[VtDA] красота требует жертв
-
-

ANNO DOMINI MCCXV, PskovPrzyszli po niego bladym świtem. Walili do drzwi jego chałupy tak mocno, że aż deski trzeszczały. Michaił obudzon w ten brutalny sposób, wyrwał z łóżka i dopadł do drzwi z nożem w ręku. Otworzył je szarpnięciem chętny naprać tego bezczelnego gnoja, ale nim począł realizować swój naprędce sklejony zamiar, powstrzymał się na widok trzech zbrojnych mężczyzn, wyekwipowanych wystarczająco porządnie, aby nie bać się bandytów na drodze, a i mogących trzymać hołotę za pyski.
Nie przyszli jednak na rabunek czy inny gwałt. Nie interesowała ich Nadiejka (niech Bóg się nad nią ulituje), nie chcieli żadnej zemsty.
- Robota dla ciebie, Władimirowicz. Grosza dostaniesz, jedzenie ci nawet mają zapewnić, bo droga długa. - rzekł jeden - Podróż do Pskova na cię czeka.
Dyskusja z nimi nie wyglądała na możliwą. Chociaż Michaił o swym dziecku wspomniał, którym musi się opiekować, ci byli nieugięci, a jego wzmagający się gniew zduszony został zdaniem:
- Kniaź Pskova po cię posłał.
I tak zostawiwszy Nadiejkę pod opieką babki, chcąc nie chcąc musiał się poddać i ruszyć do Pskova. Nie interesowały go zawiłości jakiśtam polityk, ale wiedział, że są tacy, z którymi taki jak on nie zawalczy. To, co także rozumiał odnosiło się do władzy jaką taki knaź posiadał, a z czymś takim się nie zaczyna. Spalenia do gołej ziemi Trudowja czy nawet Subaczy mógł nakazać taki pan w ramach rozświetlenia drogi dla swego przejazdu.
Dlatego nie było co ryzykować. Wiedział, że pewnie o ścinanie chodzi lub łamanie kości w przesłuchaniu, ale czy nie mieli w tym Pskovie żadnego własnego kata, że musieli po jakiś gorodach szukać? Ci zbrojni też nie wiedzieli, ale rozkaz pana był rozkazem... a knaziom się nie każe czekać, jak i wielu innym, gdy twój żywot prowadzisz w błocie, brudzie i, w przypadku Michaiła, krwi.
Wątpił, aby chciano go zobaczyć osobiście, ale skoro miał dostać zapłatę, mając nadzieję na większy grosz niżli zwykle, to nie było sensu na bunt. Faktycznie, dano mu chleba, ale poskąpiono napitku w jakiejkolwiek postaci, więc pragnienie go paliło nim ktoś po niego przyszedł do stajni, przy której stał wóz jakim przyjechał. Dopiero gdy pojawił się ten chuderlawy osobnik, o pobliźnionych dłoniach i nerwowości baby, ci co przyjechali po Michaiła zostawili w spokoju kowala.
- Czemu tak długo ci to zajęło?! - warknął z irytacją mężczyzna, któremu postrzępione i tłuste włosy plątały się w brunatnym nieładzie.

-

Lico...
...tempe gieroji ostudziły jego morderczy zapał. Na tyle, żeby nóż schować i się odziać naprędce gdy prosili.
...pokraśniałe tego co gadał, wyższego, od przecież i tak już rosłego Michaiła, o pół głowy, gdy studzić mu przyszło gniew kowala, na porę, na dziecko w chałupie, którego przecie samego zostawić nie sposób, na babkę, po którą pójść trzeba i że może sobie sobace pod to miejsce gdzie jej ogon sterczy włożyć polecenia kniazia, jeśli myśli że dziecko samo zostawi.
...pomarszczone i boleściwe Alisy, pomstującej i zsyłającej uroki, gdy ją kułakami szturchali, żeby pospieszyła, bo kniaź czeka a czekać nie lubi. Drób rozganiany z placu pomstował gdakaniem i gęganiem.
...blade Nadiejeczki gdy wyrwawszy się do dziecka jeszcze na jej czole pocałunek złożył i szepnął do ucha, że wróci jak szybko zdoła.
...zacięte Władimirowicza, gdy go w końcu na wóz usadzili i wcisnęli w dłonie bochenek sczerstwiały, w Pskovie pewnie jeszcze dnia poprzedniego wypieczony. Szarpał kowal spieczoną skórkę i wkładał w gniewie do ust, bo chociaż obietnica dodatkowego grosza kusząca była, to dziecka samego, biednego zostawiać w domu nie lubił a i do pracy, do której, jak sobie imaginował, go wzywają, wstręt miał.
...rozbawione bojca, gdy go o napitek spytał, gdy żołądek tłuc się zaczął zapchany suchym pieczywem, domagający się spłukania. Czy za obłomowszczyznę go tak ukarać zamierzali?
...pieniackie, rozsierdzone chuderlawca gdy z pretensjami wyjechał.- Pić daj-cie - czknął głośno Kuzniecjew zostawiając pytanie zawisłe w powietrzu retorycznym, - bo mi żywot gotów wyskoczyć.
Resztę chleba niedojedzonego koniom na słomę rzucił.
- A co mnie twoje dupsko? - parsknął mężczyzna w mieszczańskim ubraniu jakie musiało widzieć lepsze dni - Zejść nie zejdziesz, a jak pić chcesz to koniom żłop z koryta, obok masz. - Wskazał na koński wodopój za drzwiami stajni.
Zmlął Władimirowicz przekleństwo wargami suchemi. Splunąłby był obdartusowi pod nogi gdyby starczyło plwociny lecz w ustach sucho było niby w kowalskim piecu. Spojrzał hardo na chudzielca i poczłapał powoli we wskazanym kierunku.
Woda cuchnęła stęchlizną i końską sierścią. Po wierzchu źdźbła słomy pływały. Przyklęknął na mokrej ziemi, tuż obok koryta, spojrzał w ciemną bramę stajni, tam gdzie stać ciągle musiał i obserwować go z ciemności chuderlawiec…
...że skoro świt zbudzili, choć pracował do późna - bojców powinność,
...że ciągnęli do Pskova dwa dni prawie - kniaziowe prawo,
...ale, że wodę z koryta pić kazali jak zwierzęciu, toż to się nie godzi,...i złapawszy obiema rękami mocno za belkę robiącą za framugę bramy uderzył w nią z całej siły głową. Ból przymroczył go na chwilę. Podparł się rękami o ziemię by nie upaść. Krew z rozbitego czoła zalała mu twarz. Wstał ciężko, przytrzymując się ściany i wszedłszy z powrotem do stajni wywarczał szczerząc rubinowe od posoki paliczki zębów.
- Prowadź do kniazia, zobaczym co powie na takie traktowanie.
Mężczyzna rozdziawił usta widząc zakrwawiony czerep Michaiła, na który to widok warknął wściekle:
- Wariat tyś czy co? Dureń jakiś? Pojebało cię zupełnie! - Michaił zobaczył, że nieznajomemu zaczęły mocniej drżeć pobliźnione dłonie. - Po cholerę tym łbem waliłeś?! Rozumu szukałeś?! Kniaź cię do diabła wyśle, tyle będzie! Sam się tak potraktowałeś, jam ci nie kazał przecie!- Twoje słowo przeciw memu. Jeszcze rabanu mogę narobić. Zejdą się. Zobaczą jak się szarpiesz z zakrwawionym, bogu ducha winnym kowalem - odchrząknął. - Zaryzykuję… a ty? Suszy mnie… - przypomniał.
Przez chwilę nieznajomy stał jak wryty w ziemię, z jednej strony wściekły, ale z drugiej przerażony... i nie wiedział czego winien się uczepić.
- Skurwiel jebany... - warknął - Jeżeli to zrobisz to pogrążysz nas obu, słyszysz? Skórę z nas zdejmą!
Kowal spojrzał na chuderlawca ciekawie. Przekrzywił ptasio głowę. Ten człowiek się bał. Prawdziwie był przerażony. Michaił nie widział w tym strachu nuty fałszu. Jednak ciągle skąpił mu napitku ryzykując, podle jego wersji, zdrowie czy nawet życie. Prosty rzemieślnik z Trudowja zetknął się z czymś, czego nie rozumiał…
Czknął.
...a skoro nie rozumiał, to przeszedł nad tym do porządku dziennego.- Czyli nie dasz ugasić pragnienia - upewnił się.
Mężczyzna nastroszył się, ale zaraz wydał z siebie zrezygnowane westchnienie.
- Dobra, dostaniesz coś do nażłopania się! Tylko mi tu nie gadaj do nikogo, że jam ci to zrobił! Lepiej wymyśl jak to wyjaśnisz.
Cieńkie, ciepłe piwo smakowało jak szczyny ale pozwoliło przepłukać gardło i pozbyć się męczącej czkawki bez ryzyka zatrucia skażoną wodą. Władimirowicz obmył na koniec twarz, w tym samym korycie, z którego wcześniej mu pić kazano. Starł tym samym ślady krwi, lecz świeża, czerwona pręga na przeciętym czole i nabrzmiały guz pozostał. Na koniec splunął jeszcze gęstą plwociną pod znające lepsze czasy buty łachmyty i wymamrotawszy niewyraźnie durak pod nosem dodał już głośniej:
- Kniaź życzyli sobie mnie zobaczyć. Prowadź jeśli łaska.
-

ANNO DOMINI MCCXV, Pskov- Ale pamiętaj. Ani pary z gęby.
Przewodnik Michaiła, który mu proponował do picia wodę z końskiego koryta, nie wyglądał na zadowolonego zadaniem doprowadzenia go do Knazia... O ile do niego w ogóle szli. Po co w sumie taki pan mógłby chcieć zobaczyć osobiście takiego kowala, jakim był Władomirowicz? Posłany po niego osobnik nie miał najwyraźniej zamiaru tłumaczyć niczego, a miast gadać z "gościem", jedynie rzucał krótkie, warkliwe uwagi, wyraźnie niechętny do nawet szczątkowej interakcji.
Nieznajomy wyglądał na bardzo zmęczonego, choć owo zmęczenie dość sprawnie maskował. Jakikolwiek nie był powód wyczerpania, musiało wywlec z niego wszystkie siły wraz z bebechami. Podkrążone brakiem snu i wycieńczeniem, oczy o ciężkich powiekach, zdradzały najlepiej samopoczucie osoby, do której przynależały.
Jego chód zaś, mimo że szybki, był niestabilny, chybotliwy i jakby niepewny. Michaił miał wrażenie, iż prawa noga tego suczysyna ucierpiała jakieś obrażenia, które wywoływały ból przy przemieszczaniu się, ale także i upośledzały zdolność chodu. Jaka by nie była prawda, jego przewodnik nie miał zamiaru ani o tym mówić, ni uskarżać się, choć czasem na jego twarzy pojawiał się grymas bólu.
- Przez niezgrabność się potknąłeś i łbem przywaliłeś. Jasne? - syknął mężczyzna ciszej, spoglądając na majaczącą w oddaleniu, niewielką twierdzę - Tak gadaj, bo ci ten durny łeb...
- Spóźniłaś się, suko.

