Ystyriaeth
-
Trzewik słucha tego już w drzwiach jadalni. Przy „kim jest ów Kardus” unosi brwi, a przy „jak go rozpoznam” parska krótko, bez złośliwości.
— Poznałeś go. Ten z goglami, z wąsem i z dwiema twarzami. Zaglądał ci w uszy. Zakon pilnuje cię przez ten tydzień razem z Siostrami, a on jest z Zakonu, tak zwanym Kluzjuszem. Tyle ci wystarczy.
Wychodzicie. Huk wraca, ale od tej strony budynku da się go znieść, jeśli idzie się blisko ściany. Za rogiem łaźni Trzewik zatrzymuje się i nie musi niczego szukać. Podnosi rękę. Czarne Urwiska stoją tam, gdzie stały, kiedy siedziałeś w wodzie, tylko słońce zeszło niżej i skała ściemniała szybciej niż niebo. Setki otworów, rząd nad rzędem. Droga wykuta w zboczu, ta sama, którą szła procesja pogrzebowa, wspina się ku nim zakosami i ginie w cieniu.
— Tam. Z jednej z tych dziur wyszedłeś dziś rano. — Opuszcza rękę. — Za dnia chodzą tam żałobnicy i kapłanki Dolnej Siostry. Po zmroku chodzą inni. Hieny cmentarne. Rozkopują nisze i zdejmują z umarłych, co się da zdjąć. Za to można stracić dłonie lub zawisnąć, więc kto na nich wpadnie, ten jest dla nich niepożądanym świadkiem. Zakonu tam prawie nie ma. Astynomów, znaczy się strażników miejskich, nie ma wcale, bo żadna dzielnica nie chce płacić za pilnowanie umarłych, kiedy żywych ledwo udaje się dopilnować.
Rusza pod górę, w stronę skalnej półki.
— Mówi się też, że z niektórych kurhanów ktoś lub coś wstaje. Czasami ciałem, czasami duchem. Nie wiem, ile w tym prawdy. Wiem, że kapłanki Dolnej nie chodzą tam nocą dla modlitwy... A głębiej, pod Urwiskami, tunele podobno schodzą się z Krętowiskiem. To naturalne jaskinie, które idą przez całe pasmo. Prawdziwy labirynt wykuty przez naturę. Żyją w nim różne stworzenia, nie zawsze przychylne obecności obcych.
Idzie chwilę w milczeniu.
— Podmiasto jest pod nami. Pod wszystkim. Mieszkają tam zwykli mieszkańcy, co piorą, gotują, handlują. I mieszkają tam ci, którzy mają coś do ukrycia przed dniem, bo na dole dnia nie ma. Zakon schodzi rzadko, astynomów nie ma. Dzielnica rządzi się swoimi prawami. Nikt ci ich nie wypisze na tabliczce, a jak nie jesteś stamtąd, to szybko nadepniesz komuś na odcisk, i to zwykle komuś, komu nie należało.
Na moment zwalnia.
— A poniżej Podmiasta są Zapadliska. Szyby, przepaście, zapadnięte tunele, ponoć pozostałości miasta, które było przed Stubramiem. Nikt tego nie nazywa dzielnicą, bo nikt tam nie mieszka tak, jak się mieszka w dzielnicy. To również labirynt, ale wzniesiony rękami wymarłej cywilizacji. — Znowu idzie. — Wejść na dół jest wiele. Studnia w Stukramiu, którą schodzą ci, co wiedzą, po co schodzą. Tajemne przejścia, zapomniane szyby, dziury. Pamiętasz tę w Miechach, obwiązaną sznurem? Każdą dziurę, którą wszyscy omijają, omija się z jakiegoś powodu. Ty też omijaj.
Na słowa o bólu głowy odwraca się przez ramię.
— Wyjdziesz mu naprzeciw — powtarza. — Powiedz to Siostrom trzeciego dnia. Lubią, jak ktoś przychodzi do miski sam, a nie jest do niej niesiony.
Schody na półkę są normalne. Ludzkiej wysokości, ludzkiej głębokości, wyślizgane równo, od krawędzi do krawędzi. W połowie Trzewik przystaje. Tutaj skała zasłania wodospad i przez moment jest prawie cicho.
— Co do plam. Masz rację, że patrzyłem. Myślałem, że to krew, ale nie wyglądasz mi na rannego.
Świątynia stoi na krawędzi półki, plecami do skały, i z początku trudno powiedzieć, gdzie kończy się urwisko, a zaczyna mur. Front jest z tego samego szarego kamienia co zbocze, tylko wygładzony, jakby ktoś zdjął z góry wierzchnią warstwę i to, co zostało pod spodem, uznał za ścianę. Okien nie ma żadnych. Jest za to wilgoć. Mgła znad wodospadu podchodzi tu od dołu i osiada na kamieniu, więc cała fasada lśni w ostatnim świetle jak skóra kogoś, kto dopiero wyszedł z wody.
