[VtDA] красота требует жертв
-
Vsevolod delikatnie uśmiechnął się do stojącego przed nim kowala.
- Szanowny Kuznicjewie, nie odciągano by cię od twoich obowiązków, gdyby nie było powodu. Oczywiście, że masz wolną rękę, by za jej magią wyciągnąć odpowiedź z dziewczyny. - zrobił krok bliżej rozmówcy - Niech powie gdzie ukrywa się jej... ukochany... Fyodor. Masz do dyspozycji co tylko zechcesz używać.. Ale nie zabijaj dziewczyny. -

— Gorzałki — wyrzucił z siebie kotłującą się pod czaszką myśl.
Poleciały i nie miał możliwości złapać wyplutych bezmyślnie słów i wepchnąć ich nazad do pyska. Zgiął tylko kark i zaczął drapać nerwowo ledwie co zakrzepły czerep.
— Do odkażenia ran, gospodin — dodał ciszej, spękanymi z pragnienia ustami.
Cofnął się o krok.
Skąd u niego ten strach? Nie ponimal. Unikając wzroku Vsevoloda odwrócił się do pojmanej.
Stał tak i chłonął.
Jej zapach.
Jej strach.
Karmił się nim.
Po ogniu przychodzi woda.
Po krzyku — cisza.
Po bólu - niepewność.
Czekał.
Chciał by i ona czekała. Z nim. Niepewna co nadejdzie.
Nachylił się ku jej twarzy. Czuł ciepło bijące od jej ciała. Widział dokładnie sploty jej włosów.
— Byłaś już w ogniu — tchnął cicho. — Widzę.
Otarł spocone czoło knykciem. Krew z rozdrapanej rany rozmazała się po skórze.
-
Dziewczyna tylko na jeden oddech uniosła spojrzenie na twarz Michaiła, po czym opuściła ją jakby bez sił. Nie była skora mówić czegokolwiek ani wchodzić w kontakt wzrokowy. Mimo delikatnej sylwetki było w niej czuć jakąś determinację, jakiej nie odczuwał od Siergieja przerażonego każdym ruchem powietrza. Ta kobieta nie drżała jak liść na wietrze, a raczej wkopywała się w ziemię niczym samotna gałązka, jaka nie zdążyła stać się dumnym drzewem nim ktoś jej brutalnie nie odciął.
-

Sapnął, jak miech przy palenisku. Ta dziewczyna była twarda jak stal a ci, co nad nią pracowali, tylko ją zahartowali. Za mocno. Za głupio.
Wrócił się pod kraty.
Vsevolod stał niewzruszony. Kamień. Słup.
Czyli nie posłał po gorzałkę — przemknęło Władimirowiczowi przez głowę i aż go w środku ścisnęło.— Izwinitie, gospodin — zaczął nieskładnie, czując jak język plącze mu się w pysku. — Pozwolicie… na stronę.
Korytarz przyjął ich chłodem. Kamień ciągnął wilgoć, a pot spływał Michaiłowi po plecach, tak jak po tych chłodnych ścianach kazamatów.
— Jam prosty chłop — odezwał się ściszonym głosem — ale po mojemu… ten, co ją indagował, spartolił robotę. Baba się zamknęła. Zakuła od środka. Prędzej ducha wyzionie, nim coś powie. Choćby jej kości łamać, jedna po drugiej. Widziałem już takich.
Brwi gospodarza drgnęły, uniosły się nieznacznie.
Michaił przełknął ślinę. Ciągnął dalej, póki jeszcze miał odwagę.
— Jeśli coś jeszcze chcecie z niej wydobyć… trzeba jej dać nadzieję. Choćby kłamliwą. A potem… — zawahał się na ułamek sekundy — potem ją złamać. Już na zimno.
— Co sugerujecie, Kuzniecjew? — spytał jednooki chłodno, bez cienia ciekawości.
— Rozkujcie ją — wyrzucił z siebie. — Dajcie jadła. I… samogona — przy tym słowie oblizał suche usta, jakby samo brzmienie paliło gardło. — Dajcie mi z nią sam na sam pogadać. Bez świadków. Niech się rozluźni. Jak się boicie, zamknijcie nas w celi. Kraty znam. One mówią prawdę.
Dopiero wtedy spojrzał na dłoń.
Krew na kciuku. Świeża. Z rany z czerepa co to ją rozdrapał i roztarł.
Zaczął go trzeć nerwowo, jakby mógł zetrzeć nie tylko ranę, ale i to, co właśnie powiedział. -
Vsevolod chwilę patrzył na Michaiła jednym okiem nim stwierdził niby w przestrzeń, niby do nikogo, gdzieś obok kowala.
- Przynieść.I nie drgnął, a co najciekawsze - Dragos wciąż lekko kopał butem kamyczki jakie osypały się ze ścian, nie reagując na słowa Vsevoloda.
- Zostanie przyniesione tyle, co trzeba. Nie zajmie to długo.
Mimo słów ni on, ni Dragos nie ruszyli się z miejsca.
-

Michaił zamarł.
Przynieść.
Jedno słowo. Rzucone nie do niego, nie do Dragosa — w bok. W pustkę. Jak rozkaz dany ścianie albo powietrzu.
Nie zrozumiał od razu.
Stał, patrzył w jednookie oblicze Vsevoloda i czekał… aż coś się wydarzy. A nic się nie wydarzyło. Nikt nie drgnął. Dragos dalej leniwie kopał kamyczki, jakby rozmawiali o pogodzie, nie o… czymś.
Szto?
Kto ma przynieść?
Skąd?W głowie Michaiła myśli zaczęły się tłuc, jak gwoździe rozsypane na kamiennej posadzce. Jedna o drugą. Bez ładu.
On znał rozkazy. Rozkaz to był krzyk. Gest. Palec. Spojrzenie. A tu — słowo rzucone jak okruch chleba dla ptaka, którego nie widać.
Zostanie przyniesione tyle, co trzeba.
Tyle. Co. Trzeba.
Skąd oni wiedzą, ile trzeba? Kto liczy? Kto niesie?
Dlaczego nikt się nie rusza?Michaił poczuł, jak po karku pełznie mu zimno. Nie strach jeszcze — raczej coś gorszego. Pęknięcie w porządku świata. Jakby młot uderzył, a kowadła pod nim nie było.
Ja z wariatami już bywał…
Ale tamci krzyczeli. Rzucali się. Albo milczeli po bólu.Tutaj nie było ani jednego, ani drugiego.
Była pewność. Sucha. Cicha. Nieruchoma.Michaił odruchowo zacisnął dłonie. Szukał w nich ciężaru młota. Czegokolwiek znajomego. Żelaza. Drewna. Prawdy.
Nic.
I pierwszy raz od dawna przyszła mu do głowy myśl, której nie chciał mieć:
Może ja tu nie jestem katem.
Może ja tu jestem… narzędziem.Stał więc i milczał.
Bo nie wiedział już, co właściwie ma zostać przyniesione —
i kto to w ogóle ma przynieść. -
Vsevolod nie był w żaden sposób zdenerwowany oczekiwaniem. Wyglądał na całkowicie rozluźnionego, jak człowiek oczekujący na zagotowanie się wody w garnku na ognisku nim będzie mógł do niej wrzucić brukiew... a może wylać ją na osobę odmawiającą współpracy.
- Czy to przywołanie jest ci niemiłe? Czy zostałeś od innych obowiązków odciągnięty? - zapytał nagle nienagabywany o to i nie była widoczna jakakolwiek irytacja z jego strony. -

Michaił drgnął, jakby wyrwany z myśli.
Nie odpowiedział od razu. Najpierw skinął głową — krótko, za głęboko.
— Niet, gospodin — odezwał się w końcu. Głos miał zachrypnięty, jak po dymie z paleniska. — Obowiązek to obowiązek. Jak w kuźni. Jak wołają, to się idzie.
Przełknął ślinę.
— Tylko… — zawahał się na moment, ostrożnie ważąc słowa — człowiek zawsze myśli, co zostawia za sobą.
Spojrzał w bok. Nie na Vsevoloda. Gdzieś w pustą przestrzeń.
— Mam Nadiejkę. Kaleką. Sama nie pójdzie po wodę, sama pieca nie rozpali. Czeka, aż wrócę. Dlatego pytam o czas, nie o sens.
Podniósł wzrok.
— Nie mówię tego z niechęci — dodał ciszej. — Tylko z chęci dobrze wykonać robotę i wrócić, zanim ogień w domu zgaśnie.
Zamilkł. Stał prosto. Czekał.
-
- Dziecię kalekie mówisz? - Vsevolod skrzyżował ręce za plecami - Cóż za tragedia okaleczyła twoje dziecię? Narodziło się takie?
Dragos patrzył niecierpliwie w stronę korytarza ciągnącego się przed nimi i jakoby zirytowany oczekiwaniem czasem wykonał to jeden, to dwa kroki do przodu i z powrotem. W pewnej chwili przeciągle zagwizdał, a dźwięk odbijał się od ścian korytarzy niczym woda spuszczona ze zbiornika uderzająca w koryto rzeczne.
-

Słowo kalekie uderzyło w niego mocniej niż młot.
I nagle — nie korytarz. Nie kamień. Nie jednookie spojrzenie.
Koń.
Kopyta. Zbyt blisko. Zbyt głośno.
Ziemia przy twarzy.Łeb wygolony, kita jasnych włosów skręcona przy uchu. Wąsiska. Orli nos. Wrzeszczy coś. Nahajka świszcze. Pręga pali policzek.
Deszcz.
Zapach mokrych liści.
Błoto w ustach.Nadiejka.
Małe ręce na szyi. Paznokcie wbijające się w skórę. Płacz. Nie krzyk — płacz urwany, jakby zabrakło tchu.
Las. Bieg. Gałęzie tną twarz. Pośpiech.
Ból.Migawki bez ładu. Bez kolejności. Jakby ktoś rozsypał wspomnienia na kamiennej posadzce i kopał je butem jak Dragos te kamyki.
Gwizd. Odbicie. Echo.
Michaił mrugnął. Wrócił.
Vsevolod wciąż stał naprzeciw. Ręce za plecami. Jedno oko.
Powietrze ugrzęzło kowalowi w gardle.
Michaił przełknął. Czuł smak żelaza.
— Nie — Warknął zirytowany gwizdaniem Dragosa. Szybko, krótko.
Zamilkł. Myśli dalej się tłukły. Koń. Nahajka. Błoto. Małe dłonie.
— To był wypadek.
Głos wyszedł chrapliwy, przytarty jak źle naostrzona klinga.
Nie podniósł wzroku. Patrzył gdzieś obok, w mur.
— Las. Pościg. Koń się spłoszył.
Tyle.
Dłoń zacisnęła się sama, jakby znów coś próbował utrzymać, co wymykało się z palców.
— Nie narodziła się taka — dodał ciszej. — Stało się.
I w tym stało się było więcej ciężaru niż w pięciu młotach kowalskich, które ktoś przewiązał i założył mu na barkach.