Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin przez dłuższą chwilę stał z rękami założonymi za plecami, kiwając się lekko na piętach i przyglądając to posągowi, to kustoszowi, to znów… psu.
A właściwie psu przede wszystkim.
Zmrużył oczy.
— No proszę… — mruknął pod nosem. — Człowiek całe życie słyszy, że pies to stworzenie hałaśliwe, nieuprzejme i skore do szczekania bez zapowiedzi… a tu proszę…
Zerknął, jak Fajerwerek wtula się w ramiona Malwy.
— …wskakuje na ręce jak jakiś przerośnięty kociak. Bez żadnego „hau”, bez uprzedzenia, bez ceremonii. — pokręcił głową z dezaprobatą — To jest właśnie brak konsekwencji.
Zamyślił się chwilę.
— Bo albo się jest psem i się szczeka, jak należy… — tu uniósł palec, jakby wygłaszał niezwykle ważną tezę — …albo się jest czymś innym i wtedy się nie szczeka wcale. A nie tak, że raz człowiek myśli „to wilk”, a potem „to poduszka z uszami”.
Westchnął ciężko.
— To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.
Dopiero po tej głębokiej analizie świata zwierząt Paladin łaskawie powrócił myślami do spraw naprawdę istotnych, czyli maczugi.
Podszedł bliżej posągu, przyjrzał się dłoni Bullroarera, potem podłodze, jakby maczuga mogła się po prostu gdzieś zawieruszyć i czekać, aż ktoś ją uprzejmie podniesie.
— Hm.
Obszedł figurę raz.
— Skoro ma to związek ze Starym Tukiem… — zaczął powoli — …to znaczy, że sprawa jest albo bardzo prosta, albo bardzo niepotrzebnie skomplikowana.
Zatrzymał się i spojrzał na resztę, już wyraźnie ożywiony.
— Stawiam, że ją… pożyczył.
Krótka pauza.
— Na chwilę.
Jeszcze krótsza.
— Która trwa do dziś.
Skinął głową sam do siebie, coraz bardziej przekonany.
— Albo uznał, że skoro maczuga raz dobrze zadziałała, to szkoda, żeby się marnowała w ręku posągu. Przedmiot o takiej historii powinien krążyć. Być w użyciu. Może do rozbijania szczególnie opornych drzwi. Albo… — zawahał się — …orzechów. Bardzo dużych orzechów.
Zmrużył oczy podejrzliwie.
— Chyba że… — dodał ciszej — …ktoś ją ukrył, żeby nikt nie próbował powtarzać wyczynów. Bo to się zwykle źle kończy dla wszystkiego dookoła.
Wyprostował się nagle i poprawił kamizelkę, jakby właśnie rozwiązał sprawę o wielkiej wadze.
— W każdym razie — podsumował — jestem niemal pewien, że maczuga nie zniknęła sama.
Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na psa.
— W przeciwieństwie do niektórych rzeczy, które… znikają ostatnio podejrzanie często.
I odchrząknął niewinnie.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin nachylił się jeszcze bliżej, mrużąc oczy tak, jakby samym spojrzeniem chciał wydobyć z drewna prawdę.
— Oho… — mruknął cicho, wyciągając palec, ale w ostatniej chwili powstrzymał się od dotknięcia dłoni posągu. — No proszę. To nie jest zwykła ręka do machania w powietrzu.
Przekrzywił głowę.
— To jest ręka przygotowana. Z zamysłem. Z planem.
Obszedł posąg jeszcze raz, tym razem wolniej, z rosnącą powagą.
— Tu było miejsce — oznajmił półgłosem, bardziej do siebie niż do innych. — Nie „mogło być”. Nie „dałoby się wsadzić”. Tylko było. Jest! — poprawił się triumfalnie.
Zerknął na dłoń jeszcze raz, jakby liczył, że maczuga z czystej przyzwoitości jednak się pojawi.
— Czyli ktoś ją wyjął — stwierdził. — Świadomie. Z pełną premedytacją. To nie jest sprawa przypadku ani… — tu zawahał się — …naturalnego zużycia.
Wyprostował się i poprawił kamizelkę.
— A skoro była, a jej nie ma… to znaczy, że gdzieś jest.
Krótka pauza.
— I ktoś wie gdzie.
Paladin zmarszczył brwi, wyraźnie zaintrygowany.
— Albo co gorsza — dodał ciszej — ktoś jej używa.
Po czym odsunął się o krok, jakby uznał, że stanie zbyt blisko miejsca po maczudze może jednak nie być najlepszym pomysłem.
— W każdym razie — westchnął — to już nie wygląda na niewinną lukę w rzeźbie. To wygląda na historię, która komuś się… odczepiła.
-
Prymula Brandybuck