Przewodnik prawie podskoczył na te słowa, które rozbrzmiały w brudnej alejce, w jaką wprowadził Michaiła, pomiędzy składy drewnianych bel. Na ich drodze stał dość młody mężczyzna o nieprzyjemnym spojrzeniu oczu równie ciemnych, co jego włosy. Skórzana kurta dostawała do nich kolorem i wyglądała na dobrze zadbaną, choć nie tak nową. W palcach obracał niewielki kawałek drewna, co najwyżej drzazgę, jaka wypadła na ziemię podczas chowania drewna do pod te zadaszenia.
- To było sam po niego pójść, ty kurwi...
Przewodnik Michaiła nie zdążył nawet zareagować, gdy nieznajomy doskoczył do niego i uderzył nim o ścianę prowizorycznego magazynu z drewnem, ściskając jedną dłonią jego gardło.
- Grzeczniej, suko. Bo do budy cię za skórę przywiążę. - ciemnowłosy uśmiechnął się bez radości, ale z jakąś satysfakcją, gdy zobaczył przerażenie na twarzy przewodnika, jakie wzrosło w momencie przysunięcia ostrego końca długiej drzazgi do jego oka.
- Oczywiście... - zadrżał, jak pochwycono jego szczękę, aby unieruchomić głowę i jeszcze bliżej skierowano drewienko - Oczywiście, panie! To się nie powtórzy!
Młody mężczyzna przez moment patrzył w milczeniu na niego, aby zwrócić wzrok na Michaiła, a obejrzawszy go z odległości, zapytał:
- Czemu masz łeb rozkrwawiony, Władimirowicz?- On sobie... - wypalił drugi z nich, wciąż trzymany za szczękę, ale momentalnie zamknął się, pojękując jedynie, gdy owa szczęka została z chrupnęciem wygięta w bok.
- Ta suka ci to zrobiła? - nadeszło drugie pytanie od ciemnowłosego, kierowane do Michaiła.

-

Każdy ma swojego bojara, taki był porządek świata, a chuderlawiec musiał nie mieć najłatwiejszego z nich. Traktowany jak sobaka, katowany i straszony prawie szczał w gacie ze strachu a mimo to wracał z podkulonym ogonem zamiast wybrać sobie lepsze życie. Swołocz. Nie to, żeby Kuzniecjewowi było go choć trochę żal. Splunął pod nogi chuderlawca pokazując jasno w jakim poważaniu go ma. Wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu z satysfakcją łapiąc przerażenie w oczach łachmaniarza. Przeciągał odpowiedź, rozkoszując się chwilą.
- Ta tchórzliwa gnida miałaby mnie tknąć? - Obrzydzenie sączące się z jego ust nie było udawane. - Jeden kulas ma już przetrącony, ciężko by mu było chodzić z dwoma kulawemi...
Kowal zmacał guza. Strupa dopiero co skrzepłego rozdrapał. Wzruszył ramionami.
- Samem sobie to uczynił - odparł nie uznając za stosowne ani nawet potrzebne wdawanie się w detale. Patrzył przy tym młodzieńcowi prosto w ciemne oczy z lekkim, prawie przyjaznym uśmiechem. - Wyście panie po mnie posłali?- Knaź posłał... - nieznajomy spojrzał w oczy chuderlawca - ...jak się go ładnie poprosiło... - na te słowa wyszczerzył się w sposób, który powodował dreszcze, po czym zerknął na Michaiła - Tylko coś późno, to tej suki wina? - znowu wrócił do... obserwacji strachu "suki" - Wydłubać mu oko, Władimirowicz? Jak sądzisz? Zdecydować się nie mogę...
Przewodnik Michaiła chciał wyraźnie pokręcić głową, ale uścisk na szczęce najwyraźniej był zbyt silny, żeby na to pozwolić, więc zdołał on jedynie zaskomleć w przerażonym, błagalnym zaprzeczeniu.
Kowal wydął usta.
- Późno, bo bojcom spieszno nie było.Podparł się rękami i zbliżył twarz do przerażonego łapserdaka.
- Krasawicą to on nigdy nie będzie, czy z okiem czy bez - ocenił fachowo. - Mnie tam wsio rawno. Samiście gaspadin wiedzieć powinni czy wam się sobaka bardziej nada z dwoma, czy z jednym. - Wzruszył ramionami.Przytrzymywany przy ścianie mężczyzna spojrzał na swojego możliwego oprawcę i jęknął w przerażeniu.
- N-nie... Panie... Ja... Potrzebuję...- Niekoniecznie. - niepokojący uśmiech mężczyzny poszerzył się - Ale Władimirowicz to gość, jemu dam wybór. - rzucił nieszczęśnika pod nogi Michaiła i wciąż bawiąc się długą drzazgą dodał - No, aleś chyba naszemu gościowi niemiła, suko.
Przerażony mężczyzna, unoszący się na kolana, spojrzał błagalnie na Michaiła, a wydusić z siebie tylko jedno mógł, wlepiając wzrok w kowala:
- Jam głupi był wtedy... Litość okaż, panie…Michaił spojrzał kwaśno na łaszące się ścierwo i z krótkiego zamachu rąbnął go w szczękę.
- Paszoł won, pókim dobry! - warknął patrząc za umykającym a gdy ten zniknął z pola widzenia dodał - Moje zwierzęta cieszą się dobrym zdrowiem. Lepiej wtedy służą.
Przeniósł wzrok na nieznajomego.
- Chcieliście mnie widzieć gaspadin, nie przecie dla tresowania swoich sobak?- Tresowaniem to i ja sam się zająć mogę, a suka normalnie potulna jest jak żreć chce, a pora karmienia się zbliża. - odparł nieporuszony zdarzeniem mężczyzna - Więc nie, nie po to tyś potrzebny, twoje talenta chcę wykorzystać. Nie każdemu miło gadać jak inni chcą, a my mamy niegadatliwą istotkę do przepytania. Potrzeba stanowczości w podejściu jak i jednocześnie odpowiedniego wyczucia, żeby nie zdechła podczas rozmowy.
- Takem myślał jak mnie tutaj wieźli, skąpiąc słowa i napitku. - Władimirowicz zrobił kwaśną minę. - Ale bumagę macie na przesłuchanie?
Nieznajomy jedynie uśmiechnął się złośliwie.
- Nóż mam, wystarczy. A jakby kto więcej chciał... Niech mnie zapyta.- Nóż macie... - kowal westchnął ciężko i począł tłumaczyć powoli, jak dziecku. - Kiedy widzicie, mnie nużno bumagę na proces mieć. Bez papieru mnie mogą później samego na spytki wziąć. Tutejszy mistrz małodobry pewnie na kontrakcie u kniazia. Zresztą... - westchnął raz jeszcze, jak ojciec, któremu tłumaczyć przyszło niepojętnemu synowi - jeśli kniaź na waszą prośbę po mnie posłali, to i pewnie bumagę podpiszą.
Mężczyzna za to patrzył na Michaiła z jakimś ironicznym rozbawieniem sytuacją.
- Nikt cię na spytki nie weźmie, bo i knaź się nie waży zezwolić. - odparł z pewnością w głosie - Nie w jego interesie to, a wręcz przeciw. Ja natomiast noża tak naprawdę nie potrzebuję, ale... - pstryknięciem posłał drzazgę na ziemię - ...ludzie widząc innego boją się mniej, niż kiedy ten ma broń. Głupi są i tyle, a małodobry... - parsknął - Żaden z niego oprawca. - skinął Michaiłowi w stronę, w jaką był prowadzony. - Idziemy czy uciekasz łzy wylewać wraz z suką?- Wasze słowo… - w głosie kowala można było wyczuć lekką irytację. - Wybaczcie gaspadin ale ja was nie znam. Nie wiem nawet jak się zwiecie. Pierwszy raz was na oczy widzę a gdybym każdemu nieznajomemu na słowo wierzył, to byście teraz ze mną nie rozmawiali. Dajcie mi dowód, że to co mówicie to nie łeż, a pójdę gdzie każecie.
Smuklejszy od Michaiła mężczyzna podszedł bliżej kowala, patrząc mu w oczy i zachowując ten nieprzyjemny uśmieszek. Może nie był tak wysoki jak Władimirowicz, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
- Dowód, mówisz... - szepnął, po czym bez ostrzeżenia, z wyćwiczoną najwyraźniej szybkością, uderzył pięścią prosto w szczękę Michaiła, któremu od spotkania z tą siłą aż załomotało w głowie, posyłając go niczym piórko prosto na ziemię - A na imię... - zaczął obchodzić mężczyznę - Nie zasłużyłeś, Władimirowicz.
Michaił potrząsnął głową, w której szumiało mu jak w miechu kowalskim. Zebrał się, wstał. Splunął krwią i językiem obmacał zęby sprawdzając ich stan. Nieznajomy miał krzepę, której można mu było pozazdrościć, której nie można się było po niej spodziewać...
- Kurwa twoja jebana mat’ - zaklął kowal.
... co jednak nie załatwiało sprawy bumażki.
- Skoro tak sprawę stawiasz - popatrzył mu hardo w oczy - to sam sobie ją przesłuchaj.
Mężczyzna westchnął ciężko, wyraźnie nienawykły do stawiania oporu... i nie chcący najwyraźniej czekać dłużej.
- Jak tak bardzo się boisz, że świstka nie ma... - wzruszył ramionami - ..mogę sukę posłać, jak wróci. Weźmie pisemko od kniazia, zadowolon wtedy będziesz? Pan łaskawy nie przyjdzie do takiej łachudry, więc improwizujmy... tylko twój łeb, aby suka wróciła szybko, bo nie będę się tłumaczył za was, tylko potopię. - dodał niewzruszony... a jednak agresji nie okazywał.Kowal kiwnął słabo głową.
- Wskażcie katownię. Narzędzia przygotuję. Będziecie mieli papiery to możecie przyprowadzić niemowę. - Obmacał szczękę. - A... wódki poślijcie gaspadin. Strasznie mnie coś zaczęło łupać we łbie.Ciemnooki bez słowa ruszył w głąb uliczki, nie reagując najwyraźniej na słowa o wódce i o łupanie we łbie. Wyraźnie go one nie interesowały.
Miejsce nie było imponujące ale Michaił musiał przyznać, że jednocześnie było dość ciężkie w znalezieniu go... a i sądził, że większość osób nie byłaby skora szukać wejścia doń po piwnicach skrytych w stajniach cuchnących końskim łajnem oraz zgniłym mięsem, jakiego części porastały jeszcze grube końskie kości nóg. Nie szukałby także wejścia tam za ciężarem kamiennej bryły, której wbity w powierzchnię gruby łańcuch, służył do uwiązania doń konia... a przynajmniej w pierwotnym zamiarze, kiedy za nim nie znajdowała się klapa, pod którą widniało zejście w dół.
Nawet jeżeli początkowo Michaił chciał pomóc nieznajomemu, ten na pomoc nie czekał, samemu przesuwając kamulec, jakoby był piórkiem.Kuzniecjew zatrzymał się przed zejściem do ciemnicy. Krzepa nieznajomego była... niezwykła i w pewien sposób przerażająca.
- Nie prowadzicie mnie do sali tortur. Nie podoba mi się to miejsce. - wyznał zgodnie z prawdą.Mężczyzna spojrzał niepocieszonym wzrokiem na Michaiła.
- Co? Co teraz znowu? Miejsce jak miejsce. Śmierdzi trochę, ale co tam. - Wzruszył ramionami.Kowal splunął trzy razy przez lewe ramię na odegnanie złych uroków i przekroczył próg. Niepokojące było, że kamień miał z drugiej strony miejsce, w które można było włożyć jakiś kawałek metalu, i dzięki temu mieć czym go zaczepić i tak się wydostać z podziemnego tunelu. Kiedy nieznajomy "zamykał" w ten sposób przejście, Władimirowicz poczuł nieprzyjemne mrowienie na karku, zapewne spowodowało dźwiękiem, jaki został wywołany.
- Rozgość się. - gdy obaj znaleźli się już na dole w niewielkiej kanciapie, mężczyzna wykonał skomplikowany skłon oświetlony bladym światłem płomienia świecy ustawionego na stoliku, będącym w zadziwiająco dobrym stanie - Wszystko czego winieneś potrzebować... - wskazał na majaczącą w ciemności skrzynię - ...znajdziesz tu... - wyciągnął dłoń w stronę schodów prowadzących w górę i w dół - ...oraz na poziomie więziennym, poziom niżej. - Zerknął na Michaiła - Więźniarka już tu jest, właśnie na niższym, w celi. Do góry nie masz co iść, bo natrafisz jedynie na kręte korytarze bez światła, w których szybko się zgubisz. Niby z więzień jest też wyjście jeszcze niżej, ale... - spojrzał Michaiłowi w oczy - ...pozostań lepiej na tym poziomie, póki z cholernym pozwoleniem dla ciebie nie wrócę ja lub suka. Rozumiesz?
- Co mam nie rozumieć… - prychnął. - Przyjrzę się narzędziom jak was nie będzie i… macie jakiś alkohol? - przypomniał. - Nie chcielibyście żeby w rany się zakażenie wdało co mogłoby gorączkę przynieść. A… - puknął się w czoło - do czego ma się niemowa przyznać? Nie rzekliście jakie informacje mam z niej wyciągnąć.
- Nie ma się przyznawać do niczego, bo to nas nie obchodzi. - podszedł do prostej, drewnianej szafki - Ma grzecznie nam powiedzieć gdzie znajdziemy jednego jegomościa, kochanka jej jak zakładam. - Otworzył skrzypiące drzwiczki, za którymi leżały na półce zwinięte szmaty oraz ustawione tu i ówdzie były trzy butelki - Chcemy go dorwać, ale cholernik nam umyka i udało się tylko dziewczynę złapać, która mu zawsze towarzyszyła. - skrzywił się lekko - Widzę, że suka znowu tu buszowała, butelki przestawiła. - wzruszył ramionami - W każdym razie... Ja tam nie wiem co one mają. Jedna z nich na pewno jaki alkohol, a reszta - powinna mieć toksyny jakie czy inne gówna co ci żołądek przeżrą. - skierował się ku przejściu, z jakiego tu wyszli.
- Przyszykuj co ci trza, tylko mi nie zdychaj. Suki poszukam, pewnie w podskokach tu z pozwoleniem wróci. Ja też przyjdę, ale tak śpieszyć się nie zamierzam, godność mam. - skłonił się lekko Michaiłowi, po czym powiedział tylko jedno, nim zniknął w korytarzu - Powodzenia.- Job twoju mat’!
Kuzniecjew przeklął matkę czarnookiego nim zgrzyt kamienia oznajmił, że “drzwi” zostały zasunięte. Głuchy pomruk, echo, rozszedł się ponuro po murach. Płomień zdawał się przygasnąć. Kowal wziął w rękę ogarek i rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Prócz stołu, szafki i skrzyni w izbie znajdowało się wygaszone palenisko, nad którym wisiał cynowy kociołek z jakąś płynną zawartością, po której pływał gruby zielony kożuch. W jednej ze ścian sterczały wbite w nią dwie pochodnie. Podsunął świecę do jednej z nich. Rozświetliła miejsce jaśniejszym, drgającym płomieniem w blasku którego zdążył jeszcze zobaczyć okopcone, brudne ściany nim gryzący dym, który nie umiał znaleźć sobie miejsca, zaczął wgryzać mu się w płuca. Kaszląc i chowając nos w rękaw ugasił czem prędzej łuczywo, topiąc go z sykiem w pleśniejącej breji.Gdy już wyrzucił z siebie ostatnie blad’je i chuje i wysmarkał głośno nos na klepisko, przyjrzał się bliżej zawartości szafki i zawiniętym w brudne szmaty buteleczkom. Odkorkowywał po kolei każdą i podsuwał pod nozdrza, wdychając ostrożnie opary, lecz czy to była wina dymu, który podrażnił i rozstroił powonienie, czy też ingredientów użytych do wyrobu trucizn, dość że nie był pewien, która z nich przeżreć miała mu żołądek a która ukoić nerwy. Powstrzymał się by ze złości nie rozbić naczyń o kamienie, zawartość tychże wszak mogła mu się jeszcze przydać.
Przyszedł czas na skrzynię, której kontur rysował się w ciemności. Spora, zbita z nieheblowanych desek, nie sprawiała wrażenia jakby miała zawierać jakieś skarby. Dźwignął wieko. Skrzypnęło przeciągle i z łoskotem, zwielokrotnionym przez puste ściany, opadło z drugiej strony. Trzymając ciągle świecę w dłoni, obawiając się, że gdy ją nieostrożnie odstawi ta przewróci się i zdusi płomień, przeglądnął zawartość pojemnika. Narzędzia, które w nim znalazł były mu znane, lecz ich stan pozostawał wiele do życzenia. Brudne, z zaciekami zakrzepłej krwi, z łuszczącą się płatami rdzą. Ich właściciel najwidoczniej nie przykładał do tego wagi, dla rzemieślnika, dla którego metal, zdrowy metal był podstawowym surowcem w pracy, taki stan rzeczy był niedopuszczalny. Kuzniecjew sapnął niezadowolony, warknął coś pod nosem, wybrał kilka z narzędzi, rozłożył starannie na stole i wrzucając resztę z powrotem zatrzasnął pokrywę.
Przysiadł na kufrze. Zaswędziało rozcięcie na czole. Rozdrapał ponownie świeżo zaschniętą skrzeplinę. Wpatrzył się tępo w jedyne drzwi w pomieszczeniu. Drzwi, które prowadziły na niższy poziom, do uwięzionej. Siedział tak chwilę dumając po czym postawiwszy ostrożnie ogarek na wieku skrzyni podszedł do zejścia.
Nacisnął klamkę i pchnął przeszkodę barkiem. Nie spodziewał się, że będą otwarte, te jednak ustąpiły ciężko. W dół prowadziły schody, które tonęły jednak w ciemnościach. W nozdrza uderzył go przemieszany smród szczyn, rzygowin, krwi, potu i… strachu. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale strach był wyczuwalny, wręcz namacalny, przenikał przez pory jego skóry i Kuzniecjew w jakimś atawistycznym odruchu zamknął na powrót przejście odgradzając się od tego co jest na dole a gdzie wkrótce miał zejść.
Odsunął się pod przeciwległą ścianę i opierając się o nią usiadł, przyciągając kolana pod brodę. Czekał. Świeca dopalała się powoli. Wraz z nią odmierzał upływający równie wolno czas. Aż w końcu płomień zamigotał i zgasł a wraz z mrokiem nadeszły czarne myśli. Zapomnieli o nim? Zostanie tutaj na zawsze pogrzebany żywcem?
-

ANNO DOMINI MCCXV, PskovDla wielu cisza była ukojeniem, momentem wytchnienia dla napiętych nerwów, rozluźnienia dla zmęczonego ciała. Wraz z sobą przynosiła słodycz spokoju oraz nadchodzącego snu. Dla człowieka wykończonego całodniową pracą w polu, którego grzbiet wołał od godzin o litość, był to właśnie tak wyczekiwany czas. Chociaż łóżko było luksusem, na jaki większość grosza nigdy wystarczyć nie miało, chociaż siennik ułożony na twardej podłodze nie każdemu był pisany tego dnia, chociaż bywało, iż trzeba było zaznać odpoczynku i na twardym podłożu okrytym jedynie znoszonym już odzieniem narzucanym na grzbiet każdego ranka - to właśnie cisza zwiastująca sen jawiła się najlepszą pocieszycielką, zawsze obecną przyjaciółką.
Ale ta cisza... Właśnie w tym miejscu...

Ogryzek dogorywającej świecy, jedynego światła jakie posiadał w tym miejscu Michaił, leżał bezwładnie na ziemi, wciąż ciepły, więc w jakimś postrzeganiu wciąż żyw, a jednak zniekształcony nie do poznania, pozostawiony na zimnej i brudnej posadzce, która już krwi zaznać musiała nie raz. Miękki wosk mieniący się własną posoką w konającym blasku, niczym powykręcana tkanka wyrzeźbiona dłonią obłąkanego płomienia, poddawał się bezsilnie wypaczaniu swojej formy milcząco roniąc łzy.
Gdy zaś ostatni ostatni płomień świecy poddał się ciemności swej własnej śmierci, jedyne co pozostało Michaiłowi po cieple jej światła, był ulotny zapach płonącego jeszcze przed chwilą knota, mieszający się z wonią ciała stopionego wosku.
Nie było tu niczego, co oświetlałoby mu choć skrawek pomieszczenia, niczego co mogło robić za określenie czasu. Mężczyzna o twarzy naznaczonej bliznami, o ciele które niejedno zniosło i duszy, jakiej niestraszne były czyhające nań diabelskie byty - poczuł gnieżdżącą się obawę, gdzieś w zdradzieckim sercu, jakie przeznaczał tylko dla swej córki. Nie mogli przecież zapomnieć, nie mogli chcieć go po prostu tu żywcem pogrzebać, bo i na co zdałby się cały ten trud? Gdzie podziałby się sens zamysłów, jaki przyświecałby im cel? Mogli mieć przecież innych, a nie ciągnąć tutaj, do pogrążonych w zapomnieniu lochów, gdzieś w Pskovie. Musieli wrócić po niego. Musieli.
I wrócą.
Muszą...
Michaił słyszał jedynie swój ciężki oddech zdenerwowania, któremu towarzyszyło silne bicie serca. Mógłby przysiąc, że jeszcze nigdy nie czuł tak agresywnych uderzeń w swej piersi. Wydawało mu się, że pot spływa mu po czole niczym pędzony żarem pieca kowalskiego... ale jednocześnie był przekonany, iż od strony ciężkich drzwi, jakie z trudem otworzył, lód wiatru wdziera się do pomieszczenia. Oczywiście drzwi były teraz zamknięte, zamknął je, tego był pewien. Nie mógł znieść długo tej woni, tego uczucia, które odgrodził od siebie mikrą barierą przeciw temu... co tam było, co wyczuwał podskórnie, czego umysł nie rozumiał i rozumieć nie chciał, oddając się we władaniu pierwotnemu instynktowi, któremu było daleko do podjęcia walki bez poznania zagrożenia.
Oddech za oddechem, coraz częściej tłumiony nieświadomie, złość na własne serce tak głośno znaczące swe życie. Skupienie myśli na Nadiejce, leżącej nieruchomo, może także i o nim myślącej. Jego mała córeczka, jego nadzieja... Wszystko co jeszcze posiadał, jego największy skarb, który i w tym momencie potrafił dać otuchę. Zupełnie jak mogłaby prawdziwa cisza zwiastująca odpoczynek, ukojenie dla ciała, ukojenie dla duszy... gdyby tylko taką była ta tu panująca....
...zakłócona niespodziewanie....
PRZESZYTA ZNIEKSZTAŁCONYM ECHEM...
Chociaż zaschnięte gardło kowala nie mogło zaschnąć bardziej, to serce mogło zagubić kilka rytmów, gdy dźwięk kroków rozbrzmiał gdzieś zza zamkniętych przez Michaiła drzwi. Mężczyzna nie widział światła spode progu, ale odgłos zbliżał się z dołu, jeszcze nie wstąpiwszy zapewne na schody. Uderzenia nóg znaczyły powietrze swym głosem, przemierzającym przestrzeń głośnym echem, wręcz wibrującym pośród ciszy. Władimirowicz nie umiał określić skąd echo dochodzi, jak daleko znajduje się jego źródło. Zmysły zdawały się igrać z nim, podając sprzeczne informacje człowiekowi marzącemu o prostych odpowiedziach. Odgłos się zbliżał, był przecież......ten dźwięk...
...tuż obok ucha...
...już w tym miejscu...
...gdzieś za ciężkimi drzwiami...
...rozbrzmiewał echem w ciemności...
...ciemności korytarza, odbijając się od kamieni...
...aby w końcu, gdy już był tak blisko, gdy już drapał skórę......zamrzeć.

-

Ściana była wilgotna i zimna i koszula Michaiła szybko tą wilgocią przesiąkła, niemiło przyklejając się do pleców. Szurnął stopą a dźwięk zwielokrotniony tysiąckroć wrócił szemrzącym pogłosem.
Te ściany zdawały się żyć, szeptać swoje historie w sobie tylko znanym narzeczu a umysł kowala, którego zmysły zostały ograniczone tylko do słuchu i powonienia podsuwał coraz to nowe chore wyobrażenia rzeczywistości. Starał się ignorować te odgłosy, skulony pod ścianą, z podciągniętymi do brody kolanami, zacisnął do bólu powieki, zatkał uszy dłońmi i siłą woli przywoływał obraz swego ukochanego dziecka, które pozostawił w Trudowje ze stareńką, do którego mu nada powrócić.
Kazamaty jednak mamiły go podSZeptami, SZuraniem, CHRZęstem i SZCZękaniem, dalekimi TRZASSSKami przyprawiały o dreszcze i gęsią skórkę. Jakby znajdował się we wnętrznościach wielkiego potwora, który połknął go żywcem a teraz trawi bulgocząc i chlupiąc płynami trawiennemi, mlaskając przy tym cicho...
I ciągle łapał się na tym, że miast myśleć o swej Nadziejce, wsłuchuje się w te pomlaskiwania i łoskoty, że co któryś dźwięk przykuwa jego uwagę, rozpala na nowo domysły i pobudza serce do szybszego łomotania i krew burzy. I choć znał ten miechanizm, wiedział jak działa, bo i sam go był stosował na przesłuchiwanych, którzy z oczami szmatą przewiązanemi bardziej jeszcze byli strachem zdjęci, nie wiedząc jakiego zagrożenia się spodziewać, jakiej kary, jakiego bólu, nie będąc w stanie przewidzieć go, wyobrażali sobie rzeczy potworniejsze niźli sam był im w stanie zadać, sam nie potrafił zatrzymać myśli galopujących ku coraz to straszliwszym domysłom.
Ile tak trwał w tym stanie raz wsłuchując się w dźwięki nienaturalne, raz próbując dłońmi je zagłuszyć, myśli od nich odegnać i znowu do nich wracając, wysłuchując nowego zagrożenia? Od zgaśnięcia płomienia czas rozlał się w cuchnące bajoro oczekiwania. Bez końca. Bez początku. Bezruche. Odmierzane li tylko galopem serca i szybszym oddechem, z którego mógłby przysiąc, obłoczki pary wydychane skraplały się zaraz na skórze i ubraniu, taki ziąb ciągnął z dołu mimo drzwi zatrzaśniętych.
Gdy wtem pogłos kroków odbił się od ścian pustych, włosy jeżąc na skórze, wstał Władimirowicz, szurając plecami po kamieniach ściany chropawej. Paznokcie wbił w dłonie odruchowo w pięść zaciśnięte. Głowę przekrzywił ptasio łowiąc dźwięk nowy, szukając kierunku z którego przyjść mogło zagrożenie, lecz echo robiło zeń duraka. To mu się zdało, że suchy stukot oddala się, to że przybliża i ktoś stoi tuż przy nim. Zamachnął się chcąc sięgnąć niewidocznego przeciwnika. Ręka przeszyła powietrze. Kroki ucichły. Chciał krzyknąć lecz głos uwiązł w gardle suchem. Starł kroplę drażniącą z czoła mokrego. Zmusił się do przełknięcia plwociny gęstej.
- Halo! - rzekł głosem chrapliwem.
Słysząc sam siebie, tembr swego słowa odbitego wielokroć od ścian pustych uspokoił część demonów w głowie, przywołał się do rzeczywistości.
- Halo! - krzyknął teraz, - Jest tam kto?!
-

ANNO DOMINI MCCXV, PskovCisza, ta okrutnie głośna cisza w jego uszach. Cisza tak drażniąca uszy, szarpiąca nerwy, śmiejąca się z każdego kąta tym drwiącym głosem ciemności zasnuwającej oczy Michaiła...
Cisza, która poprzedzała demony.Słowa wykrzyczane przez Michaiła zawisły w przestrzeni, rozlegając się niemiłym mu dźwiękiem, który choć był mu znany - nie mógł przecież wydostać się z jego gardzieli. Należały one do innych ludzi, do tych jacy zasmakować mieli talentów tego, który winien pracować jedynie nad metalem nie zaś nad swymi bliźnimi. Pełne były niezrozumiałej obawy, jakiej się szczerze wstydził, napięcia i chęci ucieczki. Nie znał wroga - o ile takowy istniał - nie znał zagrożenia - jeżeli jakieś nań czyhało. Gnieździło się jednak w Michaile uczucie zakorzenione w człowieczej naturze. Niezależnie jak wstydliwe ono by nie było... nie mógł na żądanie się go wyzbyć...
...tego poczucia skradającego się zagrożenia, motywującego każdy mięsień do napięcia przed walką.
A jednak... A jednak kroki, które tak nagle zamarły... Ten chód, im bliżej będący, tym ostrożniejszy niczym przepełnion obawą...
Spode progu drzwi do pomieszczenia katowskiego wdarł się chorobliwy poblask, nieśmiało sunący po brudnych deskach podłogi. Rozległo się pojedyncze szurnięcie i skrzyp niechętnych ciężarowi desek, aby po chwili zbyt długiej by nie nosiła w sobie nuty wahania, zamknięte przez Michaiła na powrót drzwi otwarły się z jękiem.
- Bez światła cię zostawił?
Do środka wszedł powoli niedawny przewodnik Michaiła, jakiego suką wołano. Omotany szczelnie płaszczem niczym na wyprawę w lodowe góry, skrywał w pobliźnionej dłoni światło świecy, nie chcąc by ruch zgasił jej knot. Jego oblicze prezentowało się niczym u potępieńca piekielnego, a rozbiegane spojrzenie zdawało się jednocześnie pragnąć i nie chcąc zwrócić się ku tyłowi, ale najwyraźniej pokusa zamknięcia drzwi wybrała za niego.
I tak jak płochliwie się przemieszczał, ważąc każdy krok, tak wyjście zamknął naprędce.
-

Światło, chociaż nikłe, poraziło oczy, które tak intensywnie wpatrywały się chwilę wcześniej w ciemność nieprzeniknioną. Serce, które wcześniej jeszcze tłukło się jak oszalałe zaczęło zwalniać rytm.
- Pogasło - Michaił wypuścił z tym słowem powietrze w płucach wstrzymane.
Wizyta kulawca uradowała go. Kulawy Prometeusz przyniósł ze sobą ogarek nadzieji, rozproszył czarne myśli. Negatywne odczucia przyblakły, nie znaczy jednak, że zatarły się zupełnie.
- Bumagę przyniosłeś? - spytał podejrzliwie śledząc każdy tchórzliwy krok tej karykatury człowieka.- Tak, tak... - pomachał rulonem na listy przed oczyma Michaiła - Byłeś już tam? Na dole? - wskazał na zamknięte drzwi.
- Pokaż - wyciągnął dłoń. Drżała lekko, wiedział, lecz można było to wziąć za migotanie światła świecy.
- A co? Czytać umiesz? - mruknął, ale włożył tubę w dłoń kowala - Pieczęć ma. Woskiem sklejony ten pergamin. - wzruszył ramionami.
Kuzniecjew przyjrzał się uważnie odciśniętemu w laku znakowi. Nie mógł się poszczycić wielkim obeznaniem w terenach Rusi, co dopiero ziem dalszych. Słyszał o nich, a jakże, ale jego noga nigdy na większości nie stanęła. Niemniej wybita w laku postać wściekłej bestii o zmierzwionym ogonie przypomniała mu widziane wcześniej symbole, jakie przynosili wraz z sobą posłańcy z Pskova.
Jeżeli jednak i tego byłoby mu mało, to wokół bestii zapisane zostało jakiemu miejscu jest owa pieczęć przypisana, nie dając wątpliwości co do jej przeznaczenia w sprawach Pskova.
Rozłamał lak ostrożnie i rozwinął pergamin.
- Poświeć - przykazał.Gdy światło oświetliło dokument, oczom Michaiła ukazały się starannie wykaligrafowane bukwy... z których jednak prosty kowal był w stanie odczytać jedynie swój patronimik wraz z własnym imieniem oraz nazwę Pskova. Znacznie ciekawsza była ta kaligrafia oraz na szybko przygotowane ozdobne majuskuły.
- I co? - znerwicowany mężczyzna zerknął ciekawsko na pergamin.
Władimirowicz zwinął pergamin i schował za pazuchę. Złapał nieznajomego za rękę i wyjął mu z dłoni świeczkę.
- Masz jakieś imię? - spytał podchodząc do szafki, tam gdzie za skrzypiącymi, drewnianymi drzwiczkami schowane były trzy butelki.- Siergiej... - odparł zaskoczony mężczyzna, jakby nie spodziewał się, że Michaił zechce się dowiedzieć.
Drzwiczki skrzypnęły.
- Siergiej... - powtórzył odsuwając się od szafki, - w której z nich jest alkohol?- Alkohol...? W sumie... - nachylił się do szafki, z której wyjął jedną z butelek - ...w tej. Tylko jest raczej niepijalny... zważając na to, że czysty to on nie jest... Czemu pytasz?
Michaił trzasnął otwartą dłonią w szafkę. Buteleczki zadźwięczały o siebie. Jedna z nich przewróciła się. Westchnął głośno i oparł się plecami o mokrą ścianę.
- Nie - odparł cicho. Odchrząknął gęstą plwocinę, która zalegała mu w gardle. - Nie byłem. On ci to zrobił? - wskazał nogę.Siergiej zastygł i dopiero po chwili odparł niespokojnie.
- Nie... Nie on... nie... - wziął głębszy oddech - Dragos mi tego nie zrobił.Wszystko to było nieobyczajne. Zaczarowany Pskow, zaczarowany czarnooki, zaczarowany kulawiec. Myśli trzepotały się pod czaszką kowala uderzając rytmicznie w skronie. W gębie czuł kwaśny smak żółci.
- Dlaczego? - spytał patrząc mu prosto w oczy.- Bo... bo nie może...? Naraziłby się... - wyszeptał Siergiej - ...mam nadzieję…
Kowal pokręcił przecząco głową.
- Dlaczego nie odejdziesz Siergiej? Traktują cię gorzej niż sobakę.- ...nie, nie odejdę... nie... - młody mężczyzna spojrzał w bok - Nie zrobię tego... Muszę zostać... Taki rozkaz... A wszystkie rozkazy się zawsze wykonuje...
W tym momencie Siergiej wyglądał na naprawdę wystraszonego możliwością odejścia. Z niezrozumiałego powodu wolał pozostać w tym więzieniu poniżenia, choć przerażało go ono niezmiernie.
- Dlaczego? - nalegał Kuzniecjew.
Siegiej spojrzał szczerze zaskoczony, jakby nigdy wcześniej nie zapytano go o to, ale po chwili jego wzrok znowu trochę stężał, choć dłonie zadrżały.
- Jeżelibym choć gestem spróbował... - wyszeptał ledwo słyszalnie - ...pan by mnie ukarał... ale oczywiście nigdy tego nie zrobię. - ostatnie słowa dodał pośpiesznie.- Kogo się tak boisz Siergiej?
Zaległo milczenie, podczas którego Michaił nawet nie słyszał oddechu Siergieja, jakby ten człowiek z przestrachu nie chciał zwrócić nawet tym dźwiękiem niczyjej uwagi. Wpatrywał się w kowala w napięciu, które i jemu przez spojrzenie Sergieja się udzieliło...
- Vladyku... - wyszeptał Siergiej w odpowiedzi - Chodźmy już na dół…
Strach kulawca był zaraźliwy a zmęczony Kuzniecjew nie miał sił aby zastanawiać się nad jego przyczyną. Chciał już tylko przesłuchać dziewczynę, odebrać zapłatę i wrócić do Nadiejki.
- Ona tam jest? - spytał nieprzytomnie. - Prowadź. Chcę mieć to już za sobą. Cziort z tem... - machnął ręką zrezygnowany.
-
Dlaczego on liczył te cholerne schody, gdy zmierzali w ciemność? Czemu podążał za Siergiejem w milczeniu przepełnionym narastającą obawą? Ludzie by nie uwierzyli, gdyby im powiedziano, że to właśnie jego pożerał strach jakiś. Jakżeby to? Kuzniecjewa?
A jednak...
Nie miał pewności jak długo szli po tych korytarzach cuchnących śmiercią. Migoczące światło świecy, której płomień skryty był dłonią niosącego ją Siergieja, przypominało Michaiłowi, iż z każdą kroplą trawionego wosku przybliża się moment zagaśnięcia ognia... a nie była to alternatywa, jakiej Władimirowicz pragnąłby doświadczyć.

Czy kulawy przewodnik na pewno znał drogę? Kowalowi mogło się zdawać, iż mężczyzna w pewnym momencie zaczął kluczyć na rozwidleniach, których było zbyt wiele... zaś sam Michaił nie zobaczył niczego, co pomogłoby w zrozumieniu przeznaczenia tego miejsca. Nie było tu żadnych drzwi, nie było tu krat. Nie mogło tu więc być i więźniarki, jednakże Siergiej poprowadził go właśnie tutaj, idąc początkowo z pewnością, która jednak przerodziła się w płochliwość. Chciał zapytać kulawca o drogę. Dowiedzieć się czegoś.
Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu, zmącić tej ciszy.
- Zaraz zagaśnie... - szept Siergieja rozdarł przestrzeń jakby był krzykiem. Michaił zobaczył, że jego przewodnik trwożnie przygląda się gwałtownemu migotaniu umierającego płomienia tańczącego jeszcze na krótkim knocie świecy - Już blisko... - dodał, ale te słowa nie były stanowczym stwierdzeniem, tylko brzmiały niczym błagalna prośba.
Michaił nie wiedział kto słuchał tej prośby przerażonego człowieka, ale kiedy ujrzeli blade światło pochodni podtrzymywanej przez metal wgryziony w ścianę, zastanawiał się czy ta istota pragnie czci oraz czy nie powinni jej złożyć choć niewielkiej podzięki.
Nagłe zatrzymanie się Siergieja w pół kroku sprawiło, że Michaił prawie się z nim przewrócił, gdy zderzył się z plecami tego chudego kulawca. Obaj zachowali równowagę choć Władimirowicz musiał wesprzeć się o ścianę dla lepszej stabilności. Jednocześnie poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła bynajmniej nie pobudzony nieoczekiwanym uderzeniem, a z nieznanego mu powodu takiej reakcji przewodnika.
- P-panie... - pierwsze słowa wyduszone przez Siergieja otrząsnęły Michaiła z chwilowego zamroczenia. Kulawiec upuścił krótką już świeczkę na kamienną podłogę, tym samym kończąc żywot jej płomienia.
Jeżeli Kuzniecjew myślał, że widział już wszelkie objawy ludzkiego strachu i przerażenia...
- Ja... Nie wie... To... Czy... Czy... - wybełkotał nieskładnie zbliżając się do słabo oświetlonego kawałka ściany, nieopodal którego padł na kolana z głuchym uderzeniem kolanami o kamienie i kładąc czoło na lodowatej podłodze lochów wyskomlał - Przyprowadziłem go... Jak Wojewoda rozkazał...
...to mógł zobaczyć jeszcze jedno, a drugie w momencie, gdy do klęczącego i drżącego Siergieja, podszedł ślepy na prawe oko młodzieniec, o twarzy przyodzianej bliznami wyrytymi z okrutną precyzją. Wzrok nieznajomego skupiony był na samym Michaile, nie zaś na chuderlawcu kulącym się u jego nóg. Wyminął on tego, nazywanego Suką, aby móc przyjrzeć się lepiej oddalonemu kowalowi.

Zaczesał dłonią opadające mu na czoło postrzępione włosy o kruczym odcieniu kontrastującym ze śniegiem cery, po czym wciąż wpatrując się w Michaiła tym spojrzeniem równie lodowatym co śniegi najwyższych gór, powiedział tylko jedno, chociaż nie było wiadomo czy skierował to do kogokolwiek; zaś w tym prostym słowie skrywała się niepokojąca nuta.
- Interesujące...
-

Cholerne labirynty co to je pod Pskovem pobudowali. Na co to komu? Na pogubienie? Czy on kiedy słyszał co o tych lochach co się pod miastem, czort jeden wie jak głęboko ciągnęły klucząc i drogę myląc? I żeby chociaż myśli trzepoczące jak ptak we wnyki złapany uspokoić mógł to nie... alkohol ktoś popsuć musiał a on teraz jak ten kundel za suką skomlącą ze strachu lazł nie wiadomo dokąd i po co. Toć przecie kiedy ten ogarek ostatni ducha wyzionie nikt ich tutaj nigdy w tych kazamatach nie odnajdzie.
Jął sobie Władimir przypominać co to mu babka o duchach mówiła, które dobre, które złe i do których jakie prośby słać trzeba, ale nijak nie mógł sobie przypomnieć czy były jakie duchy od zagubienia w podziemiach, tedy zaczął do Nadiejki swojej prośby słać, coby wyprosiła gdzie trzeba, żeby jej tato wrócił do niej cały, gdy wtedy wpadł był prawie na przewodnika, ratując się ścianą przed upadkiem. W tej chwili skopałby mu niechybnie dupsko kościste gdyby nie pobliźniony nieznajomy.- Interesujące.
- Gospodin - Kuzniecjew ukłonił się tyle ile trzeba było, - na przesłuchanie mnie przysłali. To znaczy - poprawił się zaraz, - przesłuchiwać miałem.
Młodzian uśmiechnął się nieznacznie, po czym wykonał oszczędny (acz uprzejmy?) ukłon w stronę Michaiła.
- Mienya zovut Vsevolod z Uralu. - przedstawił się, nie podając patronimu - Wybacz żem rozbawion słowami... a raczej tym szybkim sprostowaniem niedopowiedzenia.Siegiej odważył się zwrócić na klęczkach w stronę stojącego tyłem do niego Vsevoloda i... tylko na tyle wystarczyło tej odwagi Suce, która utkwiła spojrzenie w kamieniach posadzki.
Wladimirowicz rzucił szybkie spojrzenie na kulącego się ze strachu kulawca. Sytuacja i miejsce było niecodzienne ale…
- Wybaczcie panie, zdrożonym, ledwiem z wozu zszedł, język plącze się jeszcze.
…chyba, że to pobliźniony był jego oprawcą…
- Michaił Wladimirowicz Kuzniecew - ukłonił się raz jeszcze, - do waszej dyspozycji.
...lecz czemu nie zbiegł pozostawało dla niego tajemnicą.
- Jesteśmy radzi, żeś przybył do Pskova. Mówią żeś obeznany w rozmowie z niechętnymi do niej. - stwierdził - Ach, może ruszymy już w tym kierunku? Rozmowa nie ucieknie - Vsevolod wykonał ruch dłonią zachęcający Michaiła do ruszenia z nim - To w sumie sztuka nie być zwykłym brutalem pozbawionym pomysłu, - kontynuował myśl pospieszając Siergieja wymagającym spojrzeniem - inwencji.
- Pochlebiacie mi panie - odrzekł idąc pół kroku z tyłu, - jednak bardziej znam się na urabianiu metalu niźli ludzi. Kowalem jestem z zawodu, oprawcą jedynie z przypadku. Macie własnego małodobrego mistrza w Pskovie, zaniemógł?
- Małodobry jest w Pskovie, tak... - Vsevolod obserwował jak Siergiej wyglądający jakby był bliski omdlenia, niepewnie patrzy na niego, aby po zobaczeniu wzroku młodzieńca skinąć szybko głową i pobiec w głąb korytarza... zapewne z nadzieją, iż zrozumiał niewypowiedziany rozkaz.
- Ale nie nazwałbym go... naszym, choć tereny Pskova... mają swojego pana. - urwał z dziwną dawką rozbawienia - Mimo, iż to nie pobliski Novgorod jest…Michaił powlókł wzrokiem za oddalającym się, po czym skupił go z powrotem na interlokutorze.
- Wybaczcie panie ale nie rozumiem. Jestem tylko prostym człowiekiem.
- Małodobry Pskova przynależy do Pskova. Nam trzeba innego. - odparł niezniechęcony Vsevolod - A do tego... - spojrzał na Michaiła - Dziki talent jest ważniejszy od wyuczonej umiejętności. Ty zaś takim nieobrobionym talentem się jawisz. - Skierował wzrok na korytarz, który przemierzali - Siergiej pięknie potrafi biec jak chce, mimo tego uszkodzenia. - Młodzian nie wyglądał na zadowolonego z jakiegoś powodu. - Partactwo.
Michaił milczał chwilę, trawiąc odpowiedź nieznajomego. Zatem Vsevolod nic wspólnego z kniaziem nie miał. Nie znaczyło to wiele. Musiał mieć znaczne wpływy, skoro kniaź był mu posłuszny i wysłał straż do Trudowja.
- Mógłbym spróbować kość nastawić - odparł na ostatnią uwagę, kierując wzrok na kulejącego.
- W sumie... - Vsevolod spojrzał za Siergiejem - ...tak, to byłoby ciekawe. - Michaił mógł bez problemu wyczuć jakąś nutkę ekscytacji w tych słowach - Siergiej! - zawołał za oddalającym się kulawcem.
I tylko tyle wystarczyło, by okulawiony mężczyzna zatrzymał się niby rażony, ledwo utrzymując równowagę, gdy doszło do niego jego imię. Odwrócił się i pokuśtykał w stronę Vsevoloda i Michaiła, jednak ze wzrokiem utkwionym w tym pierwszym, zginając grzbiet, gdy tylko znalazł się bliżej.
- ...panie...? - wydusił z siebie przez zaciśnięte gardło.
- Sposób, w jaki zajęto się twoją nogą pozostawia wiele do życzenia, Siergiej. Spowalnia cię. - Opanowany głos Vsevoloda nie okazywał ni grama odczuć w stosunku do mężczyzny. - Władimirowicz zaproponował, że na to zaradzi. - Michaił zobaczył jak Siergiej pobladł, a zaraz poczuł na sobie przenikliwe spojrzenie Vsevoloda - Potrzebujesz miejsca na ten mały zabieg? Przyrządów?
Kowal wypuścił głośno powietrze. Nie nadążał za rozmówcą. Czuł się jak pionek w szachmatach, bez wpływu na ostateczny wynik rozgrywki, którą tutaj ku uciesze prowadzono.
A co jakby tak poświęcić Siergieja?- Chcieliście gospodin indagować dziewuszkę - przypomniał. - Żeby należycie operację przeprowadzić potrzeba czasu.
- Zaiste, zaiste. - przyznał - Sam w sumie też pośpiechu podczas tworzenia nie lubię... - Machnął ręką. - Zajmiemy się więc później tym problemem. - Odparł wprost nie przejmując się, iż "problem" wciąż stoi obok trzęsąc się jak osika. - Mam nadzieję, że nie jesteś w pośpiechu, drogi Władimirowiczu?
Nie w pośpiechu? Nadjeżda, słońce jego sama z babką została w Trudowju. Babka niebogą się zajmie choć starowinka już, ale…
- Nie gospodin. - Skinął lekko sztywny kark. O jakim tworzeniu on plecie? Pić się chciało. - Zajmę się dziewczyną z należytą atencją.
Vsevolod uśmiechnął się przyjacielsko.
- Dziewczyna, wiadomo, bardzo broni się przed współpracą. Nie chce wszak wystawić swojego ukochanego. Och, jakież naiwne to dziecię. - Młodzian spojrzał na struchlałego Siergieja. - Nie ma co dłużej zwlekać. - Odprowadził spojrzeniem mężczyznę, który bez rozkazu pobiegł w stronę, z której został zawrócony - Chodźmy zanim wpadnie on na pomysł jak stąd uciec nim się zorientuję. - Vsevolod zaśmiał się w ten prześmiewczy sposób i poprowadził Michaiła w ciemności lochów, które rozświetlały jedynie nieliczne pochodnie....ale jak długo sobie radę dadzą same, bez niego? Jak Nadjejka oczy będzie po nim wypłakiwać. Musi zatem szybko tutaj się sprawić i z niemoty słowa wydusić czem prędzej tym lepiej.
Michaiłowi kołatały się po głowie różne myśli. Od Trudowja do Pskova. Od Nadjeżdy do Vsevoloda. Od tej kołomyji kręciło mu się w głowie. A może to nie od natłoku myśli, tylko od tego, że walnął czerepem w belkę?
-

ANNO DOMINI MCCXV, tunele pod PskovemVsevolod był przewodnikiem wydającym się o wiele bardziej pewnym niż Siergiej się prezentował. Tam, gdzie Siergiej szedł z obawą powoli stawiając każdy krok, niby bojąc się iż stopę pochwycić może stwór z każdego cienia, tam Vsevolod nie miał takiego strachu. Jak Suka czasem zatrzymywała się by rozejrzeć na boki na rozwidleniach, sam nowo poznany z Uralu wybierał każdą ścieżkę z pewnością osoby, jaka się w tych tunelach urodziła. Czasami sam Michaił mógł poczuł cię nieswojo, gdy zatrzymał się na chwilę rażony dźwiękiem z korytarzy roznoszącym się lodowatym podmuchem, zdającym się pochodzić gdzieś z trzewi podziemnych tuneli, a czasem gnanym pogłosem z gardzieli czegoś żywego?
Ale Vsevolodowi nawet pojedynczy mięsień na to nie zadrżał.Oświetlenie tuneli było nikłe, światło dawały jedynie skąpo rozstawione pochodnie uczepione ścian gwarantując całkowitą ciemność po przekroczeniu granicy sztucznej jasności. Wtedy też jedynie można było zobaczyć punkt światła w odległości samemu będąc ogarniętym smolistym mrokiem otępiającym zmysły i pozostawiającym przez chwilę na łasce własnego umysłu biegającego luzem po niepojętych lasach wyobraźni.
Nawet nie wiedział skąd i kiedy pojawił się Dragos, jaki zdawał się wyjść z ciemności przed nimi w jakiej nikogo wcześniej nie było. Tylko gdy zobaczył Vsevoloda, jaki ustępował mu fizyczną siłą będąc niższym oraz widocznie mniej tęgim, bez słowa padł na kolana, ale nie jak Siergiej z suczym przerażeniem, a dumnym gestem podległości wasala wobec swojego seniora. Sam Vsevolod nie zaszczycił go ni słowem czy dłuższym spojrzeniem, a jedynie przeszedł obok niego nawet nie próbując wymijać, a oczekując iż Dragos sam usunie się na czas z drogi co też nastąpiło bez potrzeby choćby gestu tego drugiego. Aura pewności siebie i władczości jaką roztaczał wokół siebie Vsevolod była wręcz zadziwiająca, szczególnie widząc jak ona działała na Dragosa, a wcześniej na Siergieja.
Żaden dźwięk tuneli nie robił wrażenia na gościu z Uralu co mogło wprawić Michaiła w pewien podziw, bo nawet jego nerwy drgały na wiele nieoczekiwanych odgłosów roznoszących się echem w korytarzach.
Dragos klęczał ze spuszczoną głową nim Vsevolod nie odszedł kawałka do przodu i dopiero, gdy Michaił idący kawałek dalej zrównał się z Dragosem ten uniósł głowę by spojrzeć kowalowi w oczy. Mimo że wciąż znajdował się poniżej to przez swój wzrost jak się wyprostował to już tak nisko się nie wydawał. Jego wzrok za to... wyraźnie świdrował dziurę w Kuzniecjewie z niewidzianą wcześniej ciekawością połączoną z czymś... bardziej pierwotnym. Niczym zainteresowanie dzikiego zwierza nowym osobnikiem, jakiego nie wie czy widzieć jako przyszłą ofiarę, czy jako coś... zupełnie innego.
Temu gdy Michaił zrozumiał, że Dragos zaczął podążać za nim patrząc mu na plecy, gdy zniknął mu z oczu.
- To już blisko.- niespodziewanie odezwał się Vsevolod swoim spokojnym tonem wtórującym jego niespiesznym krokom - Mam nadzieję, że nie znużyła cię ta droga.
Vsevolod mówił do Michaiła odwróciwszy się w jego stronę, wydając się prawdziwie zasmucony, iż musiał on przejść tą drogą otoczony zimnem podziemnych tuneli. Zatrzymał się i położył dłoń na piersi, gdzie skryte jest serce by jednocześnie uprzejmie zgiąć kark w geście przeprosin.
- Miejsce nie zostało odpowiednio przygotowane na twoje pojawienie się, jako że niestety nie miałem szansy osobiście tego dopilnować, jako że nie byłem obecny w Pskovie. Nie jest to oczywiście wytłumaczenie, ale mam nadzieję, że wynagrodzone zostanie to niedopatrzenie. Nie byliśmy przygotowani w czas na taką potrzebę. - delikatny skłon całym torsem poprzedził wskazanie kierunku wyciągniętą ręką kierunku.I faktycznie droga już długo nie zajęła.

Zejście po kilku schodach na jeszcze niższy poziom (jak głęboko byli pod miastem?) rozpostarło przed mężczyznami coś, co Michaił mógł jedynie nazwać obszarem więziennym. Grube kraty były wbudowane po obu stronach korytarza, w którą stronę by nie spojrzał. Przytroczone do owych ścian pochodnie zdawały się zwiększać swoją jasność wraz ze zbliżaniem się do nich... choć może kowal już sobie wyobrażał to? Możliwe była to wina wszechobecnej mgiełki, jaka wisiała nad ziemią... choć nie mógł się pozbyć niepokojącego wyobrażenia, iż zwiększa się siła oświetlenia wraz z nadchodzeniem Vsevoloda.
Blask oświetlił przykute do krat kości dawno zmarłego nieszczęśnika z jednej celi. Nie widział innych więźniów, ale miał pewne wrażenie, że w ciemnych celach czasem coś się panicznie szybko przemieszcza, jak ślepy na jedno oko Vsevolod z Uralu przechodzi przy danych kratach. Czuł podskórnie strach w powietrzu ciążący mu w płucach niczym gęsty, smolisty dym.
Vsevolod zatrzymał się nagle przy jednej z cel gestem dając znak kowalowi by podszedł, a zaraz pojawił się Dragos, jaki wyszedł zza Michaiła z pękiem kluczy jakimi otworzył kartę.
Początkowo nie widział dużo w pomieszczeniu nim Dragos nie wszedł ze świeczką. Oczom Mikchaiła ukazało się bardzo prosta cela więzienna, jakich widział już w swoim życiu wystarczająco wiele. Nie posiadało luksusów siennika, ale bardziej przypominało połączenie miejsca uwięzienia z salą tortur. Pod ścianą zobaczył butwiejący stolik zastawiony wieloma przyrządzami tortur, jakie wyraźnie nie były często używane. Niektórych przeznaczenia nawet sam Kuznicjew się nie domyślał.
Domyślał się za to drugiego stołu z metalu, jaki zaplamion zaschniętą krwią nawet gdyby nie miał wbutych łańcuchów byłby zrozumiały w przeznaczeniu.I wtedy zobaczył ją. Delikatną krasą blondynkę o spojrzeniu wielkich niebieskich oczach skuloną na gnijących szmatach zakrywających lodowate kamienie celi, czyniąc z nich jedyne miejsce, w jakich niedola mogła zamknąć oczy i umysł wyłączyć na trochę. Krótkie łańcuchy przypięte były do ścian nad podłogą i dawały niewiele miejsca do ruchu więźniarce, jakiej zakuwały nadgarstki i kostki, a ku większemu dyskomfortowi zakucia też były na szyi nieszczęsnej.
Długie włosy zlepione były potem, brudem i starą krwią, a Michaił zobaczył pomiędzy ich grubymi splotami przechodzącą wesz.

