21 dni Kwarantanny
-
Życie w biurowcu toczyło się swoim tempem, po wydaniu racji przez Policję, ludzie się rozeszli. Atmosfera przygnębienia i beznadziei jeszcze pogłębiła się, podczas gdy wśród ludzi kwitł niepewny barter. Ja tobie kromkę chleba, ty mi margarynę na moją kromkę. Ja tobie serek wiejski, ty mi pół cebuli.
Najgorzej mieli przypadkowo schwytani w pułapkę cywile, którzy okupowali pokój socjalny parteru i Lobby. Wpadli na chwilę do budynku załatwić jakąś sprawę i niestety, tak już zostali.
Najgorsze było to, że nie było wdać żadnych objawów choroby. Kaszlu. Kichania. Żadnych zgłoszeń. Każdy patrzył na każdego, nie jak na "zdrowego", ale jak na potencjalne źródło śmiertelnego patogenu.
Nie ma "Zdrowych". Są tylko "niezdiagnozowani"...Karol zajmował się swoimi sprawami. Krążył wśród techników, dokręcał śrubki, rozmawiał z ludźmi. Jako że był "prawie swój" chociaż zewnętrzny kontraktor, to jednak przyjęli go jak swego i miał okazję spędzić noc właśnie w dziale technicznym. Dostał własne legowisko - co prawda złożone, jak wszystkie, ze wszystkiego co było dość miękkie i pod ręką, ale przynajmniej techniczni mieli własny zapas kawy, oraz nie patrzyli na każdego jak na potencjalne zagrożenie. Trzymali się razem.
Maksymilian miał najtrudniej - mycie okien zostało odwołane. Wszyscy ci, którzy zajmowali się wielkomiejską alpinistyką na wieżowcach, byli obecnie bez zajęcia. Z braku lepszego pomysłu, unikał ludzi. Miejsce do sprania przygotował sobie w jednym ze schowków, o którym wiedział, że może go po prostu zamknąć od zewnątrz, jest tam dość miejsca żeby się położyć, oraz dość suchych, świeżych mopów, aby umościć sobie coś w stylu łóżka.
Śmierdziało wszelkiego rodzaju chemią, ale było bezpiecznie, a to najważniejsze.Tymczasem, w gabinecie Wiktorii, ona i Michał prowadzili szeroko zakrojone śledztwo, szukając potencjalnych zarażonych, którzy mogli przywlec choróbsko z Niemiec. Zamiast biernego obserwowania sytuacji, próbowali coś zrobić. Coś o co nikt nie prosił, nikt nie potrzebował, może nawet nikt nie zasłużył.
Może nawet nikt nie był świadomy potrzeby takiego działania. Ale to pozwoliło im się czymś zająć.Do wieczora mieli już gotową listę 10 nazwisk, która po paru telefonach, skróciła się do zaledwie 5 pozycji - ponieważ właśnie tylu z listy znajdowało potwierdzenie swojej obecności w budynku w dniu dzisiejszym. Problemem był brak objawów, jak również destynacje lotów - cholera, wszystko wskazywało na to, że znowu dobrnęli do ślepego zaułka. Że to bogu ducha winni ludzie, którzy są zdrowi, a zawinili jedynie tym, że mieli przesiadkę w Niemczech, w miejscu w którym nawet techncznie nie było ogniska choroby.
Przyniesiona przez Wiktorię z socjalnego Kawa szybko została otwarta, a jej zapasy podczas śledztwa zaczęły niebezpiecznie topnieć.
Oczywiście Wiktoria i Michał w jakiś sposób umościli się w jej gabinecie na noc. Pierwszy - i jak mieli płonną nadzieję, ostatni - dzień kwarantanny, dobiegł końca. Zapadła noc. Niepewna, wątła. Z rzadka przerywana przejazdami na ulicy, bądź pojazdami na sygnale. Z ludźmi, śpiącymi w różnych zakamarkach, niekiedy najbardziej zapomnianych przez Bogów miejscach w tym cholernym budynku. Okupując kanapy, stoły, podłogi, przestrzenie pod biurkami, próbując umościć sobie w miarę wygodne legowisko, że wszystkiego co było pod ręką.
