Ścieżki Przeklętych
-
Rolf odpowiedział Matthiasowi- Temu, który być może jeszcze żyje. Jeśli się nie upewnimy, nie będziemy wiedzieć. Gdybym to ja był tym pojmanym, liczyłbym, że ktoś przyjdzie z pomocą. Chociaż ... jeśli żyje pewnie już stracił nadzieję na jakikolwiek ratunek.
Tak, Wulf może wykonać zadanie najlepiej. Podkraść się do ich obozowiska i rozejrzeć się co tam się dzieje. Z nami ma mniejsze szanse. Nie uda nam się zachować bezwględnej ciszy. Dookoła gałęzie na ziemi. Jeśli stwierdzi, że nie mamy szans wycofamy się.
Spojrzał apropobująco na Wulfa - Chcesz to ryzykuj. Twoja decyzja. Masz moje poparcie. -
- Rolf, jakiej kurwa pomocy, jaki pojmany? - syknął Kalten
- Po pierwsze nie wiesz co i kto tam jest, Wulf wie że coś lub kogoś ciągnęli, równie dobrze mogli swojego lub worek.
- Po drugie nie wiesz ilu ich tam jest, może całe stado i po czterech na jednego z nas.
- Czy Wy w ogóle rozumiecie że jak Wulf się nie przekradnie i będzie ich więcej to jesteśmy martwi? Totalnie martwi.
- Chcecie ryzykować życie oddziału dla jakiegoś "może", może ktoś tam jest, a może ogród z czarnymi różami.
- Debile, jak Wy dożyliście do tego wieku? - żachnął się na koniec.
Zaczął odkładać sarnę, idź Wulf jak Ci życie tak nie miłe, ale miej jaja nie wracać jeśli narobisz hałasu i wypadnie na Ciebie kilka tuzinów wroga. Miło było Cię poznać. Starał się nie okazywać wściekłości, ale właśnie dotarło do niego, że jego kompani to banda samobójców. -
Adolf do tej pory milczał, z naręczem drewna, czekając na rozwój wypadków.
- Cóż... Nie będę nikomu przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójczej, jeżeli bardzoście chętni. Żeby zaatakować wroga, najpierw musimy mieć pewność, że nie mają nad nami znaczącej przewagi liczebnej, musimy odnieść mięso i drewno, oraz ustalić, czy w ogóle jest kogo ratować. Dopóki Wulf operuje słowami "może", "coś", "podejrzewam, znaczy, że w rzyci był i gówno widział. Wam to jak raz wieczór rozumy poodejmował, bo przecie to ja się zwykle bez pomyślunku rwę do bitki. -
W gęstwie Drakwaldu
Adolf wygłosił swoją opinię w sposób charakterystyczny dla jego prostolinijnej i szczerej osobowości, nie zwykł bowiem ubierać słów w zbyteczne ozdoby. Wulf znał go dostatecznie długo, by wiedzieć zawczasu, co Eiche powie, toteż nawet nie czekał na koniec wygłaszanej szeptem odpowiedzi tarczownika.
Przyjmując do wiadomości zgodę sierżanta Stahla tropiciel zrobił znienacka krok w bok i rozmył się w ciemnościach puszczy, niczym widmowy cień przepadając gdzieś w jednej chwili.
-
Auriel przez większość wymiany zdań milczał, wodząc spojrzeniem od jednego rozmówcy do drugiego. Matthias prawił coraz ostrzej kierując w stronę towarzyszy niepotrzebne nikomu inwektywy, Rolf z racji swojej pozycji odpowiadał po swojemu, krótko i rzeczowo, a Adolf, co chyba najbardziej zaskoczyło maga, niespodziewanie dla swojej osoby wykazał się ostrożnością, choć to właśnie w jego osobie upatrywał wsparcia. W półmroku twarze kompanów były tylko częściowo czytelne, ale napięcie między nimi dało się wyczuć bez trudu. Słowa odbijały się od ciszy lasu ostrzej, niż powinny, co nie wróżyło dobrze ich ledwo napoczętym podchodom, które to w dodatku podzieliły ich grupę.
– Matthiasie – odezwał się w końcu spokojnie, decydując się na pojednawczy ton – Przyznaje, że wchodząc w las nie kierowała mną roztropność, ale teraz chciałbym załatwić sprawę jak należy.
