Krzyk Pustki
-

Głęboka przestrzeń UA między Gliese i Borodino, 15.08.2183
Ciemność żarząca się dotąd miniaturowymi punktami czerwieni zaczęła niespodziewanie znikać, rozpraszana zimnym światłem włączanych sukcesywnie elektrycznych lamp. Ich jaskrawy blask oświetlił ukryte od wielu miesięcy w lodowatym mroku wnętrza kajut i korytarzy, klatek schodowych, śluz i perforowanych płyt pomostów łącznikowych. Przemierzający czerń kosmosu statek powracał do życia, zaczynał rozbrzmiewać stukotem, pomrukiem i zgrzytem maszynerii oraz popiskiwaniem elektroniki składającej się na skomplikowaną infrastrukturę międzygwiezdnej jednostki.
Czerwone diody systemów utrzymujących górniczy kombajn w stanie uśpienia zmieniały swoją barwę na bursztynową, później zaś zieloną. Oprogramowanie Opiekuna realizowało kolejne protokoły procesu wybudzania załogi uruchamiając systemy ogrzewania Almayera, pompując do jego wnętrza powietrze o podniesionej zawartości tlenu, przywracając do pełnej użyteczności kolejne układy systemu podtrzymywania życia.
W ciasnej przestrzeni sali hibernacyjnej pompy tlenowe zwiększyły częstotliwość cyklu, przezroczystymi rurkami układu dokarmiania popłynęła odżywcza ciecz wzbogacona o pobudzający ludzkie mózgi hormonalny koktajl. Tkwiące od miesięcy w niemal idealnym bezruchu ludzkie sylwetki zaczęły się niemrawo poruszać, wynurzać się z otchłani farmakologicznego hypersnu.
Siedzący w głębokim mroku jednego z pomieszczeń technicznych mężczyzna drgnął znienacka, podniósł się pełnym nadludzkiej gracji ruchem ze swojej stacji ładowania poprawiając rękawy nieskazitelnie czystego kombinezonu z naszywkami personelu medycznego. Jego oczy penetrowały ciemność przenikając ją bez trudu zaawansowaną optyką w czasie, kiedy elektroniczny mózg łączył się z bezprzewodową siecią statku analizując istotę nieoczekiwanego alertu.
Organiczny członek załogi musiałby w takiej sytuacji udać się na mostek jednostki, przywrócić do pełnego trybu pracy uśpione komputerowe terminale i przestudiować dane zarejestrowane przez czujniki statku. Pozbawiony takich ograniczeń android przeanalizował odczyty jeszcze w podpiętej do siebie stacji ładowania, pobierając skompresowane dane z bezprzewodowej sieci bez konieczności przemieszczania się na wyższy pokład jednostki.
Procedury towarzyszące tego rodzaju alertom nie pozostawiały androidowi żadnego wyboru. Sztuczna inteligencja odpowiedzialna za pieczę nad KM-164 stanęła w obliczu wyzwania, któremu zgodnie z przepisami czoła stawić musiała tkwiąca od wielu miesięcy w uśpieniu organiczna załoga Altmeyera.
Przełączając swoją optykę w tryb podczerwieni syntetyk ruszył w stronę pokładowej hyperspalni, gdzie blisko tuzin nieświadomych jeszcze alertu ludzi spędzał wielomiesięczną podróż w klaustrofobicznej ciasnocie kriogenicznych kapsuł.
-

Przestrzeń UA między Gliese i Borodino, 15.08.2183
Adam poruszał się po pogrążonym w ciemności wnętrzu jednostki w bezgłośny sposób, niemalże sunąc na podobieństwo tancerza po stalowym pokładzie. Jedyne towarzyszące mu od dłuższego czasu dźwięki - głuche pulsowanie reaktora oraz jednostajny szum pracujących w spowolnionym tempie wentylatorów - zaczęły mieszać się głęboko we wnętrzu konstrukcji kadłuba z pierwszymi odgłosami powracającej do życia maszynerii.
Korytarze transportowca przypominały wnętrze grobowca. Większość sekcji pozostawała odcięta od zasilania, hermetyczne grodzie zamknięto automatycznie po przejściu jednostki w ekonomiczny tryb międzygwiezdnego przelotu. Wąskie pasy czerwonych świateł awaryjnych przecinały mrok cienkimi liniami, odbijając się w idealnie gładkiej powierzchni syntetycznej skóry androida.
Dla ludzkiego oka statek tonął ciągle jeszcze w niemal absolutnej ciemności.
Adamowi przypominał precyzyjny wielowarstwowy schemat techniczny. Optyka syntetyka nakładała na rzeczywistość kolejne spektra obrazu — podczerwień, mapy energetyczne, znaczniki temperatury przewodów biegnących pod poszyciem ścian. Widział powolny przepływ chłodziwa w instalacjach, drgania transformatorów i pulsujące błękitnym światłem węzły pokładowej sieci komputerowej.
Alert nadal widniał w centralnej części jego pola widzenia.
PROTOKÓŁ ECHO 44.
WYMAGANA INTERWENCJA ZAŁOGI.
Adam przyśpieszył kroku, chociaż wiedział, że system autopilotażu i tak wytraci na czas prędkość Altmeyera ustawiając kombajn w najbardziej optymalnej pozycji względem źródła alertu.
