Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje fantasy
  3. Rozgrywka
  4. [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
Sprzysiężenie Czerwonej Księgi
RewikR
Rewik jako
Mistrzyni Wiedzy
Mistrz Gry
WiredW
Wired jako
Rorimak Brandybuck
GreKG
GreK jako
Paladin Tuk II
MarrrtM
Marrrt jako
Primula Brandybuck
GladinG
Gladin jako
Lobelia Bracegirdle
PaniczP
Panicz jako
Milo Makary Tuk
Pan ElfP
Pan Elf jako
Esmeralda Tuk

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
sprzysiężenie czerwonej księgi
84 Posty 7 Uczestników 1.2k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MarrrtM Niedostępny
    MarrrtM Niedostępny
    Marrrt jako Primula Brandybuck
    napisał ostatnio edytowany przez
    #50

    Prymula Brandybuck
    text alternatywny

    Prymula lubiła czytać. Nie tylko dlatego, że czytanie było w dobrym hobbickim guście. Zwyczajnie była ciekawa tego co skrywały pożółkłe strony spisanych niedawno, lub przeciwnie lata temu ksiąg. A biblioteka Brandy Hallu była pod tym względem miejscem specjalnym w Shire, bo zawierała bodaj najwięcej dzieł. I to nie tylko takich co wyszły spod pióra Hobbita! Były tam też dzieła, bez wątpienia Dużych Ludzi, krasnoludów, a Prymula miała też podejrzenia, że niektóre pergaminy mogły być dziełem elfów. Niewiele hobbitka rozumiała z tych zagranicznych treści o dawnych czasach nierzadko przeplatanych nieznanymi jej językami. Ale były momenty, że potrafiła skojarzyć nieoczekiwanie żywe treści z aktualnymi wydarzeniami. Ot jak choćby teraz gdy Lobelia streściła o dziwnym świetle, które widziały krasnoludy.

    - Czytałam, że w tych górach były krasnoludzkie pałace. Strażnice Dużych Ludzi. A w dolinie Sarn mieszkali Elfowie. Bardzo dawno temu - powiedziała z przejęciem swoim delikatnym głosem gdy usiedli w końcu razem - I wszystko przepadło gdy zjawiło się czarnoksięskie królestwo Angmaru. A teraz widać tam tajemnicze światło, co płoszy stwory… - zaraz jednak uśmiechnęła się przepraszająco jakby chcąc zatuszować zainteresowanie tak niestosowną historią - To doprawdy wspaniały temat na bajkę. Dla dziecka. Nie uważasz Drogo?

    Hobbit pogładził się po surducie, upił piwa i zabrał się za czyszczenie fajki.
    - Światełka w górach to nie temat dla szanujących się hobbitów - odparł poważnie, ale zaraz odwzajemnił uśmiech i dodał - szanujących się DOROSŁYCH hobbitów. Maggotowi wszak kurę to i myśmy w młodym wieku z Rory’m niegdyś… odpożyczyli. Pamiętasz druhu? Ale co się tyczy Borsuczych Jam to i ja słyszałem, że coś - obejrzał się i upewnił, że Lobelia rozmawia z panią Burrows - JEST na rzeczy. Taffy Proudfoot, której mąż mleko rozwozi też wspomina, że w osadzie górniczej nietęgie humory panują, a hobbici tam dziczeją. Bledną. Kaszlą. I mruczą pod nosem. Jak jakieś krasnoludy. Ktoś coś o czaszce Golfimbula mówił, że to jej sprawka. A teraz ten niby stwór tego Dużego Człowieka. No! Można rzecz, że pomysł mojego kuzyna jest w tym wszystkim tylko niewinnym bzikiem! Choć jak widać nie on jeden ma ochotę jej figla spłatać. Ciekawe, czy to nie maggotowa kura się w Domu Mathom znalazła! To byłaby heca!

    - Och nie pleć Drogo - odrzekła Prymula tłumiąc śmiech - Przecież to dzień drogi kolaską. Skąd by kura Maggota miała się wziąć w Domu Mathom. Zresztą Maggot też ma psy. A one pilnują mu kur. Jak jakaś ucieknie to w zębach przynoszą, a krzywdy nie zrobią…

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    2
    • PaniczP Niedostępny
      PaniczP Niedostępny
      Panicz jako Milo Makary Tuk
      napisał ostatnio edytowany przez Panicz
      #51

      Milo Makary Tuk

      Kto się pracy nie boi, temu i przygoda nie straszna, myślał Milo. Aforyzm na co dzień nie plątał mu się na języku, ale w razie co pasował, by osłonić się, gdyby szacowni hobbici mieli wziąć pod lupę Milowe niecodzienności. Może i robił, co nie trzeba (i nie wiadomo po co, jak wielu by dodało), ale co trzeba też robił, prowadząc dom i ogród jak należy, nie migając się obowiązków i powinności.

      Tym sobie dodawał otuchy i teraz, gdy mocząc nogi po same uda, w podwiniętych (nadaremnie) spodniach wbijał w dno rzeczki płotowe pachołki. Nie bał się ani wysiłku, sapiąc i pogwizdując przy brnięciu w wodę (trochę dla dodania sobie animuszu, bo jednak nurt rwał, oj rwał!), ani wyzwania. Tego jednak, że zostanie wzięty za wandala i przylgnie doń już nie tyle łatka dziwaka, co jeszcze chuligana, nieco się obawiał. Wynagrodzę co trzeba, sam zbiję i złożę. Płot będzie jak nowy, myślał przy każdym kolejnym kołku, który lądował wbity w dno, wyskubany z ogrodzenia.

      Po jakimś czasie, mokry i zmarznięty, ale nadrabiając miną (bo szkoda było się dąsać, gdy miał taki doping od Esmeraldy i jej sójki-przyjaciółki), hobbit przeprawił się na drugi brzeg. Przejście było możliwe i przedostać mogli się oboje, ale wysiłek okazał się zbędnym, bo oto łodzią nadpłynęli Paladin i Rorimak.

      – O do kroćset - zaklął pod nosem Tuk, smarkając w wierzbowy listek, gdy nikt nie widział. Rozbieranie parkaniku na marne i spadnie mu tu jeszcze odium psuja na darmo! Trzeba będzie Brody'emu wynagrodzić. Postawię i pomaluję ładnie, zapewniał w duchu Milo całe patrzące nań Shire. Pożytek będzie dla kogoś przynajmniej, jak przyjdzie im się przeprawić, usprawiedliwiał się.

      – O panowie, skądeście wytrzasnęli taką linę? – Tuk zasalutował im, jak zdawało mu się, że robią duzi ludzie przy takich okazjach. - Widzisz Esme, czeka Cię nawet i wspinaczka po linie jak w małpim gaju! Tegoś na pewno nie planowała!

      Z Wodą za plecami, z ciepłą ziemią pod stopami, problemy zniknęły z głowy Makarego. Hobbit zapomniał o obawach, zimnie, katarze i mokrych nogawkach. Szedł żywo, ciesząc się wiosną i gdy złapało go słonko, zaczął sobie podśpiewywać, nie czując jak robi to głośniej i głośniej.

      ♫♪Miast kapelusza mi chmura,
      Gdy wiosna mnie słońcem otula,
      Zbędne mi szaty i stroje
      Gdy wiosna otwiera podwoje

      Szlak, ani siennik nie twardy,
      Gdy błękit nade mną otwarty,
      Nie straszny głód, ni pragnienie,
      Gdy prosi lasu schronienie

      Staję za stają wędruję,
      A wcale zmęczenia nie czuję,
      Nie groźne podróży trudy,
      Gdy grają piosenki nuty♪♫*

      - O! - przerwał nagle, ujmując z głowy kapelusz, którego podobno nie było mu trzeba. - Dotarliśmy! Poznaję gospodę! To Postój Wędrownika!

      Nie byli na miejscu pierwsi i nie byli na miejscu w porę, ale dotarli. Pierwsza, mokra robota za nimi.

      text alternatywny

      Milo ucieszył się na gwar i wesoły chaos Wędrownika, obeschły już całkiem i z myślami biegnącymi dalej w kalendarz. Nie myślał o konspiracji, gdy zobaczył Lobelię, Prymulkę i Droga, bo dziwniejszym byłoby chyba, aby hobbit nie zbratał się przy takiej okazji z każdym z kuzynostwa, które napotka (choćby na krótko i choćby kuzynostwo było to najodleglejsze).

      Tuk, czując tak powinność, jak i przyjemność, postawił kolejkę korzennego piwa towarzyszom własnej przeprawy. Gawędzili wesoło i Milo zaśmiewał się, słuchając o dzikich pochrapywaniach Brody'ego, który za zasłoną tataraku był jak i Bestia za Murem. Tak, strach miewał wielkie oczy!

      Milo – w przeciwieństwie do Lobelii, która bujdy o strasznościach traktowała tak jak się powinno, czyli jak bujdy, więc rzecz nie wartą rozmowy – na plotki o rzeczach niestworzonych i dziwacznych miał wielki apetyt. Nie był mąciwodą, ani plociuchem, więc jeśli nawet zasłyszał taką czy inną smakowitą dziwaczność, nie podawał jej bezmyślnie dalej, ani nie potakiwał opowiadaczom na każde ich wydumanie, trzymając raczej grzeczny, ale zaciekawiony dystans. Tam, gdzie Lobelia odpuściła, Makary był gotów podłapać wątek, chłonąc goryczkę piwa, ciepło kominka i iskrę przygody.

      Z rzeczy konkretnych pozostawał jednak nocleg i tu pani Bracegirdle pokazała, że ma głowę na karku, pomyślawszy o wszystkim, nim jeszcze Wodniacy przybyli na miejsce. Milo rzeczywiście mógł pomóc Baldowi – kto wie, jaka to sowa pohukiwała mu pod dachem? Pomóc bliźniemu się wyspać było dobrym uczynkiem, a że przy okazji może dałoby radę podpatrzeć jakiś ciekawy gatunek? Sóweczkę? Włochatkę? Może pójdźkę, albo syczka? O, już mniejsza o sam nocleg, ale okazja na kanapkę przyjemnego w pożytecznym była przednia!

