Davy siedział w fotelu pilota tak, jak inni ludzie siedzieli w barze przy ostatniej szklance przed końcem świata.
Wygodnie i swobodnie. Z irytującą pewnością, że wie, co robi.
Przed nim, w półprzezroczystej projekcji nawigacyjnej, wisiały dwie bryły: ciężki, górniczy Kardashian i martwy Bleinert, czarny, cichy i nieprzyjemnie spokojny. Pomiędzy nimi pulsowały linie podejścia, kąty martwe, zakres promieniowania, masa względna, kompensacja obrotu, planowane punkty zaczepu cum magnetycznych i trajektoria późniejszego odsunięcia obu jednostek.
Opiekun wyliczył trasę jako pierwszy.
Davy spojrzał na nią przez pół sekundy.
— Nie — powiedział.
Kasował ją krótkim ruchem dłoni.
— Proponowany wektor podejścia mieści się w bezpiecznym marginesie operacyjnym — odezwał się spokojny głos statkowej SI.
— Mieści się też w kategorii „babcia parkuje cysternę pod kościołem” — mruknął Davy. — Za grzecznie i za nudno.
— Korekta: obecność niestabilnego kadłuba, aktywnego źródła promieniowania i niezweryfikowanego uzbrojenia wymaga zwiększonego marginesu bezpieczeństwa.
— Właśnie dlatego nie będziemy robić tego tak, jak ty chcesz.
Nadia Volkov, stojąca przy stanowisku inżynieryjnym, uniosła wzrok znad danych.
— Davy...
— Spokojnie, Volkov. Jak będę próbował nas zabić, dam ci znać trzy sekundy wcześniej.
— To nie jest uspokajające.
— Dla mnie jest. Trzy sekundy to luksus.
Kapitan Hannigan siedział w fotelu dowodzenia, milczący i obserwujący poczynania Davyego. Ten czuł jego spojrzenie na karku, ale nie odwracał się. Teraz nie było miejsca na dyskusję. Teraz była matematyka. Ta właściwa, lekko szalona lecz ścisła.
Nie ta od Opiekuna, który liczył, jakby wszechświat był czystą tabelą ryzyka, a statki poruszały się po niej grzecznie jak pionki w korporacyjnej symulacji. Davy liczył inaczej. Ręcznie. Po staremu. Z poprawką na masę Kardashiana, na dryf Bleinerta, na asymetrię kadłuba, na tę przeklętą wyrwę, której nie widzieli, na ramiona górnicze, które nie były stworzone do tańca, ale mogły udawać partnera, jeśli poprosić je odpowiednio brutalnie.
Palce pilota przesuwały się po panelach.
Jedna linia znikała.
Druga pojawiała się niżej.
Kąt podejścia ciaśniejszy.
Rotacja skompensowana krótkim impulsem z dysz manewrowych.
Cumy magnetyczne: przednia lewa, tylna lewa, potem para stabilizująca górna...
Ramiona górnicze: nie na poszycie a na wzmocnienia konstrukcyjne przy pierścieniu ładunkowym i ramie śluzy. No, powinno się udać - mrukną do siebie...
— Opiekunie, symulacja — rzucił.
— Prawdopodobieństwo powodzenia manewru według aktualnych parametrów: trzydzieści jeden procent.
Davy cmoknął.
— Czyli nie zrozumiałeś. Chłopie...
— Parametry przekraczają zalecenia producenta dla bezpiecznego dokowania jednostki klasy przemysłowej.
— Producent nie znał mnie osobiście.
Nadia spojrzała na kapitana z miną człowieka, który właśnie odkrył, że pracuje w cyrku, ale niestety to ona odpowiada za stan lin zabezpieczających.
Davy sięgnął do kieszeni kombinezonu, wyciągnął gumę i wsunął ją do ust. Potem założył słuchawki. Stare i poobijane, z pęknięciem na lewym pałąku i naklejką męskiego przyrodzenia, która dawno straciła kolor.