Pokonując kolejne pokłady nie korzystał z wind. Magnetyczne zamki śluz reagowały na jego obecność automatycznie, natychmiast rozpoznając uprzywilejowany status syntetyka w architekturze systemu statku. Grodzie rozsuwały się przed nim z sykiem sprężonego powietrza, po czym zamykały szczelnie za jego plecami.
Temperatura zaczęła spadać gwałtownie już kilkanaście metrów przed spalnią. Para wodna unosiła się przy podłodze cienką mgłą, a metalowe powierzchnie pokrywał srebrzysty szron. Potężne instalacje kriogeniczne pracowały bez przerwy, utrzymując dziesiątki ludzkich organizmów na granicy śmierci i życia.
Adam zatrzymał się przed drzwiami hyperspalni nasłuchując przez chwilę w perfekcyjnym bezruchu zdradzającym jego nadludzką naturę.
Ludzie nigdy nie słyszeli podobnych rzeczy — subtelnych zmian ciśnienia w przewodach, mikrodrgań pomp obiegowych, minimalnych odchyleń częstotliwości pracy aparatury medycznej. Dla syntetyka cała spalnia była orkiestrą danych.
Nie wychwycił w jej uwerturze żadnej fałszywej nuty, toteż otworzył drzwi przechodząc do następnego etapu procedury.
Wnętrze spalni rozświetlały pionowe rzędy kriogenicznych kapsuł. Przez półprzezroczyste osłony widać było pogrążonych w głębokim śnie ludzi — nieruchomych, bladych, oplecionych przewodami aparatury monitorującej funkcje życiowe. W chłodnym błękicie wskaźników wyglądali bardziej jak ciała przygotowane do pochówku niż żywi członkowie załogi, chociaż android wiedział jak fałszywe było to wrażenie.
W całej spalni rozległ się niski sygnał ostrzegawczy. Wskaźniki kapsuły zmieniły kolor z błękitnego na bursztynowy, a wnętrze komory wypełnił syk uchodzącego gazu.
Adam stanął obok kapsuły Caleba Hannigala łącząc się jednocześnie bezprzewodowo z elektronicznym wyposażeniem mesy, uruchamiając pozostające w uśpieniu mikrofalówki i automaty do kawy.
Kapitan zasługiwał nie tylko na bezpośrednią informację w kwestii natury alertu, ale i odpowiedni posiłek serwowany wkrótce po wybudzeniu - a Adam podchodził z mechaniczną skrupulatnością do wszystkich swoich obowiązków.
Podzielny elektroniczny umysł syntetyka obsługiwał położoną piętro wyżej mesę i analizował symultanicznie odczyty wyłączających się kapsuł. Aparatura nadzorująca hypersen załogantów Kardashiana nie należała do wiodącej marki w swojej klasie i generowała mało złożone analizy medyczne.
Jedna z nich zwróciła mimo wszystko uwagę androida - dość niestandardowa, aby wyróżnić się na tle pozostałych, a jednocześnie zbyt enigmatyczna, aby pozwalała postawić jakąkolwiek sensowną diagnozę.
-

Stacja przeładunkowa w Gliese, dwa miesiące wcześniej
Hałaśliwa muzyka płynąca z głośników przy barze zagłuszała dźwięki programów nadawanych na wiszących w rogach sali telebimach. Filmy reklamowe Weyland-Yutani zajmowały większość czasu antenowego, z rzadka przeplatane wiadomościami z Pogranicza, głównie tymi ze świata sportu i rozrywki. Większość bawiących w barze gości nie zwracała na telebimy żadnej uwagi, skupiając się całkowicie na tanim alkoholu i własnym towarzystwie. Przy stolikach dominowały kombinezony załóg floty handlowej oraz personelu stacji, uzupełnione domieszką cywilnych strojów nielicznych podróżnych czekających w orbitalu Gliese na przesiadkę. Grupka młodych ludzi siedzących w jednym z rogów lokalu upijała się wódką szukając przy tym ewidentnie okazji do rozróby.
Króciutko ostrzeżeni, tak samo mężczyźni jak i kobiety, mimo cywilnych ubrań zdradzali swoją tożsamość zawieszonymi na szyjach nieśmiertelnikami oraz pełną agresywnej witalności mową ciał.
- Zastępcy szeryfa będą mieli dzisiaj robotę powyżej swojej stawki godzinowej – mruknął Elias, zerkając ponad ramieniem na grupkę korzystających z przepustki marines. – Trochę im współczuję. Ale tylko trochę. Mogli nam odpuścić przy listach towarowych. Karma to mściwa suka, tylko rzadko działa tak szybko.
- Polej, bo szkło mi schnie - odpowiedziała Nadia postukując swoim kieliszkiem z miną zdradzającą głębokie znudzenie - To nie nasz problem.
- Już kończy z nią gadać - Siergiej sięgnął po opróżnioną w połowie butelkę Rasputina, spoglądając jednocześnie znacząco na siedzącego dwa stoliki dalej kapitana - I chyba się dogadali.
Nadia i Elias podążyli za jego wzrokiem, spojrzeli na Caleba Hannigana rozmawiającego z siedzącą naprzeciwko młodą jasnowłosą kobietą. W przeciwieństwie do całej reszty przebywających w barze ludzi ona jedna zupełnie do niego nie pasowała, ani eleganckim ubiorem ani chłodną urodą i chociaż od chwili wejścia do lokalu przyciągała liczne spojrzenia, otaczająca kobietę wyniosła aura skutecznie zniechęcała do prób postawienia jej drinka.
