Ścieżki Przeklętych
-
– Wiadomo, że na sprzęt, matkojebco. Bez tej tarczy przed mieczem mógłbyś najwyżej klękać. – roześmiał się doniośle do kompana. Lubił Adolfa i te ich niewinne docinki; niewinne tak długo, aż któryś oczywiście przegnie przysłowiową pałę i trafi w czuły punkt. Viktor był dość temperamentny i granica między czarnym humorem, a powagą sytuacji, była u niego bardzo niewyraźna.
W ciszy słuchał przekomarzań pozostałych członków grupy co do tego, co ich zdaniem należało teraz zrobić. Każdy miał swoją wizję na najprostsze rzeczy - od rozbicia obozu po wieczorny rekonesans; Brzytwa w tej materii początkowo zdania nie miał, więc na wszystko przytakiwał. Co więcej, zdezorientowany sytuacją lawirował bezwiednie między propozycją Wulfa a leśnym rekonesansem z Kaltenbachem, aż w końcu zmienił zdanie - i nieco poirytowany - przemówił do zebranych.
– A co wy tu żeście, kurwa, kółko dyskusyjne otworzyli? Brak dowództwa Wam rozumy pozabierał? Jak macie tyle gderać, to już zostańcie tu do rana, bo i tak nie ma z Was pożytku. – złożył ramiona i przyjrzał się wszystkim członkom oddziału, teraz już w zasadzie rozbitej zgrai awanturników, których spajał wyłącznie jeden cel - przetrwanie w nieznanym.
– Możesz mówić co chcesz, Stahl, ale jak coś ma nas wypatrzeć, to i tak to zrobi. Kaltenbach dobrze mówi - ogień rozpalamy. Ciepło czy nie, jak nas jakaś zwierzyna wywęszy, to żywcem wpierdoli, a Złoty na warcie nawet nie dostrzeże. Jak Ci się nie podoba, to śpij poza obozem. – Viktor wydawał się być zdecydowany w swoim osądzie. Trudno powiedzieć, czy próbował grać Sierżantowi na nerwach, czy zwyczajnie stał w opozycji do jego zdania - chociaż postawą wskazywał raczej na drugą opcję.
– A Wy jak macie mnie ciągać po tych lasach, to się chrzańcie, ja już nigdzie nie idę. Zdaje się, że macie wspólny cel - dlaczego do diaska razem nie pójdziecie? – wymienił spojrzenia z Wulfem i Matthiasem. – Możecie przecież i zapolować na zwierzynę, i rozejrzeć się po tropach, i sprawdzić, czy jest tu bezpiecznie. A i opału naniesiecie, mniej się nadźwigacie, jak tam w gąszczu czterech chłopa będzie.
Strzelił karkiem.
– Zresztą, jak Eiche do obozu wróci i się ze mną zmierzy, a nie stchórzy, to podam go Wam na tej tarczy jak na talerzu. Wtedy z głodu nikt nie zdechnie. Haha. – uderzył kompana zaczepnie w bok ramienia. – A teraz róbcie co chcecie. Ja zostanę ze Złotym, żeby się nie poczuł samotny i pomogę rozbić obóz. No. Do roboty chłopaki. -
-Bardzoś wygadany jak na kogoś, kogo Matka puściła się w burdelu z krasnoludem. Gdyby mnie nie wyprzedził, to ja bym był twoim starym, Vogel. Wiele by to nie zmieniło, też bym wyszedł po chleb i nie wrócił. -
Zripostował Eiche, z refleksem godnym bitwy i błyskotliwością o którą nikt by go nie podejrzewał.
Ponownie poprawił miecz, tarczę, zaczął sprawdzać swój kaftan kolczy. Po chwili był już pewien, że jest gotów, żeby zanurzyć się w Drakwald. O ile ktokolwiek może być kiedykolwiek pewnym, że jest w tym lesie czegokolwiek pewien.
-Przy odrobinie szczęscia trafimy na jakiegoś wielkiego pająka, ubijemy go i będziesz go mógł opierdolić po upieczeniu nad ogniskiem. To co, idziemy? -
Spojrzał na resztę drużyny. Trzeba było przyznać, że właściwie wszyscy dzisiejszego wieczoru nad wyraz aktywnie dokazywali.
-
- Panowie, dość tych uprzejmości bo nas noc zastanie - skwitował ich kłótnię Kalten
- Brzytwa, Wulf z Rolfem ogarniają inny kierunek zwiadu, oni drogę i pagórki, my las. Koniem w las łatwo nie wiedziesz - wyjaśnił Viktorowi.
