby mu to sprawiało radość. A później Cyril... - zamilkła zaciskając szczęki.
- Cały garnizon został późną nocą… wezwany na polecenie jakiegoś ważnego oficera Konfederacji. Nocna inspekcja. Staliśmy w rzędzie, a wtedy rzucili się na nas ze wszystkich stron. Część zabili by nasycić głód, resztę przemienili i posłali na linię wroga. Pamiętam czerwień i głód… niewiele więcej potem. Niedobitków, w tym mnie zebrali i posłali pod opiekę jednego z nauczycieli, który miał nas nauczyć praw Sabatu.- wspomniał swoją przemianę Joshua.
- Ja pamiętam jak zanim nas zabili to wozili w zamkniętych ciężarówkach by nazbierać nas więcej. Później mnie i kilku innych wyrzucili w mieście na drodze do Nowego Jorku. Jedyne co widzieliśmy, że jesteśmy głodni. A ja w sumie po po tym nowym wampirze.... nie wiedziałam w sumie co się dzieje. Tak naprawdę też nie wiem jak nie utłukła mnie Camarilla. Jak mnie po prostu nie znaleźli... ale wiem, że Sabat w ogóle nie miał zamiaru nas uczyć niczego. Tylko, abyśmy umarli.
- Tak bywa. - przyznał Smith po chwili milczenia. - Najpierw jest test ognia. Ci którzy przeżyją i zostaną znalezieni mają szansę dołączyć do Sabatu. Reszta prędzej czy później, gryzie piach.
- Szansę? To nie dostają się od razu?
- Sabat nikomu nie daje forów. - wyjaśnił Joshua.- Nie chowa się jak mięciutka Camarilla za korupcją ludzi, więc musi być twardy.-A potem spojrzał na Ann dodając z ironią.- A przynajmniej tak twierdzi.
- A jest inaczej? - zapytała z ciekawością.
- Sabat wywodzi się z ludzi… tak jak Camarilla. I wraz z nimi przynosi do siebie wszystko co ludzkie. Namiętności, urazy, wady i słabości… nepotyzm… też.- odparł cierpko Smith.- Mają inne ideały niż Camarilla inne cele, ale słabe punkty są podobne.
- Co się dzieje skoro od razu cię do Sabatu nie biorą?
- Są różne rodzaje werbunku Ann. W większości przypadków jest on personalny, tak jak Camarilli. - wzruszył ramionami Joshua.- Musisz zrozumieć, że w naszym przypadku to nie było planowane. Ty przeżyłaś i uciekłaś… ja zostałem znaleziony i zwerbowany.
- Zastanawiam się po prostu czasami jak bardzo inaczej byłoby, gdyby mnie znaleźli i zwerbowali. - zamyśliłaś się - Oczywiście zależnie od sytuacji w jakiej jestem taką mam odpowiedź.
- Trudno powiedzieć. - przyznał Brujah spoglądając na wynurzający się zza drzew mroczny cień zabudowań szpitala. Ann mogłaby przysiąc, że cały budynek… wibruje lekko rozmazując swoje kontury w ciemnościach nocy.
Vincent już na nich czekał ubrany w puchową kurtkę i palący papierosa. Zapewne nie pierwszego. Oparty plecami o swoją terenówkę zerkał to na ruinę, to na nadjeżdżające pojazdy.
Przywitał ich słowami. - Nie spieszyło się wam.- Zatrzymały nas obowiązki nocnego szeryfa. - odezwała się pierwsza.
- Nie ma od tego zastępców?- zapytał mag. A Joshua wzruszył ramionami. - Oficjalnie to ja jestem zastępcą mojej żony.Spojrzał na budynek i spytał.- Jaka sytuacja?-
- Coś się przedarło. Coś silnego i coś… nieżywego. - odparł Vicent zaciągając się papierosem.- Aczkolwiek tego drugiego nie jestem pewien. To coś po prostu może nie wpasowywać w nasze definicja życia.
- Chyba nie wampir? - zdziwiła się.
- Nie wiem… niby entropia stanowiła część wzorca tego stworzenia, co mogłoby coś takiego sugerować, ale… to zbyt mało poszlak.- zastanowił się mag rozważając.
- To nie mogły być nasze draugi.- odparł szeryf, a William zastanowił się. - To jest myśl, gdyby je tu zwabić…-
- Nie radziłbym traktować tego miejsca, jako kosza na wasze nadnaturalne śmieci.- odparł Vincent i dodał.- Znalazłem ślady… tego stworzenia… stworzeń. Wydaje się że raz ma dwa, raz trzy… raz cztery nogi.
- Nie możesz tego znaleźć swoimi kartami? - zapytała - I to prawie brzmi jak zagadka Sfinksa z Króla Edypa.
- I tak i nie… mogę spróbować namierzyć jego wzorzec w danej chwili. Niemniej jeśli się przemieszcza, to w kolejnej chwili…- wzruszył ramionami Vincent. Po czym wskazał palcem kierunek.- Ruszył tam.- Garry przyjedzie za jakieś piętnaście minut z tropiącymi zwierzynę… “pieskami”. Dołączysz oczywiście do polowania panie LaCroix.- brzmiało to w ustach szeryfa bardziej jak “uprzejma” sugestia niż zapytanie.
- Oczywiście, aczkolwiek nie oczekujcie po mnie zbyt wiele. Nie jestem znawcą Sił i kiepski ze mnie bojowy mag.- wzruszył ramionami Vincent ignorując ukrytą pod słowami szeryfa delikatną groźbę.Ann uchwyciła Vincenta pod ramię.
- Będzie dobrze.
- Z czym dokładnie do czynienia mamy Magu?- zapytał William, zaś szeryfa komórka zadzwoniła nagle i ten odszedł na stronę.
- Nie wiem. Po pierwsze nie jestem ani znawcą, ani badaczem zaświatów. Po drugie to coś nie wypełzło zza Rękawicy, tylko z tej mozaiki zmieniających się wymiarów za nami. To mógł być jeden z dziesiątków nieznanych nam światów działających na zasadach całkowicie odmiennych od naszych. - wyjaśnił Vincent gasząc papierosa.
- Jaine Love dołączy do łowów i każe nam czekać. Jej karty twierdząc, że odór śmierci wisi w powietrzu.- wtrącił Joshua dołączając do rozmówców.
- To mógłby być Giovanni czy inny nekromanta? - zgadywała.
- Nie wiem. Może? Jej wróżby są równie czytelne co majaki Garry’ego.- wzruszył ramionami Joshua.- Choć wątpię by Giovanni interesowali się akurat tym miejscem. Szpital nawet Tremere unikają szerokim łukiem.-
- Loża z Nowego Jorku też nie lubi tego miejsca. - wtrącił LaCroix.- Dlatego my musimy się nim zajmować.
- Więc mamy czekać teraz? - zapytała przytulona do maga, co ten przyjął z pewną dozą udawanej obojętności. Joshua wzruszył ramionami. - Jaine brzmiała wyjątkowo… poważnie zaniepokojona. Nie radziłbym lekceważyć jej ostrzeżeń, gdy jest w takim stanie.
- Ja nie zamierzam. Zawsze będzie czas być rozluźnionym jak będzie bezpieczniej. - westchnęła - Koszmary w dzień, noc też nieciekawa…
- To prawda. Willam ty masz przy sobie jakąś broń?- zapytał Joshua.
- Tylko mój miecz.- przyznał Toreador.
- Ja mam w wozie, drugi rewolwer i śrutówkę. Nic więcej. Ann?- zapytał szeryf.- Glock i ten magiczny sztylet co krew zjada, od pseudo maga.
- Powinnaś uważać z darami od czarowników. Są zdradliwe, tak jak oni sami.- poradził jej Vincent.
- Wiem, że muszę go zawsze karmić, inaczej mnie atakuje.
- To igranie z ogniem, ta ich pseudomagia.- ocenił Vincent. A Blake dodał.- A to tam, nie?-
- Z tego co czytałem w raportach, byłeś tam. Wiesz że to nie nasza robota, tylko tego… infernalisty?- zapytał retorycznie Vincent.
- Jestem tylko rycerzem. Na mistycyzmie się nie znam.- przyznał Toreador .- Dla mnie to wszystko jedna i ta sama magia.-
- I to co robią Tremere… też?- zapytał LaCroix.
- Też. - przyznał wprost Blake.
- Nie mów tego Nadii, bo cię wyśmieje. - zwróciła się do Williama wtulona w człowieka - Ponoć Tremere robią co innego niż żywi. I martwi nie mogą tego, co żyjący. Z drugiej strony... Czy twoja szybkość i moje cienie nie wyglądają jak jakaś magia?
- Czyż to co robi Copperfield nie wygląda jak jakaś magia? - zapytał retorycznie Vincet zapalając kolejnego papierosa. - To, że coś wygląda jak magia, nie oznacza z automatu że magyią jest. -
- Nasze umiejętność tkwią w krwi, darze od Kaina i jego potomków, protoplastów pierwszych trzynastu klanów. To nie jest magia ludzi czy demonów.- wyjaśnił Blake.
- Nie do końca chce mi się wierzyć, że wampiry nie mogą korzystać z magii. - spojrzała na Vincenta - Po prostu nie chcecie się dzielić ci wiedzą jak Tremere.
- Magię czerpię poprzez awatara… upiornego duszka lub moją personalną ułudę. Interpretację dobierz sobie sama. Jak chcesz mogę nauczyć cię malować mistyczne znaki, ale co ci to da? Skoro zwykły śmiertelnik uczony od dziecka tego samego nie sprawi, że staną się magiczne dopóki nie przebudzi się jego awatar, to… czego ty się spodziewasz? Jak chcesz mogę nauczyć cię malowania run i glifów.- wzruszył ramionami mag.- Przynajmniej będziesz miała zajęcie.
- To choć tego mnie naucz. Może dzięki temu Przebudzi się mój Avatar.Vincent westchnął i po kucnięciu zaczął rysować znaki na śniegu. Prostackie linie i kreski łączące się w znaki.
- To runa Dagaz, wiąże się ze światłem i słońcem, ale nie wykorzystuję jej w ten sposób. Jest też runą powodzenia, więc używam jej tam gdzie potrzebuję podbić swoje sznase. To Algiz, tej używam głównie jako obrony choć ma też inne zastosowania.- tłumaczył LaCroix.
- Nie zauważyłem byś korzystał z nich. - zaciekawił się William.
- Bo nie korzystam z nich. Nie na polu walki i nie w locie… nie ma wtedy czasu na zabawę w malowanie. - wyjaśnił mag.- Runy wkomponowałem w znaki którymi otoczyłem szpital. Run używam do magii rytualnej, która wymaga więcej czasu i przygotowań, dając potężniejsze efekty i trwające dłużej niż kilka chwil.Ann w tym momencie wyjęła z kieszeni malutki notatnik wraz z kawałkiem ołówka, aby tak przerysowywać pokazane znaki.
- Jestem pewien, że widziałem je w wiccańskim sklepie.- skomentował rysunki maga Blake.
- No z pewnością widziałeś. Nie jest to taka wielka tajemnica. Prawda jest taka, że praktyki magiczne wywodzą się ze starych tradycji, których tajemnice są dość powszechnie znane. - odparł LaCroix. - Symbolika ich wryta w rozumienie świata przez populację Śpiących ułatwia ich wykorzystywanie. Działają, bo głęboko w podświadomości ludzie wierzą że działają.-Wzruszył ramionami.- Dla maga sposobem czarowania może być kod binarny i ci z Technokracji tak czarują. Ja sam pewnie mógłbym używać Plam Roshasha do czarowania, ale mojemu awatarowi odpowiada ugruntowana symbolika i karty.
- To ten Avatar nie słucha cię? - zdziwiła się.
- To nie dżin, tylko duchowy przewodnik. Oczywiście byłoby łatwiej gdyby Tarot nie był parszywym niemową i nie odpowiadał rebusami.- warknął pod nosem Vincent spoglądając z wyrzutem na pobliskie drzewo.
- Pouczysz mnie, prawda? Czasem w swoim domu…
- Tak. Tak. Jak chce ci się poznawać te wszystkie symbole magiczne. Nie gwarantuję, że to coś ci da. Jestem raczej pewien, że to marnowanie twojego czasu… ale jesteś wampirzycą. Czasu to akurat masz w nadmiarze. - odparł Vincent wstając.
- Ty też byś mógł czas mieć. Magią i innymi sposobami…
- Doprawdy? - uśmiechnął się ironicznie LaCroix i zaciągnął się dymem. - Tak to obecnie Tremere próbują kusić magów do swojej sekty?-Zaśmiał się dodając.- Jako Tremere straciłbym wszystko co cię tak fascynuje. Całą moją magiyę.
- Nie jestem Tremere, a i Nadia mi powiedziała co straciła kiedy została Przemieniona, więc nie o tym mówię.
- Moja rodzina powiązana jest klanem Ventrue poprzez więzy rodowe, więc wiem o co chodzi w byciu ghulem. Nie interesuje mnie to.- wzruszył ramionami mag. - Lubię niezależność. Gdybym nie lubił to… nie trafiłbym tutaj.Ann wzruszyła ramionami.
- Po prostu mówię. Masz magię w końcu.
- Na razie śmierć ze starości nie jest tą która mi grozi. - wzruszył ramionami Vincent.Ann znowu przykleiła się do maga mrucząc cichutko zadowolona z przytulenia... Nawet pasywnego.
- A ty nic nie powiesz na ten temat? - Toreador zwrócił się dla zabicia czasu do szeryfa.
- Nie. Ja w przeciwieństwie do was jestem żołnierzem, a nie filozofem. Nie potrzebuję wiedzieć czemu zapala się proch na panewce. Wystarczy mi, że wiem jak przygotować ładunek i w kogo strzelić. Czy nasza moc pochodzi z krwi magii, sików krasnoludków…- Joshua wzruszył ramionami.- Póki działa… może być nawet błogosławieństwem Księżyca.Ann za to spojrzała znowu na człowieka zainteresowana innym tematem.
- Czy jak mak traci duszka to coś się z nim dzieje? Z tym magiem, nie duszkiem.
- Po pierwszę traci magyię. Bez awatara nie można czarować. Po drugie… to traumatyczne przeżycie. I może zostać Wyciszonym… - wyjaśnił Vincent. - Zabicie awatara to największa znana memu rodzajowi. A Wyciszenie… to rodzaj obłędu, najczęściej katatonia, ale czasem może być znacznie gorzej.
- Czyli tacy byli magowie po przemianie w Tremere bardzo cierpią psychicznie?
- Nie wiem. Chyba nie… choć oczywiście strata awatara boli.- Vincent zastanowił się.- Właściwie to nie jest pytanie do mnie. Czy ta twoja Tremere nie była magiem przed przemianą? Jakiej Tradycji była?
- Jakiś Chór. - zastanowiła się - Ona zawsze z całą siłą zaprzecza, że w ogóle jakkolwiek ją to wszystko boli psychicznie. Ja w to nie wierzę, według mnie próbuje zakląć rzeczywistość pokazując jedynie jaką kurwą jest dla wszystkich.
- Chórzystka? Nie wyglądała mi na członkinię Niebiańskiego Chóru.- zamyślił się mag i wzruszył ramionami. - Z drugiej strony… nie miałem okazji z nią długo przebywać.
- Fajna jest, chociaż suka straszna. Najwyraźniej też za życia nie była za miła, za co ją jej mentor strofował. - wyjaśniła - Sądzę, że ten co ją Przemienił bardzo nie musiał się trudzić nad przekonaniem jej. Umierała jakoś w moim wieku, gdy jej wypruto flaki. Wątpię by była w stanie przemyśleć jakąkolwiek decyzję wtedy.
- Przypuszczam, że wybór między śmiercią a przemianą był prosty dla niej.- przyznał Vincent, a potem spojrzał w tym samym kierunku co pozostali obserwując światła zbliżającego się pojazdu Garry’ego.
- Nie wiem czy wtedy w ogóle wiedziała co to za sobą niesie. - wzruszyła ramionami i wróciła do przytulania Vincenta.
- Może…- odparł Vincent, nim auto się zatrzymało i wysiadł z niego Garry oraz jego trzy wilki, a także Ravnoska ze śmiechem mówiąc.- Przypominają mi się moje podróże po Europie w cygańskim taborze. Też było ciasno, też bujało na wybojach i też śmierdziało sierścią i moczem psa. Kochanie musisz w końcu o siebie zadbać i o swoje zwierzęta też. Dzikość ma urok jedynie na dwóch pierwszych randkach.-
- Daj spokój… ja jestem zatwardziałym kawalerem.- odparł ze śmiechem Gangrel i zwrócił się do reszty.- No to jaka jest sytuacja? Wiemy coś o potworze? Mamy plan?-
- Tam są ślady… mamy jedno stworzenie lub kilka stosujących indiańskie sztuczki.- poinformował Joshua wskazując ślady, a Gangrel posłał tam swoje wilki.
- Wszyscy gotowi na konfrontację, bo ta będzie tej lub następnej nocy.- odparł as z nieco wymuszonym uśmiechem Jaine. Widać było trochę, że jest spięta.- Co wywróżyłaś? - Ann zapytała Ravnoski.
- Kłopoty… duże kłopoty. - przyznała wprost Jaine.
- I tylko tyle? - Ann była zawiedziona.
- Śmierć…- westchnęła ciężko Jaine.
- Jeśli oczekujesz po niej większej dokładności to nawet magowie parający się czasem rzadko dają precyzyjne odpowiedzi. - wtrącił Vincent.
- A nie chodzi po prostu o wampiry? Nie o śmierć każdego z nas? - mruknęła nieprzekonana bezklanowa.
- Śmierć… ktoś zginie… coś zginie… coś się zakończy. I tak, chodzi o krwiopijcę. Ta lub kolejna noc zakończy się zgonem. - westchnęła ciężko Jaine.
- Chyba że zostaną zmienione warunki wstępne, dlatego tu jesteś prawda?- zapytał retorycznie Vincent, podczas gdy Garry i jego wilki zabrały się za tropienie. - Przyszłość będzie taka jaką wywróżyłaś tak długo jak sytuacja wyjściowa będzie niezmieniona. Zakładasz, że ciebie tu nie było, w tym układzie jaki z kart wywróżyłaś.-
- Bardziej… mam nadzieję.- westchnęła Jaine.
- I tak musimy się tym zająć. - stwierdziła młoda wampirzyca - Chyba, że macie inne pomysły?- Moi przyjaciele złapali trop! Możemy ruszać! - krzyknął do przyjaciół Garry i ruszył przodem. Reszta za nim, w tym Vincent z wyraźną niechęcią.
- Będę cię bronić. Uszy do góry. - odezwała się dziewczyna do maga, gdy podążali za Garrym.Mag tylko kwaśno się uśmiechnął, gdy ruszyli przez las podążając za wilkami. Poruszali się wolniej niżby chcieli, bowiem śniegu było sporo i te zaspy spowalniały ich. Było oczywiście i dość pewnie mokro i niewygodnie Vincentowi, ale co najgorsze… nadnaturalna szybkość najsilniejszych członków grupy mogła być dość ograniczona przez ten trudny teren.
Minęła godzina podążania za wilkami i jak na razie… bez powodzenia. Śladem co prawda podążali, ale stwora/stworzeń nie widzieli.- Nie możesz nam zrobić za magiczny kompas, czy coś? - zapytała Ann Vincenta.
- I wskazywać ten sam kierunek co wilki? Problemem nie jest…- w przeciwieństwie do pozostałych członków wyprawy Vincent się męczył i teraz zmęczony zaczął dyszeć.- Zróbmy przerwę.Ann spojrzała na Szeryfa.
- Mógłbyś trochę ponieść nam maga?
- W sumie.- zastanowił się Joshua i wzruszył ramionami.- Czemu nie.-
- Czemu nie. I tak bardziej poniżony już być nie mogę.- westchnął dramatycznie Vicent grzecznie dając się wziąć na barana.
- Wynagrodzę ci to później. - zachichotała dziewczyna.Minęło kolejne pół godziny nim w końcu zauważyli go. Potwór był… nie do opisania. Nie do zrozumienia. Ann spoglądała na amalgamat dwóch lub trzech ciał. Ludzkich? Wampirzych. Jeden lub dwa torsy… zmienna ilość rąk, twarzy. Usta, nosy przenikały przez siebie. Oczy pojawiały się i znikały gdy się ruszał. Tak zmienna masa kończyn była jakoś znajoma… tym bardziej że potwór nie składał się z części ciał, tylko te jakby przenikały przez siebie?
- To nie jest inna istota. To nawet nie jest istota. To jest kilka istot zajmujących tę samą przestrzeń fizyczną w tym samym czasie. - wyjaśnił mag.- Dlatego tak przenikają przez siebie.
Ann wyraźnie nie wiedziała co z tym fantem zrobić.
- Może... Poznajecie kogoś z tych zaginionych Kainitów? Co wam zniknęli ze Stillwater. - zgadywała.
- Czasami wygląda jak …bladolicy przywódca anarchów. Ten co mi zwiał do szpitala. - przypomniał sobie Joshua wspominając.- Czasami.
- To może być w tym on. - wzruszyła ramionami - Więc... Co z tym robimy?
- Tak czy siak, trzeba go zabić. Pytanie tylko … jak.- przyznał Joshua .- Obserwując jak stwór chaotycznie się miota co chwila zmieniając nieco postać, gdy kolejny “fragment” istoty zastępował obecne. Towarzyszyły temu nieludzkie jęki i wycia.
- Teraz już wiesz czemu należy omijać szpital w nocy.- wtrącił William zwracając się do Ann.
- Miotacz ognia by się przydał. - spojrzała na Joshuę - Może niech Nadia go tu kopnie.
- Na razie sprawdźmy czy boi się ognia.- rzekła Jaine i wykonała kilka gestów dłonią jakby coś tkała. Wokół potwora zaczęła eksplodować ziemia, tworząc ścianę płomieni. Co sprawiło, że się cofnął w przestrachu.
