Ścieżki Przeklętych
-
Mroczna gęstwa Drakwaldu
Wulf poruszał się z nadzwyczajną ostrożnością, co rusz zastygając w bezruchu i nasłuchując w poszukiwaniu wieszczących niebezpieczeństwo dźwięków. Nawykły do nocnych polowań, czuł mimo wszystko wielką niepewność w tej złowieszczej kniei. Wielki Las w Talabeclandzie również pełen był gęstych mateczników, gdzie kolczasta roślinność tworzyła niemal litą całość, a jej zbita masa ogromnie utrudniała poruszanie, ale Drakwald wydawał się Wulfowi zupełnie innym lasem od tego rosnącego w jego ojczystych stronach. Tutaj drzewa były bardziej powykręcane, ich kora mocniej spękana, a zwisające ku ziemi gałęzie unosiły w powietrzu grube zasłony z mchu i porostów. Masywne korzenie wyzierały ponad powierzchnię gruntu, wiły się po niej na podobieństwo sękatych wężowideł czyhając na nieostrożny krok wędrowca, a głębokie wykroty ziały nieprzeniknioną ciemnością niczym wyrwane w ziemi dziury wiodące wprost do królestwa Morra.
Najgorsza była cisza - przerażająca, nieprzenikniona, martwa cisza, która tylko podkreślała obcą naturę tego lasu. Nie przerywało jej żadne nawoływanie nocnego drapieżnika, nigdzie nie pohukiwały sowy, nie popiskiwały żadne gryzonie. Było w tym stanie rzeczy coś tak dalece nienaturalnego, że Rapecke ustawicznie dotykał palcami wiszącego na szyi taalickiego symbolu, w myśląc odmawiając znajome słowa modlitwy do Króla Bogów.
Niespokojny i skonsternowany, tropiciel szedł mimo wszystko do przodu, jedną ręką przesuwając po gruncie w poszukiwaniu odciśniętych w nim śladów stóp, drugą odsuwając bezgłośnie na boki połamane przez zwierzoludzi gałęzie.
W głębi tego mrocznego lasu ktoś być może stracił już nadzieję na ratunek - nie wiedząc, że Taal o nim nie zapomniał.
-
Drakwald
MATTHIAS I ADOLF
Strzała Matthiasa trafiła sarnę czysto i zwierzę po kilku krokach padło martwe pomiędzy paprocie. Dopiero z bliska obaj zauważyli, że wcześniej musiała przed czymś uciekać: na nodze miała świeże rozcięcie, na sierści utkwiły krótkie czarne włosy, a w miękkiej ziemi wokół odcisnęły się ślady rozdwojonych racic prowadzące z tego samego kierunku, z którego docierał zapach dymu. Adolf zaczął tymczasem zbierać drewno, lecz mimo starań nie poruszał się bezszelestnie i po chwili obaj usłyszeli wyraźny ruch w lesie. Ktoś się do nich zbliżał. Niedługo później pomiędzy drzewami dostrzegli bladą łunę światła bijącą z magicznego kostura.
ROLF I WULF
Trop, którym szli, był świeży i stosunkowo łatwy do odczytania. Zwierzoludzie nawet nie próbowali zacierać śladów, nie było to w ich naturze ani nie byli na tyle inteligentni. Połamane gałązki, rozdeptane paprocie i głębokie odciski racic prowadziły coraz dalej w mrok, ale po kilkudziesięciu krokach do uszu tropiciela dotarł wyraźny trzask. Nagle pomiędzy drzewami zamajaczył ruch. Mężczyźni już zdążyli się przestraszyć, kiedy dostrzegli Matthiasa i trzymaną na jego ramionach sarnę.
AURIEL (I VICTOR?)
Kostur szybko odpowiedział na wyszeptaną inkantację. Przez chwilę pomiędzy palcami maga zatańczył chłodny, biały blask. Nie przypominał ciepłego światła pochodni ani drżącego płomienia świecy. Było to czyste, niemal nierzeczywiste światło, które wydobyło z mroku korę najbliższych drzew, źdźbła trawy oraz postrzępiony skrawek czarnej tkaniny z symbolem Sigmara. Wkrótce jednak blask światła rozświetlił najpierw Matthiasa, później Wulfa, a na końcu całą resztę.
-
W gęstwie Drakwaldu
Wulf niemal złapał się za głowę widząc jak czerń lasu za jego plecami zaczyna jaśnieć pod wpływem blasku, który wydał mu się natychmiast przerażająco znajomy.
Cofając się po własnych śladach odnalazł skradającego się za nim Stahla, dotknął ramienia mężczyzny wskazując dłonią na polankę, gdzie w półmroku rysowały się sylwetki Eiche i Kaltenbacha. Puszcza wciąż pozostawała niema, chociaż tropiciel pewien był, że lada chwila usłyszy pierwsze zwierzęce ryki krwiożerczych ludojadów.
- Jego jasność Helmschein postradał zmysły - szepnął do ucha podoficera drogowej straży - Tym światłem ściągnie nam bestie na głowy szybciej niźli pohukiwania Viktora i Adolfa. Idźcie proszę do Sylvańczyka, a ja zajmę się czcigodnym adeptem, byle żwawo, a cicho. W powietrzu czuć zapach dymu, obozowisko tych kurwich pomiotów musi być bardzo blisko.
Nie czekając na odpowiedź Stahla Rapecke wślizgnął się pomiędzy gęstwę krzewów, by chwilę później wychynąć tuż przed zmierzającym ku polance magiem. Wiedziony niespokojną czujnością Wiktor już unosił swoją broń, kiedy Wulf pochwycił go za rękę przykładając jednocześnie palec do ust.
- Wasza jasność zechce zgasić ten kostur, tu i teraz - tropiciel zwrócił się do Auriela głosem wciąż pełnym szacunku, ale wyraźnie naznaczonym złością - Zwierzoludzie są o krok od nas, obozują tak blisko, że czuć dym ich ogniska. Jak ujrzą ten poblask, stracimy przewagę zaskoczenia, a mogą nad nami górować ilością. Zgaście to, tam jest polanka, gdzie reszta naszych.
Pulsujący nieziemskim światłem kryształ osadzony na szczycie czarodziejskiej laski budzil doskonale widoczną chorobliwą fascynację Wulfa, toteż tropiciel potrzebował chwili, aby oderwać od tego pokazu magii wzrok i przyzwyczaić go ponownie do mroku puszczy.
- Mus nam naradzić się z sierżantem, co dalej uczynimy.
-
Auriel zatrzymał się niemal w pół kroku, kiedy Wulf wyłonił się z ciemności. Jeszcze przed chwilą pomiędzy pniami rozlewało się chłodne światło Hyish, wydobywając z mroku wilgotną korę, splątane korzenie i niknące w gęstwinie kształty. Teraz w tym blasku pojawiła się sylwetka tropiciela. Poruszał się z widocznym napięciem, a w jego spojrzeniu czaiła się lekka nagana. Przez krótką chwilę Auriel spojrzał najpierw na Wulfa, potem na pulsujący światłem kryształ wieńczący kostur, a wreszcie gdzieś ponad jego ramieniem, w stronę gęstwiny. W twarzy myśliwego było coś, co nie pozostawiało wiele miejsca na żarty. Wieść o zwierzoludziach zgasiła resztki wcześniejszego rozluźnienia.
– Zwierzoludzie? – powtórzył ciszej. – Ilu?Nie czekając długo, przesunął otwartą dłonią po powierzchni kryształu, od nasady ku jego nierównej, surowej krawędzi. Kamień był chłodny pod palcami, niemal lodowaty po przepływie magicznej energii. Blask zadrżał, jakby na moment opierał się wygaszeniu, lecz w końcu cienkie pasma światła zaczęły zwijać się ku środkowi kryształu. Uderzenie serca później ostatnie świetliste smugi oplotły metalowe okucie kostura, przesunęły się po wyżłobieniach i spełzły w dół niczym więdnące pukle srebrzystych włosów, po czym rozpłynęły się łagodnie w wilgotnym powietrzu. Przez moment kryształ żarzył się jeszcze mlecznym światłem, coraz słabszym z każdym uderzeniem serca, aż w końcu z jasności nie zostało nic poza bladym powidokiem pod powiekami.
Sidła ciemności, której tak nie lubił, natychmiast przesłoniły mu wzrok. Nim odpowiedział, stał przez chwilę w bezruchu, pozwalając oczom odnaleźć się na nowo w półmroku. Kształty wracały powoli i niechętnie. Najpierw wilgotny połysk liści, potem ciemne smugi pni i blade plamy trawy. Nic nie było już wyraźne. Las, który tak wyraźnie widział w świetle nie zniknął, ale jakby oddalił się, pozostawiając po sobie jedynie kontury i domysły. Równocześnie pojawił się inny rodzaj dyskomfortu. Ziemia pod stopami straciła swoją czytelność. Korzenie, kamienie i zagłębienia zlały się w jedną ciemną powierzchnię, której nie sposób było do końca zaufać.
– Nie jestem pewien, czy ciemność daje nam aż taką przewagę, jak zakładasz, Wulfie – powiedział spokojnie. – Zmierzch będzie tylko gęstniał, a zwierzoludzie i połowa tutejszej fauny widzą, słyszą i poruszają się lepiej od nas. Jedyna szansa, że faktycznie zaskoczymy ich przy ognisku, o którym mówisz.
W jego głosie nie dało się usłyszeć sprzeciwu. Była to raczej chłodna ocena sytuacji, którą uznał za wartą wypowiedzenia. Spojrzał jeszcze raz na wygaszony kryształ.
– Ale skoro reszta zadała sobie trud, żeby podejść ich po ciemku, nie będę marnował waszej przewagi. Nie sądziłem po prostu, że na was natrafię. Gdy zobaczyłem ślad na ziemi, chciałem pomóc, a serce zareagowało szybciej niż rozum – dodał, po czym spoważniał.
– Jak blisko jest ich obóz? Macie tylko trop, czy ktoś dostrzegł coś więcej?
Przeniósł wzrok na pozostałych, gdy ich sylwetki zaczęły wyłaniać się z półmroku pomiędzy drzewami.
– Jesteśmy w sile ludzi. Wulfie, sądzę, że oni kogoś dorwali. Jeśli tak, nie powinniśmy zwlekać. Może ktoś z tych ludzi jeszcze dycha. Jeśli tak, winniśmy pomóc.
Pozwolił tropicielowi odpowiedzieć, po czym ruszył wraz z nim w stronę reszty. -
W gęstwie Drakwaldu
Gasnące zaklęcie sparaliżowało Wulfa na krótką chwilę przykuwając jego oczy do poruszających się w nadnaturalny sposób pasm magicznego światła. Ledwie uderzenie serca później wokół obu mężczyzn zapadła naturalna dla pory nocy ciemność, ale Auriel zdążył zauważyć trwogę malującą się w szeroko otwartych oczach tropiciela na widok tak bliskiej manifestacji mocy Eteru.
- Sześć, może siedem ludojadów, wasza jasność, tak ze śladów wychodzi, wszelako nie można wykluczyć, że ich jest wiele więcej, a ta szóstka wraca do reszty po polowaniu - do uszu czarodzieja dobiegł poruszony szept Wulfa - I słusznie prawicie, że jak nic mają ze sobą jakiegoś brańca, a to znaczy, że niebawem zaczną go zjadać. Gdzie obozowisko, tego jeszcze nie wiem, boście z tym światłem prawie nas wyzdradzili, nim żem pod ognisko podszedł. Idźcie cichaczem za mną i sierżantem do Adolfa i Kaltenbacha, a nie potknijcie się o żadne korzenie, coby hałasu nie poczynić. Wypytamy ich czy sami czego nie widzieli, a potem pójdę przodem przyjrzeć się temu obozowisku, prawdziwie musi być niedaleko.
-
- A podobno magowie mądrzejsi od plebsu. Widzę bezpieczne mury Altdorfu odbierają rozwagi - rzekł chłodno i cicho Kalten gdy już się zebrali razem.
- Powiecie mi kamraci co tu robicie? Podzieliśmy zadania i mam wrażenie, że tylko ja i Adolf wykonujemy swoje jak na żołnierzy Imperium przystało. Właśnie do Was wracaliśmy.
- Ciemność drogi Aurielu zwiększa szanse że nas nie zobaczą i nie zabiją, a źródło światła widać w ciemności z daleka. Nikogo nie będziemy zaskakiwać, tylko głupiec rzuca się na nieznaną liczbę przeciwnika na jego terenie. Wracajmy do obozowiska póki zapach mięsa odbiera im zainteresowanie otoczeniem, to w połowie zwierzęta, od michy szybko głowy nie odwrócą.
- Wulf, Ty też w Altdorfie byłeś czy Ci tak tęskno że wojna nas ominęła? Miej Ty boga w sercu, po co chcesz tam iść? Braniec? Ślady znalazłeś? Winszuje, pewnie właśnie zapach jego mięsa czujesz. Jak chcemy ich atakować to nad ranem, gdy dzień będzie po naszej stronie a ja i Adolf nie będziemy mieli rąk zajętych, ale szczerze to głupota, a jak ich tuzin albo więcej? Weszliśmy w las po sarnę i drewno, a nie by szukać potyczki - próbował zebranym wyłożyć trochę racjonalniejszy pogląd na sytuację, widać było że jest mocno zdziwiony dezynwolturą pozostałych. -
W gęstwie Drakwaldu
Wulf klęczał w niskiej trawie opodal reszty towarzyszy, w chłodnym milczeniu i z ręką na toporze nasłuchując perory Sylwańczyka. Postrzegał go za człowieka aroganckiego i butnego, ale jednocześnie pod wieloma względami niebezpiecznego, dlatego choć Kaltenbach szczerze tropiciela mierzwił, ten nie zamierzał wchodzić z nim w spory.
Zwierzoludzie byli ohydną skazą na tkance natury, plugawiąca ją samym swym istnieniem i stanowiącą świętokradczą obrazę majestatu Taala. Wychowany w tym rozumowaniu Rapecke nie pojmował jak ktoś mógłby tak lekce porzucić w potrzebie innego człeka wydając go na rzeź bestiom-ludojadów, toteż gdy Kaltenbach umilkł, nie odpowiadając na żadne z jego słów Wulf odwrócił głowę w stronę majaczącego w ciemnościach gęstwy Stahla.
- Sierżancie, co rzekniecie? - spytał podniesionym głosem pokładając całą swoją nadzieję w przywiązanym do etosu służby podoficerze drogówki.
-
Rolf przysluchiwał się w milczeniu Wulfowi, Aurielowi i Mathiassowi. Kazdy z nich swoje przekonania i pomysł na dalsze działanie. Sam fakt, że Rolf nie wtrącił swoich trzech groszy do tej dyskusji, nie świadczy, że nie miał własnych przekonań. Całe swoje dorosłe życie poświęcił obowiązkowi, jakim jest służba oraz pomoc innym. I to za niezbyt wygórowaną zapłatę jaką akurat w danym momencie oferowali zarządcy traktów za jego usługi.
Dodatkowo, zwierzoludzie były zawsze największą udręką jego służby. Tyle widział już tego, że nie nawidził wszelkiego rodzaju plugastwa.
Kiwnął głową i rzekł do Wulfa -Trzeba pomóc temu nieszcęśnikowi -
Matthias Kaltenbach podniósł brew.
- Jakiemu nieszczęśnikowi Rolf? Równie dobrze mogli ciągnąć zwłoki lub swojego rannego po bitwie.
- Chcecie narażać oddział na zaglądanie obcym do obozu? A co jak ich tam osiemnastu?
- I zgadzacie się by Wulf tam szedł sam się zakradał? Wy chyba rozum straciliście.Spojrzał zdesperowany na Adolfa trzymającego w obu rękach drewno, licząc, że może ten się odezwie i będzie mieć lepsze argumenty dla zebranych. Choć ciężko byłoby coś więcej dodać.
-
Rolf odpowiedział Matthiasowi- Temu, który być może jeszcze żyje. Jeśli się nie upewnimy, nie będziemy wiedzieć. Gdybym to ja był tym pojmanym, liczyłbym, że ktoś przyjdzie z pomocą. Chociaż ... jeśli żyje pewnie już stracił nadzieję na jakikolwiek ratunek.
Tak, Wulf może wykonać zadanie najlepiej. Podkraść się do ich obozowiska i rozejrzeć się co tam się dzieje. Z nami ma mniejsze szanse. Nie uda nam się zachować bezwględnej ciszy. Dookoła gałęzie na ziemi. Jeśli stwierdzi, że nie mamy szans wycofamy się.
Spojrzał apropobująco na Wulfa - Chcesz to ryzykuj. Twoja decyzja. Masz moje poparcie. -
- Rolf, jakiej kurwa pomocy, jaki pojmany? - syknął Kalten
- Po pierwsze nie wiesz co i kto tam jest, Wulf wie że coś lub kogoś ciągnęli, równie dobrze mogli swojego lub worek.
- Po drugie nie wiesz ilu ich tam jest, może całe stado i po czterech na jednego z nas.
- Czy Wy w ogóle rozumiecie że jak Wulf się nie przekradnie i będzie ich więcej to jesteśmy martwi? Totalnie martwi.
- Chcecie ryzykować życie oddziału dla jakiegoś "może", może ktoś tam jest, a może ogród z czarnymi różami.
- Debile, jak Wy dożyliście do tego wieku? - żachnął się na koniec.
Zaczął odkładać sarnę, idź Wulf jak Ci życie tak nie miłe, ale miej jaja nie wracać jeśli narobisz hałasu i wypadnie na Ciebie kilka tuzinów wroga. Miło było Cię poznać. Starał się nie okazywać wściekłości, ale właśnie dotarło do niego, że jego kompani to banda samobójców. -
Adolf do tej pory milczał, z naręczem drewna, czekając na rozwój wypadków.
- Cóż... Nie będę nikomu przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójczej, jeżeli bardzoście chętni. Żeby zaatakować wroga, najpierw musimy mieć pewność, że nie mają nad nami znaczącej przewagi liczebnej, musimy odnieść mięso i drewno, oraz ustalić, czy w ogóle jest kogo ratować. Dopóki Wulf operuje słowami "może", "coś", "podejrzewam, znaczy, że w rzyci był i gówno widział. Wam to jak raz wieczór rozumy poodejmował, bo przecie to ja się zwykle bez pomyślunku rwę do bitki. -
W gęstwie Drakwaldu
Adolf wygłosił swoją opinię w sposób charakterystyczny dla jego prostolinijnej i szczerej osobowości, nie zwykł bowiem ubierać słów w zbyteczne ozdoby. Wulf znał go dostatecznie długo, by wiedzieć zawczasu, co Eiche powie, toteż nawet nie czekał na koniec wygłaszanej szeptem odpowiedzi tarczownika.
Przyjmując do wiadomości zgodę sierżanta Stahla tropiciel zrobił znienacka krok w bok i rozmył się w ciemnościach puszczy, niczym widmowy cień przepadając gdzieś w jednej chwili.
-
Auriel przez większość wymiany zdań milczał, wodząc spojrzeniem od jednego rozmówcy do drugiego. Matthias prawił coraz ostrzej kierując w stronę towarzyszy niepotrzebne nikomu inwektywy, Rolf z racji swojej pozycji odpowiadał po swojemu, krótko i rzeczowo, a Adolf, co chyba najbardziej zaskoczyło maga, niespodziewanie dla swojej osoby wykazał się ostrożnością, choć to właśnie w jego osobie upatrywał wsparcia. W półmroku twarze kompanów były tylko częściowo czytelne, ale napięcie między nimi dało się wyczuć bez trudu. Słowa odbijały się od ciszy lasu ostrzej, niż powinny, co nie wróżyło dobrze ich ledwo napoczętym podchodom, które to w dodatku podzieliły ich grupę.
– Matthiasie – odezwał się w końcu spokojnie, decydując się na pojednawczy ton – Przyznaje, że wchodząc w las nie kierowała mną roztropność, ale teraz chciałbym załatwić sprawę jak należy.
Przesunął dłonią po wygaszonym krysztale kostura. Kamień pozostawał zimny i martwy, pozbawiony wcześniejszego blasku, a jego szorstka powierzchnia pod palcami działała na niego uspokajająco. Miał zwyczaj porządkować myśli poprzez drobne, niemal mechaniczne gesty i teraz również dawał sobie chwilę, zanim przeszedł do dalszych rozważań. Jednocześnie starał się je wypowiadać możliwie cicho, by nie potęgować gwaru pośród ich grupki.– Mamy dwie niewiadome. Nie wiemy, ilu ich jest i nie wiemy, czy naprawdę mają jeńca. Wulf poszedł właśnie po odpowiedzi.
Spojrzał w stronę, w której tropiciel zniknął pomiędzy drzewami. Jeszcze chwilę wcześniej można było śledzić jego sylwetkę pomiędzy pniami, teraz jednak leśna toń pochłonęła go całkowicie. W głębi błogosławił jego odwagę i dobrego ducha, bowiem taki właśnie cech trzeba było by zmagać się z siłami chaosu.
– Adolf ma rację twierdząc, że z „może” nie buduje się planu bitwy. Ty masz rację, że jeśli siedzi tam całe stado, nie mamy obowiązku udowadniać nikomu, jak bohatersko potrafimy umrzeć.
Kącik ust drgnął mu lekko, ale uśmiech nie utrzymał się długo. Myśl o tym, co mogło znajdować się dalej w lesie, skutecznie odbierała ochotę do żartów. Jeżeli ślady rzeczywiście oznaczały jeńca, czas działał przeciwko niemu. Jeżeli nie, nadal pozostawała kwestia grupy zwierzoludzi obozującej wystarczająco blisko, by ich zapach i ślady można było odnaleźć przed zmrokiem.
– Ale jeśli jest ich kilku i ktoś jeszcze żyje, wtedy sytuacja się zmienia. Mus nam pomóc nieszczęśnikowi lub nieszczęśnikom. Tak postępują szlachętni ludzie Imperium. To odróżnia nas od wroga. Tego wroga. Z pewnością, gdybyś znalazł się na jego miejscu, chciałbyś by ktoś ci pomógł. Byłem na początku tego śladu i zapewniam, że nie wygląda to jakby nagle stwierdzili, że worek wygodniej im ciągnąć. Dodam też, że w naturze tych stworzeń nie jest też troska o swoich. Kieruje nimi prawo silniejszego. Skądinąd wielce prowdopodobnym, iż jakiś podróżny wpadł w tarapaty.Auriel zerknął na sarnę i zgromadzone drewno. Dopiero teraz cała absurdalność sytuacji uderzyła go mocniej. Wyszli po rzeczy potrzebne do spokojnego noclegu, a zamiast tego stali pośród Drakwaldu, spierając się półgłosem o sens możliwej potyczki.
– Poczekajmy chwilę na Wulfa i wtedy zdecydujmy. Możemy przynajmniej tyle zrobić? – zapytał z nadzieją.
Na koniec spojrzał na Matthiasa. W jego tonie nie było już złośliwości, raczej próba ściągnięcia rozmowy z powrotem na poziom, na którym dało się jeszcze wspólnie rozprawiać bez ubliżania sobie.
– I może do tego czasu postarajmy się nie nazywać siebie nawzajem debilami. I bez tego okoliczne lasy mają wystarczająco złej energii. -
- Żeby wszystko było tak rozsądne i uporządkowane jak w Twoich słowach Złoty - odparł Kalten odkładając sarnę i łuk pod drzewo, przesunął tarczę z pleców na ramię by szybko po nią sięgnąć i wziął topór do ręki, gotował się do bitwy.
- Wulf nie dał nam nawet czasu na odniesienie drewna i mięsa, ani dokończenie rozmowy, sam zdecydował i polazł.
- Na robienie jak należy za późno magu. Najpierw powinniśmy tak jak Adolf mówi zabezpieczyć zapasy i nasze zadki, a potem dopiero myśleć o zwiadzie.
- Zakładasz że nasz tropiciel sobie pójdzie na wycieczkę i wróci z wieściami, a co jeśli mu to skradanie nie wyjdzie i napadnie go dwunastu zwierzoludzi? Sam mówił o siedmiu, myślisz że dobiegnie do nas zanim go zabiją? A jak dobiegnie a za nim dwunastu? albo więcej? Kompletnie nie ważysz ryzyka.
- Ja nie mam nic naprzeciw ratowaniu podróżnych w opresji, ale Wy robicie co innego, Wy ryzykujecie życiem całego oddziału bez zgody tu zebranych. Stawiacie mnie, Viktora i Adolfa w sytuacji, gdzie mamy albo zostawić Was w opałach, albo dać się narazić na nieznane niebezpieczeństwo. Nawet się każdemu wypowiedzieć nie daliście, bo opinii Viktora nie słyszałem. Trochę zbyt łatwo szastacie cudzym życiem.
- Rozsądne byłoby wyjść z lasu jak ja i Adolf proponowaliśmy, rozpalić ogień, rozbić obóz i dopiero wtedy jak chcecie robić zwiad, tak by jego porażka nie narażała reszty. Najlepiej zresztą nie robić tego zwiadu w pojedynkę a w dwóch lub trzech w odstępach, by jak pierwszy wpadnie w zasadzkę to drugi zdał raport. Zaplanować działanie, zaplanować sygnał na wezwanie posiłków, zaplanować sygnał do odwrotu. Ogólnie planować trochę więcej.
Zrobił pauzę.
- A jak nie podoba Ci się słowo "debil" to mamy czas na krótką lekcję Reikspielu, jak w Altdorfie nazywają nieroztropnych co nie planują i niepotrzebnie narażają siebie i innych? W moich stronach są dość bezpośredni w słownictwie, tam się szybko umiera jak słowo nie dociera do odbiorcy, nikt nie bawi się w eufemizmy. -
Auriel wysłuchał Matthiasa do końca, nie wchodząc mu w słowo ani razu. Złość Sylvanijczyka była aż nazbyt wyraźna, ale mag postanowił zostawić ją bez odpowiedzi i skupić się wyłącznie na jego argumentach. Kiedy Kaltenbach skończył, Auriel przez moment milczał. Przesunął kciukiem po chłodnej powierzchni kostura, układając sobie myśli.
– Problem w tym, Matthiasie, że twoja ostrożność opiera się na dokładnie tych samych brakach w wiedzy, które zarzucasz Wulfowi.
Podniósł wzrok, perorując dalej półgłosem.
– Proponujesz najpierw wrócić na polanę, zabezpieczyć obóz, a dopiero potem prowadzić dalszy zwiad. Tyle że taki odwrót wcale nie jest z definicji bezpieczniejszy. Nie znamy dokładnego położenia zwierzoludzi, ich liczby ani kierunku, w którym się przemieszczają. Równie dobrze część z nich może już krążyć po okolicy, a my możemy wejść im pod nos, wracając z mięsem i drewnem.
Zrobił krótką pauzę.
– Właśnie dlatego nie widzę tu jakościowej różnicy. Zarówno zwiad, jak i odwrót podejmujemy przy niepełnej wiedzy. Jeśli mamy świadomość, że wróg znajduje się blisko, logika podpowiada raczej, by najpierw dowiedzieć się o nim więcej.
Mag przez chwile przybrał po tej wypowiedzi nie pasującą do jego oblicza, groźną minę.
– I jeszcze jedno. Mówisz „wy”, jakbym wydawał tu rozkazy i wysłał Wulfa między drzewa. Nie zrobiłem tego. Wulf podjął decyzję sam, a sierżant ją zaakceptował. Ja jedynie uznałem, że skoro już poszedł, rozsądniej będzie wykorzystać informacje, które może zdobyć, niż udawać, że jego decyzja nie miała miejsca. Niemniej zgadzam się z nią, i śmiem twierdzić, że posuwasz się za daleko w swoim monopolu na racje.
Auriel na moment zmrużył oczy, ale ton pozostał równy.
– Nie stawiam ciebie, Viktora ani Adolfa przed wyborem w moim imieniu. Nie oczekuję też, że ktokolwiek pójdzie za mną dlatego, że ja tego chcę. Każdy z nas odpowiada za własne decyzje. Jeśli Wulf wróci z wieścią, że sytuacja nas przerasta, będę pierwszym, który poprze odwrót.
Spojrzał w stronę, w której tropiciel zniknął w lesie.
– Zresztą jeśli wątpisz w możliwości naszego łowczego, możesz mu towarzyszyć. Ja jednak widzę większą wartość w jego samotnym zwiadzie. Im więcej ludzi, którzy nie potrafią poruszać się po lesie tak jak on, tym większe ryzyko hałasu, błędu i wykrycia. Jeśli już ktoś ma się tam zakraść, niech będzie to człowiek najlepiej do tego przygotowany.
Ton Auriela pozostał spokojny, niemal wykładowy, ale nie protekcjonalny.
– Mówisz też, że Wulf naraża cały oddział. Ja śmiem twierdzić, że jego wykrycie nie oznacza jeszcze, że przyprowadzi ich prosto pod nasze nogi, a nawet jeśli, nie miałbym mu tego za złe stawając w jego obronie. Z resztą ten sam rodzaj ryzyka istnieje przy pozostaniu tutaj, czy powrotnym marszu przez las. Zagrożenie już istnieje. Nie pojawiło się dlatego, że postanowiliśmy je rozpoznać.
Na chwilę spojrzał na odłożone mięso.
– A jeśli rzeczywiście ciągnęli człowieka, dochodzi jeszcze coś, czego nie da się odłożyć do rana. Czas. Jeżeli jest martwy, zwiad niczego nie zmieni. Jeżeli żyje, kilka godzin może zmienić wszystko. W imperium dbamy o swoich. Cokolwiek by nie mówić o magach i poglądach na nich, hierofanci nie porzucają ludzi w potrzebie.
Dopiero teraz przeniósł wzrok bezpośrednio na Matthiasa.
– Nie zamierzam ryzykować cudzym życiem, ale nie zamierzam też mylić ostrożności z bezczynnością. Jeśli istnieje realna szansa, że możemy kogoś ocalić, chcę przynajmniej wiedzieć, czy ta szansa rzeczywiście istnieje.
Kącik ust drgnął mu lekko.
– Po co mieć wiedzę, magiczne moce, siłę czy władzę, jeśli w chwili próby dbać jedynie o swój własny kuper. Co warte jest życie człowieka, jeśli odwraca się plecami w takich momentach. Jeśli faktycznie twoim piorytetem jest przetrwanie, chyba nie znajdujemy się na tych samych stronach.
Na ostatnią uwagę o Reikspielu odpowiedział już znacznie lżej.
– A co do „debila”... znam słowo. Po prostu uważam, że argumentacja, która potrzebuje obelg, by wybrzmieć, zwykle nie staje się od niej rozsądniejsza. – stwierdził sucho i odwrócił się w strone leśnej toni, w której zniknął łowca, wyczekując jego powrotu. Oddalił się też o tuzin kroków od Sylvańczyka, mając w duchu nadzieje, że nie będzie próbował dalej z nim dyskutować. Nie wierzył w zmianę idei lub postrzegania u osób, które miały jaskrawe postanowienia w swoim życiu. W gruncie rzeczy był pewien, iż jeśli ludzi dzielą przeciwstawne azymuty wartości, winni unikać kontaktu ze sobą, bowiem miał głębokie przeświadczenie, iż urtwalonych wartości nie może zmienić rozmowa, a jedynie doświadczenie gorzkie i nieprzyjemne w skutkach. -
-Gadanie. Dużo mądrych słów, które są, kurwa, zbędne. Oto rozwiązania waszych problemów: - Stwierdził niespodziewanie Eiche. Wystawił rękę z jednym palcem.
-Zwiadowca powinien mieć róg sygnałowy i w razie problemów zadąć.-
Adolf uniósł drugi palec.
-Odkąd nas zdemobilizowano, wszyscy zachowują się jak kwoki na jajcach i nie ma dowódcy, bo Sierżant Rolf utrzymywał swój ato...auto...aratouryment na tym, że jest sierżantem w armii Imperium. Działało, teraz już nie działa, jedyny kto ma plan to Kaltenbach, ale wolicie się z nim kłócić, zamiast go słuchać. Więc proponuję, żelazna zasada, dowodzi ten, kto ma plan.- Pomimo faktu, że Adolfowi zabrakło poprawnego słowa, jakim był "autorytet", argument był logiczny.
Uniósł trzeci palec.
-I trzy, nikomu nie pomożemy, pchając się do bitwy na oślep.- Adolf opuścił rękę.
Przez chwilę w powietrzu zaległa cisza.
-A podobno to ja tu jestem głupi i myślę za pomocą topora.- dobił towarzyszy, -
W dzikiej gęstwie Drakwaldu
Kilka lat temu pewien ogromny dąb runął podczas wichury czyniąc spustoszenie wśród poszycia lasu i pociągając za sobą w dół równie okazałego sąsiada. W tej właśnie niewielkiej przestrzeni wolnej od wysokich drzew rozbiły obozowisko stwory, których sam wygląd budził w Wulfie niewyobrażalnie nienawistny wstręt. Porośnięte sierścią lub piórami bestie o zwierzęcych głowach, ale poruszające się na tylnych nogach niczym ludzie; wydające z siebie kakofonię kwików, syków i warkotów, obwieszone kościanymi naszyjnikami i kawałkami metalowych blach - wszystkie sprawiały wrażenie niebywale poruszonych i pełnych drapieżnej niecierpliwości.
Spojrzenie przyczajonego w chaszczach tropiciela zatrzymało się na trzaskającym snopami iskier palenisku, do którego jaskrawo upierzony mutant dorzucał kolejne szczapy łupanego naprędce toporkiem drewna. Gra cieni zbudzona do życia tańcem płomieni przydawała stadu zwierzoludzi jeszcze bardziej demonicznego wyglądu, mrożąc krew w żyłach skamieniałego w chaszczach mężczyzny. Podświetlony ogniem paleniska, łaciaty stwór o łbie kozła i parchatym, pełnym owrzodzonych znamion futrze ciosał z wielką ekscytacją długi pal grubości męskiego ramienia dopasowany swoimi rozmiarami do dwóch ustawionych już po obu stronach ogniska stojaków.
Rożen, szykowany z myślą o pieczeni.
Wulf dostrzegł od razu jedynego na polance człowieka. Przyciśnięty do butwiejącego pnia obalonego dębu, mężczyzna tkwił w pełnym cierpienia bezruchu, przybity do robaczywego drewna zardzewiałymi ostrzami długich sztyletów poprowadzonych w okrutny sposób przez oba nadgarstki. Jego zakrwawiona głowa opadała bezwładnie na piersi znacząc odsłoniętą skórę na torsie zygzakami ciemnego karmazynu. Zwierzoczłek przypominający w zatrważającym stopniu zwyczajnego człowieka kręcił się wokół czekającej na rychłą kaźń ofiary wpatrując się w nią nienaturalnie wielkimi czarnymi oczami i łapczywie zlizując strużki krwi z pokaleczonej skóry więźnia.
Pochwycony przez mutantów człowiek został w dużej mierze odarty ze swojego odzienia, ale wciąż miał na sobie dość ubioru, by widząc ściągniętą na uda nieszczęśnika komżę Wulf zaczął podejrzewać, że spogląda na jakiegoś sponiewieranego okrutnie kapłana.
Czwarty potwór, pozbawiony głowy korpus na giętkich pajęczych nogach, biegał pomiędzy ogniskiem i przybitym do dębu człowiekiem wydając z siebie upiorne świergolenie, drąc kawałki mchu i ciskając je w górę w przerażającej parodii triumfalnego tańca. Spoglądając na jego sześć zwieńczonych racicami kończyn Rapecke zaczął się domyślać, dlaczego oszacował wcześniej bandę bestii na pół tuzina, chociaż na polanie była ich tylko czwórka.
Pilnujący więźnia czarnooki ludojad odwrócił się do ciosającego rożen kozła, wydał z siebie ciąg sowich pohukiwań. Słysząc te dźwięki kozłogłowy zabeczał groźnie, podniósł z ziemi kamień i cisnął nim w stronę czarnookiego, ale sromotnie chybił. Korpus na pajęczych nogach zaczął natychmiast tarzać się po dywanie trujących grzybów uwalniając niewielkie obłoczki ich zarodników i świergoląc w sposób upiornie przywodzący na myśl chichot.
Migotliwe płomienie ogniska rzucały ruchliwą poświatę na sylwetki zwierzoludzi budząc do obłąkanego tańca ich jeszcze bardziej groteskowe cienie. Nie mogąc już widać zdzierżyć ogromnego napięcia pierzasty mutant odrzucił toporek i złapał w zamian za swe okazałe przyrodzenie ściskając je z lubieżną zapamiętałością i dodając własne ekstatyczne wrzaski do demonicznej kakofonii odbijającej się echem od otaczających polanę starych omszałych dębów.
-
W kryjówce ludzi
Rapecke przykucnął obok sierżanta odrywając od swojego płaszcza długie wstęgi rzepów.
- Jest ich czterech, ohydne bestie wszyscy bez wyjątku - wysychał przez zęby - Prawdą też, że pojmali więźnia i ten jeszcze dycha, choć pewnie już niedługo, bo rychtują się do jego oprawienia i upieczenia na wolnym ogniu.
- Nie wiedzą, że ich podeszłeś? - upewnił się Stahl kładąc dłoń na rękojeści wiszącego przy pasie samopału - Nie zwęszyli cię?
- Myślę, że nie, panie sierżancie - pokręcił głową Rapecke - Za bardzo im we łbach głód miesza i żądza krwi. Ten braniec to mężczyzna i choć go po części odarli z odzienia, wygląda mi na człeka stanu kapłańskiego, takiego z miasta. Pokaleczyli go okrutnie, ale jeszcze nie zaczęli patroszyć. Nie lza nam długo zwlekać z pomocą.
-
Rolf wysłuchał w milczeniu relacji zwiadowcy, po czym spojrzał po pozostałych
-Możemy uratować człowieka i przy okazji zasiekać to paskudztwo, zanim ktoś na nich znowu się natknie.
-Słuchajcie jest ich czterech, nas sześciu. Możemy wykorzystać przewagę i zaskoczenie. Spróbowałbym podejść ich z dwóch stron. Zwiadowca z łukiem może zająć pozycję po jednej stronie, a ja podejdę możliwie blisko z drugiej na zasięg pistoletu. Reszta mogłaby trzymać się za nami, gotowa do uderzenia.
Sierżant położył dłoń na kolbie pistoletu.
-Ja wziąłbym kozła. Ty możesz spróbować zdjąć tego przy jeńcu.
I wtedy wyskakujemy na nich wszyscy. Mag dorzuci swoje sztuczki, a pozostali dopadną tych, którzy jeszcze będą na nogach.-Rolf spojrzał na kompanów z pewnością.
Towarzysze, to łatwa robota.
Zaskoczymy ich, zanim zdążą zrozumieć, co się dzieje. Jest nas więcej. Damy radę. Trzeba tylko uderzyć szybko, zanim dobiorą się do jeńca.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się