Poranek przywitał wieźniów Darpolu w nietypowej porannej rutynie. Duży ruch w łazienkach - mycie rąk, twarzy, załatwianie potrzeb, oraz zużywanie papierowych ręczników w ilości, której nikt by nie podejrzewał. o godzinie dziesiątej kwarantanna miała się zakończyć. Mieli wyjść do domu.
Nikt nie pracował, może z wyjątkiem ochroniarzy. W lobby powoli zbierał się coraz większy tłum, gotowy do wyjścia. Praca w budynku uległa całkowitej dysrupcji i było jasnym, że czy ktokolwiek tego chce, czy nie - czy zarzuci zwolnieniami, zagrozi karami, czy nie - zaraz po zakończeniu kwarantanny budynek będzie świecić pustkami.Jakże głęboko się zawiedli. Jakże straszliwie się pomylili. I jak bardzo niszczący psychicznie był to zawód.
Tuż przed godziną ósmą, dało się słyszeć syreny pojazdów uprzywilejowanych. Za oknami Lobby zrobiło się niebiesko od charakterystycznych szklanek. Otworzyły się drzwi, a do środka weszła grupa ludzi, którzy zmrozili Michałowi Kaczmarskowi krew w żyłach.Sytuacja właśnie przestała być zabawna.

Chłopcy i dziewczęta w ołówianych Piżamach zabezpieczających CBRN (Chemical, Biological, Radiological Nuclear) weszli do budynku razem z uzbrojoną ochroną. Zaczęli wnosić ze sobą sprzęt.
U policjantów też było widać różnicę - nosili teraz gumowe rękawice sięgające im daleko za nadgarski, a jednorazowe maseczki zostały zastąpione przez bardziej porządne z filtrem. Jeden z nich wszedł, razem z tą dziwną ekipą i megafonem.
-Uwaga, Uwaga wszyscy...- Zaczął. Tylko po to, żeby ktoś w kombinezonie zabrał mu megafon. Dało się słyszeć kobiecy głos, nakazujący kretynowi spierdalać. Po chwili ten sam głos mówił już przez megafon.
-Uwaga, uwaga. Kwarantanna została przedłużona o kolejne 48 godzin, z powodu wiarygodnego zagrożenia biologicznego. Rządowa Jednostka Ds. Zwalczania zagrożeń biologicznych zajmuje lewe skrzydło lobby. Wszyscy tam obecni mają natychmiast się stamtąd wynieść. Jestem epidemiologiem, Doktor Alicja Wójcik. Jesteście w dobrych rękach, nie ma powodu do obaw. Wkrótce zaczniemy pobieranie wymazów. Darpol został zamknięty prewencyjnie, ale jestem przekonana, że wszyscy jesteście zdrowi. Niestety moje przekonanie to zbyt mało, żeby kwarantannę zakończyć. Prosimy o współpracę.-HAZMAT-ciarze zaczęli rozkładać swoją placówkę - ściany z grubej folii ochronnej, dekontaminacja, wnoszenie sprzętu medycznego...Chryste, czy oni tu urządzają szpital polowy, czy co?!
-

Karol od rana był na nogach. Nie dlatego, że się wyspał — spał fatalnie. Co chwilę budziły go odgłosy budynku, czyjeś chrapanie albo świadomość, że śpi na prowizorycznym legowisku zrobionym z koców, kartonów i wszystkiego, co techniczni zdołali znaleźć. Ale to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko jedno.
Dziesiąta.
O dziesiątej miał wyjść z tego cholernego budynku. Już kilka razy sprawdzał telefon. Wysłał wiadomość do teścia. Napisał Zuzi krótkie „wracam dziś”. Nawet zaczął zastanawiać się, czy nie kupić jej czegoś po drodze do domu. Po ostatniej rozmowie nie mógł pozbyć się z głowy jej głosu.
"Obiecujesz?"
Nie powinien był obiecywać. Dlatego kiedy za oknami rozbłysły niebieskie światła, poczuł jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się w żołądku. Stał wtedy w lobby razem z innymi. Najpierw patrzył. Potem słuchał. A z każdą kolejną sekundą robił się coraz bardziej wściekły. Kolejne radiowozy. Ludzie w kombinezonach. Maseczki z filtrami. Sprzęt medyczny. Foliowe ściany. Szpital polowy. I jeszcze ten pieprzony komunikat o kolejnych czterdziestu ośmiu godzinach.