- Przynajmniej boi się. - oceniła efekt swoich działań. - To zawsze coś.
- Nawet jeżeli by się nie bał to przecież i tak by płonął pięknie. - stwierdziła i spojrzała na maga - Chyba, że ty byś mógł go ogniem potraktować?
- Nie używam sił, ani ona też. To nie jest magia Tremere tylko ułuda Ravnosów. Sztuczka ze światłem i cieniem. Kłamstwo.- wyjaśnił Vincent ćmiąc papierosa.- Wielce przekonujące kłamstwo.-Tymczasem stwór bełkocząc coś pod nosem cofnął się i zauważył obserwującą go grupkę wampirów. Wilki Garry’ego cofnęły się z podkulonymi ogonami, gdy stwór ruszył w ich kierunku.
Ann też się cofnęła patrząc co inni robią.Joshua i William stanęli przed nimi. Toreador z mieczem w ręku, Brujah sięgnął po służbowy rewolwer i zaczął strzelać.
Te kule chyba nie uczyniły mu szkody. Wincent sięgnął do kart, przetasował i zaczął wyciągać. Jedną, drugą, trzecią. Mając “wachlarz” z trzech kart, wykonał zamach ręką przecinając powietrze i tworząc srebrzystą szczelinę przed sobą, wsunął w nią dłoń z kartami. Ta znikła, a potwór zawył z bólu i zaskoczenia… bo coś rozrywało jego od wewnątrz strukturę, niszczyło ją jak trąd.
Ann wygląda na bardzo zafascynowaną działaniem maga. Sama zdawała się ograniczyć do kibicowania.
Cokolwiek Vincent robił, to działało. Potwór zaczął kręcić się w kółko, rozrywany i korodowany od środka. Niemniej sztuczka wiele maga kosztowała, robił się coraz bardziej blady i coraz bardziej spocony.
William rzucił się do przodu uzbrojony w miecz i gotów, by sprawdzić jego użyteczność. Nie był tak szybki jak zazwyczaj. Miękki śnieg spowalniał jego bieg. Niemniej zabijany od środka stwór, niespecjalnie się mógł się bronić. Pierwszy zamach mieczem przeszedł przez ciało stwora nie trafiając na żadne przeszkody i nic mu nie czyniąc. Ale kolejny uciął połowę materializującej się głowy. Jednej z głów.
Ann początkowo przymierzała się do strzału, ale zrezygnowała mając problemy z celowaniem przy szybkich wampirach. Z zaniepokojeniem patrzyła na stan człowieka.
Potwór odskoczył i sięgnął po broń. Po dwa pistolety i jedno uzi. Każde trzymane przez inną dłoń zaczęło wystrzeliwać pociski których Williamowi nie było łatwo uniknąć. Niemniej gdy jeden Blake unikał… pozostałe dwa zaatakowały. Gdyż nagle, nie wiadomo skąd, pojawiły się dwie kopie Toreadora. Sterowane delikatnymi ruchami palców Ravnoski. I choć nie mogły uczynić mu krzywdy, to potwór tego nie wiedział.
Najważniejsze że ta trójka odciągała uwagę potwora, od prawdziwego sprawcy jego agonii. Mag nadal trzymał dłoń stworzonej przez siebie szczelinie i coś… tam… robił. Coś co zabijało “trójwampira”.
Ann jedynie wstała tak, aby potwór nie zauważył maga. Wiedziała że w tym momencie bardziej nie pomoże silniejszym wampirom.
Kolejna ręka, kolejna broń. Nagle stwór zawył, gdy jego ręka dosłownie odpadła oderwawszy się od jego… ciała. I spadła na ziemię. Stwór się zachwiał coraz bardziej rozsypując.
Dla Vincenta musiała to być ciężka przeprawa, bo chwiał się lekko na nogach i mimo zimna cały był spocony.
Dziewczyna starała się być w pogotowiu i w razie czego móc go przytrzymać.
Mimo sztuczek Jaine, William nie uniknął wszystkich strzałów trójwampira. Jedna z kul trafiła go w bark… strzał jak i efekt był porażający. Toreadora odrzuciło do tyłu i zwinął się z bólu.
Czemu? Przecież to była tylko kula z pistoletu. Takie strzały powinien z siebie strząsnąć niczym krople deszczu płaszcza.
Potwór tymczasem się zachwiał i upadł podcięty… jego kawałki odpadały od korpusów i rozkładały się w przyspieszonym tempie. Potwór przegrywał, ale i Vincent słabł coraz bardziej.Zacisnął jednak zęby i drugą dłonią oparł się o Ann.
Dziewczyna wzięła na siebie przytrzymywanie całej jego ciężkości, aby w ten sposób człowiek nie musiał wysilać swoich mięśni.- Trzymam cię. - wyszeptała mu do ucha.
- Mhmm…- oparł z trudem mag i machnął ręką. Potwora rozerwało na kawałki.A sam Vincent osunął się na śnieg.- Cholera… to była kosztowna… zabawa.
Ann uniosła Vincenta, by ten nie marzł na śniegu.
A Garry, Joshua i Jaine pobiegli do leżącego w śniegu który najwyraźniej cierpiał z powodu postrzału.
Ann podchodziła powoli w stronę Williama.- To była inna broń niż zwykły pistolet?
- Wyglądał jak zwyczajny pistolet.- zdziwił się szeryf.
- Ale istniał wielofazowo, jak sam potwór. Pocisk też… nie dosięgłby go, gdyby poruszał się tylko w naszym wymiarze.- wydusił z siebie Vincent, sięgnął po talię. Przetasował. Wyciągnął kartę i nakrył nią dłoń. - Hokus pokus diplodocus.-Odsłonił dłoń w której leżała lekko wibrująca kula. - Mocno nasycona entropią.
- Co to znaczy? - zapytała Ann.
- Entropia to ostatecznie rozpad tego co istnieje… ta kula więc rozkładała to co ją otaczało. Ciało postrzelonego wampira. - Vincent schował karty i sięgnął po papierosa i zapalniczkę.- Szkoda że nie znam sił. Łatwiej wtedy zapalić.
- William się sam uleczy, prawda? - zapytała z troską.
- Prawdopodobnie… tak.- przyznał Vincent chowając kulę do kieszeni i ćmiąc papierosa.- Nie szukajcie takie potwora przez następne parę nocy. Ten numer kosztował mnie sporo.
- Will... Jak się czujesz? - wampirzyca zapytała zmartwiona.
- Żywy.- przyznał Toreador z bladym uśmiechem.- Zabolało jakbym naprawdę był żywy.-Joshua z Garrym pomogli mu wstać.
Gangrel zwrócił się żartobliwie do Ravnoski.- Chyba twoja przepowiednia się sprawdziła. Zginął wampir, a właściwie trzy wampiry w jednym.- Trzeba się postarać by dziś i jutro nie zginęło więcej. - odparła Ann - przynajmniej nie z naszej paczki.
- Czuję się lepiej.- przyznał Toreador uśmiechając się ciepło. A Vincent zamknął oczy i zaciągnął się dymem.- Na mnie nie liczcie, co zrobiłem to zrobiłem. Na więcej mnie nie stać, zużyłem wszystkie sztuczki.
- Musimy dać magowi odpocząć. - pogładziła Vincenta po głowie.
- Wracajmy do pojazdów. Wolę nie tykać szczątków… tego czegoś. Może rankiem gdy wpływ księżyca ustanie, rozpadną się same.- zadecydował Joshua.- Zabieram go ze sobą, Will. - odezwała się Ann.
- Lepiej odnieść do domu. Pewnie ma tam jakieś mikstury i amulety. U mnie nic takiego nie ma.- odparł Toreador, gdy tak szli w kierunku pojazdów.
- Ale on potrzebuje opieki. Śmiertelni są bardzo delikatni. - mruknęła.
- Niewątpliwie… ale nie naszej opieki.- odparł Toreador. - Damy znać Lukrecji to kogoś podeśle.
- Więc mówisz, że lepsza byłaby jakaś podesłana dziwka z burdelu niż ja? - zapytała z urazą.
- Podesłana dziwka z burdelu nie skusi się go possać. A i też nie będzie spała za dnia, kiedy pomoc będzie mu potrzebna.- stwierdził stanowczo William.- Poza tym Lukrecja nie ma dziwek, tylko kurtyzany. Jest w tym pewna różnica.Ann wyglądała jakby William ją spoliczkował.
- Ale... nie jestem pozbawiona samokontroli…
- Ann… znam głód i jego pokusy. Lepiej nie testować swojej siły woli niepotrzebnie. Można się zawieźć na sobie.- westchnął Toreador, a Vincent zbyt zmęczony walką tylko ćmił papierosa.Ann wymruczała coś niewyraźnie, bardzo niezadowolona. Jakby nastolatka, której odmówiono nocowania u chłopaka.
Ruszyli do pojazdów, po tym jak Joshua oznaczył teren gdzie padł potwór. William wydawał się słabszy i często musieli stawać z jego powodu. Męczył się, co napawało go pewnym rodzajem masochistycznej satysfakcji. Ludzki i ludzkie zmęczenie. Minęły wszak wieki odkąd je czuł.
- Jeżeli masochizm cię kręci to polecam poprosić Nadię by się tobą zajęła. - powiedziała Ann.
- Nie zrozumiesz… musiałabyś być… starsza. Kilka wieków starsza.- odparł William blado się uśmiechając.Ann wzruszyła ramionami.
- Jeżeli tak mówisz....
Dotarli wkrótce do pojazdów. Wsiedli i ruszyli. Ann u Williama, bo Toreador nie mógł prowadzić. Rana nadal dawała mu się we znaki, choć nie tak mocno odkąd kula została magicznie usunięta. Caitifka musiała zawieźć go do domu.
Nie mówiła niczego podczas podróży, wyraźnie pogrążona w swoich myślach... i może w swoim żalu.
Noc powoli się kończyła, więc Ann pozostawała tęsknota za magiem. Niemniej ta noc się kończyła, a jutrzejsza miała się zacząć słodką obietnicą, przyjęcia u Primogenki Toreadorów. Choć sama nie mogła udać się do Nowego Jorku ponad wyznaczoną jej ilość razów, tooo… ten zakaz nie dotyczył zaproszeń od prominentnych wampirów, a takim wszak była La Bella.
-
Ghule Larry’ego przywieźli auto dla Ann na lawecie. Nie była to klasyczna limuzyna, ale niewątpliwie luksusowe auto. I bladoróżowe. Różowy cadillac. Autko dla Barbie. Larry miał poczucie humoru.-|
A William miał opatrunki. A to już było niepokojące. Zazwyczaj bowiem ciało wampira goiło wszystkie rany jakie Kainita zaznał poprzedniej nocy. Zazwyczaj.
Tym razem na bladym ciele William widoczny był solidny opatrunek, lekko czerwony w okolicy rany.- Nie martw się. Rana jest mniejsza niż wczoraj.- pocieszał ją Toreador. I może miał rację. Ale nadal była i Blake z niej krwawił.
Niemniej Ann nie mogła zająć się tą sprawą w tej chwili. Miała samochód, miała zaproszenie, miała kieckę. Nie mogła przegapić okazji. Nie mogła też tracić czasu. Noc nie trwa wiecznie.

Impreza odbywała się w galerii sztuki należącej do La Belli. W części w której to Primogenka prezentowała swoje ulubione dzieła swoim podwładnym. Bo Ann szybko zorientowała się że na tym przyjęciu są przede wszystkim wysoko postawieni Toreadorzy i może Ventrue. Na szczęście Raze też tu był, jak zwykle w roli ochroniarza. Był jedną z niewielu twarzy które tu znała, gdy przechodziła przez to targowisko próżności. Byli tu piękni mężczyźni i zjawiskowe kobiety. Creme de la creme nowojorskiego klanu Toreador. Ann wśród tej obfitości smakołyków, dość szybko wypatrzyła najbardziej z nich obiecujący… nie tylko delikatnością urody przypominał Williama, ale i też jego strój świadczył o nieco większej fantazji.-|
Kiedy już skończyła się wpatrywać w niego jak w obrazek, ku swojemu zaskoczeniu, zauważyła że na przyjęciu jest jeden z braci Giovanni. Ten który nie zginął w Stillwater, albo jego kolejny “krewny”. Bo przecież mogło być ich więcej niż dwóch. Co ów przedstawiciel tego klanu robił na tym przyjęciu?
Nie miała okazji o tym pomyśleć, bo nagle zjawiła się Elena Belle Dubois ubrana w klasyczną małą czarną i naszyjnik z pereł.- Ach tu jesteś moja droga. William nie skorzystał z okazji by się zjawić?- rzekła ciepło na powitanie i dodała cierpiętniczo. - Szkoda. Wojownicy są zawsze w cenie, nawet ci emerytowani.-
Przesunęła ręką po zgromadzonych osobach w galerii.
- Oto elita klanu Toreador w Nowym Jorku. Zbieranina… mięczaków. Niestety wielu starszych z mojego klanu gryzie już glebę. Ci których tu widzisz są słabi. Świetni w pogaduszkach, w prezencji i olśniewaniu. Ale na widok napastników będą uciekali jak banda dziewic na widok golasa.-
Westchnęła znów ciężko. - Nie udało mi się odbudować potęgi militarnej, za bardzo polegałam na rudej.-
|-Wskazała palcem jednego z wampirów.- Spójrz na niego. Baltazar Cocteau od pół roku knuje i spiskuje… od pół roku planuje intrygę przeciw jednemu z moich doradców. I co z tego? Ostatecznie my jesteśmy drapieżnikami, a nasze spiski to nie gra w szachy. Na końcu trzeba będzie rzucić się do gardła przeciwnika. Myślisz że Baltazar ma dość jaj by wyrwać zębami tchawicę innego wampira ? Nie sądzę.- pokręciła głową .- Te tutaj… są zbyt cywilizowane… draugi ich zjedzą. A ja nie mam zbyt wielu wojowników, a ci których mam… nie są godni zaufania, a skoro już mówimy o niegodnych zau…- przerwała i zwróciła się głośno do podchodzącego do nich znajomego Ann Kainity.-|
- Lucien, jak miło cię widzieć.- rzekła na powitanie.- Ann… poznaj Luciena S. Beauregarda, mojego dobrego przyjaciela i… wielce użytecznego wampira, jak zwykł o sobie mówić.- -

KRWAWA DEKADENCJA
[media]https://www.lulus.com/images/product/xlarge/9941221_2024956.jpg[/media]
Ubrana w czarną kreację Ann w milczeniu słuchała słów Eleny, A kiedy ta przedstawiła znanego Toreadora, bezklanowa uśmiechnęła się lekko.- Raz już wcześniej się spotkaliśmy. - skłoniła się lekko mężczyźnie.
- Pamiętam. Panienka jest z okolicy?- zapytał uprzejmie wampir całując ją w dłoń.- Ze Stillwater?
- Tak, w tym momencie mieszkam w Stillwater. - odparła przyjaźnie z uśmiechem.
- Pozdrowienia więc dla wspólnej znajomej.- odparł z uśmiechem Lucien.- Trzeba przyznać ma dobry gust w doborze uczennic jak i przyjaciół. Jak ci się podoba przyjęcie naszego klanu?
- Szczerze to dopiero przybyłam tutaj. Trochę zajmuje dotrzeć z miasteczka do Nowego Jorku. - wyjaśniła.
- Ach.. no tak. Przekleństwo życia na prowincji.- rzekł współczująco Lucien i dodał.- Niemniej pewnie tam spokojnie i cicho, choć…- uśmiechnął się tajemniczo. - Mogę coś ciekawego podpowiedzieć w kwestii miasteczka.-Bella spojrzała na niego podejrzliwie.
- Czasami jest tutaj bardziej groźnie niż być powinno. - zaśmiała się - Ale z zaciekawieniem słucham twoich słów.
- Doszły mnie słuchy, że przez miasteczko będzie przejeżdżała ciężarówka przewożąca mleko w proszku dla niemowląt. Mleko zrobione z kokainy i być może jakiegoś innego eksperymentalnego narkotyku, ciężarówka należy do kolumbijczyków.- rzekł z uśmiechem Lucien.
- Powiązanych?- zapytała Primogenka.
- Z tego co wiem z nikim z miasta. Ten gang kolumbijski jest nowym graczem w mieście. Jeśli ma patronów to w rodzinnym kraju, nie tutaj.- wyjaśnił Toreador.
- Dziękuję za informację. Nasz książo-szeryf na pewno z chęcią zajmie się tym złamaniem prawa. - odparła z wdzięcznością.
- Drobiażdżek. W końcu czego się nie robiły dla przyjaciół mojej Primogen.- odparł dwornie Lucien.
- Czego się nie… robi…- mruknęła pod nosem Bella przyglądając się Lucienowi.- A jak upływa panu czas? - zagaiła notując w pamięci reakcje Eleny.
- Och… przyjemnie. Lubię podziwiać piękno, a tu go wszak nie brakuje.- odparł kurtuazyjnie wampir.
- Często pan bywa na takich przyjęciach?
- Och, nie tak często jakbym chciał. Mam dużo interesów które muszę pilnować.- odparł z uśmiechem Lucien, a Primogen mruknęła coś tylko cicho pod nosem.
- Ostatnim razem gorąco było z tymi assamitami. Często pana miejsce przyciąga kłopoty? Bo Stillwater nie... Dopóki nie zaczyna. Jak zacznie to na poważnie.
- Nie wygrasz niczego sensownego grając o niższe stawki. Moje przybytki i kontakty wymagają odrobiny ryzyka z mojej strony, ale musicie przyznać moje śliczne, że dostarczam towar którego nigdzie indziej nie zdobędziecie. - odparł uprzejmie Lucien. A Primogenka dodała.- Chyba że u Nosferatu lub Malkavian… lub u niektórych Ventrue.-
- Ale za jaką cenę.- zaśmiał się wampir.- A cóż takiego mógłbyś mnie zaoferować? - zapytała całkowicie skupiona na mężczyźnie.
- Wiedzę. Znam sporo plotek. - odparł z uśmiechem Lucien.
- Głównie dotyczących kryminalnego półświatka Nowego Jorku i nadnaturalnego…- doprecyzowała Bella.
- Och, gdyby pan pochodził po Stillwater to może by zwiększył zasób wiedzy o nadnaturalnym. - zaśmiała się Ann.
- Doprawdy? Niczego się nie domyślasz?- zdziwił się Lucien z żartobliwym uśmieszkiem na obliczu.Ann zastanawiała się przez chwilę.
- Och. - pokiwała głową - Rozumiem.
- Lucien uwielbia jazdę po krawędzi i kiedyś będzie to go wiele kosztowało. - odparła La Bella.
- Ale dzięki temu jestem wielce użytecznym krwiopijcą moja pani. - odparł dwornie Kainita.- Bycie na krawędzi jest narkotyczną rozrywką. Uczucie niesamowite, ale czasami może nie być tego warte. - wzruszyła ramionami.
- Być może… niemniej nieżycie staje się bardzo nudne. - mężczyzna odparł z uśmiechem. - Więc trzeba pobudzić martwe ciało do życia… ekscytacją.
- Co racja to racja. - przyznała dziewczyna, chodź miała na myśli trochę inny sposób wzbudzania tej ekscytacji.
- Z przyjemnością się jeszcze spotkam z tobą Ann, ale w tej chwili mam wrażenie że zaczynam przynudzać.- dodał Lucien planując się pożegnać.
- Tylko bądź grzeczny.- westchnęła Toreadorka.
- Zgodnie z twoim życzeniem.- pożegnał się Lucien cofając się, a następnie oddalając.- Mam nadzieję że nie jesteś zazdrosna, że nie poświęcałem ci uwagi. - odezwała się do Eleny.
- Zazdrość mną nie kieruje. Nieufność bardziej. Jak wspomniałam, to wielce użyteczny wampir. I dlatego jeszcze żyje. - odparła Bella i spojrzała w kierunku Ann. - Bądź zawsze czujna w jego obecności. Pozuje na Toreadora, ale nim nie jest.
- A kim jest? - zapytała zaciekawiona.
- Ravnosem? Assamitą? Skruszonym Sabatnikiem? Lasombrą może? Nie wiem kim jest. Wiem kim nie jest.- wyjaśniła Bella. - Nie jest członkiem Sabatu, ale ma kontakty wśród nich. Nie jest członkiem żadnej rodziny mafijnej, ale… ma personalne koneksje. Nie jest magiem, ale… znów… wie, co w trawie piszczy u magów. Jedynie od wilkołaków trzyma się z daleka.
- Ciekawe. - stwierdziła Ann - Ach, William na razie i tak nie mógłby się pojawić. Liże pozostałości z wczorajszej walki.
- A z kim żeście się bili? Mało kto może zmusić Williama do wysiłku w tych czasach.- Bella była zdecydowanie zdziwiona słowami caitifki.
- Z wieloma istotami złączonymi w jedno. Z tym co weszło do szpitala jako wielu anarchistów i wyszło połączone ciałami w jednym miejscu i wielu rzeczywistościach na raz. Zadawało rany... Wielowymiarowo. I w różnych czasach.
- Brzmi ezoterycznie. Coś dla Tremere. - oceniła Elena i dodała z troską. - Potrzebuje pomocy?
- Na razie chyba wszystko jest pod kontrolą. Mamy też własnego maga teraz i dzięki niemu pokonaliśmy to stworzenie. Jeżeli zmieni się coś to po prostu się z tobą skontaktuję.
- Będę wdzięczna. A i muszę cię pożegnać, jako gospodyni przyjęcia mam swoje obowiązki.- wyjaśniła z uśmiechem Primogenka.
Sama Ann przechodziła po przyjęciu i próbowała poznać zgromadzonych. Chciała wiedzieć w jakim świecie żyją wyższe kasty wampirze i tak naprawdę umiała ochotę do nich przystać.
