Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
-
Lobelia Bracegirdle 
– Rozstąpcie się! Rozstąpcie! Zróbcie miejsce! Dajcie jej pooddychać! Wywracając w duszy oczyma panna Bracegirdle ruszyła w stronę omdlałej Prymuli.
– Proszę nie robić zbiegowiska, no już - używając swej parasolki uzyskała nieco miejsca wokół odgrywającej rolę swego życia Brandybuckówny. - Nuże, gospodarzu, trzeba ją gdzieś ułożyć na łóżku, by odpoczęła.
– W jej s-t-a-n-i-e - dodała konspiracyjnym szeptem - łatwo się przeforsować. Lepiej ją szybko stąd zabrać, bo jeszcze hobbity będą gadały. Drogo, kuzynie, potrzebna nam będzie woda do picia, oraz miska bądź cebrzyk z wodą i ścierka do robienia okładów na głowę. Drogo, to n-a-rz-e-cz-o-n-y Prymuli - zwierzyła się gospodarzowi po cichu.
– Proszę się jednak nie martwić - już nieco głośniej zwróciła się do karczmarza. - Pan Baggins pokryje wszelkie koszty. A jeżeli trzeba będzie udobruchać jakiś gości, by znaleźć dla niej miejsce... chociaż nie sądzę, aby którykolwiek szanujący się hobbit mógł mieć biedactwu to za złe! Jednak, mam tutaj coś dodatkowego. Garnuszek miodu, a i narzeczony może postawi dobrym duszom kolejkę piwa, jak myślisz Drogo?
– I proszę się nie martwić. P-a-n-n-ą Prymulą zajmę się osobiście. Będę z nią w pokoju przez całą noc. Nie możemy przecież pozwolić, by goście gadali, prawda?
-
Prymula Brandybuck

Prymula była zaskoczona! I to tak bardzo, że aż coś w niej niemal wrzało i chciało wydostać się na zewnątrz głośnym wybuchem śmiechu. Nie zwykła wszak czynić podobnych żartów. Zawsze starała się zachowywać grzecznie i przykładnie. A tymczasem ucieczka do fortelu przysporzyła jej wprost nieprzyzwoity ogrom zadowolenia. Zatroskane, pełne niepokoju głosy zwiedzionych podstępem biesiadników były niczym ciepły poranny wietrzyk nad brzegiem Brandywiny i gdyby nie sytuacja z przyjemnością wygrzewałaby się w nim jeszcze kilka chwil.
Otworzywszy na wpół oczy ujrzała nad sobą komenderujacą innymi Bracegirdlównę.
- Och… to Ty Lobelio… - powiedziała słabo nie wychodząc z roli - Taki wstyd… To pewnie przez te okropne szerszenie… Ależ nie trzeba kłopotać… Wrócimy do Bucklandu…- Bez dyskusji moja droga. Zostajemy - ucięła Lobelia i wróciła do wydawania poleceń, a Prymuli przez myśl przeszło, że hobbitka jako jedyna bodaj rozszyfrowała jej psikusa, bo Odo chodził w te i we wte bez pomysłu co z sobą począć, a nawet bystry przecież Drogo wyglądał niepewnie i zapragnęła go czym prędzej uspokoić. Nie chciała jednak rujnować dobrej sceny. Cóż. Musi Pan Baggins chwilę pocierpieć.
- Jak mi idzie? Widziałaś ich miny?? - syknęła cichutko do Lobelii z szelmowskim błyskiem w oku gdy chwilowo zostały we dwie.
-

Prymula Brandybuck +1k6 za okoliczności
Prymula Brandybuck: zagadki (PT 13) - |1, 6 | 1, 4, 5, 5 | - sukces!
Lobelia Bracegirdle: przekonywanie (PT 12) - | 9 | 2, 3 | - sukces!
Lobelia Bracegirdle: inspiracja (PT 12) - |
| - | - oblany!
Po tym pełnym grozy zdarzeniu, zgiełk w Postoju Wędrownika z czasem narastał ponownie, więc Lobelia i Prymulka miały okazję wymienić porozumiewawcze spojrzenia i słowa. Było tak, gdy oznajmione zostało, że nikomu nic poważnego się nie stało, a sytuacja została opanowana.
– Nami się nie przejmujcie – przypomniał znów do nich podchodząc kędzierzawy hobbit - właściciel, u którego boku stała pulchna hobbitka z garnuszkiem darowanego miodu – Z pewnością ktoś z naszych przyjaciół przenocuje nas u siebie... o! chyba już wiem kogo powinniśmy odwiedzić! – Chcąc potwierdzić swoją pomysłowość, popukał się w głowę, ale tak z uznaniem. – W każdym razie, tak będzie najlepiej. Za szynkwasem w prawo, nie ma potrzeby chodzić po schodach, a dodatkowe łóżka zaaranżujemy tak, że na pewno się wyśpicie. Nasza w tym głowa, byście pobyt u nas milo wspomnieli i... – nachylił się do Prymuli, puszczając oko – niczym więcej się już dzisiaj nie przejmowali.Tak oto Prymula, Lobelia, Drogo i Odo zaczęli urządzać się w pokoju na zapleczu, mieli też jeszcze czas by odpocząć, czy rozprawiać z mniej i bardziej znanymi im hobbitami, ostrząc uszy na wieści tak ze świata, jak i (przede wszystkim) z Michel Delving. Tymi zaś mogli już podzielić się z resztą drużyny Sprzysiężenia Czerwonej Księgi, bowiem wreszcie wymęczeni, ale weseli Esmeralda z bratem Paladinem na przedzie i Milo wraz z Rorimakiem, zamykającym drzwi zawitali w Postoju Wędrownika!

Śmiechów i wygłupów przy przeprawie było co nie miara, lecz pozwoliła im na to lina i Milowe podpórki. Bez nich strach pomyśleć co by się stało, gdyby jeden z nich został porwany przez nurt rzeki. Na szczęście tak i Rory, Paladin, tak i Milo i Esme dziarsko przebyli rzekę, a wiosenne słońce, które już wysoko wędrowało po nieboskłonie ogrzewało ich, kiedy przyrządzali ognisko, by się podsuszyć i ogrzać przed dalszym marszem.
Polany i pagórki były o tej porze roku wyjątkowo urokliwe. Mijali najpierw tereny wcale zagospodarowane, potem pojedyncze gospodarstwa, pola by wreszcie wejść na szlak i podążyć nim, aż słońce wyznaczyło koniec dnia i początek wieczora. Wtedy też zaczęli dostrzegać światła Rozstajów. Myśl o czekających ich smakołykach dodała animuszu i już chwilę później siedzieli wszyscy razem przy wspólnym stole, omawiając najnowsze wieści, które zebrała dla nich Lobelia, Prymulka i Drogo.
-
Lobelia Bracegirdle 
Panna Bracegirdle mocno głowiła się nad tym, czy bardziej podejrzane będzie witanie się ich grupy z pozostałymi, czy też bardziej podejrzane będzie od nich stronienie. Problem ten jednak rozwiązał się, jakby to rzec, sam, gdy spóźnieni przybysze jęli z radością wielką witać się z Drogo, a nawet z Lobelią. Zatem wyjścia nie było, należało prowadzić rozmowę jakoś nie wzbudzając zbytnich podejrzeń.
– Późno z drogi wróciliście - pouczyła przybyszów. - Miejsc już dawno nie ma, a noc zapadła. Doprawdy - zatupała - Paladinie, jak można tak narażyć młodą panienkę? Ale nic się nie martw Esmeraldo, znajdziemy ci miejsce w pokoju ze mną i Prymulą. Odo zaś może wyścielić sobie kolaskę i się tam zdrzemnąć, nieprawdaż chłopcze?
– Milo! Jest tu zagadka w sam raz dla ciebie! Zobacz, tam siedzi Baldo Bunce, bratanek Twojej stryjenki! Wyobraź sobie, bardzo mu w gospodarstwie doskwiera sowa. Jestem pewna, że jest to coś, w czym możesz mu pomóc. On się boi do domu wracać spać sam!
– To akurat jest okazja, abyś się z nim udał a przy okazji znajdziesz nocleg dla siebie, a może i dla kogo jeszcze - dodała szeptem.
– A teraz wybaczcie, bo właśnie miałam przysiąść się do innych gości, gdy przyszliście.
– Ludziom zbytnio wierzyć nie lza, panowie. My Bracegirdlowie mieszkamy tuż obok wzgórz Scary i solidnie swą pracę wykonujemy, pozyskując kamień pierwszej jakości. A ludzie tacy, jak ten Benin, to plotą czy po trzy, aby kolejkę za darmo zarobić i tylko uczciwym hobbitom szkodzą! Szkoda więc na nich strzępić języka, bo to tylko woda na ich młyn!
– Za to dużo milej słuchać o czynach dobrych i szlachetnych i o pożytkowi naszemu społeczeństwu przynoszących, pani Burrows. Chociaż przykro słychać, że porządny hobbit musi zamkiem się zastawiać, by jego prywatność nie była naruszona. Ale wiadomo, przez Michel Delving różni się przewijają. Kurę pani powiada? Toż to pomysł dziwaczny! Przynajmniej jaką korzyść z tego miała pani kustosz. Rosół albo na jajka mam nadzieję zostawiła. To i figlarzom miny by zrzedły, że ich psikus na dobre wyszedł.
– Ada, pani powiada? Tak, tak... Pani dziewierz pojął za żonę siostrę naszej Prymulki. No właśnie. Niech Pani opowiada, nie da się prosić, co tam u pani córki? Mieszka nadal z wami, czy może się już wyprowadziła? Którzy kawalerowie się wokół niej kręcą? Ależ musi być pani dumna z córki. Sama uwielbiam rozwiązywać zagadki. Ależ jej zazdroszczę! Jestem pewna, że poradzi sobie z ty problemem raz, dwa!
-