Po raz pierwszy od rana wszystko ma właściwe wymiary. Drzwi są na wysokość człowieka, próg na wysokość kroku, framugi na szerokość ramion. Ktoś to budował dla takich jak ty. Albo przynajmniej dla takich jak Trzewik, bo nadproża są trochę za niskie i przy każdym widać ciemniejszą plamę, w którą przez lata uderzały czoła.
Wejścia są trzy, obok siebie, i każde jest inne. Nad lewym wykuto w kamieniu strugę wody spadającą z góry. Płaskorzeźba jest ostra i czysta, a pod nią w progu stoi kamienna misa, pełna po brzegi, z której nikt nie pije. Nad środkowym struga nie spada, tylko stoi, zamknięta w owalu jak w naczyniu, a w progu wyżłobiono płytkie zagłębienie z wodą tak spokojną, że odbija niebo. Nad prawym woda odpływa, rozgałęziając się na coraz cieńsze nitki, aż znikają w kamieniu. Pod nim nie ma misy. Jest rynienka w progu, którą woda wychodzi na zewnątrz i spływa po schodach, którymi przyszliście. Stopnie po prawej stronie są ciemniejsze od reszty.
Wszystkie trzy drzwi są z drewna, starego, pociemniałego od wilgoci, okutego żelazem, które zdążyło porosnąć rdzawym nalotem. Wszystkie trzy zamknięte. Przy każdych, na wysokości pięści, drewno jest wytarte do jasnego. Przy środkowych najbardziej. Trzewik podchodzi do środkowego i puka trzy razy, pięścią.
— Tu się rozstajemy — mówi i stawia kosz u twoich stóp. — Za tydzień przyjdę po ciebie, tak jak obiecałem.
-
Ystyriaet słysząć o Kardusie zaczerwienił się po swojemu- czyli lekko zadrżała mu powieka i zawstydził się po swojemu czyli po prostu... milczał.
Nie rozumiał co się z nim działo. Był przecież po medytacji w wodzie. Powinien mieć czysty harmonijny umysł. Gdy wcześniej Trzewik mu opowiadał był czujny, słuchał z uwagą. A tu taki błąd...
Nie śmiał zadawać kolejnych pytań, żeby znowu się nie... bo to nie był czas na to.Dobrze się czuł w tym miejscu. Kamień pod stopami przypominał mu dom, kojarzył się ze stabilnością i z tym, że wszystko jest tak jak być powinno. Dobre miejsce by zacząć coś od nowa.
Gdy doszli do końca jednak jedno zadał:
- Mam się do kogoś tu zgłosić? ktoś mnie oprowadzi?
Miał oczywiście na myśli przede wszystkim bibliotekę oraz jakieś miejsce gdzie w końcu mógłby pobyć sam. -
Trzewik zadziera głowę.
— Do tej, która otworzy. Wiedzą, kto przyjdzie, byłem u nich. A oprowadzać...
Urywa, bo za drzwiami coś szczęka. Żelazo trze o żelazo, ktoś powoli odsuwa ciężką zasuwę.
— Oprowadzą. Do zobaczenia — kończy i już schodzi, bokiem, stopień po stopniu. Nie ogląda się. Po kilku krokach przestaje być widać kapelusz.
Środkowe drzwi otwierają się do środka. Zawiasy nie skrzypią, ktoś je smaruje. Z wnętrza wychodzi chłód i zapach mokrego kamienia. W głębi, daleko, pali się jedna lampa.
W progu stoi kobieta i przez chwilę nic nie mówi. Nie patrzy też na ciebie. Mija cię w odległości łokcia, podchodzi do lewych drzwi, pod strugę wykutą w kamieniu, i zanurza dłonie w misie, z której nikt nie pije. Myje je starannie, palec po palcu, jakby liczyła. Strząsa wodę. Dopiero wtedy się odwraca.

Jest wysoka i szczupła, o pół głowy wyższa od ciebie. Od szyi po kostki okrywa ją len, niebarwiony, w kolorze surowego ziarna, gruby i tak prosty, że nie da się z niego odczytać kształtu ciała. Włosy schowała pod płótnem upiętym tak ciasno, że napina jej skórę na skroniach. Widać tylko twarz i dłonie. Twarz ma wąską i gładką, bez jednej zmarszczki, a mimo to nie wygląda młodo. Wygląda jak ktoś, kto od bardzo dawna jest w tym samym wieku. Skóra ma ciepły odcień, jaki tutejsze słońce pewnie daje rolnikom po latach pracy w polu, tyle że ona w polu nie pracowała, a słońce, jak się zdaje, nic jej nie dało. Oczy ma w kolorze miedzi, a przy źrenicach ciemniejsze, jak liście, które leżą na ziemi od tygodnia. Przy lewej skroni spod płótna wymknął się jeden kosmyk, rdzawy. Płótno układa się w tym miejscu nierówno, jakby pod spodem było coś dłuższego niż ucho. Dłonie ma o długich palcach, jeszcze mokre, zaczerwienione na kłykciach tak, jak czerwienią się dłonie myte częściej, niż trzeba. Pachnie mydłem z łaźni, a pod mydłem czymś, czego nie czułeś w tym mieście ani razu od rana: suchymi liśćmi.
