Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
Davy KneeD

Davy Knee

@Davy Knee
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
54
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - Ambulatorium Kardashiana i droga na mostek

    Davy patrzył na kapitana przez dłuższą chwilę.

    Nie tak długo, żeby nazwać to niesubordynacją. Wystarczająco długo, żeby każdy na tyle przytomny, by znać O’Collana, zrozumiał, że pilot właśnie przełyka komentarz, który nie do końca mu się podoba.

    W końcu westchnął.

    — Czyli jednak świder — mruknął.

    Przesunął dłonią po karku, po czym spojrzał w stronę, gdzie za pancerzem Kardashiana czekał Bleinert. Martwy, milczący i coraz mniej zachęcający z każdą kolejną minutą.

    — Bakburta do bakburty, ekranowanie tendera, bez wchodzenia w starburtę, bez wystawiania się wyrzutni i bez całowania źródła promieniowania. Potem sprzężenie jednostek i przesunięcie całego układu ciągiem bocznym Kardashiana. Tak?

    Nie czekał właściwie na odpowiedź.

    — Da się. Nie będzie to eleganckie. Tender może mieć poszycie nadgryzione bardziej, niż widzimy. Jeżeli dam za dużo ciągu, możemy pogłębić uszkodzenia albo zerwać połączenie. Jeśli dam za mało, będziemy wisieć przy nim jak pijany przy barze, tylko mniej stabilnie. A jeśli Bleinert ma aktywne systemy, których jeszcze nie pokazał, to będziemy dużym, grzecznym celem przyklejonym do jego burty.

    Zrobił pauzę i skrzywił się lekko.

    — Poza tym naprawdę nienawidzę przesuwać dwóch jednostek naraz, kiedy jedna z nich jest martwa, napromieniowana i prawdopodobnie pełna niespodzianek.

    Davy spojrzał jeszcze raz na kapitana. Przez moment wyglądał, jakby chciał dodać coś więcej. Coś o tym, że mała kapsuła była lepszym pomysłem. Coś o tym, że pilotowanie kombajnem przy uszkodzonym tenderze to mniej manewr, a bardziej próba przekonania góry, żeby zatańczyła walca.

    Ale nie powiedział tego.

    Rozkaz był rozkazem. A Hannigan, w swoim nieznośnie kapitańskim stylu, podjął decyzję.

    O’Collan kiwnął głową.

    — Przyjąłem, kapitanie. Zadokuję Kardashianem od bakburty Bleinerta. Bez ekspozycji na starburtę. Potem przesunę obie jednostki poza strefę najgorszego promieniowania. Powoli, na krótkich impulsach, z pełnym monitoringiem naprężeń na połączeniu.

    — Najpierw złapię Bleinerta cumami magnetycznymi z dziobu i rufy, potem posadzę ramiona górnicze na jego punktach konstrukcyjnych. Kołnierz dokujący pójdzie osobno — tylko dla ludzi i atmosfery. Krótkie impulsy powinny dać radę ruszyć tą górę złomu z miejsca...

    — Proszę tylko uprzedzić wszystkich, żeby w czasie manewru nie bawili się w bohaterów przy śluzach, grodziach i luźnych elementach. Jeśli coś puści, nie chcę, żeby ktoś mi potem mówił, że „tylko na chwilę odpiął zabezpieczenie”.

    Dopiero wtedy na jego twarz wrócił cień krzywego uśmiechu.

    — I dla jasności: jeśli to się uda, będę mówił, że to był mój pomysł i poproszę o wpis do logu statku, że lata pan z zajebistym pilotem oraz podwyżkę. Jeśli się nie uda, od początku byłem przeciwny i to wina kapitana.

    Ruszył w stronę mostka szybkim, zdecydowanym krokiem. Marudzenie zostało za nim w korytarzu, ale w głowie miał już tylko procedury.

    Masa Kardashiana. Masa Bleinerta. Punkt dokowania. Kąt podejścia. Martwe pole wyrzutni. Promieniowanie. Ekranowanie. Ciąg główny. Margines błędu.

    Coraz mniejszy margines błędu.

    — No dobra, maleńka — rzucił z czułością do ścian korytarza, którym szedł. — Kapitan chce, żebyśmy zatańczyli z trupem. To pokażmy mu, że jeszcze pamiętamy kroki kosmicznego cha-cha-cha.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan, Kantyna - 15.08.2183

    Davy wszedł do mesy razem z kapitanem i Siergiejem, ale nie pchał się na środek pomieszczenia. Zamiast tego zahaczył o automat, wcisnął przycisk kawy i odebrał styropianowy kubek z czymś czarnym, gorzkim i wystarczająco mocnym, by zabić resztki hibernacyjnego chłodu.

    Dopiero wtedy spojrzał na Le Fey.

    Na krótką chwilę.

    Wyglądała zdecydowanie zbyt dobrze jak na kogoś wyrwanego z hipersnu przez awaryjne SOS. I pachniała też zbyt dobrze. Nie sterylną chemią statku, nie chłodem kriokomory, nie metalem filtrów powietrza, tylko czymś ciepłym, kosztownym i kompletnie niepasującym do kombajnu górniczego zawieszonego w pustce. Davy odnotował ten fakt z takim samym spokojem, z jakim odnotowywał ostrzeżenia na pulpicie pilota. Z lekkim uśmiechem zawiesił na niej wzrok na kilka chwil, rozmarzył się a potem uniósł kubek o parę centymetrów, w niemym, prawie niewidocznym toaście, i wrócił spojrzeniem do kapitana.

    Nie przerywał. Nie komentował. Słuchał i pił kawę małymi łyczkami, z twarzą człowieka, który wolał mówić dopiero wtedy, gdy rozmowa dotyczyła czegoś, co miało silniki, wektor i realną szansę eksplodować.

    Kiedy rozmowa zahaczyła o łączność, Davy zerknął na Nadię.

    — Nadia, jak będziesz miała chwilę przy radiu, zostaw mi surowy zapis nośnej z SOS-u. Bez filtrów korekcyjnych Opiekuna, bez normalizacji szumów. Interesuje mnie dryf oscylatora, odbicia bocznych wstęg i każda modulacja, której automat mógłby nie uznać za komunikat. Prześlij proszę na moje stanowisko.

    Upił łyk kawy.

    — Jeżeli kapsuła siedzi na wojskowym beaconie, to nawet martwy sygnał może mieć charakterystyczne szumy nadajnika. A jeśli ktoś go retransmituje albo podstawia, faza i opóźnienie powinny się rozjechać. Nie musimy od razu z tym wygrywać wojny elektronicznej. Wystarczy wiedzieć, czy słuchamy kapsuły, czy kogoś, kto bardzo chce, żebyśmy tak myśleli.

    Nie dodał nic więcej. To nie było pytanie ani wykład. Raczej spokojna, zawodowa prośba człowieka, który zbyt długo latał po miejscach, gdzie automatyczny sygnał ratunkowy bywał czasem zaproszeniem, a czasem wstępem do czegoś niemiłego.

    Kiedy Hannigan zwrócił się do niego bezpośrednio, Davy skinął głową.

    — Przyjąłem, kapitanie. Przejmuję stery od Opiekuna, zachowuję wektor podejścia i bez szarży - powiedział jakby zawiedziony. Podejdę czysto.

    Upił kolejny łyk kawy, po czym kącik jego ust drgnął lekko. Na moment spojrzał w stronę Le Fey — wystarczająco krótko, żeby nie wyglądało to na prowokację, i wystarczająco długo, żeby nie było przypadkiem.

    — Kardhasian to moja baby, sir. A baby to taka dobra kobieta. Trzeba wiedzieć, gdzie dotknąć, kiedy odpuścić i kiedy dać jej trochę więcej ciągu.

    Davy wrócił spojrzeniem do kapitana, jakby właśnie mówił wyłącznie o procedurach pilotażowych.

    — Wtedy zrobi z tobą prawie wszystko. Nawet przechwyci wojskową kapsułę tak, żeby wyglądało, jakbyśmy robili to codziennie przed śniadaniem.

    Wzruszył ledwie zauważalnie ramieniem.

    — Będzie pod kontrolą.

    Potem znów zamilkł.

    Wysłuchał Holta z tą samą spokojną uwagą, jaką wcześniej poświęcił kapitanowi. Przy wzmiance o zaminowanej kapsule zamyślił się nieco. Będzie musiał uważać na takie niespodzianki przy manewrach.

    Gdy Holt przeszedł do rejestracji broni, Davy uśmiechnął się krótko. Bez kpiny. Raczej z zawodowym zrozumieniem dla człowieka, który porządkował chaos, zanim chaos sam zaczął wybierać zasady. Ucieszył się, że chyba będzie miał okazję znów ponosić przy pasie swoje Magnum.

    Skinął mu głową.

    — Jasne.

    Dopiero gdy odprawa zaczęła się rozchodzić na stanowiska, O’Collan odstawił niedopitą kawę na blat.

    — No dobrze — mruknął, bardziej do kubka niż do kogokolwiek z obecnych. — Lecimy po zgubę.

    I ruszył w stronę mostka.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - Ambulatorium Kardashiana

    Davy nie odezwał się od razu.

    Stał z boku, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, i słuchał, jak kapitan mówi do Purcella. Też jakoś nie ufał rozbitkowi i gdyby to od niego zależało, facet siedziałby przypięty do koi - tak na wszelki wypadek.

    Kiedy kapitan zadał pytanie i spojrzał na niego znacząco, O’Collan tylko lekko przekrzywił głowę.

    — Panie kapitanie — powiedział spokojnie. — No jak trzeba, to się dołącze do naszej wesołej gromadki. Jednak zastanawiam się, jak tam dolecimy? Moja propozycja jest następująca...