Póki co wszystko wydawało się znajome. Atmosfera tutaj przypominała te wszystkie snobistyczne imprezy, których była uczestniczką za życia. Wampiry zachowywały się wobec niej kurtuazyjnie i uprzejmie acz… wyczuwała pewien dystans wobec siebie. Ich dobre maniery na pewno wywołane były faktem, że była tu z zaproszenia ich Primogenki. Ach te fałszywe uśmiechy, je również znała z czasów gdy była ciepła.
Ann podobała się ta fasada, bo była fałszem jaki znała. Próbowała zrozumieć emocje tłumu wobec siebie, ale także wobec całej tej imprezy i obecnej Primogenki. Zastanawiała się czy w tej zbieraninie znajdą się jacykolwiek nieprzyjaźni Elenie.- Ach… czyż nie jest to nowy uroczy haczyk naszej Pani? Jak masz na imię ptaszyno?- usłyszała za sobą i odwracając zobaczyła owego znajomego przystojniaka o czarnych jak kruk włosach.
Dziewczyna odwróciła się do nieznajomego tanecznym ruchem niby porcelanowa lalka ukryta w pozytywce.
- Ann Paige. - dygnęła z wprawą.
- Esteban Drake… sługa uniżony. - odparł dwornie wampir. - Więc, jak już zauważyłem, tylko sobie zwiedzasz. Nie natrafiłaś na koterię godną twojej osoby?
- Nie miałabym wysuwać takich wniosków o waszej zgromadzonej tu społeczności. - zaprzeczyła - Jest to po prostu mój pierwszy raz bytności w waszym otoczeniu, aby nie zburzyć go jakimś moim zachowaniem.
- Bardzo dyplomatyczne podejście. Urocze. Niepotrzebne.- przyznał nonszalancko mężczyzna. Przesunął dłonią po okolicy. - Witaj na targowisku próżności. Tylko tu znajdziesz tylu zapatrzonych w siebie pyszałków obu płci.
- Zaliczasz się do nich, dobry panie? - zapytała lekko rozbawiona drocząc się z nim.
- Skromnie powiem, że tak.- odparł “wstydliwie” wampir.
- A dlaczego ty nie przebywasz w żadnej Koterii?
- Kto powiedział, że nie przebywam? - odparł mężczyzna i wskazał stojącą z boku drobną wampirzycę o platynowych włosach i czarnym stroju . Która im się przyglądała z ciekawością.- Mogę? - Ann wsunęła rękę pod ramię wampira - Bo chętnie bym się zapoznała.
- Oczywiście.- Esteban ruszył w kierunku kobiety. - Ann poznaj moją siostrę w ciemności Annabellę.-Blondynka uśmiechnęła się mówiąc. - Miło mi.
- Z wzajemnością. - odparła Ann również uśmiechając się do... swojej imienniczki.
- Wrzucona w kłębowisko żmij przynęto na spojrzenia. Dzisiejsza sensacjo, jutro pójdziesz w zapomnienie. Powinnaś więc skorzystać z okazji, zamiast snuć się jak widmo.- zaproponował Esteban.
- Mój… braciszek… ma rację. To nie czas i okazja na zwiedzanie. - wtrąciła Annabella.- Ale zakładam że przybyłaś tu bez planu?
- Bycie w miejscu, które nie ma żadnego życia społecznego potrafi wpływać źle na własne umiejętności społeczne. - Ann westchnęła ciężko - Ale uznałam, że trzeba się rozruszać, a okazja jaką zaoferowała droga Elena była nie do odrzucenia. Nasza wspólna historia w pewien sposób zobowiązuje. - rzuciła niejasną informację niby bez powodu, sama zaciekawiona jak wiele może taką grą zyskać.
- Na pewno się rozruszałaś, wędrując po galerii. Co teraz planujesz?- zapytała blondynka, a jej brat w ciemności rzekł.- My planujemy dyskretnie się wyrwać z tego drętwego przyjęcia.
- I co knujecie robić? - zaciekawiła się.
- Wyskoczyć do miejsca gdzie naprawdę można się zabawić. - odparła wampirzyca. - Tutaj jest dla nas za sztywno. Nie jesteśmy jeszcze aż tak martwi.
- Czyli gdzie? I czy to tak ładnie urywać się z zaproszenia swojej szefowej?
- Byliśmy, rozmawialiśmy, czego oczekiwać więcej. - odparł Esteban, a Annabella rzekła z uśmiechem. - No… oczywiście do nocnego klubu. Takiego dla wtajemniczonych.
- Kluby tracą swoją otoczkę, gdy przestajesz móc pić alkohol. - zaśmiała się.
- Nie wiesz jak wampirzemu pić alkohol? - zapytała wyraźnie zdziwiona blondynka.
- Wiem, ale to nie to samo pić krew kogoś kto wcześniej pił taki alkohol.
- A nie wyglądałaś na kogoś kto nie lubi zabawy.- ocenił smutno Esteban. Annabella skinęła głową zgadzając się z nim. - Możesz tu zostać i przechadzać się po salach, albo udać się z nami. Twój wybór.Ann rozejrzała się. Zastanawiała się. Niby nie powinna...
- Jak chcecie się urwać?
- Wyjść. Po prostu. Nie jesteśmy starszymi klanu. Nie mamy znaczącej pozycji. Więc nasza obecność nie jest tu konieczna. - odparł Esteban i dodał z uśmiechem. - Jesteś tu pierwszy raz, więc tego nie zauważasz, ale klan dzieli się na tych ważnych typów o dużych wpływach i całujących ich dupy podlizujących się młodzików, a ja… już się dość dup dziś nacałowałem.To był bardzo ciężki wybór dla młodziutkiej wampirzycy. Niby chciałaby urwać się stąd i pójść z tymi młodymi, ale widziała, że tak naprawdę wedle prawa nie powinna w mieście przebywać. Możliwe też było, że zrobi problemy samej Elenie.
Argh...- Bardzo kusicie. - przyznała z bólem - Tylko jestem w trochę bardziej skomplikowanej sytuacji. - spojrzała ze smutkiem - Nie mogę z wami pójść.
- Twoja strata.- stwierdził blondynka i skinęła ręką na pożegnanie. A Esteban rzekł z pocieszającym uśmiechem. - Może następnym razem.
- Bawcie się dobrze i wystarczająco grzecznie. - pożegnała ich. Po czym patrzyła jak odchodząc pozostając na przyjęciu Eleny.Annabelle spojrzała na jednego osobnika prócz Eleny, którego poznała. Lucien był zajęty rozmową z nieznaną wampirzycy kobietą . Przybliżyła się trochę, aby spróbować odgadnąć coś więcej z ich konwersacji.
- Mój drogi… czego ty ode mnie oczekujesz. Twoje interesy są bardzo ryzykowne. - wzdychała wampirzyca. - Jak długo wpływy Toreadorów mają przykrywać twoje wpadki. Ile jeszcze zniesie szeryf miasta?-
- Falconim się nie martw moja droga. On to mój problem.- odparł Lucien z uśmiechem.- Wspomniałem dziś, że wyglądasz zjawiskowo?-
- Tak. Dwa razy już. Nie mydl mi oczu Lucienie.- mruknęła rozbawiona wampirzyca.
- Mi tylko los naszego klanu leży na sercu. Nie ma co ukrywać. Nie zgromadzimy łowców na polowanie na draugi. - odparł cicho pseudo-Toreador.
- Niemniej twój plan…- westchnęła wampirzyca.- Czemu ty nie dołączysz do grona potencjalnych łowców? Chętnie bym zobaczyła to gibkie ciało w śmiertelnym pojedynku z innym drapieżnikiem.-
- Niestety zostałem stworzony do miłości, nie do wojny.- odparł żartobliwie Lucien. Czerwonooka nagle spojrzała w kierunku Ann i ta odruchowo oddaliła się bojąc że została przyłapana na podsłuchiwaniu. Niespodziewanie pobliski obraz stał się bardzo interesujący.Ann dłużej się przyglądała nim ponownie zaczęła przeszukiwać zgromadzenie w poszukiwaniu interesujących strzępków rozmów.
Mijały godziny, gdy meandrowała wśród knujących, flirtujących, kłócących się koterii wampirów. Przezornie omijała starszych. Lepiej sobie nie narobić kłopotów u wpływowych wampirów. Praca dla Cyrila ją tego nauczyła. Niestety smakowitych kąsków nie miała okazji skubnąć… większość tych Kainitów nie znała, a i padające imiona podczas rozmów były jej w większości obce. Powoli zaczynała się nudzić.Zaczęła żałować, że nie poszła z tamtą dwójką, chodź zakładała, że mogłoby to naprawdę wplątać ją w kłopoty. Naprawdę byłaś zirytowana, że była jedynie małym kundelkiem i nie posiadała żadnych wpływów, a nie chciała za bardzo skakać po byciu przedstawicielem Joshui.
Odsunęła się od rozmawiających najbardziej jak tylko mogła i wyciągnęła własną komórkę, aby wybrać numer do zbolałego Williama.- Hej. Dobrze się bawisz?- zapytał na wstępie.
- Na pewno byłoby lepiej, gdybym nie była po prostu... - umilkła na chwilę - Po prostu sobą. A jak z twoją raną? Boli cię? Ciągle krwawi?
- Ból jest przyjemny, bo ludzki. Rana nadal krwawi, ale Vinc po przybyciu i obejrzeniu stwierdził że z czasem to minie. Że rzeczywistość ma tendencje do tłumienia takich aberracji… szczerze powiedziawszy w połowie jego wykładu przestałem słuchać, a zacząłem potakiwać.- odparł William i dodał.- A tobie tam brakuje przede wszystkim znajomych twarzy. Przypuszczam, że La Bella cię porzuciła? To zrozumiałe. Jest gospodynią i Primogenką. Nie może cię ciągle rozpieszczać, nawet jeśli ma na to ochotę. Podejdź do niej i powiedz, że chcesz się przewietrzyć. Na pewno zrozumie i ci pozwoli.
- A prawda, że Vinc jest uroczy? - niespodziewanie zapytała.
- Naprawdę… chcesz żebym… wypowiadał się w kwestii urody twojego “chłopaka”?- odparł zakłopotany Toreador.- Nie wystarcza ci, że wodzę spojrzeniem za twoim ghulem?Ann lekko zaśmiała się.
- Nawet nie byliśmy na żadnej schadzce. Plotkuję, by wiedzieć czy dobrze wybieram.
- Nie jest całkiem w moim typie. Trochę za dużo kija w dupie. - odparł ze śmiechem Kainita.- Ale przystojny.
- I umie magię. - dodała z wyraźnym podekscytowaniem w głosie.
- Jest magiem w końcu. - przyznał William. - Nie jedynym na świecie.
- Ale ten jest pod ręką.
- Masz małe wymagania.- zaśmiał się Toreador.
- Pogadam z Eleną. Ty się nie nadwyrężaj.
- Miłej rozmowy. - odparł ciepło na pożegnanie.
Ann szukała Eleny, jednocześnie nie chcąc jej wchodzić w rozmowę. Ta akurat kończyła rozmowę z jakimś wyniosłym, ale uprzejmym Kainitą. Caitiffka stanęła by nie przeszkadzać, ale wyraźnie oczekiwała na rozmowę z Eleną. Blondynka widząc podchodzącą Ann przerwała rozmowę i podeszła do Caitifki.
- I jak ci się podoba przyjęcie?
Ann uśmiechnęła się lekko.
- Jest dość otwierające oczy. - przyznała - Kiedy jest się takim malutkim robaczkiem jak ja, wiesz…
- Ma swój urok to przyjęcie, choć dość szybko zaczyna być nużące.- przyznała Toreadorka.
- Miałabym prośbę... - zaczęła mówić powoli - Czy mogłabym wyjść trochę się przewietrzyć?
- Pod warunkiem, że nie pojedziesz pod siedzibę Tremere. - zgodziła się Toreadorka. - Znasz adres hotelu w którym was gościłam, prawda? Pokój już tam na ciebie czeka. Wróć tam przed świtem, żeby Blake się nie martwił.
- I nie będzie żadnych problemów z powodu mojej samodzielnej bytności w mieście? - zapytała już zadowolona.
- Jesteś moim gościem oficjalnie, acz… radziłabym nie próbować testować tej kwestii i nie przyciągać uwagi prowokacjami. - wyjaśniła La Bella.
- Słowo! - odparła radośnie - Przy innej okazji inaczej ci podziękuję.
- Nie ma problemu.- odparła ciepło Kainitka.
Jazda samochodem przez ulice Nowego Jorku… z początku bez celu. By przewietrzyć, uporządkować myśli. Więc zaskoczyło ją, gdy nagle radio zaczęło szumieć, a GPS szaleć… Nie spodziewała się po Larrym bubla. Jeszcze bardziej zaskoczyło ją, gdy kierownica obróciła się w jej dłoni ignorując fakt, że ją trzymała. Pedały wciskały się same. Samochód niczym opętana bestia, przyspieszył i nagle skręcił. Ann poczuła zimne ukłucie strachu. Została… porwana przez kogoś, kto potrafił opętać jej auto.
Ann zaczęła sprawdzać czy jest w ogóle w stanie cokolwiek uruchomić i czy drzwi są zamknięte. Drzwi były zatrzaśnięte i szyby zasunięte. W końcu była zima. Auto szybko skręcało raz po raz, wyraźnie kierując się ku jakiemuś celowi meandrując uliczkami Nowego Jorku. Ann nie znała tego zakątka miasta. Jakaś dzielnica przemysłowa?
Kundlica westchnęła ciężko i zaczęła się zastanawiać kto mógł to zrobić. Jakiś mag na pewno.... Ale który? Giovanni?
Przez chwilę rozważała próbę wydostania się przestrzelenie szyby, ale zaraz uznała, że to będzie za duże zwrócenie uwagi przez kogoś kto w ogóle nie powinien być w tym mieście. Zostało czekać.
Auto zatrzymało się nagle i otworzyło drzwi od strony pasażera. Silnik pozostał na chodzie, a Ann zauważyło kobietę biegnącą w jej stronę. Blondynkę ostrzyżoną na krótko, której niesforne pukle układały się na głowie i ze złotymi słuchawkami na szyi. Biegła pospiesznie w jej kierunku trzymając w rękach komórkę. Coś… humanoidalne sylwetki w garniturach, podążały za nią w pośpiechu na czworaka, niczym stado zwierząt.Ann patrzyła na gromadę zaskoczona szczerze nie wiedząc co tu się dzieje. I w co tak naprawdę się władowała…
Marge wpadła do auta i zamknęła drzwi krzycząc.- Gazu! Gazu! Gazu!-
I coś klikając na komórce.
Stworzenia, choć wyglądały jak ludzie i poruszały się na czworaka jak zwierzęta, nie były ani jednym ani drugim. Ruchy ich kończyn były jakieś takie mechaniczne, a oblicza… bezosobowe.
Niemniej wyglądali groźnie.
Ann nie zadawała pytań, a po prostu ruszyła tak szybko jak tylko zrozumiała, że już jest w stanie operować samochodem. Skierowała się szybko na ulicę z dala od tej, na której się znajdowali.
Tamci widząc że zwierzyna im ucieka ruszyli za nimi coraz bardziej zbliżając się do pędzącego wozu. Nagle jeden skoczył w górę i wylądował na dachu, impet zatrząsł całym autem. Ile on ważył.- Cholercia, szybciej no…- mruczała Marge coś szukając w komórce. - No gdzie jesteś.
Wampirzyca wyglądała na trochę zirytowaną. Przycisnęła gazu i zaczęła wykonywać także ostre skręty abyś zrzucić to coś.
Łup, łup, łup… coś kafar waliło w dach. Podczas gdy jego towarzysze próbowali osaczyć auto z obu stron.- Jedź w kierunku centrum. Im więcej ludzi tym większa szansa że nie będą chcieli wywoływać sensacji. - poradziła nerwowo Marge sama coś klepiąc na komórce.- nooo… dawaj dawaj.
Ann skierowała się ku centrum sycząc z irytacją.
- A może dadzą mi spokój jak cię po prostu wyrzucę stąd na ulicę. Oddam im.
- No wiesz… kumpelę zostawisz na pastwę losu?- mruknęła Marge, a potem krzyknęła głośno. Gdy pięść przebiła dach wdzierając się do środka pojazdu. Pod rozdartą skórą i krwią widać było błyski metalu.
- Użyj magii, do cholery! - krzyknęła Ann - Bądź przydatna! - zahamowała nagle ostro.
- Daj mi jej użyć więc i nie bądź…- potwór zsunął się ciałem na maskę oraz przednią szybę, nadal jednak zahaczony ręką o dziurę w dachu. Każda istota, żywa i… nieumarła powinna odczuć takie hamowanie. Ale nie on. Jego twarz była jak oblicze manekina. Pozbawione uczuć.
- …taka niecierp…- Marge wcisnęła ENTER na komórce i potworem zaczęły targać silne drgawki, a przez ciało przechodzić silne wyładowania elektryczne.
- Ruszaj, ruszaj, ruszaj… -wrzeszczała Marge wciskając “przycisk” na smartfonie i wrzeszcząc. - Giń! Giń! Giń do licha!
- Nasza Tremere by to zrobiła lepiej. - wchodząc na dumę magini w ten sposób starała się ją "motywować".
- Wątpię… te skurczybyki są uodparniane na magyię…- burknęła Marge gniewem próbując zamaskować panikę. Przeciwnik zakrywał pole widzenie więc Ann musiała jechać na ślepo unikając pozostałych ścigających ich potworów. Ten trzymając się dachu mimo wstrząsów elektrycznych próbował rozwalić przed nią szybę i chwycić Ann za szyję.
- Giiiiń.- kolejny wstrząs w końcu go wyłączył, a Marge w pośpiechu próbowała wypchnąć rękę z dziury w dachu.Zirytowana Ann sama wypchnęła rękę przez dziurę i tym samym przejechała po napastniku, gdy jej wpadł pod koła.
- Co to ma być?!
- Nie chcesz wiedzieć. Ja nazywam ich terminatorami, choć pewnie mają jakąś właściwą nazwę. To cyborgi Technokracji… te tutaj, należą do najbardziej prymitywnych. Taka tam ich masówka. - odparła Marge, gdy uciekały uliczkami, aż w końcu wpadły na bardziej ruchliwy zakątek. Tu oczywiście ich rozwalony wozik robił wrażenie na przechodniach, ale terminatory wolały nie zwracać na siebie uwagi. Powróciły do ludzkiej pionowej postawy i odpuściły sobie pościg.
- Mało brakowało.- westchnęła z ulgą Marge.
- Co przeskrobałaś? - fuknęła Ann kręcąc w kierunku hotelu... gdzie jednak nie miała zamiaru zostawiać zniszczonej bryki.
- Oczywiście że przeskrobałam. Jestem rebeliantką walczącą z Systemem. Bojowniczką o wyzwolenie z tyranii Technokracji. Inne Fundacje mogą traktować tę Wojnę Wstąpienia jako chwyt propagandowy, ale ja… naprawdę walczę.- odparła z dumą blondynka. - Tylko nie mów nic Herbertowi. By się wściekł na mnie.Ann nie wyglądała jakby ją poruszała wojna z systemem... O jakimkolwiek systemie ta dziewczyna mówiła.
- A nie przyszło ci do głowy, że w ten sposób mi możesz sprawić problemy? Bo sprawiłaś. - mruknęła i zaparkowała wóz w jednej z bocznych uliczek.
- Oj tam… - machnęła ręką Marge.- Nie jesteś stąd i jesteś wampirem. Nie obchodzisz Technokracji. Zresztą dane które wykradłam nie są warte zachodu. To tylko miejscowa ochrona lokalnego maga. I to stojącego nisko w hierarchii. Właściwie nie przyjrzałam się dokładnie wszystkim plikom osobistym jeszcze.
- Nie obchodzi mnie ta cała Technokracja czy inne wasze bójki w magicznym świecie. - mruknęła odwracając się do Marge - Ale to cała akcja mogła mi zaszkodzić, jako że ja w ogóle nie powinnam być w tym mieście. Zostałam zaproszona przez primogenkę jednego klanu, a teraz nie jestem z nią. I nie powinnam zwracać na siebie takie uwagi.
- No… nie martw się. Powiesz, że cię porwałam. Zwalisz winę na mnie.- odparła pojednawczo blondynka.- I będę ci wisieć przysługę. Jak coś trzeba będzie znaleźć, daj znać mi.Ann zastanowiła się.
- I dasz mi się ugryźć.
- Co?- spytała zaskoczona blondynka.
- Ugryźć bym wypiła trochę twojej krwi. Nie martw się. To przyjemne dla człowieka. Nie mam też żadnego zamiaru komukolwiek robić krzywdy lub Przemieniać. Nie sprowadziłabym na kogoś innego mojego losu. - wyjaśniła.
- Nie urodziłam się wczoraj. No ale wiesz… tak bez randki? - wyszczerzyła ząbki blondynka.- Gdybym wiedziała, że jestem w twoim typie, założyłabym wyjściową kieckę. -Machnęła ręką.- Wsiadaj do wozu. Jedziemy do mnie. Tam się pomigdalimy.
Ann uśmiechnęła się radośnie.- Wskazuj drogę.
Magiczka wsiadła do wozu i wystukała coś na smartfonie. Na GPSie auta pojawiła trasa.
- Masz.- dodała wzruszając ramionami.- Nie licz też na mocne uderzenie. Zużyłam sporo kwinty.
Ann wsiadła za kółko.
- Szczerze nie wiem co to ta kwinta. Nigdy nie spróbowałam krwi maga. - ruszyła wedle wskazówek na gps'ie - Na razie Vincent odkłada się w czasie, więc na randkę z nim nie mam szans tak szybko.
