
Imię i nazwisko: Davy O'Collan
Wiek: 42
Profesja: Pilot
Davy oparł się wygodnie o kantynowy stół, stuknął metalowym kubkiem o blat i uśmiechnął się tak, jakby właśnie wygrał zakład, o którym reszta załogi jeszcze nie wiedziała.
— No dobra, skoro już mamy razem latać tą piękną, zardzewiałą księżniczką, to wypada się przedstawić. Davy O’Collan. Urodzony na Alpha Caeli Vh, czyli na takim kawałku skały, gdzie dzieciaki szybciej uczą się przeklinać na awarie generatorów niż pisać własne nazwisko.
Ktoś z załogi parsknął śmiechem.
— Miałem swoją przygodę z USCMC. W sumie z bardzo prostego powodu — ciągnął Davy. — Chciałem latać. Nie siedzieć w kolonialnym autobusie z silnikiem przyklejonym taśmą, nie wozić skrzynek z ziemniakami między kopułami, tylko naprawdę latać. A Marines mieli najlepsze statki, najlepsze szkolenie i najwięcej okazji, żeby sprawdzić, czy człowiek ma jaja, czy tylko ładnie wygląda w kombinezonie.
Uniósł kubek w pół-toaście.
— Marine Space Force, Eridani. Outer Veil, Rimward Frontier, Tartarus Sector, okolice Alpha Caeli… latałem tam, gdzie normalni piloci pytali: „ile płacą?”, a ja pytałem: „czy ten złom da radę wejść ostrzej w atmosferę?”. I zwykle dawał. Bo ja byłem za sterami.
Ktoś zapytał:
— To czemu odszedłeś?
Davy przez chwilę tylko patrzył w kubek. Uśmiech został, ale oczy zrobiły się zimniejsze.
— A bo przydarzyła sie taka jedna misja. Tajna. Cicha. Taka, o której nikt nie powinien gadać po pijaku w kantynie.
Przerwał, po czym wzruszył ramionami.
— Lecieliśmy nieuzbrojonym transportem. Miało być wejście po cichu, żadnych fajerwerków. Stacja miała być prawie pusta. Tyle że ktoś, kurwa, zapomniał jej powiedzieć, że ma być pusta.
W kantynie zrobiło się ciszej.
— Zaczęli walić do nas z ciężkiej broni, zanim zdążyliśmy dobrze podejść. Nie z jakiegoś tam działka do straszenia przemytników. Z czegoś, czym rozcina się okręty jak konserwy. Robiłem, co mogłem. Obrót, zejście, awaryjne uszczelnienia, pełna moc na boczne ciągi… wszystko. Ale transport dostał. Kurwa...
Zacisnął palce na kubku.
— Moja kabina się zamknęła. Hermetycznie. Reszta statku… nie miała tyle szczęścia.
Nikt nic nie powiedział.
Davy odchrząknął i znów założył ten swój pewny, bezczelny uśmiech.
— Marines, którzy przybyli później, wyciągnęli mnie z dryfującego kokpitu. Półżywego, wściekłego i wciąż lepszego pilota niż większość z nich razem wzięta. Dali mi medal. Ładny kawałek metalu. Przez tydzień leżał w szufladzie, potem zrobiłem z niego otwieracz do butelek. Wreszcie zaczął mieć jakieś praktyczne zastosowanie...
Ktoś cicho zapytał:
— Kto do was strzelał?
Davy spojrzał na niego długo.
— Nie pytaj o rzeczy, które mają czarne paski w raportach.
Potem dopił z kubka i klepnął dłonią w ścianę kantyny.
— No i tak trafiłem tutaj. Jakoś nie mogłem dalej latać z chłopakami. Postanowiłem przejść do cywila. Kelland Mining Company dało mi kontrakt, a ja dostałem Kardhasiankę. Stara, głośna, uparta, kapryśna suka. Czyli dokładnie mój typ. Jestem tu tylko trochę a juz mam wrażenie, że znam każdy jej kabel, każdy zawór, każdy przeklęty dźwięk silnika, kiedy udaje, że jeszcze wszystko jest w porządku.
Uśmiechnął się szerzej.
— Traktujmy ją dobrze, a dowiezie nas wszędzie, gdzie zechcemy. Kopnijcie ją bez potrzeby, a najpierw ja was skopię. A potem ona. I uwierzcie mi — ona bije mocniej.


Wita Was Davy O’Collan i zapraszam w „moje” progi… Tylko zachowujcie się proszę…