Z pewnością wielce niepotrzebne były Bracegirdlom jakieś wymyślone opowieści o nawiedzonych kamieniołomach i kopalniach, czy istotach nawet trochę tylko nikczemnych. Choćby z potencjalnego problemu z hobbitami chętnymi do pracy w tychże miejscach, a więc i dostępnością i cenami materiałów budowlanych. Należało więc takie bzdury tłumić w zalążku, co Lobelia właśnie uczyniła. Prymulka jednak taka pewna nie była, czy sprawę należałoby ot tak spławić. Słyszała przecież o górnikach z Borsuczych Jam i ich coraz to bardziej ponurym i nieuprzejmym (!) usposobieniu. Jak nic, mogła to powodować owa nikczemna istota, o której mawiał ów człowiek!
W każdym razie Lobelia słuchać więcej o tych wyssanych z palca historiach nie zamierzała i swą uwagę skierowała na milsze tematy. Rozmowa z panią Burrows była bardzo jednostronna, ilekroć schodziła na temat jej córki. Zaraz to Lobelia wiedziała o tym jakie wypieki najbardziej Ada lubiła, o tym łobuzie Robinie Roper z Małego Delving, co to jak teraz sobie o tym pomyślała zapytana, pewnie to z nim się na spacery po Białych Wzgórzach umawia. O tym, że teraz w Michel Delving mieszka i że książki czytać uwielbia i to tym bardziej cieszy ją praca w pobliżu i w samym Domu Mathom. O tym jaka to ona przykładna jest i dokładna i jaka zaradna, choć kapryśna czasem, ale tylko czasem. O tym jak włosy splata i jaki kolor lubi, o tym i o wiele więcej, byle tylko ktoś słuchać dalej chciał!
-
Prymula Brandybuck

Prymula lubiła czytać. Nie tylko dlatego, że czytanie było w dobrym hobbickim guście. Zwyczajnie była ciekawa tego co skrywały pożółkłe strony spisanych niedawno, lub przeciwnie lata temu ksiąg. A biblioteka Brandy Hallu była pod tym względem miejscem specjalnym w Shire, bo zawierała bodaj najwięcej dzieł. I to nie tylko takich co wyszły spod pióra Hobbita! Były tam też dzieła, bez wątpienia Dużych Ludzi, krasnoludów, a Prymula miała też podejrzenia, że niektóre pergaminy mogły być dziełem elfów. Niewiele hobbitka rozumiała z tych zagranicznych treści o dawnych czasach nierzadko przeplatanych nieznanymi jej językami. Ale były momenty, że potrafiła skojarzyć nieoczekiwanie żywe treści z aktualnymi wydarzeniami. Ot jak choćby teraz gdy Lobelia streściła o dziwnym świetle, które widziały krasnoludy.
- Czytałam, że w tych górach były krasnoludzkie pałace. Strażnice Dużych Ludzi. A w dolinie Sarn mieszkali Elfowie. Bardzo dawno temu - powiedziała z przejęciem swoim delikatnym głosem gdy usiedli w końcu razem - I wszystko przepadło gdy zjawiło się czarnoksięskie królestwo Angmaru. A teraz widać tam tajemnicze światło, co płoszy stwory… - zaraz jednak uśmiechnęła się przepraszająco jakby chcąc zatuszować zainteresowanie tak niestosowną historią - To doprawdy wspaniały temat na bajkę. Dla dziecka. Nie uważasz Drogo?
Hobbit pogładził się po surducie, upił piwa i zabrał się za czyszczenie fajki.
- Światełka w górach to nie temat dla szanujących się hobbitów - odparł poważnie, ale zaraz odwzajemnił uśmiech i dodał - szanujących się DOROSŁYCH hobbitów. Maggotowi wszak kurę to i myśmy w młodym wieku z Rory’m niegdyś… odpożyczyli. Pamiętasz druhu? Ale co się tyczy Borsuczych Jam to i ja słyszałem, że coś - obejrzał się i upewnił, że Lobelia rozmawia z panią Burrows - JEST na rzeczy. Taffy Proudfoot, której mąż mleko rozwozi też wspomina, że w osadzie górniczej nietęgie humory panują, a hobbici tam dziczeją. Bledną. Kaszlą. I mruczą pod nosem. Jak jakieś krasnoludy. Ktoś coś o czaszce Golfimbula mówił, że to jej sprawka. A teraz ten niby stwór tego Dużego Człowieka. No! Można rzecz, że pomysł mojego kuzyna jest w tym wszystkim tylko niewinnym bzikiem! Choć jak widać nie on jeden ma ochotę jej figla spłatać. Ciekawe, czy to nie maggotowa kura się w Domu Mathom znalazła! To byłaby heca!- Och nie pleć Drogo - odrzekła Prymula tłumiąc śmiech - Przecież to dzień drogi kolaską. Skąd by kura Maggota miała się wziąć w Domu Mathom. Zresztą Maggot też ma psy. A one pilnują mu kur. Jak jakaś ucieknie to w zębach przynoszą, a krzywdy nie zrobią…
-
Milo Makary Tuk
Kto się pracy nie boi, temu i przygoda nie straszna, myślał Milo. Aforyzm na co dzień nie plątał mu się na języku, ale w razie co pasował, by osłonić się, gdyby szacowni hobbici mieli wziąć pod lupę Milowe niecodzienności. Może i robił, co nie trzeba (i nie wiadomo po co, jak wielu by dodało), ale co trzeba też robił, prowadząc dom i ogród jak należy, nie migając się obowiązków i powinności.
Tym sobie dodawał otuchy i teraz, gdy mocząc nogi po same uda, w podwiniętych (nadaremnie) spodniach wbijał w dno rzeczki płotowe pachołki. Nie bał się ani wysiłku, sapiąc i pogwizdując przy brnięciu w wodę (trochę dla dodania sobie animuszu, bo jednak nurt rwał, oj rwał!), ani wyzwania. Tego jednak, że zostanie wzięty za wandala i przylgnie doń już nie tyle łatka dziwaka, co jeszcze chuligana, nieco się obawiał. Wynagrodzę co trzeba, sam zbiję i złożę. Płot będzie jak nowy, myślał przy każdym kolejnym kołku, który lądował wbity w dno, wyskubany z ogrodzenia.
Po jakimś czasie, mokry i zmarznięty, ale nadrabiając miną (bo szkoda było się dąsać, gdy miał taki doping od Esmeraldy i jej sójki-przyjaciółki), hobbit przeprawił się na drugi brzeg. Przejście było możliwe i przedostać mogli się oboje, ale wysiłek okazał się zbędnym, bo oto łodzią nadpłynęli Paladin i Rorimak.
– O do kroćset - zaklął pod nosem Tuk, smarkając w wierzbowy listek, gdy nikt nie widział. Rozbieranie parkaniku na marne i spadnie mu tu jeszcze odium psuja na darmo! Trzeba będzie Brody'emu wynagrodzić. Postawię i pomaluję ładnie, zapewniał w duchu Milo całe patrzące nań Shire. Pożytek będzie dla kogoś przynajmniej, jak przyjdzie im się przeprawić, usprawiedliwiał się.
– O panowie, skądeście wytrzasnęli taką linę? – Tuk zasalutował im, jak zdawało mu się, że robią duzi ludzie przy takich okazjach. - Widzisz Esme, czeka Cię nawet i wspinaczka po linie jak w małpim gaju! Tegoś na pewno nie planowała!
Z Wodą za plecami, z ciepłą ziemią pod stopami, problemy zniknęły z głowy Makarego. Hobbit zapomniał o obawach, zimnie, katarze i mokrych nogawkach. Szedł żywo, ciesząc się wiosną i gdy złapało go słonko, zaczął sobie podśpiewywać, nie czując jak robi to głośniej i głośniej.
♫♪Miast kapelusza mi chmura,
Gdy wiosna mnie słońcem otula,
Zbędne mi szaty i stroje
Gdy wiosna otwiera podwojeSzlak, ani siennik nie twardy,
Gdy błękit nade mną otwarty,
Nie straszny głód, ni pragnienie,
Gdy prosi lasu schronienieStaję za stają wędruję,
A wcale zmęczenia nie czuję,
Nie groźne podróży trudy,
Gdy grają piosenki nuty♪♫*- O! - przerwał nagle, ujmując z głowy kapelusz, którego podobno nie było mu trzeba. - Dotarliśmy! Poznaję gospodę! To Postój Wędrownika!
Nie byli na miejscu pierwsi i nie byli na miejscu w porę, ale dotarli. Pierwsza, mokra robota za nimi.

