Ścieżki Przeklętych
-
Na skraju Drakwaldu
Wulf podniosł się z klęczek, położył dłoń na rękojeści swojego myśliwskiego toporka z nienawistnym grymasem na twarzy. Wiedział doskonale, że sierżant Stahl nie potrzebował żadnych wyjaśnień, ale mieszanina gniewu i wstrętu nie pozwoliła tropicielowi zachować mysli dla siebie.
- Plugawcy. Kozłorożcy i ich półczłecze wynaturzenia - wycedził przez zęby kreśląc jednocześnie wolną ręką ochronny znak na piersi - Jakieś pół tuzina i chyba mieli ze sobą brańca. Nigdym nie słyszał, żeby te bestie nosiły podkute buty, znaczy się, zasadziły się w pobliżu drogi na kogoś, kto najpewniej podróżował w pojedynkę.
Wulf odwrócił głowę w kierunku, gdzie do lasu weszli Matthias z Adolfem, ale obaj lekkomyślni kompani już dawno zdążyli zniknąć w głuszy. Myśliwy wymamrotał jakieś mało pochlebne słowa, przeniósł wzrok ku pagórkom, na zboczach których świetlisty czarodziej szukał dobrego miejsca pod nocny spoczynek.
- Sierżancie, mus wam zdecydować, co czynimy - powiedział szybko tropiciel, ponownie spoglądając na czarną ścianę lasu - Ja bym się wpierw cofnął ku jego jasności, coby ich przestrzec, że coś może z kniei wychynąć, a Viktora zabrać i ruszyć śladem tych dwóch suczych chwostów. Niechby się Taal zmiłował i sprawił, że nie zdążą narobić zbyt wielkiego rwetesu, ale może być tak, że już ich tam coś żre na żywca.
Nie przestając mówić Rapecke sięgnął po łuk wyciągając go z przewieszonego przez plecy sajdaka, pociągnął palcami na próbę za cięciwę.
- Ja bym tak uczynił, ale wyście starsi szarżą, co radzicie?
-
Ralf stał obok Wulfa, raz zerkając na ślady, a raz na okolicę, żeby wypracować jakiś plan działania. Ich koń wyczuwał jakiś niepokój. Zachowywał się niespokojnie, pomimo że stali samotnie wśród ciszy.
Na gniewny komentarz Wulfa odpowiedział jedynie:
– Plugastwo... zapewne zamęczają teraz jakiegoś nieszczęśnika.
Pomimo, że myśliwy nadal nazywal go sierżantem, Rolf nie był na służbie i nie obowiązywała żadna szarża. Mimo to nienawiść do plugastwa i poczucie obowiązku, ukształtowane przez wieloletnią służbę, nie pozostawiały cienia wątpliwości. Trzeba było pomóc nieszczęśnikowi, póki istniał jeszcze choć cień szansy, że może się to udać. Rolf zerknął na swój pistolet, upewniając się, że nadal ma komplet naboi. Następnie zwrócił się do myśliwego:
– Jestem spokojny o to, że Auriel i Viktor, ze swoimi umiejętnościami, poradzą sobie z plugastwem na otwartej przestrzeni. Zresztą doskonale powinni wiedzieć, że z tych chaszczy może coś na nich wyleźć. A możliwe, że właśnie ktoś zamęcza w lesie człowieka – ciągnął dalej. – Jeśli zwierzoludzie poszli tam na noc rozbić obóz, nie mogli wejść nie wiadomo jak głęboko.
– Nie ma czasu do stracenia – rzekł Rolf z pełnym przekonaniem. – Podejdźmy i zorientujmy się, co się tam dzieje. Tylko uważajmy, żeby nie wpaść na Mathiassa i Adolfa, aby przez przypadek się wzajemnie nie ostrzelać. Jeśli usłyszą odgłosy walki, powinni przyjść nam z pomocą... albo my im. -
Na skraju Drakwaldu
Rapecke kiwnął głową przyjmując do wiadomości decyzję sierżanta, musnął opuszkami palców amulet z jeleniej kości, po czym ruszył pomiędzy prastare strzeliste drzewa mrocznej kniei. Niepokój walczył w jego sercu o lepsze z gniewem i żądzą krwi. Zwierzoludzie i mutanci, istoty stworzone przez bogów, których imiona wypowiadali na głos jedynie głupcy; bestie plugawiące uświęconą z woli Taala przyrodę, wynaturzające ją poprzez odrażające rytuały. Nawet Wielki Las Talabeclandu nie był od nich wolny i zdarzało się Wulfowi natrafiać w gęstych matecznikach na ślady po obozowiskach kozłorogich: na zagrzebane w popiołach kości pożartych ludzi, na truchła padłych od chorób lub zwaśnionych ostrzy zwierzoludzi i na ich runiczne kamienie, które samą swoją aurą potrafiły zabijać lub wynaturzać otaczający je las.