W mostku przez chwilę było słychać tylko ciche buczenie aparatury, a potem z jego stanowiska popłynęły cicho pierwsze takty starego amerykańskiego kawałka. Coś z czasów, kiedy ludzie jeszcze wierzyli, że wystarczy gitara, bębny i trochę bezczelności, żeby wygrać z całym światem.
Davy uśmiechnął się pod nosem. Johnny Cash – “Ghost Riders in the Sky”. Zaczął nucić, ale opanował się, przypominając sobie, że nie jest tu sam...
— No dobra, maleńka — powiedział zamiast tego do Kardashiana. — Pokażmy martwemu chłopcu, jak tańczy kombajn.
— Panie O’Collan — odezwał się kapitan.
— Tak jest, kapitanie - lecimy. Czekam tylko na "Engage", jak w Star Treku...
— Panie O’Collan — odezwał się mocniejszym tonem kapitan.
— No dobra, wio..
Kardashian ruszył. Niezbyt gwałtownie i z cicha muzyką w tle.
Davy nie walczył z masą statku.
On ją namawiał do współdziałania.
Krótkim impulsem ustawił dziób minimalnie niżej, potem zdjął rotację boczną ledwie zauważalnym kopnięciem dysz korekcyjnych. Ogromny kombajn przesunął się względem Bleinerta jak śpiące zwierzę, które nie chciało jeszcze wstać, ale już zaczynało rozumieć, że nie ma wyboru.
Na projekcji linia podejścia zwężała się.
Sto metrów.
Osiemdziesiąt.
Sześćdziesiąt.
— Odchylenie od bezpiecznego wektora: cztery koma dwa stopnia — poinformował Opiekun.
— Wiem.
— Zalecam korektę.
— Ja też. Tylko inną.
Davy pchnął manetkę boczną o milimetr.
Kardashian zareagował z opóźnieniem. Jak zawsze. Wielki, stary, górniczy drań najpierw udawał, że nie słyszy, potem robił dokładnie to, czego chciał Davy, a na końcu jeszcze miał pretensje w hydraulice.
Yippie-yi-o, Yippie-yi-yay, Ghost riders in the sky
Bleintert zbliżył się do nich burtą. Martwy kadłub wypełnił podgląd z kamer. Blacha, kratownice, wypalone panele, ciemne ślady po mikrouderzeniach. Żadnych świateł czy ruchu.
— Dystans trzydzieści metrów — powiedziała Nadia.
— Widzę.
— Prędkość względna nadal za wysoka.
— Wiem.
— Davy.
— Nadia.
— Nie podoba mi się to.
— Mnie też nie. Dlatego robię to szybko, zanim ktoś zakuma.
Opiekun odezwał się niemal natychmiast:
— Aktualny wariant manewru może doprowadzić do kontaktu kadłubów poza osią dokowania.
— To się nazywa „plan”.
— Kontakt poza osią dokowania jest błędem proceduralnym.
— Nie, kochanie. Błąd proceduralny jest wtedy, kiedy udajesz, że dokowanie do zniszczonego statku wojskowego, w środku nicości, w strefie zabójczego promieniowania jest standardową procedurą pomocy rozbitkowi.
Davy odłączył jedną z automatycznych blokad korekcyjnych.
Na panelu Nadii zapalił się czerwony znacznik.
— Davy! — warknęła.
— To była tylko ta głupia.
— Ona jest opisana jako stabilizacja awaryjna!
— Właśnie mówię. Głupia i niepotrzebna.
Kardashian zszedł po łuku ciaśniej, niż powinien. Przez jedną długą sekundę wyglądało, jakby cały górniczy kolos miał po prostu przyłożyć bokiem w tender i rozsmarować własny kołnierz dokujący o jego pancerz. Nadia złapała krawędź konsoli tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Kapitan nie powiedział nic. Davy przyznał w myślach z uznaniem, że było to bardzo kapitańskie.
— O’Collan — odezwał się Hannigan dopiero po chwili.
— Jeszcze nie.
— Panie O’Collan.