- Też chodziłam z wampirem. Było fajnie. Jakiś czas. Ten Vincent… to kto? - zapytała Marge dla zabicia czasu.
- To ten co został do Stillwater zesłany. Vincent LaCroix.
- A ten… nawet przystojny. A kwinta… to to co czyni krew maga smaczniejszą. Bez niej twój Vincent nie różniłby się w smaku od śmiertelnika. Mag bez kwinty jest cóż… normalny.- wyjaśniła blondynka.
- A co to w sumie daje wam? I jak możecie to stracić?
- Zużywamy sięgając po potężniejszą magyię.- wyjaśniła Marge. - Odzyskujemy medytując na przykład. Ale ogólnie jest to proces powolny. Są inne sposoby… na przykład podkradanie Kwinty ze źródeł Technokracji.
- Tremere też ją mają?
- Tremere to te wampirze magi? Nie. Tremere używają krwi jak wy wszyscy.- odparła Marge.- Nawet zaczęli od sztuki magii krwi, a potem rozwinęli ją w inne dyscypliny.
- A z jakim wampirem byłaś?
- Greco. Przystojny i charyzmatyczny… wasi zwą ich Brujah. Oczywiście Anarch.- odparła z uśmiechem Marge. - Znudziliśmy się sobą, a potem coś go zjadło. Taki los.
- I pewnie temperamentny, co?
- Przede wszystkim świeżak, więc nie miał problemów z erekcją.- zaśmiała się Marge.Ann pokręcila głową.
- Mamy takiego w Stillwater. Jeszcze może i nie da mu się wytłumaczyć, że kiedyś przestanie. Też Brujah. Uważa się za romantyka.
- Nie można mieć wszystkiego.- mruknęła Marge, a auto Ann zajeło na tylne podwórze nieco rozpadającego się budynku mieszkalnego zajętego przez jakąś hipisowską komunę.
- Home Sweet Home.- rzekła z uśmiechem Marge wysiadając.Za nią wysiadła Ann.
- Zrobię nieco nastroju i napijemy się… ja się napiję. A potem ty zrobisz drinka. Trochę cię pomacam. Nie żebym jakoś specjalnie latała za dziewczynami, ale… sama rozumiesz, nie chcę się czuć jak dojna kro…- nagle przerwała wypowiedź i rzekła.- Cześć Stich.-
Z kryjówki w cieniach budynku wynurzył się bladolicy Kainita. Ubrany na czarno i przekłuty tu i tam wampir spojrzał podejrzliwie na Ann i zwrócił się do Marge.- Starsi się o ciebie martwili.-
- Jak uroczo z ich strony. Niemniej nie jestem małym dzieckiem. Nie potrzebuję opiekuna.- burknęła Marge.
Ann spięła się widząc innego wampira. I to Nosferatu...
Nie spodziewała się takiego problemu.- Starsi.- mruknął Stich i następnie rzekł. - A to kto?
- Ann poznaj Sticha. Stich to Ann, będziemy się razem lizać i migdalić. Może mnie nawet przeleci, albo ja ją. Chcesz popatrzeć? - zapytała z szyderczym uśmiechem Marge.
- Od kiedy jesteś lesbijką?- mruknął Stich.-Wtedy, kiedy jest mi to wygodnie, to biorę się i za laski. - machnęła ręką Marge.
- Porwała mnie. - wzruszyła ramionami - Przejęła sterowanie nad moim samochodem, gdy w nim byłam. I tak zmusiła mnie do pomocy.
- Psiakrew. Od kiedy to ratowanie biednej niewinnej dziewicy w potrzebie przestało być nagrodą samą w sobie ? - burknęła Marge.
- Nie jesteś dziewicą Marge.- odparł wampir.
- A ty jesteś małym podglądaczem Stich. Spływaj stąd. Nie jestem w niebezpieczeństwie.- rzekła Marge ruszając do drzwi i otwierając je.
- Chodź.- zwróciła się do Ann.Ann ruszyła za zaproszeniem nie chcąc dalej teraz z Nosferatu się męczyć. Stich patrzył jak wchodzą i zamykają drzwi.
Marge ruszyła ku schodom prowadzącym do piwnicy.- Mieszkam poniżej. Ci w budynku to bydło Anarchów. Możesz sobie jakichś skubnąć. Będą zachwyceni.
Zeszła do porządnych stalowych z dwoma zamkami zwykłymi i jednym elektronicznym.
I zaczęła je otwierać.
Ann była milcząca i nieco zestresowana.- To twój pierwszy raz z dziewczyną? Mój nie, aczkolwiek… - machnęła ręką Marge.- Też nie mam dużo doświadczenia.
-
Siedziba Marge przypominała jej nieco leże przyjaciółki. Kilka komputerów połączonych . Mrugające monitory otaczające je ze wszystkich stron. Olbrzymia sofa robiąca za łóżko jak i siedzisko przed dużą klawiaturą i monitorem.
- Rozgość się, a ja się czegoś napiję.- rzekła Marge i ruszyła do kuchni.
- Nie, nie jest pierwszy. Ani za życia, ani po śmierci. - stwierdziła siadając na sofie.
- No to coś taka przerażona. Pewnie masz większe doświadczenia niż ja. Nie daję się ssać byle komu.- usłyszała z kuchni.
- To nie ma nic wspólnego z seksem tylko... - westchnęła - Nie sądziłam, że Nosferatu napotkam. A ten Tremere, z którym jestem powiązana... Ostro podpadł ich Klanowi. Mogą chcieć na mnie się odegrać za to.
- Stich nie jest Nosferatu, a w promieniu najbliższych kilkunastu ulic nie napotkasz ani jednego klanowca. To terytorium Anarchów.- Marge zrzuciła już większość ciuchów i podeszła do Ann ubrana w spodnie i podkoszulek. Usiadła obok wampirzycy bezczelnie chwyciła ją za pierś i zaczęła ją ugniatać i bez większych oporów pocałowała Ann w usta.Ann ulżyło, gdy Marge zaprzeczyła jej obawom. Odsunęła maginię i sama zrzuciła z siebie suknię, którą ubrała na przyjęcie oraz białe długie rękawiczki do łokci.
Gdy znowu przybliżyła się do dziewczyny ta zobaczyła, że pod piersiami Ann zabandażowana jest silnie, a i cała klatka piersiowa oznaczona jest bliznami po cięciach. Rękawiczki zaś zakrywały inne blizny i jakie spotyka się przy ranach obronnych.
Wampirzyca pchnęła Marge na plecy przyciskając ją do sofy i unosząc jej stanik ponad piersi.
Marge nakierował głowę Ann na swoją pierś.- No… kąsaj… nie przedłużajmy tego. - szepnęła.- Tylko nie… przesadzaj z tą malinką.
Ann zamruczała z radością i bez dalszego oczekiwania ugryzła. Nie śpieszyła się zbytnio, a po prostu wypiła tyle krwi, aż udało jej się posmakować tego, co da ci mag. Uczucie było jakby wypiła naprawdę dużo krwi swojej ofiary, poczuła uczucie spełnienia i sytości. W tej jednej chwili czuła jakby była znowu żywa. Tak szczerze nie chciała tego zakończyć, po prostu chciała pić dalej!
"Nie, przestań!"
Ann wypuściła swoją ofiarę wydając siebie niezadowolony pomruk irytacji, ale zaraz pocałowała kobietę w usta uspokajając się sama. Była naprawdę zadowolona, naprawdę spełniona.
- Dobrze, że się powstrzymałaś…- odparła zarumieniona Marge trzymając w jednej dłoni smartfona. - Bo mogłoby się zrobić… nieprzyjemnie.
Po tych słowach nachyliła się i cmoknęła usta Ann.- Zabawa była przednia, ale chyba się skończyła.
- Na pewno? - zachrypiala Ann, trochę zwierzęco.
- Na pewno. Nie jestem bez dna i potrafię zrobić kuku wampirowi.- rzekła z uśmiechem Marge, niemniej ton jej głosu był złowieszczo zimny. - Dług spłacony.
- Tylko część. - odsunęła się powoli starając się opanować - Zadzwonię później do ciebie, żeby dać ci czego masz szukać, hmm?
- Pewnie. Nie ma sprawy. - odparła z uśmiechem Marge poprawiając garderobę.- Dlatego że Nosfki cię nie lubią, czy dlatego że nie potrafią znaleźć tego co szukasz?
- Nie potrafią, a w razie czego tak pokażesz, że jesteś od nich lepsza. - założyła ubranie.
- Tylko bierz pod uwagę, że tym razem będę pracowała sama. Nie licz na szybkie wyniki.- oceniła Marge poprawiając garderobę.- Jasne. Myślisz, że ten twój kumpel czatuje za drzwiami?
- Raczej pognał donieść komu trzeba.- Marge wstała i przeciągnęła się.
- Że jakaś z Camy je maga. - zaśmiała się wyraźnie w dobrym nastroju - Następnym razem będę lepiej przygotowana.Marge machnęła ręką. - Raczej doniesie Fundacji, że Marge znowu zabawiła się w komandosa nie informując nikogo. Będę miała Shiitstorm u swoich.
- Ale chyba nie będziesz płakać?
- Krokodylimi łzami przed starszymi mojej fundacji. Brzydka Marge znowu narobiła kłopotów.- odparła blondynka robiąc smutną minkę. - Choć przyznaję, że gdyby Wilhelm był ze mną… sytuacja wyglądałaby inaczej. Wilhelm potrafi naprawdę namieszać.
- Wilhelm? To jest was więcej?
- Jest nas trochę. Wilhelm to ten z podkręconymi wąsami. Specjalista od Materii i Sił. Nie tylko mechanik, ale i główne mięśnie naszej Fundacji. Jest nas trochę, ale tych mocnych z czterech poza mną… reszta to uczniowie i adepci. I sierotki którymi się opiekujemy, ale oni… nie są związani z naszą Fundacją.- wyjaśniła Marge.
- Sierotki? - zaciekawiła się Ann zatrzymując przed drzwiami.
- Magowie którzy przebudzili się samoistnie poza czujnymi oczami naszej społeczności. Najczęściej goci i neopoganie oraz wyznawcy New Age. Jak dla mnie ich wychowywanie to strata czasu. - wzruszyła ramionami Marge.
- Czyli... Inni magowie ich nie szanują?
- To skomplikowane. - machnęła ręką Marge.- Magowie niby dzielą się na różne Tradycje, ale to jak traktują sierotki zależne jest od Fundacji do której należą.
- Wampiry, magowie... Ten sam shit. - mruknęła pod nosem.
- Ani trochę. Wampiry mają obsesję na punkcie rodowodu. Klan i linia krwi są dla was najważniejsze. To kogo jesteś potomkiem jest ważne, którym w linii. Magów nie obchodzi twoje pochodzenie tylko to, że się wyrwałaś z społeczności Śpiących. - wyjaśniła Marge z uśmiechem.
- A jednak traktujecie z pogardą te Sieroty.
- Bardziej z podejrzliwością. Jak dzieciaka z odbezpieczoną śrutówką, który macha nią na prawo i lewo. - wzruszyła ramionami Marge.
- Cokolwiek... - Ann otworzyła drzwi i wyszła.
Kiedy Ann dotarła do hotelu umęczonym wozem po prostu ustawiła go głęboko na parkingu by nie przyciągał uwagi. Nie miała ochoty jeszcze udawać się na spoczynek. Tak rzadko mogła się pojawiać w mieście! Musiała to jakoś wykorzystać…
Dotyk Dekadencji. Pierwszy raz była tu “sama”. Ostatnim razem przybyła tu z Miracellą i Clydem. Mieli misję do zrobienia. Teraz nie miała takiej “przepustki”. A łysy rosły Kainita łypał na potencjalnych kandydatów złowrogo. Jednych wpuszczał, innych nie. Do której grupy zaliczy Ann?
Kiedy Ann dotarła do hotelu umęczonym wozem po prostu ustawiła go głęboko na parkingu by nie przyciągał uwagi. Nie miała ochoty jeszcze udawać się na spoczynek. Tak rzadko mogła się Ann podeszła z pewnością, jakby wiedziała, że tu przynależy. Pewność miała wyuczoną z czasów życia.
Łysy wampir spojrzał na Ann i czekał aż… coś powie, zrobi?- Czy Lucien S. Beauregard już wrócił? - zapytała niby mimochodem.
- Nie wrócił jeszcze. Masz jakiś interes do szefa?- zapytał łysy.
- Miałam się z nim spotkać po spotkaniu z Primogenką Toreadorów, ale skoro jeszcze nie wrócił to po prostu poczekam w Dotyku. - stwierdziła wprost.
- Nie miałem żadnego info od szefa na ten temat.- wampir stuknął palcem w słuchawkę w uchu.- Ale ok… możesz wejść do środka. Wyglądasz gorąco i jesteś ubrana jak na imprezę… pasujesz. Dam ci znać jak szef wróci i jemu też. Tylko nie rób kłopotów, bo jak zaczniesz robić, to ja stanę się twoim osobistym kłopotem… a tego nie chcesz, prawda?- zmrużył złowieszczo oczy na koniec.
- Nawet mi do głowy coś takiego by nie przyszło. - położyła dłoń na sercu - I dziękuję, że powiadomisz. Merci.
Została wpuszczona i trzeba przyznać, że miejsce niewiele się zmieniło. Pełno tu było muzyki, energii, napięcia seksualnego i… wampirów, ghuli i ludzi. Dotyk Dekandencji był popularny, więc czemu taka z osoba z gustem i talentem organizacyjnym, nie była uważana przez Elenę za Toreadora?
Ann zajęła jedno z miejsc i zamówiła sobie... trunek. Oglądała zgromadzone osoby czując przyjemny dreszczyk jaki zawsze jej towarzyszył, gdy wbiła się w takie miejsce. Wiedziała, że stąpa po cienkim lodzie, ale.... co jej szkodziło w końcu być kimś?
Na razie była kimś kogo paru przystojniaków chciało uwieść. Byli ciepli, byli zbudowani jak zawodowi gracze w football amerykański. Z pewnością byli też nieco napaleni i dość pijani. Byli przy tym w miarę grzeczni licząc na to, że ich uroda i charyzma… da szansę któremuś z nich zobaczyć jej majtki. Cóż… takich podrywaczy powinna się spodziewać w takim miejscu.
Przez chwilę dawała im poprężyć swoją charyzmę, ale zaraz straciła nimi zainteresowanie. Miała lepszy gust, niż ta dwójka. Powiedziała im najdelikatniej jak mogła, że na kogoś innego czeka i przestała zwracać swoją uwagę.Wyraźnie byli rozczarowani, ale cóż… na szczęście tylko rozczarowani. Nie robili scen, nie próbowali jej przekonać. Grzecznie się oddalili zostawiając Ann samą. Caitifka nie przyciągała uwagi miejscowych wampirów. Pewnie dlatego że była jednym z nich, a Dotyk Dekadencji był terenem łowieckim Toreadorów i każdego innego wpuszczonego tu Kainity. Ci których obserwowała chętnie wdawali się w “romanse”. Byczki których spławiła, szybko trafiły pod opiekę dwóch ponętnych wampirzyc które zagarnęły ich dla siebie. To miejsce nie służyło zazwyczaj towarzyskim spotkaniom… było jak Róża, wykwintną jadłodajnią.
Ann nie czekała długo, aż sama zaczęła szukać dla siebie odpowiedniej przekąski. Nie było co rezygnować z ciepłego jedzenia, gdy u Williama tylko mrożonki.
|-Dość szybko zauważyła takiego przystojniaka. Niebieskie oczy, czarne włosy , rozmarzone spojrzenie i szyja która aż prosiłaby się w nią wgryźć.-|
Człowiek poczuł jak dłonie dziewczyny oplatają się wokół jego szyi.- Jesteś wolny? - zapytała mruczącym głosem. Był wolny, był zaskoczony jej śmiałością, był też coraz bardziej podniecony. Jej spojrzenie i głos uwodziło go. Pozostało tylko znaleźć intymny zakątek na konsumpcję. Na szczęście ten przybytek był stworzony do takich rzeczy. Ann pamiętała o korytarzu prowadzącym do prywatnych kwater przeznaczonych… hmm… pewnie do skrywania tajemnic przed wścibskimi oczami.
Ann z radością zaciągnęła swój przyszły posiłek do jednej z takich kwater. Nie była subtelna od razu przechodząc do rzeczy. Szybko pozbawiła mężczyzny ubrań i pozwoliła nawet jemu zobaczyć część swojego ciała. Ograniczyła się jednak tylko do pokazania swoich piersi, jako że nie chciała by zauważył zabandażowane rany. Od razu jak tylko schylił się ku biustowi kochanki ta tuliła twarz w jego szyję. W ten sposób wbiła się aby wypić upragnioną krew jednocześnie dając mężczyźnie radość spełnienia.
Z pewnością był spełniony… i miał wybrudzoną bieliznę. Coś co nie było problemem dla Ann.
Problem bowiem stał za drzwiami.
Lucien opierając się o lasce o główce w kształcie paszczy węża.- Ponoć chciałaś się ze mną widzieć wysłanniczko… Stillwater? Lukrecji?
Wampirzyca spodziewała się, że coś takiego się zdarzy prędzej czy później. Dobry posiłek tym bardziej był w cenie, aby poprawić swój humor, a jednocześnie zmniejszyć szansę całkowitej klapy przez zły nastrój.
- Och, monsieur Beauregard! - odezwała się radośnie - Wybacz mi proszę ten mały trik, ale po prostu nie chciałam czekać na ulicy. Teraz nie zostałam przysłana przez Stillwater czy Lukrecję, nie tym razem przynajmniej. Choć przyznam, że nasze relacje z Lukrecją bywały... interesujące.
- Masz tupet moja droga. Masz też wysoko postawionych przyjaciół. A ja cenię osoby z inicjatywą. Dobrze się bawisz w moim przybytku?- zapytał uprzejmie Kainita.
- Świetnie, chylę czoła przed organizatorem tego wszystkiego. Zakładam, że Klan Toreador musi pana bardzo cenić, a niektórzy z jego członków być zazdrośni. - odparła.
- Zazdrość innych to słodkie wino, które lubię pić. - odparł z uśmiechem Lucien obejmując ramieniem Ann i prowadząc w głąb swojego klubu. - Nie lubię być obojętny. Kochany, znienawidzony, pogardzany, uwielbiany, ale nigdy… obojętny.
- Bycie pogardzonym jest dobre tylko jeżeli masz plecy. W innym wypadku... może być kłopotliwe. - stwierdziła dając się prowadzić - A im bardziej tobą pogardzają tym mniejszą masz szansę na start. Wszystko zależy od tego czy po prostu trafisz szczęśliwie.
- Jesteśmy zimnokrwistymi drapieżnikami, jak węże czy krokodyle. Potrafimy zdradzić tych, których lubimy i sprzymierzyć się z tymi, którymi pogardzamy. Wszystko w imię potęgi i przetrwania. Sympatie i antypatie są niczym w polityce. A podążanie za uczuciami prowadzi na manowce. Więc bardziej martwi mnie to, że nie jestem dość silny, niż to, że mnie nie lubią.- odparł z uśmiechem wampir prowadząc caitifkę schodami na górę.
- Jesteś zbyt nielubiany to mogą wręcz ci zabraniać zdobywania siły lub dosłownie w tym przeszkadzać. - spojrzała na drogę którą szli - Gdzie idziemy?
- Do mojego seksloszku.- rzekł złowieszczo Kainita, po czym wybuchnął śmiechem.- Do mojego gabinetu, jaki byłby ze mnie właściciel zamku, gdybym miał loszek na pięterku?
- Ja znam jedną Tremere, która ma seksloszki. - zaśmiała się na wspomnienie.
- Widocznie obracasz się w dobrym towarzystwie. Dawno temu pewien klecha na ambonie opowiadał, że potwory reprezentują różne grzechy ludzkości. Wilkołaki to manifestacja gniewu, wampiry pożądania. - odparł wesoło Lucien prowadząc ją do swojego gabinetu urządzonego gustownie acz z wyraźną nutką playboya. Tapicerka na fotelach i sofie w lamparcie cętki to sugerowały.
- Zaproponowałbym bym ci napitek, ale pewnie nie gustujesz w modelkach, a w dodatku już jesteś po posiłku.- rzekł zamykając za nimi drzwi.
- Nie jestem dzieckiem Lukrecji czy z jej klanu, by wybrzydzać, ale tak. Najadłam się. W miasteczku w większości jem mrożone zapasy Williama lub jakieś torebki ze szpitala. - westchnęła - Obrzydło już. Nie wzbraniam się więc przed żywym posiłkiem.
- Doskonale wiem kim jesteś. W moim biznesie warto być dobrze poinformowanym.- odparł z uśmiechem Lucien.- A co do żywego posiłku, obawiam się, że gdy ty gustujesz w chłopcach, ja preferuję dziewczynki.- Niestety lata po śmierci nauczyły mnie zupełnie nie marudzić. - westchnęła teatralnie - Tak naprawdę płeć nie ma dla mnie znaczenia, a raczej wybieram poprzez dostępność. To boli kiedy twoje wyuczone za życia gusta, o wiele bardziej dystyngowane musiały zostać zapomniane.
- Niemniej jeśli jeszcze jesteś głodna, to coś załatwię.- odparł uprzejmie wampir siadając na sofie i klepiąc dłonie miejsce tuż obok.
- Wolę nasycić się samym pańskim towarzystwem. - odparła Ann zajmując siedzisko obok wampira - Będzie bardziej sycące.
- Pochlebstwami możesz daleko zajechać. - przyznał ze śmiechem Kainita opierając obie dłonie na lasce. - Sądząc po tym jak szybko uciekłaś przyjęcie Eleny nie przypadło ci do gustu? Nie dziwi mnie to, te oficjalne są dla pozerów ze starszyzny klanu.
- A cóż dla takiego małego robaczka jak ja w tamtym miejscu? - odparła szczerze - Ani ja z klanu, ni z jakąś wielką pozycją, która byłaby istotna w takim miejscu.