Milo ucieszył się na gwar i wesoły chaos Wędrownika, obeschły już całkiem i z myślami biegnącymi dalej w kalendarz. Nie myślał o konspiracji, gdy zobaczył Lobelię, Prymulkę i Droga, bo dziwniejszym byłoby chyba, aby hobbit nie zbratał się przy takiej okazji z każdym z kuzynostwa, które napotka (choćby na krótko i choćby kuzynostwo było to najodleglejsze).
Tuk, czując tak powinność, jak i przyjemność, postawił kolejkę korzennego piwa towarzyszom własnej przeprawy. Gawędzili wesoło i Milo zaśmiewał się, słuchając o dzikich pochrapywaniach Brody'ego, który za zasłoną tataraku był jak i Bestia za Murem. Tak, strach miewał wielkie oczy!
Milo – w przeciwieństwie do Lobelii, która bujdy o strasznościach traktowała tak jak się powinno, czyli jak bujdy, więc rzecz nie wartą rozmowy – na plotki o rzeczach niestworzonych i dziwacznych miał wielki apetyt. Nie był mąciwodą, ani plociuchem, więc jeśli nawet zasłyszał taką czy inną smakowitą dziwaczność, nie podawał jej bezmyślnie dalej, ani nie potakiwał opowiadaczom na każde ich wydumanie, trzymając raczej grzeczny, ale zaciekawiony dystans. Tam, gdzie Lobelia odpuściła, Makary był gotów podłapać wątek, chłonąc goryczkę piwa, ciepło kominka i iskrę przygody.
Z rzeczy konkretnych pozostawał jednak nocleg i tu pani Bracegirdle pokazała, że ma głowę na karku, pomyślawszy o wszystkim, nim jeszcze Wodniacy przybyli na miejsce. Milo rzeczywiście mógł pomóc Baldowi – kto wie, jaka to sowa pohukiwała mu pod dachem? Pomóc bliźniemu się wyspać było dobrym uczynkiem, a że przy okazji może dałoby radę podpatrzeć jakiś ciekawy gatunek? Sóweczkę? Włochatkę? Może pójdźkę, albo syczka? O, już mniejsza o sam nocleg, ale okazja na kanapkę przyjemnego w pożytecznym była przednia!
– Uszanowanie, Baldo – Hobbit zaszedł do stolika dalekiego krewniaka, kiwając głową i dając znak gospodarzowi, by podskoczył z zamówieniem. – Uwagi mej doszło, że Matka Natura uwzięła się na ciebie i noce masz nieprzespane.
– A szkoda gadać... – Bunce oczy miał podkrążone i chwilę łypał nimi na Tuka, nim wyłapał jego imię z pamięci. - Milo. Szkoda gadać, ptaszysko spać nie daje...
– Bieda, prawdziwie, drogi Baldo. Ale rzeknij, mógłbym zerknąć w sprawę ze swej perspektywy? - Milo pokiwał mu na zachętę, jakby samo zainteresowanie mogło już być pocieszeniem. - Znam się trochę na zwierzakach, słyszałeś pewnie, co o mnie plotą... Może będę w stanie pomóc przepłoszyć to sówsko...
Tuk miał nadzieję, że kuzyn nie da się prosić – widać było po worach pod oczami i mętnym wzroku, że za dobry sen zapłaciłby złotem. Makary planował już jak udając jastrzębia albo puchacza zdoła wystraszyć mniejszego ptaka i załatwi strapionemu Baldowi ukojenie... A w najgorszym razie, jeśli to nie pomoże, zgotuje mu ziółka, które przynajmniej dadzą biedakowi się wyspać.
-

Bunce zrazu oczy otworzył i sam jak sowa przez chwilę wyglądał.
– Ho, ho! Byłoby wspaniale! – Baldo nie wyjawił, że płoszyć ją już próbował, ale bez efektu, bo ptaszysko zaraz wracało, jakby na złość. – Mam gospodarstwo niecałe ćwierć mili stąd, a i... a co mi tam opłacę wam tu posiłek i trunek i coś na rano wezmę.
Rorimak, Paladin, Milo, Odo
Faktycznie, spacer był krótki nawet dla kogoś, kto miał już wilka staj w nogach. Gospodarstwo było niewielkie, acz sala wspólna przy palenisku miała swój urok. Bunce parał się uprawą różnych warzyw, ale też czasem zbierał drewno na opał dla siebie i na sprzedaż, miał więc zapas, który to ledwie tylko nadwyrężył, kiedy tylko usadowili się w środku i wziął się za przygotowanie ciepła dla gości (w czym później wyręczył go Milo).
Otrzymali od niego jeszcze koce, dzbanek piwa i koszyk ułomków chleba na noc, w razie gdyby komuś zaburczało w brzuchu. Bunce wcale, a wcale nie wtykał nosa w ich sprawy, upewniał się tylko, czy mają wszystko czego im potrzeba.
– Zjawia się zwykle o zmierzchu, lub trochę później, jak już podje trochę, ale może dzisiaj się mnie nie spodziewała, więc nie zjawi się wcale. Może się nam poszczęeee... – Baldo ziewnął przeciągle. – Na poddaszu zwykle przesiaduje, a wejście tam po drabinie od zewnątrz na szczycie do...
– HUUU-HU-HU-HUUUU! -
Esmeralda Tuk


