WSZYSCY
Czarnoskóry muzyk kończy śpiewać i schodzi ze sceny. Kilka minut potem wreszcie pojawia się na niej wyczekiwana przez was postać - profesor Broephyle E. Chance. Żadne z was nigdy go nie widziało, w gazecie przy ogłoszeniu nie pojawiło się też jego zdjęcie, więc założenie, że to właśnie on, jest dosyć arbitralne. Jest w tym człowieku jednak coś, co sprawia, że nie macie co do jego personaliów żadnych wątpliwości.
Mężczyzna jest olbrzymi, spokojnie mierzy około dwóch metrów wzrostu i jest bardzo "postawny" (żeby nie powiedzieć "otyły"). Ma pięćdziesiąt, góra sześćdziesiąt lat, ale ciało zdaje się nosić jak ktoś, kto już dawno się z niego wyprowadził i przestało ono należeć do niego. Ma gęste, czarne, zmierzwione włosy, które kręcą się na końcach, podobnie jak jego pokaźna broda. Przekrzywione, okrągłe okulary, tak grube, że jego oczy wyglądają jak dno kieliszka, ledwo trzymają się na jego nosie. Mają tylko jeden zausznik - drugi zapewne się wyłamał. Ma na sobie szary, pognieciony garnitur z krawatem robiącym za jadłospis z ostatniego tygodnia. Jednak pomimo dość nietypowego wyglądu, kiedy tylko się pojawia wraz ze swoją brązową, skórzaną torbą na scenie, cały klub cichnie.
"Drodzy poszukiwacze prawdy", zaczyna grubym, tubalnym głosem pełnym emfazy, nadmiernie pobudzonym, niczym jakiś bardzo zafiksowany na punkcie czegoś wykładowca. "Ziemia, jak wiemy, nie wydała jeszcze wszystkich swoich sekretów. My, ludzie czwartej dekady dwudziestego wieku, patrzymy na niego z wyżyn, na które wyniosły nas maszyny i elektryczność. I, można powiedzieć, to dobrze - wszak patrząc z wysoka mamy o wiele lepszy widok. Jednak bez odpowiednich szkieł powiększających, których się wyzbyliśmy i uważamy, że nie potrzebujemy, nie jesteśmy w stanie dostrzec pewnych istotnych szczegółów..."
Profesor sięga do swojej torby, z której wyjmuje małe zawiniątko. Odwija je i unosi do góry, pokazując wszystkim.
"To jest, proszę państwa, kieł. Został znaleziony przez odbytą niecałe trzydzieści lat temu ekspedycję na Syberii." Faktycznie, przedmiot uniesiony w górę przez Chance'a to bladoróżowy kieł, nieco wilgotny, z lekkim połyskiem. Schodzi ze sceny i podchodzi do każdego z osobna aby pokazać mu ząb z bliska, dając wszystkim poznać przy okazji również swój własny, niezbyt przyjemny, zapach. "Włókna kolagenowe, znakomicie zachowana struktura tkanki... Proszę tylko spojrzeć. Wilgoć nie tylko zachowana, ale i aktywna biologicznie. Nie jest ani zamarznięta, ani zmumifikowana, jest ewidentnie świeża. Zamrożony pod torfem, bez dostępu powietrza, z minimalnym tylko skażeniem bakteryjnym. Warunki idealne do przetrwania, ale co najwyżej przez kilka dekad, na pewno nie przez tysiąclecia. Próbka wykazuje ślady aktywnej kreatyny. Czyli..." - zawiesza głos, unosząc palec i zwalniając tempo, aby zabrzmieć nieco bardziej dramatycznie. "...czyli zdechł co najwyżej kilkadziesiąt lat temu. I nie należy do żadnego zwierzęcia znanego nauce. Nie znaleziono w nim żadnego potwierdzenia tego, że jest to kieł jakiegokolwiek ze zwierząt żyjących na Syberii. A to tylko potwierdza moją tezę. Tezę, która mówi o tym, że dryophitecus giganteus, popularnie zwany 'yeti', 'człowiekiem śniegu' lub 'wielką stopą', w zależności od kultury, naprawdę istnieje! A to, że przez tyle lat nauka nic nie była w stanie na ten temat powiedzieć, wynika tylko i wyłącznie z tego, że naukowcy źle szukali. Nie w tych miejscach, gdzie trzeba. Wbrew temu, co sądziliśmy, dryophitecus giganteus zdaje się żyć nie w Himalajach, ale w syberyjskiej tajdze!"