- Mój przybytek oferuje wiele rozrywek… szczególnie tych bardziej mrocznych i nieprzyzwoitych. Nie żartowałem z loszkiem. Tyle, że jest wynajmowany przez amatorów różnych… zabaw. Nazwa klubu chyba jest wystarczająco wymowna w tej kwestii? - zapytał retorycznie Lucien.
- Zaiste. - przesunęła się lekko do Luciena - Ale mowa była o tamtym przyjęciu.
- Nic… szczerze powiedziawszy… nic poza uroczą śliczną blondynką, jeśli lubisz takie ciałka w łóżku i jeszcze pamiętasz jaką przyjemność może sprawić seks.- rzekł żartobliwie Lucien palcami muskając szyję Ann.- Czy pamiętam... - zastanawiała się - Może trochę... ale już od jakiegoś czasu tylko Vitae porusza emocje. - wtuliła twarz w dłoń Luciena.
- O taaak… z czasem trzeba sobie znaleźć wampirzego kochanka lub kochankę. - mruczał Lucien pieszcząc policzek Ann. - Tylko… komu zaufać w tym zimnym świecie?Ann cichutko mruczała.
- To jest problem. Szczególnie w naszym społeczeństwie. - przymknęła oczy - Jedyna pewna opcja... - spojrzała mu w oczy - To Vitae.
- Z drugiej strony. “Pewność” uważam za przereklamowany towar. Trochę niepewności dodaje życiu i nieżyciu przyprawy. - odparł z podstępnym uśmieszkiem Toreador.
- W takim wypadku nie ma co się zastanawiać. - wzruszyła ramionami - Tylko brać i nie myśleć o konsekwencjach.
- Niebezpieczne podejście, ale po co długi żywot jeśli spędzisz go na dygotaniu o niego.- zaśmiał się Kainita i zapytał.- Co jeszcze planujesz na tę noc? Jak jeszcze mój przybytek mógłby zapewnić ci zadowolenie z tej wizyty w Nowym Jorku?
- Niestety ograniczę się do powrotu do hotelu Toredorów. Wiesz, ja tak naprawdę nie powinnam być w tym mieście.
- Oczywiście, że wiem. - machnął dłonią Kainita.- Doskonale znam twoją sytuację. Nie przejmowałbym się jednak aż tak bardzo. Ani Księciu ani żadnemu z Primogenów nie zależy na trzymaniu się ściśle prawa w twojej kwestii. Nie wychylaj się to nie stracisz głowy.Ann przybliżyła się do mężczyzny stykając z nim nosem i prawie przylegając ciałem.
- To może następnym razem... - wyszeptała - ...to ty mnie zaprosisz do siebie…
- Może…- przesunął palcem po dolnej wardze dziewczyny, a gdy otworzyła usta, otarł opuszkiem palca o jej kieł. I nacisnął. Czerwona vitae spłynęła po kle na język. Ledwie kilka kropli, ale za to jakich. - … kto wie, do czego to doprowadzi.
- Kto wie. - zamruczała.
- Kto wie.- Kainita wycofał palec z podstępnym uśmieszkiem.
-
Powrót do Stillwater był nieco kłopotliwy. Wszak wracała we wraku, z porozbijaną przednią szybą, pełnym wgnieceń i z dziurą w dachu. Autko pożyczone od Larry’ego powracało do niego w stanie niezbyt idealnym. I jazda nim nie była przyjemna, nawet jeśli nie odczuwało się zimna wywołanego dodatkową “wentylacją”.
Niemniej po dość długiej drodze wampirzyca w końcu dotarła do celu. Do siedziby Williama. Powitały ją oczywiście psy jego, obwąchując podejrzliwie jej auto. Toreador wyszedł z domostwa by ją powitać i pierwsze co padło z jego ust to.- Coś ty zrobiła z autem Larry’ego? Nic ci nie jest?
Ann westchnęła teatralnie wychodząc z auta.
- No wiesz? Auto traktujesz jako ważniejszy niż moje zdrowie? - zakryła serce dłonią jakby to ją ubodło - Zawiodłam się na tobie…
- Gdyby coś tobie się stało, La Bella by mnie poinformowała zawczasu. - przypomniał jej Blake. - Inną sprawą jest reakcja Larry’ego na ten widok. Bywa wybuchowy.
- Zostałam wplątana w sprawy magów. Porwano mnie i zmuszono do uratowania tyłka jednego z nich, walcząc z dziwnie silnymi przeciwnikami. Larry zrozumie jak to była walka. - odparła.
- Oby…- westchnął Toreador.- Ale i tak będzie zły. Nie miał okazji do rozbijania głów ostatnio.
- Jasne, jasne... Może poproszę Joshuę, aby ze mną pojechał.
- Ja też mogę.- odparł William otwierając drzwi do domu. - Ale to raczej Larry przyjedzie tu.
- Och. Dziś go się zaprosi? - Ann weszła do domu.
- A chcesz dziś?- zapytał Toreador i znów spytając zamykając za nimi.- Jak ci się podobało przyjątko?
- Dziś byłoby najlepiej. Lepiej szybko oderwać plaster niż męczyć się z nim dłużej. - machnęła ręką - A przyjątko było... Za wysokie progi dla mnie. Ale już wiem, że twój Klan ma problem z wysłaniem kogoś do nas na polowanie.
- Doprawdy? Ostatnie pokolenia Toreadorów nie nadają się na łowców?- zdziwił się William i uśmiechnął krzywo.- Staram się udawać zaskoczonego tymi wieściami.
- Czyli sądzisz, że Elena nie wyśle zupełnie nikogo?
- I w ten sposób wystawi na pośmiewisko swój klan? Wątpię.- wzruszył ramionami Kainita.- W ostateczności… Elena potrafi zabijać wampiry.
- Chyba nie sądzisz, że Primogenka sama pójdzie? - zdziwiła się Ann.
- Nie. Nie sądzę.- przyznał Blake i spytał.- Na kolejne przyjęcie też planujesz się udać?
- Może tak, może nie... Zobaczę co się będzie działo. Może prędzej mnie Larry zabije? - parsknęła.
- Może…- przyznał ze śmiechem William i zapytał, gdy doszli do salonu. - Chcesz się napić?
- Kogo masz? - zapytała rozglądając się po salonie.
- Lodówkę w kuchni. - Toreador nie zmienił swoich nawyków.
- Nie wiesz co tracisz. - pokręciła głową - Zawsze byłeś taki prawiczek?
- Oczywiście że… upuszczanie krwi jest praktyką znaną od czasów średniowiecza, ale nie było popularne nawet wtedy wśród wampirów. Przez wiele lat żywiłem się… jak ty… - wyjaśnił William. - Znam pokusę i czuję ją każdej nocy, ale szlachetność rozwija się poprzez opanowanie swoich popędów, a nie uleganiu im.
- Świątobliwy się zrobiłeś na stare. - westchnęła.
- Dla nas są tylko dwie drogi. Ta którą podążam ja i… cóż… koniec drugiej drogi omal nie zabił Larry’ego i ciebie. - wyjaśnił melancholijnie Toreador.
- Co? - zdziwiła się nie rozumiejąc - Jakie drogi?
- Nie jestem… odpowiednią osobą by to tłumaczyć. Tym bardziej, że… nieważne.- Kainita usiadł w fotelu.- Ostatecznym twoim celem… celem każdego z nas jest uwolnienie od niższych instynktów… od Bestii w nas. Nazywamy ten stan Golkondą.Ann patrzyła zdziwiona.
- Ale... Nie widziałam innego, który by jak ty nie chciał jeść z ludzi. Czyli chyba nie każdy ma to za ostateczny cel.
- Większość… -westchnął Toreador.- … jest skupiona na tym co na zewnątrz, na potędze jaką daje krew, na ambicjach, na wspinaniu się po drabinie społecznej. Ale ja jestem stary, bardzo stary i miałem czas przemyśleć. Zresztą… Joshua też rzadko pije bezpośrednio z ludzi.
- Jesteście naprawdę dziwni... Tyle cierpienia i nic w zamian? Nawet Joshua? Sabat chyba tak nie robi.
- Dlatego, że nie jesteśmy Sabatem. I nie chodzi o cierpienie, tylko o wstrzemięźliwość i hartowanie ducha, ale… najmłodsze pokolenia są na to zbyt miękkie. Zwłaszcza Toreadory.- odparł ironicznie William.
- Mówię o cierpieniu Przemiany i istnienia jako wampir. Dlaczego odmawiać sobie po wszystkim co się przeszło? Szczególnie, że dajemy ludziom przyjemność wcale ich nie musząc krzywdzić. - Ann nie zgadzała się z podejściem Williama - Żywienie się ciepłą, żywą krwią daje poczucie bycia żywym samemu. - dodała z lekkim rozmarzeniem - Zapełnia pustkę w istnieniu.
- Jestem stary Ann. Picie krwi z żywej osoby nie czyni mnie już “żywym”. Wspomnienia całkiem wyblakły. - wzruszył ramionami Blake.
- To skąd czujesz radość?
- Z poezji, jej czytania i pisania. Z pięknych… widoków.- odparł z uśmiechem William.- Mam szczęście być częścią bardzo uduchowionego klanu.
- Ja czuję radość... Z krwi. Ludzi czy nawet naszej. W tym są uczucia.
- Jesteś młoda, to typowe.- odparł wymijająco William.- Nie mierz jednak innych swoją miarą, zwłaszcza starszych Kainitów. Długie życie i akumulacja doświadczeń zmienia nas… oddala od człowieczeństwa. W tym też tkwi zagrożenie, a Bestia w nas tylko czeka na chwilę nieuwagi.
- Wątpię by Książę tak istniał.
- Nie daj się zwieść pozorom. Sybaryci i hedoniści nie mają długich żywotów. Uleganie namiętnościom kończy się wieczną śmiercią. Może i Książę nie żywi się krwią z woreczków, ale też nie traktuje swoich posiłków jako okazji do zażycia szczęścia. Jedzenie jest tylko jedzeniem.- wzruszył ramionami Wiliiam. - Poza tym nie jestem tu po to by narzucać ci punktu widzenia… nie spodziewaj się jednak tego, że będę twój podzielał.
- Nie spodziewam się. Tylko tak szczerze dziwię się.
- A nosferatu infopir cię nie dziwił ? - zaśmiał się William i dodał. - Pójdę zadzwonić do Larry’ego. Powiadomię go, że może wracać po swój wozik. I że nie jest on w idealnym stanie.
- I żeby wziął coś na uspokojenie?
- Coś w tym stylu…- odparł ze śmiechem Toreador. Zadzwonił i rozmawiał chwilę cicho. Po czym zakończył rozmowę z wyraźnie zakłopotaną miną.
- Larry… jest w Róży… Jest na spotkaniu z Joshuą i Garrym. W ważnej sprawie o której nie zostałem poinformowany. - rzekł nieco grobowym tonem.
- Co? - zdziwiła się -Nie wiedziałam, że to w ogóle możliwe. Co odwala Joshua?
- Nie wiem… zobaczymy. - odparł William.- Może nic, może… cóż… zobaczymy.Westchnął. - Ostatecznie to on jest księciem. Jedziesz ze mną?
- Przecież chyba nie sądzisz, że bym cię zostawiła. - odparła chwytając go za ramię.

Do siedziby Lukrecji przyjechali się autem Williama. Po wejściu przy barze zauważyli Nadię pijącą “trunek” i rozmawiającą z “mów mi Jackie”, różowowłosą Kainitką, która od czasu do czasu grała w klubie Lukrecji. Rozmowa wydawał się je zajmować na tyle, że nie zauważyli wkraczającej pary.
Blake zresztą nie tracił czasu na kurtuazję, tylko od razu udał się na zaplecze hotelu. Ann pozostało zrobić to samo. Zaczynała zresztą doskonale orientować się w labiryncie korytarzy który wypełniał ten hotel. Zadziwiające jak skomplikowany był jego plan… z pozoru niepotrzebnie, acz może w ten sposób Lukrecja chciała utrudnić życie potencjalnemu zabójcy?
Wkrótce dotarli do pokoju z którego słychać było odgłosy rozmowy. I głosy zarówno Garry’ego jak i Joshui.- To jak sądzisz? Jakie są jego plany? Jakie kroki podejmie?- pytał Książę.
- To ciężka sprawa. Sam rozumiesz… nie siedzę w jego głowie.- przyznał Gangrel.
- Ale znasz go najlepiej z nas.- westchnął Smith. A wtedy William wkroczył do środka, z caitifką tuż za plecami.
- Przeszkadzam w czymś?- zapytał kurtuazyjnie Blake rozglądając się po pomieszczeniu. A następnie przyglądając się Joshui, Garry’emu i wyraźnie znudzonemu Larry’emu.
- Ależ skąd, ani trochę.- odparł Joshua zaskoczony widokiem Toreadora i Ann.
- Coś się stało?- zapytał książę Stillwater. -

WIDZISZ MÓJ CIEŃ?
Ann trzymała się blisko Williama jednocześnie obejmując wzrokiem wszystkich zgromadzonych.
- Co tam knujecie? -zapytała wprost, lekkim tonem i zwróciła się w stronę szeryfa - To musi być coś bardzo interesującego, skoro odciągnęło cię od patrolu.
- Bardziej dywagujemy.- przyznał Joshua i wzruszył ramionami dodając. - W tym całym zgiełku umknął nam szczegół bardzo ważny. Mało który wampir w Stillwater jest związany mocno z moją domeną. Większość jest tu zesłana w ramach jakiejś kary i może być… tymczasowo zaciągnięta w szeregi klanów Nowego Jorku.
- Mhm? - mruknęła dziewczyna jakby czekała na dalsze słowa.
- Mhmm.- powtórzył za nią Toreador.
- Wiemy że Groza już skompletował i posłał na nasze ziemie grupę swoich łowców. Niejaki Grigorij ich prowadzi.- wyjaśnił Joshua.- Powiadomili mnie i Larry’ego.-A ja im wyjaśniłem… że żaden miejski dupek nie będzie mi mówił jak mam działać na MOIM terenie.- warknął Larry. Machnął ręką. - Grigorij to jedna z prawych rąk Grozy. Ma ich zawsze kilka. Są mu psio posłuszni i zwykle bardzo silni. Ale też zazwyczaj niezbyt bystrzy i rzadko obdarzeni inicjatywą.
- Ej, Larry. - Ann odezwała się Brujah - My możemy ich wykończyć zanim Nosferatu to zrobią. Ja byłabym za.
- Niestety mamy świętoszków w drużynie.- wzruszył ramionami Larry i uśmiechnął się szeroko.- W innym przypadku pokazałbym tym Brujah dlaczego wypędzono mnie z Nowego Jorku.-
- Inna sprawa to pozostałe klany. Tremere mogłyby co prawda zawezwać Nadię, ale nasza egzekutorka podobnie jak Larry, nie jest graczem drużynowym. I większość jej pobratymców nie darzy jej przyjaźnią. Lukrecja jest twarda, ale Ventrue mają lepszych wojowników. Garry…- spojrzał na hippisa.-... jeśli u Luciusa zatriumfuje rozum nad dumą, to Garry dołączy do jego łowców. Gangrele Nowego Jorku nie znają lasów.
- Ta zabawa została stworzona dla wampirów z Nowego Jorku. - Ann wzruszyła ramionami - I niech się bawią jak chcą! Ja byłabym za tym, żeby pozwolić gromadce się wykrwawić i po prostu w razie czego dobić to co pozostanie. Po co mamy w ogóle ładować się w taką walkę? Oni mogą załatwić sprawy za nas. - spojrzała na Larry'ego - Zawsze jak jacyś miastowi przetrwają to mogą się stać różne rzeczy. To miasto jest naprawdę magiczne.
- Nie planuję ładować się w żadne walki. Natomiast muszę nadzorować sytuację. Po naszych lasach zaczną kręcić się stada Kainitów… w bojowym nastroju. Może dojść do “incydentów”. Może się okazać, że draugi są najmniejszym naszym problemem. A naszym atutem jest… Ravnoska i zaprzyjaźniony mag. -westchnął Joshua.- To mało.- A propo magów… jeden przyczynił się do zdewastowania twojego auta Larry.- William zmienił temat.
- Ach, tak. Najpierw jeden z nich mnie porwał jak byłam w samochodzie... Robiąc ze mnie swoje getaway taxi, a później był taki dziwny co chyba miał więcej maszyny niż człowieka... Mówiąc szczerze, zrobił dziurę w dachu i inne tam.
- Serio? Przegapiłem taką okazję? - odparł rozczarowany Larry. Następnie spytał.- To ilu zabiłaś?
- Jednego, dwóch pozostałych przestało nas gonić jak zbliżyliśmy się do centrum. - rozłożyła bezradnie ręce.
- Jednego… chyba lepiej cię wyszkoliłem.- westchnął deczko rozczarowany Larry.
- Nie widziałeś ich. Te rzeczy nie czuły bólu!
- Tym lepiej… nie będą wrzeszczeć, gdy się je rozrywa.- odparł entuzjastycznie Larry potwierdzając fakt, że był deczko… szurnięty.- A z Torkami to chyba Lucien coś kombinuje. - stwierdziła.
- Nie znam tego Luciena. Musiał przybyć do miasta po mojej emigracji z miasta. - wtrącił William. - Co o nim wiesz?
- Podaje się za Toreadora, ale Elena twierdzi, że nim nie jest. Ona sama nie wie kim jest naprawdę. Posiada klub w mieście jaki mógłby się spodobać Nadii. Ogólnie gromadzi masę informacji o wszystkim.
- Brzmi jak renegat lub agent Nosferatu pod przebraniem… - odparł Joshua i pokręcił głową. - Ale taka maskarada by nie przeszła.-
- Jest dużo klanów i linii krwi nie dość licznych, by mieć reprezentanta w postaci Primogena. Najprawdopodobniej to Assamita. Jest ich całkiem sporo w Nowym Jorku, ale skłóconych ze sobą. - przypomniał sobie William.
- Ma też znajomości w Sabacie. A dobrze wiemy, że skruszony z Sabatu może istnieć. - spojrzała z uśmiechem na Joshuę.
- Skruszony jest zdrajcą… nie zachowuje znajomości w Sabacie. Może być jak Ravnos i działać na obrzeżach obu organizacji.- przyznał Joshua i zamyślił się. - Dziwne, że Elena mu ufa.-
- Wątpię by mu ufała. Ale ma jakieś powody, by go nie zabić.- przyznał Toreador.
- Ona go nie lubi, to jasno dawała do zrozumienia. Widziałam jak gadał z inną Toreaderką na przyjęciu... O kwestii, że w sumie Toreadorzy to wybili tych co potrafią walczyć. - Ann opisała kobietę, którą widziała.- Clara von Thorn.- stwierdził William i potarł podbródek.- Dobrze zapamiętaj to imię, jak i twarz. To ważna rozgrywająca w klanie Toreadorów. Zajmuje się przyziemnymi, ale ważnymi sprawami dotyczącymi funkcjonowania organizacji Toreadorów. Jest sekretarzem klanu.
- A do tego jest przystojny... - zamyśliła się Ann uśmiechając do siebie.
- Może… ale wygląda na to, że skórka niewarta wyprawki. - odparł William i zwrócił się do Joshui.- Wygląda na to, że mój klan szybko nie dołączy do łowów. Podobnie jak Tremere.- Niemniej dziwi mnie, że nie powiadomiłeś mnie o tym… małym zebraniu.- Blake znów zmienił temat.
- Bo nie było o czym. Ot, chciałem wypytać ich o całą sytuację związaną z łowami. Wiadomo, że Gangrel i Brujah pierwsi wystawiają swoje drużyny. Spodziewam się, że Ventrue… również.- wzruszył ramionami Smith.- Doprawdy, nie muszę ci się spowiadać z każdego drobiazgu.-
- Masz rację. Wybacz Książę że tak pochopnie wyciągnąłem wnioski.- odparł skruszonym tonem Blake.- Chodź Garry, niech sobie ptaszki poćwierkają.- wtrącił Larry wstając i ruszając do drzwi zwrócił się do Ann.
- A z tobą mam do pogadania. Jesteś mi coś winna za brykę.
- Nie mam kasy. - broniła się Ann.
- Zapłacisz w usługach. Sądzę, że będziesz chętna do spłaty tego długu. - odparł Brujah szczerząc kły w uśmiechu.
- Będę?
- Pogadamy później.- zaśmiał się Larry wychodząc. A Garry podążył za nim.- Ja chyba też powinienem… wrócić do siebie. Dobrze że wszystko się wyjaśniło. - odetchnął z ulgą Blake.
- Za dużo ostatnio odwiedzasz Nowy Jork. Udziela ci się tamtejsza paranoja.- zaśmiał się Smith.
- Ja bardziej odwiedzam. - wtrąciła Ann.
- Ty jesteś młoda, naiwna i najwyraźniej za bardzo ulegasz wpływom Larry’ego. Daje ci zły przykład.- ocenił Toreador.
- Nie jestem naiwna... - burknęła urażonym tonem.
- Powinnaś się już nauczyć, że magowie zawsze oznaczają kłopoty, a przystojne wampiry to zagrożenie jeśli sama Primogenka ich nie lubi. - odparł pół żartem, pół serio Toreador.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić... - mruknęła pod nosem ledwo słyszalnie.
- Wprost przeciwnie…- odparł Toreador spoglądając wprost w oczy Ann. - Będę ci mówił co masz robić, co powinnaś, a czego nie… Ponieważ jestem starszy od ciebie i przeżyłem dłużej.-Potarł czoło. - I jeśli zamierzasz pożyć dłużej w Nowym Jorku winnaś słuchać moich rad. Tam nie jest tak bezpiecznie jak tutaj.