— Jeszcze nie.
Davy liczył w głowie ostatnie metry.
Nie patrzył już na wszystkie ekrany. Tylko na trzy: odległość, rotację, naprężenia ramion przygotowanych do uchwytu.
Cztery metry.
Trzy.
Dwa i pół.
— Kontakt za dwa koma jeden metra — podał Opiekun. — Zalecam natychmiastowe hamowanie.
— Nie.
— Manewr niemożliwy do zatwierdzenia.
— To dobrze, że nie prosiłem o podpis.
Davy przegryzł gumę, wypluł powietrze nosem i wykonał sekwencję tak szybko, że dla obserwatora wyglądało to jak przypadkowe dotknięcie panelu.
Krótkie szarpnięcie boczne.
Minimalna kontra na ogonie.
Zamknięcie prędkości względnej.
Otworzenie magnetycznych cum.
— Cuma pierwsza poszła i siedzi! — rzuciła Nadia.
Na ekranie błysnął znacznik.
Potem drugi.
— Cuma druga... złapała. Trzecia... Davy, trzecia idzie za wysoko!
— Ma iść za wysoko.
— Ona nie ma punktu zaczepu!
— Jeszcze nie ma.
Davy przesunął Kardashianem o pół metra w dół.
Pół metra.
Przy dwóch kadłubach tej masy było to mniej więcej tak rozsądne, jak poprawianie kieliszka na stole młotem pneumatycznym.
Trzecia cuma złapała z trzaskiem magnetycznego zamka.
Czwarta weszła zaraz po niej.
Kardashian i Bleinert drgnęły względem siebie.
Nadia wydała z siebie krótki dźwięk, którego z całą pewnością by się wyparła, gdyby ktoś pytał.
— Naprężenie na tylnej parze! — powiedziała ostro. — Za duże, za duże, za duże...
— Widziałem większe.
— Na czym?!
— Na moim pierwszym małżeństwie.
— Davy!
Ramiona górnicze Kardashiana wysunęły się z wolna, ciężkie i brudne, zbudowane do chwytania skał, kontenerów i wszystkiego, co korporacja kazała rozciąć, skruszyć albo przeciągnąć przez próżnię. Teraz miały złapać martwy tender tak delikatnie, jak chirurg łapie tętnicę.
Czyli absolutnie niezgodnie z projektem.
— Ramię pierwsze, punkt konstrukcyjny A — powiedział Davy.
— Potwierdzam obraz — rzuciła Nadia. — Masz przesunięcie o dwadzieścia centymetrów.
— Piętnaście.
— Dwadzieścia.
— Piętnaście, bo jestem optymistą.
Zacisk wszedł.
Metal przeniósł drganie przez oba kadłuby. Gdzieś w głębi Kardashiana coś jęknęło, jakby statek uznał, że jednak chciałby złożyć skargę.
— Ramię pierwsze trzyma — powiedziała Nadia.
— Ramię drugie.
— Punkt B ma uszkodzoną kratownicę.
— Nie biorę B. B jest dla lamerów.
— To co bierzesz?
— C.
— C jest poza zakresem.
— Według Opiekuna.
— Według geometrii!
Davy uśmiechnął się szerzej.
— Geometria to tylko Opiekun z lepszym PR-em.
Drugie ramię przesunęło się pod kadłubem Bleinerta. Przez moment kamera pokazała tylko ciemność, potem poszarpany fragment konstrukcji i cień wyrwy daleko po niebezpiecznej stronie. Wskaźnik promieniowania skoczył.
— Mamy pik! — krzyknęła Nadia.
— Krótki kontakt.
— Za krótki na komfort, za długi na mój puls!
— Puls jest przereklamowany.
— Opiekun, potwierdź dawkę!
— Ekspozycja chwilowa mieści się w granicach akceptowalnych. Manewr nadal niezalecany.
— Słyszałaś. Nawet nasz elektroniczny księgowy mówi, że żyjemy.
Drugie ramię zacisnęło się na wzmocnieniu.