      – Uszanowanie, Baldo – Hobbit zaszedł do stolika dalekiego krewniaka, kiwając głową i dając znak gospodarzowi, by podskoczył z zamówieniem. – Uwagi mej doszło, że Matka Natura uwzięła się na ciebie i noce masz nieprzespane.

      – A szkoda gadać... – Bunce oczy miał podkrążone i chwilę łypał nimi na Tuka, nim wyłapał jego imię z pamięci. - Milo. Szkoda gadać, ptaszysko spać nie daje...

      – Bieda, prawdziwie, drogi Baldo. Ale rzeknij, mógłbym zerknąć w sprawę ze swej perspektywy? - Milo pokiwał mu na zachętę, jakby samo zainteresowanie mogło już być pocieszeniem. - Znam się trochę na zwierzakach, słyszałeś pewnie, co o mnie plotą... Może będę w stanie pomóc przepłoszyć to sówsko...

      Tuk miał nadzieję, że kuzyn nie da się prosić – widać było po worach pod oczami i mętnym wzroku, że za dobry sen zapłaciłby złotem. Makary planował już jak udając jastrzębia albo puchacza zdoła wystraszyć mniejszego ptaka i załatwi strapionemu Baldowi ukojenie... A w najgorszym razie, jeśli to nie pomoże, zgotuje mu ziółka, które przynajmniej dadzą biedakowi się wyspać.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      2
      • RewikR Niedostępny
        RewikR Niedostępny
        Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
        napisał ostatnio edytowany przez Rewik
        #52

        text alternatywny

        Bunce zrazu oczy otworzył i sam jak sowa przez chwilę wyglądał.
        – Ho, ho! Byłoby wspaniale! – Baldo nie wyjawił, że płoszyć ją już próbował, ale bez efektu, bo ptaszysko zaraz wracało, jakby na złość. – Mam gospodarstwo niecałe ćwierć mili stąd, a i... a co mi tam opłacę wam tu posiłek i trunek i coś na rano wezmę.

        text alternatywny

        Rorimak, Paladin, Milo, Odo

        Faktycznie, spacer był krótki nawet dla kogoś, kto miał już wilka staj w nogach. Gospodarstwo było niewielkie, acz sala wspólna przy palenisku miała swój urok. Bunce parał się uprawą różnych warzyw, ale też czasem zbierał drewno na opał dla siebie i na sprzedaż, miał więc zapas, który to ledwie tylko nadwyrężył, kiedy tylko usadowili się w środku i wziął się za przygotowanie ciepła dla gości (w czym później wyręczył go Milo).

        Otrzymali od niego jeszcze koce, dzbanek piwa i koszyk ułomków chleba na noc, w razie gdyby komuś zaburczało w brzuchu. Bunce wcale, a wcale nie wtykał nosa w ich sprawy, upewniał się tylko, czy mają wszystko czego im potrzeba.
        – Zjawia się zwykle o zmierzchu, lub trochę później, jak już podje trochę, ale może dzisiaj się mnie nie spodziewała, więc nie zjawi się wcale. Może się nam poszczęeee... – Baldo ziewnął przeciągle. – Na poddaszu zwykle przesiaduje, a wejście tam po drabinie od zewnątrz na szczycie do...
        – HUUU-HU-HU-HUUUU!

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • Pan ElfP Niedostępny
          Pan ElfP Niedostępny
          Pan Elf jako Esmeralda Tuk
          napisał ostatnio edytowany przez
          #53

          Esmeralda Tuk

          text alternatywny

          text alternatywny

          Esmeralda ucieszyła się niezmiernie na widok własnego brata i towarzyszącego mu Rorimaka, wracających tryumfalnie z liną w dłoniach.

          - Hejże, ho! - zakrzyknęła radośnie, podrywając się z trawy z takim impetem, że sójka, która odpoczywała na jej ramieniu, musiała czym prędzej wzbić się w powietrze, by nie spaść w niegodny sposób.

          Hobbici całkiem sprawnie przeprawili się przez rzeczkę - choć trzeba przyznać, że była to przygoda niezmiernie niebezpieczna i ekscytująca zarazem… przynajmniej w oczach Esmeraldy. Tak też później, tego samego wieczoru, a nawet po latach, opowiadała z przejęciem, jak to woda niemal porwała Paladina, jak Rorimakowi stopa ugrzęzła między zdradliwymi kamieniami, jak konstrukcja z palików prawie rozpadła się w ostatniej chwili - oraz jak ogromny rzeczny potwór wynurzył się z odmętów, rozwierając paszczę, by pożreć całą czwórkę. Na szczęście Esmeralda zdzieliła bestię tukowym kosturem prosto w łeb, dzięki czemu wszyscy mogli czmychnąć na drugi brzeg.

          - Naprawdę tak było! - zapewniała z poważną miną w gospodzie, popijając korzenne piwo.

          I tylko sójka spoglądała na nią z wyraźnym powątpiewaniem, wiedząc doskonale, że żadna z tych dramatycznych scen nigdy nie miała miejsca.

          W przeciwieństwie do Prymuli i Lobelii, Esmeralda nie przykładała wielkiej wagi do plotek - a już zwłaszcza do tych dotyczących córek ciotek stryjecznych od strony ojca zięcia czyjejś babki. Toteż jedynie ceremonialnie przewróciła oczami, gdy Parasolica odeszła od ich stolika, wyraźnie znudzona opowieściami o rzecznych potworach i innych niezwykłościach. Tukówna machnęła za nią ręką i wróciła do swojego kufelka, z o wiele większym zainteresowaniem przysłuchując się temu, co ją naprawdę pociągało - nawiedzonym kamieniołomom, tajemniczym i nikczemnym zjawom, wszystkiemu, co nieprawdopodobne i choć odrobinę niebezpieczne.

          Gdy więc Prymula i Drogo zaczęli opowiadać o tajemniczych światełkach, Esmeralda przestała się wiercić, wytężyła słuch i skupiła całą uwagę na tej historii. Wyobraźnia porwała ją daleko w góry, gdzie wędrowała, wiedzioną duchem przygody i ciekawością nieprzystającą - jak mawiano - dorosłym i poważnym hobbitom z parasolkami.

          Kiedy Milo postanowił wyruszyć, by pomóc w sprawie przerażającej sowy, Esmeralda była już niemal przy nim - jedną nogą gotowa do drogi. Drugą zaś tkwiła już w cieplutkim łóżeczku, pod kołderką, najedzona i gotowa do długiego snu. Ziewnęła przeciągle i cofnęła nogę, bo zmęczenie po długim dniu i rzecznych “zmaganiach” dało o sobie znać.

          Rankiem bardzo chciała wyruszyć do Michel Delving, lecz wciąż pozostawała sprawa niecierpiąca zwłoki - spuchnięta i nieszczególnie sprawna noga biednego Droga. Esmeralda, choć pragnęła dalszych przygód, nie mogła opędzić się od współczucia, widząc Prymulę zatroskaną o ukochanego. Postanowiła więc odłożyć na bok własne kaprysy i pomóc w wyprawie do lekarza.

          W myślach już uknuła plan: w drodze tam będzie rozweselać Droga, by dodać mu otuchy, a w drodze powrotnej to samo ofiaruje Prymuli - by pokrzepić jej zmartwione serce i zapewnić, że wszystko dobrze się skończy.

          text alternatywny

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • GreKG Niedostępny
            GreKG Niedostępny
            GreK jako Paladin Tuk II
            napisał ostatnio edytowany przez
            #54

            text alternatywny

            Paladin Tuk Drugi.

            Paladin drgnął tak gwałtownie, że omal nie wylał sobie piwa na kolana.

            — No proszę — mruknął, mrużąc oczy. — Znowu coś, co brzmi jak coś, czym nie jest.

            Z zewnątrz poniosło się przeciągłe:

            — HUUU-HU-HU-HUUUU!

            Paddi uniósł palec.

            — To ma być sowa — oznajmił tonem hobbita, który już raz się pomylił i nie zamierza robić tego drugi raz. — Tylko że… — zawahał się — …czy sowa powinna tak bardzo się starać?

            Spojrzał podejrzliwie na sufit.

            — Bo ostatnio też było „grrr-ghrrr”, a wyszedł z tego hobbit w łódce. I to z brodą. — Pokręcił głową. — Ja już nie ufam odgłosom. Odgłosy są zwodnicze.

            Znów:

            — HUUU-HU-HU-HUUUU!

            Paladin zmarszczył brwi jeszcze bardziej.

            — To może być sowa. — Skinął głową. — Ale równie dobrze może być hobbit, który próbuje być sową. Albo sowa, która próbuje być hobbitą. Świat jest skomplikowany.

            Podszedł do drzwi i wyjrzał ostrożnie w stronę poddasza.

            — Powiedziałeś, że zwykle przesiaduje na górze? — rzucił przez ramię do Bunce’a. — Bo jak to faktycznie sowa, to siedzi. A jak to hobbit… to też może siedzieć. Hobbici lubią siedzieć.

            Zadarł głowę ku szczytowi domu, gdzie drabina prowadziła na poddasze.

            — Można by sprawdzić — mruknął. — Tak dla pewności. Naukowo.

            Zrobił krok w stronę wyjścia, po czym zatrzymał się.

            — Chyba że ktoś inny chciałby. — Odchrząknął. — Bo ja oczywiście mogę. Drabiny nie są mi obce. Kiedyś wszedłem na stołek. To prawie to samo, tylko wyżej.

            Znów huknęło:

            — HUUU-HU-HU-HUUUU!

            Paladin skrzywił się.

            — To brzmiało trochę… obraźliwie.

            Odwrócił się do Rorimaka, Milo i Oda.

            — Dobrze, plan jest taki: ja wchodzę. Powoli. Cicho. Jeśli to sowa, to ją zobaczę. Jeśli to hobbit… to zobaczę też. A jeśli to coś trzeciego, to zawołam. Tylko nie za głośno, żeby nie spłoszyć czegokolwiek, co udaje cokolwiek.

