'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
-
Yeol, pełniej i poprawnie nazywany Republiką Zjednoczonych Prowincji Yeol, najczęściej w ustach mówiących Wspólnym pojawiał się jako Wolna Liga. To była klarowność (sam Yeol odwoływał a to do rzeki, a to do krainy, a to do znowu czegoś tam, co lokalsi znali jak pacierz, ale nikt poza nimi). To był konkret (nie trzeba było mnożyć tych członów, przypadków i zastanawiać się, co to niby ta rebuplika). To była nazwa, którą posługiwano się zagranicą, gdy rozpowiadano o znaleziskach Ścieżki Slerotina i obietnicach, które ofiaruje śmiałkom. I to była nazwa, którą śmiałkowie spotykali już na miejscu, na yeolskiej ziemi, gdy tłumaczono im lokalne zwyczaje.
My, Wolni, mówili o sobie chłopi i mieszczanie, jesteśmy uparci. Jesteśmy uparci i dumni. Wierzymy, że na tej ziemi każdy może zbudować swoją fortunę. Że wszyscyśmy równi w kołysce, ale po to żywim, by wzrosnąć własną pracą ponad innych. By pokazać, że człek swego losu kowalem.
Przybysze słyszeli o tym. Czasem dziwowali się trochę, widząc masy tych niewzrośniętych ponad resztę, steranych w halach, manufakturach i na latyfundiach, pełnych wiary, że słuszna ich ścieżka, ale moment wciąż nie ten. Tych wzrośniętych zwykle nie było widać na polach czy ulicach, choć dzielili tę samą wiarę.
Czasem talent i pracowitość Yeoli zdumiewały, gdy co jedno to narzucone im novum, które nakreślały lokalne rady wprowadzano w domach i na roli, na ulicach i warsztatach, a mało tego jeszcze, bo czasem i w kościołach. Nowinki i ulepszenia służyły ludziom, a każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do powodzenia społeczności. Raz, że lepiej przecie by żyło się wszystkim pełniej i dostatniej, a dwa, że jak można odstawać, gdy inni szli twardo do przodu.
Wolna Liga wzrosła na ludziach czynu. Takich, którzy w dzikości nowej ojczyzny wykarczowali sobie przestrzeń do życia wprost z chaszczy. Przybywali falami, następne pokolenia w kolejnych stuleciach i dekadach, zbiegając do okolonej górami krainy na uboczu Flanaess. Chłopi umykający spod pańszczyzny, niewolnicy zbiegli z plantacji, dłużnicy kryjący się przed prawem, banici i wyrzutkowie. Ci, którzy nie pasowali sąsiadom i ci, którym nie pasowali sąsiedzi. Tacy, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa i tacy, którzy coś tam uciułali i zaczynać chcieli po swojemu. Tam, gdzie w bród wolnej ziemi i nie trzeba dzielić morgi między siedmiu kuzynów.
My, Wolni, mówili o sobie ci, którzy mieszkali w Lidze od pokoleń, jesteśmy gościnni. Gość w dom, bóg w dom. Każdy podróżny to przecie może być Fharlanghn.
Przybysze czuli to, gdy nie raz korzystali z serdeczności gospodarzy śpiąc po ich stodołach, chatach, a bywało, że i mieszkaniach, współdzieląc z nimi wieczerzę.
Jesteśmy gościnni, mówili tak samo ci, których keolandzki często ciągle dźwięczał od północnego akcentu, bo to kraj, gdzie każdy skądś przybył. Nam też była tu niedawno droga zza gór i poznaliśmy gościnność sąsiadów.
Nie chcemy tu obcych, mówili ci sami, ci pierwsi i ci drudzy, których dzieliły pokolenia w dolinie. Przychodzą i chcą jeno brać i brać, jakby każdemu się należało. Przybyli kiwali głowami, chłonąc lokalną mowę. Zabierają robotę, a to nie jest taki czas, żeby o innych się martwić, mówili inni i mówili ci sami. Mamy własne problemy, a teraz czasy niepewne. Niedobra to rzecz i lepiej, co by Rada coś z tym zrobiła, bo inaczej nam samym przyjdzie... A chłop tu mocny i na głowę wleźć sobie nie da!
Przybysze czasem potakiwali, potulni i niechętni scysjom. Czasem wręcz byli zgodni, pewni, że przecież to nie o nich i ich to nie dotyczy. Ale inni parskali, pukając się w czoło. Czy to nie Wy, Wolni, mówili, chwilę temuście mówili, że Ścieżka to taka szansa, jakiej świat jeszcze nie widział? Że z Niebios dana szansa i bogactw tyle, że na Ligę idzie złota era? Że trze'a by świat zainteresował się i popuścił trzosa?
Spojrzenia kłóciły się w Lidze, ale czasem zlepiały w jeden misz-masz, zależnie od tego, kto zasiadł przy stole i co podano. Wojna w pobliżu granic i spiski Szkarłatnych Braci. Trzeba było uważać, bo czas niepewny. Nie dać wciągnąć się w wojnę i nowym krajanom uważnie patrzeć na ręce. Ale kiedy Bracia, psubracia, ha-tfu!, dokonywali swoich rzezi i bezeceństw, czyli godziło się być obojętnym? Stawiać zasieki zamiast pomagać?
A sprawa Ścieżki, a Drusdygg, a Czarne Wrota? Miejsca, o których w Yeol dotąd nikt przecie nie słyszał (poza tymi, którzy żyli w samym Drusdygg i u progu dzikiej doliny)... Teraz zjeżały debatę przy stołach od Yatili po Piece. Szansa to, szansa, głosili jedni, a drudzy (albo ci sami, jeśli inaczej wstali) ganili: Nie wolno w głupotę popadać! Przylezą Keole, królewicze, obce, rozbiorą, wydoją!
Kompanie i spółki ściągały ludzi do Ligi, wkraczając w gospodarczy boom, który wzrósł na razie na samych nadziejach Ścieżki. Za nimi ściągali węszący swej szansy, którzy chcieli podłączyć się pod operacje w Drusdygg. Byli podobni Yeolom, którzy przybywali tu od pokoleń.
Spragnieni swej szansy, charakterni, odważni, niepokorni i głodni. Dlatego budzili nadzieje u tych, którzy wierzyli w szanse dawane przez Ścieżkę. I w magię wzrostu, który mieli napędzać.
I z tego samego powodu budzili obawy. U innych i u tych samych. Bywało, że budzili lęk.
Drusdygg, gdzie strumień przybyszów znajdował ostateczne ujście, czuło to najmocniej. I tu przekonali się już, a mieli przekonać jeszcze dosadniej, że nowi są Ligi prawdziwą szansą.
I śmiertelnym dlań zagrożeniem.
-
P Panicz odniósł się do tego tematu
-
Hazar Baraz-Felak
Góra drżała. Drżała i dźwięczała pod uderzeniami kilofa, odłuskiwana powolutku w pragnieniu złota. Metal łupał skałę bez zmiłowania, topiąc ją niemal, gdy górnicy wokół wylewali siódme poty, by ledwie zedrzeć kamień ze lśniącej rudy.
Ale co krasnolud, to krasnolud przecież. Karły znały się z górami od zarania dziejów. Zrodzone ze skał. Wykute z kamienia, w który tknięto życie. Wyplute przed wiekami z samych trzewi ziemi.