Bezwzględne zwalczanie tych zdegenerowanych istot Wulf postrzegał za powinność, zanim jeszcze dołączył do kapłanów Króla Bogów, zaś pobierane od nich nauki tylko go utwierdziły w tym przeświadczeniu potęgując jednocześnie sprawiedliwą nienawiść.
- Mnie łatwiej się w gąszczu ukryć bez zbroi takiej jak wasza, sierżancie - rzucił półgłosem przez ramię, wyciągając z kołczanu opatrzoną czerwonymi piórami strzałę - Trzymajcie się w tyle, ostrzegę was, kiedy nastanie taka potrzeba.
I nie czekając na odpowiedź Stahla zniknął wśród wypełnionych głębokim cieniem zarośli.
-
Auriel trwał jeszcze przez chwilę nieruchomo, opierając obie dłonie na kosturze. Świat po otwarciu zmysłów na emanacje eteru zawsze wydawał mu się przez moment zbyt płaski, zbyt pozbawiony głębi. Blade smugi Wiatrów Magii gasły powoli, jak świetliste powidoki zostające pod powiekami po zbyt długim patrzeniu w słońce. Zostawała po nich tylko zwyczajna rzeczywistość, czyli teraz głównie chłód osiadający na karku i ciężka cisza rozpięta pomiędzy polaną a Drakwaldem. Brak wyczuwalnego spaczenia Dhar powinien był przynieść ulgę i w pewien sposób rzeczywiście to zrobił, ale pewne podskórne poczucie niepokoju nadal mu towarzyszyło.
Las milczał. Nie było w nim niczego, co zdradzałoby się błyskiem, szelestem czy nagłym poruszeniem gałęzi. Bez kontekstu tej ciszy zielona toń pozostawała po prostu cichą połacią drzew i głupio byłoby dalej trwać w przeświadczeniu, że coś jest nie tak, zwłaszcza że wszystko wyglądało zwyczajnie. Znaczy się, pomijając dojmujący brak odgłosów lasu.
– Cóż – mruknął w końcu. – Może okolica jest cicha przez drapieżniki. Jeśli tak, wizja pieczonego pająka może wcale nie być taka abstrakcyjna.
Rzucił te słowa do stojącego nieco dalej Viktora, który właśnie coś mu wskazywał.Skrawek czarnego sukna i wygnieciona trawa zatrzymały uwagę Auriela na dłużej. Próbował odczytać to miejsce tak, jak mógłby zrobić to tropiciel, ale brakowało mu w tej dziedzinie umiejętności. Dlatego skupił się na materiale. Skąd w tym miejscu wzięło się coś takiego? Srebro i czerwień haftu wyróżniały się na tle ciemnego sukna, a samo wykonanie wyglądało na zbyt kosztowne, by należało do przypadkowego włóczęgi. Mag długo wpatrywał się w kawałek materiału, próbując zmusić umysł do pracy, lecz w końcu dał za wygraną i przeniósł wzrok dalej, ku granicy lasu. Zmierzch zdążył zgęstnieć. Ślad w trawie ginął właśnie tam, gdzie kończyła się otwarta przestrzeń i zaczynała właściwa część Drakwaldu.
Auriel poczuł, jak coś nieprzyjemnego zaciska mu się pomiędzy łopatkami. Nie strach jeszcze. Raczej świadomość, że niepokój, który od jakiegoś czasu podskórnie mu towarzyszył, mógł jednak mieć jakieś podłoże.
– Nie podoba mi się do końca spacer w tamtym kierunku – powiedział w końcu ciszej. – A jeszcze mniej podoba mi się myśl, że ktoś mógł zostać tam zaciągnięty i nadal żyć.
Zawiesił głos, patrząc w ciemność. Przez moment wyglądał tak, jakby rozsądek i ciekawość prowadziły w jego głowie bardzo krótką, ale wyjątkowo zażartą dyskusję. W końcu zwyciężyło coś pomiędzy jednym a drugim.