    — Nie mamy pełnego obrazu starburty, nie wiemy, czy ta wyrzutnia jest martwa, śpiąca, czy tylko czeka, aż ktoś większy podejdzie jej pod nos. Kardashian jest za duży, za cenny i ma za dużo ludzi na pokładzie, żeby robić nim za tarczę testową.

    Davy przesunął palcem po krawędzi konsoli, jakby kreślił w powietrzu niewidzialną trajektorię.

    — Ale mamy przecież naszą D-klasę - EEVałkę, którą możemy użyć.

    Przywołał w pamięci dane modułu ratunkowego.

    — Małe, zwrotne, z własnym ciągiem. Zrobione do odrywania się od jednostek FTL i przeżywania rzeczy o których nie śniło się filozofom. Na papierze wejdzie tam nawet dwudziestu ludzi, a realnie pięć, sześć osób w skafandrach, jeśli wszyscy wciągną brzuchy.

    — Proponuję więc: nie podchodzimy Kardashianem do Bleinerta. Trzymamy statek na bezpiecznym dystansie, poza potencjalnym kątem pracy wyrzutni i poza najgorszym pasmem promieniowania. Ja pilotuję D-klasę i podejdziemy po łuku od strony, którą już częściowo widzieliśmy, potem zejdę niżej i zrobię wolny oblot kadłuba. Bez bohaterstwa i gwałtownych korekt. Tempo spacerowe.

    Wskazał palcem w stronę niewidocznego tendera.

    — Najpierw sprawdzamy starburtę z bliska: wyrwa, źródło promieniowania, ewentualne ruchome elementy, aktywne systemy obrony. Jeśli moduł zacznie łapać za dużo radów albo ta zabawka na burcie choćby kichnie, odchodzę na bocznych i wracamy. Jeśli będzie czysto, siadam przy najbezpieczniejszym włazie albo robię miękki kontakt przy śluzie. Bez twardego dokowania, dopóki nie będę miał pewności, że Bleinert nie rozpadnie nam się pod uszczelką.

    Przez moment zawiesił spojrzenie na kapitanie.

    — Ja pilotuję. Adam i Holt idą z panem, jeśli taka decyzja. Do tego ktoś z technicznym okiem albo medycznym zestawem. Ja poczekam w gotowości w module lub będę stanowić pomoc w razie W.

    Davy westchnął cicho i dopiero wtedy pozwolił sobie na cień dawnego, krzywego uśmiechu.

    Oparł dłonie na biodrach.

    — To jest moja rekomendacja, kapitanie. Kardashian zostaje z tyłu. D-klasa robi za igłę. Wkłuwamy się ostrożnie, wyciągamy kogo się da, nie przynosimy na pokład niczego, co próbuje gryźć, strzelać albo udawać martwe.

    — Dajcie mi ze dwadzieścia minut na sprawdzenie modułu i mogę być gotów do startu...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    doc.png

    Imię i nazwisko: Davy O'Collan
    Wiek: 42
    Profesja: Pilot


    Davy oparł się wygodnie o kantynowy stół, stuknął metalowym kubkiem o blat i uśmiechnął się tak, jakby właśnie wygrał zakład, o którym reszta załogi jeszcze nie wiedziała.

    — No dobra, skoro już mamy razem latać tą piękną, zardzewiałą księżniczką, to wypada się przedstawić. Davy O’Collan. Urodzony na Alpha Caeli Vh, czyli na takim kawałku skały, gdzie dzieciaki szybciej uczą się przeklinać na awarie generatorów niż pisać własne nazwisko.

    Ktoś z załogi parsknął śmiechem.

    — Miałem swoją przygodę z USCMC. W sumie z bardzo prostego powodu — ciągnął Davy. — Chciałem latać. Nie siedzieć w kolonialnym autobusie z silnikiem przyklejonym taśmą, nie wozić skrzynek z ziemniakami między kopułami, tylko naprawdę latać. A Marines mieli najlepsze statki, najlepsze szkolenie i najwięcej okazji, żeby sprawdzić, czy człowiek ma jaja, czy tylko ładnie wygląda w kombinezonie.
    Uniósł kubek w pół-toaście.

    — Marine Space Force, Eridani. Outer Veil, Rimward Frontier, Tartarus Sector, okolice Alpha Caeli… latałem tam, gdzie normalni piloci pytali: „ile płacą?”, a ja pytałem: „czy ten złom da radę wejść ostrzej w atmosferę?”. I zwykle dawał. Bo ja byłem za sterami.

    Ktoś zapytał:
    — To czemu odszedłeś?

    Davy przez chwilę tylko patrzył w kubek. Uśmiech został, ale oczy zrobiły się zimniejsze.

    — A bo przydarzyła sie taka jedna misja. Tajna. Cicha. Taka, o której nikt nie powinien gadać po pijaku w kantynie.
    Przerwał, po czym wzruszył ramionami.
    — Lecieliśmy nieuzbrojonym transportem. Miało być wejście po cichu, żadnych fajerwerków. Stacja miała być prawie pusta. Tyle że ktoś, kurwa, zapomniał jej powiedzieć, że ma być pusta.

    W kantynie zrobiło się ciszej.

    — Zaczęli walić do nas z ciężkiej broni, zanim zdążyliśmy dobrze podejść. Nie z jakiegoś tam działka do straszenia przemytników. Z czegoś, czym rozcina się okręty jak konserwy. Robiłem, co mogłem. Obrót, zejście, awaryjne uszczelnienia, pełna moc na boczne ciągi… wszystko. Ale transport dostał. Kurwa...

    Zacisnął palce na kubku.
    — Moja kabina się zamknęła. Hermetycznie. Reszta statku… nie miała tyle szczęścia.

    Nikt nic nie powiedział.
    Davy odchrząknął i znów założył ten swój pewny, bezczelny uśmiech.

    — Marines, którzy przybyli później, wyciągnęli mnie z dryfującego kokpitu. Półżywego, wściekłego i wciąż lepszego pilota niż większość z nich razem wzięta. Dali mi medal. Ładny kawałek metalu. Przez tydzień leżał w szufladzie, potem zrobiłem z niego otwieracz do butelek. Wreszcie zaczął mieć jakieś praktyczne zastosowanie...

    Ktoś cicho zapytał:
    — Kto do was strzelał?

    Davy spojrzał na niego długo.
    — Nie pytaj o rzeczy, które mają czarne paski w raportach.

    Potem dopił z kubka i klepnął dłonią w ścianę kantyny.

    — No i tak trafiłem tutaj. Jakoś nie mogłem dalej latać z chłopakami. Postanowiłem przejść do cywila. Kelland Mining Company dało mi kontrakt, a ja dostałem Kardhasiankę. Stara, głośna, uparta, kapryśna suka. Czyli dokładnie mój typ. Jestem tu tylko trochę a juz mam wrażenie, że znam każdy jej kabel, każdy zawór, każdy przeklęty dźwięk silnika, kiedy udaje, że jeszcze wszystko jest w porządku.
    Uśmiechnął się szerzej.

    — Traktujmy ją dobrze, a dowiezie nas wszędzie, gdzie zechcemy. Kopnijcie ją bez potrzeby, a najpierw ja was skopię. A potem ona. I uwierzcie mi — ona bije mocniej.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    doc_sleep.png

    Davy O’Collan otworzył oczy z przekonaniem, że ktoś zaparkował mu w czaszce prom kosmiczny, po czym uruchomił silniki manewrowe. Najpierw zobaczył tylko mleczną poświatę kapsuły i własny oddech osiadający na szybie. Potem świat wrócił falami: zimno w kościach, metaliczny smak w ustach, ból w mięśniach i ten charakterystyczny zapach hypersnu — jak klinika wojskowa, stara lodówka i bardzo zła decyzja w jednym.

    Spróbował poruszyć palcami. Udało się. Niestety, oznaczało to, że reszta ciała też wkrótce przypomni sobie o swoim istnieniu. Kapsuła syknęła, puściła zamki i uniosła pokrywę z takim dramatyzmem, jakby chciała dostać premię od działu PR Kelland Mining.

    — Dobra wiadomość: chyba żyjemy — wychrypiał Davy, rozglądając się po sali. — Zła: ktoś nadal uważa, że to jest dopuszczalny sposób podróżowania.

    Usiadł za szybko, więc świat natychmiast wykonał beczkę. Jako pilot docenił manewr, choć niepotrzebnie odbywał się on wewnątrz jego głowy. Złapał krawędź kapsuły, odkaszlnął resztki farmakologicznego błota z płuc i spróbował wyglądać jak człowiek, który ma wszystko pod kontrolą. Efekt musiał być średni, bo jego nogi poinformowały go, że są na urlopie, a żołądek zgłosił formalny protest.

    Mimo to gdzieś pod całym tym lodowatym odrętwieniem pojawiła się iskra prawdziwego zadowolenia. Po miesiącach hypersnu mógł zobaczyć swój statek. Swój — przynajmniej na tyle, na ile pilot może nazwać „swoim” coś, co według dokumentów należy do firmy, według ubezpieczyciela jest ryzykiem, a według mechaników nigdy nie działa tak, jak powinno.

    Zsunął się na zimną podłogę, z gracją staruszka. Lampy sali hibernacyjnej zaczynały świecić ostrym blaskiem, pompy sapały gdzieś pod ścianami, a elektronika ćwierkała nerwowo jak rekrut przed pierwszym lądowaniem bojowym.

    — Ktokolwiek wymyślił hypersen, powinien być budzony codziennie o szóstej przez własny wynalazek — mruknął. — Przez rok. Bez kawy.

    Dopiero wtedy zauważył kapitana. Stał nieco dalej, już na nogach, spięty i zbyt przytomny jak na człowieka świeżo wyjętego z lodówki. Rozmawiał cicho z pokładowym androidem, tym spokojnym, medycznie nieskazitelnym typem, który wyglądał, jakby nigdy w życiu nie miał kaca, wyrzutów sumienia ani normalnej rozmowy przy kantynowym stole.

