JOHN
John podszedł bliżej czwórki podejrzanie wyglądających mężczyzn, co do których trudno było stwierdzić, czy są częścią wyprawy, czy są tu z innego powodu. Widział wszak ich przed dwoma dniami na wykładzie profesora, uznał więc zapewne, że jednak się zaciągnęli. "Gruby" wygrywał akurat jakąś nieskładną melodię na harmonijce, a "wąsaty" robił sobie skręta. Dwóch pozostałych siedziało na skrzyniach. Zanim traper się do nich odezwał, usłyszał skrawki ich rozmowy:
- No i kurwa git fajeczkę ukręciłem - "wąsaty" wyraźnie się cieszył, odpalając ukręconego papierosa.
- I gitara - odpowiedział mu "stary". - No, to kopsnij działkę, Franny! - uśmiechnął się krzywo, zapinając swoją kurtkę w barwach Konfederacji.
- Kopsnę działkę, jak ty oddasz za polewajkę, bo już od czwartku czekam - "wąsacz" nazwany Frannym mruknął pod nosem, zaciągając się z niezbyt wyraźną miną.
- Wiesz przecież, że bym ci kurwa oddał - "stary" był wyraźnie poirytowany - ale wczoraj mi Biggy całą jebaną ramkę wyjarał i nie miałem jak opchnąć! No weź, nie bądź żyd!
"Biggy", na którego wskazał (czyli gruby z harmonijką) wyraźnie się na to obruszył, a "łysy" tylko się zaśmiał.
- Ej ej ej, pierdol się Red! Sam żeś gdzieś zapił, ktoś ci zajebał i teraz nawet nie wiesz kto i gdzie, bucu jeden! - warknął i zagrał wyraźnie groźny dźwięk na swojej harmonijce w kierunku "Reda".
- Te, te, wypluj to, grubasie, bo cię zaraz pod kozaki wezmę!
Napięcie zawisło w powietrzu. Zanim jednak "Biggy" zdołał coś opowiedzieć, pojawił się John. Cała czwórka zwróciła wówczas na niego swój wzrok i uwagę.
- Siemano - rzucił stary, nazwany "Redem". Podszedł do Johna i wyciągnął rękę w jego kierunku. - Red mi mówią. A to jest Biggy, Franny i Ticky - wskazał na resztę.
- A to co, zapomniałeś że my mówić umiemy? - odezwał się Biggy, będący w wyraźnie bojowym nastroju. Podszedł i dość mocno poklepał Johna po ramieniu. - Strzała! Biggy jestem. Jak będziesz potrzebował coś opchnąć, a nie będziesz wiedział gdzie, to przyjdź do mnie. Znajdę kupca i sprzedam, pobieram tylko dziesięć procent!
Wąsacz, palący papierosa, wstał i również podszedł przywitać się z Johnem.
- Siemańsko, Franny jestem. Kręcisz się trochę po mieście? Wyglądasz mi na kumatego... - wycedził Franny przez zęby, a Ticky znów się głupkowato zaśmiał.
WSZYSCY
Chance pojawił się z około półgodzinnym opóźnieniem względem umówionego terminu. Miał na sobie jesionkę i melonik, ubrany był więc zupełnie inaczej, bardziej elegancko i dostojnie, niż wtedy kiedy widzieliście go po raz pierwszy. Niósł w rękach dwie duże walizki, jednak to nie one przykuwały uwagę. Tym z kolei było... coś, co za Chancem nieśli, a właściwie pchali i ciągnęli, robotnicy portowi: długie, ciężkie deski, starannie oznaczone kredą. Niektóre pachniały jeszcze świeżo ściętym drewnem.
- Materiał na skrzynię! - powiedział z dumą, kiedy podszedł bliżej was. - Skrzynię transportową, znaczy się. Na giganteusa. Jak go już znajdziemy!
Wchodzicie na pokład. Ciężar waszych zmartwień musicie zostawić na brzegu. Jak przekroczycie ten próg, nie będzie już odwrotu. Przed wami Ocean Spokojny, a za nim Syberia i wszystko, co może się tam wydarzyć.
Fala odbija się od burty, gdy po ostatnim gwizdku trap zostaje podniesiony. Statek z wolna odsuwa się od nabrzeża, a widok chłodnego San Francisco topnieje we mgle, niczym nierzeczywisty sen. Za sobą zostawiacie sznur kontenerów, krzyki portowców i stukot łańcuchów w porcie. Teraz przed wami już tylko Pacyfik.
Po kilku godzinach na otwartym morzu, gdy horyzont zlał się już z niebem, Chance zaprasza was do swojej kajuty. Jego kabina jest duszna, pełna papierów i przedmiotów, które wydają się mieć swoje życie: mapy, plany, próbki ziemi w słoikach, fotografia niedźwiedzia polarnego przypięta do drzwi, uschnięty storczyk w puszce po herbacie. Na stole leży ogromna broń myśliwska, z lufą grubości przedramienia, oparta na troczkach jak na ołtarzu. Obok niej – ampułki i strzykawki, starannie oznaczone, a także kilka arkuszy z tabelami i wzorami chemicznymi.
- Środek usypiający! - wyjaśnia profesor z dumą. - Tylko jeden strzał, precyzyjnie obliczony na osobnika o masie trzech i pół tony. Mniej może nie wystarczyć, więcej – serce nie wytrzyma.
Kiwa się na krześle, które wydaje protestujący jęk, po czym sięga pod stół i wyciąga zniszczoną, skórzaną teczkę. Rozkłada przed wami z teatralnym rozmachem dokumenty. Każdy z was dostaje paszport australijski, sfatygowany, ale kompletny. W środku wbita wiza ZSRR, ze stemplami konsulatu w Sydney. Do tego dołączony dokument w języku rosyjskim i angielskim, opatrzony pieczęciami instytucji, której nikt nie zna – rzekoma zgoda na „prowadzenie obserwacji tundrowej fauny dla celów porównawczych, w imieniu Muzeum Zoologicznego Uniwersytetu w Melbourne”.
- Nie powinni nas zatrzymać. A przynajmniej nie od razu... - rzuca Chance, po czym dodaje z dumą: - Niektóre z tych pieczątek robiłem sam! Własnoręcznie! Co prawda trochę rozlała mi się tu fioletowa farba, ale nadrabiają kompozycją!
Profesor zdejmuje okulary, przeciera oczy i opiera się o ścianę. Wy patrzycie najpierw na dokumenty, potem po sobie, z wyrazem pewnego powątpiewania… Chance wyciąga z teczki wyrwany fragment czarno-białej fotografii, blady i wyblakły. Przedstawia jakiegoś Azjatę w mundurze, z twarzą smagłą i oczami patrzącymi gdzieś w dal.
- To Kazuo Nakamura. W trakcie wojny rosyjsko-japońskiej został wzięty do niewoli i zesłany na Syberię. Tam… widział coś, o czym później nie chciał nigdzie powiedzieć. Przekazy, które zdołałem odnaleźć, mówią o stworzeniach, które „nie istnieją od dziesiątek tysięcy lat”. Zapewne widział giganteusy, w każdym razie… musimy to zbadać. To kolejny trop, który bardzo może nam pomóc. Syberia jest ogromna, przeszukiwanie całej zajęłoby nam długie lata. Spróbujemy go odnaleźć i wypytać, może chociaż w lokalizacji nam pomoże... Wiem, że po jakimś czasie wrócił do Japonii i zamieszkał w Jokohamie, tam ślady się urywają. Znajdziemy go, a wraz z nim – klucz do naszej wyprawy!
Zatem wszystko jasne. Statek, którym podróżujecie, nie płynie na Syberię. Płynie do Jokohamy. Wasza wyprawa w rzeczywistości rozpocznie się właśnie tam. "Czwórka" wydaje się tu wyraźnie nudzić, widać że nie obchodzi ich to, co Chance mówi. Dla nich sprawa jest prosta - robią to, za co im płacą. Inne rzeczy ich nie obchodzą.
- A czy ktoś tu właściwie zna japoński? - zapytał w końcu rozsądnie Samuel, który w swoim notesie zapisywał każdą uwagę profesora. Większość odruchowo spojrzała na Rena (@elvis), który z jakiegoś powodu wyglądał jakby właśnie poraził go prąd.
No dobrze, a nocleg? Wyżywienie? Mapy? Przewodnik? Cokolwiek? - odezwała się przytomnie Rosa swoim dziwnym akcentem. Chance wydawał się być w lekkim szoku, szybko jednak się otrząsnął, a na jego twarzy zagościł nerwowy uśmiech.
- Oj no, nie zdążyłem się tym zająć, no... Ale dajcie spokój, poradzimy sobie! - rzucił i machnął ręką. - To przecież Japonia - kraj wybitnej organizacji i harmonii. Wszystko się znajdzie, prawda?
Wszyscy spojrzeli po sobie. Beztroska profesora Chance'a była wręcz porażająca.
- Ach, byłbym zapomniał - profesor zaśmiał się cicho i sięgnął do swojej walizki. - Trochę środków na pokrycie kosztów podróży. Nie jest tego dużo, ale przyda się. W Japonii można je normalnie wymienić na ichniejszą walutę. W Rosji... no cóż, będzie trzeba sobie radzić.
Każdemu z was Chance wręczył po 300$.
KONIEC PROLOGU