- Nie jesteś moim Sire... - Ann nadęła się - I ty przecież nie siedzisz pośród wampirów z miasta, bo masz jakieś problemy z nimi.
- Jestem kimś gorszym niż twój Sire. Jestem osobą, której zależy na tobie. - odparł Toreador. - Dla większości wampirów jesteś przeszkodą, assetem, pionkiem na szachownicy lub figurą do poświęcenia… nie pozwól im sobe młoda Ikarzyco za bardzo obrosnąć w piórka, bo słońce jest blisko i łatwo się śmiertelnie sparzyć.-
- William poetycko przypomina ci młoda, żebyś nie lekceważyła jego słów. To, że nie siedzimy tam, nie oznacza że nie wiemy co się dzieje. Prowadzę intensywną korespondencję z Nowym Jorkiem i wiem co w trawie piszczy. Nie wspominając o szpiegach Lukrecji, która również musi się mi spowiadać. - wzruszył ramionami szeryf.
- Wątpię, abyście byli tak chętni nic nie robić w moim wieku. - mruknęła - Wam może odpowiada zamknięcie się w tym miejscu i trwanie w błogości pozornego bezpieczeństwa od, och jak strasznej wampirzej polityki.
- Bycie księciem nawet tak małej domeny oznacza, że zawsze jestem zamieszany w politykę.- zaśmiał się Joshua i dodał poważniej. - Dbanie o bezpieczeństwo mojej domeny oznacza, że ciąglę tkwię w tych intrygach.A William dodał. - A ty mylisz pozory z prawdą Ann. Polityka to nie przyjęcia i ploteczki, polityka to nie bieganie na posyłki dla starszych.
Splótł ramiona razem. - W przypadku ludzi awansowanie jest łatwe i bezpieczne, oni się starzeją i umierają. Miejsca się zwalniają naturalnie. My nie umieramy, więc stołek na górze może zwolnić się w tylko jeden sposób. Jest tylko jeden sposób na awans w naszym społeczeństwie.- Lukrecja mi pokaże świat i nauczy jak wrócimy do miasta. - powiedziała z młodocianą naiwnością, jakby mówiła o bezpiecznej wycieczce - Cyril niczego nigdy nie pozwalał. Teraz mogę to sobie odebrać.
Joshua zaśmiał się. - No tak. Miejmy nadzieję, że Lukrecja też się czegoś nauczyła przebywając tutaj. Wątpię by Książę znowu był wyrozumiały dla niej.-
Blake westchnął ciężko. - Lukrecja i Elena mogą być wobec ciebie miłe i z pewnością nie chcą twojej szkody, ale nie miej złudzeń… bez wahania poświęcą cię dla własnego sukcesu.
Ann fuknęła z irytacją i objęła się rękoma.- Czyli według was pozostaje tylko oddać się Słońcu?
- Nie. Natomiast nie wypada ulegać złudzeniom… i być nieostrożnym. - odparł Toreador wzdychając. - I słuchać starszych, zwłaszcza gdy chcą twojego dobra.
- To skąd mam wiedzieć, że powinnam was słuchać i na pewno nie ulegnę waszym złudzeniom? Skąd mam wiedzieć, że to wy chcecie mojego dobra i na pewno nie zdradzicie mnie jak wszyscy inni by chcieli? - okręciła logikę.Joshua wzruszył ramionami. - Mi możesz spokojnie nie ufać. Dla mnie ważne jest dobro mojej domeny i naszej małej społeczności. Natomiast będziesz głupiutką gąską, jeśli nie zaufasz Toreadorowi, który wykazał wyjątkowo sporo cierpliwości i empatii wobec młodej zastrachanej wampirzycy.
Dziewczyna wiedziała, że nie jest aż tak głupia, bo gdyby była to by w tym momencie powiedziała coś o poświęceniu jakie ofiarowała słuchając i wzdychając do poezji Williama. Na szczęście jeszcze za życia wychowano ją odpowiednio, aby utrzymywać pozory wobec artystów. Nie odpowiedziała na słowa Księcia, jedynie burknąwszy coś niezrozumiale pod nosem.
Brujah tylko zerknął na Toreadora.- Nic więcej nie zrobisz. Sama musi przejść swoją próbę ognia.-
Po czym wyszedł.
Ann spojrzała bez zrozumienia na Toreadora.- Jaką próbę ognia?
- To określenie znam z czasów wojny secesyjnej. Dla każdego oddziału próbą ognia była pierwsza bitwa jaką żołnierze stoczyli. Musieli się otrzaskać z wybuchami, kulami, krwią i śmiercią. Oczywiście… nie każdy tą bitwę przeżywał, ale ci którym się udało już tak nie panikowali podczas kolejnych bitew. W twoim przypadku, musisz wpakować się w takie kłopoty na których się sparzysz…- westchnął William ciężko. - ale które przetrwasz. Coś co naprawdę nauczy cię przetrwania w naszej społeczności. Odrębną kwestią jest to, czy tą swoją próbę przeżyjesz.
- Oczywiście, że tak. - powiedziała z butną pewnością - Przeżyłam proces przemiany przez Sabat. Ogień Tremere. Traumy zsyłane przez Cyrila. Polujących Brujah.
- Tak. Tylko te zagrożenia widziałaś przed sobą. Mogłaś na nie zaregować. - wzruszył ramionami Toreador. - To co naprawdę groźne, przychodzi bez ostrzeżenia.Ann nie wyglądała na szczęśliwą.
- Ten Lucien coś kombinuje i wiesz... W sumie mi się to podoba. Nawet nie zirytowało mnie jak dał mi kroplę swojej krwi. Ale tylko tyle.
- Timeo Danaos et dona ferentes. - westchnął Toreador wypowiadając łacińską frazę. I spojrzał na Ann.- Powinnaś uważać na tych, którzy chętnie dzielą się z tobą krwią. Doświadczenia z Cyrilem niczego cię nie nauczyły? Albo… z Nadią? Co by się stało, gdyby chętnie pozwoliłaby ci z siebie popijać? Wciągnęłaby cię w kolejne uzależnienie… - podrapał się po podbródku.- Wiesz może czemu tego nie zrobiła? Zdziwiło mnie to wielce. Nie spodziewałem się przepuszczenia takiej okazji z jej strony.
- Przecież już jestem związana z jednym Tremere. - odparła z naiwnością dziecka - Nie trzeba innego, A z tego co rozumiem już nikt nie może przebić więzi z nim.
- Tak. Z odbywającym karę więzienia Tremere… będącym daleko od ciebie. - odparł William wzdychając.- To, że nie można przebić jeszcze tamtej więzi, nie oznacza że nie można cię zniewolić. Cyril daleko, a ty… rozsmakowana w Vitae jak Assamitka lub Tremere.
- Ale czemu by miała to robić?
- Po to by mieć wierną jak pies służkę. - machnął ręką Toreador. - Po to by utrzeć nosa Cyrilowi, wykazać się przed swoim Primogenem, zabić nudę… wiem o jej… “zabawach”. Jest wiele powodów by uzależnić od siebie innego Kainitę. W końcu to lepszy niewolnik od ghula.
- Nie wiem... Ale mówiła, że gdyby ona wypiła mojej krwi... to stałaby się straszna... Jak japońska yandere. Wiesz, wręcz chorobliwie zazdrosna o wszystko co się wokół ciebie dzieje. I robiła cokolwiek, aby ciebie mieć w każdej sekundzie. Niezależnie od twoich chęci.
- Nie znam się na tych nowoczesnych fetyszach, ale… tak… myślę, że rzeczywiście taka by była. Wątpię jednak by skusiła się na twoją krew Ann. Ona lubi kontrolować, a nie sama podlegać kontroli.- przyznał William.
- Lukrecja mi powiedziała, że miałabym wypić jej krwi, jeżeli byśmy miały razem wrócić do miasta. Raz.
- Jaka ona hojna, nieprawdaż? - zaśmiał się Toreador. - Vitae to cenny, ale i zdradliwy podarunek. Więc uważaj z nią.Ann spojrzała w podłogę.
- Wiesz, że nie jestem pewna czy kiedykolwiek przestanę pić Vitae innego wampira, prawda? Nie wiem czy będę chciała pozbawić się... tych uczuć.
- Wiesz, że z tymi uczuciami, może być jak z erekcją naszego młodego Brujah? Mogą zniknąć z czasem mimo picia Vitae. Wszystko blaknie z czasem.- odparł Blake melancholicznie.
- Wtedy zmienię wampira! A zawsze mogę też z człowiekiem się związać, magiem! - odparła, dramatycznie chcąc się bronić.
- Problem nie leży w dawcy… tylko w tobie. Ciało po prostu powoli zapomina jak to jest być… żywym. - wyjaśnił spokojnie Toreador.
- Szczerze... Jeżeli Cyril nie stałby się tak abusive... - westchnęła.
- Znam te “bóle porodowe” związane z oderwaniem od… Sire’a.- rzekł ze współczuciem Kainita.
- Wciąż gdzieś wewnętrznie nie chcę jego krzywdy... Jakbym go kochała... choć czasem nim pogardzam i czuję złość na niego... To jednak nie czuję chęci jego krzywdy…
- To skomplikowane co robi z nami czyjaś Vitae. Ja ci jednak tego nie wytłumaczę, nie jestem uczonym.- przyznał z uśmiechem Toreador.- Może spytaj się o to swojego przyjaciela, maga?-Odruchowo potarł ramię w okolicy postrzału i lekko skrzywił się z bólu.
- Wciąż cię boli? - zapytała z troską.
- Nadal… rana jest coraz mniejsza, ale…- odparł Toreador.- … Vincent twierdzi, że ten postrzał przywołał nieco “śmiertelności” do tego ciała i przypomniał mu dawna doznania. Nawet jeśli ograniczył wspomnienia jedynie do bólu.
- Nie potrzebujesz więcej pomocy w domu, aby uniknąć bólu?
- Nie zrozum tego źle… nie mam żadnych takich inklinacji erotycznych, ale… przyjemnie jest coś czuć. Nawet jeśli to ból.- przyznał wstydliwie Kainita. - Tak czuć po ludzku. Od stuleci nie czułem niczego takiego. Więc ból mi nie przeszkadza.
- Poproś Nadię. Chętnie ci pomoże dając ból. Nawet nie seksualny. - zaśmiała się.
- Nie sądzę by potrafiła. Ból promieniuje tylko od tej rany. Nadal nie czuję nic więcej poza dyskomfortem, gdy jestem zraniony w inne miejsca mego ciała. - odparł filozoficznie Toreador. I dodał na koniec. - Poza tym, ona mnie nie pociąga.
- Mówiłam, że nie będzie nic seksualnie. Czy ktoś musi cię pociągać abyś czuł ból?
- Stare wampiry nie uginają się pod ciosami nawet jeśli nie są wytrzymałe z natury. Powód tego jest prosty… nie odczuwają, bo nie pamiętają już bólu. Owszem dyskomfort jest, ale nie paraliżuje działań. - mężczyzna wzruszył ramionami i dodał pocierając kark. - Wątpię więc, by Nadia miała jakąkolwiek satysfakcję z takiego torturowania mnie.
- A może... Gdybyś wypił czyjąś krew? - zaproponowała niepewnie.
- Nie zależy mi aż tak na tym doznaniu.- machnął ręką Kainita. - Porozkoszuję się tym doznaniem póki go czuję, a potem pozwolę by uległo zapomnieniu.Pokiwała smutno głową.
- Ja jeszcze muszę porozmawiać z Lukrecją i Nadią. Zostanę po prostu na dzień tutaj.
- Poza tym… - dodał z uśmiechem Toreador zgadzając się na jej plany kiwnięciem głowy.- Ze wszystkich uczuć ból jest tym, za którym tęskniłem najmniej.
- Polecam picie krwi. Cyril umiał sprawić dużo bólu... Psychicznego szczególnie.Ann opuściła pomieszczenia na końcu. Joshu i pozostałej dwójki wampirów już nie było. William przytulił się do niej w geście pożegnania i ruszył do najbliższego wyjścia, by opuścić miasto.
Caitiffka pożegnała Williama i rozejrzała się za córką Lukrecji lub nią samą.
Nie dostrzegła Lukrecji, ni Miracelli… ale zauważyła jedną z blond ghulic Ventrue. Może ona coś wiedziała?
Ann podeszła do ghulicy i zagadała:- Nie wiesz gdzie znajdują się szefowe?
- Szefowa jest w biurze, a jej protegowana… Miracella się pożywia.- wyjaśniła uprzejmie blondynka.Ann podziękowała za informacje i ruszyła do biura Lukrecji.
- Momencik… szefowa zajęta. Może lepiej poczekać na Pa… na Miracellę? - blondynka podążyła za nią.
- Zajęta czym? - zatrzymała się i przewróciła oczami.
- Eeeem… ma gości.- odparła blondynka.- Chyba.
- Indyjskich może? - zapytała z ironią.
- Nie mogę powiedzieć. - mruknęła ghulica.
- Jasne, nie ma sprawy. Poczekam na Mirkę. - usiadła przy stoliku.
- Dobrze… Mirka tak… - zachichotała blondynka wracając do pracy za barem. A Ann odruchowo rozejrzała się po barze. Nadii już nie było, za to był protegowany księcia nieudolnie podrywając Malkaviankę. Trudno było powiedzieć komu Ann miała bardziej współczuć, jej… czy jemu.Za to Ann Dobrze się bawiła obserwując całą sytuację.
Było to bowiem ciekawe doświadczenie. Clyde usiłował różnych podejść, różnych taktyk… nucąca pod nosem Jackie zdawała się nie być świadoma, że jest podrywana. Co niewątpliwie frustrowało Brujaha.- Eemm… ponoć mnie szukałaś.- głos Miracelli tuż za plecami zaskoczył Ann.
- Ciii... - Ann nawet nie odwróciła się jedynie wskazując głową na scenę podrywu - Ciesz się z tego przedstawienia.Miracella usiadła obok. - On… chyba wie, że ona… co prawda jak na swój rodzaj… nie wydaje się być za bardzo szurnięta, ale… nie jest ona normalna.
- On chyba tylko jedno widzi w niej. - wzruszyła ramionami - ale nie miej tak stereotypowego spojrzenia na jej klan. Ja tam tak surowo ich nie opceniam. - stwierdziła bez wstydu.
- Nie mam żadnego spojrzenia na ten klan. Za mało o nich wiem. Znam tylko Jackie, no i byli jeszcze ci dwaj. Ten rudy był uroczy i upiorny zarazem. - wspomniała Locariusa.
- Locariusa lubię. I wcale nie uważam, że jest tak bardzo szurnięty jak mówią. Tylko trochę!
- Jest charyzmatyczny… Może tak naprawdę jest naprawdę Toreadorem. - zażartowała obserwując z Ann, jak Clade’owi puszczają nerwy. Jeszcze chwila a udusi tą szklankę z “bloody mary”, którą trzymał w dłoni.
- Chciałam pogadać z Lukrecją. - odezwała się ciągle obserwując przedstawienie - Myślisz, że obejrzała już odcinek?
- Skąd wiesz? Nie… nie chodzi o odcinek. Nie tym razem. - machnęła ręką Miracella. - Cała ta sprawa z Draugami sprawiła, że jej wiedza stała się interesująca dla… ważnych osób.
- Lucien? - zapytała skupiona na scenie.
- Ventrue.- odparła enigmatycznie Miracella. - Nieoficjalnie.-No i stało się. Szkło pękło z głośnym trzaskiem, dłoń Clyde została pokiereszowana. Popłynęła krew. Brujah przeprosił i pospiesznie udał się do łazienki by tam zająć się dłonią, a Jackie wzięła jeden kawał szkła zdobionego czerwienią. Jeden zanim reszta została uprzątnięta przez barmankę. I tę swoją zdobycz oblizała z czerwieni.
- Może swoją wiedzę trzymać jako zakładnika, który jej pomoże powrócić do miasta. - odparła i cicho prychnęła śmiechem - Może teraz zwiększą się jego szanse.
- Ja jestem za młoda na takie spekulacje. - zaśmiała się Miracella i wzruszyła ramionami.- Nie wiem o czym gadają teraz, ale trochę im to zajmie, aaa… o czym wy gadaliście z Joshuą?
- O niczym bardzo ciekawym. Wiesz, po prostu dwa stare zgredy mówiły młodziutkiej jakie są stare i mądre, a ona jak jest głupia. - prychnęła.Miracellla zaśmiała się.
- Nie przypominasz już tej cichutkiej wampirzycy, która przybyła tu wiosną. To całkiem pociągające.-
Spojrzała w kierunku siedzącej i nucącej pod nosem Jackie. - Szkoda, że w Stillwater jedynym wyborem jest… Clyde.
- Ach, w ramach oznaczenia swojego terytorium... Ten Vincent, mag, jest mój.
- Zazdrosna jesteś o niego? To urocze.- uśmiechnęła Miracella i spojrzała na Ann.- To jak planujesz go uwieść? Masz doświadczenie z mężczyznami?
- Nie byłam tylko z kobietami. - machnęła ręką - Po prostu ostatnio głównie z kobietami byłam, ale za życia mężczyźni. Szczerze to nie mam planu, działam instynktownie.
- Acha… czyli byłaś podrywana przez mężczyzn, ale niekoniecznie na odwrót ? Byłaś kiedyś po drugiej stronie, próbowałaś uwieść mężczyznę?- zapytała Miracella zaciekawiona. - Jesteś ładniutka, a to nie sprzyja zbieraniu takich doświadczeń.
- Byłam z bogatej i wpływowej rodziny. Uroda nie miała znaczenia. - zaśmiała się - Jak kogoś chciałam to go dostawałam i tyle. Nie musiałam bawić się w podrywy.
- Tooo widać. - zaśmiała się Miracella i spytała.- I jak ci idzie podrywanie Vincenta, gdy nie masz już wpływów i bogactwa?
- On chyba jest jak męska dziwka. Jesteśmy już trochę umówieni na randkę, choć nie mamy żadnego terminu.Ventrue zaśmiała się głośno. - Coś mi się zdaje, że cię zwodzi jak natrętną fankę.
Spojrzała na Ann. - Chyba byłaś zbyt nachalna i zniechęciłaś go.
Ann wydawała się bardzo zirytowana tymi słowami.- Bzdura. Co niby innego miałabym robić?
- Rozegrać to tak, by to on nalegał na randkę, oczywiście. Wychodząc z inicjatywą wyglądasz na desperatkę.- machnęła dłonią.- Niestety sytuacja wymaga rozegrania wszystkiego na chłodno i odłożenia konsumpcji w czasie. I cóż… musiałabyś się nieco nauczyć od Lukrecji i nas, pracy dziwki. Bo my kusimy… do konsumpcji, a nie nalegamy na nią. - uśmiechnęła się wesoło.
- Dziwki...? - odparła z wyraźnym zniechęceniem wysoko urodzonych... co było zabawne w wampirzej sytuacji.
- No… ładne ciało to tylko narzędzie. Bezużyteczne jeśli nie umiesz się nim skutecznie posługiwać. A ty za życia najwyraźniej nie musiałaś umieć. - stwierdziła Miracella wodząc znacząco spojrzeniem po Ann.
- Oczywiście, że nie musiałam umieć. - Ann przyjęła dumną pozę kogoś, kto wie, że jest lepszy od ciebie.
- Od jutra więc zaczniesz się uczyć. Jeśli oczywiście chcesz uczynić z tego Vincenta swojego chłopaka. - wzruszyła ramionami Miracella.Ann zaczęła przez zęby kląć po francusku.
- D.o.b.r.z.e... - wycedziła.
- Zawsze możesz go dalej męczyć swoimi prośbami o krew w nadziei że końcu się da upić dla świętego spokoju.- oceniła Ventrue ze złośliwym uśmieszkiem. I wzruszyła ramionami. - Czyżbyś czuła się tak bardzo lepsza od nas, prowincjuszek?Ann wzruszyła ramionami.
- Jesteście z Ameryki.
- A ty niby skąd?- zdziwiła się Miracella.
- Europa, Francja. - odparła z dumą w głosie.
- Ja jestem potomkinią Włoszki.- odparła z dumą Ventrue. I zapytała.- Co francuski wampir robi w Ameryce?Ann skrzywiła się lekko.
- Za życia... Musiałam się szybko ewakuować by ochronić istnienie przed rodzinnymi nieporozumieniami... Przebywaliśmy w różnych miejscach na świecie, więc i wyprowadzka do Kanady nie była dla mnie niczym dziwnym. Oczywiście zrobiłam to bez wiedzy kogokolwiek, chcąc sama wszystko ogarnąć zanim wrócę do Europy. Zabito mnie już tutaj.
- To było naiwne z twojej strony.- odparła Miracella.
- Naiwne? Gdybym nie uciekła to by zabili mnie moi właśni bracia.
- Naiwna ta wiara, że uciekłaś bez wiedzy kogokolwiek.- stwierdziła Miracella.- Że za bogatą panienką z Europy nie ciągnął się ogon. Ostatecznie… zginęłaś i chyba nie sądzisz, że to był przypadek? Lukrecja nie wierzy w przypadki.
- Zabił mnie Sabat. - mruknęła grobowo - Mnie i innych jakich złapali na ulicy. A to wszystko, bo mieliśmy być ich mięsem armatnim, jeżeli oszalali z głodu wyciągniemy się na powierzchnię spod ziemnego grobu.
- Jak wspomniałam… Lukrecja nie wierzy w przypadki, tylko w konsekwencje. I ja też. Mówisz że miałaś być mięsem armatnim. Byłaś nim? Walczyłaś z Camarillą? Zostałaś wysłana do zrealizowania jakiegoś celu?- zaczęła wypytywać Miracella.
- Ja... - Ann zmarszczyła brwi myśląc ciężko - Nie pamiętam dobrze... Ale...