Mitów i dociekań na temat krasnoludzkiego pochodzenia było pełno. Szczególnie tam, gdzie ludzie żyli obok dwur – blisko, ale nie dość blisko, by chcieć prawdziwie ich poznać i zrozumieć. Tam, gdzie krasnoludy budziły podziw i zazdrość, ich odrębność i obecność żywiła plotki i ciekawość, a pogarda i strach szły dopiero potem.
Nawet jednak tam, gdzie wspólna praca w sztolniach, pot przelany w kuźniach czy wojskowa służba budowały braterstwo między rasami, karły nie bywały specjalnie wylewne w mówieniu o sobie. Zaskarbić sobie ich przyjaźń było ciężko, ale w Wolnej Lidze zdarzały się takie przypadki. Tu, gdzie pracowitość była jedną z głównych cnót, ludzie lepiej dogadywali się z mniejszymi, a szerszymi pobratymcami, którzy obsiedli góry ze wszech stron Yeolu.
Nie było to doświadczenie Hazara. Nikt z chuderlawców nie zalazł mu za skórę, ale nie zjednali sobie jego sympatii. Odkąd opuścił rodzinne strony pracował z nimi w wielu miejscach, rżnąc skały w kopalniach Jotenów i Małych Wzgórz, a teraz ryjąc za złotem w Drusdygg, gdzie Ścieżka ściągała żarłoczne przygody tłumy.
Nikt go nie prowokował. Nikt mu nie dogadywał. Nie kpili z niego, ani mu nie jątrzyli. Czasem spoglądali dziwacznie i szeptali, ale nie słyszał, co mówią. Nie musiał. Domyślał się. Wiedział, że większość się boi i nikt nie wejdzie mu w drogę.
Wiele krasnoludów mogło pochwalić się imponującą jak na ludzkie standardy sylwetką, ale Hazar odstawał dobrze ponad średnią. Z bicepsami jak bochny chleba i plecami jak u wołu, wyglądał na przodku jak pradawna bestia, którą górnicy świeżo wykopali spod ziemi.
Ale fizjonomia mocarza to było jedno. To zamykało gęby mordochlapom i uwalniało od zakusów szulerów i oszustów. Wśród górników w Drusdygg i szemranego towarzystwa, które trafiało się w Czarnych Wrotach, to mogło być jednak za mało, by nie znalazł się taki, czy tacy, którzy będą chcieli się spróbować. Albo popłyną z żartem za mocno. Szczególnie, gdy w żyłach płynie gorzałka.
Hazar Baraz-Felak był nie tylko zbity jak górniczy stempel, ale miał do tego gębę paskudną jak listopadowa noc. Łysą łepetynę miał poznaczoną bliznami i śladami oparzeń, okalającymi czaszkę od czoła po potylicę jak pajęczyna. Oszpecony, wyglądał jakby ktoś z zapamiętaniem pracował nad nim raszplą i opalał pochodnią, a przekrwione, ciemne, czerwieniące się, wiecznie przymrużone ślepia nie ocieplały wizerunku. Może i się uśmiechał, ale tego i tak nikt by nie zapamiętał, bo to tak gryzłoby się z obrazem, który budowała cała fizys Hazara, że pewnie i w szatach prałata Veluny wzięto by go za zbira.
Krasnoluda mogło to boleć, a może miał to głęboko w kieszeni. Nikt w to nie wnikał. Hazar nie był duszą towarzystwa. I dzięki bogom!, myśleli niektórzy. Ale u paru kompanów z oddziału zbudował jakąś sympatię... Czy coś pokrewnego. Swoją siłą i zrozumieniem fachu bił wszystkich na głowę, więc podziw dla jego roboty zjednał mu szacunek w kopalni.
– Słuchej, Hazar. – Grimbald, z którym kransolud pijał najczęściej, siwy brygadzista, który formalnie karła miał pod sobą, nalał mu kubek wódki. – Wiesz, że my tu ryjemy-ryjemy, ale nagroda je w dole? Że najlepsze łupy na Ścieżce?
Krasnolud nic nie powiedział tylko niuchnął smród gorzałki. Paskudny, jadący drożdżami bimber, który Kliwasz pędził pod lasem. Hazar uśmiechnął się i pociągnął długiego łyka. Po tym co przeszedł, doceniał nawet to, co proste i podłe.
– No, słyszałeś, nie? - Majster mógł być nieco zbity z pantałyku, ale znał już trochę rozmówcę, więc nie czekał dłużej na potwierdzenie. – Kompania, Lazurowa zdaje się, szuka tam szpeca od górniczej roboty. Tamój już na samej Ścieżce, gdzie wolno nikogo nie puszczają.
– No mów, mów. – Krasnolud odstawił kubek i wciągnął powietrze. – Rekrut otwarty?
– Ano – potwierdził stary, polewając na drugą nogę. – Tyś tu najlepszy, tom o tobie pomyślał.
Hazar kiwnął, by nie lać do pełna – w obawie, że się wyleje, a nie z troski o gardło czy głowę.
– Miło – podziękował. – I chcesz mnie rekomendować? Nie siebie?
Siwy wzruszył ramionami i gulnął z kubeczka. Rzuciło nim aż chwycił się blatu i teraz suszył zęby, uśmiechając się głupio.
– Mocny diaboł – osądził. – No jako godom, tam trze'a szpeca. A ja szpeca cenię. Jam tutaj majster, ale ty...
Kierownik poklepał się dłonią w pierś.
– Tyś tu na pokładzie najlepszy. Jakbyś nie był krasnol, to pewnie ciebie by tu wzięli za majstra.
– Ale jestem – zauważył krasnol. Tam będzie inaczej?
- Słuchej... - Grimbald machnął na Młodego, by sunął im tu zakąski, które jedli stolik dalej. – Tego ja nie wiem... Ale ci mówię, że tam jest pensja na szpecu trzy razy taka jak tu, a tyś byś mógł i na sztygara iść przecie, bo robotę to masz we krwi... Znasz przecie wszystko to lepiej niż my, widać to od razu.
Hazar złapał gzika z podsuniętej tacki i bez słowa wpakował do ust. Tak jak miało być, myślał. Tak jak miało być. I bez forteli, bez mordęgi. Wejdę na Ścieżkę frontem.
– Dzięki – rzucił po dłuższej chwili milczenia, gdzie ciszę wypełniał mlask w ustach. - Doceniam. I skorzystam.
- Ano, korzystaj, oby się dało – zgodził się majster. - Będzie może fucha, to i się odwdzięczysz tam, nie? Wciągniesz w drużynę?
- Pewnie – zapewnił od razu krasnolud, myślami będąc już poza barakiem, z dala od bimbru, ziemniaków, spoconych górników i oblazłych pchłami kocy. Myślami był już na Ścieżce.
I dalej jeszcze. Dalej, ale z powrotem tam, skąd przyszedł. Już z tym, co dała mu Ścieżka.
-
Morwen
Dym okalał góry z niska i z wysoka. Kłębił się nad szczytami, bijąc w niebo z gorejących sosen i czarnymi, wężowymi zawijasami spływał w dół, niosąc zapach pożogi w dolinę. Morwen przymknęła orzechowe oczy i zaciągnęła się głęboko. Dym niósł zapach i swąd, ciepło i ogień. Łaskotał zmysły i boleśnie drapał w gardło. Dziewczyna wypuściła powietrze nosem i rozkasłała się.