– W innym wypadku zaproponowałbym, byśmy poczekali na resztę, ale to może być kwestia czasu. Nie proponuję, żebyśmy zapuszczali się daleko – wyjaśnił. – Ale możemy podejść kawałek. Tylko tyle, żeby sprawdzić, czy ślad prowadzi dalej i czy dowiemy się czegoś więcej.
Spojrzał na Viktora.
– A jeśli okaże się, że to głupi pomysł, będziemy mogli wrócić i z pełnym przekonaniem powiedzieć reszcie, że osobiście to sprawdziliśmy. Pójdziesz ze mną? – zapytał, bo wprawdzie wolałby nie iść tam sam, ale zrobiłby to, jeśli musiał. Idea niesienia pomocy była zbyt mocno wpleciona w jego naturę, by pozwolić mu po prostu odwrócić wzrok.Ujął kostur pewniej i ruszył w stronę skraju lasu. Trawa stawała się tam niższa i bardziej wilgotna, a ziemia pod stopami miększa. Powietrze przy drzewach było chłodniejsze, cięższe od zapachu kory, mchów i mokrej ziemi. Mag nie wahał się, ale przy pierwszych pniach zatrzymał się jeszcze na moment i wsłuchał w ciemność, próbując wyłapać wszystko, co nie pasowało do tej martwej ciszy.
Dopiero gdy nic nie odpowiedziało, położył dłoń na górskim krysztale wieńczącym jego kostur. Na ułamek chwili przymknął oczy. Hyish był subtelniejszy od innych Wiatrów, bardziej uporządkowany, chłodny i czysty. Auriel nie próbował go pochwycić siłą. Pozwolił raczej, by cienka smuga światła spłynęła ku niemu przez eter i zebrała się wokół kryształu. Kamień pod jego palcami stał się nagle chłodniejszy, jakby przez jego wnętrze przepłynęła woda ze źródła ukrytego głęboko pod ziemią.
– Solaeth... – wyszeptał.
Przez wnętrze kryształu przebiegła cienka, mlecznobiała żyłka. Po chwili rozgałęziła się na dziesiątki drobnych refleksów, aż cały kamień rozjarzył się równomiernym, jasnym blaskiem. Nie przypominał płomienia pochodni. Było to raczej światło chłodne i czyste, niemal srebrzyste, rozlewające się miękko na leśnym runie. Mroczna osnowa Darkwaldu cofnęła się, a najbliższe drzewa wyłoniły się z czerni jedno po drugim, ukazując splątane korzenie i głębsze warstwy lasu, które jeszcze przed chwilą stanowiły jednolitą ścianę cieni. Kryształ na szczycie kostura wyglądał teraz jak fragment bladej gwiazdy zamknięty w kamieniu. Auriel uniósł go nieco wyżej.
– Chodźmy – rzucił do Viktora, a potem zrobił pierwszy krok pomiędzy drzewa. -
Kiedy Wulf kwinął głową Rolfowi na zgodę, ten delikatnie odgonił konia między pagórki. Ruszył za myśliwym w stronę lasu. Zgodnie z jego sugestią, sierżant szedł w bezpiecznej odległości, ostrożnie, zważając na to, gdzie stawia nogi i pozostając w pochylonej pozycji. Cały czas zachowywał czujność.
-
Kalten podniósł palec do ust dając towarzyszowi znak by ani drgnął.
Dłuższą chwilę celował, sarna sprawiała wrażenie osłabionej ucieczką, ale adrenalina nadal płynęła w jej żyłach. Nie chciał by ranna biegła przez las i zaalarmowała obcych ktokolwiek tam obozował. Zapach pieczonego mięsa, który do nich dotarł rozkojarzył zwierzę i właśnie wtedy, gdy spojrzała w tamtym kierunku, wypuścił strzałę. Trafił centralnie pod łopatkę w okolicach serca. Zwierzyna padła jak rażona piorunem, kilka drgawek kończyn później i jej ślepia straciły już na zawsze blask życia.
- Wezmę sarnę, pozbieraj drewna w drodze powrotnej. Cicho jak się da. Ktokolwiek w lesie obozuje lepiej by o nas nie wiedział. To oni pewnie spłoszyli zwierzynę, nie wiemy ilu ich, ani jak daleko, i oby oni też nie wiedzieli o nas - wyszeptał do Adolfa Kalten nauczony życiem w Sylvanii, że dłużej żyją Ci co nie są nazbyt ciekawscy. Planował zawiadomić swoją grupę i wraz z innymi zdecydować co robią, ale błądzenie po lesie Drakwald za zapachem nie brzmiało jak rozsądny plan, mieli własne mięso a obca grupa może okazać się wobec nich wroga, po co kusić los?
Najciszej jak potrafił podniósł zwierzę z ziemi, przerzucił przez ramię i zaczął powoli wracać w kierunku skąd przybyli, tym razem uważniej zwracając uwagę by nie narobić zbędnego hałasu.
Kruk Karl dostosował się natychmiast, usiadł na głowie sarny i nie czekając na zaproszenie do stołu zaczął wydziobywać jej oko, w ogóle nie zważając na to co robi jego Pan.
-
Wytrawny strzał.
Adolf już kilkakrotnie widział jak Kalten posługuje się łukiem i to nie była pierwszyzna. Argumenty towarzysza były jak najbardziej trafne. Eiche mniej więcej orientował się, co właściwie można znaleźć w imperialnych lasach po przejściu armii chaosu, a już wcześniej nie były one wcale bezpieczne.O ile o Drakwaldzie można powiedzieć, że to "las imperialny", bo to raczej Drakwald posiadał sam siebie, a imperium znajdowało się wokół niego, w trudzie i znoju próbując wyrywać zeń zasoby - drewno, mięso, skóry, ukryte pod drzewami metale, a gdy i tego wszystkiego nie stanie - nowe pola pod budowę siół i pod siew.
Tarczownik zaczął się rozglądać za co lepszymi, grubszymi kawałkami chrustu, które zapewnią im światło i ciepło, jak również dadzą ognisko dość gorące, ażeby oprawioną sarnę upiec. Nie ma nic gorszego niż niedopieczona dziczyzna.
Niestety, rzecz jasna, obaj ze swoim żelastwem byli tutaj obcymi, a las słyszał każdy nieostrożny krok, każdą pękniętą pod krokiem gałązkę, każdy szelest odgarnianych liści. Mimo swoich wysiłków aby choć trochę ograniczyć hałasy, Adolf nadal dawał o sobie znać, zbierając kolejne kawałki chrustu i krocząc za Matthiasem w stronę obozu.
-
Mroczna gęstwa Drakwaldu
Wulf poruszał się z nadzwyczajną ostrożnością, co rusz zastygając w bezruchu i nasłuchując w poszukiwaniu wieszczących niebezpieczeństwo dźwięków. Nawykły do nocnych polowań, czuł mimo wszystko wielką niepewność w tej złowieszczej kniei. Wielki Las w Talabeclandzie również pełen był gęstych mateczników, gdzie kolczasta roślinność tworzyła niemal litą całość, a jej zbita masa ogromnie utrudniała poruszanie, ale Drakwald wydawał się Wulfowi zupełnie innym lasem od tego rosnącego w jego ojczystych stronach. Tutaj drzewa były bardziej powykręcane, ich kora mocniej spękana, a zwisające ku ziemi gałęzie unosiły w powietrzu grube zasłony z mchu i porostów. Masywne korzenie wyzierały ponad powierzchnię gruntu, wiły się po niej na podobieństwo sękatych wężowideł czyhając na nieostrożny krok wędrowca, a głębokie wykroty ziały nieprzeniknioną ciemnością niczym wyrwane w ziemi dziury wiodące wprost do królestwa Morra.
Najgorsza była cisza - przerażająca, nieprzenikniona, martwa cisza, która tylko podkreślała obcą naturę tego lasu. Nie przerywało jej żadne nawoływanie nocnego drapieżnika, nigdzie nie pohukiwały sowy, nie popiskiwały żadne gryzonie. Było w tym stanie rzeczy coś tak dalece nienaturalnego, że Rapecke ustawicznie dotykał palcami wiszącego na szyi taalickiego symbolu, w myśląc odmawiając znajome słowa modlitwy do Króla Bogów.
Niespokojny i skonsternowany, tropiciel szedł mimo wszystko do przodu, jedną ręką przesuwając po gruncie w poszukiwaniu odciśniętych w nim śladów stóp, drugą odsuwając bezgłośnie na boki połamane przez zwierzoludzi gałęzie.