    To akurat było pierwsze naprawdę złe przeczucie tego poranka. Bo jeśli załogę budzi automat, a kapitan szepcze z androidem zanim ktokolwiek dostanie kawę, to znaczy, że wszechświat znowu postanowił być zabawny cudzym kosztem.

    Davy oparł się ciężko o kapsułę, przeciągnął kark i spojrzał w stronę kapitana.

    — Kapitanie… wszystko w porządku?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    O'Collan - Mostek - podejście burtą

    Davy siedział w uprzęży pilota tak spokojnie, jakby nie prowadził górniczego kombajnu w stronę wojskowej kapsuły ratunkowej dryfującej obok martwego tendera marynarki, tylko podprowadzał frachtowiec do rutynowego dokowania na spokojnej orbicie.

    Tylko palce go zdradzały.

    Pracowały po panelach krótkimi, pewnymi ruchami. Bez nerwowości i zbędnych korekt. Kardhasian odpowiadał ciężko, z charakterystycznym opóźnieniem wielkiej maszyny, ale Davy nie walczył z jej masą. Czytał ją. Dawał impuls, czekał na odpowiedź kadłuba, korygował wektor i znowu pozwalał jej płynąć.

    Na głównym ekranie kapsuła ratunkowa rosła powoli, zamknięta w ramkach systemu celowania manewrowego. Obok niej przesuwały się kolumny danych: dystans, prędkość względna, dryf boczny, odchylenie osi śluzy, tolerancja ramienia przechwytującego.

    — Skipper, rozpoczynam końcową fazę podejścia — zameldował spokojnie. — Przechodzę na profil boczny. Ciąg główny w czuwaniu, korekty tylko na RCS. Prędkość względna schodzi zgodnie z planem.

    — Opiekunie, wyłącz aktywną korektę podejścia na moim torze. Zostaw tylko ostrzeżenia kolizyjne, limity przeciążeń i telemetryczny podgląd śluzy.

    — Przyjęto. Sterowanie manewrowe przekazane pilotowi.

    Davy przesunął dłonią po konsoli i przeniósł ciąg główny w tryb czuwania. Dalej pracował już niemal wyłącznie na mikrosilnikach manewrowych. Najpierw zbił prędkość względną do wartości, przy której kapsuła przestała być celem, a stała się punktem odniesienia. Potem ustawił kadłub pod lekkim kątem, pozwalając masie kombajnu wygasić ostatni boczny dryf bez gwałtownego szarpnięcia konstrukcją.

    — Skipper, można szykować wysięgnik i stabilizatory...

    Kardhasian obrócił się powoli wokół własnej osi. Nie był to szybki manewr. Nie mógł być. Statek tej wielkości nie wybaczał popisów, jeżeli ktoś mylił odwagę z brakiem szacunku do bezwładności. Davy prowadził obrót w trzech krótkich sekwencjach: najpierw korekta dziobu, potem wyrównanie płaszczyzny bocznej, na końcu minimalny przechył, który sprowadził śluzę dokładnie na linię przechwycenia.

    — Skipper, obrót kontrolowany. Oś śluzy schodzi na kapsułę. Dryf boczny w tolerancji. Nie widzę potrzeby korekty automatem.

    — No dawaj, dziecinko — mruknął pod nosem. — Pokażemy im, że duże dziewczyny też potrafią być delikatne...

    Na ekranie dwie linie dokowania zaczęły się zbiegać. Jedna należała do kapsuły. Druga do śluzy Kardashiana. Przez chwilę drżały obok siebie, rozdzielone ułamkiem stopnia i kilkoma metrami przesunięcia.

    Davy podał krótki impuls z lewego zespołu RCS.

    Potem drugi, słabszy.

    Potem trzeci, prawie symboliczny.

    Odległość malała. Prędkość względna spadała do poziomu, przy którym człowiek mógłby szybciej przejść korytarzem niż kapsuła zbliżała się do burty statku.

    — Dystans dwieście metrów — oznajmił Opiekun.

    — Widzę.

    — Dryf boczny w granicach tolerancji.

    — Wiem.

    — Sugerowana automatyczna korekta osi przechwycenia.

    Davy uśmiechnął się krzywo.

    — Odmowa. Nie psuj mi rytmu.

    Przesunął statek jeszcze o kilka metrów, wykorzystując bezwładność kadłuba zamiast ciągu. Kardhasian wszedł bokiem w pozycję podejścia tak czysto, że znaczniki śluzy i kapsuły niemal nałożyły się na siebie na głównym ekranie.

    — Skipper, potwierdzam: kapsuła w sektorze przechwycenia. Prędkość względna minimalna. Kadłub stabilny. Za moment zamykam manewr i oddaję ją śluzie.

    Wtedy, tuż przed ostatnim zamknięciem dystansu, rozległ się głos Opiekuna.

    — Pasywna analiza zagrożeń zakończona. Brak aktywnych zapalników. Brak anomalii masy wskazujących na ładunki wybuchowe. Brak emisji inicjujących. Brak bezpośredniego zagrożenia dla kadłuba przy kontakcie z kapsułą.

    Davy nawet nie odwrócił głowy.

    — Słyszeliście. Kapsuła nie próbuje nas zabić. Przynajmniej nie z zewnątrz.

    Ostatnią korektę wykonał niemal od niechcenia, muskając panel dwoma palcami. Mikrosilniki podały jeden krótki impuls. Kardhasian przesunął się o ułamki metra i zamarł bokiem do kapsuły, z boczną śluzą oraz ramieniem przechwytującym ustawionymi idealnie w osi.

    Na ekranie zapalił się stabilny komunikat gotowości.

    Davy oparł się wygodniej w fotelu.

    — Skipper, manewr zakończony. Pozycja utrzymana, boczna śluza w osi, przechwycenie gotowe. Kapsuła podana na talerzu. Ster w gotowości. Przechodzę na automat...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy zacisnął szczękę.

    Na mostku zapadła krótka cisza przerywana jedynie szumem systemów pokładowych i odległymi komunikatami radiowęzła. Potem usłyszał meldunek Sadzy.

    Jeden żywy.

    Uzbrojony.

    I strzelający jak pojebany.

    — Fantastycznie — mruknął pod nosem. — Wyciągamy z kosmosu rozbitka, a dostajemy w pakiecie cholerną strzelaninę.

    Palce przesunęły się po panelu sensorów. Kardashian utrzymywał kurs wokół Bleinerta tempem spacerowym, zgodnie z rozkazami kapitana. Davy pilnował parametrów manewru niemal odruchowo, większą część uwagi poświęcając teraz monitoringowi.

    Na jednym z ekranów pojawił się obraz śluzy. Popękana szyba. Adam przy ścianie. Reszta załogi rozstawiona przy panelach.

    — Tylko mi tam kurwa nie przestrzelcie poszycia — rzucił do interkomu. — Kardhasian i tak ma już wystarczająco dużo problemów bez dodatkowych dziur.

    Przełączył kolejną kamerę.

    Jeżeli facet był jedynym ocalałym z Bleinerta, mógł mieć odpowiedzi, których wszyscy szukali.

    Jeżeli był wariatem…

    Cóż, od tego mieli Holta.

    — Opiekunie, priorytet dla mostka. Wszystkie kamery sektora śluzy na mój ekran.

    Oparł się głębiej w fotelu pilota.

    — No dalej, kolego — mruknął, obserwując obraz z monitoringu. — Powiedz nam, co do cholery stało się na tym tenderze.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - Mostek

    Davy O’Collan siedział w fotelu pilota z pozorną swobodą człowieka, który od dawna przestał traktować kosmos jako coś niezwykłego.

    Palce leniwie spoczywały na wolantach.

    Oczy śledziły przesuwające się po ekranach dane telemetryczne.

    Kardhasian wykonywał szeroki, ostrożny łuk wokół martwego kadłuba Bleinerta, utrzymując bezpieczny dystans od unieruchomionej jednostki.

    Na mostku wciąż pobrzmiewały echa niedawnej strzelaniny.

    Rozbitek. Karabin pulsacyjny. Czerwony alarm.

    Jeszcze jakiś czas temu taka sytuacja byłaby głównym tematem rozmów przez następne tygodnie. Teraz wydawała się jedynie kolejnym problemem do odhaczenia.

    — Dobra robota, chłopaki... — mruknął pod nosem do siebie.

    W tym samym momencie sylwetka tendera zaczęła odsłaniać swoją niewidoczną dotąd burtę.

    Davy odruchowo przesunął dłonią po manipulatorze optyki. Ciemna strona księżyca - pomyślał.

    Przybliżenie.

    Korekcja kontrastu.

    Filtr podczerwieni.

    O kurwa… Na ekranie pojawiły się nowe szczegóły układające się w znajomy kształt, który mroził krew w żyłach tym, którzy wiedzieli czym jest.

    Jakby ktoś przełączył przełącznik.

    Zniknął Davy, który jeszcze chwilę wcześniej rzucał żarty przez interkom, wróciły instynkty z Colonial Marines.

    — Skipper— zameldował natychmiast, głosem równym i twardym. — Kontakt wizualny z uzbrojeniem na przeciwległej burcie tendera. Wstępna identyfikacja: wyrzutnia rakiet rojowych. Powtarzam: wyrzutnia rakiet rojowych.

    Nie czekał na odpowiedź.

    Prawa dłoń zeszła na manetki ciągu, lewa przejęła korektę osiową.

    — Przerywam manewr oblotu. Hamowanie awaryjne kontrolowane. Przechodzę na pozycję stacjonarną poza linią ekspozycji.

    Dysze manewrowe Kardhasiana odpowiedziały krótkimi, sekwencyjnymi impulsami. Kadłub zadrżał lekko, kiedy komputer lotu wyrównywał prędkość względną wobec wraku. Na ekranach nawigacyjnych wektor ruchu zaczął się skracać.