Tym razem Bleinert odpowiedział. Kadłubem. Cała martwa jednostka zadrżała, a projekcja środka masy skoczyła nagle w bok.
Na ekranach pojawiła się czerwona kaskada ostrzeżeń.
— Przesunięcie masy! — rzuciła Nadia.
— Mam.
— Nie masz, ono idzie poza zakres!
— Już nie.
Davy wcisnął sekwencję ręczną, odciął automatyczną próbę kompensacji i dał Kardashianowi krótki impuls przeciwny.
Mostek przechylił się minimalnie, ale wystarczająco, żeby komuś za plecami pilota wyrwało się przekleństwo.
Opiekun, bez emocji i bez najmniejszego wyczucia dramatyzmu, oznajmił:
— Uwaga. Bieżący manewr nie występuje w zarejestrowanych procedurach dokowania.
— Bo jeszcze go nie nazwałem.
— Zalecam przerwanie.
— Odrzucam.
— Zalecam ponowne rozważenie.
— Też odrzucam.
— Prawdopodobieństwo uszkodzenia kołnierza dokującego wzrosło do—
Davy ściszył Opiekuna jednym ruchem.
Nie wyłączył. Tego kapitan mógłby się czepić.
Po prostu sprawił, że statek zaczął marudzić ciszej.
— O’Collan — powiedział Hannigan.
Tym razem głos kapitana był spokojny, ale twardszy. Dużo twardszy.
Davy nie odwrócił głowy.
— Już kończę, kapitanie.
Przez chwilę wszystko sprowadziło się do oddechu, muzyki w słuchawkach i trzech migających wartości.
Dystans.
Rotacja.
Naprężenie.
'Cause they've got to ride forever
On that range up in the sky
On horses snorting fire
As they ride on, hear their cry
Kardashian przesuwał się ostatnie centymetry. Cumy magnetyczne trzymały jak cztery uparte diabły. Ramiona górnicze kompensowały martwy ciężar Bleinerta. Kołnierz dokujący wysunął się z sykiem hydrauliki, szukając pierścienia śluzy tendera.
— Kołnierz aktywny — powiedziała Nadia, już ciszej.
— Wiem.
— Nie widzisz go z tej kamery.
— Czuję.
— Nie wolno ci czuć kołnierza dokującego.
— A jednak jesteśmy sobie bliscy.
Na ekranie pojawił się żółty znacznik kontaktu.
Potem drugi.
Potem zielony.
Pierścień uszczelniający dopasował się do śluzy Bleinerta. Automatyczne zatrzaski zaryglowały się jeden po drugim.
Klak.
Klak.
Klak.
Klak.
Na mostku zapadła cisza. W słuchawkach Davyego też - utwór właśnie się skończył...
Opiekun odezwał się po chwili, wyraźnie ciszej niż zwykle:
— Kontakt dokujący ustanowiony. Czworopunktowa stabilizacja magnetyczna aktywna. Ramiona górnicze w pozycji nośnej. Kołnierz śluzy szczelny. Połączenie jednostek potwierdzone.
Davy zdjął jedną słuchawkę z ucha.
— Możesz powtórzyć tę ostatnią część? Tę, w której brzmisz, jakbyś mnie przepraszał.
— Połączenie jednostek potwierdzone — powtórzył Opiekun.
Davy obrócił się lekko w fotelu i spojrzał na kapitana.
Twarz miał spokojną a uśmiech niewielki. Bezczelny dokładnie w takim stopniu, żeby irytować, ale jeszcze nie zapracować na formalną naganę.
— Kardashian zadokowany z Bleinertem, kapitanie. Cumy magnetyczne trzymają, ramiona górnicze stabilizują, kołnierz śluzy uszczelniony. Przejście jest dostępne.
Przeżuł gumę i dodał:
— A ten manewr nazwiemy „Świder Hannigana” - na pana cześć, panie kapitanie...
— Palant - rzuciła do niego Nadia z lekkim uśmiechem i otarła czoło, na którym widniały delikatne krople potu...