W głębi tego mrocznego lasu ktoś być może stracił już nadzieję na ratunek - nie wiedząc, że Taal o nim nie zapomniał.
-
Drakwald
MATTHIAS I ADOLF
Strzała Matthiasa trafiła sarnę czysto i zwierzę po kilku krokach padło martwe pomiędzy paprocie. Dopiero z bliska obaj zauważyli, że wcześniej musiała przed czymś uciekać: na nodze miała świeże rozcięcie, na sierści utkwiły krótkie czarne włosy, a w miękkiej ziemi wokół odcisnęły się ślady rozdwojonych racic prowadzące z tego samego kierunku, z którego docierał zapach dymu. Adolf zaczął tymczasem zbierać drewno, lecz mimo starań nie poruszał się bezszelestnie i po chwili obaj usłyszeli wyraźny ruch w lesie. Ktoś się do nich zbliżał. Niedługo później pomiędzy drzewami dostrzegli bladą łunę światła bijącą z magicznego kostura.
ROLF I WULF
Trop, którym szli, był świeży i stosunkowo łatwy do odczytania. Zwierzoludzie nawet nie próbowali zacierać śladów, nie było to w ich naturze ani nie byli na tyle inteligentni. Połamane gałązki, rozdeptane paprocie i głębokie odciski racic prowadziły coraz dalej w mrok, ale po kilkudziesięciu krokach do uszu tropiciela dotarł wyraźny trzask. Nagle pomiędzy drzewami zamajaczył ruch. Mężczyźni już zdążyli się przestraszyć, kiedy dostrzegli Matthiasa i trzymaną na jego ramionach sarnę.
AURIEL (I VICTOR?)
Kostur szybko odpowiedział na wyszeptaną inkantację. Przez chwilę pomiędzy palcami maga zatańczył chłodny, biały blask. Nie przypominał ciepłego światła pochodni ani drżącego płomienia świecy. Było to czyste, niemal nierzeczywiste światło, które wydobyło z mroku korę najbliższych drzew, źdźbła trawy oraz postrzępiony skrawek czarnej tkaniny z symbolem Sigmara. Wkrótce jednak blask światła rozświetlił najpierw Matthiasa, później Wulfa, a na końcu całą resztę.
-
W gęstwie Drakwaldu
Wulf niemal złapał się za głowę widząc jak czerń lasu za jego plecami zaczyna jaśnieć pod wpływem blasku, który wydał mu się natychmiast przerażająco znajomy.
Cofając się po własnych śladach odnalazł skradającego się za nim Stahla, dotknął ramienia mężczyzny wskazując dłonią na polankę, gdzie w półmroku rysowały się sylwetki Eiche i Kaltenbacha. Puszcza wciąż pozostawała niema, chociaż tropiciel pewien był, że lada chwila usłyszy pierwsze zwierzęce ryki krwiożerczych ludojadów.
- Jego jasność Helmschein postradał zmysły - szepnął do ucha podoficera drogowej straży - Tym światłem ściągnie nam bestie na głowy szybciej niźli pohukiwania Viktora i Adolfa. Idźcie proszę do Sylvańczyka, a ja zajmę się czcigodnym adeptem, byle żwawo, a cicho. W powietrzu czuć zapach dymu, obozowisko tych kurwich pomiotów musi być bardzo blisko.
Nie czekając na odpowiedź Stahla Rapecke wślizgnął się pomiędzy gęstwę krzewów, by chwilę później wychynąć tuż przed zmierzającym ku polance magiem. Wiedziony niespokojną czujnością Wiktor już unosił swoją broń, kiedy Wulf pochwycił go za rękę przykładając jednocześnie palec do ust.
- Wasza jasność zechce zgasić ten kostur, tu i teraz - tropiciel zwrócił się do Auriela głosem wciąż pełnym szacunku, ale wyraźnie naznaczonym złością - Zwierzoludzie są o krok od nas, obozują tak blisko, że czuć dym ich ogniska. Jak ujrzą ten poblask, stracimy przewagę zaskoczenia, a mogą nad nami górować ilością. Zgaście to, tam jest polanka, gdzie reszta naszych.
Pulsujący nieziemskim światłem kryształ osadzony na szczycie czarodziejskiej laski budzil doskonale widoczną chorobliwą fascynację Wulfa, toteż tropiciel potrzebował chwili, aby oderwać od tego pokazu magii wzrok i przyzwyczaić go ponownie do mroku puszczy.
- Mus nam naradzić się z sierżantem, co dalej uczynimy.
-
Auriel zatrzymał się niemal w pół kroku, kiedy Wulf wyłonił się z ciemności. Jeszcze przed chwilą pomiędzy pniami rozlewało się chłodne światło Hyish, wydobywając z mroku wilgotną korę, splątane korzenie i niknące w gęstwinie kształty. Teraz w tym blasku pojawiła się sylwetka tropiciela. Poruszał się z widocznym napięciem, a w jego spojrzeniu czaiła się lekka nagana. Przez krótką chwilę Auriel spojrzał najpierw na Wulfa, potem na pulsujący światłem kryształ wieńczący kostur, a wreszcie gdzieś ponad jego ramieniem, w stronę gęstwiny. W twarzy myśliwego było coś, co nie pozostawiało wiele miejsca na żarty. Wieść o zwierzoludziach zgasiła resztki wcześniejszego rozluźnienia.
– Zwierzoludzie? – powtórzył ciszej. – Ilu?Nie czekając długo, przesunął otwartą dłonią po powierzchni kryształu, od nasady ku jego nierównej, surowej krawędzi. Kamień był chłodny pod palcami, niemal lodowaty po przepływie magicznej energii. Blask zadrżał, jakby na moment opierał się wygaszeniu, lecz w końcu cienkie pasma światła zaczęły zwijać się ku środkowi kryształu. Uderzenie serca później ostatnie świetliste smugi oplotły metalowe okucie kostura, przesunęły się po wyżłobieniach i spełzły w dół niczym więdnące pukle srebrzystych włosów, po czym rozpłynęły się łagodnie w wilgotnym powietrzu. Przez moment kryształ żarzył się jeszcze mlecznym światłem, coraz słabszym z każdym uderzeniem serca, aż w końcu z jasności nie zostało nic poza bladym powidokiem pod powiekami.
Sidła ciemności, której tak nie lubił, natychmiast przesłoniły mu wzrok. Nim odpowiedział, stał przez chwilę w bezruchu, pozwalając oczom odnaleźć się na nowo w półmroku. Kształty wracały powoli i niechętnie. Najpierw wilgotny połysk liści, potem ciemne smugi pni i blade plamy trawy. Nic nie było już wyraźne. Las, który tak wyraźnie widział w świetle nie zniknął, ale jakby oddalił się, pozostawiając po sobie jedynie kontury i domysły. Równocześnie pojawił się inny rodzaj dyskomfortu. Ziemia pod stopami straciła swoją czytelność. Korzenie, kamienie i zagłębienia zlały się w jedną ciemną powierzchnię, której nie sposób było do końca zaufać.
– Nie jestem pewien, czy ciemność daje nam aż taką przewagę, jak zakładasz, Wulfie – powiedział spokojnie. – Zmierzch będzie tylko gęstniał, a zwierzoludzie i połowa tutejszej fauny widzą, słyszą i poruszają się lepiej od nas. Jedyna szansa, że faktycznie zaskoczymy ich przy ognisku, o którym mówisz.
W jego głosie nie dało się usłyszeć sprzeciwu. Była to raczej chłodna ocena sytuacji, którą uznał za wartą wypowiedzenia. Spojrzał jeszcze raz na wygaszony kryształ.
– Ale skoro reszta zadała sobie trud, żeby podejść ich po ciemku, nie będę marnował waszej przewagi. Nie sądziłem po prostu, że na was natrafię. Gdy zobaczyłem ślad na ziemi, chciałem pomóc, a serce zareagowało szybciej niż rozum – dodał, po czym spoważniał.
– Jak blisko jest ich obóz? Macie tylko trop, czy ktoś dostrzegł coś więcej?
Przeniósł wzrok na pozostałych, gdy ich sylwetki zaczęły wyłaniać się z półmroku pomiędzy drzewami.
– Jesteśmy w sile ludzi. Wulfie, sądzę, że oni kogoś dorwali. Jeśli tak, nie powinniśmy zwlekać. Może ktoś z tych ludzi jeszcze dycha. Jeśli tak, winniśmy pomóc.