    Davy pracował bez emocji.

    Kontrciąg.

    Korekta dryfu.

    Stabilizacja boczna.

    RCS w trybie precyzyjnym.

    — Prędkość względna spada. Trzy metry na sekundę... dwa... jeden... utrzymuję dystans. Nie wchodzimy głębiej w martwą strefę rozpoznania.

    Dopiero kiedy kombajn niemal zawisł względem tendera, Davy pozwolił sobie na pełniejszy opis.

    — Skipper, zagrożenie wygląda na instalację wojskową, nie cywilną modyfikację. Prowadnice wielokomorowe, prawdopodobnie system salwy rojowej krótkiego lub średniego zasięgu. Nie widzę aktywnego śledzenia, ale nie mam pewności, czy system jest martwy, uśpiony, czy tylko pasywny.

    Przełączył filtr obrazu.

    — Jeżeli to coś ma zasilanie awaryjne albo autonomiczny tryb obronny, wejście w sektor ostrzału może skończyć się bardzo krótko i bardzo głośno.

    Na kolejnym ekranie pojawił się dolny fragment kadłuba.

    Davy zwęził oczy.

    — Mam też drugie uszkodzenie. Dolna część poszycia, nieregularna wyrwa. Szacunkowo dwa na dwa metry. Kierunku penetracji nie potwierdzam. Nie wiem, czy zostało rozerwane od zewnątrz, czy od środka.

    Krótka pauza.

    — Ale to nie wygląda jak standardowe trafienie. Ani jak zwykła dekompresja.

    Davy nie odrywał wzroku od ekranów.

    — Rekomenduję utrzymać pozycję, nie kontynuować oblotu do czasu potwierdzenia statusu wyrzutni i źródła uszkodzenia kadłuba.

    W tym samym momencie mostek przeciął ostry elektroniczny pisk.

    Raz.

    Drugi.

    Trzeci.

    Davy błyskawicznie odwrócił głowę. Alarm nie pochodził z jego stanowiska.

    Źródłem była konsola Nadii Volkovej. Pilot spojrzał na nią i poczuł, jak gdzieś głęboko w żołądku zaciska się zimny węzeł. Przez lata służby nauczył się jednej rzeczy. Jeżeli doświadczony operator przestaje wyglądać na pewnego siebie i zaczyna wyglądać na zaniepokojonego... to zwykle oznacza, że będzie kurwa wesoło…

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - droga mostek -> ambulatorium

    Davy O’Collan potrafił czekać.

    Teoretycznie.

    W praktyce oznaczało to, że przez pierwsze dziesięć sekund wyglądał jak człowiek cierpliwy, przez kolejne pięć jak człowiek rozważający sens istnienia, a potem już tylko jak pilot, któremu zaczynało się nudzić.

    Stał jeszcze chwilę przy wyjściu z mostka, z dłonią opartą o framugę grodzi, i patrzył na Nadię Volkov. Nadia była pochylona nad swoim stanowiskiem, z twarzą oświetloną chłodnym blaskiem ekranów. Coś sprawdzała. Coś porównywała. Robiła coś zapewne bardzo ważnego z jakimiś bardzo ważnymi danymi.

    Davy uniósł brwi.

    — No tak — mruknął pod nosem. — Cyferki przed dżentelmenem. Klasyka.

    Nie doczekał się reakcji. Volkov nawet nie podniosła wzroku.

    Przez moment rozważał jeszcze, czy nie powinien rzucić czegoś błyskotliwego, co przeszłoby do historii statku jako „ostatni żart O’Collana przed wejściem do ambulatorium”. Uznał jednak, że historia będzie musiała poradzić sobie bez tego luksusu.

    — Dobra, pani magister. Jak coś to idę — powiedział już głośniej, choć bez pretensji.

    Po czym odwrócił się i ruszył sam.

    Drzwi mostka zamknęły się za nim z miękkim sykiem. Korytarz Kardhasiana przyjął go przytłumionym światłem awaryjnych listew, zapachem metalu, filtrowanego powietrza i tej osobliwej woni statku, którą Davy rozpoznawał lepiej niż zapach własnej kajuty. Stary układ wentylacyjny mruczał gdzieś za panelami jak zadowolony kot o stalowych płucach.

    Davy był w dobrym humorze.

    Nie było ku temu żadnego rozsądnego powodu, co tylko poprawiało mu nastrój.

    Zaczął nucić pod nosem jakąś starą country balladę o dziewczynie czekającej przy drodze, o whiskey, złamanym sercu i pick-upie, który w kosmosie nie miałby absolutnie żadnego zastosowania, ale za to brzmiał jak obietnica prostszego życia.

    — You’re still the one I run to... — zanucił cicho, fałszując z taką pewnością siebie, jakby to sama melodia powinna była się dostosować do jego głosu.

    Winda była wolna, więc ją zignorował. Znał krótszą drogę i postanowił z niej skorzystać.

    Skręcił w boczny korytarz serwisowy oznaczony żółtą tabliczką „DOSTĘP TECHNICZNY — TYLKO PERSONEL UPOWAŻNIONY”. Palcem nacisnął niewielką nierówność pod panelem zamka, potem lekko kopnął dolną krawędź grodzi. Mechanizm odpowiedział cichym kliknięciem, jakby zawstydzony własną przewidywalnością.

    — Grzeczna dziewczynka — powiedział do drzwi.

    Przecisnął się przez wąski tunel techniczny biegnący za przewodami recyrkulacji powietrza. Tędy chodziło się niewygodnie, z głową lekko pochyloną i ramieniem ocierającym o izolację rur, ale skracało drogę do ambulatorium o dobre półtorej minuty. Oficjalnie przejście nie istniało na planach dostępnych dla załogi. Nieoficjalnie każdy statek miał takie miejsca. Szczeliny, skróty, martwe kąty. Małe sekrety kadłuba.

    davy-tunel-serwisowy.png

    Davy lubił znać sekrety swojego statku.

    Nucenie samo wróciło, kiedy wyszedł po drugiej stronie i otrzepał rękaw kombinezonu.

    — When a man loves a woman... — mruknął, a potem parsknął pod nosem.

    Delilah le Fey.

    Myśl o niej wślizgnęła się do głowy zupełnie bez zaproszenia, jak korporacyjny audytor do prywatnej rozmowy. Zimna, elegancka, dopracowana do ostatniego gestu. Kobieta, która wyglądała, jakby uśmiech traktowała jako narzędzie negocjacyjne, a nie odruch mięśni twarzy. Korpoagentka z krwi, lodu i drogich perfum. Cholernie seksowna.

    Davy skrzywił się lekko, jak człowiek, który właśnie przyznał przed samym sobą coś irytująco prawdziwego.

    — Zimna korposuka — powiedział cicho, bez złości, raczej z pewnym rozbawionym uznaniem. — Jeszcze będzie z nią problem.

    Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Ludzie tacy jak Le Fey nie podróżowali po Pograniczu bez powodu. Nie zadawali pytań, jeśli nie znali już połowy odpowiedzi. Nie patrzyli na statek, załogę i kłopoty jak na przypadkową katastrofę. Patrzyli jak na układankę. A potem próbowali zabrać z niej najcenniejszy element, zanim reszta zorientuje się, że gra w ogóle się zaczęła.

    Davy szedł dalej, z rękami luźno opuszczonymi przy bokach, wciąż z tym lekkim, cwaniackim uśmiechem przyklejonym do twarzy.

    Dobrze. Niech sobie układa. Co mi do tego...

    Korytarz przed ambulatorium był spokojniejszy niż powinien. Za spokojny, jak na statek, który przed chwilą zebrał wystarczająco dużo problemów, by wypełnić raport bezpieczeństwa po brzegi i jeszcze dopisać załącznik. Davy zwolnił dopiero kilka kroków przed drzwiami. Usłyszał jakieś przytłumione głosy dobiegające ze środka. Przechylił głowę, nasłuchując, jednak nic nie zrozumiał.

    Potem uśmiechnął się półgębkiem.

    — No dobra — powiedział do siebie. — Zobaczmy, co my tam mamy...

    Przyłożył dłoń do panelu.

    Drzwi ambulatorium rozsunęły się przed nim z cichym, pneumatycznym westchnieniem...!

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O’Collan — Mostek Kardashiana

    Davy siedział w fotelu pilota tak, jak inni ludzie siedzieli w barze przy ostatniej szklance przed końcem świata.

    Wygodnie i swobodnie. Z irytującą pewnością, że wie, co robi.

    Przed nim, w półprzezroczystej projekcji nawigacyjnej, wisiały dwie bryły: ciężki, górniczy Kardashian i martwy Bleinert, czarny, cichy i nieprzyjemnie spokojny. Pomiędzy nimi pulsowały linie podejścia, kąty martwe, zakres promieniowania, masa względna, kompensacja obrotu, planowane punkty zaczepu cum magnetycznych i trajektoria późniejszego odsunięcia obu jednostek.

    Opiekun wyliczył trasę jako pierwszy.

    Davy spojrzał na nią przez pół sekundy.

    — Nie — powiedział.

    Kasował ją krótkim ruchem dłoni.

    — Proponowany wektor podejścia mieści się w bezpiecznym marginesie operacyjnym — odezwał się spokojny głos statkowej SI.

    — Mieści się też w kategorii „babcia parkuje cysternę pod kościołem” — mruknął Davy. — Za grzecznie i za nudno.

    — Korekta: obecność niestabilnego kadłuba, aktywnego źródła promieniowania i niezweryfikowanego uzbrojenia wymaga zwiększonego marginesu bezpieczeństwa.

    — Właśnie dlatego nie będziemy robić tego tak, jak ty chcesz.

    Nadia Volkov, stojąca przy stanowisku inżynieryjnym, uniosła wzrok znad danych.

    — Davy...