- Jeśli naprawdę z nami poleci, Davy nie zaśnie w swojej kapsule, stawiam dolary przeciwko orzechom - roześmiała się cicho Nadia, ale Elias bez trudu wychwycił w jej pozornie rozbawionym głosie echo głębokiej niechęci.
- A gdzie właściwie jest młody? – spytał Crowe, podsuwając Siergiejowi własny kieliszek i rozglądając się po barze. - Nie widziałem go od wyjścia z recepcji kontroli lotów. To zwykle zły znak.
- Jest w kasynie - odparła Nadia - Nie wiedziałeś, że mają tu kasyno? Razem z burdelem w jednym pakiecie, pełny serwis, automaty do grania, automaty do ruchania, chociaż jest tam też parę żywych kobiet. I facetów, żeby nie było.
Elias skinął głową chcąc coś powiedzieć, ale zamiast tego raptownie zacisnął usta i położył lewą dłoń na klatce piersiowej próbując powstrzymać bolesny wyraz twarzy. Nadia i Siergiej zatrzymali w połowie ruchu podnoszone do ust kieliszki w błyskiem zatroskania w oczach.
- Żyję, nie patrzcie się tak. - powiedział Elias, prostując się powoli na krześle. - Jakbyście się prowadzili tak jak ja, też by was czasem zakuło tu i tam.
- Ciekawa sprawa, targnęło ci pikawą jak wspomniałam o automatach do ruchania? - Nadia nie straciła niczego z wyrazu troski na twarzy, położyła dłoń na ręce Eliasa - Staruszku, na pewne aktywności trzeba w tym wieku uważać, żeby nie przedobrzyć.
Geolog roześmiał się nieszczerze w odpowiedzi.
- To tylko płuca - burknął, machając dłonią bagatelizująco, trochę jakby odganiał muchę. - Albo ten lokal ma w wentylacji jakiś syf, albo zaczęli rozcieńczać powietrze jakimś tańszym gównem. Spałem dziesięć godzin jak martwy, a kiedy się obudziłem, kratka wentylacyjna leżała na podłodze. Mam szczęście, że nie spadła mi na łeb.
- Ja pierdolę - żachnął się Siergiej - Ta stacja w chuj podupadła od ostatniego postoju, Steegson tnie koszty wszędzie, gdzie może. Zimna woda po prysznicem, gówniane żarcie, tylko wódkę mają dobrą. Ale nie lekceważ tego, Elias, Nadia wie, co mówi. Niech cię Adam zbada jak wejdziemy na pokład.
- Teraz nie będzie na to czasu. - Crowe wychylił kieliszek jednym haustem i stuknął szkłem o blat. - Po wybudzeniu zrobię pełną diagnostykę. Saturacja, płuca, krew, śladowe świństwa w organizmie. Cały komplet. Macie moje słowo.
- Trzymam cię za to słowo, masz to jak w banku - odpowiedział Siergiej podnosząc wymownym gestem palec - Nie będę się sam użerał z tymi Polakami. Coś czuję, że to będą rusofoby, na takich nie działa wyjaśnienie, że ja kurwa nie z tych Kałasznikowów.
Siedzący dwa stoliki dalej kapitan wstał ze swojego miejsca, przyłożył palec do daszka swojej wysłużonej czapki gestem pożegnania wobec jasnowłosej rozmówczyni. Strzepując mimowolnym ruchem nieistniejący pyłek z rękawów swojego płaszcza Hannigan przystanął w drodze ku drzwiom obok stolika swoich załogantów.
- Za godzinę widzę was pod śluzą - powiedział unosząc lekko brwi na widok niemal do końca opróżnionego Rasputina - Opuszczamy to nędzne miejsce. Siergiej, wyślij reszcie powiadomienia na piszczki, ja wracam prosto na pokład. Nadia, przygotujesz w pierwszej kolejności dwie zapasowe kabiny, będziemy mieli parę pasażerów. Nie każcie mi na siebie czekać.
-
Delilah Le Fey

Zwymiotuję.
To była jej pierwsza myśl po tym jak kabina kriokomory się otworzyła a ona zaczęła odzyskiwać świadomość. Zacisnęła szczękę jakby to mogło powstrzymać zbuntowany żołądek. Nienawidziła siebie za tą słabość. Za każdym razem gdy kładła się do lodówki wierzyła, że zniesie podróż lepiej niż inni pasażerowie, że wystarczy żelazna dyscyplina i stalowa wola by podporządkować sobie ciało. Ale zawsze działo się to samo. Koniec końców, okazywała się zwyczajnym, ułomnym człowiekiem pełnym obrzydliwych płynów próbujących wydostać się na zewnątrz.
Przez chwilę jeszcze leżała jak mumia zapakowana w sterylny i nieskazitelnie czysty kombinezon. Walczyła z torsjami. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Oddychała przez nos bo nie miała odwagi otworzyć ust. Wyczuwała ruch w koło, statek budził się z długiego snu a to oznaczało jedno. Borodino. Dotarli w końcu na miejsce.