Esmeralda ucieszyła się niezmiernie na widok własnego brata i towarzyszącego mu Rorimaka, wracających tryumfalnie z liną w dłoniach.
- Hejże, ho! - zakrzyknęła radośnie, podrywając się z trawy z takim impetem, że sójka, która odpoczywała na jej ramieniu, musiała czym prędzej wzbić się w powietrze, by nie spaść w niegodny sposób.
Hobbici całkiem sprawnie przeprawili się przez rzeczkę - choć trzeba przyznać, że była to przygoda niezmiernie niebezpieczna i ekscytująca zarazem… przynajmniej w oczach Esmeraldy. Tak też później, tego samego wieczoru, a nawet po latach, opowiadała z przejęciem, jak to woda niemal porwała Paladina, jak Rorimakowi stopa ugrzęzła między zdradliwymi kamieniami, jak konstrukcja z palików prawie rozpadła się w ostatniej chwili - oraz jak ogromny rzeczny potwór wynurzył się z odmętów, rozwierając paszczę, by pożreć całą czwórkę. Na szczęście Esmeralda zdzieliła bestię tukowym kosturem prosto w łeb, dzięki czemu wszyscy mogli czmychnąć na drugi brzeg.
- Naprawdę tak było! - zapewniała z poważną miną w gospodzie, popijając korzenne piwo.
I tylko sójka spoglądała na nią z wyraźnym powątpiewaniem, wiedząc doskonale, że żadna z tych dramatycznych scen nigdy nie miała miejsca.
W przeciwieństwie do Prymuli i Lobelii, Esmeralda nie przykładała wielkiej wagi do plotek - a już zwłaszcza do tych dotyczących córek ciotek stryjecznych od strony ojca zięcia czyjejś babki. Toteż jedynie ceremonialnie przewróciła oczami, gdy Parasolica odeszła od ich stolika, wyraźnie znudzona opowieściami o rzecznych potworach i innych niezwykłościach. Tukówna machnęła za nią ręką i wróciła do swojego kufelka, z o wiele większym zainteresowaniem przysłuchując się temu, co ją naprawdę pociągało - nawiedzonym kamieniołomom, tajemniczym i nikczemnym zjawom, wszystkiemu, co nieprawdopodobne i choć odrobinę niebezpieczne.
Gdy więc Prymula i Drogo zaczęli opowiadać o tajemniczych światełkach, Esmeralda przestała się wiercić, wytężyła słuch i skupiła całą uwagę na tej historii. Wyobraźnia porwała ją daleko w góry, gdzie wędrowała, wiedzioną duchem przygody i ciekawością nieprzystającą - jak mawiano - dorosłym i poważnym hobbitom z parasolkami.
Kiedy Milo postanowił wyruszyć, by pomóc w sprawie przerażającej sowy, Esmeralda była już niemal przy nim - jedną nogą gotowa do drogi. Drugą zaś tkwiła już w cieplutkim łóżeczku, pod kołderką, najedzona i gotowa do długiego snu. Ziewnęła przeciągle i cofnęła nogę, bo zmęczenie po długim dniu i rzecznych “zmaganiach” dało o sobie znać.
Rankiem bardzo chciała wyruszyć do Michel Delving, lecz wciąż pozostawała sprawa niecierpiąca zwłoki - spuchnięta i nieszczególnie sprawna noga biednego Droga. Esmeralda, choć pragnęła dalszych przygód, nie mogła opędzić się od współczucia, widząc Prymulę zatroskaną o ukochanego. Postanowiła więc odłożyć na bok własne kaprysy i pomóc w wyprawie do lekarza.
W myślach już uknuła plan: w drodze tam będzie rozweselać Droga, by dodać mu otuchy, a w drodze powrotnej to samo ofiaruje Prymuli - by pokrzepić jej zmartwione serce i zapewnić, że wszystko dobrze się skończy.

-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin drgnął tak gwałtownie, że omal nie wylał sobie piwa na kolana.
— No proszę — mruknął, mrużąc oczy. — Znowu coś, co brzmi jak coś, czym nie jest.
Z zewnątrz poniosło się przeciągłe:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paddi uniósł palec.
— To ma być sowa — oznajmił tonem hobbita, który już raz się pomylił i nie zamierza robić tego drugi raz. — Tylko że… — zawahał się — …czy sowa powinna tak bardzo się starać?
Spojrzał podejrzliwie na sufit.
— Bo ostatnio też było „grrr-ghrrr”, a wyszedł z tego hobbit w łódce. I to z brodą. — Pokręcił głową. — Ja już nie ufam odgłosom. Odgłosy są zwodnicze.
Znów:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paladin zmarszczył brwi jeszcze bardziej.
— To może być sowa. — Skinął głową. — Ale równie dobrze może być hobbit, który próbuje być sową. Albo sowa, która próbuje być hobbitą. Świat jest skomplikowany.
Podszedł do drzwi i wyjrzał ostrożnie w stronę poddasza.
— Powiedziałeś, że zwykle przesiaduje na górze? — rzucił przez ramię do Bunce’a. — Bo jak to faktycznie sowa, to siedzi. A jak to hobbit… to też może siedzieć. Hobbici lubią siedzieć.
Zadarł głowę ku szczytowi domu, gdzie drabina prowadziła na poddasze.
— Można by sprawdzić — mruknął. — Tak dla pewności. Naukowo.
Zrobił krok w stronę wyjścia, po czym zatrzymał się.
— Chyba że ktoś inny chciałby. — Odchrząknął. — Bo ja oczywiście mogę. Drabiny nie są mi obce. Kiedyś wszedłem na stołek. To prawie to samo, tylko wyżej.
Znów huknęło:
— HUUU-HU-HU-HUUUU!
Paladin skrzywił się.
— To brzmiało trochę… obraźliwie.
Odwrócił się do Rorimaka, Milo i Oda.
— Dobrze, plan jest taki: ja wchodzę. Powoli. Cicho. Jeśli to sowa, to ją zobaczę. Jeśli to hobbit… to zobaczę też. A jeśli to coś trzeciego, to zawołam. Tylko nie za głośno, żeby nie spłoszyć czegokolwiek, co udaje cokolwiek.
Westchnął i złapał się pierwszego szczebla drabiny.
— I pamiętajcie — dodał półgłosem — jeżeli to znowu będzie zwykły, spokojny ktoś, kto tylko wydaje dziwne odgłosy… to ja nic nie mówiłem o wilkach. Ani o potworach. Ani o sowach-hobbitach.
Po czym zaczął się wspinać, mrucząc pod nosem:
— Huu-hu, powiada… zobaczymy, kto tu komu hu-hu…
-