    — Spokojnie, Volkov. Jak będę próbował nas zabić, dam ci znać trzy sekundy wcześniej.

    — To nie jest uspokajające.

    — Dla mnie jest. Trzy sekundy to luksus.

    Kapitan Hannigan siedział w fotelu dowodzenia, milczący i obserwujący poczynania Davyego. Ten czuł jego spojrzenie na karku, ale nie odwracał się. Teraz nie było miejsca na dyskusję. Teraz była matematyka. Ta właściwa, lekko szalona lecz ścisła.

    Nie ta od Opiekuna, który liczył, jakby wszechświat był czystą tabelą ryzyka, a statki poruszały się po niej grzecznie jak pionki w korporacyjnej symulacji. Davy liczył inaczej. Ręcznie. Po staremu. Z poprawką na masę Kardashiana, na dryf Bleinerta, na asymetrię kadłuba, na tę przeklętą wyrwę, której nie widzieli, na ramiona górnicze, które nie były stworzone do tańca, ale mogły udawać partnera, jeśli poprosić je odpowiednio brutalnie.

    Palce pilota przesuwały się po panelach.

    Jedna linia znikała.

    Druga pojawiała się niżej.

    Kąt podejścia ciaśniejszy.

    Rotacja skompensowana krótkim impulsem z dysz manewrowych.

    Cumy magnetyczne: przednia lewa, tylna lewa, potem para stabilizująca górna...

    Ramiona górnicze: nie na poszycie a na wzmocnienia konstrukcyjne przy pierścieniu ładunkowym i ramie śluzy. No, powinno się udać - mrukną do siebie...

    — Opiekunie, symulacja — rzucił.

    — Prawdopodobieństwo powodzenia manewru według aktualnych parametrów: trzydzieści jeden procent.

    Davy cmoknął.

    — Czyli nie zrozumiałeś. Chłopie...

    — Parametry przekraczają zalecenia producenta dla bezpiecznego dokowania jednostki klasy przemysłowej.

    — Producent nie znał mnie osobiście.

    Nadia spojrzała na kapitana z miną człowieka, który właśnie odkrył, że pracuje w cyrku, ale niestety to ona odpowiada za stan lin zabezpieczających.

    Davy sięgnął do kieszeni kombinezonu, wyciągnął gumę i wsunął ją do ust. Potem założył słuchawki. Stare i poobijane, z pęknięciem na lewym pałąku i naklejką męskiego przyrodzenia, która dawno straciła kolor.

    W mostku przez chwilę było słychać tylko ciche buczenie aparatury, a potem z jego stanowiska popłynęły cicho pierwsze takty starego amerykańskiego kawałka. Coś z czasów, kiedy ludzie jeszcze wierzyli, że wystarczy gitara, bębny i trochę bezczelności, żeby wygrać z całym światem.

    Davy uśmiechnął się pod nosem. Johnny Cash – “Ghost Riders in the Sky”. Zaczął nucić, ale opanował się, przypominając sobie, że nie jest tu sam...

    — No dobra, maleńka — powiedział zamiast tego do Kardashiana. — Pokażmy martwemu chłopcu, jak tańczy kombajn.

    — Panie O’Collan — odezwał się kapitan.

    — Tak jest, kapitanie - lecimy. Czekam tylko na "Engage", jak w Star Treku...

    — Panie O’Collan — odezwał się mocniejszym tonem kapitan.

    — No dobra, wio..

    Kardashian ruszył. Niezbyt gwałtownie i z cicha muzyką w tle.

    Davy nie walczył z masą statku.

    On ją namawiał do współdziałania.

    Krótkim impulsem ustawił dziób minimalnie niżej, potem zdjął rotację boczną ledwie zauważalnym kopnięciem dysz korekcyjnych. Ogromny kombajn przesunął się względem Bleinerta jak śpiące zwierzę, które nie chciało jeszcze wstać, ale już zaczynało rozumieć, że nie ma wyboru.

    Na projekcji linia podejścia zwężała się.

    Sto metrów.

    Osiemdziesiąt.

    Sześćdziesiąt.

    — Odchylenie od bezpiecznego wektora: cztery koma dwa stopnia — poinformował Opiekun.

    — Wiem.

    — Zalecam korektę.

    — Ja też. Tylko inną.

    Davy pchnął manetkę boczną o milimetr.

    Kardashian zareagował z opóźnieniem. Jak zawsze. Wielki, stary, górniczy drań najpierw udawał, że nie słyszy, potem robił dokładnie to, czego chciał Davy, a na końcu jeszcze miał pretensje w hydraulice.

    Yippie-yi-o, Yippie-yi-yay, Ghost riders in the sky

    Bleintert zbliżył się do nich burtą. Martwy kadłub wypełnił podgląd z kamer. Blacha, kratownice, wypalone panele, ciemne ślady po mikrouderzeniach. Żadnych świateł czy ruchu.

    — Dystans trzydzieści metrów — powiedziała Nadia.

    — Widzę.

    — Prędkość względna nadal za wysoka.

    — Wiem.

    — Davy.

    — Nadia.

    — Nie podoba mi się to.

    — Mnie też nie. Dlatego robię to szybko, zanim ktoś zakuma.

    Opiekun odezwał się niemal natychmiast:

    — Aktualny wariant manewru może doprowadzić do kontaktu kadłubów poza osią dokowania.

    — To się nazywa „plan”.

    — Kontakt poza osią dokowania jest błędem proceduralnym.

    — Nie, kochanie. Błąd proceduralny jest wtedy, kiedy udajesz, że dokowanie do zniszczonego statku wojskowego, w środku nicości, w strefie zabójczego promieniowania jest standardową procedurą pomocy rozbitkowi.

    Davy odłączył jedną z automatycznych blokad korekcyjnych.

    Na panelu Nadii zapalił się czerwony znacznik.

    — Davy! — warknęła.

    — To była tylko ta głupia.

    — Ona jest opisana jako stabilizacja awaryjna!

    — Właśnie mówię. Głupia i niepotrzebna.

    Kardashian zszedł po łuku ciaśniej, niż powinien. Przez jedną długą sekundę wyglądało, jakby cały górniczy kolos miał po prostu przyłożyć bokiem w tender i rozsmarować własny kołnierz dokujący o jego pancerz. Nadia złapała krawędź konsoli tak mocno, że pobielały jej knykcie.

    Kapitan nie powiedział nic. Davy przyznał w myślach z uznaniem, że było to bardzo kapitańskie.

    — O’Collan — odezwał się Hannigan dopiero po chwili.

    — Jeszcze nie.

    — Panie O’Collan.

    — Jeszcze nie.

    Davy liczył w głowie ostatnie metry.

    Nie patrzył już na wszystkie ekrany. Tylko na trzy: odległość, rotację, naprężenia ramion przygotowanych do uchwytu.

    Cztery metry.

    Trzy.

    Dwa i pół.

    — Kontakt za dwa koma jeden metra — podał Opiekun. — Zalecam natychmiastowe hamowanie.

    — Nie.

    — Manewr niemożliwy do zatwierdzenia.

    — To dobrze, że nie prosiłem o podpis.

    Davy przegryzł gumę, wypluł powietrze nosem i wykonał sekwencję tak szybko, że dla obserwatora wyglądało to jak przypadkowe dotknięcie panelu.

    Krótkie szarpnięcie boczne.

    Minimalna kontra na ogonie.

    Zamknięcie prędkości względnej.

    Otworzenie magnetycznych cum.

    — Cuma pierwsza poszła i siedzi! — rzuciła Nadia.

    Na ekranie błysnął znacznik.

    Potem drugi.

    — Cuma druga... złapała. Trzecia... Davy, trzecia idzie za wysoko!

    — Ma iść za wysoko.

    — Ona nie ma punktu zaczepu!

    — Jeszcze nie ma.

    Davy przesunął Kardashianem o pół metra w dół.

    Pół metra.

    Przy dwóch kadłubach tej masy było to mniej więcej tak rozsądne, jak poprawianie kieliszka na stole młotem pneumatycznym.

    Trzecia cuma złapała z trzaskiem magnetycznego zamka.

    Czwarta weszła zaraz po niej.

    Kardashian i Bleinert drgnęły względem siebie.

    Nadia wydała z siebie krótki dźwięk, którego z całą pewnością by się wyparła, gdyby ktoś pytał.

    — Naprężenie na tylnej parze! — powiedziała ostro. — Za duże, za duże, za duże...

    — Widziałem większe.

    — Na czym?!

    — Na moim pierwszym małżeństwie.

    — Davy!

    Ramiona górnicze Kardashiana wysunęły się z wolna, ciężkie i brudne, zbudowane do chwytania skał, kontenerów i wszystkiego, co korporacja kazała rozciąć, skruszyć albo przeciągnąć przez próżnię. Teraz miały złapać martwy tender tak delikatnie, jak chirurg łapie tętnicę.

    Czyli absolutnie niezgodnie z projektem.

    — Ramię pierwsze, punkt konstrukcyjny A — powiedział Davy.

    — Potwierdzam obraz — rzuciła Nadia. — Masz przesunięcie o dwadzieścia centymetrów.

    — Piętnaście.

    — Dwadzieścia.

    — Piętnaście, bo jestem optymistą.

    Zacisk wszedł.

    Metal przeniósł drganie przez oba kadłuby. Gdzieś w głębi Kardashiana coś jęknęło, jakby statek uznał, że jednak chciałby złożyć skargę.

    — Ramię pierwsze trzyma — powiedziała Nadia.

    — Ramię drugie.

    — Punkt B ma uszkodzoną kratownicę.

    — Nie biorę B. B jest dla lamerów.

    — To co bierzesz?

    — C.

    — C jest poza zakresem.

    — Według Opiekuna.

    — Według geometrii!

    Davy uśmiechnął się szerzej.

    — Geometria to tylko Opiekun z lepszym PR-em.