Gdy nudności ustąpiły podniosła się do pozycji siedzącej. Teraz wyraźnie widziała współpasażerów, głównie członków załogi. Większość z nich wyglądała jak wraki, nawet jeśli im się wydawało, że są w szczycie ludzkiej formy. Młodość spędziła w otoczeniu chłopców i mężczyzn, którzy przypominali renesansowe rzeźby a jeszcze lepiej prezentowali się w firmowych garniturach. Ci tutaj najlepsze lata mieli już dawno za sobą o ile w ogóle były jakieś lata godne choć jednej wzmianki.
W końcu opuściła stopy przez krawędź sarkofagu, ale kolana natychmiast się pod nią ugięły. Wcześniej zatrzymała falę wymiocin, ale sztuczna grawitacja i drętwiejące nogi zrobiły swoje. Poleciała do przodu jak wór mięsa i wylądowała na czworakach.
Słaba.
Żałosna.
Wstawaj.
Nie czekała aż ktoś wyciągnie do niej dłoń, nie zniosłaby takiego upokorzenia. Dźwignęła się z podłogi jednym, płynnym ruchem ignorując popsuty błędnik i ból w kończynach. W jednej chwili wyprostowała się jak struna a zimna maska wjechała na twarz szybciej, niż sztuczna grawitacja zdążyła ją na powrót przygnieść do ziemi.
Znowu mogła patrzeć na świat z góry.
Zimna skóra pod uniformem lepiła się od potu. Kolejna wstrętna wydzielina, kolejny dowód jak słabymi i niedoskonałymi istotami są homo sapiens. Nawet tacy jak ona. Musiała zmyć z siebie brud, doprowadzić swoje ciało do stanu najwyższej używalności. Sprawić by zarządcy z Borodino wyli jak wygłodniałe psy na widok suki i złożyli każdy podpis o jaki poprosi. W schowku kajuty już czekały na nią precyzyjnie dobrane rekwizyty, narzędzia jej pracy. Jedwabne czarne paski ledwo udające bieliznę, karmazynowa szminka, flakon najdroższych perfum. Najpierw jednak musiała zmyć z siebie długie miesiące leżenia w lodowej trumnie.
Udało jej się przejść parę kroków w stronę śluzy sanitarnej gdy go zobaczyła. Rozmawiał z kapitanem statku. Wysoki, ciemnowłosy. Doskonały. Przystojna twarz, ale pozbawiona męskiej drapieżności, zaprojektowana przez inżynierów tak by wzbudzać zaufanie. Gdy po raz pierwszy go spotkała wchodząc na pokład nie kojarzyła rysów. Musiał być syntetykiem nowej generacji. Tak zaawansowane humanoidy budowała tylko jedna firma.
Wymawiała jej nazwę z takim samym obrzydzeniem, z jakim wypluwa się zepsute mięso. Jej niebieskie źrenice, wymierzone w maszynę pokryły się lodem i osiągnęły temperaturę zera absolutnego. Syntetyki mogły służyć jako załoganci u niezależnych armatorów, ale miały tylko jednego pana. Wszystko co zarejestrują ich czarne skrzynki prędzej czy później trafi biurka ludzi, z którymi rywalizowała każdego dnia by wyszarpać dla swoich mocodawców kolejny kawałek kosmicznej skały.
Android i kapitan kontynuowali rozmowę. Przez jedno uderzenie serca Delilah poczuła irracjonalny niepokój. Miała wrażenie, że przez twarz Hannigana przeszedł jakiś cień. Zignorowała to jednak i ruszyła w stronę natrysków.
Nie zdążyła tam jednak dotrzeć bo nagle jej wzrok zatrzymał się na jednej z kapsuł. Spojrzała na datę na wyświetlaczu monitora diagnostycznego i cała krew odpłynęła z jej nieskazitelnej twarzy. Wcześniej to przeoczyła, ale teraz widziała wyraźnie ciąg cyfer.
15.08.2183
I zrozumiała.
Nie jesteśmy w układzie Borodino.
To za wcześnie.
Wyciągnęli nas z lodówek za wcześnie.
Pewnie by rzuciła soczystą kurwą, gdyby zamiast retorycznych popisów i korporacyjnej nowomowy ktoś poświęcił czas by nauczyć ją przeklinać. Nie nauczył. Ale rosło w niej uczucie, które każdy bywalec szemranych kantyn i burdeli bez problemu rozpoznałby jako wkurw. Bardziej od syntetyków Wayland Yutani nienawidziła tylko niespodzianek, które wpływały na jej harmonogram wyliczony co do sekundy w zegarze atomowym statku.
Lepiej, żeby Hanningan miał dobre wytłumaczenie.
Pewnym krokiem ruszyła w kierunku kapitana.
-
Marcus Holt

Gliese była stacją przeładunkową jak każda inna - geometria z konieczności, nie z ambicji. Ciągi modułów mieszkalnych przykręconych do szkieletu nośnego bez zbędnej troski o estetykę, korytarze wymiarowane pod transport kontenerów a nie pod człowieka, oświetlenie fluorescencyjne które robiło z każdej twarzy twarz trupa. Holt stał przy ścianie hangaru B-7 i palił. Powietrze było tu gęstsze niż na statku - filtrowane przez systemy które pamiętały lepsze czasy i już dawno przestały się starać. Pachniało smarem, recyklingowanym tlenem i jedzeniem które kilka razy zmieniło właściciela zanim trafiło na talerz.