Pozwolił tropicielowi odpowiedzieć, po czym ruszył wraz z nim w stronę reszty. -
W gęstwie Drakwaldu
Gasnące zaklęcie sparaliżowało Wulfa na krótką chwilę przykuwając jego oczy do poruszających się w nadnaturalny sposób pasm magicznego światła. Ledwie uderzenie serca później wokół obu mężczyzn zapadła naturalna dla pory nocy ciemność, ale Auriel zdążył zauważyć trwogę malującą się w szeroko otwartych oczach tropiciela na widok tak bliskiej manifestacji mocy Eteru.
- Sześć, może siedem ludojadów, wasza jasność, tak ze śladów wychodzi, wszelako nie można wykluczyć, że ich jest wiele więcej, a ta szóstka wraca do reszty po polowaniu - do uszu czarodzieja dobiegł poruszony szept Wulfa - I słusznie prawicie, że jak nic mają ze sobą jakiegoś brańca, a to znaczy, że niebawem zaczną go zjadać. Gdzie obozowisko, tego jeszcze nie wiem, boście z tym światłem prawie nas wyzdradzili, nim żem pod ognisko podszedł. Idźcie cichaczem za mną i sierżantem do Adolfa i Kaltenbacha, a nie potknijcie się o żadne korzenie, coby hałasu nie poczynić. Wypytamy ich czy sami czego nie widzieli, a potem pójdę przodem przyjrzeć się temu obozowisku, prawdziwie musi być niedaleko.
-
- A podobno magowie mądrzejsi od plebsu. Widzę bezpieczne mury Altdorfu odbierają rozwagi - rzekł chłodno i cicho Kalten gdy już się zebrali razem.
- Powiecie mi kamraci co tu robicie? Podzieliśmy zadania i mam wrażenie, że tylko ja i Adolf wykonujemy swoje jak na żołnierzy Imperium przystało. Właśnie do Was wracaliśmy.
- Ciemność drogi Aurielu zwiększa szanse że nas nie zobaczą i nie zabiją, a źródło światła widać w ciemności z daleka. Nikogo nie będziemy zaskakiwać, tylko głupiec rzuca się na nieznaną liczbę przeciwnika na jego terenie. Wracajmy do obozowiska póki zapach mięsa odbiera im zainteresowanie otoczeniem, to w połowie zwierzęta, od michy szybko głowy nie odwrócą.
- Wulf, Ty też w Altdorfie byłeś czy Ci tak tęskno że wojna nas ominęła? Miej Ty boga w sercu, po co chcesz tam iść? Braniec? Ślady znalazłeś? Winszuje, pewnie właśnie zapach jego mięsa czujesz. Jak chcemy ich atakować to nad ranem, gdy dzień będzie po naszej stronie a ja i Adolf nie będziemy mieli rąk zajętych, ale szczerze to głupota, a jak ich tuzin albo więcej? Weszliśmy w las po sarnę i drewno, a nie by szukać potyczki - próbował zebranym wyłożyć trochę racjonalniejszy pogląd na sytuację, widać było że jest mocno zdziwiony dezynwolturą pozostałych. -
W gęstwie Drakwaldu
Wulf klęczał w niskiej trawie opodal reszty towarzyszy, w chłodnym milczeniu i z ręką na toporze nasłuchując perory Sylwańczyka. Postrzegał go za człowieka aroganckiego i butnego, ale jednocześnie pod wieloma względami niebezpiecznego, dlatego choć Kaltenbach szczerze tropiciela mierzwił, ten nie zamierzał wchodzić z nim w spory.
Zwierzoludzie byli ohydną skazą na tkance natury, plugawiąca ją samym swym istnieniem i stanowiącą świętokradczą obrazę majestatu Taala. Wychowany w tym rozumowaniu Rapecke nie pojmował jak ktoś mógłby tak lekce porzucić w potrzebie innego człeka wydając go na rzeź bestiom-ludojadów, toteż gdy Kaltenbach umilkł, nie odpowiadając na żadne z jego słów Wulf odwrócił głowę w stronę majaczącego w ciemnościach gęstwy Stahla.
- Sierżancie, co rzekniecie? - spytał podniesionym głosem pokładając całą swoją nadzieję w przywiązanym do etosu służby podoficerze drogówki.
-
Rolf przysluchiwał się w milczeniu Wulfowi, Aurielowi i Mathiassowi. Kazdy z nich swoje przekonania i pomysł na dalsze działanie. Sam fakt, że Rolf nie wtrącił swoich trzech groszy do tej dyskusji, nie świadczy, że nie miał własnych przekonań. Całe swoje dorosłe życie poświęcił obowiązkowi, jakim jest służba oraz pomoc innym. I to za niezbyt wygórowaną zapłatę jaką akurat w danym momencie oferowali zarządcy traktów za jego usługi.