            Westchnął i złapał się pierwszego szczebla drabiny.

            — I pamiętajcie — dodał półgłosem — jeżeli to znowu będzie zwykły, spokojny ktoś, kto tylko wydaje dziwne odgłosy… to ja nic nie mówiłem o wilkach. Ani o potworach. Ani o sowach-hobbitach.

            Po czym zaczął się wspinać, mrucząc pod nosem:

            — Huu-hu, powiada… zobaczymy, kto tu komu hu-hu…

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            3
            • RewikR Niedostępny
              RewikR Niedostępny
              Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
              napisał ostatnio edytowany przez Rewik
              #55

              5399c044-253b-4b6a-9dc0-46affe430f3a-image.png

              Paladin Tuk II: polowanie (PT 15) - | 4, 7 | 1 | - porażka!

              Paladin Tuk Drugi coś zobaczył. Nie było to coś trzeciego, bo nie wołał. Ujrzał więc coś pierwszego lub drugiego, lub jeszcze coś kolejnego. Miało to pióra i oczy wielkie i dziób straszliwy, zakrwawiony świeżą zdobyczą (znaczy tak, zapewne niejeden hobbit później by to opowiadał). Pazury zdolne rozszarpać żywą istotę, a istot tych trochę leżało na poddaszu. Stwór przesiadywał w półmroku, groźny gotów do ataku. Dopiero, gdy Paladin szerzej otworzył drzwiczki, światło wpadło do poddasza, rozwiewając wszelkie wątpliwości co do sowości sowy, no chyba że coś bardzo dobrze sowę udawało. Cos lub ktoś. Pewności nigdy nie mógł mieć, więc należało działać ostrożnie. Tylko co właściwie należało zrobić?

              – HU?

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • GreKG Niedostępny
                GreKG Niedostępny
                GreK jako Paladin Tuk II
                napisał ostatnio edytowany przez
                #56

                text alternatywny

                Paladin Tuk Drugi.

                Paladin najpierw zobaczył oczy.

                Potem zobaczył drugie oczy.

                A potem zrozumiał, że to wciąż te same, tylko bardzo, bardzo duże.

                Zamarł na drabinie, z jedną stopą w powietrzu i ręką kurczowo trzymającą framugę.

                — Hu… huuu? — odpowiedział odruchowo, zanim zdążył pomyśleć, że właśnie rozmawia z czymś, co ma dziób większy niż jego łyżka do zupy.

                Światło wpadło szerzej. Pióra. Dziób. Krew. Małe, bezsprzecznie martwe stworzonka rozsiane po poddaszu.

                Paladin przełknął ślinę.

                — To jest… — wyszeptał do siebie — …bardzo przekonujące przedstawienie sowy.

                Sowa przekrzywiła głowę.

                — HU?

                — No właśnie! — syknął Paddi, unosząc palec, jakby prowadził uczoną dysputę. — Tak samo mówię. „Hu”. Bardzo sowio. Aż podejrzanie.

                Zrobił maleńki krok w tył, ale drabina skrzypnęła i zatrzymał się w pół ruchu.

                — Spokojnie — mruknął, bardziej do siebie niż do niej. — To nie wilk. Wilki nie mają piór. Chyba że wyjątkowo źle się potoczyło ich życie.

                Sowa poruszyła skrzydłem. Pazury błysnęły.

                Paladin wciągnął powietrze przez zęby.

                — Dobrze. — Skinął głową bardzo poważnie. — Załóżmy roboczo, że jesteś sową. Prawdziwą. Autentyczną. Z krwi i… — zerknął na zdobycz — …z innych rzeczy.

                Z dołu dobiegł czyjś szept.

                Paladin nie odwrócił głowy, tylko odpowiedział półgłosem:

                — To zdecydowanie sowa! Albo ktoś, kto sowę bardzo dobrze udaje! Ale stawiałbym na sowę!

                Znów spojrzał w wielkie oczy.

                — Nie mam nic przeciwko tobie osobiście — wyjaśnił uprzejmie. — Siedzisz tu. Huczysz. Zjadasz… co tam zjadasz. To bardzo w porządku zajęcie dla sowy.

                Sowa zamrugała.

                — Tylko wiesz — ciągnął dalej, coraz bardziej konfidencjonalnie — my tu nocujemy. I jak będziesz tak… teatralnie huczeć, to hobbici na dole będą sobie wyobrażać różne rzeczy. A wyobraźnia już nam dziś zrobiła kilka figli.

                Zrobił jeszcze pół kroku w tył.

                — Nie zamierzam cię ruszać. Ty nie ruszaj mnie. Uznajmy, że się widzieliśmy, ale nie znamy. To bardzo cywilizowane podejście.

                Sowa wydała krótsze:

                — Hu.

                Paladin skinął głową z powagą.

                — Właśnie tak. Rozsądnie.

                I zamknąwszy ostrożnie drzwiczki do poddasza, powolutku, szczebel po szczeblu, zaczął schodzić na dół, mamrocząc pod nosem:

                — Sowa jak malowana… z pazurami jak grabie… i z obiadem rozrzuconym po całym poddaszu… Zupełnie normalny wieczór. Zupełnie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                3
                • GreKG Niedostępny
                  GreKG Niedostępny
                  GreK jako Paladin Tuk II
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #57

                  text alternatywny

                  Paladin Tuk Drugi.

                  Paladin, już na dole, stał chwilę z rękami założonymi na brzuchu i miną stratega, który właśnie odkrył, że jego przeciwnik ma skrzydła.

                  — Dobrze — oznajmił półgłosem. — Mamy sowę. Prawdziwą. Zawodową. Z doświadczeniem w huczeniu.

                  Zadarł głowę ku sufitowi.

                  — A my chcemy spać. To są dwie potrzeby, które się gryzą. Jak pazury z poddasza.

                  Zaczął chodzić w tę i z powrotem, coraz bardziej nakręcając się własnymi pomysłami.

                  — Można ją… przekonać. Uprzejmie. — Wskazał palcem w górę. — Wejść i powiedzieć: „Szanowna Pani Sowo, czy rozważyłaby Pani zmianę lokalu?”. Tylko że ona wygląda na taką, co odpowiada wyłącznie „hu”, a z „hu” trudno wynegocjować ciszę nocną.

                  Zatrzymał się.

                  — Można ją przegonić hałasem. — Zmarszczył brwi. — Ale wtedy będziemy robić większy hałas niż ona. A ja już dziś nasłuchałem się różnych „rrrgh” i „huuu” na zapas.

                  Uniósł nagle palec.

                  — O! Można spróbować ją… znużyć.

                  Spojrzał na pozostałych z powagą.

                  — Jeśli będziemy huczeć w odpowiedzi. Równo. Jednostajnie. Bez pasji. To może uzna, że teren jest zajęty przez większą, bardziej monotonną sowę i się wyprowadzi.

                  Zamyślił się chwilę, po czym pokręcił głową.

                  — Albo przeciwnie. Uzna to za zaloty. A tego bym nie chciał rozwijać.

                  Westchnął.

                  — Można też wejść i delikatnie postukać w belki. Tak, żeby uznała, że dach jest… niestabilny. Sowy lubią stabilność. Ja też.

                  Przechylił głowę.

                  — Ewentualnie… — ściszył głos — …przenieść jej kolację. Te wszystkie drobne stworzonka. Jeśli uzna, że spiżarnia się pogorszyła, może zmienić adres.

                  Zaraz jednak skrzywił się.

                  — Tylko że to oznaczałoby wejście tam jeszcze raz. A ja już raz byłem bardzo blisko jej pazurów i uważam, że to wystarczy na jeden wieczór.

                  Znów spojrzał w sufit, gdy rozległo się przeciągłe:

                  — HUUU-HU-HUUU!

                  Paladin drgnął.

                  — Najrozsądniej — powiedział w końcu tonem kogoś, kto właśnie odkrył prawdę objawioną — będzie przekonać ją, że tu straszy. Nie my. Tylko dom.

                  Oczy mu błysnęły.

                  — Jeśli Milo porządnie rozdmucha ogień, a my zaczniemy chodzić ciężko, przeciągać ławy, postukiwać… niech pomyśli, że to miejsce jest głośne, ruchliwe i zupełnie nieodpowiednie dla sowy ceniącej spokój.

                  Nachylił się bliżej reszty.

                  — Sowa przyszła, bo było cicho. Zróbmy, żeby było niecicho. Ale z umiarem. Tak, żeby Bunce nie uznał, że to my jesteśmy potworem zza Zielonego Muru.

                  Po chwili dodał poważnie:

                  — A jeśli nic nie zadziała… to zawsze możemy spać na zmianę. Jedno ucho śpi, drugie słucha. Ja mam całkiem pojemne uszy. Może jedno wystarczy.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  4
                  • PaniczP Niedostępny
                    PaniczP Niedostępny
                    Panicz jako Milo Makary Tuk
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #58

                    Milo Makary Tuk

                    Pomagać bliźniemu jest powinnością prawdziwie hobbicią, a nauczyć się przy tym czegoś i doglądnąć – Milową. Tak przynajmniej supeł przyjemnego z pożytecznym tłumaczył sobie kawaler Tuk, gdy nadarzała się okazja, by wściubić nosa w jakąś sprawę. Bunce'owa sowa była przykładem prawdziwie emblematycznym.

                    Jak się jednak na miejscu okazało, gdy Paladin dokonał przeglądu poddasza, pomoc mogła nie przyjść wcale łatwo. Ptak był ponoć duży, groźny i na miejscu na dobre zadomowiony.

                    – Dobrze rzeczesz Paddy z tym, co by ognia nadmuchać. – Pokiwał kuzynowi Milo. – Myślę, że na start duchów udawać nie trzeba i sam dym starczy... Nakopcimy jej tam, to wypłoszymy ptaka. Potem – jeśli wydoli – można wlot zabić jakąś deską, żeby zwierz nie wrócił i Baldo może wreszcie zażyje wypoczynku jak trzeba.