Górnicy z kontraktu kellandowskiego kłębili się przy rękawach załadunkowych. Przeważnie Polacy - głośni, gestykulujący, rozmawiający wszyscy naraz z tą charakterystyczną energią ludzi którzy za kilka godzin wejdą do kapsuł kriogenicznych i przestaną być ludźmi na kilka najbliższych miesięcy. Holt śledził ich jednym uchem. Rodziny. Premie. Jakiś Marek komuś coś był winien od zeszłego sezonu wydobywczego.
Zaciągnął się i powoli wypuścił dym w przefiltrowane powietrze stacji.Eskalację zauważył zanim doszło do pierwszego pchnięcia - głosy zaczęły się wznosić ponad ogólny szum hangaru, gestykulacja zmieniła charakter z ekspresywnej na groźną z tą charakterystyczną, powolną nieuchronnością z jaką zmieniają się stany skupienia materii. Dwóch mężczyzn, obaj z budową którą człowiek wypracowuje latami przy ciężkim sprzęcie wydobywczym, obaj z twarzami które widziały wystarczająco dużo żeby nie bać się konsekwencji. Między nimi trzeci, młodszy, który najwyraźniej był katalizatorem całego procesu i teraz stał z miną kogoś kto żałuje że wstał rano.
Holt westchnął, oderwał się od ściany.
Nie spieszył się. Wszedł między nich zanim temperatura przekroczyła punkt krytyczny, zajął przestrzeń między dwoma rozgrzanymi mężczyznami i po prostu stanął. Nie rozstawiał rąk, nie przyjmował żadnej postawy. Zaciągnął się cygarą i przez chwilę milczał w sposób który zajmował więcej miejsca niż większość ludzi potrafi milczeć.
Obaj spojrzeli na niego.
Holt wypuścił dym. Spojrzał na tego po lewej, potem na tego po prawej. Twarz miał spokojną z tym szczególnym rodzajem spokoju który nie jest brakiem emocji ale ich całkowitą nieobecnością.
-Marek - odezwał się w końcu, cicho, jakby znał go od lat. Nie znał. Nazwisko złapał z rozmowy pół godziny wcześniej, zarejestrował automatycznie jak rejestruje się dane środowiskowe - bez wysiłku, bez celu, na wszelki wypadek. - Ile?
Mężczyzna po lewej zmrużył oczy.
-Co ile?
-Ile ci winien.Polak po chwili powiedział kwotę. Holt skinął głową jak człowiek który wprowadza dane do systemu.
-A ty - zwrócił się do drugiego. - Masz to przy sobie?
Cisza. Krótka, ale gęsta.
-To nie twoja sprawa - mruknął tamten, ledwie po angielsku.
Holt spojrzał na niego. Nie zmienił wyrazu twarzy, nie podniósł głosu. Patrzył przez sekundę dłużej niż było to komfortowe - z uwagą entomologa który ogląda okaz przez szkło powiększające i już wie co zobaczy, tylko pozwala żeby okaz sam do tego doszedł.
-Borodino to mała placówka - powiedział w końcu po angielsku, cicho, niemal przyjaźnie. - Mała placówka, zamknięty ekosystem, dziewięć miesięcy w obiegu zamkniętym. Głębokie tunele kopalne w których spędzicie więcej czasu niż firma pozwoli wam na sen. Długie ciemne korytarze w których ledwie będziecie widzieć twarze innych. Te same twarze przy każdym posiłku, te same korytarze, te same zmiany. Ludzka pamięć w takich warunkach działa inaczej niż na powierzchni. Lepiej.
Kolejna cisza. Dłuższa.
Mężczyzna sięgnął do kieszeni kombinezonu.Holt nie czekał na resztę. Odwrócił się i wrócił do swojej ściany. Za plecami słyszał jeszcze przez chwilę urywane słowa po polsku, potem cisza wchłonęła całą sprawę z powrotem w ogólny szum hangaru jak ocean wchłania kamień.
Zaciągnął się resztką cygara. Westchnął ciężko - nie z satysfakcji, nie z ulgi. Po prostu wypuścił powietrze jak człowiek który wykonał kolejną drobną czynność z nieskończonej listy drobnych czynności i wrócił do czekania. Zaraz powinna pojawić się załoga ich transportu.

15.08.2183
Otworzył oczy zanim komora zdążyła zakończyć sekwencję. Świadomość dopiero się budziła, ale już w skroni biła jedna wyraźna myśl.
Kurwa. Znowu.
Kriosen był małą śmiercią. Ciało o tym wiedziało nawet jeśli umysł wolał tego nie nazywać - te kilka sekund między zamknięciem kapsuły a utratą przytomności, gdy temperatura zaczyna odbierać człowiekowi kolejne warstwy tego czym jest, aż zostaje tylko mięso i powolne bicie serca odmierzające czas który przestał mieć znaczenie. Holt nie miał z tym problemu. Miał wrażenie, że część z niego zawsze tak funkcjonuje.
Coś było nie tak z procedurą.Nie umiałby tego nazwać - za krótki cykl, za wcześna wentylacja, jakiś drobiazg który nie pasował do harmonogramu wbitego w pamięć mięśniową przez lata kontraktów. Spojrzał na datę na monitorze diagnostycznym. Odczytał ją raz. Odczytał drugi raz.