- przymknęła oczy - Misja... Mieliśmy zająć... Być... Być... - przetarła oczy - Zatrzymać…
- Nie była na tyle ważna, by nawet wyjaśnić wam co zrobić? A jakim cudem… przetrwałaś tą… misję? - zapytała MIracella drążąc dalej temat.Ann milczała kładąc dłonie na głowie. Drżała leciutko zatapiając się we wspomnieniach.
- Mówili... Tak... Tylko co? - wydukała w stresie - To... Było jak kolejny głos. A tamten ciągle do mnie mówił i mówił... Reszta... Pojechała dalej... A my... - załkała zakrywając oczy.
Miracella pogłaskała ją po włosach mówiąc. - Camarilla bywa bardzo biurokratyczna. Pewnie w Nowym Jorku są jakieś notatki lub informacje na temat rajdu Sabatu, w którym brałaś udział. Z pewnością William mógłby coś… zrobić w tej kwestii.
- Do Nowego Jorku dotarłam już później, jak sprzątali po napaści... - wyszeptała.
- Skąd dotarłaś? I w jaki sposób? - zastanowiła się Miracella.
- Było nas dużo, wozili zamkniętych w ciężarówkach z kontenerami. Mnie pochwycili w Kanadzie, Quebec... Wiem, że ciężarówek było więcej... Nie wiem gdzie dokładnie nas zabili... Ale pamiętam... Montpellier. Tak. Tam... Tam spotkałam księcia, który mnie puścił... - niepewnie składała słowa.Miracella zamyśliła się przyglądając Ann. - Jestem tylko prowincjuszką ze Stillwater, ale… i tak sądzę, że coś w tym wszystkim śmierdzi. Jak w ogóle nazywał się ten książę z Montpellier? Jaki klan reprezentował?
- Ja... Chyba... Ventrue... - Ann poczuła ukłucie paniki - Nie wiem! - uniosła głos w irytacji - Oni mnie torturowali, w końcu chcieli polać czymś łatwopalnym i podpalić! - wyrzuciła z siebie w jakiejś desperacji - Czego ode mnie chcesz?!
- Niczego… niczego Ann.- odparła cicho i smutno Miracella. Pokręciła głową. - Słuchaj… ja nie wiem co ci się stało, tam wtedy, ale wiesz… to wszystko to podejrzana sprawa. Rozumiem, że nie chcesz do tego wracać, ale… ja sądzę, że kwestia twojej przemiany… to nie był przypadek. Tylko zbrodnia. Zbrodnia doskonała, bo bez zwłok.
- Większość moich snów... to koszmary... Jak jestem zakopana... - uderzyła pięścią w blat stołu i załkała żałośnie.
- Ann…- mruknęła Miracella tuląc do siebie caitifkę. - … może… chcesz się przespać ze mną? Podczas dnia, w jednym łóżku.Ann skinęła powoli głową.
Wampirzyca podała caitifce chusteczkę. Tymczasem muzyka zaczęła grać i smutny głos Malkavki przecinał powietrze jak bicz.
- Wytrzyj twarz, a ja przyniosę ci drinka, ok?- spytała przyjaźnie Miracella.
Dziewczyna zgodziła się na propozycję, po czym po prostu wpatrzona podłogę i zaczęła smutno patrzeć samotnie.
Ventrue wróciła z krwią i podała jej szklankę z nią.- Lepiej już się czujesz?
Ann wymruczała pod nosem coś, co najpewniej było potwierdzeniem. Bardzo słabym potwierdzeniem.
Miracella usiadła obok przyglądając się załamanej caitifce w ciszy.
Ann powoli piła drinka, jakby w stanie odrealnienia. Miracella widziała pustkę w nieskupionym na niczym wzroku wampirzycy. Nie minęło dużo czasu, gdy córka Lukrecji zauważyła pewną zmianę.
W trzymanym przez Ann szkle szklanki z krwią znikło odbicie caitiffki.- Coś nie tak… z twoim odbiciem.- odparła nieco zaniepokojona Ventrue.
- Uhm? - Ann uniosła wzrok na Miracellę rozkojarzona.
- Nic takiego ważnego. - odparła pospiesznie Miracella.- Coś jest nie tak z twoim odbiciem. Po prostu go nie ma… czy tak być powinno?
- Co? - Ann wyglądała na zszokowaną i zaczęła się rozglądać za jakimś lustrem lub inną powierzchnią zapominając najwyraźniej o trzymanej szklance.
- No… tu go nie ma.- młoda wampirzyca uprzejmie wskazała swoje odbicie… i brakujące odbicie Ann.Ann podążyła wzrokiem I spojrzała na szklankę. Zaraz jej wzrok stał się zirytowany.
- Co ty odwalasz? - fuknęła do Ventrue - Chciałaś mnie wystraszyć?!
Miracella chciała zaprzeczyć, ale gdy ponownie spojrzała na szklankę... odbicie drugiej wampirzycy tam było.
- Nieważne. Coś mi się przewidziało.- odparła pospiesznie Miracella.- Twój nastrój się udzielił albo… coś.
Kundlica oparła się na krześle.
- Wiesz, to nie było śmieszne, bo przecież coś takiego mogłoby być przeciw prawom.
- No chyba tak… z drugiej strony…- zamyśliła się Miracella.- Nie znam się za dobrze na klanowych sztukach, ale jakoś nie przypominam sobie żadnej maskującej odbicia w lustrzanych powierzchniach.
- To mama cię nie uczyła podstaw o innych?
- Podstaw Ventrue… sekrety innych klanów, są ich tajemnicami. Wiem co nieco, ale tylko tyle ile mojej matce udało się podejrzeć. - wzruszyła ramionami.- Każdy klan ukrywa swoje atuty.
- Tylko to nie są atuty, a dość łatwo uznać, że wygląd Nosferatu nie jest czymś co daje im radość. Czytałam książkę od Nadii. Tam było trochę mitologii. Wiesz, Kain.
- No… to wiem… Nosferatu są szkaradni ponoć. Żadnego nie widziałam, więc nie wiem. Malkavy szaleni. A Toreadorzy są narcyzami. Brujah furiatami, a Gangrele zdziczali.- machnęła ręką Miracella. - Lasombra rządzą Sabatem wraz z Tzimisce. Ale… Ravnos? Dopóki nie zjawiła się Jaine Love, myślałam że wymarli. Nic o nich nie wiem, bo moja matka nigdy żadnego nie spotkała dopóki nie trafiła tutaj.
- Ej, może zapytamy Lukrecji Co sądzi o tym twoim... Przewidzeniu? - spojrzała niepewnie na Miracellę - I mówisz, że twoja matka nigdy nie widziała żadnego Ravnosa?
- Nigdy nie wspominała o tym klanie. - zamyśliła się Miracella. - Wydaje mi się że Jaine jest pierwszą Ravnoską jaką widziała w nieżyciu.
- To... Długi czas... - powoli odparła Ann.
- Ano… - zamyśliła się Miracella i wzruszyła ramionami. - A teraz, gdy jestem Kainitką Lukrecja nie jest tak chętna by mnie uczyć. Dorosłam w jej oczach.
- No nie. Czy ona nie myśli? Przecież jak jej własny potomek zrobi coś totalnie durnego z braku wiedzy to ona za to beknie.
- Uważa że nauczyła mnie wszystkiego co powinnam wiedzieć i że nie jest moją niańką.- wzruszyła ramionami Ventrue.
- Przecież nie posiadając wiedzy możesz ją też poniżyć swoim zachowaniem. Durna baba…
- Jak długo ty byś uczyła potomka. Rok? Dwa lata? Trzy? Cztery? Całe swoje życie?- zapytała retorycznie Ventrue. - Kiedyś twoje dziecko musi stanąć na swoich nogach.
- Nie wiem... Mnie chyba... Zawsze uczył Cyril... Jak go nie zawieść czy coś…
- Acha… a z praktycznych lekcji? - zapytała Miracella. - Jak poruszać się w strukturach klanu Ve… Tremere?
- Uczył, że jestem gorsza od nich i mam się słuchać. - wzruszyła ramionami - Dowiadywałam się jak akurat była na to sytuacja.
- Powiem ci, co mi Lukrecja powiedziała. Tremere mają kompleks niższości wobec magów… prawdziwych magów, takich ludzkich. I na ich widok zachowują się jak uczniaki próbujący się im podlizać. - zaśmiała się cicho Miracella. - Wspomnij przy nich o tych magowych frakcjach… ja znam tylko dwie, Niebiański Chór i Werbenę. W każdym razie wspomnij o nich, a zobaczysz jak im mina zrzednie.
- To ja znam więcej! - dumnie powiedziała Ann - Tych Werben nie.
- Lukrecja zna albo znała jedną Werbenę w Nowym Jorku. Niebiański Chór… znała ich we Włoszech, lata temu. - wyjaśniła Miracella.
- Setki lat temu?
- Lata temu… Lukrecja przemieniona została wieki temu, ale stary świat opuściła w okolicy drugiej wojny światowej. Tuż przed nią lub na początku… szczegółów nie znam.- wzruszyła ramionami Kainitka.Ann cieszyła się, że jeszcze za życia nauczyła się maskować swoje emocje. W innym wypadku uśmiechałaby się teraz szeroko jak dziecko, które dostało za darmo cukierka.
- Myślisz, że już można z nią pogadać?
- Myślę, że możesz wpaść do niej na chwilę. Ale nie liczyłabym na długie pogaduszki.- wzruszyła ramionami Miracella.
- Czasem naprawdę zastanawiam się czemu mnie nie lubi. - zaśmiała się z dużą ironią w głosie.
- Nie bardzo. Po prostu jest bardzo zapracowaną osobą. - wyjaśniła Ventrue.
- Serio? - mruknęła z brakiem wiary.
- Prowadzi legalny i nielegalny biznes… praktycznie robi za księgową dla pozostałych Kainitów. Nie wspominając o jej… sprawach.- dodała na koniec enigmatycznie Ventrue.
- Pójdę jej zepsuć humor. - machnęła ręką i wstała z krzesła.
- Powodzenia.- odparła Miracella. -
NIE JESTEM TWOIM WROGIEM
Lukrecja zajęta była pracą przy komputerze, a może oglądaniem telenowel? Ann nie miała okazji dojrzeć, bo Ventrue wyłączyła go nim caitifka podeszła do biurka.
- Ach Ann… jak było na bibce Toreadorów? Ubaw po pachy?- zapytała na powitanie.
- Nie. - przysunęła sobie krzesło - Ale zobaczyłam sekretarza i klanu i poznałam się lepiej z twoim współpracownikiem.
- Doprawdy? Z którym to? - zapytała Lukrecja udając brak zainteresowania.
- Z Lucienem. - uśmiechnęła się - A później jak się urwałam z tej bibki i uniknęłam bycia w magowym chaosie wbiłam się do klubu Luciena.
- Coś ci się pomyliło. Lucien nie jest moim współpracownikiem. Po prostu jest użyteczny i korzystam z jego usług. - odparła Lukrecja z krzywym uśmieszkiem.
- Może być i to. - wzruszyła ramionami - Ale przynajmniej fajnie się oglądało jak Torki nie wiedzą co zrobić z tym, że nie mają kogo wysłać.
- Jakoś im nie współczuję za bardzo. - odparła z krzywym uśmieszkiem Ventrue.
- Lucien im jakoś poradzi.
- Cóż…- zamyślila się Lukrecja splatając dłonie razem i podpierając nimi podbródek. - Skoro jest Toreadorem to powinien im pomóc, prawda? Ciekawe tylko jak.
- Nie znam szczegółów, ale coś tam usłyszałam... - niewinnie powiedziała imitując podpieranie podbródka.
- Niewątpliwie coś podsł… posłyszałaś. I tym wieściom zawdzięczam twoją wizytę w moim skromnym gabinecie? - spytała Ventrue uprzejmie.Ann uniosła oczy ku sufitowi w zamyśleniu.
- W sumie to nie. - spojrzała znowu na Ventrue - Stęskniłam się za twoją osobą, a Lucien tęsknotę wzmógł.
- Doprawdy?- zdziwiła się wampirzyca w zamyśleniu. - Lucien aż tak mnie chwalił, że się za mną stęskniłaś? To miłe z jego strony.
- Przyznam, podlizywać się to umie, nawet dobrze mu idzie. Ciekawe kim naprawdę jest.
- Kłamcą. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - I doświadczonym szarlatanem.
- Zapewne Primogenka Toreadorów by się zgodziła z tobą. Elena uważa, że on do jej klanu nie należy.
- Pewnie ma rację. Kim my jesteśmy by nie zgadzać się z Primogenką jego klanu.- uśmiechnęła się Lukrecja i lekko przechyliła głowę w lewo.- Z drugiej strony… przy cyrkach jakie odstawiają Malkaviany przyjmując do klanu kolejne owieczki, Toreadory mogą przymknąć oko na jedną zabłąkaną duszyczkę. Czyli… - spojrzała wprost na Ann. - Próbujesz ze mnie wyciągnąć to kim on naprawdę jest? Cóż… mogę co nieco wiedzieć, ale wiesz… to cenny sekrecik.
- Jak bardzo cenny? - zapytała przechylając głowę.
- Dosyć cenny. Nie zagłębiałam tematu, by nie przyciągnąć niechcianej uwagi. Ale… wiem o nitce wystającej z kłębka. Nie opłacało mi się dotąd nią podążyć.- odparła lisio Lukrecja.- Twoja oferta zaś to…?
- Nie wystarczy moja urocza osoba? - uśmiechnęła się ślicznie - Skoro i tak w końcu mamy razem wrócić do Nowego Jorku?
- Twój urok wystarczy na dobrą radę. Jeśli Lucien dowie się, że próbujesz odkryć jego sekrecik, stanie się twoim wrogiem. Dlatego właśnie ja porzuciłam ów wątek. Skórka niewarta wyprawki. - wyjaśniła Ventrue.
- No wiesz... Coś taka niemiła? - zapytała z żalem.
- Jak to niemiła? Daję ci dobrą radę. To nie moja wina, że nie potrafisz jej docenić. Nie drąż tematu Luciena dla próżności czy ciekawości. No chyba że masz jakiś ukryty interes w dopytywaiu się o niego, o którym o nie wiem.- odparła Lukrecja.
- Niestety nie... - mruknęła niezadowolona - Jestem zbyt oddalona od polityki i wiesz, to mnie irytuje. To jak jeść tort schowany za szybą.
- Lucien to nie polityka… to gnój pod nią. - wzruszyła ramionami Lukrecja.- Chcesz się taplać w gnoju? To rób to na własne ryzyko i nie mów potem, że cię nie ostrzegałam. Kwestię klanowej przynależności Luciena już znasz. To Toreador. A prawda? Prawda jest gówno warta, jeśli nie przynosi zysków.Po chwili milczenia Ann pokiwała głową godząc się ze zdaniem Lukrecji.
- Jak wrócisz do Nowego Jorku to pokażesz mi politykę?
- Z pewnością. - stwierdziła stanowczo Lukrecja.
- A jak ci idzie staranie się o to?
- Tooo… skomplikowane. - mruknęła Ventrue, więc raczej nie szło jej za dobrze.
- Może teraz się coś zmieni jak wyślą łowców. Wiesz kogo Ventrue dadzą?
- Mogę zgadywać, że Hrabiego… czyli Hermana Mendeza. To prawa ręka Primogenki jeśli chodzi o sprawy siłowe. Kogo on zwerbuje, to nie wiem… pewnie jakieś żądne sukcesu wampiry. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
- Ten Hrabia to mocny zawodnik? - zapytała zaskoczona - Znaczy nie myślałam, że wśród Ventrue są tacy... Wiesz. Wojownicy.
- Ventrue to klan rycerzy… szlachetnie urodzonych wojowników. Toreadorzy poszli w artyzm, Gangrele całkiem zdziczeli, a Brujah… z każdym wiekiem upadali coraz bardziej. Ventrue to szlachta Ann.- wyjaśniła dumnie Lukrecja. - I potrafią walczyć. Przynajmniej część z nich. Spójrz na mnie… myślisz, że jestem delikatnym kwiatuszkiem, który ucieka z piskiem na widok zagrożenia?
- Nie... Już to przerobiłyśmy. - przyznała unosząc dłonie.
- Hrabia i jego podwładni nie są tak agresywni jak Brujah, ale… nie są też tak agresywni jak Brujah i nie dadzą się ponieść żarowi walki, co zwykle się dla tamtego klanu źle kończy. Hrabia jest profesjonalistą, co do jego… pomocników. Nie wiem. Żadnego nie znam, nie mam pojęcia o ich doświadczeniu bitewnym, a jedynie wyszkoleniu. - kobieta wzruszyła ramionami na koniec.
- A to król nie siedzi z tyłu i rzuca do przodu podwładnych i później wejdzie do walki?
- Królowa zostanie w Nowym Jorku. Hrabiego nie stać na porażki, więc wszystkiego dopilnuje osobiście, żadnego stania na tyłach nie będzie. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
- W ogóle nie rozumiem jaki ma cel to całe przedsięwzięcie. Po co dali wszystkim klanom polować? Jaki w tym jest cel? Oczywiście prócz pozbycia się problemu w Stillwater.
- Problem draugów musi być rozwiązany. Książę wybrał taki sposób, który daje okazję klanom do wykazania się potęgą i bezpiecznej rywalizacji, nie wzmacnia pozycji szeryfa nowego Jorku i nie zmienia sytuacji w wolną amerykankę, nad którą nikt nie panuje… a tym byłyby krwawe łowy na nie. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
- A planujesz robić coś więcej podczas tych Łowów poza byciem tutaj?
- A jak sądzisz, kto zajmuje się zaopatrzeniem dla tych wszystkich “łowców”. Kto załatwia im noclegi?- uśmiechnęła się Lukrecja. - Joshua może i rządzi, William ma całe miasto w kieszeni, ale jeśli chodzi o logistykę, to zwracają się do mnie.
- Ale jak w sumie ma wyglądać to wszystko? Wampirów będzie dużo. O wiele więcej niż jest spodziewane w Stillwater. Jak to zamierzasz ogarniać?
- Żonglowałam większymi stawkami w Nowym Jorku. Więc takie sprawy są dla mnie fraszką. - odparła z uśmiechem Lukrecja i dodała. - Mam już zakwaterowanie dla wszystkich zgłoszonych grup i posiłki też. Sprowadzane z Nowego Jorku. Oczywiście każdy Primogen będzie musiał pokryć koszty z własnej kieszeni. Nie ma tu darmowej wyżerki. Gdyż książę Stillwater zabronił łowów na śmiertelnych na własną rękę.Ann westchnęła.
- No tak. Joshua jak na Brujah jest bardzo zakochany w tych ludziach…
- Raczej bierze swoją rolę szeryfa zbyt poważnie. Niemniej ty jesteś miejscowa. Ty możesz łowić, pod warunkiem, że nie ubijesz. - wyjaśniła Lukrecja. - Oni są przybyszami. Więc ciebie dekret księcia nie obowiązuje, ich tak.
- Zazwyczaj pożywiam się zbiorami Williama. Ale powiem ci coś szczerze: może ogranicza niewygodę poszukiwania kogoś na mieście, jednak w dłuższej mierze jest po prostu... Nieciekawe w smaku.
- To prawda. Aczkolwiek tęsknię za bardziej apetycznymi posiłkami, które były powszechnie dostępne w Nowym Jorku. Ileż można żywić kierowcami ciężarówek i innymi redneckami. - westchnęła smętnie Lukrecja.
- Raczej ty się takimi na pewno nie żywisz. - stwierdziła.
- Widziałaś wybór w barze. Wśród miejscowych nie ma wielu adonisów. Może to i lepiej… nie potrzebujemy by William znów się w kim zabujał. Ponoć ma wyjątkowego pecha do swoich kochanków. Niektórzy twierdzą, że to klątwa. - zaśmiała się Lukrecja.
- Teraz wzdycha do mojego ghula, co go z pieniędzy doi.
- Póki nie planuje go “usynowić”, póty jesteśmy bezpieczne.- wzruszyła ramionami Lukrecja.
- Zaskakuje mnie, że taki stary wampir, a tak obrzydliwie naiwny. - zaśmiała się.
- To Toreador w końcu. I to ich klanowa słabość. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
- Bycie naiwnymi?
- Zauraczanie się czymś. Czasami krótkotrwałe pod wpływem chwili, czasami przyjmuje to kształt obsesji związanej z osobą, lub przedmiotem. Z drugiej strony, bycie naiwnym to rzeczywiście słabość tylko Williama. - wzruszyła ramionami Ventrue.
- Mój ghul z radością to wykorzystuje. - zaśmiała się - Nie jest zakochany w innym facecie. Jest po prostu zakochany w jego pieniądzach. Cwaniaczek. Zupełnie jakby jeden list gończy za tym wyprowadzaczem firmowych pieniędzy mu nie wystarczył.
- Wybrałaś więc sobie kłopotliwego ghula. - wzruszyła ramionami Lukrecja.
- Nie jest takim kłopotem dla mnie. Pomogłam mu zrozumieć ostatnio. - uśmiechnęła się z jakimś okrutnym zadowoleniem.
- Skoro tak twierdzisz. - uśmiechnęła się z przekąsem Ventrue. - Obyś się potem nie obudziła z ręką w nocniku.
- Ukarałem go za branie pieniędzy w moim imieniu bez mojej wiedzy. Będzie się mnie za bardzo bał, aby zrobić coś takiego ponownie. - powiedziała z nonszalancją - Dodatkowo bez mojej dobrej woli nie dostanie swojej działki.Lukrecja zauważyła w zachowaniu dziewczyny coś, czego nie spodziewała się zobaczyć, gdy Ann była tym zastraszonym dzieciakiem. Czyżby była to jakaś chęć odwetu za własne cierpienia z ręki Cyrila? Jakaś pogarda wobec śmiertelnych?
- Tresowanie ghuli… jakie to urocze.- odparła z ironicznym uśmieszkiem Lukrecja i wzruszyła ramionami. - I typowe dla nowo przebudzonych. Pierwszy posmak władzy?