Zadowolona, z półuśmieszkiem na trójkątnej twarzy, zasiadła przy ognisku na skraju zbocza. Ogień szalał za nią, zżerając leśne ostępy wśród Pieców. Nie był daleko. Ale ona znała dzicz. Rozumiała naturę i jej porządek, świadoma czego i kiedy się po niej spodziewać. Tu była bezpieczna.
W rozchełstanej koszuli i zsuniętych butach, wygrzewała się swobodnie przy wieczornym ognisku. Taki sam ogień szalał o staję dalej, łamiąc drzewa i spopielając wszystko na swojej drodze. Jej służył do relaksu i podpieczenia ziemniaczków w mundurkach. Przebierała w nich leniwie patykiem, przerzucając ze strony na stronę.
Zmierzchało, ale ognista łuna za nią wstrzymywała ciemność. Widok na blaknące Drusdygg w dole przydawał kolacji dodatkowego uroku. Tam też jaśniały kropeczki ognisk, a blednące światło pozwalało jeszcze rozróżnić co większe kształty budynków. Czarne Wrota.
Morwen wygrzebała ziemniaki na drewniany półmisek i skubała je w zamyśleniu. Zwykle to sama podróż była jej celem. Ale teraz droga zamarła pod stopami. Zaprzestała rozwidleń, zakrętów i kuszenia tym, co za rogiem. Teraz droga legła u jej stóp jak pies, zapraszając by spocząć u jej kresu.
Kres był tutaj. Czarne Wrota i Ścieżka Slerotina. Tu ściągnął ją wewnętrzny kompas i na to miejsce zamieniła rubieże, które zwała domem. A przynajmniej miała zamienić. Na chwilę, na dłużej? Pewnikiem nie na stałe! Mimo obietnic Ścieżki nie wyobrażała sobie, żeby zalec w tym ludzkim roju, obskubującym truchło pradawnej Magii z jej tajemnic aż nic nie zostanie.
Na dobrą sprawę... Na dobrą sprawę nie wiedziała, co czeka ją dalej, choć miała już plan. Chciała dobrać się do tego, co kryją misteria Slerotina zanim chciwi ludzie wywleką wszystko i rozprzedadzą po targowiskach. Chciała dostąpić tajemnic, które skrywały się pod skorupą Ścieżki zanim zagarną je inni.
Nie marzyła o władzy, potędze, czy bogactwach, po które przybyli inni. O, nie wykluczała skorzystać, jeśli coś wpadnie, ale to nie doczesność – nawet i ta magiczna – skusiła ją do Doliny.
Ścieżka kusiła ją sama sobą. Nęciła jak upojny aromat wygłodniałego rozbitka, odzywając się jaskrawymi obrazami w snach i impulsami na jawie. Morwen czuła zew Ścieżki niemal fizycznie, niby ukłucia od spodu, albo drgania na skórze.
Wiedziała, że za Wrotami drzemie potężna magia. Relikt Imperium Suelii. Czasów, gdy magowie potrafili odmieniać całe krainy – jednym rytuałem ożywiać pustynie i jednym zamieniać miasta w gorejące szczątki. Inni też to wiedzieli. Pewnie nie każdy znał skalę, potrafił to nazwać i zrozumieć, ale poza hordą łasych na starożytne świecidełka, miejsce kusiło i tych, którzy znali jego rolę.
Nie było ich wielu. Dla większości świadomych, zrozumienie kończyło się na historycznej doniosłości, epokowych technologiach czy odcyfrowywaniu zapomnianej wiedzy. Na nauce, a może i magii, ale ujętych w karby współczesnego rozumienia i chęci wplecenia tajemnic Ścieżki w służbę współczesnych potrzeb.
Morwen wiedziała, że byli tam tacy – musieli być! - którzy widzieli w powietrzu sploty magii Slerotina i w runach wśród ścian, mimo woli, odczytywali sylaby zaklęć. Ale mało kto mógł czuć to jak ona. Mało kogo tajemnice z głębin Piekielnych Pieców nęciły niemal cieleśnie, przedzierając się przez eter i lgnąc do adresatki na spojeniu woli i zmysłów.
Czarownica wiedziała, że w tym jest wyjątkowa. Że jej rozumienie magii będzie ogromnym atutem, o który kładący łapę na Ścieżce będą się bili. I wiedziała też, że lepiej skryć niektóre szczegóły swej mocy, bo jej źródło i to jak przez nią przepływa, nie zgrają się z ich spojrzeniem na czary. Czary, które miały być narzędziami w służbie bieżących potrzeb.
Morwen chciała zanurzyć się w magii, by ją zrozumieć. Dojść do istoty Ścieżki i tego, co niosła ze sobą, wyzwolona od twórców i współczesnych interpretatorów, samoistna jak żywa manifestacja mocy.
A że gdzieś trzeba było zacząć, spróbowała zareklamować się jako magiczna konsultantka i ogniowe wsparcie w eksploracji dla tych, którzy mieli schodzić w głębiny. Miasteczko puchło od ludzi pracy i hardych zakapiorów, ale magia zawsze była w wysokiej cenie. Ten dar nie powszedniał nikomu, więc kiedy Morwen ujawniła się potencjalnym pracodawcom jako czarodziejka-nowicjuszka, mogła być pewna, że kiedy obiecywali, że się odezwą, to bankowo tak będzie.
Lazurowa Kompania trafiła ją pierwsza. Jej historię o byciu w dużej mierze samoukiem, ale z historią terminowania u Lady Beltrany Molag z Hochoch w Geoffie można było traktować... Jak kto chciał. Morwen umiała oczarować i zakręcić (nie sięgając po magię), a w głosie miała pewność i zdecydowanie, jakby słowa skapywały jej od razu na papier, więc Wylla van Coen dała jej szansę.
Wielu pewnie uwierzyłoby od razu po krótkich popisach czarodziejki i jej pełnym detali, drobiazgowym i szczerym opisie nauki u mentorki z Północy. Niektórzy tylko, bardziej światowi lub skrupulatni, zwróciliby uwagę, że zniszczony przez najazd gigantów Geoff to dobre miejsce, by osadzać swoją nieweryfikowalną przeszłość. W kraju pod jarzmem nieludzi, z miastami zrujnowanymi i populacją wybitą lub zniewoloną, każdy mógł być przed wojną każdym. Jak dzisiaj to sprawdzić?
– Pięknie opowiadasz – pochwalił ją półełf. Kai. Śniadoskóry, smagłolicy młodzik na służbie Kompanii. – Widziałem też wczoraj, co potrafisz.
– Dziękuję. - Morwen skłoniła grzecznie głowę i odgarnęła z czoła czarne kosmyki, które zleciały w oczy na jej kiwnięcie. – Wierzę, że przydam się W... naszej... No teraz już naszej, wspólnej sprawie.
Chłopak zaśmiał się dźwięcznie i pokazał bielutkie zęby. Czarownica wiedziała, że nie przypadkiem to jego posłano do niej na spytki i to on, pospołu z Wyllą, doglądał jej zgłoszenia. Na początku ledwie to czuła, a może miała tylko wrażenie, czy wręcz tę ułudę zwaną intuicją, którą zawsze po fakcie wyjaśnia się na własną korzyść... Ale im dłużej z nim przebywała, tym była pewniejsza, że Kai rozumie się na magii. Że zna się na niej nie tylko jako teoretyk, ale jako praktyk. I że jego magia ma w sobie coś zbliżonego do jej własnej... Nutę niestałości i fantazji.