Skinął głową do samego siebie i spróbował wstać.Nogi odmówiły współpracy w sposób który Holt uznał za osobistą zniewagę. Siedział przez chwilę na krawędzi kapsuły i czekał aż ciało przypomni sobie do czego służy - krew wracała do kończyn z nieprzyjemną, palącą dokładnością, błędnik kłamał na temat pozycji statku, żołądek formułował roszczenia których Holt nie zamierzał honorować. Przełknął ślinę. Raz. Drugi. Skupił się na jednym punkcie na ścianie naprzeciwko i siedział nieruchomo dopóki ciało nie przestało się buntować.
Mięso.
Zawsze to samo.Wstał gdy uznał że może to zrobić bez widowiska. Wokół budziło się to co zostało z ludzi po miesiącach w chłodziwie - mokre, blade, trzęsące się. Ktoś klęczał przy podłodze i wydawał z siebie dźwięki które organizm produkuje gdy zapomni że powinien zachować pozory. Ktoś inny wpatrywał się w ścianę z wyrazem twarzy człowieka który właśnie próbuje przypomnieć sobie po co tu jest. Kriosen robił to z ludźmi - przez chwilę po przebudzeniu byli odrobinę bardziej prawdziwi niż powinni. Odrobinę bardziej nadzy. Holt nie lubił patrzeć.
Ubrał się metodycznie, od dołu do góry. Karabin sprawdził dwoma ruchami - magazynek, bezpiecznik, optyka. Zarzucił go na ramię i dopiero wtedy rozejrzał się po komorze właściwie.Przy wyjściu stał android.
Nowa generacja - twarz zaprojektowana żeby wzbudzać zaufanie, każdy mięsień mimiczny skalibrowany pod kątem ludzkiego komfortu. Adam. Holt widział go jeszcze na Gliese i zapamiętał to co zapamiętywał zawsze - sylwetkę, sposób poruszania się, gdzie trzyma ręce. Stary nawyk. Na panelu przy wyjściu migał czerwony punkt alertu.
Podszedł do Adama równym krokiem i stanął. Nie pytał. Czekał. Ludzie którzy pytają za wcześnie dostają niekompletne odpowiedzi, a niekompletne odpowiedzi są gorsze od ciszy bo dają złudzenie że się wie.
Czerwony punkt na panelu obok. Nierutynowe działania. Android z twarzą zaprojektowaną żeby nikt nie zadawał trudnych pytań.
No tak. Coś poszło nie tak.W swoim życiu widział lepsze początki.
-
Adam stoi nieruchomo między rzędami otwierających się komór hibernacyjnych. Blade światło paneli odbija się od białego kombinezonu medycznego, gdy kolejne kapsuły syczą uwalnianą parą chłodzącą. Nie pomaga nikomu wstać. Nie oferuje uspokajających słów. Jedynie obserwuje.
Jego spojrzenie przesuwa się po wyświetlaczach.
— Tętno stabilne.
— Saturacja w normie.
— Brak objawów odrzutu neurologicznego po hypersnie.
Mówi spokojnie, niemal mechanicznie, przechodząc od jednej kapsuły do drugiej. Smukłe palce przesuwają po panelach diagnostycznych, odczytując dane szybciej, niż większość załogi byłaby w stanie je zrozumieć.
Gdy ostatnia komora kończy procedurę wybudzania, syntetyk unosi wzrok na załogę.
— Proces hibernacji zakończony pomyślnie.
— Kawa oraz posiłek regeneracyjny oczekują w mesie.
Krótko. Rzeczowo. Jak komunikat systemowy podany ludzkim głosem.
Dopiero wtedy odwraca się w stronę kapitana. Podchodzi powolnym, pewnym krokiem, zatrzymując się dokładnie naprzeciw niego.
— Tak, kapitanie. Wszystkie funkcje życiowe załogi mieszczą się w akceptowalnych parametrach. Nie wykryłem uszkodzeń kriokomór ani destabilizacji systemów podtrzymywania życia.
Milknie na moment.
Potem pochyla się nieznacznie, jakby nie chciał, by reszta załogi usłyszała kolejne słowa. -

Davy O’Collan otworzył oczy z przekonaniem, że ktoś zaparkował mu w czaszce prom kosmiczny, po czym uruchomił silniki manewrowe. Najpierw zobaczył tylko mleczną poświatę kapsuły i własny oddech osiadający na szybie. Potem świat wrócił falami: zimno w kościach, metaliczny smak w ustach, ból w mięśniach i ten charakterystyczny zapach hypersnu — jak klinika wojskowa, stara lodówka i bardzo zła decyzja w jednym.
Spróbował poruszyć palcami. Udało się. Niestety, oznaczało to, że reszta ciała też wkrótce przypomni sobie o swoim istnieniu. Kapsuła syknęła, puściła zamki i uniosła pokrywę z takim dramatyzmem, jakby chciała dostać premię od działu PR Kelland Mining.
— Dobra wiadomość: chyba żyjemy — wychrypiał Davy, rozglądając się po sali. — Zła: ktoś nadal uważa, że to jest dopuszczalny sposób podróżowania.
Usiadł za szybko, więc świat natychmiast wykonał beczkę. Jako pilot docenił manewr, choć niepotrzebnie odbywał się on wewnątrz jego głowy. Złapał krawędź kapsuły, odkaszlnął resztki farmakologicznego błota z płuc i spróbował wyglądać jak człowiek, który ma wszystko pod kontrolą. Efekt musiał być średni, bo jego nogi poinformowały go, że są na urlopie, a żołądek zgłosił formalny protest.
Mimo to gdzieś pod całym tym lodowatym odrętwieniem pojawiła się iskra prawdziwego zadowolenia. Po miesiącach hypersnu mógł zobaczyć swój statek. Swój — przynajmniej na tyle, na ile pilot może nazwać „swoim” coś, co według dokumentów należy do firmy, według ubezpieczyciela jest ryzykiem, a według mechaników nigdy nie działa tak, jak powinno.
Zsunął się na zimną podłogę, z gracją staruszka. Lampy sali hibernacyjnej zaczynały świecić ostrym blaskiem, pompy sapały gdzieś pod ścianami, a elektronika ćwierkała nerwowo jak rekrut przed pierwszym lądowaniem bojowym.
— Ktokolwiek wymyślił hypersen, powinien być budzony codziennie o szóstej przez własny wynalazek — mruknął. — Przez rok. Bez kawy.
Dopiero wtedy zauważył kapitana. Stał nieco dalej, już na nogach, spięty i zbyt przytomny jak na człowieka świeżo wyjętego z lodówki. Rozmawiał cicho z pokładowym androidem, tym spokojnym, medycznie nieskazitelnym typem, który wyglądał, jakby nigdy w życiu nie miał kaca, wyrzutów sumienia ani normalnej rozmowy przy kantynowym stole.
To akurat było pierwsze naprawdę złe przeczucie tego poranka. Bo jeśli załogę budzi automat, a kapitan szepcze z androidem zanim ktokolwiek dostanie kawę, to znaczy, że wszechświat znowu postanowił być zabawny cudzym kosztem.
Davy oparł się ciężko o kapsułę, przeciągnął kark i spojrzał w stronę kapitana.
— Kapitanie… wszystko w porządku?
-
Caleb Hannigan śnił swój własny jakże precyzyjnie powtarzający się sen. Śnił, że nie śpi i zasnąć nie może. Miał wrażenie, że całe wieki próbował uciec w ten półstan między życiem, a śmiercią. Zamknięty w komorze ledwo żywy, zdjęty hormonalnym paraliżem i ledwo przytomny, ale jednak na tyle by mieć tego świadomość co podobno jest niemożliwe i tylko mu się śniło. Aż w końcu jawa zlała się z rzeczywistością zamglonej wizji dawno nieotwieranych oczu. Jego kriokomora otwierała się w akompaniamencie sygnałów i komunikatów i nie był to sen. Sylwetka przed komorą powoli nabierała ostrości i właściwych choć nadal astygmatycznych barw, które wygenerować potrafi tylko zajechane życiem ludzkie oko.
Kapitan odetchnął głębiej tworząc przed sobą obłoczki pary wodnej w nadal zziębniętym pomieszczeniu sypialni i poruszył ciałem. Był zmęczony kriosnem. Zawsze był cholernie zmęczony. Niby nic mu nie dolegało. Ani torsje, ani zawroty głowy. Zawsze tak było. Po prostu był wykończony. Zamrugał i rozpoznał Adama. Ledwo dostrzegalnie skinął mu głową. Gałki oczne oficera medycznego drżały prawie niezauważalnie co było charakterystycznym znakiem ściągania danych z komputera przed raportem. Adam nie był specjalnie imponującym syntetykiem. Ale kapitan Hannigan był wielce wdzięczny Kelland za przydzielenie go na stałego członka załogi. Byłby nawet za najstarszy model Doctora Joe od Seegsona. Przy nim jednak Adam był cudem techniki.
Powoli podniósł się z kapsuły zbierając własne myśli i podłączając do swojego “komputera” który opornie i powoli informował go o tym gdzie jest, co tu robi i za co powinien się zabrać. Dopiero teraz poczuł ciężar na kolanach, na których coś się poruszyło.
- Zjeżdżaj Chaplin - mruknął odzywając się pierwszymi słowami. Czasem był pewien, że to przez tego kota tak marnie śpi mimo zapewnień instrukcji kriokomory i techników, że czworonożny towarzysz nie ma wpływu na jakość hipersnu. Ale wiedział, że go nie wyrzuci.Kot chyba podzielał nastrój kapitana, bo poruszał się bardzo niechętnie, a z jego gardzieli dobiegały nieswoiste dźwięki wyrażające całą masę uczuć, od niezadowolenia, poprzez zniecierpliwienie, a na głodzie kończąc. Co przypomniało kapitanowi, że im szybciej wypije kawę i zje śniadanie tym lepiej.
- No już - z trudem wystawił kota na podłogę i wstał na równe nogi.
Mimo początkowego niezadowolenia, zwierzak stanąwszy na łapach, przeciągnął się z budzącą zazdrość lekkością i zaczął kręcić po sypialni zaczynając od otarcia się o nogi oficera medycznego.Pozostałe kabiny były jeszcze w stanie rozbudzania i jarzyły się prawidłowym bursztynowym światłem. Caleb przez chwilę czuł dezorientację patrząc na niestandardową ilość kabin jak dla skromnej załogi Kardashiana, ale ostatecznie pamięć kapitana nieprzyjemnie rozwiała wątpliwości cierpko brzmiącym słowem. P a s a ż e r o w i e.