— Ystyriaeth — mówi. Wymawia poprawnie, bez wahania, tak jak Trzewik. Głos ma cichy i dokładny, każde słowo stawia osobno. — Jestem Siostra Eunoe.
Przenosi wzrok na twoje dłonie. Składa swe dłonie przed sobą, jedną w drugą, w płytką miskę, i trzyma je tak na wysokości pasa. Ostatnie krople zbierają się w zagłębieniu między palcami.
— Zanim wejdziesz, jedno pytanie. — Nie spuszcza z ciebie oczu. — Jakie wspomnienie pamiętasz jako pierwsze?
-
Kobiety to najbardziej nieharmonijne istoty. Wprawdzie Ystytiaet poznał tylko ludzkie kobiety (i jedną prawdopodobnie nie- ludzką w źródle), jednak zdaje się, że to ogólna reguła wszechświata.
Są jednak takie kobiety, które próbują mimo wszystko zaprowadzić harmonię w sobie i otoczeniu. Mają wyjątkowo trudne zadanie. Takie właśnie czasem tworzą własne monastyry. Ta przed nim, jak to nazwał ją Trzewik "siostra" należała do przedstawicielek tego właśnie rodzaju niewiast.
Każdy człowiek dążący do harmonii, wychodzący na przeciw swoim słabościom budził szacunek mnicha.
Jej pytanie było bardzo osobiste. Z jednej strony nie chciał zdradzać za dużo o sobie, tym bardziej, że jeszcze przed chwilą ktoś chciał kupić, a być może nawet ukraść jego wspomnienia. Z drugiej miał być gościem w monastyrze tej kobiety, nie chciał jej okazywać braku szacunku.
Zastanowił się przez chwilę...
Wreszcie postanowił odpowiedzieć zgodnie z prawdą. Powiedział tylko słowo. Słowo, które zawsze go prześladowało, którego nie rozumiał, które źle mu się kojarzyło. To ono jest jego najstarszym wspomnieniem i ono jest jedną z największych zagadek w jego życiu. Jeśli kobieta nie zrozumie- trudno, jeśli zrozumie być może będzie miała dla niego odpowiedzi. Odrzekł więc zdeterminowanym, stanowczym, ale tym razem nie pozbawionym emocji głosem, takim dokładnie jak wypowiadano je po raz pierwszy gdy to usłyszał:
- VLAAKITH -
Eunoe nie odpowiada od razu. Rozplata dłonie. Nie robi tego powoli, tak jak je składała, tylko naraz, jakby misa sama pękła jej w rękach. Woda zebrana między palcami spada na próg, prosto w płytkie zagłębienie, w którym od początku odbijało się niebo. Po powierzchni rozchodzi się jeden krąg i dochodzi do krawędzi. Niebo w wodzie wraca na miejsce.
Ona nie wraca. Patrzy ponad twoim ramieniem, na schody, którymi przyszedłeś. Potem na lewo i na prawo, wzdłuż półki, tam gdzie mgła znad wodospadu podchodzi pod mur. Nikogo tam nie ma. Sprawdza drugi raz.
— Wejdź — mówi. Ciszej niż przedtem i już nie tak dokładnie.
Cofa się w głąb, robi ci miejsce w progu i czeka, aż przejdziesz. Zasuwa idzie na swoje miejsce z tym samym ciężkim szczękiem, z którym przed chwilą ją odsuwano. Huk wodospadu zostaje za drewnem. W środku słychać tylko kapanie gdzieś daleko i własny oddech. Korytarz jest wąski, wykuty w skale, ma ludzką wysokość i ludzką szerokość. Jedna lampa, daleko.
Eunoe stoi plecami do drzwi i przez chwilę wyciera mokre dłonie o len, choć sama myła je przed chwilą tak starannie. Na płótnie zostają dwie ciemne smugi.
— Znam to imię — mówi. — Niewielu je zna, a ci, którzy znają, wolą go nie wymawiać. Ty powiedziałeś je tak, jakby ktoś je przed tobą wykrzyczał.
Milknie na oddech.
— To imię z czasów Bezimiennego Króla. Słyszałeś już o nim? Pewnie nie, to twój pierwszy dzień. Władał tym miastem, zanim stało się tym, czym jest, i władał nim tak, że kiedy go w końcu pokonano, nie poprzestano na zabiciu go. Wymazano go. Jego imię, jego twarz, jego historię. Z ksiąg, z kamienia, z pamięci. Klątwa zabrała prawie wszystko, co go dotyczyło.
Spogląda w głąb korytarza, w stronę lampy.
— Prawie. Ostały się historie tych, którzy byli przy nim. Vlaakith jest jedną z nich. Księgi nie mówią, kim była. Jedne nazywają ją branką, inne nałożnicą, jeszcze inne lenniczką, która klękała przed tronem Bezimiennego Króla, tutaj, w tym mieście. Wszystkie piszą o niej tak, jak się pisze o czymś, czego należy się bać, i żadna nie mówi dlaczego.
Teraz patrzy znowu na ciebie, z bliska, i pierwszy raz od otwarcia drzwi przygląda ci się tak, jak oglądała twoje dłonie. Nie szuka otarć. Wyciąga rękę, jakby chciała dotknąć twojego ramienia, i zatrzymuje ją cal przed nim.