- Jak Cię strach obleciał to trudno, chociaż Auriel sam nie zostanie.
- Idziemy - zawtórował Adolfowi i weszli w dwójkę w ciemny las. -
Krawędź Drakwaldu wieczorową porą
Wulf zdusił w ustach gniewny pomruk tracąc na chwilę bardzo wiele ze swojej wrodzonej cierpliwości. Nie minęło wiele dni od rozwiązania ich oddziału, a tropiciel już zaczynał tęsknić za szczerze wcześniej nielubianą armijną dyscypliną. Uwolnieni od surowego oka oficerów, jego towarzysze służby - teraz ludzie wolni i rządzący się własnym kaprysem - nader szybko jak na gust Wulfa powrócili do swojego chaotycznego sposobu życia, za nic mając czyjeś rady, a już tym bardziej rozkazy.
Myśliwy uniósł dłoń ku amuletowi na piersiach dotykając go nabożnie i zachodząc w głowę, dlaczego Król Bogów związał go z tą akurat grupą byłych żołdaków, a nie z bardziej zżytymi ze sobą druhami, których grupki podążyły po demobilizacji we wszystkich kierunkach świata. Mógł dołączyć do Wiliberta i Bjorna w drodze na wybrzeże Morza Szponów, by ujrzeć na własne oczy ten bezkres szarej wody ciągnący się aż po północny widnokrąg. Mógł jak Otto i Hans ruszyć w stronę Reiklandu, żeby stanąć na bruku najwspanialszego miasta świata i stolicy Imperium jednocześnie. Mógł podróżować z wieloma innymi grupami, ale pokładając ufność w roztropność adepta Kolegium i dzieląc wraz z sierżantem tęsknotę za ojczystymi stronami tkwił teraz w ostatnich promieniach zachodzącego słońca na skraju budzącego trwogę lasu w towarzystwie ludzi, którzy za nic mieli ostrożność i rozsądek, w zamian zdradzając przeświadczenie o własnej nieśmiertelności.
Rapecke mógł wytłumaczyć Viktorowi, że woli przepatrywać okolicę jedynie w towarzystwie Stahla, bo nieobyci tak dalece jak on z dziczą Matthias i Adolf najpewniej zatrą przez nieostrożność ledwie widoczne ślady zwierzyny, że zdepczą dziką rzepę i przypominające łudząco zwyczajną trawę źdźbła suchotnika i że najpewniej poczynią w wypełnionym martwą ciszą mrocznym lesie dość hałasu, aby zwrócić na całą grupę uwagę czegoś, czego lepiej było nie budzić.
Lecz wiedział, że takie tłumaczenia nie miały większego sensu, bo słowa wypowiadane przez tropiciela i sierżanta straży zwykły padać w tej drużyny w równie martwe, co ten las uszy, a Wulf nie zwykł strzępić języka po próżnicy.
Po prawdzie bał się tylko jednego: że mag Światła, dotąd nadzwyczajnie powściągliwy w okazywaniu gniewnych uczuć, straci w końcu cierpliwość do gruboskórnych prostaków i wpadnie we wściekłość, przez którą ziszczą się najgorsze przestrogi kapłanów i łowców czarownic głoszące prawdę o odrażającej naturze magii, którą władali imperialni czarodzieje.
Wulf pewien był tego, że nie chciałby znaleźć się wówczas zbyt blisko jego jasności Auriela Helmacheina i tych towarzyszy służby, którzy skupiliby na sobie gniew adepta.
Odpychając od siebie posępne myśli ruszył wzdłuż krawędzi puszczy ze spuszczonym w trawę wzrokiem, z sierżantem Stahlem u boku i z jego ułożonym w tresurze koniem, który posuwał się wolno za swoim panem strzygąc niespokojnie uszami i poruszając zaróżowionymi chrapami.
-
Rolh zmęczony całodniowym marszem, przyjął wygodną pozycję, stawiając prawą stopę na leżącym obok głazie i opierając ręce na kolanie. Zmiana pozycji z wyprostowanej przyniosła mu długo wyczekiwaną ulgę dla jego pleców. Wiele lat służby nie pozostawało bez śladu. Plecy przypominały mu o całodniowym marszu.
Przysłuchiwał się tak przechwałkom Adolfa i Viktora, nie widząc nawet potrzeby komentowania ich pokazówki. Nie skomentował nawet uwag co do organizacji obozowiska na noc. Bezpośrednio zwrócił się jedynie do Wulfa.
– Ruszajmy. Niebawem będzie ciemno. Może uda się nam upolować choćby zająca czy jakąś kuropatwę na polach.
Mając w głowie jednak wcześniejsze dywagacje, że zapewne wszelka zwierzyna została z okolicy wypłoszona, był pogodzony z tym, że dziś na kolację znowu zje jedynie suchary, których miał już dość i których porcje karnie sam sobie wydzielał, żeby wystarczyły mu one na jak najdłużej. Lubił dyscyplinę i sam sobie ją narzucał.
Chwycił konia za lejce, po czym ruszył za Wulfem i rzucił tylko na odchodne, patrząc przed siebie:
– A wy, panowie, to uzbierajcie choćby jakichś jagód w lesie, jak już się tam udacie...
-
ROLF I WULF
Dwaj mężczyźni ruszyli wzdłuż ściany lasu, nie oddalając się od polany bardziej, niż było to konieczne. Początkowo ziemia nie zdradzała nic niepokojącego. Wyschnięta trawa uginała się pod butami, a wiatr poruszał jedynie najwyższymi gałęziami drzew. Nieopodal, w płytkim obniżeniu terenu, odnaleźli niewielki strumień. Woda była chłodna i przejrzysta, zdecydowanie nadawała się do picia, choć pewnie rozsądnie byłoby ją przegotować. W pobliżu nie brakowało również martwych gałęzi i suchego drewna, które bez problemu można było zebrać i rozpalić przy ich pomocy ognisko, bez zapuszczania się głębiej w las i narażania się na większe niebezpieczeństwo.
Kiedy wracali, Wulfowi nagle rzuciło się coś w oczy. Pod miękką ziemią przy brzegu strumienia odcisnęło się kilka różnych śladów. Na pierwszy rzut oka trudno było powiedzieć do kogo należą. Obok śladów bosych, szerokich stóp ludzkich widniały głębokie odciski rozdwojonych racic. Grupa liczyła co najmniej pięć stworzeń, być może więcej. Przeszły tędy niedawno, kilka godzin temu, nie więcej.
Między ich tropami ciągnęła się niewielka bruzda, jakby coś ciężkiego wleczono po ziemi. Wulf dostrzegł również odciski podkutych butów. Człowiek szedł nierówno, potykając się, a w kilku miejscach jego ślady zupełnie znikły, zastąpione przez bruzdę i pojedyncze krople krwi. Nie wyglądało to na ślad zabitego zwierzęcia. Kogoś prowadzono albo ciągnięto do lasu.
Rolf zauważył natomiast coś innego. Trop przez dłuższy czas biegł równolegle do drogi, pozostając tuż za pierwszą linią drzew. Dopiero kilkaset kroków dalej stworzenia skręciły głębiej w Drakwald. Nie poruszały się przypadkowo, lecz obserwowały trakt, pozostając niewidoczne dla idących nim podróżnych. Ślady znikały gdzieś pomiędzy drzewami.AURIEL I VIKTOR
Gdy reszta drużyny ruszyła, Auriel i Viktor pozostali na polanie, by zająć się obozem. Przez chwilę dochodził do nich jeszcze szelest kroków i trzask łamanych gałązek, lecz dźwięki te szybko rozpłynęły się po okolicy i stały się częścią wszechogarniającej ciszy. Wkrótce zostali sami pośród wysokich traw, z ciemniejącym lasem po jednej stronie i pustą drogą po drugiej.
Wybrane miejsce nadawało się na obóz lepiej, niż mogło się początkowo wydawać. Pagórek wznosił się nieznacznie ponad otaczający teren, dzięki czemu nawet po deszczu nie powinna zbierać się tutaj woda. Z jego szczytu można było obserwować zarówno drogę, jak i znaczną część polany, a najbliższe drzewa znajdowały się wystarczająco daleko, by nikt nie mógł podejść pod osłoną gałęzi aż do samego ogniska. W trawie nie było nor ani świeżych śladów dużych drapieżników. Nic nie próbowało również ugryźć ich w nogę, gdy oczyszczali miejsce pod posłania.
Kiedy mag uniósł swój biały kostur i otworzył zmysły na przepływ Aethyru, otaczający go świat na moment nabrał innego wymiaru. Blade, ledwie dostrzegalne smugi Wiatrów Magii przesuwały się ponad ziemią i prześlizgiwały pomiędzy pniami. Były kapryśne i niespokojne, jak zwykle w tak starym lesie, nie skupiały się jednak wokół żadnego konkretnego miejsca. Auriel nie odnalazł śladu niedawno rzuconego zaklęcia, magicznego przedmiotu ani istoty aktywnie kształtującej Wiatry. Cokolwiek kryło się w Drakwaldzie, nie zdradzało swojej obecności za pomocą magii.
Viktor tymczasem obchodził wzniesienie, ugniatając butem wysoką trawę i wypatrując kamieni, korzeni oraz innych przeszkód, które po zmroku mogłyby utrudniać poruszanie się po obozowisku. Po zachodniej stronie pagórka zauważył, że źdźbła leżały płasko na ziemi. Nie był to skutek wiatru. Ktoś przebywał tam niedawno, ukryty w zagłębieniu pomiędzy trawami i niewielkim krzewem tarniny.
Zdeptany obszar był zbyt duży, by pozostawił go jeden człowiek. Ziemię znaczyły rozmazane wgłębienia, lecz była zbyt twarda, aby zachować wyraźne tropy. Dopiero przy kolczastym krzewie Viktor dostrzegł coś jaśniejszego, zaczepionego o jedną z gałęzi. Był to wąski pas czarnego, grubego sukna, oderwany od dłuższej szaty. Jedna jego krawędź była postrzępiona, jakby materiał rozerwano gwałtownym szarpnięciem. Drugą zdobił haft wykonany srebrną i czerwoną nicią: ciężki młot na tle komety o dwóch ogonach.
Kilka kroków dalej, tuż przy granicy lasu, trawa była przygnieciona w wąskim pasie prowadzącym między drzewa. Wyglądało to tak, jakby kogoś przewrócono, a następnie zaciągnięto w stronę Drakwaldu.MATTHIAS I ADOLF
Matthias i Adolf zagłębili się pomiędzy drzewa, pozostawiając za sobą bladą poświatę otwartej polany. Już po kilkunastu krokach las zdawał się zamknąć wokół nich. Pnie rosły gęsto, niskie gałęzie zahaczały o ramiona, a ziemię pokrywała gruba warstwa zeszłorocznych liści, igliwia i wilgotnego mchu. Każdy nieostrożny krok mógł zdradzić ich obecność trzaskiem gałęzi.
Początkowo nie znaleźli niczego, co nadawałoby się na kolację. Las pozostawał niepokojąco cichy, jakby zwierzyna opuściła tę część kniei albo ukryła się głębiej w swoich legowiskach. Nie widzieli ptaków, nie słyszeli szelestu drobnych zwierząt. Nawet owady zdawały się ucichnąć wraz z nadejściem wieczoru. Dopiero po pewnym czasie Matthias dostrzegł ruch pomiędzy drzewami. Na niewielkiej przecince stała młoda sarna.
Nie uciekła od razu. Znieruchomiała z uniesioną głową, wpatrując się w przestrzeń szeroko otwartymi oczami. Jej boki poruszały się szybko, jakby zwierzę od dłuższego czasu biegło albo znajdowało się w stanie skrajnego wyczerpania. Na sierści widniały smugi błota, a jedna z tylnych nóg drżała przy każdym ostrożnym kroku. Nie zachowywała się jak zdrowe leśne zwierzę, nie poruszała się pewnie, nie próbowała również znaleźć osłony w gęstwinie. Obracała głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby sama nie wiedziała, skąd przyszła ani którędy powinna uciekać.
Dzieliło ich od niej kilkadziesiąt kroków. Wiatr wiał od strony zwierzęcia, dzięki czemu nie mogło jeszcze wyczuć ich zapachu. Teren pomiędzy nimi porastały młode paprocie i niskie krzewy, zapewniające dość osłony, by spróbować podejść bliżej. Jeden nieostrożny ruch wystarczyłby jednak, aby sarna rzuciła się do ucieczki.
Wtedy jednak do nozdrzy Adolfa dotarła woń dymu. Zapach napływał z głębi lasu, z kierunku położonego nieco na północ od miejsca, w którym stała sarna. Cóż, najwidoczniej ktoś kompletnie nie znał lub lekceważył zasady bezpieczeństwa w lesie... Chwilę później pojawił się kolejny zapach - pieczone mięso. Sarna także uniosła łeb w tamtym kierunku. Jej ciało napięło się, a uszy przylgnęły do głowy. Zrobiła jeden chwiejny krok w tył.
Matthias i Adolf musieli zdecydować. Mogli skupić się na polowaniu, spróbować podejść zwierzę i zapewnić towarzyszom świeże mięso. Sarna była wystraszona i osłabiona, lecz wciąż mogła zniknąć pomiędzy drzewami przy najmniejszym błędzie. Mogli również porzucić łowy i ruszyć za zapachem dymu. Ktokolwiek rozpalił ognisko w głębi Drakwaldu, znajdował się poza zasięgiem wzroku pozostałych członków drużyny.
A zmrok zapadał coraz szybciej... -
Na skraju Drakwaldu
Wulf podniosł się z klęczek, położył dłoń na rękojeści swojego myśliwskiego toporka z nienawistnym grymasem na twarzy. Wiedział doskonale, że sierżant Stahl nie potrzebował żadnych wyjaśnień, ale mieszanina gniewu i wstrętu nie pozwoliła tropicielowi zachować mysli dla siebie.
- Plugawcy. Kozłorożcy i ich półczłecze wynaturzenia - wycedził przez zęby kreśląc jednocześnie wolną ręką ochronny znak na piersi - Jakieś pół tuzina i chyba mieli ze sobą brańca. Nigdym nie słyszał, żeby te bestie nosiły podkute buty, znaczy się, zasadziły się w pobliżu drogi na kogoś, kto najpewniej podróżował w pojedynkę.
Wulf odwrócił głowę w kierunku, gdzie do lasu weszli Matthias z Adolfem, ale obaj lekkomyślni kompani już dawno zdążyli zniknąć w głuszy. Myśliwy wymamrotał jakieś mało pochlebne słowa, przeniósł wzrok ku pagórkom, na zboczach których świetlisty czarodziej szukał dobrego miejsca pod nocny spoczynek.
- Sierżancie, mus wam zdecydować, co czynimy - powiedział szybko tropiciel, ponownie spoglądając na czarną ścianę lasu - Ja bym się wpierw cofnął ku jego jasności, coby ich przestrzec, że coś może z kniei wychynąć, a Viktora zabrać i ruszyć śladem tych dwóch suczych chwostów. Niechby się Taal zmiłował i sprawił, że nie zdążą narobić zbyt wielkiego rwetesu, ale może być tak, że już ich tam coś żre na żywca.
Nie przestając mówić Rapecke sięgnął po łuk wyciągając go z przewieszonego przez plecy sajdaka, pociągnął palcami na próbę za cięciwę.
- Ja bym tak uczynił, ale wyście starsi szarżą, co radzicie?
-
Ralf stał obok Wulfa, raz zerkając na ślady, a raz na okolicę, żeby wypracować jakiś plan działania. Ich koń wyczuwał jakiś niepokój. Zachowywał się niespokojnie, pomimo że stali samotnie wśród ciszy.
Na gniewny komentarz Wulfa odpowiedział jedynie:
– Plugastwo... zapewne zamęczają teraz jakiegoś nieszczęśnika.
Pomimo, że myśliwy nadal nazywal go sierżantem, Rolf nie był na służbie i nie obowiązywała żadna szarża. Mimo to nienawiść do plugastwa i poczucie obowiązku, ukształtowane przez wieloletnią służbę, nie pozostawiały cienia wątpliwości. Trzeba było pomóc nieszczęśnikowi, póki istniał jeszcze choć cień szansy, że może się to udać. Rolf zerknął na swój pistolet, upewniając się, że nadal ma komplet naboi. Następnie zwrócił się do myśliwego:
– Jestem spokojny o to, że Auriel i Viktor, ze swoimi umiejętnościami, poradzą sobie z plugastwem na otwartej przestrzeni. Zresztą doskonale powinni wiedzieć, że z tych chaszczy może coś na nich wyleźć. A możliwe, że właśnie ktoś zamęcza w lesie człowieka – ciągnął dalej. – Jeśli zwierzoludzie poszli tam na noc rozbić obóz, nie mogli wejść nie wiadomo jak głęboko.
– Nie ma czasu do stracenia – rzekł Rolf z pełnym przekonaniem. – Podejdźmy i zorientujmy się, co się tam dzieje. Tylko uważajmy, żeby nie wpaść na Mathiassa i Adolfa, aby przez przypadek się wzajemnie nie ostrzelać. Jeśli usłyszą odgłosy walki, powinni przyjść nam z pomocą... albo my im. -
Na skraju Drakwaldu
Rapecke kiwnął głową przyjmując do wiadomości decyzję sierżanta, musnął opuszkami palców amulet z jeleniej kości, po czym ruszył pomiędzy prastare strzeliste drzewa mrocznej kniei. Niepokój walczył w jego sercu o lepsze z gniewem i żądzą krwi. Zwierzoludzie i mutanci, istoty stworzone przez bogów, których imiona wypowiadali na głos jedynie głupcy; bestie plugawiące uświęconą z woli Taala przyrodę, wynaturzające ją poprzez odrażające rytuały. Nawet Wielki Las Talabeclandu nie był od nich wolny i zdarzało się Wulfowi natrafiać w gęstych matecznikach na ślady po obozowiskach kozłorogich: na zagrzebane w popiołach kości pożartych ludzi, na truchła padłych od chorób lub zwaśnionych ostrzy zwierzoludzi i na ich runiczne kamienie, które samą swoją aurą potrafiły zabijać lub wynaturzać otaczający je las.
Bezwzględne zwalczanie tych zdegenerowanych istot Wulf postrzegał za powinność, zanim jeszcze dołączył do kapłanów Króla Bogów, zaś pobierane od nich nauki tylko go utwierdziły w tym przeświadczeniu potęgując jednocześnie sprawiedliwą nienawiść.
- Mnie łatwiej się w gąszczu ukryć bez zbroi takiej jak wasza, sierżancie - rzucił półgłosem przez ramię, wyciągając z kołczanu opatrzoną czerwonymi piórami strzałę - Trzymajcie się w tyle, ostrzegę was, kiedy nastanie taka potrzeba.
I nie czekając na odpowiedź Stahla zniknął wśród wypełnionych głębokim cieniem zarośli.
-
Auriel trwał jeszcze przez chwilę nieruchomo, opierając obie dłonie na kosturze. Świat po otwarciu zmysłów na emanacje eteru zawsze wydawał mu się przez moment zbyt płaski, zbyt pozbawiony głębi. Blade smugi Wiatrów Magii gasły powoli, jak świetliste powidoki zostające pod powiekami po zbyt długim patrzeniu w słońce. Zostawała po nich tylko zwyczajna rzeczywistość, czyli teraz głównie chłód osiadający na karku i ciężka cisza rozpięta pomiędzy polaną a Drakwaldem. Brak wyczuwalnego spaczenia Dhar powinien był przynieść ulgę i w pewien sposób rzeczywiście to zrobił, ale pewne podskórne poczucie niepokoju nadal mu towarzyszyło.
Las milczał. Nie było w nim niczego, co zdradzałoby się błyskiem, szelestem czy nagłym poruszeniem gałęzi. Bez kontekstu tej ciszy zielona toń pozostawała po prostu cichą połacią drzew i głupio byłoby dalej trwać w przeświadczeniu, że coś jest nie tak, zwłaszcza że wszystko wyglądało zwyczajnie. Znaczy się, pomijając dojmujący brak odgłosów lasu.
– Cóż – mruknął w końcu. – Może okolica jest cicha przez drapieżniki. Jeśli tak, wizja pieczonego pająka może wcale nie być taka abstrakcyjna.
Rzucił te słowa do stojącego nieco dalej Viktora, który właśnie coś mu wskazywał.Skrawek czarnego sukna i wygnieciona trawa zatrzymały uwagę Auriela na dłużej. Próbował odczytać to miejsce tak, jak mógłby zrobić to tropiciel, ale brakowało mu w tej dziedzinie umiejętności. Dlatego skupił się na materiale. Skąd w tym miejscu wzięło się coś takiego? Srebro i czerwień haftu wyróżniały się na tle ciemnego sukna, a samo wykonanie wyglądało na zbyt kosztowne, by należało do przypadkowego włóczęgi. Mag długo wpatrywał się w kawałek materiału, próbując zmusić umysł do pracy, lecz w końcu dał za wygraną i przeniósł wzrok dalej, ku granicy lasu. Zmierzch zdążył zgęstnieć. Ślad w trawie ginął właśnie tam, gdzie kończyła się otwarta przestrzeń i zaczynała właściwa część Drakwaldu.
Auriel poczuł, jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się pomiędzy łopatkami. Nie strach jeszcze. Raczej świadomość, że niepokój, który od jakiegoś czasu podskórnie mu towarzyszył, mógł jednak mieć jakieś podłoże.
– Nie podoba mi się do końca spacer w tamtym kierunku – powiedział w końcu ciszej. – A jeszcze mniej podoba mi się myśl, że ktoś mógł zostać tam zaciągnięty i nadal żyć.
Zawiesił głos, patrząc w ciemność. Przez moment wyglądał tak, jakby rozsądek i ciekawość prowadziły w jego głowie bardzo krótką, ale wyjątkowo zażartą dyskusję. W końcu zwyciężyło coś pomiędzy jednym a drugim.
– W innym wypadku zaproponowałbym, byśmy poczekali na resztę, ale to może być kwestia czasu. Nie proponuję, żebyśmy zapuszczali się daleko – wyjaśnił. – Ale możemy podejść kawałek. Tylko tyle, żeby sprawdzić, czy ślad prowadzi dalej i czy dowiemy się czegoś więcej.
Spojrzał na Viktora.
– A jeśli okaże się, że to głupi pomysł, będziemy mogli wrócić i z pełnym przekonaniem powiedzieć reszcie, że osobiście to sprawdziliśmy. Pójdziesz ze mną? – zapytał, bo wprawdzie wolałby nie iść tam sam, ale zrobiłby to, jeśli musiał. Idea niesienia pomocy była zbyt mocno wpleciona w jego naturę, by pozwolić mu po prostu odwrócić wzrok.Ujął kostur pewniej i ruszył w stronę skraju lasu. Trawa stawała się tam niższa i bardziej wilgotna, a ziemia pod stopami miększa. Powietrze przy drzewach było chłodniejsze, cięższe od zapachu kory, mchów i mokrej ziemi. Mag nie wahał się, ale przy pierwszych pniach zatrzymał się jeszcze na moment i wsłuchał w ciemność, próbując wyłapać wszystko, co nie pasowało do tej martwej ciszy.
Dopiero gdy nic nie odpowiedziało, położył dłoń na górskim krysztale wieńczącym jego kostur. Na ułamek chwili przymknął oczy. Hyish był subtelniejszy od innych Wiatrów, bardziej uporządkowany, chłodny i czysty. Auriel nie próbował go pochwycić siłą. Pozwolił raczej, by cienka smuga światła spłynęła ku niemu przez eter i zebrała się wokół kryształu. Kamień pod jego palcami stał się nagle chłodniejszy, jakby przez jego wnętrze przepłynęła woda ze źródła ukrytego głęboko pod ziemią.
– Solaeth... – wyszeptał.
Przez wnętrze kryształu przebiegła cienka, mlecznobiała żyłka. Po chwili rozgałęziła się na dziesiątki drobnych refleksów, aż cały kamień rozjarzył się równomiernym, jasnym blaskiem. Nie przypominał płomienia pochodni. Było to raczej światło chłodne i czyste, niemal srebrzyste, rozlewające się miękko na leśnym runie. Mroczna osnowa Darkwaldu cofnęła się, a najbliższe drzewa wyłoniły się z czerni jedno po drugim, ukazując splątane korzenie i głębsze warstwy lasu, które jeszcze przed chwilą stanowiły jednolitą ścianę cieni. Kryształ na szczycie kostura wyglądał teraz jak fragment bladej gwiazdy zamknięty w kamieniu. Auriel uniósł go nieco wyżej.
– Chodźmy – rzucił do Viktora, a potem zrobił pierwszy krok pomiędzy drzewa. -
Kiedy Wulf kwinął głową Rolfowi na zgodę, ten delikatnie odgonił konia między pagórki. Ruszył za myśliwym w stronę lasu. Zgodnie z jego sugestią, sierżant szedł w bezpiecznej odległości, ostrożnie, zważając na to, gdzie stawia nogi i pozostając w pochylonej pozycji. Cały czas zachowywał czujność.
-
Kalten podniósł palec do ust dając towarzyszowi znak by ani drgnął.
Dłuższą chwilę celował, sarna sprawiała wrażenie osłabionej ucieczką, ale adrenalina nadal płynęła w jej żyłach. Nie chciał by ranna biegła przez las i zaalarmowała obcych ktokolwiek tam obozował. Zapach pieczonego mięsa, który do nich dotarł rozkojarzył zwierzę i właśnie wtedy, gdy spojrzała w tamtym kierunku, wypuścił strzałę. Trafił centralnie pod łopatkę w okolicach serca. Zwierzyna padła jak rażona piorunem, kilka drgawek kończyn później i jej ślepia straciły już na zawsze blask życia.