Paladin Tuk II: polowanie (PT 15) - |
4, 7 | 1 | - porażka!Paladin Tuk Drugi coś zobaczył. Nie było to coś trzeciego, bo nie wołał. Ujrzał więc coś pierwszego lub drugiego, lub jeszcze coś kolejnego. Miało to pióra i oczy wielkie i dziób straszliwy, zakrwawiony świeżą zdobyczą (znaczy tak, zapewne niejeden hobbit później by to opowiadał). Pazury zdolne rozszarpać żywą istotę, a istot tych trochę leżało na poddaszu. Stwór przesiadywał w półmroku, groźny gotów do ataku. Dopiero, gdy Paladin szerzej otworzył drzwiczki, światło wpadło do poddasza, rozwiewając wszelkie wątpliwości co do sowości sowy, no chyba że coś bardzo dobrze sowę udawało. Cos lub ktoś. Pewności nigdy nie mógł mieć, więc należało działać ostrożnie. Tylko co właściwie należało zrobić?
– HU?
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin najpierw zobaczył oczy.
Potem zobaczył drugie oczy.
A potem zrozumiał, że to wciąż te same, tylko bardzo, bardzo duże.
Zamarł na drabinie, z jedną stopą w powietrzu i ręką kurczowo trzymającą framugę.
— Hu… huuu? — odpowiedział odruchowo, zanim zdążył pomyśleć, że właśnie rozmawia z czymś, co ma dziób większy niż jego łyżka do zupy.
Światło wpadło szerzej. Pióra. Dziób. Krew. Małe, bezsprzecznie martwe stworzonka rozsiane po poddaszu.
Paladin przełknął ślinę.
— To jest… — wyszeptał do siebie — …bardzo przekonujące przedstawienie sowy.
Sowa przekrzywiła głowę.
— HU?
— No właśnie! — syknął Paddi, unosząc palec, jakby prowadził uczoną dysputę. — Tak samo mówię. „Hu”. Bardzo sowio. Aż podejrzanie.
Zrobił maleńki krok w tył, ale drabina skrzypnęła i zatrzymał się w pół ruchu.
— Spokojnie — mruknął, bardziej do siebie niż do niej. — To nie wilk. Wilki nie mają piór. Chyba że wyjątkowo źle się potoczyło ich życie.
Sowa poruszyła skrzydłem. Pazury błysnęły.
Paladin wciągnął powietrze przez zęby.
— Dobrze. — Skinął głową bardzo poważnie. — Załóżmy roboczo, że jesteś sową. Prawdziwą. Autentyczną. Z krwi i… — zerknął na zdobycz — …z innych rzeczy.
Z dołu dobiegł czyjś szept.
Paladin nie odwrócił głowy, tylko odpowiedział półgłosem:
— To zdecydowanie sowa! Albo ktoś, kto sowę bardzo dobrze udaje! Ale stawiałbym na sowę!
Znów spojrzał w wielkie oczy.
— Nie mam nic przeciwko tobie osobiście — wyjaśnił uprzejmie. — Siedzisz tu. Huczysz. Zjadasz… co tam zjadasz. To bardzo w porządku zajęcie dla sowy.
Sowa zamrugała.
— Tylko wiesz — ciągnął dalej, coraz bardziej konfidencjonalnie — my tu nocujemy. I jak będziesz tak… teatralnie huczeć, to hobbici na dole będą sobie wyobrażać różne rzeczy. A wyobraźnia już nam dziś zrobiła kilka figli.
Zrobił jeszcze pół kroku w tył.
— Nie zamierzam cię ruszać. Ty nie ruszaj mnie. Uznajmy, że się widzieliśmy, ale nie znamy. To bardzo cywilizowane podejście.
Sowa wydała krótsze:
— Hu.
Paladin skinął głową z powagą.
— Właśnie tak. Rozsądnie.
I zamknąwszy ostrożnie drzwiczki do poddasza, powolutku, szczebel po szczeblu, zaczął schodzić na dół, mamrocząc pod nosem:
— Sowa jak malowana… z pazurami jak grabie… i z obiadem rozrzuconym po całym poddaszu… Zupełnie normalny wieczór. Zupełnie.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin, już na dole, stał chwilę z rękami założonymi na brzuchu i miną stratega, który właśnie odkrył, że jego przeciwnik ma skrzydła.
— Dobrze — oznajmił półgłosem. — Mamy sowę. Prawdziwą. Zawodową. Z doświadczeniem w huczeniu.
Zadarł głowę ku sufitowi.
— A my chcemy spać. To są dwie potrzeby, które się gryzą. Jak pazury z poddasza.
Zaczął chodzić w tę i z powrotem, coraz bardziej nakręcając się własnymi pomysłami.
— Można ją… przekonać. Uprzejmie. — Wskazał palcem w górę. — Wejść i powiedzieć: „Szanowna Pani Sowo, czy rozważyłaby Pani zmianę lokalu?”. Tylko że ona wygląda na taką, co odpowiada wyłącznie „hu”, a z „hu” trudno wynegocjować ciszę nocną.
Zatrzymał się.
— Można ją przegonić hałasem. — Zmarszczył brwi. — Ale wtedy będziemy robić większy hałas niż ona. A ja już dziś nasłuchałem się różnych „rrrgh” i „huuu” na zapas.
Uniósł nagle palec.
— O! Można spróbować ją… znużyć.
Spojrzał na pozostałych z powagą.
— Jeśli będziemy huczeć w odpowiedzi. Równo. Jednostajnie. Bez pasji. To może uzna, że teren jest zajęty przez większą, bardziej monotonną sowę i się wyprowadzi.
Zamyślił się chwilę, po czym pokręcił głową.
— Albo przeciwnie. Uzna to za zaloty. A tego bym nie chciał rozwijać.
Westchnął.
— Można też wejść i delikatnie postukać w belki. Tak, żeby uznała, że dach jest… niestabilny. Sowy lubią stabilność. Ja też.
Przechylił głowę.
— Ewentualnie… — ściszył głos — …przenieść jej kolację. Te wszystkie drobne stworzonka. Jeśli uzna, że spiżarnia się pogorszyła, może zmienić adres.
Zaraz jednak skrzywił się.
— Tylko że to oznaczałoby wejście tam jeszcze raz. A ja już raz byłem bardzo blisko jej pazurów i uważam, że to wystarczy na jeden wieczór.
Znów spojrzał w sufit, gdy rozległo się przeciągłe:
— HUUU-HU-HUUU!
Paladin drgnął.
— Najrozsądniej — powiedział w końcu tonem kogoś, kto właśnie odkrył prawdę objawioną — będzie przekonać ją, że tu straszy. Nie my. Tylko dom.
Oczy mu błysnęły.
— Jeśli Milo porządnie rozdmucha ogień, a my zaczniemy chodzić ciężko, przeciągać ławy, postukiwać… niech pomyśli, że to miejsce jest głośne, ruchliwe i zupełnie nieodpowiednie dla sowy ceniącej spokój.
Nachylił się bliżej reszty.
— Sowa przyszła, bo było cicho. Zróbmy, żeby było niecicho. Ale z umiarem. Tak, żeby Bunce nie uznał, że to my jesteśmy potworem zza Zielonego Muru.
Po chwili dodał poważnie:
— A jeśli nic nie zadziała… to zawsze możemy spać na zmianę. Jedno ucho śpi, drugie słucha. Ja mam całkiem pojemne uszy. Może jedno wystarczy.
-
Milo Makary Tuk
Pomagać bliźniemu jest powinnością prawdziwie hobbicią, a nauczyć się przy tym czegoś i doglądnąć – Milową. Tak przynajmniej supeł przyjemnego z pożytecznym tłumaczył sobie kawaler Tuk, gdy nadarzała się okazja, by wściubić nosa w jakąś sprawę. Bunce'owa sowa była przykładem prawdziwie emblematycznym.
Jak się jednak na miejscu okazało, gdy Paladin dokonał przeglądu poddasza, pomoc mogła nie przyjść wcale łatwo. Ptak był ponoć duży, groźny i na miejscu na dobre zadomowiony.
– Dobrze rzeczesz Paddy z tym, co by ognia nadmuchać. – Pokiwał kuzynowi Milo. – Myślę, że na start duchów udawać nie trzeba i sam dym starczy... Nakopcimy jej tam, to wypłoszymy ptaka. Potem – jeśli wydoli – można wlot zabić jakąś deską, żeby zwierz nie wrócił i Baldo może wreszcie zażyje wypoczynku jak trzeba.
Bunce wzruszył ramionami i ziewnął, siląc się na jakieś potwierdzenie, ale oczy miał już skośne i powieki ciążyły ołowiem.
– Dajże mi Paddy spojrzeć też, jaki to okaz tam czeka... Weźmie się od Balda latarnię, jakiegoś popielnika, trochę nakopci... - Tuk podrapał się po głowie. – Może nie najprzyjemniej dla poddasza, ale z tego, co mówisz, padlina tam już i tak zalega, więc gorzej nie będzie...
- Rori, a Ty byś rozejrzał się w obejściu, czy aby nie będzie jakiej dechy, żeby przybić tam, gdzie ptak wleciał... I – kciuki wstrzymane – tam, gdzie wyleci... – Milo uśmiechnął się do Rorimaka najuprzejmiej jak potrafił. – Żeby przybić, potrzeba będzie nam pewnej ręki, a wiem, że tobie ani drgnie, kiedy zwierz w pobliżu...
Pewny, że plan jest na na właściwych torach, Milo wziął się za swoją porcję, zaczynając od zapoznania z ptaszyskiem. Pomoc bliźniemu, pomoc bliźniemu... Tak, tak, ważne, ale Tuk nie mógł w sercu zaprzeczyć, że jego najbardziej ciekawi wejrzeć pod dach, co to za gatunek stał się huczącym postrachem Balda.
-

Milo wdrapał się po tej samej drabinie, co wcześniej Paladin i zajrzał ostrożnie do ciemnego poddasza. Księżycowe światło lekko oświetlało wnętrze, lecz dopiero podana mu z dołu latarnia pozwoliła mu dojrzeć dobrze ukrytego ptaka. Pióra brązowo-szare, ochrowe powiedziałby ktoś obeznany. Twarz płaska, oczy nieruchome i czarne jak otchłań i wielkie jak u sowy. Milo znał się na ptactwu dość, by wiedzieć, że to sowa. Przypuszczał też, że puszczyk.
Rozejrzawszy się jeszcze po poddaszu, zszedł wreszcie i wzięli się do pracy.
Milo i Paladin nagotowali kopciucha z mokrych gałęzi, liści i rzeczy darowanych im przez Baldo, on sam pomagał im potem ilekroć kolejne "Hu Huuu!" na nowo go przebudziło. Rory, tak na wszelki wypadek przyniósł wiadra wody z Bunce'owej studni. Odo zaś zajął się zbijaniem naprędce nowego domu dla intruza, ale jasne było, że nie zdąży nim zmoży ich sen.
— Panie Baldo, dokończycie potem? Zawiesicie budkę trochę dalej od gospodarstwa, jak już ją wypłoszymy? Może się zadomowi, tylko dalej? — pytał, wyraźnie przejęty losem puszczyka. — Jak jej się tam spodoba, to przynajmniej nie wróci tutaj, tak myślę. Oby tylko nic mu się nie stało!Baldo Bunce, znów musiał unieść powieki, mruknął z akceptacją. To, że się przebudził wykorzystała reszta, bowiem wszystko już było gotowe.
Rorimak z deską pod pachą po lewej i młotkiem za pasem, a Paladin z wiadrami wody po prawej obserwowali dach, gdy Milo ponownie zaczął wspinać się na górę z latarenką. Odo z żelaznym wiadrem pełnym kopciucha wdrapał się za nim. Ustawili wiadro tuż za wejściem mniej więcej pośrodku, pod kalenicą.
Baldo Bunce: zużywa swoją ostatnią nadzieję i pomaga! +1k6
Milo Makary Tuk: rzemiosło (PT 13) - | 9 | 4, 2 | - sukces!Wystarczyło chwilę odczekać i już puszczyk, czmychał, przeciskając się przez obluzowaną deseczkę. Trzymając w dziobie swoją największą zdobycz odleciał kawałek dalej na drzewo, tam przytrzymał pazurami mysz i spojrzał na radosnych hobbitów złowrogo.
— Hu hu hoo! — zapowiedział, po czym odleciał w sobie znanym tylko kierunku.

Wszyscy wyspani spotkali się ponownie, po tym jak Odo wstał wcześniej i niedługo po pierwszych kurach zabrawszy kolaskę oraz dwa bułane kucyki z zagrody Bunce'a wrócił się do Postoju Wędrownika po Drogo Bagginsa, Primulkę, Esmeraldę i Lobelię. Nie dane jednak było im kontynuować podróży w jednej drużynie. Esmeralda, Primula, Paladin, Drogo i Odo wyruszyli do doktora Rattlebee do odległej o cały dzień drogi Tukowej Skarpy. W ślad za nimi podążyła i sójka. Podróż choć długa, minęła im radośnie, a to za sprawą niezawodnej Esmeraldy, która to nieraz rozweselała ich przypowieścią czy piosenką oraz coraz lepszym samopoczuciu Drogo.
Reszta zaś ruszyła do Michel Delving, gdzie razem (bez zdrowiejącego Drogo i towarzyszącego mu Odo) ponownie zeszli się po dwóch dniach. Rzecz jasna ani Lobelia, ani Milo, czy Rorimak nie próżnowali w tym czasie. Każdy na swój sposób próbował rozeznać się w panujących tu zwyczajach. Wiedzieli już, że by niepostrzeżenie wydobyć mapę Starego Tuka z Domu Mathom, musieliby zmylić pograniczników, ominąć kustoszów i zmierzyć się z groźnym zwierzęciem. Potem zaś co sił w nogach opuścić miasteczko, nim ktokolwiek odkryje zgubę! Chyba, że... jakoś uda przekonać się kustoszkę Malwę Slowfoot, by oddała mapę dobrowolnie. To którą ścieżką podążyć, wciąż było do ustalenia, a całkiem możliwe, że jeszcze nie wszystkie odkryli.

Michel Delving rozciągało się wśród łagodnych zboczy, centralnej części Białych Wzgórz. Było to miasto ciut większe od Hobbitonu i ciaśniej od niego zabudowane domami z drewna, cegieł i kamienia – tu i ówdzie dało się dostrzec też wejście do hobbickiej nory. Najwspanialszą zaś wśród tych nor były ogromne smajale, położone przy szerokiej, brukowanej alei wiodącej przez środek miasteczka. Była to sławna Nora Ratuszowa, siedziba burmistrza Shire. Co ważniejsze, nieco na południe od imponującej nory, na niedalekim, niezbyt wysokim i niezbyt zielonym wzgórzu, wznosił się wielki drewniany budynek o dużych, okrągłych drzwiach w barwie szkarłatu. Od głównej alei wiodła doń wyłożona kamykami ścieżka. To właśnie był Dom Mathom, muzeum Shire. W mieście znajdował się także główny urząd pocztowy i niezliczone warsztaty rzemieślnicze oraz rzecz jasna oberże - było ich aż trzy.
Esmeralda Tuk: odzyskuje punkt nadziei!
Primula Brandybuck: odzyskuje punkt nadziei!
Paladin Tuk II: odzyskuje punkt nadziei!
Lobelia Bracegirdle: przygotowuje się do zadania!
Milo Makary Tuk: przygotowuje się do zadania!
Rorimak Brandybuck: przygotowuje się do zadania! -
Lobelia Bracegirdle 
Michel Delving pozwalało znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, nie to, co Rozstaje. Gdy więc Lobelia zadbała o rzeczy najważniejsze, oznajmiła towarzyszom podróży, czyli Milo oraz Rorimakowi iż planuje udać się na posterunek szeryfów odnaleźć Adę Burrows, by przekazać jej pozdrowienia od matki, z którą miała okazję spędzić czas na rozmowie w Rozstajach.
Po drodze wstąpiła do piekarni Goodyeastów by zakupić bułeczki z nadzieniem z pieczonych jabłek i z cynamonem. Podobno właśnie za takimi przepadała panna Ada, jeżeli matczyne informacje były nadal aktualne. Kto wie, po wyprowadzeniu się z domowych pieleszy w wielki świat, jakim niewątpliwie było Michel Delving i zajęciu pracą szeryfa - która z kolei zbytnio wielkomiejska nie była, może się dziewczynie smaki zmieniły.
Z parasolką pod pachą, paczuszką pysznie pachnących bułeczek (jedną Lobelia zjadła sama, gdyż była głodna), ruszyła w stronę Nory Ratuszowej. Po drodze przystanęła obejrzeć drewniane rzeźby Marcha i Blanca, założycieli Shire.
Stojąc przed ratuszem zadumała się nieco. Mogłaby się odnaleźć na tym stanowisku. Z całą pewnością mogłaby lepiej urządzić całą ich krainę, niż wszyscy burmistrzowie razem wzięci. Niedawno wybrany Pott Whitfoor też zajmował się głównie celebrowaniem bankietów.
Zatupała.
Tak, tak. Zresztą nic dziwnego, że sprawę wybryków w Domu Mathom przekazał młodej Adzie. Lubił zamiatać pod dywan wszelkie problemy. Nie, żeby wybryki w muzeum były czymś nowym. Z tego co słyszała, to ulubione zajęcie młodych niziołków w tym mieście...
Niestety, społeczeństwo uznawało, iż burmistrzem winien być mężczyzna. Lobelia rzadko kiedy uważała tradycję za coś złego, ale tym razem jej umysł nie mógł się pogodzić z takim bezsensownym postępowaniem. Kiedyś jeszcze tu wróci i zobaczymy, czyje będzie na wierzchu.
Czas zobaczyć, czy da się znaleźć Adę i pozyskać od niej jakieś ciekawe informacje. Może uda się ustalić, jak urwisy dostały się do środka. A może udałoby się ustalić, kto to zrobił... Panna Bracegirdle chętnie by z nimi porozmawiała. I to wcale nie po to, aby im prawić kazania... Ale gdyby odkryła, kto to zrobił... mogłaby poprosić ich o małą przysługę, małego psikusa w zamian, za nie wyjawianie tajemnicy... -
Prymula Brandybuck