                    Bunce wzruszył ramionami i ziewnął, siląc się na jakieś potwierdzenie, ale oczy miał już skośne i powieki ciążyły ołowiem.

                    – Dajże mi Paddy spojrzeć też, jaki to okaz tam czeka... Weźmie się od Balda latarnię, jakiegoś popielnika, trochę nakopci... - Tuk podrapał się po głowie. – Może nie najprzyjemniej dla poddasza, ale z tego, co mówisz, padlina tam już i tak zalega, więc gorzej nie będzie...

                    - Rori, a Ty byś rozejrzał się w obejściu, czy aby nie będzie jakiej dechy, żeby przybić tam, gdzie ptak wleciał... I – kciuki wstrzymane – tam, gdzie wyleci... – Milo uśmiechnął się do Rorimaka najuprzejmiej jak potrafił. – Żeby przybić, potrzeba będzie nam pewnej ręki, a wiem, że tobie ani drgnie, kiedy zwierz w pobliżu...

                    Pewny, że plan jest na na właściwych torach, Milo wziął się za swoją porcję, zaczynając od zapoznania z ptaszyskiem. Pomoc bliźniemu, pomoc bliźniemu... Tak, tak, ważne, ale Tuk nie mógł w sercu zaprzeczyć, że jego najbardziej ciekawi wejrzeć pod dach, co to za gatunek stał się huczącym postrachem Balda.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • RewikR Niedostępny
                      RewikR Niedostępny
                      Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #59

                      text alternatywny

                      Milo wdrapał się po tej samej drabinie, co wcześniej Paladin i zajrzał ostrożnie do ciemnego poddasza. Księżycowe światło lekko oświetlało wnętrze, lecz dopiero podana mu z dołu latarnia pozwoliła mu dojrzeć dobrze ukrytego ptaka. Pióra brązowo-szare, ochrowe powiedziałby ktoś obeznany. Twarz płaska, oczy nieruchome i czarne jak otchłań i wielkie jak u sowy. Milo znał się na ptactwu dość, by wiedzieć, że to sowa. Przypuszczał też, że puszczyk.

                      Rozejrzawszy się jeszcze po poddaszu, zszedł wreszcie i wzięli się do pracy.

                      Milo i Paladin nagotowali kopciucha z mokrych gałęzi, liści i rzeczy darowanych im przez Baldo, on sam pomagał im potem ilekroć kolejne "Hu Huuu!" na nowo go przebudziło. Rory, tak na wszelki wypadek przyniósł wiadra wody z Bunce'owej studni. Odo zaś zajął się zbijaniem naprędce nowego domu dla intruza, ale jasne było, że nie zdąży nim zmoży ich sen.
                      — Panie Baldo, dokończycie potem? Zawiesicie budkę trochę dalej od gospodarstwa, jak już ją wypłoszymy? Może się zadomowi, tylko dalej? — pytał, wyraźnie przejęty losem puszczyka. — Jak jej się tam spodoba, to przynajmniej nie wróci tutaj, tak myślę. Oby tylko nic mu się nie stało!

                      Baldo Bunce, znów musiał unieść powieki, mruknął z akceptacją. To, że się przebudził wykorzystała reszta, bowiem wszystko już było gotowe.

                      Rorimak z deską pod pachą po lewej i młotkiem za pasem, a Paladin z wiadrami wody po prawej obserwowali dach, gdy Milo ponownie zaczął wspinać się na górę z latarenką. Odo z żelaznym wiadrem pełnym kopciucha wdrapał się za nim. Ustawili wiadro tuż za wejściem mniej więcej pośrodku, pod kalenicą.

                      Baldo Bunce: zużywa swoją ostatnią nadzieję i pomaga! +1k6
                      Milo Makary Tuk: rzemiosło (PT 13) - | 9 | 4, 2 | - sukces!

                      Wystarczyło chwilę odczekać i już puszczyk, czmychał, przeciskając się przez obluzowaną deseczkę. Trzymając w dziobie swoją największą zdobycz odleciał kawałek dalej na drzewo, tam przytrzymał pazurami mysz i spojrzał na radosnych hobbitów złowrogo.

                      — Hu hu hoo! — zapowiedział, po czym odleciał w sobie znanym tylko kierunku.

                      centered paragraph

                      Wszyscy wyspani spotkali się ponownie, po tym jak Odo wstał wcześniej i niedługo po pierwszych kurach zabrawszy kolaskę oraz dwa bułane kucyki z zagrody Bunce'a wrócił się do Postoju Wędrownika po Drogo Bagginsa, Primulkę, Esmeraldę i Lobelię. Nie dane jednak było im kontynuować podróży w jednej drużynie. Esmeralda, Primula, Paladin, Drogo i Odo wyruszyli do doktora Rattlebee do odległej o cały dzień drogi Tukowej Skarpy. W ślad za nimi podążyła i sójka. Podróż choć długa, minęła im radośnie, a to za sprawą niezawodnej Esmeraldy, która to nieraz rozweselała ich przypowieścią czy piosenką oraz coraz lepszym samopoczuciu Drogo.

                      Reszta zaś ruszyła do Michel Delving, gdzie razem (bez zdrowiejącego Drogo i towarzyszącego mu Odo) ponownie zeszli się po dwóch dniach. Rzecz jasna ani Lobelia, ani Milo, czy Rorimak nie próżnowali w tym czasie. Każdy na swój sposób próbował rozeznać się w panujących tu zwyczajach. Wiedzieli już, że by niepostrzeżenie wydobyć mapę Starego Tuka z Domu Mathom, musieliby zmylić pograniczników, ominąć kustoszów i zmierzyć się z groźnym zwierzęciem. Potem zaś co sił w nogach opuścić miasteczko, nim ktokolwiek odkryje zgubę! Chyba, że... jakoś uda przekonać się kustoszkę Malwę Slowfoot, by oddała mapę dobrowolnie. To którą ścieżką podążyć, wciąż było do ustalenia, a całkiem możliwe, że jeszcze nie wszystkie odkryli.

                      text alternatywny

                      Michel Delving rozciągało się wśród łagodnych zboczy, centralnej części Białych Wzgórz. Było to miasto ciut większe od Hobbitonu i ciaśniej od niego zabudowane domami z drewna, cegieł i kamienia – tu i ówdzie dało się dostrzec też wejście do hobbickiej nory. Najwspanialszą zaś wśród tych nor były ogromne smajale, położone przy szerokiej, brukowanej alei wiodącej przez środek miasteczka. Była to sławna Nora Ratuszowa, siedziba burmistrza Shire. Co ważniejsze, nieco na południe od imponującej nory, na niedalekim, niezbyt wysokim i niezbyt zielonym wzgórzu, wznosił się wielki drewniany budynek o dużych, okrągłych drzwiach w barwie szkarłatu. Od głównej alei wiodła doń wyłożona kamykami ścieżka. To właśnie był Dom Mathom, muzeum Shire. W mieście znajdował się także główny urząd pocztowy i niezliczone warsztaty rzemieślnicze oraz rzecz jasna oberże - było ich aż trzy.

                      Esmeralda Tuk: odzyskuje punkt nadziei!
                      Primula Brandybuck: odzyskuje punkt nadziei!
                      Paladin Tuk II: odzyskuje punkt nadziei!
                      Lobelia Bracegirdle: przygotowuje się do zadania!
                      Milo Makary Tuk: przygotowuje się do zadania!
                      Rorimak Brandybuck: przygotowuje się do zadania!

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      2
                      • GladinG Niedostępny
                        GladinG Niedostępny
                        Gladin jako Lobelia Bracegirdle
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #60
                        Lobelia Bracegirdle
                        Lobelia Bracegirdle Michel Delving pozwalało znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, nie to, co Rozstaje.

                        Gdy więc Lobelia zadbała o rzeczy najważniejsze, oznajmiła towarzyszom podróży, czyli Milo oraz Rorimakowi iż planuje udać się na posterunek szeryfów odnaleźć Adę Burrows, by przekazać jej pozdrowienia od matki, z którą miała okazję spędzić czas na rozmowie w Rozstajach.

                        Po drodze wstąpiła do piekarni Goodyeastów by zakupić bułeczki z nadzieniem z pieczonych jabłek i z cynamonem. Podobno właśnie za takimi przepadała panna Ada, jeżeli matczyne informacje były nadal aktualne. Kto wie, po wyprowadzeniu się z domowych pieleszy w wielki świat, jakim niewątpliwie było Michel Delving i zajęciu pracą szeryfa - która z kolei zbytnio wielkomiejska nie była, może się dziewczynie smaki zmieniły.

                        Z parasolką pod pachą, paczuszką pysznie pachnących bułeczek (jedną Lobelia zjadła sama, gdyż była głodna), ruszyła w stronę Nory Ratuszowej. Po drodze przystanęła obejrzeć drewniane rzeźby Marcha i Blanca, założycieli Shire.

                        Stojąc przed ratuszem zadumała się nieco. Mogłaby się odnaleźć na tym stanowisku. Z całą pewnością mogłaby lepiej urządzić całą ich krainę, niż wszyscy burmistrzowie razem wzięci. Niedawno wybrany Pott Whitfoor też zajmował się głównie celebrowaniem bankietów.

                        Zatupała.

                        Tak, tak. Zresztą nic dziwnego, że sprawę wybryków w Domu Mathom przekazał młodej Adzie. Lubił zamiatać pod dywan wszelkie problemy. Nie, żeby wybryki w muzeum były czymś nowym. Z tego co słyszała, to ulubione zajęcie młodych niziołków w tym mieście...

                        Niestety, społeczeństwo uznawało, iż burmistrzem winien być mężczyzna. Lobelia rzadko kiedy uważała tradycję za coś złego, ale tym razem jej umysł nie mógł się pogodzić z takim bezsensownym postępowaniem. Kiedyś jeszcze tu wróci i zobaczymy, czyje będzie na wierzchu.

                        Czas zobaczyć, czy da się znaleźć Adę i pozyskać od niej jakieś ciekawe informacje. Może uda się ustalić, jak urwisy dostały się do środka. A może udałoby się ustalić, kto to zrobił... Panna Bracegirdle chętnie by z nimi porozmawiała. I to wcale nie po to, aby im prawić kazania... Ale gdyby odkryła, kto to zrobił... mogłaby poprosić ich o małą przysługę, małego psikusa w zamian, za nie wyjawianie tajemnicy...


                        Sesja Karak Varn | Gladinhammer

                        A do tego uważam, że 4-tą edycję Warhammera należy zniszczyć.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        4
                        • MarrrtM Niedostępny
                          MarrrtM Niedostępny
                          Marrrt jako Primula Brandybuck
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #61

                          Prymula Brandybuck
                          text alternatywny

                          - Muszę przyznać kuzynie - odezwała się w drodze Prymula - że to nawet dość przerażające. Tak iść gdzieś… z zamiarem. Hmm… innym niż zawsze. Nie w odwiedziny, ani za sprawunkami… Tylko - wzdrygnęła się gdy przeszył ją dreszcz - Czegoś niedobrego. Nawet się nie uśmiechaj Esme! A wiecie, że w Norze Ratuszowej są jamy gdzie trzyma się hobbitów, którzy dopuszczą się… występku? Och… w książkach czytałam, że Duzi Ludzie nazywali to więzieniami. Wyobrażacie sobie? Pozwolicie proszę byśmy najpierw przykładnie odwiedzili Dom Mathom i porozmawiali z kustoszką? Och - widać było, że hobbitka przestała się zwracać do żadnego z nich konkretnie, a raczej głośno myśli - Tylko, że jeśli poruszymy temat mapy, a potem Wy uznacie, że należy ją wykraść to przecież kustoszka domyśli się kto jest winny. Nie. Nie możemy pytać o mapę. Musimy sprawić by sama o niej napomknęła. Już wiem. Może zakład? Założyliśmy się kuzynie o… spinki od mankietu! Pamiętasz tę historię? Ponoć ten czarodziej Gandalf dał Gerontiusowi magiczne spinki, które na polecenie się zapinały i rozpinały! Założyliśmy się, czy przekazał je Domowi Mathom. Ja będę twierdziła, że nie i że w Domu Mathom nie ma żadnych pamiątek po Starym Tuku. Ty przeciwnie. Wtedy kustoszka powinna sama z siebie nam pokazać mapę! - Co rzekłszy Prymula uśmiechnęła się do siebie i pokiwała głową, ale zaraz jednak zmarkotniała - Tylko co wtedy? - Zmarszczyła brwi. Poprawiwszy jednak kapelutek na wciąż o dziwo idealnej fryzurze wzruszyła ramionami - Wtedy zobaczymy co dalej.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          3
                          • Pan ElfP Niedostępny
                            Pan ElfP Niedostępny
                            Pan Elf jako Esmeralda Tuk
                            napisał ostatnio edytowany przez Pan Elf
                            #62

                            Esmeralda Tuk

                            text alternatywny

                            text alternatywny

                            - Może zamkniemy Lobelię w takiej jamie? - zasugerowała pół żartem, pół serio Esmeralda, z nieco złośliwym uśmieszkiem błąkającym się po jej twarzy, gdy słuchała słów Prymuli.

                            Sama nie do końca wierzyła w te, jak je nazwała, “więzienia” Dużych Ludzi. A już szczególnie trudno było jej sobie wyobrazić, by hobbici potrzebowali podobnych wynalazków! Może dlatego pozwoliła sobie na ten niezbyt uprzejmy żart? Szybciutko pożałowała bycia nieuprzejmą wobec nieobecnej hobbitki, aż policzki jej poczerwieniały ze wstydu.

                            - Och, Prymulko, to naprawdę dobry plan! - klasnęła w dłonie Esmeralda, już w znacznie lepszym humorze.

                            Sięgnęła do kieszeni swojej spódnicy i wyjęła kilka nasion słonecznika, które podała na otwartej dłoni sójce siedzącej na jej ramieniu.

                            - Skoro ta mapa została sporządzona przez Starego Tuka, to czy nie jest tak, że Paladin i ja moglibyśmy ją sobie po prostu zabrać? - zastanowiła się na głos, choć w głębi duszy przeczuwała, że sprawy nie będą aż tak proste.

                            - A gdyby tak… zaproponować wymianę? Tylko na co? Och, te czarodziejskie spinki do mankietów byłyby doskonałym podarkiem, gdybyśmy je mieli. Ach, no i pewnie kustoszka od razu się zorientuje, że coś spiskujemy z Bilbem, jeśli tylko wyjdzie na jaw, że interesujemy się tą mapą… Hm, hm, hm… No nic to! Będziemy musieli się nad tym zastanowić później, czyli zgodnie z twoim planem!

                            Esmeralda posłała Prymuli promienny uśmiech, gotowa do przeprowadzenia rekonesansu. Ach, jakże to wszystko było ekscytujące!

                            text alternatywny

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            3
                            • RewikR Niedostępny
                              RewikR Niedostępny
                              Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
                              napisał ostatnio edytowany przez Gladin
                              #63

                              text alternatywny

                              Nie trudno było zasięgnąć języka, by wywiedzieć się, że codziennie rano, po śniadaniu, burmistrz Pott Whitfoot wysłuchuje raportów pograniczników, a następnie pogranicznicy słuchają jego poleceń i zadań do wykonania. Toteż Lobelia po kilku rozmowach z miejscowymi, doskonale wiedziała gdzie szukać młodocianą Adę Burrows.

                              Kiedy Lobelia dostrzegła ją po raz pierwszy, akurat przemawiała do stojącego na swoim patio i opartego o drewnianą barierkę burmistrza. Stała dumnie, prosto z wypięta piersią do przodu, w pełnym ubiorze pogranicznika. Właśnie kończyła zdawać swój raport, co dało się poznać po niecierpliwie drepczących z nogi na nogę pozostałych dwóch pogranicznikach. Reszta strażników najwyraźniej przebywała w innych rejonach Shire, zajęta ważkimi sprawami. Ada, pasowała do opisu jej matki doskonale, choć nawet i bez tego trudno byłoby nie dostrzec rodzinnego podobieństwa. Bynajmniej nie chodziło tu o kręcone, kasztanowe włosy, czy rumiane jak cynamonowe bułeczki poliki. Nic z tych rzeczy. Sposób w jaki Ada Burrows relacjonowała swoje poczynania w najmniejszych szczegółach i niezwyciężonym entuzjazmem, jak nic przypominał zapał pani Eglantyny Burrows, gdy ta opowiadała o swojej córce.

                              text alternatywny

                              – Panno Adaldriado Burrows, oby tak dalej – skwitował burmistrz, szczegółowe przygotowania swojej podopiecznej. – Czuję, że na efekty nie będzie dane mi długo czekać. Wypytajcie o to gospodarstwo w drodze do Małego Delving - chodzi zapewne o Panią Mirabellę. Jest pewna nowa sprawa... hmmm... – burmistrz potrzasnął, dzierżoną w dłoni kartką, by ta się rozwinęła, lecz zaraz sięgnął do kieszeni po kolejną – ...to nie ten, O! Burmistrzu Whitfoot... nad ranem... tak... Tolman Brody z Hobbitonu. Proszę, panie Headstrong, wierzę, że zajmiecie się sprawą. Macie doświadczenie w znikających płotach. Panie Brownlock, nie mam nowych rozkazów dla pana, ale widzimy się dzisiaj na urodzinach naszego kuzyna, prawda?

                              text alternatywny

                              – Ada? Ada Burrows! - ucieszyła się Lobelia podchodząc do młodej hobbitki. Adaldriada zaczęła machać w jej stronę życzliwie, lecz przestała po chwili, widocznie zdając sobie sprawy, że nie rozpoznaje do końca swojej rozmówczyni. – Jakże się cieszę, że udało mi się ciebie odnaleźć.

                              – Miło mi powitać, ale proszę wybaczyć pytanie, czy my się znamy? - panienka zmrużyła oczy, lecz nie groźnie, w zamyśleniu tylko i próbie przypomnienia sobie.

                              – Ah, pewnie mnie nie pamiętasz. Nieczęsto miałyśmy okazję się widywać, to prawda. Jestem Lobelia Bracegirdle. Z tych Bracegirdlów z Kamiennego Sioła. W drodze do Michel Delving spotkałam w Rozstajach twoją mamę i trochę sobie porozmawiałyśmy. Skończyłaś już poranną odprawę? Możemy gdzieś usiąść porozmawiać? Poza tym... mam coś dla ciebie.

                              Hobbitka z zaciekawieniem patrzyła na Lobelię dużymi oczyma. Zapewniła swoją rozmówczynię, że już sobie przypomniała skąd ją kojarzy, ale czy było to prawdą, czy tylko grzecznościowym kłamstewkiem nie należało rozstrzygać.
                              – Odprawa? Tak zakończona, ale mam dzisiaj dużo pracy, chyba, że mogę w czymś pomóc? Pogranicznicy są od pomagania, szanowna Lobelio z Bracegirdlów! Jestem zobowiązana! Może usiądziemy tam? - hobbitka wskazała na posąg Marcha i Blanca - Spójrz, jak rozkosznie świeci tam słońce!

                              – Świetnie - ucieszyła się Lobelia na wskazane miejsce. - Proszę, poczęstuj się - przekazała bułeczki z pieczonymi jabłkami i cynamonem.

                              – Mama opowiadała mi, że rzeczywiście masz dużo pracy. Wszyscy jesteśmy dumni, że czuwasz nad spokojem hobbitów w Shire - Lobelia pokiwała głową sama do siebie. - Wspominała też, że prowadzisz obecnie dochodzenie w sprawie Domu Mathom. Skaranie z tymi urwisami, nieprawdaż?

                              – Moje ulubione! Skąd Pani wiedziała? – Ada nie broniła się przed poczęstunkiem, wręcz przeciwnie, przez całą późniejszą rozmowę upewniwszy się, że nie będzie to problemem, sięgała po kolejne kąski. – Ach tak... choć sprawa wydaje się być dziwna. Nic nie zginęło... no prawie, ale się znalazło, więc przynajmniej nie mamy tu złodziei, to byłoby straszne! Wyobraża sobie Pani coś takiego? Brrr! Za to pies Pani Slowfoot, głównie nad ranem ujada tak głośno, że budzi Panią Slowfoot. Wydaje się, że skutecznie płoszy intruzów, choć znalazłam ostatnio odrobinę błota z popiołem. Hmm... Ale dość o tym, nie mogę zdradzać szczegółów, póki śledztwo trwa. W czym mogę pomóc?

                              – Ah, tak, jest coś, w czym możesz mi pomóc. Zanim jednak o tym opowiem, chciałbym zaproponować coś w zamian. Nie chcę, abyś sądziła, że chcą coś za nic, nikt czegoś takiego o Bracegirdlach nie powie!

                              – Zatem, chciałam zapytać, czy nie chciałabyś pomocy ode mnie. Nie, żebym wątpiła w to, że sama też sobie świetnie poradzisz - zastrzegła od razu Lobelia. - Pomyślałam jednak, że może przydałby ci się tajny współpracownik. By zrobić... - tu wykonała pazuję - ...prowokację...

                              – Tak, dobrze słyszysz. Prowokację. Już tłumaczę. Dajmy na to, że szukam kogoś, kto mógłby na zlecenie wynieść coś z Domu Mathom. I znajduję kogoś takiego. Obiecuję mu zapłatę. Umawiamy się, że przynosi mi skradzioną rzecz, a wtedy Ty, przyczajona, nakrywasz go na gorącym uczynku. Sama nie możesz tego zrobić, przecież wiedzą, kim jesteś i co planujesz zrobić, prawda?

                              przyznano bonusową kość (bułeczki)!
                              Lobelia Bracegirdle: zagadki (PT 12) - | text alternatywny | 1, 4, 4, text alternatywny | - wielki sukces!
                              Lobelia Bracegirdle: przekonywanie (PT 12) - | 1 | 5, text alternatywny | - wielki sukces!

                              Adaldriada z początku nastroszyła uszy i zmarszczyła nosek na ową p r o w o k a c j ę, ale Lobelia sprawiała wrażenie osoby bardzo uczciwej i była przecież z wielce szanowanej rodziny Bracegirdle'ów.
                              – Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – przyznała – Będziemy musiały to dobrze zaplanować, żeby przypadkiem ktoś trzeci nie wpadł w tę pułapkę! Ale dobrze, najpierw powiem ci co wiem.

                              Lobelia indagowała młodą Adę, budując sobie w głowie obraz sytuacji.

                              Zatem, od jakiegoś czasu dokonywano tajemniczych wizyt z Domu Mathom. To, co ją zaintrygowało to fakt, że uprzednio przez jakiś czas nie można było znaleźć zapisków Gerontiusa Tuka. Sądzono, że padły one łupem złodzieja, ale potem się okazało, że jednak się odnalazły. Brzmiało znajomo? Owszem...

                              Jakby ktoś wypożyczył sobie coś na chwilę... wszedł do środka, zabrał, potem oddał. Bardzo ciekawe, czy Bilbo interesował się wcześniej tymi zapiskami. Jeden szczegół jej w tym wszystkim nie pasował. Książkę odnaleziono po dwóch dniach od jej zniknięcia. To za mało, aby trafiła do Bag Endu i z powrotem. Ale i na to miała rozwiązania. Albo zniknięcie zapisków zauważono dużo później, niż one nastąpiły, albo... Bilbo był wtedy w Michel Delving i dwa dni mu starczyły.

                              Dowiedziała się też, że złodziej grasował zwykle nad ranem. Przynajmniej, jeżeli sądzić po szczekaniu Fajerwerka. Państwo Slowfootowie chodzili sprawdzać, co się dzieje, ale nigdy nikogo nie znaleźli. Zupełnie, jakby ten ktoś miał na sobie czapkę-niewidkę. Frapujące...

                              Włamywacz też często zdaje się nic nie zabierał. Jedynym śladem jego obecności były poprzestawiane przedmioty. Jakby... czegoś szukał?

                              Co jednak ze znalezioną kurą? Odbiegała od schematu. Raz, że coś znaleziono. Dwa, że pies szczekał około północy. Sprawa kury na razie była niejasna. Do tego kurę znaleziono w zamkniętym gabinecie...

                              Za to ostatnie „włamanie” odbyło się noc przed tym, gdy wyruszyli z Bag Endu. Tym razem nocny gość pozostawił po sobie ślady błota (wszak mocno padało dnia poprzedniego) oraz popiołu. Bardzo wyraźny trop wskazywał więc na kominek. Trop może aż nadto wyraźny... Kominek był w gabinecie, a jednak śladów w gabinecie nie znaleziono. Znaleziono je zamiast tego u dołu schodów.

                              text alternatywny

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • GreKG Niedostępny
                                GreKG Niedostępny
                                GreK jako Paladin Tuk II
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez GreK
                                #64

                                text alternatywny

                                Paladin Tuk Drugi.

                                Paladin szedł obok wozu, raz trzymając się burty, raz puszczając ją zupełnie bez powodu, jakby sprawdzał, czy wóz przypadkiem sam nie postanowi gdzieś pojechać.

                                — Mapa, powiadacie… — mruknął, marszcząc nos. — Mapa Starego Tuka, w Domu Mathom, w środku miasta, gdzie jest więcej oczu niż rodzynek w porządnym cieście z rodzynkami.

                                Spojrzał na Prymulę, potem na Esmeraldę, potem gdzieś przed siebie, gdzie nic szczególnego nie było.

                                — Zakład ze spinkami… — powtórzył powoli. — To jest plan. Plan z historią. A plany z historią są lepsze, bo brzmią jak coś, co już się kiedyś udało.

                                Podrapał się po brodzie.

                                — Tylko że… — zawahał się — …jak ona nie pokaże mapy, to przegramy zakład. A ja nie mam spinek. I nie znam nikogo, kto ma takie, co się same zapinają, chyba że… — zmrużył oczy — …to był ten czarodziej. Ale czarodzieje mają swoje zwyczaje i raczej nie pożyczają spinek na poczekaniu.

                                Spojrzał na Esmeraldę.

                                — A zabranie jej tak po prostu… — ściszył głos — …to brzmi jak coś, co najpierw wydaje się bardzo rozsądne, a potem człowiek… znaczy hobbit… kończy w jamie. Tej z książek. Bez kolacji.

                                Zadrżał lekko.

                                — A ja jestem przeciwny pomysłom bez kolacji.

                                Zamyślił się głębiej, aż prawie przystanął na środku drogi.

                                — Wymiana… — mruknął. — Wymiana jest uczciwa. Tylko trzeba mieć coś, co kustoszka uzna za lepsze niż mapa. A mapa Starego Tuka… — pokręcił głową — …to nie byle marchewka z ogródka.

                                Nagle podniósł głowę.

                                — Albo nie musi być lepsze! — ożywił się. — Może być ciekawsze. Ludzie… znaczy hobbici… lubią rzeczy ciekawe. Jak coś jest wystarczająco ciekawe, to zapominają, że mieli coś jeszcze.

                                Zaraz jednak jego mina zrzedła.

                                — Tylko pytanie, czy my mamy coś ciekawego. — Rozejrzał się po nich wszystkich, jakby ktoś mógł mieć coś w kieszeni i o tym nie wiedzieć.

                                Spojrzał na Oda. Potem na resztę. Potem znów na drogę.

                                Poprawił kamizelkę, jakby to miało uporządkować sytuację.

                                — Zatem — podsumował, choć wcale nie brzmiał jak ktoś, kto naprawdę podsumował — idziemy do Domu Mathom. Zakład. Spinki. Rozmowa. Bez słowa „mapa”. Patrzymy, słuchamy, kiwamy głowami jak porządni odwiedzający.

                                Zawahał się jeszcze.

                                — A jak się nie uda… — dodał ciszej — …to wtedy będziemy się martwić, jak się nie udało. Nie wcześniej. Wcześniejsze martwienie się jest marnowaniem dobrego nastroju.

                                Po czym ruszył dalej, mrucząc pod nosem:

                                — Mapa, sowa, łódka, płot… zupełnie zwyczajna podróż. Zupełnie.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                3
                                • RewikR Niedostępny
                                  RewikR Niedostępny
                                  Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Rewik
                                  #65

                                  text alternatywny

                                  Gdy już wszyscy z naszej wesołej gromadki zadomowili się w Michel Delving, zgodnie uznali, że chcą odwiedzić tutejsze muzeum. Myśli ich nierzadko wirowały i falowały, a to w stronę pożyczenia mapy, a to jej wymiany na elfie lusterko lub spinki, których nie mieli (ale mogliby mieć), a to jeszcze innych forteli, ale pewne było jedno - Dom Mathom warto odwiedzić i wiedziała to doskonale Prymulka, która już tu kiedyś wraz z Drogo była i wtedy to poznała (tylko trochę) przemiłą panią Malwę Slowfoot. Warto było to zrobić choćby dla licznych, ciekawych opowieści pana Slowfoot i dziedzictwa hobbitów. Toteż przed domem Mathom stanęli wystrojeni i pełni ciekawości.

                                  text alternatywny

                                  Ścieżynka z polnych kamieni zatopionych w trawie, wiodła, zakręcając lekko w górę, ku szkarłatnym drzwiom Domu Mathom. Drzwi w dzień zwykle były otwarte, zaś dziś nawet rozwarte na oścież i zapraszały ich do wnętrza dwupiętrowego budynku. Konstrukcja została wzniesiona z drewna, co uwidaczniało się wyeksponowanymi słupami i ryglami, pomiędzy którymi wzniesiono bielone wapnem murowane ściany. W oknach wstawione były okiennice w barwie pasującej do drzwi oraz dachówki ułożonej na wielospadowym dachu. Nadawało to budynkowi przepiękny wygląd, dodatkowo upiększony przez drewniane donice z pierwszymi kolorowymi bratkami, które ustawiono na parapetach, ale też przed samym wejściem, by przytrzymać drzwi. Sam dach, kryty wzorzyście, koronkową robotą, urozmaicony był tu i tam świetlikami, co oznaczało, że prócz dwóch pięter budynek miał tez niewielkie poddasze.

                                  Idąc ścieżynką minęli w pewnej odległości drzwi, wtopione w pagórek tuż obok ściany bocznej budynku - zapewne piwniczki, bardziej na podobieństwo smajali, urządzonej pod wystającą ponad pagórek bryłą muzeum. Nieduża altanka stała niedaleko tych drzwi, zaś krąg z nierównych kamieni sugerował, że urządzano tu czasem ognisko. Dzieci uwielbiały tu przychodzić latem na pieczone w popiele ziemniaczki, słuchać historii Bingo Slowfoot'a o czasach minionych i słuchając tych historii grać w grę, którą wymyślił kustosz, a dzieciaki przezwały jego imieniem.

                                  Kiedy byli już kilka kroków przed drzwiami, na ich spotkanie wybiegł brązowo szary terier, merdając ogonkiem i szczekając głośno. Pies obwąchał każdego z nich z osobna, nie przestając poszczekiwać, aż do momentu, gdy usłyszał swoje imię.

                                  – Fajerwerk! – Malwa Slowfoot wyjrzała za próg i pochwyciła wracającego w jej stronę zwierzaka. – Bingo! Mamy gości! – krzyknęła do wnętrza budynku, po czym powitała ich raczej zdawkowo, acz z wyjątkowo przemiłym uśmiechem i ciepłym spojrzeniem.

                                  text alternatywny

                                  – Mój mąż zaraz zejdzie, zapraszam, zapraszam.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  2
                                  • PaniczP Niedostępny
                                    PaniczP Niedostępny
                                    Panicz jako Milo Makary Tuk
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Panicz
                                    #66

                                    Milo Makary Tuk

                                    text alternatywny

                                    Przybycie do Michel Delving, choć nie można powiedzieć, by miejscowość wznosiła się jakoś widocznie ponad okolicę, Milo Makarego Tuka wzniosła na dużo-ludzką wysokość. Zapalony szwendacz dreptał sporo wokół rodzinnej Skarpy, a czasem zapuszczał się i dalej, ale ten wypad zgarniał go nie tylko poza znajomą okolicę, ale i poza znajome obyczaje.

                                    Intrygi, szpiegowanie, włamania, albo w najlepszym razie negocjacje-kombinacje... To były nieznane ziemie. Milo wkraczał na nie trochę z obawą, słysząc bicie własnego serca i jakoś dziwnie tak kręcąc się i ziewając z nerwów, cały napięty... Ale przy tym pełen werwy i niecierpliwy każdej kolejnej chwili.

                                    Był już kiedyś w Michel Delving, ale to było lata temu. Miasteczko robiło wrażenie na każdym hobbicie, a że Tuk nie zwykł prychać na to, co niezwykłe i traktować po prostu świat jakim jest, to jego entuzjazm wszyscy widzieli bardzo wyraźnie – od skocznego kroku po rozlatane spojrzenia.

                                    Na wizytę w Domu Mathom przygotował się starannie. Rezydencja była ostoją hobbiciej historii, więc należał jej się szacunek, jakby okazywać go samym przodkom. Milo uczesał starannie włosy, wyszczotkował stopy, założył najlepszą koszulę i kamizelkę z ulubionymi, rzeźbionymi w małe smoki guzikami. Do podręcznej torby wziął cytrynowe ciasto z marcepanem, które upatrzył w piekarni z samego ranka, przekonany, że choć niby idzie w miejsce publiczne, to jednak wciąż tak jakby do kogoś, więc z pustymi rękoma nie wypada... Wiedząc zaś jeszcze, że posesji pilnuje ogar (tak z budowania planu na później, jak i sympatii dla czworonogów), zakupił dla zwierzaka kawałki polędwicy, żeby i on poczuł, że goście nie wchodzą z niczym.

                                    Dla siebie miał zaś piórnik pełen naostrzonych ołówków i gruby zeszyt, gdzie planował notować wszystko, co go zaciekawi (wziął najgrubszy, pewny swej ciekawości) i szkicować podobizny interesujących go eksponatów.

                                    Stojąc przed Malwą (której ogar okazał się naręcznym obrońcą), Milo zdjął kapelusz i ukłonił się dystyngowanie, ale nie chciał ze słowami wyrwać się pierwszy, przekonany, że ta rola przystoi najstarszemu z grona. Widząc jednak, że nikt nie pali się do startu – a trochę odzwyczajony, że to jemu już teraz może przyjść robić za seniora – wystąpił o krok i przedstawił się.

                                    – Milo Makary Tuk, sługa szanownej pani. – Hobbit cofnął się po przedstawieniu, by oddać pole reszcie Kompanii, ze szczególnym uwzględnieniem niewiast. – Pozwoliłem sobie wyjść przed szereg, bo cały jestem podekscytowany na myśl o obcowaniu z historią naszego Shire... Ale przepraszam i oddaję pola towarzyszkom i towarzyszom, bo są tutaj ze mną przedstawiciele najzacniejszych rodzin tego to Shire!

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    3
                                    • MarrrtM Niedostępny
                                      MarrrtM Niedostępny
                                      Marrrt jako Primula Brandybuck
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #67

                                      Prymula Brandybuck
                                      text alternatywny

                                      Zawsze lubiła domy. Panowało po zachód od Brandywiny przekonanie, że właściwym domem dla hobbita mogła być tylko norka. Prymula jak na Brandybuckównę przystało, nie podzielała tego zdania. Dom dawał znacznie więcej możliwości. Poza urządzeniem wnętrza, które i w norkach i w domach bywało wszelakie (a gościła niegdyś w ulokowanym pod groblą smajalu Oldbucków podmywanym przez rzekę i z przykrością stwierdziła, że nawet trolla by tam nie zadomowiła!), dom pozwalał dodatkowo na popisowe wykończenie elewacji. I trzeba było przyznać, że Państwo Slowfoot w tej kwestii stawali na wysokości zadania. Dom Mathom był uroczym miejscem. Była tego zdania teraz, była wtedy gdy odwiedzili go z Drogo i była jako dziewczęcie gdy zdarzyło jej się kosztować pieczonych ziemniaków z ogniska pana Bingo lata temu.

                                      Dygnęła wdzięcznie przed gospodynią, rumieniąc się lekko co mogło świadczyć o jej wrodzonej skromności, ale po prawdzie wywołane było myślą, że mieliby włamać się do domu Pani Slowfoot. Z niejaką obawą zerkała też na psa, którego czarne oczka nie wzbudzały jej zaufania. Nigdy nie przepadała za psami. Za kotami z resztą też nie. Ani za innymi drobnymi stworzeniami. Największą bodaj estymą darząc kucyki.

                                      - Milo jest nazbyt skromny proszę Pani - rzekła zerkając na starszego Tuka z uśmiechem i zrozumieniem dla jego ekscentryczności, która zrzuciła obowiązek przedstawienia towarzystwa na karby pań, a przecież w dobrym guście było by czynił to najstarszy z obecnych panów. Był jednak Milo przy tym tak słodki, że nie sposób go było winić - Proszę nam wybaczyć, że tak bez listownej zapowiedzi się zjawiamy Pani Slowfoot i to w dniu powszednim. Bardzo tuszę, że to nie kłopot, a jeśli tak, to oczywiście zjawimy się kiedy indziej. Oto są po mojej prawej stronie Esmeralda i Paladin Tukowie z Tukonu. Po lewej zaś wielce szacowna panna - bardzo, ale to bardzo delikatny uśmieszek pojawił się na ustach Prymuli przy słowie “panna” - Lobelia Bracegirdle, oraz mój brat Rorimak Brandybuck. Ja zaś jestem Prymula Brandybuck.

                                      Spuściła zasłonę czarnych rzęs i spojrzenie jak na dobrą hobbitkę przed starszą panią przystało nie próbując się nawet powołać na fakt, że już się widziały i poznały, co mogłoby być odebrane za spoufalanie się.

                                      - A sprowadza nas sprawa, która i dla nas jest poniekąd zaskoczeniem. Podczas naszego spotkania odnośnie - znów się zarumieniła choć tym razem już bez cienia fałszu. Celowo jednak pominęła szanowną osobę przyszłego małżonka w następnej wypowiedzi by jego nazwisko nie naprowadziło Pani Slowfoot na niepożądane tory - mojego zamążpójścia, rozmowa nam zeszła na historie rodzicieli i przodków. Nic zobowiązującego i zaskakującego, ale… wtedy padło na brylantowe spinki Gerontiusa Tuka. A raczej domniemanych czarów jakie miałyby się nad nimi roztaczać. Esmeralda, oraz Paladin są przekonani, że czary takie w istocie miały miejsce. Natomiast ja i mój brat… Zawsze sądziliśmy, że każda dobra historia warta jest podkolorowania. Rozsądzić nie było jak, choć przecież zwady między nami żadnej nie ma i nie będzie. Och nie… Ale wspólnie uznaliśmy, że zagadnienie to jest bardzo ciekawe i jeśli w Tukonie nie znajdziemy wyjaśnienia to chyba tylko w Domu Mathom. Bo przecież Gerontius był Thanem i wielokrotnie bywał w Michel Delving. Może zostawił w spadku owe spinki? Albo pomóc by mogła jakaś opowieść od szanownego Pana Slowfoot? Albo coś innego co by rozwiało wątpliwość?

                                      Prymula sama aż się zdziwiła jak gładko przyszło jej kłamać w żywe oczy Pani Slowfoot, co wywołało w jej sercu dziwną mieszankę wstydu i podekscytowania.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      4
                                      • RewikR Niedostępny
                                        RewikR Niedostępny
                                        Rewik jako Mistrzyni Wiedzy
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Rewik
                                        #68

                                        text alternatywny
                                        Malwa wciąż trzymając Fajerwerka w ramionach wysłuchała Milo i każdego z hobbita i hobbitkę z osobna, po czym sama dopełniła powitań, przedstawiając siebie oraz swojego męża, który zdążył po tym czasie już zejść do nich.

                                        Przyznano dodatkową kość!
                                        Prymula Brandybuck: uprzejmość (PT 12) - | 3, 8 | 2, 2, text alternatywny| - zdany!

                                        Bingo uśmiechał się tajemniczo, gdy Prymula Brandybuck z taką pasją rozważała możliwość zobaczenia Tukowych spinek, zaś Malwa naprawdę wcale nie była taka cięta, jak mówili inni!

                                        Kustosz był hobbitem rosłym, choć z pewnością nie tak jak Bullroarer Tuk, którego podobizna, wystrugana w drewnie stała gdzieś wewnątrz Domu Mathom. Był też "grubokościsty", włosy miał ciemne, kędzierzawe i wiecznie w nieładzie. Choć Bingo według wielu wyglądał na wiecznie niewyspanego, głos miał donośny i energiczny, a kiedy tylko się odezwał, jego bas wypełniał każdą przestrzeń, jaką mógł tylko znaleźć. A to jak nagle wszyscy znaleźli się wewnątrz Domu Mathom było zagadką dla wszystkich, bowiem nie pamiętali przekraczania progu. Bingo potrafił oczarować gości swoimi opowieściami, niemal jak czarodziejskie fajerwerki Gandalfa tutejszą dziatwę. Nikt nawet nie miał mu za złe, że nie odpowiedział jeszcze na pytanie, czy znajdują się tu czarodziejskie spinki. Z pewnością chcąc zachować tę informację na finał zaplanowanej podróży w przeszłość.

                                        W środku budynek również był okazały. Stropy zostały wysoko wzniesione, by i człowiek (gdyby tu zawędrował) był w stanie stać swobodnie. Lecz nie konstrukcyjne, czy architektoniczne okazałości były tu ważne, a rekwizyty, same w sobie opowiadające niesamowite historie. Parter był ich pełen, zaś piętro nie stanowiło części otwartej wystawy. Tam państwo Slowfoot mieszkało, tam znajdował się gabinet Pani Malwy i magazyny, ale tez strefa poczęstunku. Hobbickie historyczne wycieczki, rzecz jasna zawierały w sobie także podróże kulinarne.

                                        Bingo Slowfoot z humorem rozpoczął swą opowieść o czasach minionych tak dawno, że niewiele zapisków się po nich ostało i nie było pewne wszystko co wiedzieli o nich hobbici dzisiaj. Z początku ograniczył się do suchych faktów, lecz szybko przeszedł do anegdot, często wywołujących rozbawienie. Mnogość legend i historii, jakie potrafił przywołać z pamięci budziła podziw nawet najstarszych z hobbitów. Wśród legend rzecz jasna nie zabrakło tej o Marcho i Blanko, w której to goście domu Mathom dowiedzieli się z jakimi problemami borykali się pierwsi hobbici zamieszkujący Shire.

                                        Nie uniknęła ich również opowiastka o początkach fajkowego ziela, ani domysły skąd Tobold Hornblower nauczył się sztuki uprawy i palenia fajkowego ziela, a co ważniejsze skąd pochodziło samo zioło (Bingo utrzymywał, że choć zwyczaj najpewniej wziął się z Bree, to samo Fajkowe Ziele Hornblowera mogło być darem od istoty zwanej Złotą Jagodą lub jej małżonka Toma Bombadila, zamieszkujących Stary Las).

                                        Była też opowieść o ataku goblinów z Góry Gram, która wśród hobbitów była tak powszechnie znana, że jej opowiadanie stało się osobliwym żartem. Każdy ją znał, lecz nigdy nikt nie przerywał, gdy ktoś po raz kolejny zaczynał opowiadać o Bandobrasie Tuk z Long Cleeve. Nie mogło jej zabraknąć więc i tutaj.

                                        text alternatywny

                                        – Żaden hobbit nie ma pojęcia, cóż podkusiło wodza goblinów Golfimbula, by na czele hordy z Góry Gram przekroczyć granicę Północnej Ćwiartki. Ale każde dziecko od Michel Delving do najdalszych skrajów Bucklandu zna historię o tym, jak to Bandobras Tuk z Long Cleeve, o przydomku Bullroarer, zwołał wiosną roku 1147 Hobbickie Ruszenie i powiódł je przeciwko najeźdźcom. – Kiedy nadszedł czas na tę opowieść, Bingo powiódł ich do drewnianego posągu, najokazlszego w całej sali. – Bullroarer Tuk mierzył dobrze ponad cztery stopy wzrostu i mógł dosiadać konia – Kustosz poklepał bok zwierzęcia, wystrugany z dębowego drewna. Posąg przedstawiał rzecz jasna wspomnianego bohatera hobbickiego ruszenia. Bullroarer był przedstawiony jako nieco roślejszy niż Bingo, lecz znacznie muskularniejszy. W lewej ręce przytroczoną miał okrągłą tarczę, zaś prawą miał wzniesioną wysoko ponad głowę, gotową do ataku. Nie było jednak tam słynnej maczugi. – Na jego grzbiecie... – kontynuował kustosz – ...ruszył z wrzaskiem do ataku przez Zielone Pola. Wystarczył jeden cios straszliwej maczugi nieustraszonego hobbita, by głowa władcy goblinów spadła z karku. Podobno przeleciała nad caaałym szeregiem nieprzyjaciół i zaryła w króliczą norę. Na ten widok wroga armia pierzchła w popłochu! Przy okazji... – Bingo uśmiechnął się porozumiewawczo ze swoimi słuchaczami – ...wynaleziono też grę w golfa.

                                        Pozwolono im popodziwiać posąg i to z jaką dbałością o szczegóły został wykonany, lecz po chwili Bingo znów podjął swą przemowę:
                                        – Jak widzicie, nasz drewniany Bandobras nie posiada słynnej maczugi, a jest ku temu powód. Może ktoś z was wie, lub domyśla się jaki? Podpowiem, ma to związek ze Starym Tukiem. – Tutaj kustosz, mrugnął porozumiewawczo Prymuli, choć chodziło mu raczej tylko o samo wspomnienie o Gerontiusie, a nie o spinki. Jeszcze nie. Chyba?

                                        text alternatywny

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        4
                                        • GreKG Niedostępny
                                          GreKG Niedostępny
                                          GreK jako Paladin Tuk II
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #69

                                          text alternatywny

                                          Paladin Tuk Drugi.

                                          Paladin przez dłuższą chwilę stał z rękami założonymi za plecami, kiwając się lekko na piętach i przyglądając to posągowi, to kustoszowi, to znów… psu.

                                          A właściwie psu przede wszystkim.

                                          Zmrużył oczy.

                                          — No proszę… — mruknął pod nosem. — Człowiek całe życie słyszy, że pies to stworzenie hałaśliwe, nieuprzejme i skore do szczekania bez zapowiedzi… a tu proszę…

                                          Zerknął, jak Fajerwerek wtula się w ramiona Malwy.

                                          — …wskakuje na ręce jak jakiś przerośnięty kociak. Bez żadnego „hau”, bez uprzedzenia, bez ceremonii. — pokręcił głową z dezaprobatą — To jest właśnie brak konsekwencji.

                                          Zamyślił się chwilę.

                                          — Bo albo się jest psem i się szczeka, jak należy… — tu uniósł palec, jakby wygłaszał niezwykle ważną tezę — …albo się jest czymś innym i wtedy się nie szczeka wcale. A nie tak, że raz człowiek myśli „to wilk”, a potem „to poduszka z uszami”.

                                          Westchnął ciężko.

                                          — To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.

                                          Dopiero po tej głębokiej analizie świata zwierząt Paladin łaskawie powrócił myślami do spraw naprawdę istotnych, czyli maczugi.

                                          Podszedł bliżej posągu, przyjrzał się dłoni Bullroarera, potem podłodze, jakby maczuga mogła się po prostu gdzieś zawieruszyć i czekać, aż ktoś ją uprzejmie podniesie.

                                          — Hm.

                                          Obszedł figurę raz.

                                          — Skoro ma to związek ze Starym Tukiem… — zaczął powoli — …to znaczy, że sprawa jest albo bardzo prosta, albo bardzo niepotrzebnie skomplikowana.

                                          Zatrzymał się i spojrzał na resztę, już wyraźnie ożywiony.

                                          — Stawiam, że ją… pożyczył.

                                          Krótka pauza.

                                          — Na chwilę.

                                          Jeszcze krótsza.

                                          — Która trwa do dziś.

                                          Skinął głową sam do siebie, coraz bardziej przekonany.

                                          — Albo uznał, że skoro maczuga raz dobrze zadziałała, to szkoda, żeby się marnowała w ręku posągu. Przedmiot o takiej historii powinien krążyć. Być w użyciu. Może do rozbijania szczególnie opornych drzwi. Albo… — zawahał się — …orzechów. Bardzo dużych orzechów.

                                          Zmrużył oczy podejrzliwie.

                                          — Chyba że… — dodał ciszej — …ktoś ją ukrył, żeby nikt nie próbował powtarzać wyczynów. Bo to się zwykle źle kończy dla wszystkiego dookoła.

                                          Wyprostował się nagle i poprawił kamizelkę, jakby właśnie rozwiązał sprawę o wielkiej wadze.

                                          — W każdym razie — podsumował — jestem niemal pewien, że maczuga nie zniknęła sama.

                                          Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na psa.

                                          — W przeciwieństwie do niektórych rzeczy, które… znikają ostatnio podejrzanie często.

                                          I odchrząknął niewinnie.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          4
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy