[VtDA] красота требует жертв
-

Michaił drgnął, jakby wyrwany z myśli.
Nie odpowiedział od razu. Najpierw skinął głową — krótko, za głęboko.
— Niet, gospodin — odezwał się w końcu. Głos miał zachrypnięty, jak po dymie z paleniska. — Obowiązek to obowiązek. Jak w kuźni. Jak wołają, to się idzie.
Przełknął ślinę.
— Tylko… — zawahał się na moment, ostrożnie ważąc słowa — człowiek zawsze myśli, co zostawia za sobą.
Spojrzał w bok. Nie na Vsevoloda. Gdzieś w pustą przestrzeń.
— Mam Nadiejkę. Kaleką. Sama nie pójdzie po wodę, sama pieca nie rozpali. Czeka, aż wrócę. Dlatego pytam o czas, nie o sens.
Podniósł wzrok.
— Nie mówię tego z niechęci — dodał ciszej. — Tylko z chęci dobrze wykonać robotę i wrócić, zanim ogień w domu zgaśnie.
Zamilkł. Stał prosto. Czekał.
-
- Dziecię kalekie mówisz? - Vsevolod skrzyżował ręce za plecami - Cóż za tragedia okaleczyła twoje dziecię? Narodziło się takie?
Dragos patrzył niecierpliwie w stronę korytarza ciągnącego się przed nimi i jakoby zirytowany oczekiwaniem czasem wykonał to jeden, to dwa kroki do przodu i z powrotem. W pewnej chwili przeciągle zagwizdał, a dźwięk odbijał się od ścian korytarzy niczym woda spuszczona ze zbiornika uderzająca w koryto rzeczne.
-

Słowo kalekie uderzyło w niego mocniej niż młot.
I nagle — nie korytarz. Nie kamień. Nie jednookie spojrzenie.
Koń.
Kopyta. Zbyt blisko. Zbyt głośno.
Ziemia przy twarzy.Łeb wygolony, kita jasnych włosów skręcona przy uchu. Wąsiska. Orli nos. Wrzeszczy coś. Nahajka świszcze. Pręga pali policzek.
Deszcz.
Zapach mokrych liści.
Błoto w ustach.Nadiejka.
Małe ręce na szyi. Paznokcie wbijające się w skórę. Płacz. Nie krzyk — płacz urwany, jakby zabrakło tchu.
Las. Bieg. Gałęzie tną twarz. Pośpiech.
Ból.Migawki bez ładu. Bez kolejności. Jakby ktoś rozsypał wspomnienia na kamiennej posadzce i kopał je butem jak Dragos te kamyki.
Gwizd. Odbicie. Echo.
Michaił mrugnął. Wrócił.
Vsevolod wciąż stał naprzeciw. Ręce za plecami. Jedno oko.
Powietrze ugrzęzło kowalowi w gardle.
Michaił przełknął. Czuł smak żelaza.
— Nie — Warknął zirytowany gwizdaniem Dragosa. Szybko, krótko.
Zamilkł. Myśli dalej się tłukły. Koń. Nahajka. Błoto. Małe dłonie.
— To był wypadek.
Głos wyszedł chrapliwy, przytarty jak źle naostrzona klinga.
Nie podniósł wzroku. Patrzył gdzieś obok, w mur.
— Las. Pościg. Koń się spłoszył.
Tyle.
Dłoń zacisnęła się sama, jakby znów coś próbował utrzymać, co wymykało się z palców.
— Nie narodziła się taka — dodał ciszej. — Stało się.
I w tym stało się było więcej ciężaru niż w pięciu młotach kowalskich, które ktoś przewiązał i założył mu na barkach.