Bitwy zawsze były tym aspektem historii, który przyprawiał Prymulę o ziewanie. Oczywiście skrywała je bardzo umiejętnie i pozwalała sobie tylko na ziewnięcia "w środku", a na zewnątrz nie omieszkała patrzeć z zaciekawieniem na Pana Bingo i rzeźbę. Nie było to trudne gdyż do reszta opowieści była bardzo ciekawa, nawet jeśli już zasłyszana. Ale z dobrymi opowieściami było jak z dobrą kolacją. Można było przecież powtarzać ją co dzień i niczego na tym nie tracić!
Ożywiła się jednak nieco na pytanie Bingo o los maczugi i bardzo zabawne, a jednak słuszne rozumowanie jakiemu poddał tę sprawę kuzyn.
- Och Paddy, przecież nie odczepiła się Staremu Tukowi - zachichotała, ale jej ton stracił na pewności, bo zaraz zerknęła na Pana Bingo pytająco - Prawda? -
Lobelia Bracegirdle 
Lobelia była wyjątkowo nieobecna duchem podczas wizyty. Nie wtrącała swoich trzech groszy, nie pouczała. Z zainteresowaniem za to obserwowała wszystko i wszystkich.
Architekturę budynku: którędy najlepiej złodziej mógł wejść na dach, jakie elementy fasady ułatwiały wspinaczkę, ile kominów widniało na dachu. Zwróciła uwagę, że słupy i rygle budowli, które miały nadawać jej charakteru, tworzyły dość wygodne elementy wspinaczkowe. Nawet okiennice, zamknięte na noc, mogły pomóc. Wielospadowy dach też stwarzał możliwości. Donice z kwiatami... przyjrzała się im. Czy któreś kwiaty wyglądały na uszkodzone ostatnimi czasy jakby zdeptała je nieostrożna stopa? No i te świetliki z poddaszem...
Miejsce na ognisko. Popiół mógł więc i stąd pochodzić, niekoniecznie z kominka. Należało dyskretnie podpytać gospodarzy, kiedy ostatnio takie ognisko się odbyło. Piwniczka ukryta we wzgórzu też mogła skrywać niejedne tajemnice.
Rozkład pomieszczeń: gdzie znajdowały się okna, czy i jak były zamknięte, z którego pomieszczenia można było przejść do innego. Szukała też miejsca, w którym spał nocą Fajerwerk.
Szukała też okazji, aby odciągnąć panią Malwę na stronę, by móc dyskretnie wypytać ją o ostatnie gorszące wydarzenia, ponarzekać na dzisiejszą młodzież, wyrazić współczucie i wykazać zainteresowanie zapiskami Gerontiusa Tuka. Może widząc, gdzie się one znajdują, obserwując pomieszczenia z tego miejsca, zauważy coś, co ją naprowadzić na trop? -