Karol przez chwilę po prostu stał nieruchomo. Potem pokręcił głową.
-Nie, no ja pierdolę...
Nie powiedział tego głośno. Wokół niego i tak rozległy się przekleństwa, krzyki i pytania. Przez moment wyglądał, jakby chciał podejść do tej całej doktor Wójcik i zażądać odpowiedzi. Ale wiedział, że niczego nie wskóra. Ludzie w takich kombinezonach nie przychodzą tłumaczyć. Przychodzą wykonywać rozkazy.
Karol zacisnął szczęki. Miał dość. Dość spania na podłodze. Dość korporacyjnego pieprzenia o procedurach. Dość słuchania, że wszystko jest pod kontrolą.
Najbardziej jednak miał dość tego, że nie miał pojęcia, kiedy zobaczy córkę. Wyciągnął telefon. Brak nowych wiadomości. Przez chwilę patrzył na zdjęcie Zuzi ustawione na ekranie blokady. Potem schował telefon z powrotem do kieszeni.
-Wczoraj miało być dwadzieścia cztery godziny. -odezwał się w końcu do stojących obok techników.
-Dzisiaj są kolejne dwie doby. Ciekawe co będzie jutro. Tydzień? Miesiąc?
Westchnął ciężko.
-Jeśli oni naprawdę wiedzą, co robią, to niech w końcu zaczną mówić ludziom prawdę. Bo na razie wygląda to tak, jakby wszyscy improwizowali.
Po czym zamilkł i patrzył na rozstawiany szpital polowy. Po raz pierwszy od początku kwarantanny zaczął się zastanawiać, czy w ogóle wróci do domu tak szybko, jak obiecał. -

Wiktoria Wrońska
Blondynka wstała dość wcześnie, aby być w łazience nim wzmoży się tam ruch. Potrzebowała się umyć i doprowadzić do ładu. Gdyby wiedziała, że sytuacja ma się przeciągnąć jeszcze bardziej, zadbałaby o środki higieniczne, a tak nie miała prawie nic. Lubiła harmonię, spokój i ład. W aktualnej sytuacji, nawet jej włosy były chaosem. Nie mogła się doczekać, kiedy wróci do domu, nawet jeśli ten był dla niej pusty od kilku już lat. Stojąc przed lustrem, zamyślona błądziła palcami po gumce Mai. Krótka myśl o tym, że “przynajmniej jest bezpieczna” wywołała w niej uczucie porażenia prądem. Była dziwna, niekontrolowana i… przyniosła więcej bólu, niż ulgi.
Wiktoria szybko pozbierała się do siebie, wróciła do biura, gdzie Michał jeszcze spał. Była czwarta nad ranem, więc blondynka stwierdziła, że jeszcze chwilę spróbuje się zdrzemnąć. Niedługo wyjdzie z tej sytuacji, zajmie się swoją pracą, cyniczny ratownik wróci do swoich zajęć, a wszystko inne do znanej im, bezpiecznej normy. Choć w głowie miała wiele myśli, które przeczyły temu wszystkiemu, chciała przynajmniej mieć nadzieję. Poczucie kontroli i stabilność, pomagały jej utrzymać się na powierzchni oceanu życia.
Rano z Michałem zdążyli wypić kawę, nim udali się do lobby. W sumie po pracowitym wieczorze chciała rzucić Ratownikowi parę suchych komplementów w swoim oszczędnym stylu, powiedzieć, żeby uważał na siebie i zażartować jak to bardzo nie poleca powrotu w progi korporacyjnego chaosu. Niestety, sytuacja wyprzedziła jej zamiary.
Po zjechaniu windą na parter, charakterystycznie uniosła brew. Weszła w tryb obserwatora.Wiktoria przez dłuższą chwilę śledziła wzrokiem ludzi w kombinezonach CBRN, sposób w jaki rozkładali sprzęt i zajmowali kolejne fragmenty lobby.
Nie odezwała się ani słowem.