Po sali przebiegł lekki szmer, głównie ze stolika "amatorów wody brzozowej". W końcu jeden z nich się odezwał: "I co, może jeszcze ten yeti nosił zafajdane krawaty?". Pozostali członkowie ekipy wybuchli śmiechem. "Bo patrząc na pańskie wymiary, to równie dobrze pan możesz być tym całym giganteusem...". Tym razem zaczęli już niemal krztusić się ze śmiechu. Chance jednak, niezrażony, kontynuował.
"Mam dowody na to, by sądzić, że jednak mam rację". Wyciągnął z torby jakieś kolejne materiały, które położył na rzutniku. Na ekranie tuż za nim pojawiło się czarno-białe, niewyraźne zdjęcie, wyglądające jak zrobione w pośpiechu. Widać na nim coś przypominającego gigantyczny, eliptyczny kształt. Jakby coś ciężkiego i ciepłego zapadło się w wilgotnym gruncie. "Te odciski są symetryczne. Przemieszczają się w parach. Analiza nacisku wskazuje na masę sięgającą od trzech do pięciu ton". Klik, nowe zdjęcie - kłębek szarej sierści z wbitymi drobinkami torfu. "Sierść. Mikroskop ujawnia nienaruszoną strukturę łodygi włosa, zachowane resztki tłuszczu, brak krystalizacji komórkowej, włókno świeże, reagujące na światło. A to oznacza jedno - to żadna skamielina ani zmumifikowana tkanka!"
Panowie od "wody brzozowej" kręcą głowami i wzdychają znacząco, komuniści coś notują i szepczą między sobą, a "kolorowi" wyraźnie się nudzą i mają coraz większą ochotę coś rozwalić. Chance jednak zdaje się nie zwracać uwagi na audytorium, lecz mówi sam do siebie, co zwłaszcza Eleonorze i Renowi bardzo przypomina wykłady na ich studiach. "Proszę zresztą przyjrzeć się bliżej kłowi. Wciąż elastyczny na powierzchni, analiza kreatyny wykazała aktywne białka. Nie ma tego w materiale starszym, niż mniej więcej czterdzieści lat. Zresztą, proszę dotknąć! Pan wygląda na takiego, co się na tym zna!" - Chance wyciąga kieł w kierunku Johna (@ketharian). Amatorzy "wody brzozowej" nie dają jednak za wygraną.
"Czyli co, według pana yeti żyją sobie na Syberii? A może jeszcze prowadzą swoje rady robotnicze, zgodnie z wolą rządzącej tam partii komunistycznej? Jak miał ten na imię? Towarzysz Yeticzenko?" - znów zanoszą się śmiechem, tworząc coraz bardziej wymyślne, rosyjskobrzmiące imiona dla giganteusa. "Szanowny panie Chance, yeti nie istnieje! To naukowy fakt, o którym wszyscy wiedzą. A to, co nam pan tu próbuje udowodnić, to zwykła bajka!"
Profesor stoi jednak niewzruszony. Po chwili, z uśmiechem i powoli, odpowiada: "Faktem, drogi panie, jest to, co powszechnie za fakt uznajemy. Ale historia zna rzeczy, które za fakty uznawano przez całe wieki, a potem znalazł się ktoś, kto je podważył i wykazał, że wcale faktami nie są! Wspomnę tu tylko Kopernika, Galileusza i innych". Po chwili znów wraca na scenę, pozostawiając kieł w rękach Johna. "Nie mam jeszcze pełni dowodów. Dlatego właśnie muszę tam pojechać! Ale nie sam. Potrzebuję ludzi silnych, otwartych i gotowych! Nie obiecuję wam sławy, ale obiecam wam, że jeśli odnajdziemy to, co myślę, że tam jest... zmienimy bieg historii!"
Gdy tylko Chance milknie, amatorzy "wody brzozowej" zakładają płaszcze i opuszczają klub. Słyszycie jeszcze szczątki ich rozmowy: "Powinien wysłać to do 'Weird Tales'. Może znajdą dla niego miejsce między smokami a Atlantydą...". Chance siedzi na zapadającym się pod nim, brudnym fotelu i w końcu mówi:
"No dobrze, skoro szumowiny już poszły, to teraz... czy są jeszcze jakieś pytania? Kto jest zainteresowany dołączeniem do ekspedycji i zaryzykowaniem życia dla przygody i miejsca w historii?"