Bingo Slowfoot chwycił szelki swymi dłońmi, gdy Paladin przedstawił swoje rozumowanie i kiwał głową twierdząco, zachęcając, by nie przestawał.
– Doskonała odpowiedź, panie Paladinie! Obawiam się, panienko Brandybuck, że jednak nasze przeczucie jest właściwie. Przejdźmy może do tego to podwyższenia.Skierował ich w miejsce, gdzie ścianę zdobiły skrzyżowane laski podróżne nietypowego kształtu i gdzie postawiono piedestał, na którym to, pod szkiełkiem spoczywała para pięknych diamentowych spinek do mankietów.
– Gerontius Tuk, bardzo pragnął posiadać w swojej kolekcji maczugę Bullroarer'a. Przystał więc na układ, w którym podzielił się swoją wiedzą, przelewając ją na pergamin i obiecał oddać Domu Mathom spinki, które otrzymał od czarodzieja Gandalfa... wraz z kilkoma innymi przedmiotami o wartości bardziej historycznej. Dzięki temu mógł cieszyć się dziedzictwem swego pradziada do końca swoich dni. Gerontius umowy dotrzymał...– Nie dotrzymał - wtrąciła kustoszka.
– Dotrzymał, przynajmniej w swoim mniemaniu – Bingo natychmiast z uśmiechem załagodził spór – Ponoć informacja o miejscu przechowywania maczugi Bandobrasa Tuk znajduje się w jego zapiskach. Skrzętnie schowana i ubrana w liczne zagmatwane zagadki. Umysł Starego Tuka, zwłaszcza pod koniec jego dni, meandrował przedziwnymi ścieżkami. To nieodżałowana strata dla Domu Mathom, lecz jak dotąd żaden kustosz, czy kustoszka z Michel Delving nie rozwikłał jego zagadek.
Bingo westchnął, jak mógł westchnąć tylko wielki miłośnik historii i sztuki.
– W każdym razie spinki... tak, chcielibyście zobaczyć jak działają? Oto one, w całej swojej okazałości!
-
Lobelia Bracegirdle 
– Zagadki... interesujące - ozwała się Lobelia, gdy reszta skoncentrowała uwagę na spinkach. – Chciałabym obejrzeć te zapiski Gerontiusa.
-

Paladin Tuk Drugi.
Paladin, który jeszcze przed chwilą wyglądał na całkiem zadowolonego ze swojego rozumowania, nagle wyprostował się jak struna, gdy tylko padło słowo „spinki”.
A już zwłaszcza „od czarodzieja Gandalfa”.
Uniósł brwi tak wysoko, jakby próbowały dołączyć do stropu.
— A więc jednak! — wyrwało mu się, z wyraźną satysfakcją, którą starał się natychmiast przykryć kaszlnięciem. — To znaczy… to wiele wyjaśnia. Bardzo wiele. Nawet więcej, niż się początkowo wydaje.
Zbliżył się o krok do piedestału, ale nie za blisko — tak, żeby w razie czego zdążyć się cofnąć, gdyby spinki postanowiły… no, cokolwiek postanowić.
— Skoro coś pochodzi od czarodzieja… — zaczął ostrożnie — …to należy zakładać, że działa. A jeśli działa, to niekoniecznie tak, jak człowiek, czy hobbit, by się spodziewał.
Przekrzywił głowę, przyglądając się błyskowi diamentów pod szkłem.
— Same się zapinają, powiadacie? — mruknął. — Hm. To brzmi… wygodnie. Podejrzanie wygodnie.
Zerknął na resztę towarzystwa, jakby sprawdzał, czy ktoś już przypadkiem nie ma mankietów związanych w supeł.
— Bo widzicie — ciągnął dalej, coraz bardziej w swoim żywiole — rzeczy, które robią coś „same”, rzadko poprzestają na jednym. Dziś zapinają się same, jutro zapinają się szybciej, pojutrze zapinają się komuś, kto wcale o to nie prosił…
Zamilkł na moment.
— …albo komuś, kto bardzo prosi, żeby przestały.
Odchrząknął i poprawił kamizelkę, odzyskując pozory powagi.
— Ale! — uniósł palec — Nauka wymaga odwagi. A przynajmniej… obserwacji z bezpiecznej odległości.
Cofnął się pół kroku. Tak dla pewności.
— Z wielką chęcią zobaczyłbym ich działanie — oznajmił uprzejmie. — Najlepiej… na kimś, kto ma odpowiednie doświadczenie w obchodzeniu się z przedmiotami historycznymi.
Krótka pauza.
— I silne nerwy.
Jeszcze krótsza.
— Oraz mankiety, których ewentualna utrata nie będzie wielką tragedią.
Spojrzał znów na spinki, już wyraźnie zafascynowany.
— Bo jeśli one rzeczywiście zapinają się same… — dodał ciszej — …to chciałbym bardzo zobaczyć, czy równie łatwo dają się odpiąć.

-
Prymula Brandybuck

- Och, oczywiście! - Prymula była naprawdę pod wielkim wrażeniem. Zarówno przygotowania Pana Bingo, jak i całej sytuacji. Wisienką na torcie było pojawienie się owych spinek, które co prawda wywróciło cały jej zamysł do góry nogami, ale Brandybuckówna (jeszcze) wcale, a wcale się tą sytuacją nie zraziła. Utwierdziła się jednak w przekonaniu, że Państwo Slowfoot są po prostu arcysympatyczni i najzwyczajniej w świecie chyba zapłacze się na śmierć, jeśli przyjdzie im zabrać im cokolwiek podstępem z ich wyraźnie ukochanego Muzeum.
- Milo? Wyglądasz bez dwóch zdań najbardziej godnie z nas wszystkich. A poza tym... to jakby Twoja krew. Zgodziłbyś się przymierzyć spinki?
Zapytała patrząc na starszego z Tuków ze szczerą nadzieją i tym uroczym, prymulowym spojrzeniem wyrażającym bezmiar okrucieństwa jakim byłaby wobec Brandybuckówny odmowa.Zaraz jednak zmarszczyła brwi poprawiając włosy, gdy w jej głowie fakty ukrytej w zapiskach zagadki i bilbowej prośby o dokonanie kradzieży zaczęły samoistnie i wręcz wbrew dobrej woli Prymuli, łączyć się ze sobą w jakąś trudną na razie do pojęcia, ale wcale nieciekawą teorię spisku uknutą w Bag End.
-
Esmeralda Tuk


Wycieczka po Domu Mathom okazała się mniej ekscytująca, niż Esmeralda sobie wyobrażała. Trudno było orzec, czy to wina Bingo Slowfoota i jego sposobu opowiadania, czy też po prostu młoda Tukówna nie przepadała za bardziej statecznymi “przygodami”, takimi jak przechadzanie się korytarzami i oglądanie starych pamiątek.
Ziewnęła raz czy dwa, starając się ukryć to najlepiej, jak potrafiła. Próbowała też wsłuchać się w opowieści, lecz jakoś niespecjalnie ją one zajmowały. Widocznie przygody nad rzeczką zawiesiły poprzeczkę zbyt wysoko, bo teraz Esmeralda wolała przeżywać je na własnej skórze, niż tylko o nich słuchać.
Na całe szczęście miała przy sobie sójkę, z którą naprawdę się zaprzyjaźniła i która wiernie dotrzymywała jej towarzystwa. Esmeralda co jakiś czas dokarmiała ją ziarnami, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Doszła nawet do wniosku, że coś je łączy. Zew przygody i ciekawość świata! Bo jakiż inny powód mógłby sprawić, że ptak na tak długo przyłączył się do gromadki hobbitów?
- Nikt dotąd nie rozwikłał tych zagadek? Ojej! A czy przewidziana jest jakaś nagroda dla hobbita, który je rozwiąże? Może jakaś pamiątka? Hm? - ożywiła się nagle Esmeralda, gdy jej uwagę przykuł temat zagadek Gerontiusa Tuka.
Pamiętała, by o mapie nie wspominać, lecz rzuciła przy tym pozostałym hobbitom bardzo znaczące spojrzenie. I uśmiech, który mówił więcej, niż same słowa.

-

Posłuchanie - 5 prób, opór nieznany (zależny od ostatecznej prośby)
Prymula Brandybuck: zagadki (PT 13) - |5, 7 | 1, 3,
| - wielki sukces!
Paladin Tuk II: zagadki (PT 14) - zdany bez rzutu!Bingo wyciągnął spinki, celem pokazania ich gromadce hobbitów. Nie miał też nic przeciw, by jedno z nich użyło spinek do mankeitów.
– Hmmm, w zasadzie dlaczego by nie? Pomyślmy... – Bingo, chyba nawiązywał do słów Lobelii i Esmeraldy – Uprzejme z was hobbity i potrafiliście rozwiązać moją zagadkę. Są wśród was nawet potomkowie Gerontiusa Tuka, a kto lepiej zrozumie go, jak inny Tuk? Jak myślisz Malwa? Może nasi goście faktycznie byliby w stanie pomóc?– Te zagadki to tylko bełkot starca, szkoda na to czasu kochanie. – Kustoszka nawet nie spojrzała w ich stronę. Ustawiała pod ścianą rząd dziwacznych drewnianych ram na kołach. To najwyraźniej najnowszy nabytek muzeum. Malwa Slowfoot przyczepiała właśnie do każdego urządzenia karteczkę o treści „bicykl”.
– Prócz paru przepisów i kilku patentów nie ma tam nic przydatnego. Dość czasu już na tym zmarnowaliśmy.Malwa wyprostowała się, poprawiła jedną z zawieszonych karteczek i obróciła się do swoich rozmówców.
– Ale jeśli tak to naszych gości interesuje, zapiski są w naszej biblioteczce na piętrze, w drugiej alejce. Chyba, że znów nie odłożyłeś ich na miejsce... Samo przestudiowanie ich to ze dwa dni czytania. A potem zapraszam na maślane bułeczki z konfiturą według przepisu Złotogłówki Noakes. Zbliża się pora na herbatę. -
Milo Makary Tuk