Wczoraj miała pytania. Dziś ktoś najwyraźniej przyjechał z odpowiedziami. Pozostało ostatnie pytanie: czy ktoś zechce się z nimi tymi odpowiedziami podzielić?Skrzyżowała ręce na wysokości talii i odnalazła wzrokiem Michała.
— Chyba właśnie awansowaliśmy z teorii spiskowych do oficjalnego problemu.Po chwili wróciła do analizowania pracy epidemiologów oraz emocji postronnych więźniów sytuacji. Na razie zamierzała słuchać, choć obawiała się reakcji zebranego tu tłumu. Mimo to uważała, że nieproszona nie powinna się wtrącać. Po raz pierwszy od początku kwarantanny miała wrażenie, że ktoś inny przejął stery.
-

Michał Owczarek
Michał obudził się z twarzą wciśniętą w firmową wykładzinę. Odkąd przestał pić i dał sobie wszyć esperal co noc śniła mu się butelka i zrywał się z łóżka zlany potem z posmakiem wódki na podniebieniu. Tym razem, mimo że klepnął się na twardej podłodze, spał jak zabity. Od wczoraj, kiedy zaczęli z blondynką szukać potencjalnych nosicieli z Niemiec ani razu nie pomyślał o koniakach pochowanych w gabinetach dyrektorów. Jego mózg dostał problem do rozwiązania i głowa zaczęła pracować na właściwych obrotach.
Podniósł się ciężko z wykładziny przeciągając jak stary dachowiec. Wiktoria już była na nogach, ale nie zauważył po niej śladów nocowania w spartańskich warunkach. Musiała się doprowadzić do porządku, kiedy spał. Mruknął "dzień dobry' i spojrzał na zegarek. Niedługo kwarantanna dobiegnie końca. Dzień wcześniej o tej porze jadł ze Zbyszkiem hotdogi pod Orlenem i słuchał jego kazań. Miał wrażenie, że od tego czasu minęły całe dekady. Przez myśl mu przeszło, że to wszystko jest za proste. Że służby nie zadawałyby sobie tyle trudu, by w ciągu paru minut odciąć cały wieżowiec na dwadzieścia cztery godziny. No i pamiętał o tej piątce namierzonych turystów. Znali już ich nazwiska, wiedzieli, że są w budunku. Michał nie doszedł do tego czy mogą stwarzać zagrożenie biologiczne. Ale to już nie jego problem. Za godzinę wyjdzie z tego kurwidołka, zgłosi się na oddział tak kazał Zbyszek i wszystko stanie się wspomnieniem.
Zdążył jeszcze dopić ostatnią kawę, choć wieczorna kofeina wciąż jeszcze krążyła w krwiobiegu. Potem zabrał medyczną torbę i ruszył za Wiktorią w kierunku wind. Gdy zjeżdżali na dół już układał w głowie podziękowania. Blondynka podzieliła się miejscem do spania, częścią prowiantu i kawą, dała dostęp do komputera i dokumentów, ale to nie za to był wdzięczny. Gdyby nie podeszła wtedy z wyżebranym od gliniarza jabłkiem, pewnie by się złamał. Najpierw rozpierdolił automat z przekąskami a potem ruszył na poszukiwania alkoholu. Dzięki niej przetrwał ten gówniany dzień. Nie zamierzał się z wszystkiego spowiadać, ale uznał, że na koniec należy się jej choć parę ciepłych słów. Na ogół ich ludziom szczędził, więc choć raz chciał zachować się przyzwoicie.
Żadne podziękowania nigdy jednak nie padły.
Gdy drzwi windy się otworzyły ułożone w głowie słowa utknęły mu w gardle. Główny hol przypominał strefę zero. Pomiędzy zdezorientowanymi ludźmi krążyły ekipy epidemiologiczne zakute w kombinezony CBRN. Metodycznie rozkładali sprzęt, przejmując kontrolę nad kolejnymi sektorami parteru.
Nie, nie, nie. Kurwa, nie.
Zanim kobieta, która przedstawiła się jako Alicja Wójcik zdążyła się odezwać już wiedział co usłyszy, wiedział co oznacza w budynku obecność Rządowej Jednostka Do Spraw Zwalczania Zagrożeń Biologicznych. Jako lekarz nigdy nie miał z nimi styczności, nawet w czasach Covidu, ale pojawiali się czasem jako wzmianka w biuletynach wysyłanych do szpitali przez ministerstwo. Jeśli służby medyczne przysłają tu najcięższą artylerię musi być naprawdę źle. Gorzej niż źle.