– Ścieżka to niebezpieczne miejsce. – Kai patrzył jej w oczy z zaciekawieniem, które w innych okolicznościach mogłaby wziąć za flirt, ale tutaj trafnie odczytywała jako próbę przejrzenia jej osoby. Chyba trafnie... – Przed zejściem tam trzeba przetarcia. Musimy wiedzieć, że nasza ekspertka od zabezpieczenia magicznego daje grupie prawdziwy gwarant ochrony.
– Rozumiem i pozostaję do usług – odpowiedziała ciepło, zapijając zdanie łykiem wina. Nie podobały jej się te ceregiele, ale rozumiała ich ostrożność. Kai musiał być kimś ważniejszym, niż sugerowałaby jego frymuśna osoba, dziwaczne szaty i wieczorne pobrzękiwanie w gospodach. Słyszała plotki, ale musiała jeszcze wgryźć się w serce miasteczka, by zrozumieć do końca, kto jest kim i co tutaj znaczy. - Jeśli pojawi się jakaś możliwość, bym dowiodła swojej wartości, zgłoszę się z wielką ochotą. Nawet jeszcze przed kontraktem zatrudnienia.
- Powiedz Morwen. – Chłopak pomachał komuś, kto wchodził akurat do oberży i korzystając z pauzy machnął na służkę, by doniosła im jeszcze wina. Widać było po geście, że się znają i lubią, a oczy wielu osób przejeżdżały po półelfie w taki sposób, w jaki spogląda się na kogoś, kto wrasta już w krajobraz i nie wymaga uników. Kto nie budzi strachu, ani niechęci. - Co sądzisz o Wedryku Weldzie... Czy tam mistrzu Wedryku, jeśli wolisz.
Czarownica zastanowiła się przez chwilę, co miało ten atut, że było spodziewanym gestem. Miała się zastanowić... I prawdziwie się zastanawiała, ale nie nad tym, co powiedzieć, ale co stoi za pytaniem. Wedryk Weld był magiem, który stanowił w miasteczku i pewnie całym regionie najpoważniejszy czarodziejski autorytet. Był renomowanym mistrzem transmutacji i klasycznym dziwakiem. Dziwakiem wedle plebejskich standardów, ale nie według zwyczajów arkanistów.
Weld zdawał się magiem tradycyjnym w swym ujęciu magii – książkowym, eksperymentalnym i naukowym. Bez cienia wątpliwości arcypotężnym, bo nić jego mocy Morwen czuła jeszcze kilka tygodni temu, gdy obozowała w górach, spoglądając na miasteczko znad ogniska. Był zaufanym człowiekiem starosty Saliny, który sprawował opiekę nad Wrotami i z tego, co zrozumiała, głównym magicznym narzędziem operacji na Ścieżce, w które nie wtajemniczano maluczkich.
– To wielki specjalista w swojej dziedzinie – przyznała uczciwie kobieta. – Słyszałam opinie, że najwybitniejszy czarodziej w Wolnej Lidze, a przynajmniej w zakresie magii transmutacji... To znaczy tego rodzaju zaklęć, które...
- Ach, wiem, wiem! - Kai przerwał jej, ale był w tym na tyle wdzięczny, że nie mogła nawet udać urazy. - Często służy nam tu – potrzebną, ale, khe-khe, nie zawsze – kuratelą w sprawach arkanów... Na pewno jeszcze się poznacie. Dla czarodziejki... Czy nowicjuszki, to musi być pewnie całkiem ekscytujące.
Sprawdzał ją. Czuła, że sprawdzał ją, albo już odczytał i ulokował źródło jej mocy, gdzie indziej niż książkowe termina u lady Molag. Stąd było to maglowanie i pytanie o stosunek do Wedryka. Tamten przejrzałby ją pewnie raz-dwa, gdyby przyszło im stanąć oko w oko.
Morwen bąknęła coś by wyrazić sugerowany entuzjazm, ale półelf na raz zluzował spojrzenie i kiwnął na nią kieliszkiem.
- Dosyć o robocie. Byłbym bezecnym, gdybym u progu wieczora zamęczał cię jeszcze rozmowami o pracy. – Kai zakręcił naczyniem w dłoniach, dopił resztkę i zebrał się od stolika. – Lada dzień sprawdzimy, jak sobie poradzisz. A na razie wyluzuj się, odpocznij. Napij na mój koszt, zapraszam.
Bard rozsupłał pokrowiec wokół lutni i ruszył ku podwyższeniu w rogu sali, które służyło za scenę.
- I posłuchaj jak gram, bo zaraz wchodzę. Powiesz potem, co myślisz. Liczę z twojej strony na... szczerość.
-
Eutelo Isebrand
Wieści, jeśli tylko były odpowiednio doniosłe (ewentualnie wyjątkowo paskudne, albo akurat takie, żeby pokrzyżować nam plany i żeby wszystko wzięło w łeb), niosły się po świecie bardzo szybko. I tak, nie minęły nawet trzy miesiące, a wieść o odkryciu Ścieżki Slerotina dotarła do Greyhawk.
Z pierwszej ręki galopem do Westburn, stamtąd pocztowymi do Loftwick i dalej już na gołębich skrzydłach do Longspear i dalej na wschód, aż po Gradsul nad Lazurowym Morzem. W Gradsulu wieść trochę pożyła swoim życiem i zaczęła wyciekać do ciekawskich, więc nim jeszcze nadeszły kolejne informacje, które miały pchnąć temat oficjalnie, dobrze poinformowani sprzedawali wiedzę dalej.
Marynarze na stałym kursie z Keolandii do Żelaznych Wrót niezawodnie nieśli świeże plotki i syfilis, a uszy i oczy Greyhawk wyłapywały wszystko w promieniu całego Morza Gearnata. Siatki szpiegów i informatorów cedziły stały strumień bzdur, które napływały do portów z całego świata, wyłuskując złoto spośród farmazonu. Ich raporty trafiały wyżej, a tam obrotni faktorzy i zarządcy szacowali potencjał zebranych wieści, rachując co warto pogłębiać i gdzie drzemie biznes.
Stamtąd do Rel Astry, gdzie rezydował Eutelo Isebrand był już praktycznie kawałek i wystarczył ledwie miesiąc, by plik informacji trafił na jego biurko. Komunikacja nie byłaby na pewno tak efektywna, gdyby nie stała magiczna linia korespondencji między Żelaznymi Wrotami, a Nyrondem. Tam trzeba było już tylko odpowiedniego nasłuchania przez agentów Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, by wiadomość trafiła z najwyższym priorytetem do siedziby głównej spółki w metropoliach dawnego Wielkiego Królestwa.
Eutelo nie był też pierwszym w Rel Astrze, którego dopadły wieści, ale odstęp między biurkiem hochmistrza Azelbruma, a jego własnym był ledwie jednodniowy. Kiedy zapadła decyzja o bezzwłocznym wyjeździe, by reprezentant spółki objął lokalne kierownictwo nad operacją, Czarne Wrota były już nie obozem, a prężnie rozwijającym się miasteczkiem, gdzie gildie dzieliły między siebie dostęp do Ścieżki i ucha sprawującego lokalny zarząd starosty Saliny.
Szczęśliwie dla Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, gdy wiadomości o Ścieżce, jej potencjale i zainteresowaniu nią ze strony konkurencji (która to wiedza dawała najlepsze wskazanie, że tematu nie można odpuścić) wpadły w jej sieć, sprytni agenci nadawali komunikat już w dwie strony. Zarówno do siedziby głównej na wschodzie, jak i do lokalnych oddziałów na zachodzie, gdzie reprezentanci organizacji mieli podejmować działania jak najszybciej, by zawczasu zbudować na miejscu przyczółek pod przyszłe inwestycje.
Przybycie plenipotenta Grupy z Rel Astry miało nadać sprawom szybszy bieg i pod instrukcjami przyniesionymi z samej góry, wnieść projekt na wyższy poziom. Wybór do tej roli był na równi przygodą, co nobilitacją. Był wyzwaniem i spełnieniem ambicji każdego liczącego na poważną przyszłość oficjela gildii.
Dlatego Edelbert Kessler, gdy tylko dotarł na miejsce, zaraz raportował do Rel Astry z wyrazami wdzięczności. I zapewnieniami o oddaniu i zaangażowaniu Sprawie, którymi nie pogardziliby fanatycy Szkarłatnego Bractwa. Jego sukces był kompletny.
I gdyby nie młody jeszcze wiek, przyprawiłby Eutela Isebranda o atak apopleksji. Jakim prawem i jakim cudem panicz Isebrand został pominięty w tej misji? Czemu odebrano mu szansę, która była skrojona dokładnie pod niego i na którą przez lata ciężko (i uczciwie!) pracował?
Victoria głaskała przybitego Eutela po głowie, przytulając się do jego pleców, gdy zasępiony chylił się nad stosem rozwalonych na biurku papierów w domowym gabinecie. Była przy nim, gdy piął się po szczeblach gildyjnej kariery. Wspierała w niepowodzeniach i rozterkach. Dzieliła z nim nawet toast, gdy oblewał już pewny jak w solnorskim banku awans, by nadzorować operację w Yeolu. I była z nim teraz, gdy plan rozmył się bez śladu, a na placówkę pojechał kto inny.
Przecież był już nawet spakowany! Miał już zakupiony osprzęt, naszykowane torby i kufry. Wybrał z biblioteki właściwe na drogę lektury, a w Greyhawk, przy przesiadce, planował nawet zajść do Szarego Koledżu zrobić notatki z ksiąg odnoszących się do Slerotina i suelskiej magii. Wiedział nawet, jakich ksiąg szukać, znał autorów i tytuły!
Imperium Suelskie to był jego konik i nie mogło chyba trafić na nikogo w całej Rel Astrze, kto na wieść o odkopaniu takiej starożytności ucieszyłby się bardziej! Był uczonym, ekspertem i skutecznym realizatorem każdego gildyjnego zlecenia. Nie było nikogo, kto pasowałby bardziej!
Eutelo nie jawił się kolegom jako temperamentny, ani kłótliwy. Przełożeni nie oceniali go jako wybuchowego czy niespokojnego. Victoria ceniła jego stabilność i porządek, a rodzina doceniała posłuszeństwo i szacunek z jakim wypełniał rodowe powinności. Jeśli pominięcie w tej misji prawdziwie go rozsierdziło, dając upchniętym pod korek emocjom ujście, to znak, że cios był naprawdę bolesny.
– To polityka. Ale wiedzieli też, że to twoja pasja. – Matka, z którą rozmawiał następnego wieczora zachowała spokój i głos nawet jej nie drgnął, ale Eutelo czuł, że i pod jej zmęczoną maską czai się gniew. – Miało dodatkowo zaboleć i pogłębić afront wobec nas. Szubrawcy, jeśli wierzą, że popchną rzecz choćby o cal, posuną się nawet do takiej małości.
- Jest jako rzeczesz, matko. Wybór Kesslera do tej roli nie ma merytorycznego uzasadnienia. – Szlachcic skrzywił się na samo nazwisko rywala. Kessler był z pośledniego rodu, ale Eutelo nawet go lubił. Pomagał mu, gdy trzeba było wdrożyć go w jego tematy i nie spotkał się z niewdzięcznością. Nominacja konkurenta nie była owocem jego zdrady, czy knowań, ale ruchów, które działy się ponad nimi. Teraz to było jasne. – Czy mam to wiązać z ostatnią deklaracją Baura o poparciu dla Ahlissy w arbitrażu szlakowym?
– To tylko część układanki, ale największa. - Matka zasiadła głębiej w obitym wiśniową skórą fotelu, przejeżdżając długimi palcami po mahoniowych oparciach. – Liczą, że wypadniesz z obiegu Grupy, a tym samym osłabnie pozycja Aurelia i Baura w planach rozmiękczania obecnej koalicji w Radzie pod następne kadencje. Twój przyszły awans jako gwarant dostępu do obligacji dla popleczników staje pod znakiem zapytania, gdy rynek może odczytać twoje pominięcie jako niekompetencję.
– Nikt się na to nie nabierze... A przynajmniej nikt poważny nie powinien. - Eutelo westchnął ciężko i przysiadł naprzeciw matki, przybity własną obserwacją. – Wierzę, że naprawdę mógłbym wiele tam zmienić. Mój talent do magii i potencjał możliwości, jakie daje Ścieżka to byłoby idealne połączenie... Dla Grupy i dla nas. Ale... Tak poza wszystkim – pozwól Matko na moment, że wyjdę przed szereg – prawdziwie szkoda, że nie dane mi tam być, bo tam dzieje się Historia i z samego do niej szacunku, powinien tam być ktoś, kto umie ją zrozumieć i docenić. A nie byle liczykrupa i potakiwacz.
Kobieta uśmiechnęła się lekko, co w jej wypadku było skrzywieniem kącika ust w tę dobrą stronę.
- Wiem o tym, synu. I choć to nie jest dla nas moment sukcesu, to wiem, że ucieszy cię decyzja, którą podjęłam. Pojedziesz do Zjednoczonych Prowincji i wkroczysz na tę Ścieżkę, o której tyle opowiadałeś.
Eutelo podniósł lekko brwi i skrzywił głowę, ale nie dał ekspresji się rozszaleć. Co matka mogła mieć na myśli?
– Sfinansujemy nasz udział w tej operacji, a ty będziesz doglądał inwestycji na miejscu. Porażka Grupy odbije się na zaufaniu do Azelbruma i pozwoli przepchnąć plan włączenia Egzekutywy Gildii pełniej w realne nią zarządzanie.
– Będziemy w stanie zagwarantować sobie dostęp do Ścieżki? Z raportów wynika, że lokalna władza wydziela pozwolenia i koncesje tylko kilku spółkom, które działają tam od jakiegoś czasu.
Seniorka rodu uśmiechnęła się nawet pełniej, wsparta spojrzeniami poprzedników z wiszących jej za plecami obrazów.
– Zrealizujemy ciekawy gambit: nasza inwestycja wesprze Kompanię Lazurową i to pod jej auspicjami będziesz działać na miejscu. Uzyskamy uzgodnioną z nimi procentową stopę zwrotu z inwestycji, a jednocześnie będziesz mieć oko na działanie Grupy Aerdyjskiej. To, co tu zaraportują, możemy zweryfikować i zderzyć z tym, co ty przekażesz. A jeśli powinie im się noga, będziemy wiedzieli jak szybko to wykorzystać tu na miejscu.
Szlachcic pochylił głowę przed matką, dumny z tego, jak szybko wykuwała nowe sojusze i jak planowała kolejne ruchy. Cenił polityczne szachy, ale najbardziej pragnął po prostu zanurzyć się w tajemnicach Ścieżki, by zaspokoić ciekawość, która odkąd o niej usłyszał wzbierała w jego pytającym sercu.
– Pozwolisz tylko, droga matko, że pożegnam się z Victorią i bezzwłocznie wznowię przygotowania. Byłem już w trakcie, nim nominacja Kesslera spadła na nas splunięciem.
- Pożegnaj się synu i nie kłopocz logistyką. Cleto już o to zadbał. Statek wyrusza jutro.
Eutelo teraz nie trzymał już gardy. Ucieszony, prawdziwie uśmiechnął się, a nawet zaśmiał, gdy wypędzona wcześniej radość na nowo wróciła do serca. Magia i historia, którymi się parał wzywały go do siebie.
Nie raz jeszcze nim jego okręt zawinął do zachodnich portów miał zatęsknić za ukochaną Victorią i Rel Astrą, ale czuł, że jest na dobrej drodze. Przygoda, powinność i pasja doprawdy rzadko stapiały się w jedno.
-
Ballo Białe Serce
Czarna granitowa ściana wznosiła się wysoko w górę, ziejąc spomiędzy dwóch ogromnych kolumn bladym, migającym światłem korytarza. Wryty w górze hall był szeroki jak niejeden miejski plac, a samo zbocze nad nim rosło ponad najwyższe drzewa. Szczyty powyżej ścinały światło, ale Ballo widział bardzo dobrze. Stał na piachu wysoki, bosymi stopami, pewny, że jeśli wyciągnie w górę rękę, sięgnie zdobień tympanonu nad wejściem.
Z górskiego korytarza wiało ciepłem jak od hutniczego pieca. Pot spływał po masywnej sylwetce mnicha i trzeba było rozejrzeć się za cieniem, albo chociaż czymś, by obetrzeć wilgoć. Ballo odwrócił się do wioski.
Przysiągłby, że jeszcze kiedy tu wkraczał idąc po piachu, wokół były ledwie kozy, a teraz bijący od góry podmuch usypał kształty, które ludzie obsiedli jak mrówki, ryjąc je i uklepując z pyłu i gliny po swojemu. Tworząc domy, gospody, magazyny, warsztaty i świątynie.
Ballo podrapał się po karku i ruszył naprzód. Mimo piachu i kamieni szedł, jakby sunął po aksamitnym dywanie, a im bliżej był korytarza przed sobą, tym mniejsza zdawała się góra. Szedł naprzód, ale nie szedł sam. Ludzie z wioski pędzili wokół w pośpiechu, a w ich krokach był wysiłek i zaciekłość. Niektórzy potykali się i padali, ale próbowali iść dalej. Czasem wstając, czasem czołgając się, a czasem pełznąc jak robaki.
Mnich zatrzymał się i pochylił. Chciał wciągnąć w górę mężczyznę o wychudzonej, szczurzej twarzy, który upadł. Pomóc mu wstać i utrzymać w pionie wśród wzbierającego tłumu. Tłumu, bo ludzie gęstnieli w mrowie. Ballo był pośród nich skałą, o którą się rozbijali, uchodząc na boki i potykając w gorączkowej gonitwie w głąb góry.
Szare, spracowane dłonie dźwignęły chudego za kapotę, wyniosły go ponad ludzki gon. Ballo znał te dłonie. To były jego dłonie, to on dźwigał mężczynę do góry. Ale nie wyglądały jak jego. Jego były większe, masywniejsze, z palcami grubymi jak serdelki i mięsistym uściskiem wnętrza.
Chudy spojrzał na Ballo zalęknionym wzrokiem. Miał szczury pysk, wątły wąs i wielkie, załzawione, wyłupiaste oczy. Mnich chciał odstawić go gdzieś na bok, ale ludzie zlali się w istną lawę. Ich sylwetki zbiegały się w wymachach rąk i nóg, zatracając indywidualne kształty. Nie było gdzie go odstawić, by go nie zadeptali...
Słońca musiało być już mniej niż wcześniej, albo to góra wzrosła. Góra musiała urosnąć, bo Ballo nie sięgał już tak wysoko. Cały ten opływający go potok zaczął mu ciążyć, nie rozbijał się już o nieruchomą kotwicę, ale napierał i siekał. Strach... Strach, że go tu zwalą i zdepczą zadrgał szybkim impulsem. Rzuć go, szepnął rozsądek.
Mnich zerknął z ukosa na wzniesionego chudzielca. Przejrzał się w jego oczach i wzdrygnął. Szczurzy syknął na niego i dziabnął go w dłoń aż do krwi. Zaraza!, jęknął Ballo i mimo woli cisnął człowiekiem. Szara kapota porwała się, sypiąc między rozbełtany tłum szczury i karaluchy.
Nie było już ciepło. Potężne, półnagie ciało wojownika dalej było mokre od potu, ale to nie była już gorąca wilgoć od pieca. Fala wokół była coraz wyższa, a ponad górą Ballo nie widział już nieba. Dłonie były znów jego i musiały ciężko pracować, by utrzymał się w pionie. Odpychał i uderzał, prąc desperacko do skały wznoszącej się gdzieś z boku, z dala od tumultu rąk, nóg i łapsk. Czupryny zlewały się w futra i pióra, a robactwo obłaziło poszarzałe postacie bez twarzy. Nogi zaczęły mu się ślizgać i zjeżdżać ze szlaku. Nie-nie-nie.
Góra drżała, ogromna jak ocean, zakrywająca niebo jakby zgięła się i wzrosła na firmamencie kopułą. Światło, które wcześniej w niej było teraz jeszcze przygasło i zbielało. Widać było teraz, że robactwo wypływa ze środka. Ze środka i z gór, obłażąc obłe, ledwie już humanoidalne kształty falującego tłumu. Ballo chciał otrzepać się z karaluchów, które zaczęły, go obłazić, ale ręce ugrzęzły mu w ludzko-zwierzęcej zalewie, z którą płynął.
Nad głową dojrzał cień. Czarny, atramentowy i rozciągnięty w ruchu jak kometa. Ballo przymknął oczy, widząc już jak czerń spada na niego całunem. Czerń spadła, ale obok. Bijąc chłodem, który wymrażał i skruszał pełzające robactwo, a razem z nim ofiary, które oblazło.
Mnich uspokoił oddech i wreszcie uwolniony, wziął w tył zwrot i ruszył ku wiosce. Wioska wyła, a budynki chwiały się oblezione czarnymi kropkami robactwa, ale dalej horyzont był świeży. Świeży i zielony, wolny.
Białe Serce przystanął. Cień, który spadał na wylew plagi wokół uderzał z góry jak sokół, ale grzązł. Wznosił się, ale coraz bardziej lepki i blednący, schodzący w dym. Zalew, który pod nim krzepł i rozpadał się, dając ujście do wioski i dalej, poza Dolinę, rzedł. Nie było czasu.
Ten szczurzy, chudy, płynął bezładnie gdzieś w głąb góry, zasmarkany, zapłakany i zapluty. Jego twarz odcięła się na moment spod całej robaczej zupy, która wchłaniała wszystko po drodze, teraz falą odboju zaciągając co wzięła do siebie. W korytarz, który dmuchał gorącą wilgocią i plugawstwem.
Ballo poczuł dreszcz, jakby członki schwyciły mu imadła. Chciał ruszyć, ale czuł, że wsiąka w ziemię. Zacisnął dłonie z całych sił aż poczuł jak spod palców wypływa ciepło i na ziemię sączy się krew. Ściskał mocniej aż lepki nalot puścił spojone usta i gardło zawyło wściekle. Mnich zerwał się z miejsca i wzniósł w górę pięści, roztrącając wszystko przed sobą.
Dłonie miał wielkie, chłopskie, szare i spracowane. Znów nieswoje. I własne. Widział, że z korytarza bije białe światło. Wiedział, że jest plugawe, że zieje morem i zgnilizną. Że wylewa na zewnątrz śmierć i niewolę. Szedł w tamtą stronę i nawet się nie zawahał.
Szczurzy tonął w robactwie, ale Ballo przepływał przez wszystko jak skalpel przez tkankę. Słyszał dzwony bijące na trwogę, ale on był dzwonem nadziei. Złapał chudego z palącej, gryzącej zmory robactwa i nie przystanął, niosąc go w opiece wielkiej, zszarzałej dłoni, zaległego w jej wnętrzu jak puszek. Mnich parł naprzód, a jego śpiew wzniósł się ponad dzwony trwogi, wzbierając wraz z tym, jak wzbierało drżenie góry. Gnijąca biel Ścieżki ziała śmiercią, ale Białe Serce był sługą bożym. Kroczył do środka góry i fetor, groza, ani ból nie imały się jego woli. Służba nie znała oporu.
***
- I ile to razy się powtarzało, bracie?
– Trzy już razy, ojcze Relt. Nie zawsze dokładnie tak samo, ale... – Ballo zastanowił się przez chwilę, pochylając oczy ku ziemi wobec pytającego spojrzenia opata. – Sens był zawsze ten sam. Wierzę, że Zodal pragnie bym-byśmy...By nasza pomoc była obecna na Ścieżce.
– Gdzie nocowałeś w ostatnich dniach, drogi bracie? - Opat był siwy jak gołąbek, niski i wątły, o twarzy okrągłej jak maska Rao, która zdobiła co drugi kościelny witraż. Przy Ballo był jednak całkiem jak dzieciaczek, albo jako niziołek. Młodszy mnich był ogromny. Miał pewnie bliżej siedmiu niż sześciu stóp wzrostu, a ważyć musiał pewnie z cztery cetnary, jak nie więcej. Ale posłuszeństwo Ballo wobec starego było absolutne.
– Pomagałem w przytułku na Pobrzeżu, ojcze Relt. Spałem na ziemi, tam na sali, gdzieśmy udzielali pomocy...
– Bracie Ballo, kochany mój, myślisz prawdziwie, że pytam cię, bo wątpię w twą wiarę i oddanie?
– Jeśli wątpisz, ojcze, słusznie, bowiem momenty, gdy słabnę prawdziwie są liczne. Upraszam modlitwy...
– Dobrze, dobrze – uspokoił go stary. – Nie chodzi o to, ani o spytki. W czym innym sprawa, a właściwie w twym właśnie śnie... Czy słyszałeś, że bajlif był tu u nas i wypytywał o wsparcie... Dla Ścieżki?
Oczy Ballo zalśniły na moment, ale mnich zaraz tylko spuścił głowę i zaprzeczył.
– Prawdziwie głęboki to omen, któregoś doświadczył bracie, a zaproszenie, które śle nam władza świecka, byśmy służyli wsparciem w Czarnych Wrotach, tylko dodaje prawdziwości temu auspicjum. - Opat wziął olbrzyma za rękę i dał mu znak, by ten poprowadził go po schodkach na zewnątrz. – Niezależnie, co skrywa Ścieżka Slerotina, to dusze ludzkie, które trawi desperacja, głód, pragnienie, gniew i pycha same tylko są powodem, by ruszać na miejsce dawać im ukojenie i osłonić od grzechu. To miejsce ściąga wielu takich, którzy potrzebują dobroci i otuchy. Niewielu takich, którzy je docenią, to prawda, ale wielu prawdziwie trawionych taką potrzebą.
– Służyć tam, byłoby darem – przyznał Białe Serce, jak czasem nazywano olbrzyma.
– Wierzę, że przyniesiesz nam tam wielką chlubę, bracie Ballo. – Stary podziękował uściskiem dłoni i puścił się mnicha, gdy przeszli już schodkami na ganek. – I co ważniejsze, wielu tam na miejscu przyniesiesz ukojenie, ulgę i wolność. Czy twoja wizja miałaby się spełnić czy nie, wiem, że spełnisz to, co z niej najważniejsze. Uczyć ludzi dostrzegać w sobie nawzajem człowieka to sens naszej wiary.
- Służba będzie nagrodą - podziękował pokornie mnich.
-
1 października, 591 WR
Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą.
Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie.
Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz.
Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego.
Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół.
Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem.
Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu.
Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca.
Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur.
W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn.
Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret.
Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej.
W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej.
Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie.
Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą.
Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera.
Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie.
Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą.
Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem.
Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego.
Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań.
We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej.
Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo.
Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę.
Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę.
Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli".
Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę.
A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny.
Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa.
Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości.
Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy.
Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową.
Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba.
W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania.
Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyny wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża.
Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało.
Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret.
Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala.
Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał.
Znalezione bogactwo mogło zasilić kiesę Zakonu, wspomóc potrzebujących, albo sfinansować aktualne potrzeby samego Randala, który przecież działał w służbie spraw wyższych i nie mógł oszczędzać na skuteczności.
Rozważał przede wszystkim, czy mały majątek, który do niego trafił mógłby przysłużyć się zaginionym wieśniakom z Pogorzeli. Do dziś, choć od ich porwania upłynął już ponad miesiąc, rycerz nie mógł uspokoić sumienia.
Ich próba ratunkowa – okupiona śmiercią Migdała – doprowadziła ich na próg czegoś obcego, co głęboko pod ziemią skrywało wnętrze Piekielnych Pieców. W swym pierwszym wypadzie w głąb jaskiń, gdzie zniknęli chłopi, Randal, Lara i Kai zrobili, co mogli. Niewiele brakowało, a odwagę przypłaciliby życiem, zagubieni w ciemnościach, albo zagłodzeni w którejś z górskich kotlin, gdy wydostali się już na powierzchnię, ale brakowało im sił, by wspiąć się z powrotem i błądząc, schodzili po poszarpanych zboczach.
Pościg za porywaczami, których tożsamość pozostawała tajemnicą, przywiódł ich nad podziemne jezioro, którego nie mogli przebyć. Odsiecz, która nadeszła też nie była przygotowana na takie próby. Varlund obiecywał posłać po łodzie, ale to zżerało czas. Najlepiej było skorzystać z mocy mistrza Wedryka, który przecież mógłby przetransportować oddział pościgowy nad powierzchnią jeziora… Taki macher jak on nie takich przecież cudów musiał dokonywać!
Mistrz był jednak, wedle swych słów, fizycznie przybity do Czarnych Wrót. Pracował – rzekomo – nad magiczną matrycą bariery Ścieżki, która broniła dostępu na niższe poziomy i proces wymagał jego obecności. Tłumaczył, rozkładając ręce, że on sam służy w rytuale rozbrajania zabezpieczeń za pryzmat, ognisko mocy czy coś tam innego, czego nie można usunąć, bo inaczej wielomiesięczne wysiłki dobrania się do głębin wezmą w łeb.
Paladyn powątpiewał w tłumaczenie maga, a brakło mu kompetencji, by ocenić rzecz samemu. Kai, który dał się poznać jako lepiej obeznany z wiedzą tajemną, potwierdzał, że to, co gada Wedryk to nie muszą być duby smalone i może być tak faktycznie, ale co to niby zmienia?
Czarodziej przedkładał dostęp do Ścieżki Slerotina ponad życie porwanych (a właściwie to po prostu szybszy dostęp, bo przecież nawet jeśli jego włamywanie w struktury dawnej magii miało teraz zawieźć i wymagać powtarzania, to on miał tych kolejnych parę miesięcy, których Pogorzel nie miała). Doniosłość i konieczność dobrania się w głąb góry miała widać we Wrotach wiodącą wartość, bo Randal i kompani nie znaleźli w nikim wsparcia, które pomogłoby nakłonić Welda do zmiany decyzji.
Starosta Salina chciałby bardzo pomóc i świetnie rozumiał tragedię sytuacji, ale i on rozkładał ręce. Wszyscy inwestowali w dostęp do Ścieżki i to był priorytet. On, nawet jeśli by chciał – a chciał, chciał przecież – niewiele mógł zrobić, by wpłynąć na Wedryka. Mag miał postanowione, co miał. Nie dawał się przekonać, a natarczywość kończyła się odcięciem dostępu. Randal myślał nawet, by wziąć po prostu magika za chabety i pociągnąć na miejsce, by rozwiązał problem za nich…
Gdy myśl w czasie rozmowy z Weldem zaczęła nabierać kształtów, czarodziej spojrzał na rycerza tak zimno, że członki zmartwiały w nim, jakby wetknąć go w bryłę lodu. Paladyn nie wiedział, czy to umysł płatał mu figla, czy może dopadł go strach, z którym tak rzadko się widział, ale pomysł musiał odpuścić. Czarodziej nie powiedział nic wobec słów, które nie padły, ani czynów, do których nie doszło. Pokiwał tylko na Randala palcem i wojownik wiedział, że tu nic już nie wskóra.
Opóźniona grupa ratunkowa z wystruganymi, lekkimi kanoe i magicznymi miksturami od Wedryka w końcu ruszyła na odsiecz, ale czas zrobił swoje. Poszukiwacze przebyli podziemne jezioro, ale po drugiej stronie nie znaleźli już śladu porwanych. Co więcej, nie znaleźli też żadnych łodzi, których się spodziewali, więc zagadka pozostawała nierozwikłana.
Niedoszli wybawcy kręcili się trochę po jaskiniach po drugiej stronie wody, ale bezskutecznie. Porwani przepadli bez wieści, a ciemność i groza podziemia skróciły eksplorację do niezbędnego minimum. Varlund – choć sam chętny szukać i brnąć dalej – zadeklarował, że zrobili, co mogli i szkoda teraz narażać ratowników na pogubienie drogi. Randal klął na czym świat stoi, ale musiał przyznać mu rację.
On, Kai i Lara wiedzieli, że gdyby pomoc przyszła szybciej, może odnaleźliby jeszcze ślady, po których można byłoby pójść. Teraz było już po wszystkim. Pogorzel zapadła w mroki gór i jedynym jej ludzkim śladem na powierzchni pozostał malutki Vuk.
Sprawa Pogorzeli zeszła ze świecznika (niemożność zrobienia czegokolwiek dla wielu była tożsama z rozgrzeszeniem) i życie wróciło na swoje zwyczajne tory. Uwagę wszystkich szybko zebrały plotki o tym, że za parę dni szykowane jest zejście w nieeksplorowane dotąd zakątki Ścieżki. Ponoć mistrz Wedryk był bliski sforsowania jakiejś bariery…
Słowo niebawem stało się ciałem i Wylla van Coen wraz ze starostą posłała po wybranych śmiałków, by oznajmić im, że nazajutrz schodzą na Ścieżkę. Większość zebranych znała się już przynajmniej z widzenia, a niektórzy nawet całkiem blisko, złączeni braterstwem broni, albo po prostu współpracą.
W głównej sali rezydencji starosty, na wtajemniczeniu i odprawie przed jutrem, zebrało się egzotyczne, a doborowe grono. Naukowe ramię ekspedycji mieli stanowić doktor Emil Quolleb i doktor Lara Quatermain, specjaliści od archeologii i dawnych języków.
Stara Suelia była też konikiem Eutelo Isebranda, ale przybysz z Aerdu występował w drużynie w roli uczestniczącego obserwatora, do czego prawo dawało mu zaangażowanie jego rodziny. Eutelo liczył, że będzie mógł wymienić się myślami z dwojgiem uznanych ekspertów, ale wiedział, że jego rolą tutaj jest pilnowanie interesu Kompanii Lazurowej i Isebrandów, a nie naukowe analizy Ścieżki.
W podobnej roli co Eutelo, na miejscu był też Kai, ale tym razem bard odmówił uczestnictwa, wymigując się poważnymi sprawami, które wymagają jego obecności gdzie indziej. Wysłuchał briefu przed jutrem, ale na ten dzień potrzebny był już gdzie indziej. Wylla musiała widać znać powód, bo nie wchodziła w temat i nieobecność barda była usprawiedliwiona.
Jako zbrojne ramię ekspedycji służyć miał sir Randal Bronson, Ballo Białe Serce, sierżant Varlund, otrzaskany już wcześniej w boju Grebo i wracający do siebie po kuracji Seweryna, Bolvar. Drużynę mieli zasilić jeszcze inni zbrojni, ale na odprawę wezwano tylko tych, których można było wtajemniczyć w sprawę przed resztą.
Tak samo przed resztą, wtajemniczony został Haraz Baraz-Felak, który miał w misji odpowiadać za aspekt górniczo-inżynieryjny. Jego wezwano na spotkanie jako jedynego reprezentanta tej gałęzi ekspedycji, rekomendując by swojej drużynie dał tylko znać, że jutro mają stawić się w umówiony punkt i być gotowi na robotę. Nie było sensu mnożyć potencjalnych plotkarzy.
Składu grupy dopełniali znany w miasteczku cyrulik Seweryn Drachenwulf oraz służący za magiczną pięść drużyny Marius Utopiec i świeża w Kompanii - Morwen. Medyk dał się już poznać jako człowiek, który nie boi się ubrudzić rąk, kiedy potrzeba, ale przede wszystkim jako świetny lekarz. Można było mieć nadzieję, że Seweryn będzie tym razem mieć na Ścieżce jak najmniej do roboty, ale lepiej przecież dmuchać na zimne.
Marius i Morwen mieli wykazać się w sprawach Kompanii swymi czarodziejskimi talentami. Utopiec wyrobił sobie już opinię groźnego i nieco szalonego, szarżując wcześniej na olbrzyma i miotając czary za goblinami, ale Morwen była nowym nabytkiem w grupie. Ręczył za nią Kai i rzekomo miała pokazać niebawem, ile jest warta. Ostatnie starcia na Ścieżce wykazały, że bez magicznej osłony ofiary mogą być nie do uniknięcia… Po to zatem była Morwen i Marius.
Drużyna miała dzień na przygotowanie i nazajutrz, na sygnał mistrza Wedryka, mieli zbliżyć się do wewnętrznej bramy na Ścieżce, stając u progu tajemnic, których nie widziały millenia.