JOHN I WALTER
Riksze wiozące całą grupę do hotelu ruszają pośpiesznie ulicami Yokohamy. Żadne z was nie doświadczyło nigdy czegoś podobnego. Pojazd ciągnięty przez człowieka wydaje się być czymś pomiędzy taksówką a... wyjątkowo ponurym żartem. Siedząc na niewielkim siedzeniu, podczas gdy przed wami drobnym truchtem biegł ciągnący was mężczyzna, trudno było pozbyć się uczucia niezręczności. Sam i Rosa wyglądali tak, jakby właśnie zobaczyli kogoś, kto rozdeptał małemu dziecku zamek z piasku na plaży. Mruknęli coś o "nieludzkim kapitalizmie" i zdecydowali się iść na pieszo, rzucając gniewne spojrzenia na całą resztę. "Pałkarze" zdawali się jednak nie mieć podobnych rozterek...
No ja pierdolę, że te żółtki samochodu na oczy nie widziały, to się domyślałem, ale że ludzi zamiast koni używają... - zarechotał Biggy, rozsiadając się tak, że jego rikszarz aż obejrzał się na niego z niepokojem. U nas z czarnuchami tak powinni zrobić. Przynajmniej do czegoś się przydadzą...
Tylko jak cię wywali, to będzie twoja wina - mruknął Franny z pewnym niepokojem.
Zamknij japę, Franny, i podziwiaj widoki! - odpowiedział mu beztrosko Biggy. A widoki rzeczywiście były warte uwagi.
Im dalej od portu, Yokohama zaczęła coraz bardziej przypominać miejsce, które mogliście sobie wyobrażać, myśląc o Japonii. Nie dało się tego porównać z żadnym amerykańskim miastem. Ulice były wąskie, budynki dość niskie. Właściwie nie było tu budynków wielopiętrowych, o wieżowcach już nie wspominając. Ren opowiadał wam, że tutejsze budownictwo tak wygląda, ponieważ Japonia bardzo często doświadcza trzęsień ziemi. Nad waszymi głowami wisiały pionowe szyldy pokryte znakami, które wydawały się dla was być niczym skomplikowane wzory, jakieś dzieła sztuki. Co kilka przecznic pojawiały się niewielkie kapliczki, bramy torii albo kamienne posążki, zapewne jakichś bóstw, stojące zwyczajnie pomiędzy sklepami i warsztatami.
Miasto pachniało inaczej. Nie był to smród benzyny i dymu z fabryk, do którego przywykliście w Kalifornii. Tutaj w powietrzu mieszały się zapachy ryb, gotowanego ryżu, węgla drzewnego, herbaty i czegoś słodkiego, czego żadne z was nie potrafiło nazwać. Co chwilę mijaliście uliczne stragany, na których sprzedawcy przygotowywali jedzenie na oczach klientów, nakładając je z wysokich garnków, z których buchała gęsta para. Gdzieś obok starsza kobieta sprzedawała wachlarze, a kilka metrów dalej mały chłopiec siedział na małym dywaniku na ziemi i naprawiał sandały ludziom, którzy podeszli.
Wielu przechodniów odwracało głowy w waszym kierunku. Patrzyli zwłaszcza na Biggy'ego. Trudno było się dziwić - nawet w Ameryce był człowiekiem zwracającym uwagę, ale tutaj... musiał wyglądać zupełnie jak przybysz z innej planety. Zwróciliście uwagę też na to, że było tu niepokojąco dużo ludzi w mundurach. Pojawiali się właściwie wszędzie, niemal na każdej ulicy, idąc w kilkuosobowych grupach. Co prawda nie zachowywali się w żaden sposób agresywnie, ale ich obecność była stała i oczywista. Ludzie reagowali na nich dość odruchowo, bez słowa ustępując im z drogi i kłaniając się nisko.
Minęliście również szkołę, do której właśnie szła prowadzona przez starszą kobietę grupka dzieci. Recytowali jakiś wierszyk, a kiedy obok nich pojawiła się grupka żołnierzy, wszyscy natychmiast zesztywnieli. Dla większości z was wyglądało to niewinnie, ale Walter, który był na froncie Wielkiej Wojny i widział już podobne obrazki, przeżył niespodziewane deja vu.
W końcu zabudowa zaczęła się zmieniać. Coraz gęściej pojawiały się budynki w stylu zachodnim, z szerokimi oknami, ceglanymi elewacjami i szyldami w języku angielskim, niemieckim i francuskim.
No, kurwa, wreszcie cywilizacja! - oznajmił Biggy z ulgą.
Powiedział człowiek, który parę chwil temu próbował gwizdnąć ośmiornicę od ulicznego handlarza... - odpowiedział mu Franny.
Bo wyglądała zajebiście! - zaśmiał się Biggy.
Riksze zwolniły, a przed wami piętrzył się hotel. Dość wysoki jak na tutejsze standardy budynek z jasnej cegły i kamienia wyróżniał się z okolicznej zabudowy. Nad wejściem wisiał elegancki szyld z napisem zarówno po angielsku, jak i po japońsku (dzięki czemu każdy z obecnych zdobywa +k10 japońskiego). Przed drzwiami stał portier w eleganckim i idealnie skrojonym mundurze, który powitał was na wejściu po angielsku.
Dzień dobry, mieli państwo rezerwację? - spytał, kłaniając się.
Tak, tak... - odpowiedział profesor, grzebiąc w kieszeniach, aż w końcu wyjął z niej małą karteczkę i podał portierowi. Ten spojrzał na nią, kiwnął głową i uśmiechnął się. - Zapraszam - otworzył drzwi.