Dodatkowo, zwierzoludzie były zawsze największą udręką jego służby. Tyle widział już tego, że nie nawidził wszelkiego rodzaju plugastwa.
Kiwnął głową i rzekł do Wulfa -Trzeba pomóc temu nieszcęśnikowi -
Matthias Kaltenbach podniósł brew.
- Jakiemu nieszczęśnikowi Rolf? Równie dobrze mogli ciągnąć zwłoki lub swojego rannego po bitwie.
- Chcecie narażać oddział na zaglądanie obcym do obozu? A co jak ich tam osiemnastu?
- I zgadzacie się by Wulf tam szedł sam się zakradał? Wy chyba rozum straciliście.Spojrzał zdesperowany na Adolfa trzymającego w obu rękach drewno, licząc, że może ten się odezwie i będzie mieć lepsze argumenty dla zebranych. Choć ciężko byłoby coś więcej dodać.
-
Rolf odpowiedział Matthiasowi- Temu, który być może jeszcze żyje. Jeśli się nie upewnimy, nie będziemy wiedzieć. Gdybym to ja był tym pojmanym, liczyłbym, że ktoś przyjdzie z pomocą. Chociaż ... jeśli żyje pewnie już stracił nadzieję na jakikolwiek ratunek.
Tak, Wulf może wykonać zadanie najlepiej. Podkraść się do ich obozowiska i rozejrzeć się co tam się dzieje. Z nami ma mniejsze szanse. Nie uda nam się zachować bezwględnej ciszy. Dookoła gałęzie na ziemi. Jeśli stwierdzi, że nie mamy szans wycofamy się.
Spojrzał apropobująco na Wulfa - Chcesz to ryzykuj. Twoja decyzja. Masz moje poparcie. -
- Rolf, jakiej kurwa pomocy, jaki pojmany? - syknął Kalten
- Po pierwsze nie wiesz co i kto tam jest, Wulf wie że coś lub kogoś ciągnęli, równie dobrze mogli swojego lub worek.
- Po drugie nie wiesz ilu ich tam jest, może całe stado i po czterech na jednego z nas.
- Czy Wy w ogóle rozumiecie że jak Wulf się nie przekradnie i będzie ich więcej to jesteśmy martwi? Totalnie martwi.
- Chcecie ryzykować życie oddziału dla jakiegoś "może", może ktoś tam jest, a może ogród z czarnymi różami.
- Debile, jak Wy dożyliście do tego wieku? - żachnął się na koniec.
Zaczął odkładać sarnę, idź Wulf jak Ci życie tak nie miłe, ale miej jaja nie wracać jeśli narobisz hałasu i wypadnie na Ciebie kilka tuzinów wroga. Miło było Cię poznać. Starał się nie okazywać wściekłości, ale właśnie dotarło do niego, że jego kompani to banda samobójców. -
Adolf do tej pory milczał, z naręczem drewna, czekając na rozwój wypadków.
- Cóż... Nie będę nikomu przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójczej, jeżeli bardzoście chętni. Żeby zaatakować wroga, najpierw musimy mieć pewność, że nie mają nad nami znaczącej przewagi liczebnej, musimy odnieść mięso i drewno, oraz ustalić, czy w ogóle jest kogo ratować. Dopóki Wulf operuje słowami "może", "coś", "podejrzewam, znaczy, że w rzyci był i gówno widział. Wam to jak raz wieczór rozumy poodejmował, bo przecie to ja się zwykle bez pomyślunku rwę do bitki. -
W gęstwie Drakwaldu
Adolf wygłosił swoją opinię w sposób charakterystyczny dla jego prostolinijnej i szczerej osobowości, nie zwykł bowiem ubierać słów w zbyteczne ozdoby. Wulf znał go dostatecznie długo, by wiedzieć zawczasu, co Eiche powie, toteż nawet nie czekał na koniec wygłaszanej szeptem odpowiedzi tarczownika.
Przyjmując do wiadomości zgodę sierżanta Stahla tropiciel zrobił znienacka krok w bok i rozmył się w ciemnościach puszczy, niczym widmowy cień przepadając gdzieś w jednej chwili.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się