
Davy O’Collan otworzył oczy z przekonaniem, że ktoś zaparkował mu w czaszce prom kosmiczny, po czym uruchomił silniki manewrowe. Najpierw zobaczył tylko mleczną poświatę kapsuły i własny oddech osiadający na szybie. Potem świat wrócił falami: zimno w kościach, metaliczny smak w ustach, ból w mięśniach i ten charakterystyczny zapach hypersnu — jak klinika wojskowa, stara lodówka i bardzo zła decyzja w jednym.
Spróbował poruszyć palcami. Udało się. Niestety, oznaczało to, że reszta ciała też wkrótce przypomni sobie o swoim istnieniu. Kapsuła syknęła, puściła zamki i uniosła pokrywę z takim dramatyzmem, jakby chciała dostać premię od działu PR Kelland Mining.
— Dobra wiadomość: chyba żyjemy — wychrypiał Davy, rozglądając się po sali. — Zła: ktoś nadal uważa, że to jest dopuszczalny sposób podróżowania.
Usiadł za szybko, więc świat natychmiast wykonał beczkę. Jako pilot docenił manewr, choć niepotrzebnie odbywał się on wewnątrz jego głowy. Złapał krawędź kapsuły, odkaszlnął resztki farmakologicznego błota z płuc i spróbował wyglądać jak człowiek, który ma wszystko pod kontrolą. Efekt musiał być średni, bo jego nogi poinformowały go, że są na urlopie, a żołądek zgłosił formalny protest.
Mimo to gdzieś pod całym tym lodowatym odrętwieniem pojawiła się iskra prawdziwego zadowolenia. Po miesiącach hypersnu mógł zobaczyć swój statek. Swój — przynajmniej na tyle, na ile pilot może nazwać „swoim” coś, co według dokumentów należy do firmy, według ubezpieczyciela jest ryzykiem, a według mechaników nigdy nie działa tak, jak powinno.
Zsunął się na zimną podłogę, z gracją staruszka. Lampy sali hibernacyjnej zaczynały świecić ostrym blaskiem, pompy sapały gdzieś pod ścianami, a elektronika ćwierkała nerwowo jak rekrut przed pierwszym lądowaniem bojowym.
— Ktokolwiek wymyślił hypersen, powinien być budzony codziennie o szóstej przez własny wynalazek — mruknął. — Przez rok. Bez kawy.
Dopiero wtedy zauważył kapitana. Stał nieco dalej, już na nogach, spięty i zbyt przytomny jak na człowieka świeżo wyjętego z lodówki. Rozmawiał cicho z pokładowym androidem, tym spokojnym, medycznie nieskazitelnym typem, który wyglądał, jakby nigdy w życiu nie miał kaca, wyrzutów sumienia ani normalnej rozmowy przy kantynowym stole.
To akurat było pierwsze naprawdę złe przeczucie tego poranka. Bo jeśli załogę budzi automat, a kapitan szepcze z androidem zanim ktokolwiek dostanie kawę, to znaczy, że wszechświat znowu postanowił być zabawny cudzym kosztem.
Davy oparł się ciężko o kapsułę, przeciągnął kark i spojrzał w stronę kapitana.
— Kapitanie… wszystko w porządku?

Proponował bym format , gdzie w jednej części opiszemy swoje postacie publicznymi info - wygląd , zachowanie, co robimy, co lubimy lub nie, krótka historia dostępna dla innych . A później sobie przepleciemy losy we wspólnej pogawędce … Ew czekam na format od Matki.
Wita Was Davy O’Collan i zapraszam w „moje” progi… Tylko zachowujcie się proszę…