Mają przejebane.
Wiktoria coś powiedziała, ale nie zrozumiał, bo szumiało mu w uszach. Wiedział, że nie wytrzyma tu kolejnych czterdziestu ośmiu godzin. Jeśli nie wykończy go choróbsko, to dopadnie w końcu demon w butelce.
Spojrzał na blondynkę a potem na lekarkę. Zawahał się, ale w końcu wychrypiał do Wiktorii.
-Zaraz wracam. Spróbuję się czegoś dowiedzieć.
Ruszył w kierunku kobiety z megafonem. Wiedział, że nie dadzą mu podejść bliżej niż to konieczne więc odezwał się na tyle głośno by go usłyszała.
-Nazywam się Michał Owczarek, byłem internistą na Lindleya. Jeśli potrzebujecie kogoś do pomocy po drugiej stronie barykady, jestem do dyspozycji.
-

Maksymilian „Maks” KrukNoc spędzona na stercie czystych mopów w schowku na szczotki miała tylko jedną zaletę: nikt mu nie przeszkadzał. Smród chemii gospodarczej, drażniący nozdrza przy każdym oddechu, skutecznie odstraszał innych szukających azylu. Jednak miejsce to nie było idealnym, więc maks obudził się cały połamany
Kiedy przed ósmą usłyszał wycie syren, stał przy wielkim oknie na półpiętrze, z widokiem na główny plac przed biurowcem. Światła radiowozów malowały wnętrze budynku na niebiesko, ale to nie policja przykuła jego uwagę. To sylwetki, które wysypały się z ciężarówek. Zakład z Sebastianem o paczkę fajek właśnie chyba został oficjalnie przegrany
„Ołowiane piżamy” – pomyślał, czując, jak mięśnie karku same mu się spinają.
Z góry, z bezpiecznego dystansu, obserwował, jak ekipa w kombinezonach CBRN wkracza do środka i zaczyna rozstawiać śluzy dekontaminacyjne oraz foliowe tunele. To nie była kwarantanna. To była strefa zero. Gładkie słowa doktor Wójcik z megafonu o „prewencji” i „braku powodów do obaw” brzmiały w zestawieniu z tym widokiem jak kiepski, makabryczny żart. Skoro wnosili sprzęt medyczny na taką skalę, to znaczyło, że spodziewali się trupów albo masowych zakażeń.
Maksymilian podszedł bliżej szyby, opierając o nią dłonie. Zmarszczył brwi, skanując wzrokiem przestrzeń na zewnątrz.
Jeśli główne wyjścia są obstawione, to jedyna droga prowadzi w dół po elewacji.
Oceniał rozstawienie sił na zewnątrz. Radiowozy blokowały główne dojazdy, ale tyły budynku, tam gdzie znajdowały się rampy rozładunkowe i ślepe zaułki, wydawały się słabiej oświetlone i mniej obstawione. To trzeba by było sprawdzić. Gdyby zdołał dostać się na dach lub do okna technicznego na jednym z wyższych pięter pod osłoną nocy, mógłby zjechać na pełnej prędkości po zewnętrznej szybie. Musiałby to zrobić cicho i bezbłędnie. Złapanie przez specjalsów w strefie skażenia oznaczało w najlepszym razie izolatkę na kilka tygodni, w najgorszym – kto wie.
Odszedł od okna. Nadszedł czas na "wariant Z". W jego głowie już skrystalizował się plan: musiał niepostrzeżenie dostać się na piętro techniczne albo dach, by ocenić dostęp do elewacji.
Bez wahania ruszył w stronę cichej, rzadko używanej klatki schodowej, gotowy na długą wspinaczkę.
-
Karol, Michał, Wiktoria.
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że przybycie chłopców i dziewczyn w ołowianych piżamach w normalnych warunkach spowodowałoby chaos i zamieszki, oraz próbę panicznej ucieczki. Ochrona budynku stanęła jednak na wysokości zadania.
Tym razem dla odmiany, ochroniarze uspokajali ludzi, oraz podeszli do sprawy o wiele bardziej profesjonalnie, niż to miało miejsce dzień wcześniej. Zmiana była zauważalna, chociaż chłopcy z ochrony zdawali się nie być przekonani co do swojego położenia. Najwidoczniej ich szef, Tomek, przejął stery nieco mocniej, niż "Góra" by tego chciała. Chwilowo trudno było ocenić, po czyjej stronie stanie ochrona Darpolu w momencie próby.
I oby ten moment nie nadszedł, a jeżeli trzeba - nadszedł jak najpóźniej.
Karolowi i Wiktorii pozostawało obserwować co się dzieje, a Michał zdaje się miał jakiś plan. Epidemiolożka opuściła megafon i przez chwilę biła się z myślami. Następnie dała znać ochronie, żeby go przepuścili.
Michał Owczarek
||Co ustaliłeś? Możesz się odprężyć, jeżeli wirus tu jest, przenosi się jedynie przez płyny ustrojowe. Krew, ślina, limfa, ugryzienie. Pierwszymi objawami są gorączka, z reguły wysoka, osłabienie, czasami anemia. Okres inkubacji wynosi do tygodnia. Nie sądzę, zeby ktokolwiek tutaj był zarażony.-Powiedziała mu cicho.||
Tymczasem Maksymilian, jedynie na poły świadomy tego jak bardzo sytuacja się pogorszyła, ruszył za pomocą jednej z klatek shodowych, na górę budynku. Jak się okazało, żarówno dojście na piętra techniczne, jak i na dach, były wolne i otwarte. Większość ludzi była albo zajęta wydarzeniami na parterze, albo "uchylaniem się od pracy".
-

Michał Owczarek
Michał wcale nie czuł się uspokojony wyjaśnieniami Wójcik, choć kobieta sprawiała wrażenie osoby wierzącej w to co mówi. W pamięci zaczął kartkować podręczniki do medycyny z których lata temu, w lepsze dni zakuwał go egzaminów. Objawy i sposób przenoszenia wirusa mogły pasować do gorączek krwotocznych. To by tłumaczyło nagłe zesrańsko służb sanitarnych. Ebola w centrum dwumilionowego miasta to przepis na katastrofę. Miał już niemal pewność z czym się mierzą i tylko jedno słowo mu nie pasowało w tym wszystkim.
Ugryzienie.
Dlaczego epidemiolożka wspomniała o ugryzieniu?
Jedynym znanym mu wirusem przenoszonym przez ugryzienie była wścieklizna, ale to nie miało sensu. Wirus wścieklizny potrzebował chorego zwierzęcia, a w tej szklanej pułapce nie było nawet gołębi srających na parapety, o nietoperzach czy psach nie wspominając. Nikt normalny nie odpalałby protokołów CBRN i nie odcinał setek ludzi z powodu choroby, na którą wystarczyło podać serię zastrzyków. Na dodatek lekarka twierdziła, że nikt z korposzczurów nie jest chory.
Michał wyrwał sie z rozmyślań, przypominając sobie, że Wójcik zadała mu wcześniej pytanie.
— Próbowałem zlokalizować źródło na własną rękę by odzolować potencjalnych nosicieli od reszty — odpowiedział rzeczowo. — Szukałem osób, które w ostatnich dniach wróciły z zagranicy. Mam w telefonie pięć nazwisk. Wszyscy po przylocie z Niemiec, wszyscy wczoraj rano odbili tu karty. Jeśli potrzebujecie punktu zaczepienia, proponuję zacząć wymazy od nich.
Skinął głową w stronę stojącej w korytarzu blondynki.
— Ale bez niej gówno bym zdziałał. Nazywa się Wiktoria Wrońska i pracuje w kadrach. Bardzo mi pomogła, wyciągnęła dla mnie akta z systemu, dała sprzęt. Wczoraj opanowała chaos, tu na dole, z którym ochrona ani Borkowski sobie nie radzili. Jeśli szukacie kogoś ogarniętego wewnątrz, kto wam to wszystko skoordynuje, bierzcie ją. Ludzie jej ufają, a nawet jeśli nie to przynajmniej słuchają i robią co im każe.