    Drugie ramię przesunęło się pod kadłubem Bleinerta. Przez moment kamera pokazała tylko ciemność, potem poszarpany fragment konstrukcji i cień wyrwy daleko po niebezpiecznej stronie. Wskaźnik promieniowania skoczył.

    — Mamy pik! — krzyknęła Nadia.

    — Krótki kontakt.

    — Za krótki na komfort, za długi na mój puls!

    — Puls jest przereklamowany.

    — Opiekun, potwierdź dawkę!

    — Ekspozycja chwilowa mieści się w granicach akceptowalnych. Manewr nadal niezalecany.

    — Słyszałaś. Nawet nasz elektroniczny księgowy mówi, że żyjemy.

    Drugie ramię zacisnęło się na wzmocnieniu.

    Tym razem Bleinert odpowiedział. Kadłubem. Cała martwa jednostka zadrżała, a projekcja środka masy skoczyła nagle w bok.

    Na ekranach pojawiła się czerwona kaskada ostrzeżeń.

    — Przesunięcie masy! — rzuciła Nadia.

    — Mam.

    — Nie masz, ono idzie poza zakres!

    — Już nie.

    Davy wcisnął sekwencję ręczną, odciął automatyczną próbę kompensacji i dał Kardashianowi krótki impuls przeciwny.

    Mostek przechylił się minimalnie, ale wystarczająco, żeby komuś za plecami pilota wyrwało się przekleństwo.

    Opiekun, bez emocji i bez najmniejszego wyczucia dramatyzmu, oznajmił:

    — Uwaga. Bieżący manewr nie występuje w zarejestrowanych procedurach dokowania.

    — Bo jeszcze go nie nazwałem.

    — Zalecam przerwanie.

    — Odrzucam.

    — Zalecam ponowne rozważenie.

    — Też odrzucam.

    — Prawdopodobieństwo uszkodzenia kołnierza dokującego wzrosło do—

    Davy ściszył Opiekuna jednym ruchem.

    Nie wyłączył. Tego kapitan mógłby się czepić.

    Po prostu sprawił, że statek zaczął marudzić ciszej.

    — O’Collan — powiedział Hannigan.

    Tym razem głos kapitana był spokojny, ale twardszy. Dużo twardszy.

    Davy nie odwrócił głowy.

    — Już kończę, kapitanie.

    Przez chwilę wszystko sprowadziło się do oddechu, muzyki w słuchawkach i trzech migających wartości.

    Dystans.

    Rotacja.

    Naprężenie.

    'Cause they've got to ride forever
    On that range up in the sky
    On horses snorting fire
    As they ride on, hear their cry

    Kardashian przesuwał się ostatnie centymetry. Cumy magnetyczne trzymały jak cztery uparte diabły. Ramiona górnicze kompensowały martwy ciężar Bleinerta. Kołnierz dokujący wysunął się z sykiem hydrauliki, szukając pierścienia śluzy tendera.

    — Kołnierz aktywny — powiedziała Nadia, już ciszej.

    — Wiem.

    — Nie widzisz go z tej kamery.

    — Czuję.

    — Nie wolno ci czuć kołnierza dokującego.

    — A jednak jesteśmy sobie bliscy.

    Na ekranie pojawił się żółty znacznik kontaktu.

    Potem drugi.

    Potem zielony.

    Pierścień uszczelniający dopasował się do śluzy Bleinerta. Automatyczne zatrzaski zaryglowały się jeden po drugim.

    Klak.

    Klak.

    Klak.

    Klak.

    Na mostku zapadła cisza. W słuchawkach Davyego też - utwór właśnie się skończył...

    Opiekun odezwał się po chwili, wyraźnie ciszej niż zwykle:

    — Kontakt dokujący ustanowiony. Czworopunktowa stabilizacja magnetyczna aktywna. Ramiona górnicze w pozycji nośnej. Kołnierz śluzy szczelny. Połączenie jednostek potwierdzone.

    Davy zdjął jedną słuchawkę z ucha.

    — Możesz powtórzyć tę ostatnią część? Tę, w której brzmisz, jakbyś mnie przepraszał.

    — Połączenie jednostek potwierdzone — powtórzył Opiekun.

    Davy obrócił się lekko w fotelu i spojrzał na kapitana.

    Twarz miał spokojną a uśmiech niewielki. Bezczelny dokładnie w takim stopniu, żeby irytować, ale jeszcze nie zapracować na formalną naganę.

    — Kardashian zadokowany z Bleinertem, kapitanie. Cumy magnetyczne trzymają, ramiona górnicze stabilizują, kołnierz śluzy uszczelniony. Przejście jest dostępne.

    Przeżuł gumę i dodał:

    — A ten manewr nazwiemy „Świder Hannigana” - na pana cześć, panie kapitanie...

    — Palant - rzuciła do niego Nadia z lekkim uśmiechem i otarła czoło, na którym widniały delikatne krople potu...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Ja jestem otwarty na oba warianty. Hangar wydaje się łatwiejszy do ogarnięcia bo można od razu wyjąć kogoś i mu udzielić pomocy, zbadać kapsułę itd. Ale z drugiej strony biorąc pod uwagę, że może być zaminowana, że nie wiadomo co w środku to lepiej mieć ją za burtą . Więc ocena ryzyka musi być dokonana - np po analizie wizualnej jak będziemy bliżej …

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O’Collan przez krótką chwilę patrzył na kapitana z miną człowieka, który właśnie zadał pytanie i od razu pożałował, że kosmos może na nie odpowiedzieć.

    Hannigan mówił spokojnie, ale w jego głosie słychać było ten szczególny ton, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Nie był to ton prośby, sugestii ani porannego narzekania po źle przespanym hypersnie. To był głos kapitana wydającego polecenia, gdy statek przestawał być środkiem transportu, a zaczynał być problemem technicznym z potencjałem do zabicia wszystkich na pokładzie.

    — Panie Kalashnikov, panie O’Collan, pięć minut wcześniej proszę na mostek.

    Davy skinął głową. Wolniej, niż zamierzał, bo błędnik nadal robił mu w czaszce mały pokaz akrobacji orbitalnej.

    — Mostek brzmi dobrze, kapitanie — wychrypiał. — Wszystko brzmi lepiej niż stanie tutaj w bieliźnie kriogenicznej i udawanie, że człowiek wygląda godnie po wyjęciu z lodówki.

    Ruszył w stronę wyjścia z komory hypersnu, mijając rzędy otwierających się kapsuł, z których unosiły się resztki białej, chłodnej pary. Sala była pełna syknięć zaworów, kaszlu, przekleństw i nerwowego popiskiwania aparatury medycznej. Ludzie wracali do życia w sposób mało elegancki, lepcy od kriopotu, źli na świat i jeszcze bardziej źli na własne ciała. Przechodząc obok Nadii i Siergieja, rzucił do nich wesołe "zdrastwujcie" i bez zatrzymania szedł ku wyjściu. Przy grodzi wyjściowej stała dumnie jej wysokość Delilah le Fey. Davy miał wrażenie, że ta kobieta nawet z hypersnu wychodziła z miną kogoś, kto uznał biologiczne odmrażanie za nieefektywną procedurę o zbyt długim czasie realizacji. Była blada, spięta, jeszcze w lekkim kombinezonie kriogenicznym, ale już z przenośnym terminalem w dłoni. Przewijała dane krótkimi, ostrymi ruchami palców. Każdy komunikat systemowy wyglądał, jakby osobiście obrażał jej harmonogram. A komunikat o opoźnieniu obrażał go najwyraźniej najbardziej.

    Davy zwolnił o pół kroku. Osiągnął prędkość manewrową, by zrobić coś nierozsądnego.

    — Pani le Fey — rzucił z półuśmiechem, opierając się na moment o framugę grodzi. — Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że to całe zamieszanie specjalnie czekało na tą chwile, żeby zepsuć pani kalendarz akurat dzisiaj. Bardzo nieprofesjonalne. Ale jak to mówicie w wielkim świecie - każdy problem to okazja. Ja z chęcią zostanę Pani okazją... Jestem do dyspozycji mademoiselle...

    Delilah nawet nie podniosła wzroku. Jej twarz nie drgnęła. Żadnego spojrzenia, żadnej riposty, żadnego zmarszczenia brwi. Tylko idealnie zimna obojętność człowieka, który właśnie sklasyfikował Davy’ego jako szum tła o niskim priorytecie. Palce nadal przesuwały się po terminalu, szybciej i ostrzej, jakby odpowiedzialność za opóźnienie jej planów można było zrzucić na ekran dotykowy. Minęła go bez słowa, zostawiając po sobie zapach sterylnej chemii, drogich kosmetyków i korporacyjnej pogardy. Davy odprowadził ją wzrokiem.

    — Czyli jednak mnie lubi — mruknął. — Gdyby mnie nie lubiła, na pewno by mnie opierdoliła.

    Dopiero wtedy ruszył dalej, w stronę kajuty, by doprowadzić się do stanu, w którym przynajmniej z daleka przypominał pilota, a nie ofiarę awarii chłodni przemysłowej. Korytarze Kardashiana budziły się razem z załogą. Białe światło lamp przełamywało awaryjną czerwień, wentylatory w kanałach wentylacyjnych wchodziły na wyższe obroty, a gdzieś pod stopami niosło się głuche, niskie dudnienie reaktora przechodzącego z trybu ekonomicznego w pełniejszy cykl roboczy.

    Kajuta Davy’ego była ciasna, źle wentylowana i umeblowana z korporacyjną wyobraźnią człowieka, który nigdy nie spędził w kosmosie więcej niż trzy minuty w symulatorze. Łóżko, składany panel roboczy, szafka, półka na osobiste drobiazgi i prysznic sanitarny, który w dobry dzień przypominał kabinę ratunkową, a w zły — eksperyment psychologiczny. Davy wcisnął panel natrysku.

    — No dalej, maleńka. Nie każ mi błagać.

    Dysza splunęła najpierw zimną mgłą, potem letnią wodą z metalicznym posmakiem starego filtra. Wystarczyło. Wszedł pod strumień, oparł czoło o ścianę kabiny i pozwolił, by ciśnienie zmyło z niego resztki kriogenicznego potu, chemicznej lepkości i tej charakterystycznej bezradności, którą hypersen zostawiał w mięśniach jak nieproszony podpis.

    Trzy minuty później był już w dolnej części kombinezonu, z ręcznikiem przerzuconym przez kark i puszką pobudzacza w dłoni. Etykieta obiecywała „natychmiastową jasność umysłu, wsparcie układu nerwowego i przyjemny smak limonki”. Davy pociągnął łyk, skrzywił się i uznał, że dwie pierwsze obietnice są równie podejrzane jak trzecia.

    — Smakuje jak płyn chłodniczy, który miał trudne dzieciństwo — mruknął do pustej kajuty.

    Dopił jednak pół puszki. Weterani nie przeżywali dlatego, że byli wybredni.

    Droga na mostek była krótka, ale dla Davy’ego miała w sobie coś z rytuału. Każdy statek miał własny chód, własny oddech i własny zestaw kłamstw, które opowiadał załodze przez poszycie, przewody i drgania konstrukcji. Kardashian kłamał często, głośno i bez większego przekonania. Buczał tam, gdzie powinien mruczeć. Trzeszczał tam, gdzie powinien milczeć. Miał drobne opóźnienie w reakcji kompensatorów na zmianę obciążenia bocznego i irytujący rezonans w prawym ciągu manewrowym, którego nikt poza Davym nie uważał za osobisty afront.
    Ale był jego. Przynajmniej na tyle, na ile jakikolwiek statek mógł należeć do pilota, który nie miał prawa własności, udziałów ani sensownego ubezpieczenia.

    Drzwi mostka rozsunęły się z suchym sykiem pneumatyki. Davy zatrzymał się w progu.

    kardashian_bridge.png

    Mostek Kardashiana nie był piękny. Nie w sposób, w jaki piękne bywają foldery rekrutacyjne, korporacyjne wizualizacje i reklamowe hologramy pokazujące uśmiechniętych ludzi w idealnie czystych kombinezonach. Mostek był niski, ciasny, asymetryczny i upchany technologią z trzech różnych dekad, dwóch standardów przemysłowych i przynajmniej jednej modernizacji wykonanej przez kogoś, kto miał więcej taśmy izolacyjnej niż rozsądku. Ale dla Davy’ego był piękny dokładnie tak, jak piękny bywa dobrze używany rewolwer, stara skórzana kurtka albo pas startowy widziany przez deszcz po zbyt długim locie.

    Centralny fotel kapitana stał lekko niżej, na krótkim podeście z dostępem do panelu dowodzenia, łączności dalekiego zasięgu i autoryzacji systemów krytycznych. Po lewej stronie mostka znajdowało się stanowisko nawigacyjne, z matrycą astrogacyjną ciągle jeszcze rozgrzewającą główne układy projekcyjne. Po prawej — konsola sensorów i kontroli przemysłowej, częściowo sprzężona z systemami rafineryjnymi i ramionami wydobywczymi. Nad nimi wisiały stare monitory statusowe, z których kilka miało wypalone narożniki i martwe piksele układające się w coś, co Davy od dawna nazywał „mapą piekła”.

    A z przodu, w osi statku, czekało stanowisko pilota.

    Jego stanowisko.

    Fotel wyglądał jak coś, co przeżyło trzy remonty, dwa pożary instalacji i przynajmniej jednego poprzedniego pilota o bardzo ciężkim tyłku. Tapicerka była popękana przy lewej krawędzi, podłokietnik miał wytarty ślad po kciuku, a moduł regulacji lędźwiowej działał tylko wtedy, gdy człowiek najpierw uderzył go od spodu. Przed fotelem ciągnął się łuk konsol: sterowanie ciągiem głównym, korekta wektora, RCS, żyroskopy, stabilizacja rotacyjna, kompensatory bezwładności, sprzężenie autopilota, wskaźniki masy chwilowej i matryca trajektorii.

    Davy podszedł do fotela powoli, niemal z szacunkiem.

    — Cześć, księżniczko — powiedział cicho i czule do konsoli. — Tęskniłaś?

    Usiadł.

    Fotel przyjął go z cichym skrzypnięciem, które zabrzmiało jak wyrzut. Davy położył dłonie na panelach, zanim jeszcze wszystkie ekrany zdążyły wybudzić się z trybu uśpienia. Skóra palców pamiętała układ przełączników lepiej niż on sam pamiętał niektóre nazwiska. Jeden ruch aktywował podświetlenie osi sterowych. Drugi odblokował podgląd sekwencji rozruchowej. Trzeci wywołał lokalną diagnostykę interfejsu pilotażowego.
    Na ekranach zaczęły pojawiać się bloki danych.

    REAKTOR: TRYB WZBUDZENIA — STABILNY
    NAPĘD GŁÓWNY: CYKL ROZGRZEWANIA — 43%
    RCS: CIŚNIENIE W LINII A/B — NOMINALNE
    KOMPENSATORY BEZWŁADNOŚCI: TEST PĘTLI — OCZEKIWANIE
    AUTOPILOT: AKTYWNY TRYB KOREKTY TRAJEKTORII
    CZUJNIKI DALEKIEGO ZASIĘGU: WYMAGANA AUTORYZACJA DOWÓDCY
    TRANSPONDER: PASYWNY
    STATUS KADŁUBA: BRAK NOWYCH DEFORMACJI STRUKTURALNYCH

    Davy uniósł brew.

    — Brak nowych deformacji. Jak miło. Czyli stare nadal są z nami.
    Dotknął panelu komunikacji lokalnej.

    — Opiekunie, stanowisko pilota aktywne. Uruchom diagnostykę przedmanewrową poziom dwa. Napęd, RCS, pętle bezwładnościowe, autopilot, czujniki zbliżeniowe, aktualny wektor i margines bezpieczeństwa względem źródła alarmu.

    Przez sekundę odpowiedziało mu tylko ciche buczenie mostka. Potem w głośniku odezwał się głos Opiekuna — płaski, syntetyczny, pozbawiony osobowości w sposób, który czynił go niemal uczciwym. To nie był android. Opiekun nie udawał człowieka. Był systemem zarządzania, nadzoru i przypominania załodze, że maszyna wie, kiedy ktoś próbuje obejść procedury.

    — Diagnostyka przedmanewrowa poziom dwa: przyjęta. Zakres ograniczony. Brak pełnej autoryzacji kapitańskiej.

    — Oczywiście — westchnął Davy. — Bo jeszcze mógłbym przypadkiem dowiedzieć się, dlaczego wyrwano mnie z najgorszego snu mojego życia.

    — Alarm aktywny — odpowiedział Opiekun. — Odebrano sygnał ratunkowy. Klasyfikacja: SOS. Źródło: niezidentyfikowane. Dalsze dane wymagają autoryzacji kapitana.

    Davy oparł się w fotelu i spojrzał na główny ekran, na którym powoli formowała się uproszczona mapa lokalnej przestrzeni. Ciemność między Gliese i Borodino nie wyglądała na mapie groźnie. Była czysta, techniczna, podzielona siatką współrzędnych i cyframi, które udawały, że da się zamknąć pustkę w tabeli. W praktyce jednak, pustka zawsze miała własne pomysły.

    — Lakoniczny jak prawnik Kellanda — mruknął Davy. — Dobrze. Pokaż mi przynajmniej, czy mamy sterowność, zanim kapitan przyjdzie i zacznie pytać, czy da się podlecieć bliżej czegoś, do czego rozsądny człowiek nie powinien podlatywać.

    — Sterowność podstawowa dostępna. Manewry ograniczone do korekt pasywnych do czasu zakończenia cyklu rozruchowego napędu głównego. Zalecenie: oczekiwać na autoryzację dowódcy.

    — To moja ulubiona część latania — powiedział Davy, przeciągając dłonie po krawędzi konsoli. — Czekanie, aż ktoś inny pozwoli mi uratować nam tyłki.

    Na mostku nadal był sam. Przez pancerne okna, częściowo przesłonięte filtrami przeciwradiacyjnymi, widać było tylko gwiazdy — zimne punkty wbite w absolutną czerń. Żadnej planety. Żadnej stacji. Żadnego portu. Tylko statek, sygnał SOS i długa, obojętna przestrzeń, która od zawsze miała w głębokim poważaniu ludzkie rozkłady lotów. Davy poprawił ustawienie fotela, wsunął stopy na pedały korekty osiowej i położył prawą dłoń na manetce ciągu. Mostek Kardashiana mruczał wokół niego, nierówny, zmęczony i uparty.

    Davy uśmiechnął się pod nosem.

    Był znowu w swoim królestwie.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Ja na to patrzę jak na szansę - piękna kobieta z lokami, przystojny pilot, cały statek kosmiczny dla nas … 😉

    Komentarze

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan

    Davy odprowadził Le Fey wzrokiem aż do zamykających się drzwi mesy. Przez sekundę milczał, potem spojrzał na kota, który z obrażoną godnością otrząsnął łapę po kontakcie z czubkiem korporacyjnego buta i prychnął ze złością w stronę oddalającej się postaci.

    Upił łyk kawy.

    — No proszę — mruknął spokojnie. — Dobry kotek. Zna się na VIPach...

    Przeniósł wzrok na Hannigana i uniósł kubek w półgeście toastu. Zrozumiano kapitanie - łapiemy boczkiem...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O’Collan — Mostek

    Davy tylko zerknął kątem oka na Joshuę, gdy ten podpiął terminal do pomocniczej konsoli. Nie skomentował drżących dłoni. Nie było potrzeby. W kosmosie każdy miał swój sposób na strach. Jedni modlili się do Boga, inni do procedur, a jeszcze inni do tego, żeby pilot przy sterach wiedział, co robi.

    — Dolne dalmierze przyjęte — rzucił spokojnie. — Widzisz? Już brzmisz jak ktoś, kto nie planuje dzisiaj umrzeć. Dobry początek.

    Palce O’Collana przesunęły się po panelach. Kardhasian drgnął subtelnie, bardziej z westchnienia starych siłowników niż z ruchu, po czym zaczął powoli odchodzić od pozycji przechwycenia. Nie było w tym pośpiechu. Davy ustawił kurs tak ostrożny, że na wykresie wyglądał niemal obraźliwie wolno.

    — Skipper, kapsuła zabezpieczona. Rozpoczynam oblot od starburty. Tempo spacerowe, dystans bezpieczny, nie wchodzę w aktywną strefę obrony Bleinerta.

    Na ekranach sylwetka tendera rosła powoli, ciemna i nieruchoma.

    Joshua przełknął ślinę i wykrztusił coś o złych przeczuciach.

    Davy uśmiechnął się krzywo, nie odrywając wzroku od wektora.

    — Gleeson, w próżni złe przeczucia są jak oddech. Jak ich nie masz, to znaczy, że coś z tobą nie tak.

    Podał minimalną korektę RCS i ogromny kombajn obrócił się niemal z godnością.

    — Ty patrz na gruz i dolne sensory. Ja dopilnuję, żeby moja dziecinka nie zrobiła Bleinertowi nieproszonego masażu burtą.

    Kolejna korekta. Krótka. Precyzyjna.

    — Spokojnie. Lecimy tak wolno, że jak coś nas będzie chciało zabić, najpierw zdąży się zirytować.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - Mostek

    Davy oderwał wzrok od monitorów i spojrzał na Joshuę, który przyczajony pod ścianą ściskał klucz francuski tak mocno, jakby zamierzał nim stoczyć ostatnią bitwę ludzkości.

    Przez chwilę milczał.

    — Josh...

    Przeniósł wzrok na zabarykadowane drzwi mostka.

    — Powiedz mi, że nie zamknąłeś kapitana po drugiej stronie własnego mostka.

    Kolejna sekunda ciszy.

    — Nie, czekaj. Nie mów. Widzę po twojej minie, że dokładnie to zrobiłeś.

    Na twarzy pilota pojawił się krzywy uśmiech.

    — Rozluźnij się, stary. Gdyby ktoś chciał szturmować mostek, to raczej nie zacząłby od wysłania jednego półżywego rozbitka do śluzy.

    Wskazał kciukiem za siebie.

    — A jeśli naprawdę wyskoczy z wentylacji trzech karłowatych komandosów z tej twojej historii, to obiecuję, że pozwolę ci powiedzieć „a nie mówiłem”.

    Z interkomu dobiegł głos Hannigana.

    Kto odciął mostek?!

    Davy parsknął śmiechem.

    — O właśnie. Słyszysz ten ton? Daję ci jakieś trzydzieści sekund, zanim kapitan osobiście przyjdzie sprawdzić, który bohater obronił statek przed własnym dowódcą.

    Odwrócił się z powrotem do konsoli i poprawił kurs Kardashiana wokół martwego tendera.

    — Otwórz drzwi, Josh. Rozbitka już spacyfikowali, statek nadal nie wybuchł, a ja nie mam ochoty słuchać przez następny tydzień, jak Hannigan opowiada wszystkim, że został wzięty za abordażystę przez własnego inżyniera. Wyluzuj, nie jesteśmy w strefie walki...

    Na moment spojrzał przez ramię.

    — I odłóż ten klucz. Jak kogoś tym uderzysz to naprawdę będzie draka... Josh...

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - Mostek

    Davy nawet nie próbował komentować teorii kapitana. Od tego byli inni. Jego robota kończyła się na dostarczeniu danych, utrzymaniu jednostki w jednym kawałku i niedopuszczeniu, żeby ktoś zginął przez zły manewr.

    — Przyjąłem, skipper.

    Palce zatańczyły po konsoli. Komputery nawigacyjne przejęły część obciążenia, gdy KM-164 ustawił się za masywnym kadłubem tendera, wykorzystując go jako improwizowaną osłonę przed radioaktywną chmurą. Korekty RCS syknęły ostatni raz, po czym wskaźniki względnego dryfu zatrzymały się niemal idealnie na zerze.

    — Pozycja ekranowania osiągnięta. Autopilot aktywny. Stabilizacja względna utrzymywana.

    Dopiero wtedy odsunął się od fotela pilota. Jednym płynnym ruchem wstał, poprawiając kaburę z pistoletem wiszącą nisko na udzie. Gest był niedbały tylko z pozoru — odruch wyuczony przez lata służby, sprawdzający przy okazji zatrzask, dostęp i pozycję broni.

    Spojrzał na Nadię ponad ramieniem.

    — No to co, Volkov? — rzucił z cieniem uśmiechu. — Idziesz do ambulatorium czy mam zameldować kapitanowi, że przejęłaś mostek i właśnie planujesz karierę dowódcy?

    Nie czekając na odpowiedź, skierował się ku wyjściu z mostka, rzucając jeszcze krótkie spojrzenie na obraz z kamer obserwujących martwy tender. Jakoś tak to całe niestandardowe poruszenie na pokładzie zaczęło śmierdzieć mu jakaś afera…

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    Davy KneeD Davy Knee

    Davy O'Collan - narada na mostku

    Davy przez chwilę milczał, opierając dłonie o konsolę nawigacyjną. Wpatrywał się w sylwetkę Bleinerta na ekranie, jakby już układał w głowie kolejne etapy całej operacji. W końcu odwrócił się do kapitana.

    — Kapitanie...

    Skinął głową w stronę hologramu z danymi jednostki.

    — Jeśli faktycznie nie znajdziemy tam żywych... to przestajemy patrzeć na wrak. Patrzymy na nagrodę.

    Przesunął palcem po parametrach statku.

    — Wojskowy transportowiec klasy M, do tego z pełnowymiarową sekcją ładunkową. Taki kadłub jest wart grubo ponad trzydzieści milionów dolarów. Minimum trzydzieści. Nawet jeśli Kelland odzyska go za ułamek wartości, a załoga dostanie standardowy udział w akcji ratowniczej... powiedzmy dziesięć procent... — gwizdnął cicho. — Po podziale na siedmioro ludzi każdy z nas byłby całkiem nieźle ustawiony. Chyba pierwszy raz od dawna los postanowił oddać mi premię za wszystkie nadgodziny.

    Uśmiech szybko zniknął, ustępując miejsca profesjonalizmowi.

    — Dlatego myślę, że to dobry pomysł, żebym został na Kardashianie. Znam ten statek lepiej niż własną kieszeń. Będę monitorował wasze biosygnatury, telemetrię skafandrów, ruch obu jednostek i całą komunikację. Ktoś musi mieć sytuację pod kontrolą z bezpiecznej strony.

    Wyciągnął dwa palce.

    — W międzyczasie z Nadią przygotujemy dwa warianty holowania. Pierwszy, klasyczny — Bleinert na holu FTL Kardashiana, z przeliczeniem naprężeń i masy całego zestawu. Drugi, jeśli okaże się, że jego napęd nadświetlny nadal jest sprawny, spróbujemy wykorzystać własny FTL Bleinerta i zsynchronizować oba statki do wspólnego skoku. To może być bezpieczniejsze dla naszej jednostki.

    Klepnął się lekko w kaburę na udzie.

    — O mnie się nie martwcie. Broń mam przy tyłeczku, jak zawsze. Zanim wyruszycie, skoczę może jeszcze do kajuty po moje SSDD i wtedy naprawdę nie będę miał powodów do narzekania.

    Wzruszył ramionami.

    — Jak tylko przejdziecie na Bleinerta, zarygluję śluzy Kardashiana. Purcell niech siedzi pod kluczem dopóki nie wrócicie. Mam też szczerą nadzieję, że nasza korporacyjna pasażerka zrozumie sytuację i będzie łaskawa posiedzieć cicho w swojej kajucie. Im mniej osób będzie mi się tu plątać pod nogami, tym lepiej dla wszystkich.

    Spojrzał z wyraźną sympatią na główną konsolę pilota i przeciągnął dłonią po jej krawędzi.

    — Ja z Nadią ogarniemy mostek. Będziemy mieć na was oko przez cały czas. Jeśli coś się wydarzy, zauważymy to pierwsi. A kiedy wrócicie... mam nadzieję, że będziemy już mieli gotowy plan, jak odholować tego kolosa do najbliższej stacji i zamienić go na największą premię, jaką którekolwiek z nas widziało...

    — I jeszcze jedno: żadnego bohaterstwa przy tej wyrwie. Jeśli coś potrafi zrobić dziurę w wojskowym kadłubie, to zasługuje na odrobinę szacunku.

    Spojrzał na Holta z uśmiechem.

    — Wróćcie w komplecie. Kapitan będzie zadowolony, Nadia przestanie marudzić, a pan Holt nie będzie musiał liczyć, ilu ludzi wysłał i ilu przyprowadził z powrotem.

    Rozgrywka

  • [ALIEN] Krzyk Pustki (rekrutacja)
    Davy KneeD Davy Knee

    Mi pasuje najbardziej UA, jako że mam tło postaci oparte o ten polityczny byt , więc jak mogę to głosuje za United Americas.

    Archiwum alien

  • Tryb hardkor
    Davy KneeD Davy Knee

    Przeczytane. W sumie czyta się sympatycznie i lekko - można pewnie pomyśleć o kilku usprawnieniach w fabule (o ile mogę się wypowiiedzieć jako czytelnik). Ebook z Empiku ma kilka literówek 🙂

    Twórczość
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa