@Garanil zawsze ktoś może się wykruszyć
Gordian
Posty
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych -
Warhammer - Ścieżki przeklętychMam komplet, rekrutacja zamknięta, dziękuję
-
Warhammer - Ścieżki przeklętychKarty postaci i wszelkie inne sprawy istotne poproszę na priv, tu jest bardzo łatwo pominąć. Podobnie zgłoszenia. Gubię się już w tych waszych dyskusjach mechaniczno-uniwersowych, więc na listę wpisuję tylko tych, którzy napisali do mnie na priv.
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych@silentsuicide wcale nie jest duże, większość piszących tutaj to fanatycy uniwersum dyskutujący o totalnie nieistotnych dla samej kampanii szczegółach

-
Warhammer - Ścieżki przeklętychDobrze, to ja chcę rozwiać wszelkie wątpliwości - fakt służby w armii imperialnej nie ma najmniejszego znaczenia dla przebiegu samej kampanii, jest jedynie wymyślonym przeze mnie hakiem fabularnym, który miał służyć dwóm rzeczom: zawiązaniu drużyny i logicznym uzasadnieniu zaangażowania BG w wydarzenia rozpoczynające kampanię. I dobrze, niech będzie 1500 pd do rozdania na początek, już edytuję pierwszy post.
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych@Ketharian dobrze, przemyślę to
o ile w ogóle będą jacyś chętni, bo na razie kiepsko. A do prologu przystępujecie jako żołnierze zdemobilizowani. -
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze@kaworu jeśli będziesz chciał czytać ten napis na masce, to możesz od razu rzucić na japoński. Porażka będzie oznaczała, że musisz poświęcić temu więcej czasu w dogodnych warunkach. Po prostu ten tekst zapisany jest bardzo starą, archaiczną japońszczyzną i Eleonora niekoniecznie musi ten język ot tak umieć tłumaczyć.
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu]WALTER, VIOLET I ELEONORA
Madame Beaumont ostrożnie wzięła maskę z rąk Waltera i przyjrzała się czerwonym znakom znajdującym się na jej wewnętrznej stronie.
Hmm... - zmarszczyła lekko brwi. - Nie przypominam sobie, żeby handlarz wspominał o czymś takim...
Nie zdążyła jednak wyjaśnić, czego handlarz jej nie wyjaśnił, bo w tej chwili zahaczyła udem o krawędź biurka, a jej ręka z kieliszkiem pełnym armagnaku przechyliła się. Bursztynowy płyn rozlał się szeroką smugą prosto na spodnie inżyniera.
Mon Dieu! - wykrzyknęła Beaumont. - Panie Walterze, strasznie pana przepraszam... - choć jej twarz na to nieszczególnie wskazywała, bo zaniosła się chichotem. - Proszę się nie ruszać, coś na to zaradzę...
Nie czekając na odpowiedź, odłożyła pusty kieliszek i niemal odruchowo uklękła przed nim. Wzięła niewielką, haftowaną chusteczkę, którą trzymała w małej kieszeni jej sukienki, i zaczęła energicznie osuszać nią plamę na nogawce spodni, mrucząc pod nosem kolejne melodyjne francuskie zwroty, zabarwione dodatkowo mrukliwym głosem osoby pod wpływem alkoholu.
I w tej właśnie chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. Madame najwidoczniej go nie usłyszała, bo nie zareagowała. Podobnie Walter, stojący tyłem do drzwi. Wobec braku odpowiedzi, Violet i Eleonora uchyliły je lekko i weszły do pomieszczenia.
Zastały w nim Waltera, stojącego tyłem do nich, oraz klęczącą przed nim madame, która wykonywała energiczne ruchy ręką w okolicy krocza inżyniera, do tego mamroczącą pod nosem coś po francusku. Madame dopiero po chwili zdała sobie sprawę z nowych gości. Trudno było powiedzieć, czy zdaje sobie sprawę z tego jak ta scena musi wyglądać z perspektywy osób, które dopiero weszły do pomieszczenia...
Czy panienki czegoś potrzebują? - spytała, zerkając na nie swoim figlarnym wzrokiem, nie przerywając pracy nad spodniami Waltera, który dopiero w tej chwili zorientował się, że ktoś wszedł do pokoju.REN
Opuszczając urząd, Ren spojrzał jeszcze raz na kawałek kartki spoczywający w jego dłoni. Klub Kurohane. Nazwy tej nie kojarzył. Nie było też żadnych innych informacji, poza adresem tego miejsca. Musiał wrócić do dzielnicy portowej.
Im bardziej Ren się do niej zbliżał, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Szerokie ulice ustępowały miejsca gęstszej zabudowie magazynów, składów i warsztatów. W powietrzu unosił się zapach smoły, soli, ryb oraz mokrych lin okrętowych. Co chwilę mijał marynarzy schodzących ze statków pod obcymi banderami, robotników pchających ciężkie wózki z towarem i riksze przeciskające się pomiędzy pieszymi. Nieco dalej port przechodził jednak w zupełnie inną dzielnicę.
Zamiast magazynów pojawiły się niewielkie restauracje, herbaciarnie i lokale z kolorowymi szyldami. Nad ulicami wisiały lampiony, mimo że słońce wciąż znajdowało się wysoko. Z wnętrza jednego z budynków dobiegały dźwięki saksofonu i fortepianu. Kilka kobiet w zachodnich sukniach śmiało się przy wejściu, podczas gdy elegancko ubrani mężczyźni prowadzili ożywione rozmowy po japońsku, angielsku i chińsku. Adres się zgadzał. Na ciemnym, lakierowanym szyldzie Ren spostrzegł napis Klub Kurohane.
Budynek wyglądał na dość elegancki lokal. Przy wejściu portier w skrojonym garniturze kłaniał się lekko każdemu, kto wchodził do środka. Tam zaś panował półmrok. Powietrze było ciężkie od zapachu tytoniu, perfum i świeżo mielonej kawy. Gdzieś z głębi sali cicho sączył się jazz, choć w tym momencie scena była pusta, a muzyka dobiegała z gramofonu. Większość stolików była zajęta, choć lokal nie sprawiał wrażenia zatłoczonego. Kilku marynarzy grało w karty, dwóch europejskich kupców prowadziło cichą rozmowę nad filiżankami kawy, a w głębi sali trzech starszych Japończyków rozgrywało partię go z takim skupieniem, jakby od wyniku zależało ich życie.
Po lewej stronie znajdował się długi bar z rzędami zachodnich alkoholi ustawionych na półkach. Za nim pracował barman o kamiennej twarzy. Po prawej stronie kilka szerokich schodów prowadziło na antresolę z balkonem. Tam ustawiono ciężkie drewniane drzwi z matowymi szybami. Co jakiś czas znikał za nimi któryś z gości, aby po chwili wrócić. Ren zauważył również jeszcze jedne drzwi. Niepozorne, niemal ukryte za ozdobnym parawanem przedstawiającym stado kruków unoszących się nad górskim krajobrazem. Od czasu do czasu któryś z kelnerów przechodził przez nie z tacą, lecz żaden z gości nawet nie próbował się tam kierować.
Nikt zdawał się nie zwracać na Rena najmniejszej uwagi. Tak się przynajmniej wydawało...JOHN
Oczywiście! - Japończyk skinął głową i podszedł do ciężkich drzwi urzędu. Kilkakrotnie zastukał drewnianą kołatką zawieszoną obok wejścia. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach za mlecznym szkłem zamajaczyła sylwetka człowieka z lampą oliwną i rozległ się zgrzyt rozszerzających się drzwi.
W szczelinie pojawiła się twarz starszego mężczyzny w okrągłych okularach. Spojrzał na młodzieńca, potem na resztę. Rozmawiali chwilę po japońsku, czego John i "pałkarze" nie byli w stanie do końca zrozumieć. Ton pozostawał spokojny, choć po kilku zdaniach starzec wyraźnie spoważniał. Rozmowa trwała może ze dwie minuty. W końcu urzędnik westchnął, kiwnął głową z krótkim sayonara i zamknął drzwi. Przewodnik odwrócił się do Johna.
Powiedział, że wspomniany człowiek był tu dzisiaj w południe. Rozmawiał z kierownikiem wydziału i wyszedł w towarzystwie dwóch policjantów... - powiedział spokojnie Japończyk. - Chce pan iść na policję, panie Carter? Czy ma pan inny plan? -
Warhammer - Ścieżki przeklętych@Gladin To umiejętności już sobie każdy dobierze wedle woli przy tworzeniu postaci, ja tutaj niczego nie narzucam. A nad PD mogę się zastanowić jeszcze.
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych@Wired Zakładam, że każdy ma jakieś przeszkolenie bojowe mimo wszystko. Myślę, że akurat wątek służby w imperialnej armii w tej kampanii ma tak podrzędne znaczenie, że nie ma co się nad tym roztkliwiać. To po prostu fabularny hak, żeby połączyć drużynę i "ulogicznić" jej udział w tej akurat kampanii. A jak to zinterpretujecie, wasza wola.
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych@Wired Krasnoludy wydaje mi się, że przynajmniej jako "sojusznicy" w rozumieniu rzymskim tak. Co do elfów i niziołków... no dobra, może faktycznie dałem za dużą swobodę, bo zaraz mi się mnóstwo żartownisiów znajdzie i domyślny mystery horror szlag trafi xD Podobnie z profesjami - dowolnie, ale w granicach rozsądku. Po prostu zakładam, że w obliczu czegoś takiego jak Burza Chaosu niespecjalnie oglądano by się na to, kto jaki zawód wykonuje, i zmobilizowani zostaliby wszyscy. Wiem, że realistycznie to tak nie wygląda, ale cmon, to quasi-renesansowe fantasy xD A co do pedeków, to napisałem, że postacie mogą być na drugim poziomie profesji.
-
Warhammer - Ścieżki przeklętych@Ketharian jasne, sorry, zaraz zrobię edit
-
Warhammer - Ścieżki przeklętychWarhammer - Ścieżki przeklętych

Siły Chaosu powoli ustępują. Wielka armia Archeona została rozbita pod Middenheim. Niedobitki plugawych istot kryją się jeszcze w mrocznych lasach Middenlandu, jednak armia imperialna systematycznie likwiduje ostatnie obozy najeźdźców. W powietrzu wyraźnie wyczuwalna jest woń triumfu. Chaos jednak nie zamierza tak łatwo złożyć broni, a zagrożenie tym razem nadejdzie z najmniej spodziewanej strony.
***
Zagramy w trzyczęściową kampanię do drugiej edycji Warhammera. Gramy w jej domyślnym settingu, to znaczy zaraz po Burzy Chaosu. Nie jest wymagana znajomość świata, bardziej konwencja tej gry - z uniwersum chętnie pomogę. Początkowe postacie mogą być rasy i profesji dowolnej (aczkolwiek jakby ktoś chciał grać akolitą lub kapłanem Ulryka lub przynajmniej ulrykaninem, mogłoby być ciekawie xD), na pierwszym lub ewentualnie drugim poziomie profesji (1500 pd do rozdania na początek). Ta kampania to taki miszmasz wszystkich możliwych rzeczy: trochę walki, trochę eksploracji, trochę śledztwa, trochę intrygi, właściwie to po trochu wszystkiego. Założenie jest takie, że na początku wojny zostaliście wcieleni do armii imperialnej i ruszyliście w kierunku sił Chaosu, jednak graf Boris Todbrigen z Middenheim poradził sobie z Archeonem jeszcze zanim zdążyliście tam dotrzeć. Armia została rozpuszczona i teoretycznie możecie wrócić do domu, ale jest jednak coś, co każe wam zostać. Co? A to się już przekonacie... Zaczynać będziemy w małej wiosce w Middenlandzie, na brzegu Drakwaldu, gdzie rozbiliście swój obóz. Zakładam, że się już znacie, a przynajmniej połączył was ów krótki epizod w armii. Chciałbym też zauważyć, że ta kampania ma już swoje lata i w czasach, w których powstała, nie zawracano sobie głowy czymś tak przyziemnym jak "motywacja bohaterów", wychodząc z założenia, że są oni bohaterami i właśnie z tego powodu rzucają się w wir przygody.
ZGŁOSZENIA TYLKO NA PRIV!!!
Podsumowanie
- System: Warhammer, domyślnie 2ed, ale osobiście wolałbym prowadzić to na czymś prostszym. Zwłaszcza sesje pisane, gdzie jeśli dojdzie do walki, mogą się one ciągnąć w nieskończoność. Więc najprawdopodobniej będziemy rozgrywać je prostymi rzutami i narracyjnie (hit=zabity), poza walkami z bossami, które rozgrywamy z pełnymi zasadami. Wiem, że to może trochę zabić to, co tygryski w starym, dobrym młotku lubią najbardziej, czyli bardzo wysoki poziom trudności, ale trudno - nie wyobrażam sobie prowadzić każdej walki z pełnymi zasadami. Chyba, że ma ktoś jakiś lepszy pomysł, wtedy wysłucham i zdecyduję.
- Ilość graczy: 3-5
- Kryteria przyjęcia graczy: Kto pierwszy, ten lepszy. Liczy się jednak nie samo zgłoszenie, ale zaakceptowanie przeze mnie karty postaci. Jeśli ktoś nie potrafi - piszcie, pomogę, choć w internecie jest tyle poradników i generatorów, nawet jak ktoś nie ma podręcznika, że idzie się o to potknąć. Polecam użyć tej z uwagi na wypisane wszystkie zdolności wraz z ich efektami.
- Platforma: forum
- Częstotliwość odpisów: Nie chcę wyznaczać sztywnych granic, bo i tak później życie wszystko weryfikuje. Ale jeśli nie pojawi się odpis przez dwa tygodnie, zacznę drążyć i zastrzegam sobie wówczas prawo do usunięcia z gry.
- Dokumenty Google: Raczej nie, chyba że zdecydujemy się trzymać tam karty postaci.
- Użycie AI: Jest to dla mnie okej, tylko pilnujcie proszę jakości tego tekstu, bo chatgpt lubi czasem np. zrobić angielskie wstawki. Generalnie proszę o zachowanie pewnej dozy poprawności językowej, więc jeśli ktoś ma z tym problem, lepiej już skorzystać z AI.
- Przewidywana długość sesji: Nie wiem, trudno mi przewidzieć, ale długo. Prowadziłem na żywo tylko pierwszą część i było to około 8-10 sesji.
- Termin zakończenia rekrutacji: Koniec lipca lub wyczerpanie limitu graczy.
Aktualny stan rekrutacji:
- Dekameron
- Silentsuicide
- Kynikos
- Ketharian
- Piołun
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze@Ketharian spokojnie możesz to napisać w fabularce xd
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarzeWłaśnie miałem o tym pisać. @lubesz, raczej nie mogłeś na niego wpaść. Ich akcja w tym momencie dzieje się jakieś kilka godzin po twojej. U ciebie jest ciągle około południa, a u nich już późny wieczór. Masz właściwie cały dzień na samodzielne działanie, podczas którego możesz prowadzić śledztwo, a oni będą podążać twoim śladem.
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu]REN
Ren wszedł do chłodnego wnętrza urzędu, odcinając się od dźwięku ulicy ciężkimi, drewnianymi drzwiami. W środku panował charakterystyczny dla administracji porządek: długie rzędy drewnianych ławek, wysokie lady oddzielające petentów od urzędników i ściany niemal całkowicie pokryte tablicami zapisanymi pionowymi rzędami znaków. Powietrze pachniało tuszem, papierem i wilgotnym drewnem. Gdzieś z głębi pomieszczenia dochodził jednostajny stukot pieczątek oraz ciche szuranie pędzelka po papierze. Urzędnik siedzący przy okienku podniósł znad niego wzrok dopiero wtedy, kiedy Ren się odezwał.
Oczywiście - odpowiedział automatycznie urzędnik, kiwając głową. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. Sięgnął po niewielką kartkę, zamoczył pędzelek w atramencie i starannym pismem zanotował nazwisko. Następnie odwrócił się do stojących za nim wysokich szaf wypełnionych setkami szuflad. Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było jedynie szelest kartotek. Ren obserwował, jak urzędnik przesuwa kolejne przegródki, wyciąga jedną kartkę, po czym ją odkłada i sięga po następną.
W końcu zatrzymał się. Wyciągnął jedną z kart i zaczął ją czytać. I wówczas jego twarz zastygła w bezruchu. Trwało to może ułamek sekundy, było jednak wyraźnie zauważalne. Jego oczy przesunęły się jeszcze raz powoli po dokumencie, a potem spojrzały na Rena.
Proszę wybaczyć... - powiedział cicho urzędnik, a strużka potu spłynęła wolno po jego czole - ...ale muszę to skonsultować z przełożonym.
Skłonił się lekko i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, zabierając ze sobą kartkę. Ren został sam. Minęła minuta, potem druga, a potem następne dziesięć. W poczekalni nadal panował taki sam spokój, który jednak teraz stał się złowrogą ciszą. Starsza kobieta cierpliwie czekała przy sąsiednim okienku, gdzie indziej jakiś mężczyzna podpisywał dokumenty. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko dlaczego wszystko jest tak zwyczajne i rutynowe, kiedy Renowi serce zaczęło bić coraz mocniej? Minuty wlokły się niczym godziny. Zegar na ścianie tykał, a jego cosekundowy szelest był niemal równy z co trzecim uderzeniem serca Rena.
Po jakimś czasie drzwi wejściowe otworzyły się. Do środka weszło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Niemal w tym samym momencie w drzwiach, w których wcześniej zniknął urzędnik, pojawił się starszy mężczyzna w garniturze, trzymając w ręku kartę meldunkową.
Panie Watanabe - zaczął, poprzedzając to ukłonem w kierunku Rena. - Czy byłby pan uprzejmy poświęcić nam jeszcze kilka minut? Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem... - powiedział spokojnie, a dwóch funkcjonariuszy po chwili stało już po obu stronach Rena.
Odprowadzili go do niewielkiego gabinetu znajdującego się na zapleczu urzędu. Było ono skromne, ale urządzone z pedantyczną wręcz dokładnością: drewniane biurko stało idealnie równolegle do ściany, na nim leżał jedynie kałamarz, pędzel, kilka teczek i niewielka flaga Cesarstwa Japonii, a za biurkiem na ścianie wisiały portrety cesarza Hirohito i generała Hideki Tojo. Za oknem widać było fragment ulicy i przechodzących ludzi, jednak szyby były matowe, przez co wszystko wyglądało jak za mgłą.
Proszę sobie usiąść, panie Watanabe - urzędnik wskazał Renowi fotel naprzeciwko biurka, a sam zajął miejsce przy nim. Po obu stronach Rena stanęli policjanci. Mężczyzna zaczął przeglądać kartę meldunkową, przez dłuższą chwilę nie odzywając się ani słowem, przedłużając tym samym złowrogą ciszę.
Nazywam się Hiroshi Saito. Kieruję tym wydziałem - skłonił lekko głowę, po czym wziął do ręki pędzelek i zaczął wypytywać Rena o jego dane osobowe. Słuchał, wszystko skrupulatnie notując. W końcu zaczął zadawać niemal maszynowo kolejne pytania i notując odpowiedzi Rena:
Dlaczego poszukuje pan pana Kazuo Nakamury?
Czy ma pan z nim umówione spotkanie?
Korespondował pan z nim?
Czy pan Nakamura wie, że go pan poszukuje?
W końcu, po sporządzeniu chyba czegoś w rodzaju protokołu z przesłuchania, spojrzał Renowi w oczy, odrywając wzrok od kartki, i powiedział z lekką nutką ironii w głosie:
To bardzo ciekawe, wie pan? Bo według naszych rejestrów pan Kazuo Nakamura od ponad roku nie mieszka pod żadnym z adresów, pod którymi był zameldowany. Oficjalnie wyprowadził się bez podawania nowego miejsca pobytu. Czy może mi pan powiedzieć skąd zna pan to nazwisko? - to ostatnie pytanie padło nieco ostrzej, niż poprzednie. Saito siedział przez chwilę nieruchomo, po czym nieznacznie się uśmiechnął. Wstał, podszedł do okna i spojrzał w nie, a po chwili zaczął mówić do Rena patrząc na niego podczas przechadzania się po całym gabinecie.
Panie Watanabe, proszę pozwolić udzielić sobie pewnej rady. Jest pan Japończykiem, prawda? Na to wskazuje pańskie nazwisko i akcent. Zna pan realia naszego kraju znacznie lepiej, niż pana amerykańscy towarzysze - na te słowa Renowi aż mocniej zabiło serce. Skąd ten człowiek wie skąd i z kim Ren przybył? Skąd wie, że są oni Amerykanami, choć Chance załatwił im fałszywe australijskie paszporty, do których Ren jako prawnik nie znalazł żadnych zastrzeżeń? - Dlatego proszę wyjaśnić im, że nazwisko pana Nakamury nigdy więcej nie powinno już padać publicznie. To nazwisko... sprowadza na pewnych ludzi niepotrzebne zainteresowanie. Oczywiście nie mogę zabronić państwu prowadzenia jakichkolwiek badań, Japonia jest państwem prawa. Mam jednak nadzieję, że nie będzie pan zmuszał mnie do ponownego spotkania z panem - Saito uśmiechnął się i dał znak funkcjonariuszom, by ci wyprowadzili Rena na zewnątrz.
Zegar wiszący na ścianie wskazywał na to, że cały pobyt Rena w urzędzie trwał nieco tylko ponad pół godziny. Jednak dla Rena była to niemal cała wieczność.
Kiedy policjanci wyprowadzili go na zewnątrz, jeden z nich jakby mimochodem wepchnął Renowi coś w rękę. Kiedy prawnik spojrzał na niego, funkcjonariusz mrugnął do niego okiem. W ręku Rena znajdowała się jakaś wizytówka mówiąca Klub Kurohane wraz z adresem w dzielnicy portowej Jokohamy.ELEONORA I VIOLET
Dwaj starsi dżentelmeni przerwali rozmowę i spojrzeli na Eleonorę z pewnym zaskoczeniem.
Madame Beaumont? - powtórzył jeden z nich z brytyjskim akcentem. - Obawiam się, że przed chwilą opuściła salę.
Z jednym z pańskich towarzyszy! - rzucił z lekkim uśmiechem drugi. - Z tym... lekko gburowatym, z przystrzyżonym wąsem - obaj wymienili krótkie spojrzenia i roześmiali się cicho.
W tej samej chwili przez salę przeszła Violet. Rozejrzała się uważnie po sali, aż w końcu złapała wzrokiem Eleonorę.WALTER
Ręka madame już kierowała się do jej dekoltu, który najwyraźniej zamierzała rozszerzyć jeszcze bardziej. Wydawała się nieco zawiedziona brakiem okazania jej uwagi przez Waltera. Pociągnęła jednak kolejny łyk armagnaku ze swojego kieliszka, usiadłszy na łóżku, po czym odpowiedziała:
Maski... - wyszeptała cicho, poprawiając swoją sukienkę. - Dlaczego je zbieram? Bo każda z nich jest opowieścią o tym, kim człowiek chciałby zostać. Służyły one ludziom właściwie od zawsze, i służą do dzisiaj. Kapłan chce być bardziej mistyczny, wojownik bardziej przerażający, i to wszystko ma swoje odzwierciedlenie w maskach - wstała, odstawiła pusty kieliszek i wskazała dłonią gablotę stojącą parę kroków od łóżka. - A tamta... tamta jest moją ulubioną - powiedziała z uśmiechem, pokazując na maskę, na którą Walter zwrócił uwagę. - Pochodzi z Mandżurii. Zdobyłam ją zaledwie kilka dni temu od jakiegoś weterana. Twierdził, że jest przeklęta... - zaśmiała się cicho. - Handlarze zawsze dodają do swoich trofeów takie historie, wtedy mogą sprzedać je drożej. Ale od weteranów zawsze można kupić coś ciekawego. Często sprzedają bezcenne artefakty, które zdobyli na wojnie, za bezcen. Nie zdają sobie sprawy z ich wartości, a często są inwalidami bez środków do życia i chcą się tego jak najszybciej pozbyć - znów się zaśmiała. Szła przez pokój lekko się chwiejąc, przysiadając na biurku, na którym leżała zniszczona paczka po masce z mnóstwem kartek zapisanych pionowo azjatyckimi znakami. - Ale jeśli to tak pana interesuje, to proszę podejść i obejrzeć. Może pańskie inżynierskie oko wychwyci tu coś ciekawego...
możesz rzucić na spostrzegawczość i/lub okultyzmJOHN
Młody Japończyk wysłuchał Johna uważnie, od czasu do czasu tylko przytakując.
Rozumiem. Jeśli pan Watanabe rzeczywiście wybrał się do urzędu meldunkowego, wiem o którym miejscu pan mówi. O tej porze urząd jest już, oczywiście, zamknięty, ale możemy zacząć właśnie tam. Być może ktoś chociaż coś widział. Chyba, że ma pan inny pomysł, w końcu pan tu dowodzi - powiedział dość poważnym tonem. - A jeśli chodzi o angielski, to urodziłem się w Londynie. Mój ojciec pracował tam przez jakiś czas. Był jednym z oficerów wysłanych na szkolenie do Wielkiej Brytanii. Zawsze mi powtarzał, że Japonia musi nauczyć się rozmawiać z zachodem.
Drużyna Johna opuściła posesję madame Beaumont, zostawiając za plecami ciepłe światło lampionów i gwar eleganckiego przyjęcia. Już po kilkudziesięciu metrach wszystko wydawało się zupełnie inne. Szerokie aleje dzielnicy cudzoziemskiej ustąpiły miejsca węższym uliczkom, gdzie drewniane domy stały niemal ściana w ścianę, a światło papierowych lamp odbijało się w mokrym bruku. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu morza, ryb, gotowanego ryżu i dymu z węgla drzewnego.
Ku zaskoczeniu Johna, "pałkarze" przez pierwsze kilka minut zachowywali się zadziwiająco spokojnie. Aż za spokojnie. Biggy oglądał wystawy sklepików, jakby zastanawiał się ile mógłby zarobić na przemycie tych leżących na nich przedmiotów. Franny rozglądał się znacznie uważniej.
Ci policjanci jakby... bardziej prosto od naszych chodzili - mruknął, kiedy minęli patrol dwóch żandarmów.