Ja pierdolę... - wydyszał jakby z lekkim niedowierzaniem Biggy, stojąc nadal na środku ulicy.
Co? - spytał Franny.
Chyba pierwszy raz w życiu będę spał gdzieś, gdzie nie ma szczurów...
Jeszcze nie widziałeś pokoju, więc nie ciesz się za szybko - odrzekł Red.
Właśnie dlatego powiedziałem "chyba"...
Franny prychnął pod nosem.
Podobno w takich miejscach dają darmowe ręczniki. Jeśli będą też tutaj, to zabieram dwa...
Tylko dwa? - spytał Biggy, z wyczuwalną pewną kpiną w głosie.
Nie jestem zachłanny - odpowiedział spokojnie Franny.
Przekroczyliście próg hotelu i niemal natychmiast poczuliście się nieswojo: wysoki sufit, polerowana drewniana podłoga, miękki dywan, mosiężne lampki, wiszące lustra, zapach palonej kawy i drogich cygar... Wszystko to wydawało się dla was, prostych ludzi z Kalifornii lub Alaski, czymś jeszcze bardziej egzotycznym, niż sama Japonia. Nawet Sam i Rosa, kiedy was dogonili, wydawali się być mniej pewni siebie, niż zwykle.
I oto kolejny przejaw kultury kapitalizmu, lub raczej jej braku. Bogacze opływają w luksusy, popalając cygara, a biedni muszą ciągnąć riksze... - Rosa nie mogła się powstrzymać od komentarza. Razem z Samem i trochę zagubionym Natem stanęli na progu i stwierdzili, że nie spędzą nocy w takim miejscu.
Ale to wszystko jest już opłacone! - zdenerwował się Chance.
Trudno - odpowiedział stanowczo Sam. - To twój problem, jeśli wolisz wydawać pieniądze na wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Ale my nie weźmiemy w tym udziału. Będziemy spać na ulicy lub w noclegowni, gdziekolwiek gdzie nie będziemy przez to wspierać wyzysku.
I wyszli. Chance stał przez chwilę w miejscu, wpatrzony w drzwi, którymi trzasnął Sam, ale w końcu wzruszył ramionami. On jeden zresztą zdawał się nie być nijak speszony tym miejscem. Podszedł do recepcji i w kilka minut załatwił formalności.
No dobrze, moi drodzy - powiedział wyraźnie ucieszony. - Pokoje są gotowe - odrzekł i przystąpił do rozdawania kluczy. - Wszystkie dwuosobowe. Panienki oczywiście razem, dam im klucze później. Panie Carter, proszę klucz, będzie pan z panem Watanabe, kiedy ten wróci. Pan Murdock... z panem... Frannym? A pan Red z panem Biggym.
O nie, kurwa! - wysyczał Biggy.
Co "nie"? - zdenerwował się Red.
Bo będziesz chrapał!
Ja nie chrapię!
Jak to, kurwa, nie? Chrapiesz jak silnik tamtego statku! - wyglądali, jakby zaraz mieli się pobić.
No dobrze, dobrze, to niech będzie pan Ticky z panem Biggym, a pan Red ze mną. Może być? - starał się uspokoić sytuację Chance. Ci tylko spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. - Doskonale! No, to rozgośćcie się, odpocznijcie, umyjcie się i nie zapomnijcie o tym, że wieczorem idziemy na przyjęcie! No, a ponieważ udało mi się wynegocjować zwrot za tamtą trójkę - oznajmił z dumą - proponuję, żebyśmy spotkali się za godzinę lub dwie na lunchu. Tu, w hotelowej restauracji. Posiedzimy sobie, zagramy w karty, a wieczorem przyjęcie. A jutro... wrócimy do poszukiwania Nakamury - uśmiechnął się szeroko i odszedł w kierunku pokoju, najwidoczniej przekonany, że właśnie rozwiązał wszystkie problemy.
REN
Podczas gdy reszta grupy udała się do hotelu lub na zakupy, Ren postanowił na chwilę odłączyć się od pozostałych. W przeciwieństwie do większości towarzyszy nie czuł się tutaj zagubiony, wręcz przeciwnie - po raz pierwszy od lat czuł się jak w domu. Niemniej, Jokohama była nieco inna, niż ją zapamiętał. Z jednej strony pełna dźwięków i zapachów z dzieciństwa, z drugiej - bardziej zatłoczona i nerwowa. Na wielu budynkach wisiały flagi, na ulicach widział mnóstwo żołnierzy. Miasto żyło swoim rytmem, ale oprócz tego było w nim coś jeszcze. Coś nieco bardziej obcego.
Najpierw jednak należało się zająć sprawami praktycznymi. Amerykańskie dolary były tutaj użyteczne tylko w określonych miejscach i określonych kręgach. A jeśli grupa miała spędzić w Japonii więcej niż kilka godzin, potrzebowała jenów. A skoro i tak musiał znaleźć kantor, być może przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej.
Profesor Chance najwyraźniej zamierzał szukać Kazuo Nakamury, pokazując jego fotografię przypadkowym przechodniom. Ren podejrzewał, że istnieją skuteczniejsze metody. Poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w głąb miasta, pozostawiając za sobą hotel, grupę i ich coraz bardziej chaotyczną ekspedycję. Przed nim rozciągała się Jokohama — ogromna, głośna i pełna ludzi. A gdzieś pośród nich być może znajdował się pierwszy ślad prowadzący do człowieka, którego szukali.
możesz napisać, w takim razie będą dwa równoległe wątki