Milo na wizycie w Domu Malthom był spięty jak spinki Gerontiusa (kiedy się już, oczywiście, magicznie spięły). Grzeczność, a i dominująca chyba nad wszelkimi innymi cząsteczkami w jego ciele ciekawość, wzywały, by nasłuchiwać pary kustoszy z uwagą i spacerować przez muzeum wyznaczoną ścieżką. Tuk chciał i próbował, ale stopy klapały mu nerwowo na parkiecie, gdy zezował na mnogość eksponatów i tabliczek z opisami, które pragnął poznawać.
Milo miał problem ze skupieniem na jednej rzeczy na raz, gdy wokół wołały go dziesiątki ciekawostek, a sama ich obecność łaskotała go po umyśle, nie dając spokoju. Hobbit chciał i lubił poznawać rzeczy po swojemu, na własną rękę i we własnym tempie. Malwa i Bingo wydawali się przemili, a opowiadali na jego uszy ciekawie, więc nie w tym rzecz, że Makary nudził się pod ich przewodnictwem...
Nie, Milo po prostu znów uginał się pod obyczajem grzecznego, szkolnego wysłuchiwania, gdy serce wyrywało mu się już do przebiegania po korytarzach w pędzie i poznawania wszystkiego z bliska. A potem przysiadania eksponat po eksponacie i notowania, szkicowania, malowania i dłubania w pamięci, co do czego dopasować i co-z czym-o czym.
Trzymał pion i kurs za resztą drużyny, bo jednak pozycja starszego w gronie gości zobowiązywała podwójnie. Opłaciło się, bo dzięki uprzejmości Prymulki spotkało go nie lada wyróżnienie. Zaszczyt i przygoda sama w sobie... Magiczne spinki Gerontiusa miałyby się spiąć na jego mankietach! Na jego skromnych, acz wykrochmalonych jak trzeba, mankietach!
Milo stanął przed Bingiem jak zamurowany i szepnął chyba, że to byłby zaszczyt, ale nie miał już pewności, czy aby nie mlasnął tylko czegoś ustami, które także zwolniły wobec emocji. Widząc zachętę ze strony kustosza, Tuk wyprostował ręce i wysunął naprzód nadgarstki. Zreflektował się, że do spięcia mankietów, musi najpierw zdjąć własne spinki, więc nerwowo pozbył się ich z koszuli i raz jeszcze stężał z łapami z przodu. Teraz już w pełni gotów na czary.

Parę chwil później, kiedy uniesiony pod sufit Milo powoli lądował, na ziemię sprowadziła go konieczność protestu. Kustosz zachęcał do zagadek, a pani Malwa odwodziła od marnotrawienia czasu na takie głupoty. Tuk nie mógł nie stanąć w obronie babrania się w rzeczach nieprzydatnych i szalonych, które mogą prowadzić do mizernych efektów.
– Jeśli Państwo pozwolą, to dla nas... Dla nas będzie wielkim honorem móc przestudiować te zapiski dla samego tylko obcowania z pamięcią o przodkach, którzy tworzyli nasze Shire jakim jest dziś. – Milo faktycznie czuł, że wzniosła to sprawa i to na tyle, że zbył na razie wspomnienie o konkretniejszych i dających konkretne efekty maślanych bułeczkach. – Jeżeli w ogóle mógłbym-moglibyśmy korzystać z gościny Państwa domu i w kolejnych dniach, by poznać lepiej naszą historię...
Hobbit zatrzymał się w pół zdania i poczerwieniał, świadomy, że lapsusem może narobić tu nie lada niegrzeczności.
– Naturalnie, przepraszam najmocniej, chodzi mi o możliwość, aby w czasie, kiedy Dom jest otwarty dla zwiedzających, móc czytać i poznawać eksponaty. – Milo skłonił głowę, jakby kajał się za faktyczne przewinienie. Było-nie było, wpraszać się tak do kogoś byłoby skrajnie obcesowym, a funkcja sfery dóbr publicznych, jaką pełniło muzeum nie była wśród hobbitów oklepaną codziennością. – Nie chodzi, by Państwa nachodzić... Jedynie, gdy można, gdy nie przeszkadza... Zapoznawać się na tyle, na ile się da z tym dziedzictwem naszym hobbicim w spokoju. Wiem... Wiem, że każdy inaczej trochę patrzy, czego innego potrzebuje, inaczej myśli, kiedy tak stoi oko w oko z historią przodków...
-

Spinki Gerontiusa Tuka już samym wyglądem, mogły wprawić w zachwyt, lecz okazały się być też bardzo praktyczne, co dziwne, bowiem należały ponoć kiedyś do czarodzieja Gandalfa. Na mankietach Milo prezentowały się wspaniale i zapinały się i odpinały, kiedy zażądał i znów zapinały... Jakkolwiek było to niesamowite, wreszcie i to zaczynało powszednieć i ustępowało innemu zainteresowaniu hobbitów.
Posłuchanie - 3 próba z 5
Milo Makary Tuk: przekonywanie (PT 13) - |2, 3 | 2, 5 | - porażka!Zainteresowanie to zyskały niemal bez wyjątku zapiski Gerontiusa. Zdało się być to naturalne, tym bardziej że w niektórych przypadkach były to zapiski ich prapradziadka, zaś kustosze zawsze radowali się ilekroć ktoś podzielał ich entuzjazm w obcowaniu z historią... a przynajmniej Bingo taki był i wylewnie dawał o tym znać mimo strofowań Malwy Slowfoot, która pomysł regularnych odwiedzin zbyła raczej milczeniem, co i tak było dobrym rezultatem, jesli wierzyć wcześniejszym opowieściom Bilba Bagginsa.

Lobelia Bracegirdle: czujność (PT 16) - | 5 | 3,
| - porażka!Przeszli po wełnianym dywaniku na schody prowadzące do biblioteczki. Znajdowała się ona na prawo od schodów i z początku zdawała się niewielka, lecz półki tu wręcz uginały się pod ogromną kolekcją ksiąg, dokumentujących koligacje rodowe i gromadzone przez pokolenia przepisy kulinarne. Znalezienie mapy tutaj byłoby nie lada wyczynem, zwłaszcza po ciemku!
Bingo znowuż to żartując i opowiadając anegdoty odnalazł mnogość Tukowych rulonów i dzienników i dzienniczków w drugiej alejce, tam gdzie poinstruowała go żona.
– Wszystko jest bardzo chaotyczne. Obawiam się, że w tym Malwa ma rację. Myślę, że nie zainteresują was one tak jak mnie, ale może... a kto wie może uda się wam rozwikłać jedną rzecz, skoro chcecie pomóc... gdzie to... a ten. Myślę, że tutaj znam odpowiedź... – kustosz wybrał jeden z dzienników i otworzył na jednej z kart, na której widniał tylko krótki wierszyk.
Tam, w rzekach, ryby nie pływają,
w górach wiatry nie hulają.
Tam morza i jeziora suche się zdają,
To tam informacje się chowają.– ...i tutaj - Bingo Slowfoot pokazał im jeden ze zwoi – pisany tym samym atramentem jest tu tylko jeden fragment. – kustosz przeczytał im go na głos:
Miejsce wskaże wam koń, co stoi obok koła,
ten, co nie słyszy gdy się doń woła.
Kto go zobaczyć zdoła i na noc ogień tam rozpali,
odnaleźć resztę podoła.– Tego wcale, a wcale nie rozumiem.
-
Lobelia Bracegirdle 
– Zaiste... pierwszy wierszyk jest dosyć prostą wskazówką... zgadzam się. – Tak... wyjaśnia to bardzo wiele... Myślę, panie Slowfoot, że to nie te zapiski powinniśmy obejrzeć... lecz inny dokument, który jak się spodziewam, znajduje się też w Domu Mathom. Czyż nie?
Poszczególne elementy wpasowywały się w swoje miejsce. No, zobaczymy, Bilbo Bagginsie! -
Bingo odchrząknął znacząco.
– Tak, tak, już się robi... – kustosz wyjął spod pachy kolejne zawiniątko, tym razem większe. Zdjął ze stolika stojące tam bibeloty i rozciągnął płótno na stole, prosząc Esmeraldę by przytrzymała jeden koniec, kiedy on ponownie ustawiał przedmioty na stoliku, tak by powstrzymać mapę przed zwijaniem się.Ich oczom ukazała się owa właśnie mapa. Ta której pragnął Bilbo Baggins dla siebie.
-
Prymula Brandybuck

Spinki może w istocie nie były tak spektakularne jak się Prymuli zdawało, że będą. Ale dla niej i tak było to niesamowite przeżycie, bo po prawdzie tak do końca nie wierzyła, że miejsce będą mieć jakieś czary. A tu i owszem. Miały. Dotyk czarodzieja był tu niezaprzeczalny!
Ale należało czym prędzej wrócić na ziemię, bo rozmowa z kustoszami wróciła na pożądane tory mapy Starego Tuka. I to zgodnie z planem tak, że pierwszy wspomniał o tym Pan Bingo. Czy okaże się, że nie będą musieli uciekać się do żadnego występku? I czemu Bilbo wolał jednak kradzież od pożyczenia?
Hobbitka powachlowała się swoim kapeluszem, bo zrobiło się jej gorąco. A tymczasem Pan Bingo i Esmeralda rozłożyli mapę, którą wszyscy wraz z nią poczęli studiować uważnie.
- Widzę lisa, wilka... bociany... owcę... kozę... jakieś ptaki... Oooo jest i koń. Albo osioł?-Obok Kamienia Trzech Ćwiartek. A ten kamień... nie pamiętam. Czy on jest naprawdę okrągły?
-
Esmeralda Tuk


Esmeralda z zapartym tchem przysłuchiwała się treści zagadki, którą wyrecytował Bingo, a potem rozważaniom Lobelii i Prymuli. Jednocześnie przyglądała się rozłożonej na stole mapie - uważnie i badawczo, jakby chciała przejrzeć ją na wskroś.
Gdy pozostali rozprawiali na głos, Esmeralda półszeptem powtarzała zapamiętany wers zagadki, krążąc wokół stołu - raz w jedną stronę, raz w drugą. Pochylała się nad mapą, by zaraz potem cofnąć się o kilka kroków i spojrzeć na nią z oddalenia. Od czasu do czasu zerkała na swojego brata i na Mila - bo któż inny miałby rozwiązać tę zagadkę, jeśli nie jedno z nich? W końcu wymyślił ją tukowy umysł, a więc i pojąć ją mógł tylko umysł tukowy!
- A co, jeśli to wcale nie jest żaden koń na mapie? - zasugerowała w końcu, mrużąc oczy i wpatrując się w podstępną kartę. - Może to coś, co jedynie przypomina konia? Jakiś kamień, na przykład? Mamy w Shire coś takiego? Kamień, który wygląda jak koń?
Zamyśliła się, mówiąc już niemal bardziej do siebie niż do innych.
- “Obok koła stoi”… Hej, a jeśli to nie chodzi o dosłowne koło? Może… może o Rozstaje? - zaproponowała, wskazując palcem odpowiednie miejsce na mapie. Po chwili cofnęła się znów i spojrzała na nią pod innym kątem. - O! A zauważyliście, że całe Shire wygląda trochę jak jedno wielkie koło?
Nie potrafiła jednak tak łatwo rozwikłać tej zagadki, jakby sobie tego życzyła. Być może jej umysł nie był jeszcze dość tukowy… choć z pewnością bardzo się starał.