Bo to Japonia, geniuszu - parsknął Red. - Tu nawet złodzieje mają swój kodeks honorowy. Nie to co u nas. Własną rodzinę by ojebali, kutasy złamane, nie mówiąc już o sąsiadach i kolegach...
Ticky zachichotał, choć najwidoczniej nie do końca zrozumiał żart. Młody Japończyk w końcu odezwał się do nich:
Prosiłbym szanownych panów o bycie nieco ciszej - na te słowa "pałkarze" spojrzeli się na niego z pewnym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Może dlatego, że nie przywykli do tego, żeby jakiś gołowąs wydawał im polecenia, a może dlatego, że nie wiedzieli, że można się do nich zwracać tak uprzejmie.
No przecież kurwa jestem cicho! - Biggy rozłożył ręce.
To zapewne właśnie dlatego słyszałem pana z trzydziestu metrów... - odpowiedział spokojnie Japończyk.
Mówiłem ci... - parsknął Red, kiedy skończył rechotać.
Minęli grupkę małych dzieci, idących równymi dwoma rzędami, ubranych w miniaturowe mundury wojskowe i trzymających lampiony. Prowadziła ich jakaś kobieta, bez munduru, ale z miną wskazującą na wychowanie w wojskowym drylu. Dzieci recytowały jakiś wierszyk, którego nikt nie rozumiał. Młody Japończyk nie przetłumaczył im go, chyba aż tak dobrze po angielsku nie mówił, żeby tłumaczyć lirykę, powiedział jednak:
Jeszcze kilka lat temu czegoś takiego nie było... - westchnął. - Ale czasy się zmieniają. Teraz coraz częściej uczy się dzieci podobnych rzeczy...
A o czym to było? - zapytał Red. Przewodnik znowu westchnął.
O cesarzu, o armii, o tym że dzieci muszą jak najszybciej dorosnąć, żeby służyć swojemu krajowi i budować japońskie imperium... - zasmucił się nieco. - Jeszcze niedawno słychać było wierszyki i piosenki o porach roku, o kwiatach kwitnącej wiśni albo o bohaterach dawnych legend. Teraz... coraz częściej wyglądają one właśnie tak - spojrzał na odchodzące w oddali dzieci. - W Japonii teraz wielu ludzi uważa, że "nadchodzą wielkie czasy". A wielkie czasy wymagają odpowiedniego wychowania... - nie powiedział już nic więcej. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, bo nawet "pałkarze" chyba nie byli w stanie znaleźć odpowiednio głupiego żartu.
W końcu dotarli do szerokiego placu przed budynkiem urzędu meldunkowego. O tej porze był już zamknięty. W większości okien panowała ciemność, jedynie gdzieś na piętrze paliła się pojedyncza lampa, jakby ktoś kończył jeszcze pracę.
Jesteśmy na miejscu - powiedział przewodnik. - Zatem jakie plany teraz?
możesz rzucić na spostrzegawczość, jeśli chcesz szukać jakichś śladów, lub na cokolwiek co przyjdzie ci do głowy i będzie zgodne z twoim pomysłem na działanie -
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze@ketharian już założę, że John powiedział przewodnikowi, że Ren poszedł do urzędu, bo inaczej to będzie za długo trwało
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarzewybaczcie, ale trochę mnie już irytuje konieczność ciągłego pamiętania o francuskim akcencie madame i dostosowywania stylu, więc kolejne posty będę już pisał normalnie xD dzisiaj powinienem coś skleić, a jak nie dzisiaj, to jutro
-
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarzewygląda mniej więcej tak
(sorry, nie umiem przez telefon wstawić inaczej, a nie mam w tej chwili dostępu do komputera) -
Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze@Ketharian trochę stoi, bo z góry założyliście (błędnie zresztą), że to maska Cthulhu
jak wrócę do domu, to podeślę wam jak ona mniej więcej wygląda