- Muszę przyznać kuzynie - odezwała się w drodze Prymula - że to nawet dość przerażające. Tak iść gdzieś… z zamiarem. Hmm… innym niż zawsze. Nie w odwiedziny, ani za sprawunkami… Tylko - wzdrygnęła się gdy przeszył ją dreszcz - Czegoś niedobrego. Nawet się nie uśmiechaj Esme! A wiecie, że w Norze Ratuszowej są jamy gdzie trzyma się hobbitów, którzy dopuszczą się… występku? Och… w książkach czytałam, że Duzi Ludzie nazywali to więzieniami. Wyobrażacie sobie? Pozwolicie proszę byśmy najpierw przykładnie odwiedzili Dom Mathom i porozmawiali z kustoszką? Och - widać było, że hobbitka przestała się zwracać do żadnego z nich konkretnie, a raczej głośno myśli - Tylko, że jeśli poruszymy temat mapy, a potem Wy uznacie, że należy ją wykraść to przecież kustoszka domyśli się kto jest winny. Nie. Nie możemy pytać o mapę. Musimy sprawić by sama o niej napomknęła. Już wiem. Może zakład? Założyliśmy się kuzynie o… spinki od mankietu! Pamiętasz tę historię? Ponoć ten czarodziej Gandalf dał Gerontiusowi magiczne spinki, które na polecenie się zapinały i rozpinały! Założyliśmy się, czy przekazał je Domowi Mathom. Ja będę twierdziła, że nie i że w Domu Mathom nie ma żadnych pamiątek po Starym Tuku. Ty przeciwnie. Wtedy kustoszka powinna sama z siebie nam pokazać mapę! - Co rzekłszy Prymula uśmiechnęła się do siebie i pokiwała głową, ale zaraz jednak zmarkotniała - Tylko co wtedy? - Zmarszczyła brwi. Poprawiwszy jednak kapelutek na wciąż o dziwo idealnej fryzurze wzruszyła ramionami - Wtedy zobaczymy co dalej.
-
Esmeralda Tuk


- Może zamkniemy Lobelię w takiej jamie? - zasugerowała pół żartem, pół serio Esmeralda, z nieco złośliwym uśmieszkiem błąkającym się po jej twarzy, gdy słuchała słów Prymuli.
Sama nie do końca wierzyła w te, jak je nazwała, “więzienia” Dużych Ludzi. A już szczególnie trudno było jej sobie wyobrazić, by hobbici potrzebowali podobnych wynalazków! Może dlatego pozwoliła sobie na ten niezbyt uprzejmy żart? Szybciutko pożałowała bycia nieuprzejmą wobec nieobecnej hobbitki, aż policzki jej poczerwieniały ze wstydu.
- Och, Prymulko, to naprawdę dobry plan! - klasnęła w dłonie Esmeralda, już w znacznie lepszym humorze.
Sięgnęła do kieszeni swojej spódnicy i wyjęła kilka nasion słonecznika, które podała na otwartej dłoni sójce siedzącej na jej ramieniu.
- Skoro ta mapa została sporządzona przez Starego Tuka, to czy nie jest tak, że Paladin i ja moglibyśmy ją sobie po prostu zabrać? - zastanowiła się na głos, choć w głębi duszy przeczuwała, że sprawy nie będą aż tak proste.
- A gdyby tak… zaproponować wymianę? Tylko na co? Och, te czarodziejskie spinki do mankietów byłyby doskonałym podarkiem, gdybyśmy je mieli. Ach, no i pewnie kustoszka od razu się zorientuje, że coś spiskujemy z Bilbem, jeśli tylko wyjdzie na jaw, że interesujemy się tą mapą… Hm, hm, hm… No nic to! Będziemy musieli się nad tym zastanowić później, czyli zgodnie z twoim planem!
Esmeralda posłała Prymuli promienny uśmiech, gotowa do przeprowadzenia rekonesansu. Ach, jakże to wszystko było ekscytujące!

-

Nie trudno było zasięgnąć języka, by wywiedzieć się, że codziennie rano, po śniadaniu, burmistrz Pott Whitfoot wysłuchuje raportów pograniczników, a następnie pogranicznicy słuchają jego poleceń i zadań do wykonania. Toteż Lobelia po kilku rozmowach z miejscowymi, doskonale wiedziała gdzie szukać młodocianą Adę Burrows.
Kiedy Lobelia dostrzegła ją po raz pierwszy, akurat przemawiała do stojącego na swoim patio i opartego o drewnianą barierkę burmistrza. Stała dumnie, prosto z wypięta piersią do przodu, w pełnym ubiorze pogranicznika. Właśnie kończyła zdawać swój raport, co dało się poznać po niecierpliwie drepczących z nogi na nogę pozostałych dwóch pogranicznikach. Reszta strażników najwyraźniej przebywała w innych rejonach Shire, zajęta ważkimi sprawami. Ada, pasowała do opisu jej matki doskonale, choć nawet i bez tego trudno byłoby nie dostrzec rodzinnego podobieństwa. Bynajmniej nie chodziło tu o kręcone, kasztanowe włosy, czy rumiane jak cynamonowe bułeczki poliki. Nic z tych rzeczy. Sposób w jaki Ada Burrows relacjonowała swoje poczynania w najmniejszych szczegółach i niezwyciężonym entuzjazmem, jak nic przypominał zapał pani Eglantyny Burrows, gdy ta opowiadała o swojej córce.

– Panno Adaldriado Burrows, oby tak dalej – skwitował burmistrz, szczegółowe przygotowania swojej podopiecznej. – Czuję, że na efekty nie będzie dane mi długo czekać. Wypytajcie o to gospodarstwo w drodze do Małego Delving - chodzi zapewne o Panią Mirabellę. Jest pewna nowa sprawa... hmmm... – burmistrz potrzasnął, dzierżoną w dłoni kartką, by ta się rozwinęła, lecz zaraz sięgnął do kieszeni po kolejną – ...to nie ten, O! Burmistrzu Whitfoot... nad ranem... tak... Tolman Brody z Hobbitonu. Proszę, panie Headstrong, wierzę, że zajmiecie się sprawą. Macie doświadczenie w znikających płotach. Panie Brownlock, nie mam nowych rozkazów dla pana, ale widzimy się dzisiaj na urodzinach naszego kuzyna, prawda?