— W tym mieście są tacy, co oddaliby wiele za każde słowo z tamtych czasów. Kupują je, czasem kradną. Jedni tylko po to, żeby je mieć. Inni po to, żeby z okruchów złożyć z powrotem kogoś, kogo złożyć nie wolno. Nie powtarzaj tego imienia w łaźni. Ani na Stukramiu. Ani nikomu, kto ci się uprzejmie przysiądzie.
Cofa rękę i znowu składa dłonie.
— Powiedziałeś je czyimś głosem? Pamiętasz może, czyim?
-
Ystyriaeth liczył na to, że kobieta będzie coś wiedziała. Jednak to była tylko nić nadziei.
Gdy zaczęła mówić zaczął chłonąć każdy dźwięk, jakby był w jakimś transie.
Jej słowa go zszokowały!
Tak. Ten zawsze wyważony i panujący nad sobą mnich był w szoku. Stanął jak osłupiały, gdy byli już w środku.
Nie spodziewał się, że czegoś się dowie. Tym bardziej nie mógł mieć pojęcia, że to imię będzie aż tak ważne!
Na ile mógł zaufać tej kobiecie? Czuł by zaufać Trzewikowi, a tamten polecił go opiece tych kobiet. Jej słowa brzmiały rozsądnie, choć to nie było to co chciałby usłyszeć. Jak ma się dowiedzieć czegokolwiek nie mogąc nikogo zapytać? Jednak skoro kupują wspomnienia... 100 sztuk złota za coś co wydaje się zwykłe... Co by zrobili gdyby wyszło na jaw, że on zna to imię?
Czy ta kobieta może go zdradzić? Albo sama sprzedać to czego się od niego dowie? Żyła w monastyrze, więc powinna być odporna na takie pokusy, ale Ystyriaeth nie wiedział czym się kierował jej zakon. Z drugiej strony gdyby pokazał jej książkę...
W końcu zdecydował się ją wpierw wybadać.
- Pani ekhm Siostro... Euone. Wybacz, nie znam tutejszej kultury. Być może mam więcej informacji, być może nawet jest ich więcej niż sam podejrzewam. Zanim jednak wyjawię ci to co jak sama powiedziałaś może być niebezpieczne i dla mnie i dla samej Harmonii pozwól, że wpierw udamy się na jakieś osobne miejsce, a Ty powiesz mi jakimi zasadami się w życiu kierujesz. Nie wiem kim jesteś i nie wiem co zrobisz z wiedzą, którą mógłbym się z Tobą podzielić, z drugiej strony są rzeczy, których sam chcę się dowiedzieć by lepiej zrozumieć siebie. Czy otworzysz się tak jak chcesz bym i ja się otworzył?
Ystyriaeth uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz. Jeszcze parę godzin temu był gotów pokazać swoją księgę pierwszemu lepszemu dziecku które zna starożytny język. Nigdy nie sądził, że mogą się tak kryć tajemnice, których nie wolno nikomu wyjawić...
To wzbudziło w nim jeszcze większą determinację, by poznać jak najwięcej języków. Jeśli sam będzie umiał to odczytać łatwiej będzie mu zdecydować czy i z kim się tą wiedzą podzielić!
-
— Eunoe — mówi Siostra. — Eu-no-e. Nie poprawiam cię z próżności. W tym mieście imiona potrafią mieć wielką moc, więc warto wymawiać je dokładnie.
Odwraca się w głąb korytarza.
— Chodź. Tutaj nie będziemy rozmawiać.
Korytarz jest wykuty w skale i ma ludzkie wymiary. Kamień pod stopami jest gładki, ale nie wyślizgany, raczej starannie wyrównany, a przy ścianach biegną dwie wąskie rynienki, w których płynie woda. Słychać ją cały czas. Nie jest to huk wodospadu, który został za drzwiami, ani cisza. To ciągły, cienki dźwięk, który po kilku krokach przestaje się zauważać, a który zauważyłbyś od razu, gdyby ucichł.
Jest zimno. Nie tak jak na zewnątrz po zmroku i nie tak jak w zimie. Ściany są delikatnie wilgotne. Kiedy przeciągasz po nich palcem, zostaje ciemniejszy ślad, który znika, zanim zrobisz następny krok.
W stropie co kilkanaście kroków jest otwór, pionowy szyb biegnący w górę przez skałę. Ma przekrój okrągły, szerokość ramion człowieka i w środku wisi pęk metalowych pręcików na sznurku. Z dnia zostało w nich trochę szarego światła, a z góry ciągnie zimnem znad lodu. Kiedy przechodzisz pod pierwszym, pręciki stukają o siebie cicho i nierówno. Szyb jest pionowy, gładki, bez stopni i bez drabiny. Ktoś zawiesił w nim dzwonki.
Korytarz kończy się kaplicą. To okrągła sala pod kopułą wykutą w skale, tak wysoką, że jej szczyt ginie w mroku nad lampami. Posadzka schodzi lekko ku środkowi, a w najniższym miejscu stoi ołtarz, czyli trzy kamienne kobiety, jedna nad drugą, wyższe od człowieka. Wygląda to jak pomniejszona kopia posągów, które widziałeś przy wodospadzie. Dłonie mają złożone w misy, a woda przelewa się z górnych do środkowych i z nich do dolnych, a stamtąd płytkim korytem w posadzce odpływa do trzech wyjść z sali. Słychać ją wszędzie. Wokół ołtarza leżą maty z sitowia, wytarte w trzech miejscach, każde naprzeciw innej Siostry.
Twarzy nie mają. Owale są gładkie, wklęsłe i matowe, wytarte jak imiona w komorze, w której obudziłeś się rano. U stóp ołtarza, na kamiennym stopniu, leżą setki skrawków. Kawałki płótna, czegoś w rodzaju drewna i kory, gliniane tabliczki, wstążki, jeden zwinięty liść. Na każdym coś napisano, w kilkudziesięciu pismach.

Przy dolnej misie klęczy krasnolud w lnie, który nie jest niebarwiony, tylko szary jak popiół. Jest szeroki jak drzwi, którymi weszliście, a broda, siwa i zapleciona w jeden gruby warkocz, sięga mu do kolan i jest zawinięta za pas, żeby nie wpadała do wody. Czerpie wodę z dolnych dłoni do glinianego dzbana, powoli, nie rozlewając ani kropli, i śpiewa pod nosem, nisko, głosem, który zdaje się dochodzić spod posadzki. Każdy wers kończy się wcześniej, niż się spodziewasz:
Odchodzisz, a my się nie oglądamy.
Bierzesz zimę, bierzesz starych, bierzesz słomę.
Co bierzesz, oddajesz polu.Podnosi się z pełnym dzbanem. Patrzy na ciebie dłużej niż ktokolwiek dziś, nie wrogo, tylko tak, jakby cię zapamiętywał. Potem na Eunoe.
— Nowy — mówi Eunoe.
— Widzę. — Krasnolud poprawia dzban na biodrze. — Siostra Radogost. Służę Dolnej Siostrze. — Mówi to do ciebie i zaraz wraca wzrokiem do Eunoe. — Idę do tej z wczoraj. Na noc.
Wychodzi prawym przejściem. Dzban zostawia na posadzce mokry ślad, który prowadzi tam, dokąd poszedł.
— Siostrami nazywamy tu wszystkich, którzy służą — mówi Eunoe, kiedy jego kroki cichną. — Kobiety, mężczyzn i tych, którzy nie są ani jednym, ani drugim, bo i tacy przychodzą przez łuki. Siostry nie pytają, kim byłeś, kiedy przyszedłeś im służyć. My też nie.
Podchodzi do stopnia z darami. Podnosi jeden skrawek, czyta go bez wyrazu i odkłada dokładnie tam, skąd go wzięła.
— Każdy, kto tu przychodzi, patrzy na Trzy Siostry i widzi kogoś znajomego. Swoją boginię życia, swoją panią zmarłych, czy boginię wiedzy. Twarzy nie ma, więc nic mu nie przeszkadza. Przynoszą nam potem jej imię. Zapisujemy je i kładziemy tutaj, jako dar. Żadnego nie odrzucamy i żadnego nie uznajemy za prawdziwe.
Patrzy w górę, po kolei, na trzy puste twarze.
— Stubramie mówi na nie Górna, Środkowa i Dolna. Między sobą używamy imion z najstarszych zapisów. Górna to Nahid. Dolna to Morana. Środkowa to Saga. Jej służę.
Siada na macie naprzeciw środkowej Siostry, w miejscu, gdzie sitowie jest wytarte najbardziej, i wskazuje ci matę obok. Nie czeka, aż usiądziesz.
— Pytałeś, jakimi zasadami się kieruję. Powiem ci, czego uczy Saga, bo to jest to samo.
Mówi powoli, tak jak się mówi rzeczy powtarzane od lat, ale nie recytuje.
— Każdy, kto umiera, dochodzi w ciemności do dwóch źródeł. Pierwsze jest blisko, przy drodze, i woda w nim jest ciepła. Kto się z niego napije, zapomina. Przestaje go boleć, przestaje się bać, przestaje być tym, kim był. Drugie jest dalej, zimne, płynie z jeziora Pamięci i ma strażników. O łyk z niego trzeba poprosić i trzeba umieć powiedzieć, kim się jest.
Patrzy na wodę w środkowych dłoniach, która stoi tam przez chwilę, zanim przeleje się niżej.
— Saga uczy, żeby nie pić z pierwszego. Ani po śmierci, ani za życia. W tym mieście są ludzie, którzy z tego pierwszego źródła żyją. Kupują to, co boli, i każą sobie za to dziękować. Nie walczymy z nimi. Opłakujemy tych, którzy do nich idą. — Przez moment nic nie mówi. — Zastanawiasz się pewnie, czy mogłabym sprzedać to, co mi powiesz. Nie piję z pierwszego źródła i nikomu z niego nie podaję. Tego się trzymam, kiedy wszystko inne mnie zawodzi.
Teraz patrzy na ciebie.
— Pytasz też, czy otworzę się tak, jak chcę, żebyś ty się otworzył. — Krótka pauza. — Nie. Każdy nosi coś, czego nie oddaje. Ty też. Ja też. Nie poproszę cię o więcej, niż sama mogę dać. Możesz powiedzieć mi jedną rzecz albo żadnej. Zapiszemy cię w księdze przybyszów, ale nic z tego, co tu powiesz, do niej nie trafi, jeśli sam tego nie zechcesz.
Słuchasz jej tak, jak cię uczono. Patrzysz na dłonie, na barki, na oddech między zdaniami. Nie kłamie. Tego jesteś pewien. Ale nie jest to szczerość kogoś, kogo nigdy nie kuszono. Tak mówi ktoś, komu proponowano ten łyk wiele razy i kto za każdym razem odmawia od nowa. Jej dłonie. Myła je przy misie przed rozmową i wytarła o len po twoim słowie. Kłykcie ma zaczerwienione. Tak myje dłonie ktoś, kto zmywa z nich coś, czego nie widać. I jeszcze jedno, najkrócej, przy jej „ja też”. Ten spokój nie jest tym, czym wydawał się w progu. Jak dłoń przyciśnięta do drzwi, za którymi ktoś stoi. Przez mgnienie wydaje ci się, że w niej są dwie osoby, a ona pilnuje, żeby odezwała się ta właściwa. Znasz ten chwyt. Uczono cię go latami.
Ze środkowego przejścia, z głębi, dochodzi jeden głos, męski, bez melodii, prawie mówiony. Robi długie przerwy, w których słychać tylko wodę:
Sago, ty, która zatrzymujesz,
zatrzymaj mnie w sobie.Eunoe składa dłonie na kolanach, jedną w drugą, w płytką miskę. Tym razem są suche. Woda w środkowych dłoniach nad waszymi głowami stoi chwilę i przelewa się niżej.
— Nie musisz teraz. Pokażę ci jeszcze, gdzie jest kuchnia, biblioteka i dormitorium. Jeśli zechcesz mi coś powiedzieć, po drodze albo jutro, będę słuchać.
-
To miejsce najbardziej przypominało mu dom, ze wszystkich, które do tej pory widział. Co prawda było bardziej wilgotne i miało dziwne rozwiązania użytkowe- jak owe rynny- jednak to nadal był stary, stolidny kamień. Materiał pewny, Coś na czym można budować. Symbol trwałości i niezmiennych zasad wszechświata. Przypomnienie hartu ciała i ducha. W takim miejscu dużo łatwiej mnichowi zebrać myśli i zadbać o KI.
Rzeźby choć niewyraźne nie były brzydkie. Płynąca woda o jednostajnym szumie ułatwi medytację i przypomni, że świat jest żywy i martwy jednocześnie i że choć życie, jak ta woda, nie stoi w miejscu, to wywodzi się z trwałych zasad i wartości jak owa skała.
Dzięki tak przyjaznemu otoczeniu, które było mu znajome Ystyriaeth znów mógł wykorzystać tak swe zmysły jak i umysł do maksimum swych możliwości, a przynajmniej to czemuś bliskiemu owemu "maksimum".
Spojrzał na Siostrę z dużą dozą zrozumienia i rzekł:
— Eunoe- Ystyriaeth nie rozumiał co się z nim dzieje. Przedtem zapomniał czyjegoś imienia, teraz inne przekręcił. To musi być coś więcej niż zwykły ból głowy. Koniecznie musi poświęcić więcej czasu na zharmonizowanie swojego KI!
— Nie wiem kim dla Ciebie jest Saga, czy to Twoje bóstwo, czy matriarcha. Niemniej to co mi właśnie przedstawiłaś również mnie wydaje się słuszne. Człowiek- to słowo powiedział dość ostrożnie mając na uwadze gdzie się znajduje- żyje z tym co ma i co jest mu dane oraz to co sobie wypracuje. Odbieranie mu tego prowadzi do chaosu, niezależnie czy to on podejmuje ostateczną decyzję czy kto inny.
Tu zrobił krótką pauzę i kontynuował wywód dalej:
— Nie wiem czym zajmują się sługi pozostałych kobiet i jaką wyznają filozofię. Nie wiem też jaką pozycję dzierżysz ty sama, czy na przykład jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić swej starszyźnie to co ewentualnie bym ci powiedział.Ystyriaeth usłyszał słowa pieśni.
— A więc nazywacie Sagę "Tą, która zatrzymuje". Wyczuwam, że nawet to jedno słowo, która wypowiedziałem niedawno, a także perspektywa, że mógłbym powiedzieć coś więcej budzi w Tobie dysharmonię. Podzielenie się z Tobą moim ciężarem to łatwa droga, która może doprowadzić mnie do potrzebnych odpowiedzi, ale jakim kosztem?Mnich zawiesił głos by jego pytanie wybrzmiało. Dał chwilę czasu siostrze na rozważenie jego słów i kontynuował zanim sama się mogła odezwać:
— Sama niedawno określiłaś tę wiedzę jako niebezpieczną, sama też powiedziałaś, że wielu poszukuje jej, choć nie powinni. Zasadnicze pytanie brzmi: czy Ty jesteś osobą, która powinna poszukiwać tej wiedzy? Nie potrafię powiedzieć czy sam ją mam, nie potrafię ocenić jak wiele. Niemniej skoro jedno słowo wywołało w Tobie tak wielki dysonans, to co zrobi cała reszta?Znowu zawiesił głos i brnął dalej:
— NIE- powtórzył jeszcze mocniej. Nie głośno, ale ze stanowczością i siłą.- Należy dążyć do wewnętrznej harmonii, ale nie kosztem harmonii otoczenia! Muszę odnaleźć taką drogę, która jest dobra dla wszystkich. Twoje zasady, a przynajmniej te, która mi przedstawiłaś wydają się słuszne. Uszanuję więc Twoją filozofię i imię Tej której służysz: zatrzymam CIebie i siebie w tym miejscu, w tej wiedzy, w tym stanie, w którym aktualnie jesteśmy. Jeśli natomiast będziesz miała dla mnie radę- ty która znasz to miejsce, gdzie lub u kogo mógłbym znaleźć odpowiedzi tak, aby nikomu nie zaszkodzić, będę chętny by Cie wysłuchać i rzetelnie rozważyć twe słowa. -
Eunoe nie odpowiada od razu. Patrzy na ciebie dłużej, niż patrzyła, kiedy mówiła o źródłach, i przez ten czas jej dłonie leżą na kolanach nieruchomo.
— Saga jest boginią — mówi w końcu. — Jedną z trzech Sióstr. Nie matką przełożoną ani starszą z nas. — Lekko unosi brodę w stronę środkowych dłoni nad wami. — Nahid jest życiem. Do niej należy woda spadająca z gór i łaźnie. Ktoś od niej obejrzy cię rano. Morana jest odejściem. Jej słudzy chowają zmarłych i siedzą przy tych, którzy nie przeżyją nawet swojego pierwszego tygodnia. Siostra Radogost poszła właśnie do takiej osoby...
Milknie na chwilę.
— Pytałeś, czy musiałabym powtórzyć starszym to, co mi powiesz. Nie. To, co ktoś z własnej woli powie słudze Sagi, należy do niego i do niej, a nie do świątyni. Tak nas uczono i tak robię.
Patrzy na wodę w środkowych dłoniach.
— Jedno tylko. W naszym języku „zatrzymać” znaczy także „przechować”. Saga nie wstrzymuje wody od Nahid. Trzyma ją przez chwilę, zanim odda dalej, do Morany.
Nie tłumaczy, po co to mówi, ale pewnie w jej religii ma to znaczenie. Wraca wzrokiem do ciebie i przez mgnienie coś w jej twarzy wygląda tak, jakby chciała zadać pytanie, i nie zadaje.
— Pytasz, gdzie szukać, żeby nikomu nie zaszkodzić. Warto sprawdzić bibliotekę. Ta część, do której wolno ci wejść, nie powie ci za wiele o odległych czasach, ale ma słowniki, przekłady i odpisy chyba wszystkiego, co przybysze przynieśli przez portale. Po drugie Bractwo Ostiariuszy, ci od Trzewika. Spisują każdego przybysza od czterystu lat, co mówił, w czym przyszedł i jak wyglądał. Oni mogą wiele wiedzieć. A po trzecie, wielu takich jak ty przybyło do Stubramia i wielu podobnych sobie pewnie znajdziesz. Nie wszyscy przybysze trafiają do świątyni na pierwszy tydzień, ale przedstawiciele twojego ludu tak. Ze względu na waszą rolę w historii. Tak jest bezpieczniej.
Wstaje z maty jednym ruchem, tak cicho, że sitowie pod nią nie szeleści.
— Chodź. Pokażę ci resztę, zanim zgaszą lampy.
Lewe przejście prowadzi w górę i z każdym krokiem robi się w nim głośniej. Najpierw szum, jakby woda spadała z wysoka do kamiennej misy, potem głosy. Wiele głosów, męskich i kobiecych, równo, mocno, na jednym oddechu. Nie słychać jeszcze słów, tylko rytm, który pasuje do spadającej wody tak dokładnie, że trudno powiedzieć, czy to śpiew naśladuje wodę, czy woda śpiew. Potem słowa.
Spadasz z góry, czysta, nieskalana,
nikt cię nie dosięga, a ty dosięgasz wszystkich.Chór śpiewa za ścianą, gdzieś po prawej. Eunoe nie skręca w jego stronę, tylko prowadzi cię do niskich drzwi na lewo, a pieśń przechodzi przez kamień.
Obmyj ręce, które dźwigały,
obmyj oczy, które widziały.Kuchnia jest jedynym miejscem w świątyni, w którym widać dym. Ucieka szybem w stropie, szerszym od tamtych z dzwonkami, i stoi pod nim cienką, siną warstwą. Palenisko jest jedno, długie, murowane z ciemnego kamienia. Woda dopływa do kamiennego koryta prosto ze ściany, ze strugi, która nie przestaje płynąć i w której słychać ten sam rytm co w pieśni za murem. Na stole leży stos rzepy i drugi, mniejszy, czegoś bulwiastego, szarego, czego nie znasz. Pachnie kaszą, cebulą, dymem. Pod ścianą stoją worki. Dużo worków, ułożonych równo. Większość jest pusta do połowy. Kilka leży płasko, złożonych w kostkę, jakby ktoś nie chciał ich wyrzucić, bo jeszcze kiedyś się przydadzą.
Obmyj łono, niech nosi,
obmyj pierś, niech karmi.Przy palenisku stoi ktoś, przy kim kuchnia wydaje się za mała. Jest ogromny, wyższy od ciebie o dwie głowy i szerszy od drzwi, którymi weszliście. Len, ten sam niebarwiony co u Eunoe, opina mu brzuch, zamiast spływać, a na nim wisi poplamiony skórzany fartuch. Rękawy ma podwinięte za łokcie. Skóra jest szara, gruba i pomarszczona w głębokie fałdy na przedramionach, jak koryto wyschniętej rzeki widziane z wysoka.
Głowa nie jest ludzka. Wielkie uszy, postrzępione na brzegach, opadają mu na ramiona. Z twarzy wyrasta trąba, długa i ruchliwa jak trzecia ręka, i to nią właśnie miesza w żelaznym kotle, drewnianą chochlą, równo i bez przerwy, podczas gdy obiema dłońmi kroi na desce rzepę na kawałki. Przy pysku sterczą dwa kły, krótkie, przycięte i okute matową miedzią. Lewy jest ułamany w połowie. Na szyi wisi mu długi sznur glinianych żetonów, każdy z innym znakiem wyrytym paznokciem, i żetony stukają o siebie przy każdym ruchu noża.

Śpiewa razem z chórem, nosowo, ciszej niż oni, z trąbą na kotle:
Nahid, o Nahid wysoka,
spadnij na nas, a my nie upadniemy.Chór milknie na oddech. On też. Nóż zatrzymuje się w połowie rzepy. Odwraca głowę. Oczy ma małe, z zaczerwienionymi brzegami powiek, jak ktoś, kto od lat śpi krócej, niż powinien. Patrzy na ciebie od stóp do głów, powoli, a trąba przestaje mieszać i unosi się, podwinięta na końcu, z cichym, głuchym parsknięciem. Nie wygląda, żeby był zadowolony z tego, co widzi.
— Czego chcesz? Bo jeśli jeść, to jadłeś.
Trąba wraca do kotła. Kroi jeszcze dwie rzepy. Potem odkłada nóż, sięga trąbą do sznura na szyi i przesuwa żetony, jeden po drugim, jakby liczył paciorki modlitwy. Zatrzymuje się na jednym. Z kieszeni fartucha wyjmuje drugi, czysty, jeszcze bez znaku, a ostrym końcem ułamanego kła rysuje na nim coś szybko, nie patrząc. Glina skrzypi. Kładzie żeton na desce, obok rzepy, i przesuwa go trąbą w twoją stronę.
— Twój. Nosisz przy sobie. Pokazujesz przy każdej misce. Zgubisz, to nie jesz, aż znajdziesz. Jutro przed pierwszym śpiewem masz kilka kosza rzepy do skrojenia.
Na żetonie jest znak, którego nie umiesz przeczytać: krótka kreska i nad nią druga, dłuższa. Nie tłumaczy, co znaczy. Wraca do krojenia. Za ścianą chór zaczyna od pierwszego wersu, a on śpiewa razem z nimi, nosowo, nie podnosząc głowy.
-
Najpierw mówi, że słudzy Sagi "przechowują" to co otrzymają, ale za chwilę opowiada dalej, jak Saga przekazuje wodę dalej do Morany.
Dla Ystyrieaetha stało się jasne, że nie powinien zwierzyć się tej kobiecie dopóki nie dowie się więcej o tym miejscu. Początkowo sądził, że skoro jest ona sługą w monastyrze, to będzie uporządkowana, ale wykazała przed nim typowo niewieścią niekonsekwencję.
Podobne myśli miał w odniesieniu do sformułowania którego użyła. "Przedstawiciele Twojego ludu". Co miała na myśli? Czyżby jednak ktoś przed nim korzystał z tego portalu? A może w innych światach także są monastyry podobne do jego własnego?
Biblioteka. To miejsce gdzie musi się koniecznie znaleźć.
Ystyriath praktycznie zignorował dwunożnego słonia. Nie był głodny, tamten nie był zbyt uprzejmy, a obowiązki kuchenne nie były dla niego niczym nowym.
Opuszczając kuchnię zapytał jedynie:
— A kiedy jest ten pierwszy śpiew?- oraz dodał- Eunoe wskaż mi proszę bibliotekę i powiedz co masz na myśli mówiąc, że przebywają tu osoby z mojego ludu? Nie słyszałem o nikim kto by przybył przede mną z mojego świata.Mnich musiał być cierpliwy. Dlatego on sam będzie cierpliwie badał pisma w bibliotece, nim podejmie działania. Musi jednak działać jak najszybciej.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się