- Nie robię niczego innego, czego nie widziałam już u innych. - mruknęła z irytacją.
- Mhmm… cóż… nieśmiertelność nie uwalnia od wrodzonej głupoty. Nie wszystko warto naśladować. - stwierdziła Lukrecja.Ann nie wyglądała na zadowolona słysząc słowa Lukrecji.
- Śmiertelnym trzeba uświadamiać gdzie ich miejsce. Jesteśmy ich lepszymi, A to czasem wymaga także bardziej twardych metod.
- Bardzo męskie podejście do sprawy. Bardzo… Brujah? Tremere? Raczej nie Ventrue.- zamyśliła się Lukrecja.
- A ty wolisz, aby cię kochali?
- Venture nie są prymitywnymi osiłkami, czy zaślepionymi potęgą rasistami.- zaśmiała się Lukrecja. - Jesteśmy lepsi od śmiertelnych i dlatego na pancerną pięść zakładamy aksamitną rękawiczkę. Prostacka przemoc i dyrdymały godne faszystów… nie są dla nas. Ktoś kto jest potężny, nie potrzebuje tej potęgi udowadniać… jest wszak ona widoczna.
- Nie chodzi o udowadnianie. Tylko bycie delikatnym może wcale nie dać dobrych długoterminowych efektów.
- Nie zamierzam cię przekonywać. Jesteś młoda, ucz się na własnym doświadczeniu i własnych błędach. - uśmiechnęła się ironicznie Lukrecja.
- Cokolwiek... - machnęła ręką Ann.- Zwróć czasem też uwagę na swoje dziecko. Dziś mnie trochę zaniepokoiła, a nie sądzę że Ventrue posiadają jakieś widzenie tego czego nie ma, jak Malkavy.
- W jaki sposób? - zapytała Lukrecja wyraźnie zaciekawiona.
- Rozmawiałyśmy przy stoliku i nagle zrobiła się zdenerwowana i zaczęła mówić, że coś jest nie tak z moim odbiciem w szklance. Kiedy spojrzałam to wszystko było dobrze, a ona najwyraźniej próbowała powiedzieć, że musiało się jej przewidzieć. Spodziewałabym się czegoś takiego po innych klanach.
- A jakie klany znasz, które manipulują cieniami?- zapytała retorycznie Lukrecja.Ann spojrzała nieufnie.
- Czy to podchwytliwe pytanie?
- Lasombra nie odbijają się w lustrach… z tego co mi wiadomo. Ani w lustrach, ani w innej powierzchni lustrzanej. To wada ich klanu, to wada ich krwi… wada, o której dobrze wiedzą i starają się unikać sytuacji w których ten fakt mógłby być dostrzeżony. Jako caitifka stworzona przez Sabat, możesz… okazyjnie manifestować ich wadę. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - Bo wygląda na to, że dostałaś ją z całym dobrodziejstwem inwentarza.-Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Ale ja zawsze widziałam swoje odbicie. Nawet teraz to tylko Miracella mi o tym powiedziała, a od zawsze cieniami... umiałam manipulować. Jesteś pewna, że to nie jest jakiś problem z twoim dzieckiem? - zapytała z lekkim zaniepokojeniem w głosie.
- Powiedziałam… okazyjnie…- machnęła dłonią Lukrecja.- Jeśli nie ufasz jej oczom, to cóż… może rzeczywiście coś się jej przewidziało. Jeśli nie…- wzruszyła ramionami Ventrue.- To czasem ta wada klanowa będzie się manifestować… a może inne też? Nie wiem. Popytaj kogoś kto się tym interesuje. Na pewno jacyś Tremere w Nowym Jorku, bo Nadia studiuje biblię.- Jasne... Na razie zostanę tutaj. Miracella zaprosiła mnie bym z nią dziś spała.
- Jak miło z jej strony. Nie zmolestuj mi jej za bardzo. Ma powodzenie u klientów. - odparła żartobliwie burdelmama.
- Sprzedajesz swojego potomka? - zaśmiała się.
- Wynajmuję… to nie to samo.- odparła Lukrecja i wzruszyła ramionami.- Potomek to zasób, należy go oczywiście odpowiednio wychować i dbać o niego, ale Ann… musisz dbać o wszystkie swoje zasoby, bo możesz je stracić.
- Ale ludzkie ghule są do łatwego zastąpienia. - stwierdziła - Stracisz tego, możesz innego wziąć, nieprawdaż?
- Twoje ghule mogą też być przejęte przez innego wampira, napojone jego krwią i zwrócone przeciw tobie. - odparła Lukrecja.- To nie straty swojego ghula powinnaś się obawiać, ale jego zdrady… a im gorzej go traktujesz tym łatwiej wpadnie w łapy innego Kainity, bardziej współczującego i chętnego do nakarmienia go własną krwią. Problem z ghulami polega na tym, że my musimy spać za dnia… i wtedy jesteśmy zdani na ich łaskę i niełaskę.
- Ale przecież taki sługa jest uzależniony od twojej krwi, ktoś inny od tak tego nie przebije. Jaka jest różnica jeżeli chodzi o traktowanie? Jeżeli byłoby to takie łatwe to bardzo szybko bym wiele razy zdradziła Cyrila. A teraz może i już rozumiem, że jego słowa są kłamstwem, a jednak wciąż nie chcę jego krzywdy.
- Ty jesteś wampirem. Na nas Vitae działa mocno, wiążąc nas niewidzialnymi łańcuchami. Na ghuli zaś wpływa w inny sposób. Są uzależnieni od wampirzej krwi, ale… tożsamość ich karmiciela może być dowolna. Na szczęście mało który ghul o tym wie.- wzruszyła ramionami Ventrue.Ann nie wyglądała na zadowoloną.
- Mówisz, że nie mogę go traktować tak jak Cyril mnie? - zapytała z jakąś żałością w głosie - A co z ghulami sabatowców? Oni na bank nie traktują dobrze ludzi.
- Nie wiem… nie byłam w Sabacie.- wzruszyła Lukrecja i uśmiechnęła się cynicznie. - A ciebie nie stać na pomiatanie ghulami, bo masz tylko jednego i jest on kluczowy dla twojego przetrwania. Są różne rodzaje ghuli… tych mało znaczących… można nawet zgnieść, ale tych którzy pilnują twojego łoża. Tych lepiej traktować dobrze. To w końcu ludzie, a lojalność ludzkiego narkomana… sama wiesz.
- Dniuję u Williama... Nie odważyłby się zrobić czegoś tam... - próbowała zaprzeczyć.
- Sam nie. Sam z pewnością nie. - Lukrecja uśmiechnęła się ironicznie.- Co innego, gdyby ktoś wyjątkowo brzydki ale i wyjątkowo charyzmatyczny podsunął mu pewne sugestie wraz z fiolką słodkiej Vitae i obietnicami. Ale przecież ty nie masz takich wrogów, prawda?
- Nie... - spojrzała podejrzliwie na lukrecję - Nie sądzę... Mam rację?
- Masz jeśli moi informatorzy się nie mylą. KIlka młodych Nosferatu nadal jest zagniewanych z powodu śmierci swojego patrona i tego, że Cyril jest poza zasięgiem ich zemsty. - zamyśliła się Lukrecja.
- Naprawdę? - odezwała się zdziwiona - Mówią ci, że jestem twoim wrogiem?
- Mówią, że szukają sposobu na rozładowanie swojej złości i że ty jesteś najbliższym dostępnym celem zastępczym. Nie wiem czy rzeczywiście planują ci zaszkodzić. Ale informacje już zbierają. - wzruszyła ramionami Ventrue.
- Nie mają nic lepszego do roboty... - mruknęła - Gonić za caitiffem …
- Stracili swojego patrona, opiekuna, być może nawet… ojca. - wzruszyła ramionami Lukrecja. - Ich pozycja w klanie bardzo osłabła. Mają powody by być wściekli… nie mają jednak dużego potencjału do krzywdzenia. Są młodzi jeszcze i mało potężni.
- To nie moja wina... - mruknęła.
- A kogo obchodzi sprawiedliwość, gdy pragnie się zemsty?- zapytała filozoficznie Lukrecja.Ann machnęła ręką.
- Ważne, abyś ty w te bzdury nie wierzyła. Ja tu nie mam zamiaru zostać do końca istnienia…
- Zemsta jest jak najbardziej prawdziwym faktem Ann. Nielogicznym. Nierozsądnym. Ale prawdziwym. Starsi naszego rodzaju zrozumieli trywialność tego uczucia, ale młode wampiry… to już inna kwestia.- wyjaśniła Lukrecja.
- Więc ciągle masz zamiar zabrać mnie ze sobą do Nowego Jorku, prawda? - zapytała jakby chcąc się upewnić.Lukrecja machnęła dłonią. - Oj tam… oczywiście, że tak. To, że paru nisko postawionych brzydali planuje cię zabić, to nie oznacza że mamy się ich bać. Tak czy siak, Nowy Jork nie będzie idyllą. Udajemy się w paszczę lwa.
Caitiffka wyraźnie się uradowała.- Wcześniej też dla mnie nie był. Wiem, że inaczej, ale to mało zmienia.
- Możliwe że zdecydują się uderzyć tutaj w Stillwater. Poprzez… kogoś… raczej sami nie wpadną tu z wizytą. Chyba nie chcą być osobiście powiązani z twoim zgonem.- zastanowiła się Ventrue.
- Naprawdę uparta zgraja.
- Na szczęście niezbyt silna i właściwie pozbawiona wpływów. - odparła Ventrue.
- Jutro pogadam z Nadią o tych brzydalach. - westchnęła - Może coś dodatkowo powie.
- Wątpię by interesowały ją Nosferatu… lub ogólnie wampiry z Nowego Jorku interesowały. Jest ponoć asasynką klanu Tremere a jakoś… klan nie kwapi się, by zwerbować ją do polowania na draugi?- zapytała retorycznie Lukrecja z kpiącym uśmieszkiem.
- Sądzę, że oni nie tylko jej nie lubią, ale także się boją. - zaśmiała się - Przynajmniej nie ci najwyżej. A do tego wątpię by ona chciała brać udział w czymkolwiek, co ją odciągnie od jej poszukiwania boskiej liczby.
- A tak… jej obsesja. Coś…- zamyśliła się Lukrecja. - Nie znam takiego klanu, ale… słyszałam legendy o potworach których słabością bywa obsesja na jakiś temat. Na przykład na temat liczenia rozsypanego ryżu. Może Nadia jest japońskim wampirem? - zaśmiała się traktując pytanie jak dobry żart.
- Możemy to sprawdzić. - wyszczerzyla się - Na następnym zebraniu rozsypmy coś wokół jej stolika. Eksperyment.
- Można zrobić coś takiego.- przyznała Lukrecja i zamyśliła się. - Tak naprawdę jaki mamy dowód na to, że Nadia jest Tremere? Primogeni ukrywają w swoich klanach takie niecodzienne atuty, by wyciągnąć je z rękawa w odpowiedniej chwili. Papa Roach ukrywa ten fakt za mgiełką obłędu, podczas gdy reszta… cóż… musi być bardziej subtelna.
-
Pobudka w nowym miejscu z nową osobą. Miracella była śliczniutka. Kusiła swoim negliżem okrytym koronką. Gdyby Ann była facetem, albo… gdyby przynajmniej była żywa, to mogłaby uznać za wyjątkową szczęśliwą osóbkę. Ale serce Ann już nie biło. I mogła jedynie okiem artysty ocenić piękno leżące w jej łóżku. Po czym rozejrzeć się dookoła i przypomnieć sobie gdzie była i dlaczego. Zaczynała się nowa noc na którą w zasadzie nie miała żadnych konkretnych planów.
Okazało się jednak, że ktoś inny takie plany miał. I to wobec niej.
Larry siedział się przy barze, w skórzanej kurtce i z papierową torbą leżącą na barze obok niego. Na widok Ann uśmiechnął się szeroko. Ale nie był to szczególnie przyjazny uśmiech. Bardziej podstępny?
Gestem zaprosił caitifkę do siebie. A gdy była bliżej, rzekł.- Mamy sprawę do omówienia. W końcu jesteś mi coś winna za rozwalenie bryki, nieprawdaż?
Ann stanęła obok wampira i skrzyżowała dłonie na piersi z niezadowolonym wyrazem twarzy.- Ja niczego nie rozwaliłam. Ja uciekałam od tego co rozwaliło. - zaprotestowała.
- Pozwoliłaś zniszczyć moje autko. Jesteś mi coś winna. Nie martw się, spodoba ci się spłata długu. Mam nawet dla ciebie prezent.- podniósł i podał jej papierową torbę.Dziewczyna spojrzała niepewnie na Larry'ego.
- Bo płakałeś przez te zniszczenia. - spojrzała na trzymaną torbę - Spodoba... z w twoich ust brzmi to... Niepokojąco. - powoli uchyliła torbę by zajrzeć do środka.
- Marudzisz.- skomentował Brujah, podczas gdy Ann zajrzała do środka torby i zobaczyła… ciuchy. Jeansowe i skórzane. Jakąś koszulę obcisłą z flaneli, jakieś “podarte” tu i tam jeansowe spodnie. Skórzaną obcisłą kurtkę jakby z reklamy piwa dla mężczyzn. Szalik. Sama torba była zbyt ciężka jak na same ciuchy. A Ann dostrzegła nawet kozaki na wysokim obcasie. Ogólnie ubrania jak z męskiej fantazji o dziewczynie harleyowca.
- Mam nadzieję, że będą pasować. Masz wyglądać jak naiwna zdzira która leci na motocyklistów. I która cyckami odciąga uwagę od tego co ma ukryte za plecami. - wyjaśnił Larry.
- Dzięki, że uznałeś, iż pasuję do roli... - stwierdziła z przekąsem - Aż przypominasz mi innego dupka z radością poniżającego mnie... - westchnęła wspominając ubranie pokojówki - Mam nadzieję, że to ma więcej na celu poza poniżaniem?
- Ma ci ułatwić przemycenie pistoletu, byś mogła pierwsza strzelić, ot co. - wzruszył ramionami Brujah.- Rzecz w tym, że jakiś czas temu nawiązałem interesy z Wenezuelczykami. Zwą się anakondas, albo żakarakas albo… jakaś tam wężowa nazwa. Zaczepili się w Nowym Jorku i rozkręcają narkotyczny biznes, bo mają dobrych dostawców i tanich. Zakładam że dzięki wtykom w skorumpowanej policji. Bowiem tamten kraj się wali na pysk. Póki co działają samodzielnie i uniknęli wchłonięcia przez Kolumbijczyków. Póki co…- wzruszył ramionami po chwili kontynuując wypowiedź. - A więc ci nowi chłopcy na dzielni zamówili u mnie broń, dostarczyłem. Zapłacili i zamówili znów i… przy drugiej dostawie zaczęli narzekać na jakość towaru i marudzić. Dziś po północy mam się z nimi spotkać i z tego co mówią moje wtyki w mieście, chcą mnie przykładnie ukarać, by pokazać że są twardzi i nie warto lecieć z nimi w kulki. I wybrali mnie na tą pokazówkę. Duuuży błąd.- uśmiechnął się złowieszczo Larry.- Skoro szykują na mnie pułapkę, to ja w nią wpadnę i wybiję ich prawie co do nogi. Niemniej skoro to pułapka, to potrzebuję kogoś kogo nie będą podejrzewać, że umie strzelać i będzie miał z czego. Pamiętaj, że to są śmiertelnicy nieświadomi istnienia Kainitów, a ja muszę zostawić jednego przy życiu… żeby wrócił do swoich szefów i powiedział im, że ugryźli więcej niż byli w stanie przełknąć.
- Mając ciebie to będzie trudne zostawić jednego przy życiu... - westchnęła.
- Poradzę sobie.- machnął ręką Brujah.- Trudniej będzie udawać że mogą zrobić mi krzywdę. Pistolety, karabinki AK czy Uzi. Trzeba się naprawdę postarać żeby mogły nas zranić. Broń małokalibrowa nie bywa problemem. O ile nie mają śrutówek lub czegoś z większym kopem, możesz nawet nie zauważyć gdy cię postrzelą.
- Wystarczy by tylko ten jeden nic nie widział. Reszta i tak zdechnie. - wzruszyła ramionami.
- Za dużo… komplikowania. Lepiej po prostu udawać “śmiertelników”. - machnął ręką Brujah.
- Niech ci będzie... - burknęła zirytowana.
- Jak chcesz się upewnić, że wybrany przez ciebie ludzik nie zobaczy niczego podejrzanego podczas, gdy na pozostałych się wyżyjemy. No powiedz. Oświeć mnie.- odparł prowokująco Larry.
- Pójdzie za cizią Larry'ego na ruchanko, a zamiast niego zobaczy gwiazdy i będzie spał. - przewróciła oczami.
- To nie tego rodzaju spotkanie. Nie będzie okazji na skok w bok.- wzruszył ramionami Larry.
- Jesteś nudny, jak Ventrue, szok. Wielki Larry Dukes trzęsie portkami przed zasadami! - drażniła się z nim.
- Te zasady niestety nie mogą być złamane.- wzruszył ramionami Dukes.- Dziś je złamiesz, jutro będziesz martwa. Może zabije cię nasz szeryf, może twój Toreador, może zabójca z Nowego Jorku. Niemniej ktoś cię zabije. I mnie też… i nie da nawet szansy na walkę. Łapy Księcia sięgają zaskakująco daleko, ale szeryf jego jest zaskakująco dobrze poinformowany. Widziałem już takich łamaczy zasad w moim klanie… i ich głowy odcięte od tułowia.Spojrzał na Ann uśmiechając się. - Poza tym… rzeź śmiertelników bywa nudna bez ograniczeń. Gdzie tu wyzwanie?
- Myślałam, że chociaż ty rozumiesz. - mruknęła - Śmiertelni są słabi. My jesteśmy silni. To z zasady daje nam prawa nad nimi. - wypowiedziała grobowo.
- Oj tam. - machnął ręką Larry.- Wątpię by Latynosi pojęli sugestię za pierwszym razem. Pewnie przyślą grupę odwetową, a tych…- uśmiechnął się złowieszczo. -... cóż, nie zamierzam ostrzegać ich dwa razy, więc kolejną grupkę można wybić w całości i bez zabawy w przedstawienie.
- No dobra... - burknęła trochę jak dziecko, któremu odmówiono czekolady przed obiadem.
- Ok… no to skocz do pokoju, przebierz się… a i jeszcze to…- dodał sięgając do kieszeni i wyciągając paczkę gum. - Głupie siksy żują gumę, umiesz robić balony?
- Kiedyś umiałam.
- To sobie będziesz miała okazję przypomnieć sobie. Czekam w aucie.- dodał Larry z uśmiechem wstając od baru.
Brujah czekał na nią w starym vanie, zupełnie “przypadkowo” łatanym tu i ówdzie grubymi stalowymi płytami. Wyglądał jak gruchot, ale… jakoś te łaty przyspawane zostały w kluczowych miejscach osłaniając silnik i bak paliwa.
W vanie był i on i jego dwaj podwładni siedzący z tyłu. Uzbrojeni w sztucery myśliwskie z wojskowymi lunetami. I milczący, jak zawsze zresztą.- Nieźle wyglądasz. - skomentował jej wygląd Larry.- Znalazłaś prezent na dnie.
Ann skinęła głową. Znalazła. Pod ciuchami i butami był prezent, duży pistolet z wygrawerowaną czaszką na rękojeści.
- Schowaj go dobrze i użyj gdy przyjdzie czas. Gdy zagwiżdżę. Strzelając trzymaj obiema dłońmi. Mocno kopie, co może cię zaskoczyć zanim się przyzwyczaisz. - wyjaśnił Larry ruszając. Uśmiechnął się. - To Latynosi z prymitywnego kraju. Nie doceniają kobiet, więc nie powinni się spodziewać, że potrafisz walczyć. Da ci to przewagę… przez pierwsze pięć minut. Potem zaczną strzelać…-
Jechali dalej, a Larry mówił.- … Wenezuelczycy na szczęście dostali ode mnie uzi i inną małokalibrowe zabawki. Bolesne dla śmiertelników, ale niegroźne dla nas…-
Powoli dojeżdżali na miejsce, gdy Larry kończył swój wykład.- …Takie laski jak ty widzieli oni w telewizji. Nie mają pojęcia o prawdziwych harleyowcach więc graj na stereotypach. Głupia lalka żująca gumę, która niemal wiesza się na swoich facecie i dumnie prezentuje cycki. Skup ich wzrok na nich, a nie zauważą pistoletu którego w nich wycelujesz.-
Zatrzymał się przed złomowiskiem i Luc z Bobem wysiedli by udać się poprzez śnie w kierunku ogrodzenia.
A Larry uruchomił silnik dodając z uśmiechem. - Przedstawienie czas zacząć.-
Cmentarzysko samochodów na pustkowiu.
https://imgbb.com/
Tym było tutejsze złomowisko. Całą przestrzeń dookoła wypełniały wraki aut pochodzące z ostatniego pięćdziesięciolecia. Nikt tego nie pilnował, nikt chyba nie musiał. Wszystko co było coś warte z tego złomu, już dawno zabrano.
Było tu cicho i upiornie. Było tu złowieszczo.
Idealne miejsce na “randkę” z Wenezuelskimi gangsterami. Czekali na nich w środku złomowiska. Trzy chevrolety w tym jedno camaro. Sześć osób. Mocno opatuleni z uwagi na panujące zimno i pewnie deczko wkurzeni. Ann nie mogła dojrzeć za wiele z powodu ich puchowych kurtek. Dostrzegała jedynie śniadą karnację, krótkie wąsiki bródki oraz fragmenty tatuaży na twarzach… głównie napisów.- Ok… zabawę czas zacząć. - Larry rzekł ze złowieszczym uśmiechem.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się