— Rozumiem... Więc potencjalnie pięciu pacjentów 0 na cały budynek. Rozumiem, że żadnych przypadków agresji, gorączki, anemii czy ataków z użyciem zębów, bo już byś mi powiedział. Rozstawimy się. Powiedz Wrońskiej, żeby przygotowała listę nazwisk. Potem zaczniemy badania, wymazy i tak na wszelki wypadek, postaram się oddzielić część budynku dla ludzi, którzy są na pewno zdrowi. Tak naprawdę, żeby was stąd wypuścić a chorych zatrzymać, wystarczyłaby przeszkolona małpa z termometrem, ale wyjaśnij to, cholera, misistrowi zdrowia. Jakieś jeszcze spostrzeżenia?
Michał popatrzył na kobietę niepewnie. Bagatelizowała sprawę, choć stali przed nim ludzie w ciężkich kombinezonach a parter przypominał plan zdjęciowy apokaliptycznego horroru. Nie wiedział czy to minister zdrowia jest nadgorliwym idiotą, czy Alicja Wojcik to jednak ignorantka. Nie miał siły tego rozstrzygać.
— Wczoraj rano miałem pacjenta z dusznościami — odpowiedział — Atak paniki połączony z astmą. Nikt inny nie zgłaszał gorączki ani innych objawów o których pani wspominała.
Rozejrzał się dookoła, po czym znów przeniósł zmęczony wzrok na epidemiolożkę.
— Przekażę Wiktorii, żeby dała wam nazwiska. Ale mam prośbę. Właściwie dwie. Chcę iść na pierwszy ogień do wymazu, żeby mieć to już za sobą. I potrzebuję jakiegoś zajęcia. Nie widzi mi się siedzieć dwa dni na dupie, więc może się do czegoś przydam?
— Jasne, jak tylko się rozstawmy, jesteś pierwszy w kolejce. I tak, będę miała dla ciebie zajęcie. Jeżeli potrzebujesz "teraz" zabrać się za robotę, to możesz pomóc chłopakom rozstawiać sprzęt. Tylko... Nie mogę ci zagwarantować, że stąd wyjdziesz, nawet jeżeli będziesz w pełni zdrowy i będzie to potwierdzone testem, jednym, dwoma, dziesięcioma. Góra zareagowała paniką. Nikt nic nie wie, wiadomo tylko, że granicę z Niemcami zamknięto wczoraj w nocy. U nich chaos. U nas też, typowo polski, sami sobie wprowadziliśmy w reakcji na to u sąsiada. Oficjalna narracja jest taka jak zwykle i mało przekonująca. — Stwierdziła Wójcik. Ukradkiem rozejrzała się, czy nikt ich nie słyszy. —Nieoficjalnie mówi się o... patologicznej agresji zwłok. — dodała cicho.
Na czole Michała pojawiła się widoczna bruzda jakby próbował przetworzyć co własnie usłyszał. Popatrzył na lekarkę bez zrozumienia.
— Patologicznej...co? Co to do cholery jest patologiczna agresja zwłok?— Naukowa nazwa na to co się dzieje w horrorach klasy B o zombie. Tylko nie kłap ozorem. Ogarnij listę nazwisk i możemy się brać do roboty. — odparła Epidemiolog.
Zombie? O czym ona kurwa mówi? Ratownik przyglądał się jej jakby wcale nie dowodziła oddziałem epidemiologów lecz uciekła z zakładu zamkniętego. Już otworzył usta by zapytać czy robi sobie z niego jaja, ale zamknął je gdy zrozumiał, że babka chyba jednak mówi poważnie. Skinął więc tylko w odpowiedzi i odwrócił się na pięcie by wrócić do Wiktorii. W głowie miał pustkę. Spojrzał na blondynkę bez wyrazu, próbując sobie przypomnieć czego właściwie od niej chce. Rozejrzał się czy nikt nie słucha po czym zaczął niepewnie.
— Wójcik chce byś przygotowała dla niej listę tych pięciu "turystów" z Niemiec.
Zastanawiał się czy powiedzieć coś więcej, ale uznał że hol pełen przestraszonych ludzi i służb sanitarnych to nie jest najlepsze miejsce by dzielić informacjami o...patologicznej agresji zwłok.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się