- Wezmę sarnę, pozbieraj drewna w drodze powrotnej. Cicho jak się da. Ktokolwiek w lesie obozuje lepiej by o nas nie wiedział. To oni pewnie spłoszyli zwierzynę, nie wiemy ilu ich, ani jak daleko, i oby oni też nie wiedzieli o nas - wyszeptał do Adolfa Kalten nauczony życiem w Sylvanii, że dłużej żyją Ci co nie są nazbyt ciekawscy. Planował zawiadomić swoją grupę i wraz z innymi zdecydować co robią, ale błądzenie po lesie Drakwald za zapachem nie brzmiało jak rozsądny plan, mieli własne mięso a obca grupa może okazać się wobec nich wroga, po co kusić los?
Najciszej jak potrafił podniósł zwierzę z ziemi, przerzucił przez ramię i zaczął powoli wracać w kierunku skąd przybyli, tym razem uważniej zwracając uwagę by nie narobić zbędnego hałasu.
Kruk Karl dostosował się natychmiast, usiadł na głowie sarny i nie czekając na zaproszenie do stołu zaczął wydziobywać jej oko, w ogóle nie zważając na to co robi jego Pan.
-
Wytrawny strzał.
Adolf już kilkakrotnie widział jak Kalten posługuje się łukiem i to nie była pierwszyzna. Argumenty towarzysza były jak najbardziej trafne. Eiche mniej więcej orientował się, co właściwie można znaleźć w imperialnych lasach po przejściu armii chaosu, a już wcześniej nie były one wcale bezpieczne.O ile o Drakwaldzie można powiedzieć, że to "las imperialny", bo to raczej Drakwald posiadał sam siebie, a imperium znajdowało się wokół niego, w trudzie i znoju próbując wyrywać zeń zasoby - drewno, mięso, skóry, ukryte pod drzewami metale, a gdy i tego wszystkiego nie stanie - nowe pola pod budowę siół i pod siew.
Tarczownik zaczął się rozglądać za co lepszymi, grubszymi kawałkami chrustu, które zapewnią im światło i ciepło, jak również dadzą ognisko dość gorące, ażeby oprawioną sarnę upiec. Nie ma nic gorszego niż niedopieczona dziczyzna.
Niestety, rzecz jasna, obaj ze swoim żelastwem byli tutaj obcymi, a las słyszał każdy nieostrożny krok, każdą pękniętą pod krokiem gałązkę, każdy szelest odgarnianych liści. Mimo swoich wysiłków aby choć trochę ograniczyć hałasy, Adolf nadal dawał o sobie znać, zbierając kolejne kawałki chrustu i krocząc za Matthiasem w stronę obozu.
-
Mroczna gęstwa Drakwaldu
Wulf poruszał się z nadzwyczajną ostrożnością, co rusz zastygając w bezruchu i nasłuchując w poszukiwaniu wieszczących niebezpieczeństwo dźwięków. Nawykły do nocnych polowań, czuł mimo wszystko wielką niepewność w tej złowieszczej kniei. Wielki Las w Talabeclandzie również pełen był gęstych mateczników, gdzie kolczasta roślinność tworzyła niemal litą całość, a jej zbita masa ogromnie utrudniała poruszanie, ale Drakwald wydawał się Wulfowi zupełnie innym lasem od tego rosnącego w jego ojczystych stronach. Tutaj drzewa były bardziej powykręcane, ich kora mocniej spękana, a zwisające ku ziemi gałęzie unosiły w powietrzu grube zasłony z mchu i porostów. Masywne korzenie wyzierały ponad powierzchnię gruntu, wiły się po niej na podobieństwo sękatych wężowideł czyhając na nieostrożny krok wędrowca, a głębokie wykroty ziały nieprzeniknioną ciemnością niczym wyrwane w ziemi dziury wiodące wprost do królestwa Morra.
Najgorsza była cisza - przerażająca, nieprzenikniona, martwa cisza, która tylko podkreślała obcą naturę tego lasu. Nie przerywało jej żadne nawoływanie nocnego drapieżnika, nigdzie nie pohukiwały sowy, nie popiskiwały żadne gryzonie. Było w tym stanie rzeczy coś tak dalece nienaturalnego, że Rapecke ustawicznie dotykał palcami wiszącego na szyi taalickiego symbolu, w myśląc odmawiając znajome słowa modlitwy do Króla Bogów.
Niespokojny i skonsternowany, tropiciel szedł mimo wszystko do przodu, jedną ręką przesuwając po gruncie w poszukiwaniu odciśniętych w nim śladów stóp, drugą odsuwając bezgłośnie na boki połamane przez zwierzoludzi gałęzie.
W głębi tego mrocznego lasu ktoś być może stracił już nadzieję na ratunek - nie wiedząc, że Taal o nim nie zapomniał.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się