– Ada? Ada Burrows! - ucieszyła się Lobelia podchodząc do młodej hobbitki. Adaldriada zaczęła machać w jej stronę życzliwie, lecz przestała po chwili, widocznie zdając sobie sprawy, że nie rozpoznaje do końca swojej rozmówczyni. – Jakże się cieszę, że udało mi się ciebie odnaleźć.
– Miło mi powitać, ale proszę wybaczyć pytanie, czy my się znamy? - panienka zmrużyła oczy, lecz nie groźnie, w zamyśleniu tylko i próbie przypomnienia sobie.
– Ah, pewnie mnie nie pamiętasz. Nieczęsto miałyśmy okazję się widywać, to prawda. Jestem Lobelia Bracegirdle. Z tych Bracegirdlów z Kamiennego Sioła. W drodze do Michel Delving spotkałam w Rozstajach twoją mamę i trochę sobie porozmawiałyśmy. Skończyłaś już poranną odprawę? Możemy gdzieś usiąść porozmawiać? Poza tym... mam coś dla ciebie.
Hobbitka z zaciekawieniem patrzyła na Lobelię dużymi oczyma. Zapewniła swoją rozmówczynię, że już sobie przypomniała skąd ją kojarzy, ale czy było to prawdą, czy tylko grzecznościowym kłamstewkiem nie należało rozstrzygać.
– Odprawa? Tak zakończona, ale mam dzisiaj dużo pracy, chyba, że mogę w czymś pomóc? Pogranicznicy są od pomagania, szanowna Lobelio z Bracegirdlów! Jestem zobowiązana! Może usiądziemy tam? - hobbitka wskazała na posąg Marcha i Blanca - Spójrz, jak rozkosznie świeci tam słońce!– Świetnie - ucieszyła się Lobelia na wskazane miejsce. - Proszę, poczęstuj się - przekazała bułeczki z pieczonymi jabłkami i cynamonem.
– Mama opowiadała mi, że rzeczywiście masz dużo pracy. Wszyscy jesteśmy dumni, że czuwasz nad spokojem hobbitów w Shire - Lobelia pokiwała głową sama do siebie. - Wspominała też, że prowadzisz obecnie dochodzenie w sprawie Domu Mathom. Skaranie z tymi urwisami, nieprawdaż?– Moje ulubione! Skąd Pani wiedziała? – Ada nie broniła się przed poczęstunkiem, wręcz przeciwnie, przez całą późniejszą rozmowę upewniwszy się, że nie będzie to problemem, sięgała po kolejne kąski. – Ach tak... choć sprawa wydaje się być dziwna. Nic nie zginęło... no prawie, ale się znalazło, więc przynajmniej nie mamy tu złodziei, to byłoby straszne! Wyobraża sobie Pani coś takiego? Brrr! Za to pies Pani Slowfoot, głównie nad ranem ujada tak głośno, że budzi Panią Slowfoot. Wydaje się, że skutecznie płoszy intruzów, choć znalazłam ostatnio odrobinę błota z popiołem. Hmm... Ale dość o tym, nie mogę zdradzać szczegółów, póki śledztwo trwa. W czym mogę pomóc?
– Ah, tak, jest coś, w czym możesz mi pomóc. Zanim jednak o tym opowiem, chciałbym zaproponować coś w zamian. Nie chcę, abyś sądziła, że chcą coś za nic, nikt czegoś takiego o Bracegirdlach nie powie!
– Zatem, chciałam zapytać, czy nie chciałabyś pomocy ode mnie. Nie, żebym wątpiła w to, że sama też sobie świetnie poradzisz - zastrzegła od razu Lobelia. - Pomyślałam jednak, że może przydałby ci się tajny współpracownik. By zrobić... - tu wykonała pazuję - ...prowokację...
– Tak, dobrze słyszysz. Prowokację. Już tłumaczę. Dajmy na to, że szukam kogoś, kto mógłby na zlecenie wynieść coś z Domu Mathom. I znajduję kogoś takiego. Obiecuję mu zapłatę. Umawiamy się, że przynosi mi skradzioną rzecz, a wtedy Ty, przyczajona, nakrywasz go na gorącym uczynku. Sama nie możesz tego zrobić, przecież wiedzą, kim jesteś i co planujesz zrobić, prawda?przyznano bonusową kość (bułeczki)!
Lobelia Bracegirdle: zagadki (PT 12) - |
| 1, 4, 4,
| - wielki sukces!
Lobelia Bracegirdle: przekonywanie (PT 12) - | 1 | 5,
| - wielki sukces!Adaldriada z początku nastroszyła uszy i zmarszczyła nosek na ową p r o w o k a c j ę, ale Lobelia sprawiała wrażenie osoby bardzo uczciwej i była przecież z wielce szanowanej rodziny Bracegirdle'ów.
– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – przyznała – Będziemy musiały to dobrze zaplanować, żeby przypadkiem ktoś trzeci nie wpadł w tę pułapkę! Ale dobrze, najpierw powiem ci co wiem.Lobelia indagowała młodą Adę, budując sobie w głowie obraz sytuacji.
Zatem, od jakiegoś czasu dokonywano tajemniczych wizyt z Domu Mathom. To, co ją zaintrygowało to fakt, że uprzednio przez jakiś czas nie można było znaleźć zapisków Gerontiusa Tuka. Sądzono, że padły one łupem złodzieja, ale potem się okazało, że jednak się odnalazły. Brzmiało znajomo? Owszem...
Jakby ktoś wypożyczył sobie coś na chwilę... wszedł do środka, zabrał, potem oddał. Bardzo ciekawe, czy Bilbo interesował się wcześniej tymi zapiskami. Jeden szczegół jej w tym wszystkim nie pasował. Książkę odnaleziono po dwóch dniach od jej zniknięcia. To za mało, aby trafiła do Bag Endu i z powrotem. Ale i na to miała rozwiązania. Albo zniknięcie zapisków zauważono dużo później, niż one nastąpiły, albo... Bilbo był wtedy w Michel Delving i dwa dni mu starczyły.
Dowiedziała się też, że złodziej grasował zwykle nad ranem. Przynajmniej, jeżeli sądzić po szczekaniu Fajerwerka. Państwo Slowfootowie chodzili sprawdzać, co się dzieje, ale nigdy nikogo nie znaleźli. Zupełnie, jakby ten ktoś miał na sobie czapkę-niewidkę. Frapujące...
Włamywacz też często zdaje się nic nie zabierał. Jedynym śladem jego obecności były poprzestawiane przedmioty. Jakby... czegoś szukał?
Co jednak ze znalezioną kurą? Odbiegała od schematu. Raz, że coś znaleziono. Dwa, że pies szczekał około północy. Sprawa kury na razie była niejasna. Do tego kurę znaleziono w zamkniętym gabinecie...
Za to ostatnie „włamanie” odbyło się noc przed tym, gdy wyruszyli z Bag Endu. Tym razem nocny gość pozostawił po sobie ślady błota (wszak mocno padało dnia poprzedniego) oraz popiołu. Bardzo wyraźny trop wskazywał więc na kominek. Trop może aż nadto wyraźny... Kominek był w gabinecie, a jednak śladów w gabinecie nie znaleziono. Znaleziono je zamiast tego u dołu schodów.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin szedł obok wozu, raz trzymając się burty, raz puszczając ją zupełnie bez powodu, jakby sprawdzał, czy wóz przypadkiem sam nie postanowi gdzieś pojechać.
— Mapa, powiadacie… — mruknął, marszcząc nos. — Mapa Starego Tuka, w Domu Mathom, w środku miasta, gdzie jest więcej oczu niż rodzynek w porządnym cieście z rodzynkami.
Spojrzał na Prymulę, potem na Esmeraldę, potem gdzieś przed siebie, gdzie nic szczególnego nie było.
— Zakład ze spinkami… — powtórzył powoli. — To jest plan. Plan z historią. A plany z historią są lepsze, bo brzmią jak coś, co już się kiedyś udało.
Podrapał się po brodzie.
— Tylko że… — zawahał się — …jak ona nie pokaże mapy, to przegramy zakład. A ja nie mam spinek. I nie znam nikogo, kto ma takie, co się same zapinają, chyba że… — zmrużył oczy — …to był ten czarodziej. Ale czarodzieje mają swoje zwyczaje i raczej nie pożyczają spinek na poczekaniu.
Spojrzał na Esmeraldę.
— A zabranie jej tak po prostu… — ściszył głos — …to brzmi jak coś, co najpierw wydaje się bardzo rozsądne, a potem człowiek… znaczy hobbit… kończy w jamie. Tej z książek. Bez kolacji.
Zadrżał lekko.
— A ja jestem przeciwny pomysłom bez kolacji.
Zamyślił się głębiej, aż prawie przystanął na środku drogi.
— Wymiana… — mruknął. — Wymiana jest uczciwa. Tylko trzeba mieć coś, co kustoszka uzna za lepsze niż mapa. A mapa Starego Tuka… — pokręcił głową — …to nie byle marchewka z ogródka.
Nagle podniósł głowę.
— Albo nie musi być lepsze! — ożywił się. — Może być ciekawsze. Ludzie… znaczy hobbici… lubią rzeczy ciekawe. Jak coś jest wystarczająco ciekawe, to zapominają, że mieli coś jeszcze.
Zaraz jednak jego mina zrzedła.
— Tylko pytanie, czy my mamy coś ciekawego. — Rozejrzał się po nich wszystkich, jakby ktoś mógł mieć coś w kieszeni i o tym nie wiedzieć.
Spojrzał na Oda. Potem na resztę. Potem znów na drogę.
Poprawił kamizelkę, jakby to miało uporządkować sytuację.
— Zatem — podsumował, choć wcale nie brzmiał jak ktoś, kto naprawdę podsumował — idziemy do Domu Mathom. Zakład. Spinki. Rozmowa. Bez słowa „mapa”. Patrzymy, słuchamy, kiwamy głowami jak porządni odwiedzający.
Zawahał się jeszcze.
— A jak się nie uda… — dodał ciszej — …to wtedy będziemy się martwić, jak się nie udało. Nie wcześniej. Wcześniejsze martwienie się jest marnowaniem dobrego nastroju.
Po czym ruszył dalej, mrucząc pod nosem:
— Mapa, sowa, łódka, płot… zupełnie zwyczajna podróż. Zupełnie.