- Dzień… dzień dobry, Adam - Zawsze zwracał się do oficera medycznego po imiennym akronimie. Szanował preferencje syntetyków do bycia traktowanymi jak sztuczni ludzie, a nie roboty użytkowe. Zdawał sobie sprawę, że właśnie taki odruch ma wywołać celowe nadanie im ludzkich twarzy, ale nie miało to dla niego znaczenia - Jakie ETA do Borodino?
- Tak, kapitanie. Wszystkie funkcje życiowe załogi mieszczą się w akceptowalnych parametrach. Nie wykryłem uszkodzeń kriokomór ani destabilizacji systemów podtrzymywania życia.
Milknie na moment.
Potem pochyla się nieznacznie, jakby nie chciał, by reszta załogi usłyszała kolejne słowa.- ...jednak komputer pokładowy wybudził nas o 78 dni za wcześnie z powodu niezidentyfikowanego sygnału ratunkowego.
Hannigan zamknął na chwilę oczy i westchnął. Każdy kapitan i członek załogi musiał się liczyć z tym co może się wydarzyć, ale statystycznie się nie wydarza. Kosmos był wielki. Przelatujące obok siebie jednostki były rzadkością nawet na popularnych rejsowych i tranzytowych trasach co wynikało z odmiennych trajektorii uzależnionych od niezbędnych asyst grawitacyjnych jakie dawały gwiazdy i mijane planety. Nie wspominając o niemal odludnym odcinku między Gliese, a Borodino. Dlatego każdy kapitan i członek załogi niemal nie brał takiej sytuacji pod uwagę.
- Podaj czas odebrania pierwszego sygnału - powiedział powoli przypominając sobie kodeks kosmiczny - … sygnaturę nadawcy… i częstotliwość. Wojskowa, czy cywilna?
- Pięćdziesiąt siedem minut temu - odpowiedział zwyczajowo uprzejmym tonem Adam - Bardzo słabe źródło sygnału, na niekodowanej częstotliwości służb bądź wojska. Brak aktywnego transpondera, wyłącznie lakoniczna prośba o ratunek.
Android przesuwał swoim wzrokiem po reszcie ludzi, z mniejszym lub większym entuzjazmem próbujących opuścić miejsca, w których spali od ponad dwóch miesięcy.
- Źródło sygnału powinno być w zasięgu sensorów statku, kapitanie - kontynuował syntetyk - Wnioskuję, że to bardzo mały obiekt. Nie posiadam dalszych danych pozwalających na bardziej złożoną analizę sytuacji, musi pan aktywować uruchomienie czujników.
Hannigan mruknął coś pod nosem przyjmując do wiadomości słowa Adama. Android medyczny pomimo swojej elektronicznej inteligencji i szerokiej autonomii działania pozostawał w świetle przepisów Kellanda narzędziem nie posiadającym prawa do przejmowania większości kompetencji żywej załogi i nie mógł uruchomić pełnej aparatury kombajnu bez uprzedniej zgody kapitana.
Jasnowłosa reprezentantka Lasalle stanęła na nogach zaskakująco szybko i jeszcze szybciej wyczuła coś niepokojącego w procesie wybudzania, bo z miejsca ruszyła w stronę Hannigana.
Skinął głową androidowi potwierdzając, że przyjął i zrozumiał, po czym ubiegając korporatkę, której niecierpliwy wyraz twarzy przyprawiał go o ból głowy przypominając odbytą rozmowę w barze na Gliese, odezwał się do załogi:
- Opiekun odebrał sygnał S.O.S. Za pół godziny widzę wszystkich w mesie na odprawie. Panie Kalashnikov, panie O’Collan, 5 minut wcześniej proszę na mostek. Pani Volkov, zdąży pani wykonać diagnostykę anteny? Musimy potwierdzić, czy to nie błąd.
Hannigan mimo iż nie był posuniętym w wieku dinozaurem, prawdopodobnie mnóstwo czasu spędził w kriośnie, bo piastował tradycyjnej formie “panowania” i “paniowania” przy wydawaniu poleceń. Choć odzywanie się po imieniu w mesie, czy w portach przychodziło mu równie łatwo. Ale dzięki temu łatwo było odróżnić polecenia służbowe od zwykłej rozmowy.
-
Delilah le Fey
Kapitan musiał wyczuć zbliżający się sztorm bo zanim zdążyła otworzyć usta by przypomnieć mu o dotrzymywaniu umów i terminów wygłosił krótki komunikat. I nie spodobało jej się to co usłyszała. Wiedziała co oznacza sygnał S.O.S, jakie są procedury gdy statek odbierze wezwanie od jakiegoś rdzewiejącego złomu. Tutaj kończyła się jej dźwignia. Prawo kosmiczne miało w poważaniu jej harmonogram.
Wydęła usta i z irytacją zdmuchnęła z czoła niewidzialny kosmyk włosów. Nie zamierzała pastwić się nad tym człowiekiem przed resztą załogi, ale nie mogła też tak po prostu odpuścić.
-Każda godzina opóźnienia zostanie odliczona od pańskiej premii kapitanie - przypomniała po czym odwróciła się, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
-Proszę się streszczać - rzuciła jeszcze na odchodne.
Miała dokładnie trzydzieści minut, pół godziny, by zdrapać z siebie lepki brud i zamienić ciało w naostrzony skalpel. Ruszyła w kierunku śluzy sanitarnej, obiecując, że jeśli nie dotrze do Borodino na czas wystawi im za to słony rachunek.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się