Przesunął dłonią po wygaszonym krysztale kostura. Kamień pozostawał zimny i martwy, pozbawiony wcześniejszego blasku, a jego szorstka powierzchnia pod palcami działała na niego uspokajająco. Miał zwyczaj porządkować myśli poprzez drobne, niemal mechaniczne gesty i teraz również dawał sobie chwilę, zanim przeszedł do dalszych rozważań. Jednocześnie starał się je wypowiadać możliwie cicho, by nie potęgować gwaru pośród ich grupki.– Mamy dwie niewiadome. Nie wiemy, ilu ich jest i nie wiemy, czy naprawdę mają jeńca. Wulf poszedł właśnie po odpowiedzi.
Spojrzał w stronę, w której tropiciel zniknął pomiędzy drzewami. Jeszcze chwilę wcześniej można było śledzić jego sylwetkę pomiędzy pniami, teraz jednak leśna toń pochłonęła go całkowicie. W głębi błogosławił jego odwagę i dobrego ducha, bowiem taki właśnie cech trzeba było by zmagać się z siłami chaosu.
– Adolf ma rację twierdząc, że z „może” nie buduje się planu bitwy. Ty masz rację, że jeśli siedzi tam całe stado, nie mamy obowiązku udowadniać nikomu, jak bohatersko potrafimy umrzeć.
Kącik ust drgnął mu lekko, ale uśmiech nie utrzymał się długo. Myśl o tym, co mogło znajdować się dalej w lesie, skutecznie odbierała ochotę do żartów. Jeżeli ślady rzeczywiście oznaczały jeńca, czas działał przeciwko niemu. Jeżeli nie, nadal pozostawała kwestia grupy zwierzoludzi obozującej wystarczająco blisko, by ich zapach i ślady można było odnaleźć przed zmrokiem.
– Ale jeśli jest ich kilku i ktoś jeszcze żyje, wtedy sytuacja się zmienia. Mus nam pomóc nieszczęśnikowi lub nieszczęśnikom. Tak postępują szlachętni ludzie Imperium. To odróżnia nas od wroga. Tego wroga. Z pewnością, gdybyś znalazł się na jego miejscu, chciałbyś by ktoś ci pomógł. Byłem na początku tego śladu i zapewniam, że nie wygląda to jakby nagle stwierdzili, że worek wygodniej im ciągnąć. Dodam też, że w naturze tych stworzeń nie jest też troska o swoich. Kieruje nimi prawo silniejszego. Skądinąd wielce prowdopodobnym, iż jakiś podróżny wpadł w tarapaty.Auriel zerknął na sarnę i zgromadzone drewno. Dopiero teraz cała absurdalność sytuacji uderzyła go mocniej. Wyszli po rzeczy potrzebne do spokojnego noclegu, a zamiast tego stali pośród Drakwaldu, spierając się półgłosem o sens możliwej potyczki.
– Poczekajmy chwilę na Wulfa i wtedy zdecydujmy. Możemy przynajmniej tyle zrobić? – zapytał z nadzieją.
Na koniec spojrzał na Matthiasa. W jego tonie nie było już złośliwości, raczej próba ściągnięcia rozmowy z powrotem na poziom, na którym dało się jeszcze wspólnie rozprawiać bez ubliżania sobie.
– I może do tego czasu postarajmy się nie nazywać siebie nawzajem debilami. I bez tego okoliczne lasy mają wystarczająco złej energii. -
- Żeby wszystko było tak rozsądne i uporządkowane jak w Twoich słowach Złoty - odparł Kalten odkładając sarnę i łuk pod drzewo, przesunął tarczę z pleców na ramię by szybko po nią sięgnąć i wziął topór do ręki, gotował się do bitwy.
- Wulf nie dał nam nawet czasu na odniesienie drewna i mięsa, ani dokończenie rozmowy, sam zdecydował i polazł.
- Na robienie jak należy za późno magu. Najpierw powinniśmy tak jak Adolf mówi zabezpieczyć zapasy i nasze zadki, a potem dopiero myśleć o zwiadzie.
- Zakładasz że nasz tropiciel sobie pójdzie na wycieczkę i wróci z wieściami, a co jeśli mu to skradanie nie wyjdzie i napadnie go dwunastu zwierzoludzi? Sam mówił o siedmiu, myślisz że dobiegnie do nas zanim go zabiją? A jak dobiegnie a za nim dwunastu? albo więcej? Kompletnie nie ważysz ryzyka.
- Ja nie mam nic naprzeciw ratowaniu podróżnych w opresji, ale Wy robicie co innego, Wy ryzykujecie życiem całego oddziału bez zgody tu zebranych. Stawiacie mnie, Viktora i Adolfa w sytuacji, gdzie mamy albo zostawić Was w opałach, albo dać się narazić na nieznane niebezpieczeństwo. Nawet się każdemu wypowiedzieć nie daliście, bo opinii Viktora nie słyszałem. Trochę zbyt łatwo szastacie cudzym życiem.
- Rozsądne byłoby wyjść z lasu jak ja i Adolf proponowaliśmy, rozpalić ogień, rozbić obóz i dopiero wtedy jak chcecie robić zwiad, tak by jego porażka nie narażała reszty. Najlepiej zresztą nie robić tego zwiadu w pojedynkę a w dwóch lub trzech w odstępach, by jak pierwszy wpadnie w zasadzkę to drugi zdał raport. Zaplanować działanie, zaplanować sygnał na wezwanie posiłków, zaplanować sygnał do odwrotu. Ogólnie planować trochę więcej.
Zrobił pauzę.
- A jak nie podoba Ci się słowo "debil" to mamy czas na krótką lekcję Reikspielu, jak w Altdorfie nazywają nieroztropnych co nie planują i niepotrzebnie narażają siebie i innych? W moich stronach są dość bezpośredni w słownictwie, tam się szybko umiera jak słowo nie dociera do odbiorcy, nikt nie bawi się w eufemizmy. -
Auriel wysłuchał Matthiasa do końca, nie wchodząc mu w słowo ani razu. Złość Sylvanijczyka była aż nazbyt wyraźna, ale mag postanowił zostawić ją bez odpowiedzi i skupić się wyłącznie na jego argumentach. Kiedy Kaltenbach skończył, Auriel przez moment milczał. Przesunął kciukiem po chłodnej powierzchni kostura, układając sobie myśli.
– Problem w tym, Matthiasie, że twoja ostrożność opiera się na dokładnie tych samych brakach w wiedzy, które zarzucasz Wulfowi.
Podniósł wzrok, perorując dalej półgłosem.
– Proponujesz najpierw wrócić na polanę, zabezpieczyć obóz, a dopiero potem prowadzić dalszy zwiad. Tyle że taki odwrót wcale nie jest z definicji bezpieczniejszy. Nie znamy dokładnego położenia zwierzoludzi, ich liczby ani kierunku, w którym się przemieszczają. Równie dobrze część z nich może już krążyć po okolicy, a my możemy wejść im pod nos, wracając z mięsem i drewnem.
Zrobił krótką pauzę.
– Właśnie dlatego nie widzę tu jakościowej różnicy. Zarówno zwiad, jak i odwrót podejmujemy przy niepełnej wiedzy. Jeśli mamy świadomość, że wróg znajduje się blisko, logika podpowiada raczej, by najpierw dowiedzieć się o nim więcej.
Mag przez chwile przybrał po tej wypowiedzi nie pasującą do jego oblicza, groźną minę.
– I jeszcze jedno. Mówisz „wy”, jakbym wydawał tu rozkazy i wysłał Wulfa między drzewa. Nie zrobiłem tego. Wulf podjął decyzję sam, a sierżant ją zaakceptował. Ja jedynie uznałem, że skoro już poszedł, rozsądniej będzie wykorzystać informacje, które może zdobyć, niż udawać, że jego decyzja nie miała miejsca. Niemniej zgadzam się z nią, i śmiem twierdzić, że posuwasz się za daleko w swoim monopolu na racje.
Auriel na moment zmrużył oczy, ale ton pozostał równy.
– Nie stawiam ciebie, Viktora ani Adolfa przed wyborem w moim imieniu. Nie oczekuję też, że ktokolwiek pójdzie za mną dlatego, że ja tego chcę. Każdy z nas odpowiada za własne decyzje. Jeśli Wulf wróci z wieścią, że sytuacja nas przerasta, będę pierwszym, który poprze odwrót.
Spojrzał w stronę, w której tropiciel zniknął w lesie.
– Zresztą jeśli wątpisz w możliwości naszego łowczego, możesz mu towarzyszyć. Ja jednak widzę większą wartość w jego samotnym zwiadzie. Im więcej ludzi, którzy nie potrafią poruszać się po lesie tak jak on, tym większe ryzyko hałasu, błędu i wykrycia. Jeśli już ktoś ma się tam zakraść, niech będzie to człowiek najlepiej do tego przygotowany.
Ton Auriela pozostał spokojny, niemal wykładowy, ale nie protekcjonalny.
– Mówisz też, że Wulf naraża cały oddział. Ja śmiem twierdzić, że jego wykrycie nie oznacza jeszcze, że przyprowadzi ich prosto pod nasze nogi, a nawet jeśli, nie miałbym mu tego za złe stawając w jego obronie. Z resztą ten sam rodzaj ryzyka istnieje przy pozostaniu tutaj, czy powrotnym marszu przez las. Zagrożenie już istnieje. Nie pojawiło się dlatego, że postanowiliśmy je rozpoznać.
Na chwilę spojrzał na odłożone mięso.
– A jeśli rzeczywiście ciągnęli człowieka, dochodzi jeszcze coś, czego nie da się odłożyć do rana. Czas. Jeżeli jest martwy, zwiad niczego nie zmieni. Jeżeli żyje, kilka godzin może zmienić wszystko. W imperium dbamy o swoich. Cokolwiek by nie mówić o magach i poglądach na nich, hierofanci nie porzucają ludzi w potrzebie.
Dopiero teraz przeniósł wzrok bezpośrednio na Matthiasa.
– Nie zamierzam ryzykować cudzym życiem, ale nie zamierzam też mylić ostrożności z bezczynnością. Jeśli istnieje realna szansa, że możemy kogoś ocalić, chcę przynajmniej wiedzieć, czy ta szansa rzeczywiście istnieje.
Kącik ust drgnął mu lekko.
– Po co mieć wiedzę, magiczne moce, siłę czy władzę, jeśli w chwili próby dbać jedynie o swój własny kuper. Co warte jest życie człowieka, jeśli odwraca się plecami w takich momentach. Jeśli faktycznie twoim piorytetem jest przetrwanie, chyba nie znajdujemy się na tych samych stronach.
Na ostatnią uwagę o Reikspielu odpowiedział już znacznie lżej.
– A co do „debila”... znam słowo. Po prostu uważam, że argumentacja, która potrzebuje obelg, by wybrzmieć, zwykle nie staje się od niej rozsądniejsza. – stwierdził sucho i odwrócił się w strone leśnej toni, w której zniknął łowca, wyczekując jego powrotu. Oddalił się też o tuzin kroków od Sylvańczyka, mając w duchu nadzieje, że nie będzie próbował dalej z nim dyskutować. Nie wierzył w zmianę idei lub postrzegania u osób, które miały jaskrawe postanowienia w swoim życiu. W gruncie rzeczy był pewien, iż jeśli ludzi dzielą przeciwstawne azymuty wartości, winni unikać kontaktu ze sobą, bowiem miał głębokie przeświadczenie, iż urtwalonych wartości nie może zmienić rozmowa, a jedynie doświadczenie gorzkie i nieprzyjemne w skutkach. -
-Gadanie. Dużo mądrych słów, które są, kurwa, zbędne. Oto rozwiązania waszych problemów: - Stwierdził niespodziewanie Eiche. Wystawił rękę z jednym palcem.
-Zwiadowca powinien mieć róg sygnałowy i w razie problemów zadąć.-
Adolf uniósł drugi palec.
-Odkąd nas zdemobilizowano, wszyscy zachowują się jak kwoki na jajcach i nie ma dowódcy, bo Sierżant Rolf utrzymywał swój ato...auto...aratouryment na tym, że jest sierżantem w armii Imperium. Działało, teraz już nie działa, jedyny kto ma plan to Kaltenbach, ale wolicie się z nim kłócić, zamiast go słuchać. Więc proponuję, żelazna zasada, dowodzi ten, kto ma plan.- Pomimo faktu, że Adolfowi zabrakło poprawnego słowa, jakim był "autorytet", argument był logiczny.
Uniósł trzeci palec.
-I trzy, nikomu nie pomożemy, pchając się do bitwy na oślep.- Adolf opuścił rękę.
Przez chwilę w powietrzu zaległa cisza.
-A podobno to ja tu jestem głupi i myślę za pomocą topora.- dobił towarzyszy, -
W dzikiej gęstwie Drakwaldu
Kilka lat temu pewien ogromny dąb runął podczas wichury czyniąc spustoszenie wśród poszycia lasu i pociągając za sobą w dół równie okazałego sąsiada. W tej właśnie niewielkiej przestrzeni wolnej od wysokich drzew rozbiły obozowisko stwory, których sam wygląd budził w Wulfie niewyobrażalnie nienawistny wstręt. Porośnięte sierścią lub piórami bestie o zwierzęcych głowach, ale poruszające się na tylnych nogach niczym ludzie; wydające z siebie kakofonię kwików, syków i warkotów, obwieszone kościanymi naszyjnikami i kawałkami metalowych blach - wszystkie sprawiały wrażenie niebywale poruszonych i pełnych drapieżnej niecierpliwości.
Spojrzenie przyczajonego w chaszczach tropiciela zatrzymało się na trzaskającym snopami iskier palenisku, do którego jaskrawo upierzony mutant dorzucał kolejne szczapy łupanego naprędce toporkiem drewna. Gra cieni zbudzona do życia tańcem płomieni przydawała stadu zwierzoludzi jeszcze bardziej demonicznego wyglądu, mrożąc krew w żyłach skamieniałego w chaszczach mężczyzny. Podświetlony ogniem paleniska, łaciaty stwór o łbie kozła i parchatym, pełnym owrzodzonych znamion futrze ciosał z wielką ekscytacją długi pal grubości męskiego ramienia dopasowany swoimi rozmiarami do dwóch ustawionych już po obu stronach ogniska stojaków.
Rożen, szykowany z myślą o pieczeni.
Wulf dostrzegł od razu jedynego na polance człowieka. Przyciśnięty do butwiejącego pnia obalonego dębu, mężczyzna tkwił w pełnym cierpienia bezruchu, przybity do robaczywego drewna zardzewiałymi ostrzami długich sztyletów poprowadzonych w okrutny sposób przez oba nadgarstki. Jego zakrwawiona głowa opadała bezwładnie na piersi znacząc odsłoniętą skórę na torsie zygzakami ciemnego karmazynu. Zwierzoczłek przypominający w zatrważającym stopniu zwyczajnego człowieka kręcił się wokół czekającej na rychłą kaźń ofiary wpatrując się w nią nienaturalnie wielkimi czarnymi oczami i łapczywie zlizując strużki krwi z pokaleczonej skóry więźnia.
Pochwycony przez mutantów człowiek został w dużej mierze odarty ze swojego odzienia, ale wciąż miał na sobie dość ubioru, by widząc ściągniętą na uda nieszczęśnika komżę Wulf zaczął podejrzewać, że spogląda na jakiegoś sponiewieranego okrutnie kapłana.
Czwarty potwór, pozbawiony głowy korpus na giętkich pajęczych nogach, biegał pomiędzy ogniskiem i przybitym do dębu człowiekiem wydając z siebie upiorne świergolenie, drąc kawałki mchu i ciskając je w górę w przerażającej parodii triumfalnego tańca. Spoglądając na jego sześć zwieńczonych racicami kończyn Rapecke zaczął się domyślać, dlaczego oszacował wcześniej bandę bestii na pół tuzina, chociaż na polanie była ich tylko czwórka.
Pilnujący więźnia czarnooki ludojad odwrócił się do ciosającego rożen kozła, wydał z siebie ciąg sowich pohukiwań. Słysząc te dźwięki kozłogłowy zabeczał groźnie, podniósł z ziemi kamień i cisnął nim w stronę czarnookiego, ale sromotnie chybił. Korpus na pajęczych nogach zaczął natychmiast tarzać się po dywanie trujących grzybów uwalniając niewielkie obłoczki ich zarodników i świergoląc w sposób upiornie przywodzący na myśl chichot.
Migotliwe płomienie ogniska rzucały ruchliwą poświatę na sylwetki zwierzoludzi budząc do obłąkanego tańca ich jeszcze bardziej groteskowe cienie. Nie mogąc już widać zdzierżyć ogromnego napięcia pierzasty mutant odrzucił toporek i złapał w zamian za swe okazałe przyrodzenie ściskając je z lubieżną zapamiętałością i dodając własne ekstatyczne wrzaski do demonicznej kakofonii odbijającej się echem od otaczających polanę starych omszałych dębów.
-
W kryjówce ludzi
Rapecke przykucnął obok sierżanta odrywając od swojego płaszcza długie wstęgi rzepów.
- Jest ich czterech, ohydne bestie wszyscy bez wyjątku - wysychał przez zęby - Prawdą też, że pojmali więźnia i ten jeszcze dycha, choć pewnie już niedługo, bo rychtują się do jego oprawienia i upieczenia na wolnym ogniu.
- Nie wiedzą, że ich podeszłeś? - upewnił się Stahl kładąc dłoń na rękojeści wiszącego przy pasie samopału - Nie zwęszyli cię?
- Myślę, że nie, panie sierżancie - pokręcił głową Rapecke - Za bardzo im we łbach głód miesza i żądza krwi. Ten braniec to mężczyzna i choć go po części odarli z odzienia, wygląda mi na człeka stanu kapłańskiego, takiego z miasta. Pokaleczyli go okrutnie, ale jeszcze nie zaczęli patroszyć. Nie lza nam długo zwlekać z pomocą.
-
Rolf wysłuchał w milczeniu relacji zwiadowcy, po czym spojrzał po pozostałych
-Możemy uratować człowieka i przy okazji zasiekać to paskudztwo, zanim ktoś na nich znowu się natknie.
-Słuchajcie jest ich czterech, nas sześciu. Możemy wykorzystać przewagę i zaskoczenie. Spróbowałbym podejść ich z dwóch stron. Zwiadowca z łukiem może zająć pozycję po jednej stronie, a ja podejdę możliwie blisko z drugiej na zasięg pistoletu. Reszta mogłaby trzymać się za nami, gotowa do uderzenia.
Sierżant położył dłoń na kolbie pistoletu.
-Ja wziąłbym kozła. Ty możesz spróbować zdjąć tego przy jeńcu.
I wtedy wyskakujemy na nich wszyscy. Mag dorzuci swoje sztuczki, a pozostali dopadną tych, którzy jeszcze będą na nogach.-Rolf spojrzał na kompanów z pewnością.
Towarzysze, to łatwa robota.
Zaskoczymy ich, zanim zdążą zrozumieć, co się dzieje. Jest nas więcej. Damy radę. Trzeba tylko uderzyć szybko, zanim dobiorą się do jeńca. -
Powrót Wulfa Auriel przyjął z ulgą, choć nie szczególnie chciał dać to po sobie poznać. Dopiero kiedy tropiciel znalazł się z powrotem między nimi, dłoń maga rozluźniła się nieco na kosturze. Wszystko przez Matthiasa, którego słowa niczym czerwie wpełzały pod skórę, podkopując jego pewność siebie i zostawiając po sobie uczucie niepokoju. Przez ostatnie minuty zbyt długo wypatrywał w gęstwinie jakiegokolwiek ruchu, z rosnącym napięciem śledząc miejsce, w którym zniknął łowca. W końcu jednak Wulf wrócił, a wraz z nim przyszły konkrety. Czterech zwierzoludzi. Jeden jeniec. I, co najważniejsze, wciąż żywy. Auriel wysłuchał reszty relacji bez przerywania. Informacje były ponure, ale konkretne. Wizja człowieka przeznaczonego na pieczeń ostatecznie przechyliła w nim szalę zdecydowania. Nie było już mowy, by odwrócił się i pozostawił nieszczęśnika własnemu losowi.
Kiedy odezwał się Rolf, mag skupił się na jego planie. Był prosty, być może nawet bardziej, niż Auriel sam by zaproponował, ale w obecnej sytuacji prostota miała swoje zalety. Wulf znał już nieco teren i potrafił podejść niezauważony. Rolf miał broń, która mogła zakończyć walkę jedną dobrze wymierzoną kulą. Pozostali mieli przewagę liczebną. Jeżeli uderzą równocześnie, zwierzoludzie mogą zwyczajnie nie dostać czasu, by zrozumieć, co się dzieje. Dopiero określenie „sztuczki”, którego użył Sierżant, sprawiło, że Auriel uniósł lekko brew.
– Sztuczki? – powtórzył. – To dość skromne określenie możliwości licencjonowanego maga Kolegium Światła.
W jego głosie nie było urazy, raczej serdeczne rozbawienie. Nikt, kto na własne oczy widział, jak Gorejący wzrok potrafi spopielić istotę Chaosu, raczej nie nazwałby repertuaru jego umiejętności "sztuczkami". Mag uznał jednak, że sierżant będzie miał okazję przekonać się o tym w sposób znacznie bardziej empiryczny, kiedy już zaczną walkę, więc nie rozwijał tej kwestii.Przesunął dłonią po kosturze, aż palce zatrzymały się przy zimnym krysztale.
– Rozumiem jednak zamysł. Chcę tylko zapewnić, że gdy przyjdzie co do czego, mogę dorzucić do przebiegu walki coś bardziej użytecznego niż iskry i światło do czytania. – oznajmił przenosząc rękę z kryształu i gładząc w zamyślniu gładką brodę.
– Powiedziałeś, że są skupieni wokół ognia i jeńca – zwrócił się już bezpośrednio do Wulfa. – Jeśli zdołacie podejść ich z dwóch stron, mogę wykorzystać moment pierwszego uderzenia i rozświetlić środek obozowiska tak, żeby przez chwilę mieli problem z widzeniem czegokolwiek poza bielą.
Nie brzmiało to jak przechwałka, a przynajmniej nie miało tak zabrzmieć. Auriel mówił o zaklęciu tak, jak Rolf mówiłby o pistolecie, a Wulf o dobrze obranej pozycji strzeleckiej. Magia była po prostu kolejnym narzędziem, choć w jego przypadku nieco bardziej widowiskowym.Potem skinął lekko w stronę Adolfa.
– Ty powinieneś być z przodu, kiedy już ruszymy. Jak zwykle. Skoro przez pół drogi przekonujesz wszystkich, że twoja tarcza ma przyjmować ciosy za resztę, byłoby niegrzecznie nagle odbierać jej tę funkcję.
Kącik jego ust drgnął lekko. Po chwili zwrócił się już do całej grupy, choć ostatnie słowa wyraźnie skierował do Matthiasa.
– Idziesz z nami, Sylvańczyku, czy wolisz, żeby ominęła cię cała zabawa?
Zapytał żartobliwie, próbując w ten sposób choć odrobinę zasypać niewielką przepaść, która zdążyła wyrosnąć między nimi podczas wcześniejszego sporu o sens ruszenia z pomocą. Teraz, gdy Wulf wrócił z konkretnymi informacjami, Auriel miał nadzieję, że Matthias odłoży wcześniejsze niesnaski na bok i po prostu ich wesprze. -
Adolf odnotował sobie gdzieś z tyłu głowy, że jego zdanie odnośnie rogu, zwiadu, oraz dowodzenia przez kogoś kto ma plan, zostały znale ciepłym moczem. Z tego też względu, mając jedynie nadzieję, to nie wybuchnie nikomu w twarz niczym źle złożony samopał, tarczownik jedynie skinął głową, odłożył dotąd trzymany opał pod drzewo, dobył oręża i zajął swoje miejsce w awangardzie, z tarczą w ręku.
-
- Idę - odparł magowi dość sucho Kalten - ale nalegam by pistoletu nie używać i zrobić to możliwie szybko. Ten las to ich dom i czterech jedynie przy ogniu nie oznacza, że w okolicy nie ma czterdziestu.
- Mogę pożyczyć łuk - zadeklarował Rolfowi
- Daleko to stąd tropicielu? - zapytał Wulfa, zastanawiając się czy brać sarnę i łuk ze sobą, czy może mogą tu zostać i poczekać aż wróci. Po namyśle uznał że zabierze je w pobliże wroga by po nie nie wracać.
Schował łuk do kołczanu wiszącego z tyły obok prawie pustego plecaka, przesunął odrobinę torbę naramienną i łapiąc za obydwie nogi barkiem i wolną od tarczy ręką dźwignął sarninę zarzucając ją sobie na ramię. W najgorszym wypadku jeśli ich zaskoczą będzie rzucał mięsem - dosłownie.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się