[Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
-
Lobelia Bracegirdle 
– To załatwiliśmy sprawę śpiewająco, czyż nie? - zwróciła się do narzeczonych Lobelia, spoglądając swym bystrym okiem. – Dziękuję za ziele, wielce się przydało - tym razem słowa podziękowania skierowała do samego Drogo.

– Zaskoczona jestem - podczas dalszej podróży Lobelia postanowiła podzielić się ze współpasażerami swoimi przemyśleniami - że taka już aktywność owadów wiosną. Miód? W takich ilościach? Toż jeszcze nie czas. Takie anomalie nie zwiastują nic dobrego. Ależ miło ze strony Noaeksów. Dali mi tyle miodu! To pewnie jeszcze z zeszłorocznych zapasów!
Miody podróżowały bezpiecznie w koszyczku wraz z panną Bracegirdle i stanowiły teraz jej niekwestionowaną własność. Jakby nie było, sama jedna rozprawiła się z niebezpieczeństwem i zagrożeniem. Nawet okazała się na tyle wielkoduszna, że nie skomentowała pomocy udzielonej jej przez pozostałych. No cóż. Nie wszyscy mogą być tak bystrzy, jak ona.

– Nie dotarli jeszcze - skomentowała zastany stan rzeczy. - Mówiłam im, że rzeka pewnie wezbrana. Ale czy ktokolwiek z nich pomyślał, aby wziąć to pod uwagę i zabezpieczyć się w przydatne rzeczy przed wyruszeniem od Bilbo? A on sam, czy o tym pomyślał? Namówił ich na wyprawę nie bacząc na zdrowy rozsądek!
– O tej porze powinniśmy być już w Tukowej Skarpie - zatupała zdenerwowana Lobelia na wieść, że nie ma miejsc noclegowych w Rozstajach. - Wszystko winna tego smarkacza Griffo. Ojciec winien mu wygarbować skórę!
– Siadajmy na razie i posłuchajmy, co się dzieje. Może uda nam się usłyszeć coś ciekawego, co nasunie nam rozwiązanie.
-

Rorimak Brandybuck- Milo zna się na chodzeniu po lesie nie gorzej ode mnie, stąd pasuje do takiej podróżu, nie rozumiem skąd to rozstawianie Tuków, niech sami decydują - odparł stary Rori akcentując słowo rozstawianie, widząc że Tuków chciała przydzielać jak pionki
Ten post został usunięty! -

Rorimak BrandybuckRorimak w milczeniu przytakiwał Paladinowi, a gdy tylko rozchylił zarośla uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Dzik, jak dzik... - rzekł rozbawiony cicho, ale widać było po bananie na twarzy że podoba mu się ta zmiana, widać Milo się na dzikach średnio zna, ciekawe co robi w takim razie po lasach gdy tak często wychodzi. Rorimak był znanym myśliwym, zaś Makary, hm...
- Idź idź, jak coś powiemy że dowiązujemy co by nie odpłynął z tą łódką - zapewnił go gdy tamten chciał podkraść się pod linę
- A płot, cóż, widocznie dzik rozwalił - powiedział mrugając okiemPoszło łatwiej niż się mu wydawało się, myślałby kto, że stary Brody popił ostro, bo spał jak zabity, ale alkoholu żadnego nie wyczuwał. Wrócili prędko z liną, mogli się nią obwiązać, z palikami do oparcia już na pewno nurt ich nie porwie, tylko butów żal...
No nic, pora na przeprawę!
-
Prymula Brandybuck

Lobelia jednak wciąż była Lobelią i Prymulka, której Fortuna oszczędziła ukąszeń przez szerszenie, siedziała teraz wygodnie w kolasce trzymając Droga pod ramię i z grzecznym uśmiechem na twarzy przysłuchiwała się miodowym rozważaniom panny Bracegirdle.
- Rzeczywiście Lobelio - przytaknęła rozbawiona aneksją dzbanów - Zasłużyłaś na ten podarek bez wątpienia. A wiosna… Hmmm… Plastry miodu wydawały się pełne, a owady… pszczoły pracowite, a szerszenie… wściekłe.Wzdrygnęła się na wspomnienie atakujących ją insektów. Bardziej niż ona jednak ucierpiał Drogo, którego pod wpływem nagłej potrzeby ścisnęła mocniej za ramię.
- Ale przyznać trzeba, że łąki kwieciem pokryte gęsto i nie dziwota, że pszczołom praca się w łapkach paliła. Szerszeni zaś tłumaczyć nie trzeba. Z resztą i rady na nie większej nie ma. Trzeba się pogodzić, że istnieją nieprzyjemne stworzenia co w swej naturze mają zgryźliwość i miodowe łakomstwo.
Uśmiechnęła się uprzejmie, a Drogo zachichotał.***
Gwar był w Rozstajach niesłychany wręcz. Prymula być nie była nim jakoś bardzo zaskoczona, gdyż podobny widywano w Newbury przy Północnym Trakcie w Bucklandzie. Ale w Bucklebury, czy Crickhollow coś takiego zdarzało się co najwyżej podczas Festynów.
- Ależ to nie wina tego chłopca Lobelio. Pecha mamy, ot co. Oby nie towarzyszył on też naszym żądnym rzecznych przygód przyjaciołom. Z resztą Rory jest z nimi. Nie pozwoli by dopuścili się jakiejś bzdury ani nie przyzwoli nieszczęściu ich spotkać. Jestem tego pewna.Obrzuciła wzrokiem tłum hobbitów przeplatany pojedynczymi krasnoludami. Lubiła pogawędzić niemniej niż inni hobbici, ale ostrzenie uszu nie było jej ulubionym zajęciem. Nawet jeśli rzeczywiście nie mieli niczego lepszego na oku aktualnie. Chyba żeby…
Ilość pytań, powitań i pozdrowień była wprost proporcjonalna do tłumu, ale nie przesadnie nachalna. Radzili sobie z nią zupełnie dobrze. I być może można było to wykorzystać. Pozwoliła Lobelii czas jakiś na jej plotkarskie przyjemnostki, po czym wstała.
- Poczekajcie proszę. Odo… potowarzysz mi.
Ruszyli we dwoje z młodym Bolgerem w kierunku gospody i szynkwasu wymieniając zdawkowe pozdrowienia z postronnymi hobbitami, póki nie zwróciła na nich uwagi większa grupka hobbitów i hobbitek, w której prym wiódł kojarzony nieco przez Prymulę rosły Chubb.
- Powitać pani dziedziczko Prymulo! - ozwał się - Jak się miewa Buckland?
Prymula uśmiechnęła się i skinęła uprzejmie głową.
- Dziękuję Panie Chubb - odparła słabym głosem - Miewa? Ach Buckland… tak…
Po czym omdlewając osunęła się na ziemię.