-

Michaił szedł. Krok. Drugi. Jakby po rozżarzonych węglach, choć pod stopami był kamień. Tuk. Tuk.
Młot w głowie. Za głośno.
Strach nie walił od razu. Nie. Sączył się. Jak pot, co kapie z czoła w palenisko. Sssyk.
Nie lubo. Nie po mnie eto.
Vsevolod. Jednooki. Gospodin. Siergiej się go boi. Wszyscy się boją. Zbyt równo. Zbyt grzecznie. Jak żelazo, co już raz przeszło ogień i wodę. Nie sprężynuje. Leży, gdzie je położysz.
A przecież Michaił wie — bez młota nic się samo nie ułoży. Bez ręki. Bez siły. Kto trzyma młot? Kto dmucha w ogień? Vsevolod? Czy ktoś nad nim, cięższy, cichszy? Myśl się rwie. Jak pęknięcie w stali, którego nie było widać przed hartowaniem.
Jedno oko Vladyki ciąży jak spojrzenie kata. Spokojne. Pewne. Takie, co wie, że drewno już wyschło, a lina się nie zerwie. Michaił czuje to w karku. Jakby już mierzyli wysokość belki. Jeszcze bez pętli. Ale miarka w ręku.
Chciałby stąd odejść. Teraz. Natychmiast. Do Nadiejki. Do izby, do pieca, co grzeje, nie pali. Do roboty, gdzie żelazo krzyczy tylko, kiedy trzeba. Dom… Myśl miękka. Za miękka. Nie na teraz.
Oj jak suszy.
Najpierw robota. Rabota jest rabota.
Dziewczyna. Przypięta do ściany. Jak surowy pręt. Zimna. Drżąca. Jeszcze się broni. Trzeba ją „rozgrzać” — słowem, nie ogniem. Ogień zostawia ślady. Kat wie, że ślad to błąd. Kowal też. Za mocno — pęknie. Za słabo — zostanie twarda, głucha.Myśli skaczą. Rwą się.
Vsevolod. Nadiejka. Woda. Pić.
Nie teraz. Potem.Trzeba wybić prawdę. Jak żużel. Odsunąć czarne. Zostawić czyste. Bystro. Cicho. Bez fuszerki. Bo fuszerka wraca — w ręce, w oczy, w sny.
A potem się napić. Samogona. Choćby łyk. Żeby spłukać z gardła smak strachu i sadzy. Bo Michaił czuje, że jeśli zostanie tu jeszcze chwilę za długo, ktoś spojrzy na niego jak na żelazo w ogniu i pomyśli: pora na wodę. A nie każde hartowanie da się przeżyć.
Podszedł do Vsevoloda, którego obecność ciążyła jak młot nad kowadłem. Słowa musiały być krótkie, mocne i nie zostawiać cienia wątpliwości. Myśli rwie, serce bije nierówno, jak młot przy pierwszym uderzeniu w rozgrzane żelazo.
— Gospodin Vsevolod, ja… muszę z nią porozmawiać. Szybko. Prosto. Chcę zrobić swoje, żeby nic się nie popsuło. Pozwól.
Kark zgięty. Głos drżący wbrew sobie.
Królestwo za samogona.
-
Vsevolod delikatnie uśmiechnął się do stojącego przed nim kowala.
- Szanowny Kuznicjewie, nie odciągano by cię od twoich obowiązków, gdyby nie było powodu. Oczywiście, że masz wolną rękę, by za jej magią wyciągnąć odpowiedź z dziewczyny. - zrobił krok bliżej rozmówcy - Niech powie gdzie ukrywa się jej... ukochany... Fyodor. Masz do dyspozycji co tylko zechcesz używać.. Ale nie zabijaj dziewczyny. -

— Gorzałki — wyrzucił z siebie kotłującą się pod czaszką myśl.
Poleciały i nie miał możliwości złapać wyplutych bezmyślnie słów i wepchnąć ich nazad do pyska. Zgiął tylko kark i zaczął drapać nerwowo ledwie co zakrzepły czerep.
— Do odkażenia ran, gospodin — dodał ciszej, spękanymi z pragnienia ustami.
Cofnął się o krok.
Skąd u niego ten strach? Nie ponimal. Unikając wzroku Vsevoloda odwrócił się do pojmanej.
Stał tak i chłonął.
Jej zapach.
Jej strach.
Karmił się nim.
Po ogniu przychodzi woda.
Po krzyku — cisza.
Po bólu - niepewność.
Czekał.
Chciał by i ona czekała. Z nim. Niepewna co nadejdzie.
Nachylił się ku jej twarzy. Czuł ciepło bijące od jej ciała. Widział dokładnie sploty jej włosów.
— Byłaś już w ogniu — tchnął cicho. — Widzę.
Otarł spocone czoło knykciem. Krew z rozdrapanej rany rozmazała się po skórze.
-
Dziewczyna tylko na jeden oddech uniosła spojrzenie na twarz Michaiła, po czym opuściła ją jakby bez sił. Nie była skora mówić czegokolwiek ani wchodzić w kontakt wzrokowy. Mimo delikatnej sylwetki było w niej czuć jakąś determinację, jakiej nie odczuwał od Siergieja przerażonego każdym ruchem powietrza. Ta kobieta nie drżała jak liść na wietrze, a raczej wkopywała się w ziemię niczym samotna gałązka, jaka nie zdążyła stać się dumnym drzewem nim ktoś jej brutalnie nie odciął.
-

Sapnął, jak miech przy palenisku. Ta dziewczyna była twarda jak stal a ci, co nad nią pracowali, tylko ją zahartowali. Za mocno. Za głupio.
Wrócił się pod kraty.
Vsevolod stał niewzruszony. Kamień. Słup.
Czyli nie posłał po gorzałkę — przemknęło Władimirowiczowi przez głowę i aż go w środku ścisnęło.— Izwinitie, gospodin — zaczął nieskładnie, czując jak język plącze mu się w pysku. — Pozwolicie… na stronę.
Korytarz przyjął ich chłodem. Kamień ciągnął wilgoć, a pot spływał Michaiłowi po plecach, tak jak po tych chłodnych ścianach kazamatów.
— Jam prosty chłop — odezwał się ściszonym głosem — ale po mojemu… ten, co ją indagował, spartolił robotę. Baba się zamknęła. Zakuła od środka. Prędzej ducha wyzionie, nim coś powie. Choćby jej kości łamać, jedna po drugiej. Widziałem już takich.
Brwi gospodarza drgnęły, uniosły się nieznacznie.
Michaił przełknął ślinę. Ciągnął dalej, póki jeszcze miał odwagę.
— Jeśli coś jeszcze chcecie z niej wydobyć… trzeba jej dać nadzieję. Choćby kłamliwą. A potem… — zawahał się na ułamek sekundy — potem ją złamać. Już na zimno.
— Co sugerujecie, Kuzniecjew? — spytał jednooki chłodno, bez cienia ciekawości.
— Rozkujcie ją — wyrzucił z siebie. — Dajcie jadła. I… samogona — przy tym słowie oblizał suche usta, jakby samo brzmienie paliło gardło. — Dajcie mi z nią sam na sam pogadać. Bez świadków. Niech się rozluźni. Jak się boicie, zamknijcie nas w celi. Kraty znam. One mówią prawdę.
Dopiero wtedy spojrzał na dłoń.
Krew na kciuku. Świeża. Z rany z czerepa co to ją rozdrapał i roztarł.
Zaczął go trzeć nerwowo, jakby mógł zetrzeć nie tylko ranę, ale i to, co właśnie powiedział. -
Vsevolod chwilę patrzył na Michaiła jednym okiem nim stwierdził niby w przestrzeń, niby do nikogo, gdzieś obok kowala.
- Przynieść.I nie drgnął, a co najciekawsze - Dragos wciąż lekko kopał butem kamyczki jakie osypały się ze ścian, nie reagując na słowa Vsevoloda.
- Zostanie przyniesione tyle, co trzeba. Nie zajmie to długo.
Mimo słów ni on, ni Dragos nie ruszyli się z miejsca.
-

Michaił zamarł.
Przynieść.
Jedno słowo. Rzucone nie do niego, nie do Dragosa — w bok. W pustkę. Jak rozkaz dany ścianie albo powietrzu.
Nie zrozumiał od razu.
Stał, patrzył w jednookie oblicze Vsevoloda i czekał… aż coś się wydarzy. A nic się nie wydarzyło. Nikt nie drgnął. Dragos dalej leniwie kopał kamyczki, jakby rozmawiali o pogodzie, nie o… czymś.
Szto?
Kto ma przynieść?
Skąd?W głowie Michaiła myśli zaczęły się tłuc, jak gwoździe rozsypane na kamiennej posadzce. Jedna o drugą. Bez ładu.
On znał rozkazy. Rozkaz to był krzyk. Gest. Palec. Spojrzenie. A tu — słowo rzucone jak okruch chleba dla ptaka, którego nie widać.
Zostanie przyniesione tyle, co trzeba.
Tyle. Co. Trzeba.
Skąd oni wiedzą, ile trzeba? Kto liczy? Kto niesie?
Dlaczego nikt się nie rusza?Michaił poczuł, jak po karku pełznie mu zimno. Nie strach jeszcze — raczej coś gorszego. Pęknięcie w porządku świata. Jakby młot uderzył, a kowadła pod nim nie było.
Ja z wariatami już bywał…
Ale tamci krzyczeli. Rzucali się. Albo milczeli po bólu.Tutaj nie było ani jednego, ani drugiego.
Była pewność. Sucha. Cicha. Nieruchoma.Michaił odruchowo zacisnął dłonie. Szukał w nich ciężaru młota. Czegokolwiek znajomego. Żelaza. Drewna. Prawdy.
Nic.
I pierwszy raz od dawna przyszła mu do głowy myśl, której nie chciał mieć:
Może ja tu nie jestem katem.
Może ja tu jestem… narzędziem.Stał więc i milczał.
Bo nie wiedział już, co właściwie ma zostać przyniesione —
i kto to w ogóle ma przynieść. -
Vsevolod nie był w żaden sposób zdenerwowany oczekiwaniem. Wyglądał na całkowicie rozluźnionego, jak człowiek oczekujący na zagotowanie się wody w garnku na ognisku nim będzie mógł do niej wrzucić brukiew... a może wylać ją na osobę odmawiającą współpracy.
- Czy to przywołanie jest ci niemiłe? Czy zostałeś od innych obowiązków odciągnięty? - zapytał nagle nienagabywany o to i nie była widoczna jakakolwiek irytacja z jego strony.
