ROLF I WULF
Dwaj mężczyźni ruszyli wzdłuż ściany lasu, nie oddalając się od polany bardziej, niż było to konieczne. Początkowo ziemia nie zdradzała nic niepokojącego. Wyschnięta trawa uginała się pod butami, a wiatr poruszał jedynie najwyższymi gałęziami drzew. Nieopodal, w płytkim obniżeniu terenu, odnaleźli niewielki strumień. Woda była chłodna i przejrzysta, zdecydowanie nadawała się do picia, choć pewnie rozsądnie byłoby ją przegotować. W pobliżu nie brakowało również martwych gałęzi i suchego drewna, które bez problemu można było zebrać i rozpalić przy ich pomocy ognisko, bez zapuszczania się głębiej w las i narażania się na większe niebezpieczeństwo.
Kiedy wracali, Wulfowi nagle rzuciło się coś w oczy. Pod miękką ziemią przy brzegu strumienia odcisnęło się kilka różnych śladów. Na pierwszy rzut oka trudno było powiedzieć do kogo należą. Obok śladów bosych, szerokich stóp ludzkich widniały głębokie odciski rozdwojonych racic. Grupa liczyła co najmniej pięć stworzeń, być może więcej. Przeszły tędy niedawno, kilka godzin temu, nie więcej.
Między ich tropami ciągnęła się niewielka bruzda, jakby coś ciężkiego wleczono po ziemi. Wulf dostrzegł również odciski podkutych butów. Człowiek szedł nierówno, potykając się, a w kilku miejscach jego ślady zupełnie znikły, zastąpione przez bruzdę i pojedyncze krople krwi. Nie wyglądało to na ślad zabitego zwierzęcia. Kogoś prowadzono albo ciągnięto do lasu.
Rolf zauważył natomiast coś innego. Trop przez dłuższy czas biegł równolegle do drogi, pozostając tuż za pierwszą linią drzew. Dopiero kilkaset kroków dalej stworzenia skręciły głębiej w Drakwald. Nie poruszały się przypadkowo, lecz obserwowały trakt, pozostając niewidoczne dla idących nim podróżnych. Ślady znikały gdzieś pomiędzy drzewami.
AURIEL I VIKTOR
Gdy reszta drużyny ruszyła, Auriel i Viktor pozostali na polanie, by zająć się obozem. Przez chwilę dochodził do nich jeszcze szelest kroków i trzask łamanych gałązek, lecz dźwięki te szybko rozpłynęły się po okolicy i stały się częścią wszechogarniającej ciszy. Wkrótce zostali sami pośród wysokich traw, z ciemniejącym lasem po jednej stronie i pustą drogą po drugiej.
Wybrane miejsce nadawało się na obóz lepiej, niż mogło się początkowo wydawać. Pagórek wznosił się nieznacznie ponad otaczający teren, dzięki czemu nawet po deszczu nie powinna zbierać się tutaj woda. Z jego szczytu można było obserwować zarówno drogę, jak i znaczną część polany, a najbliższe drzewa znajdowały się wystarczająco daleko, by nikt nie mógł podejść pod osłoną gałęzi aż do samego ogniska. W trawie nie było nor ani świeżych śladów dużych drapieżników. Nic nie próbowało również ugryźć ich w nogę, gdy oczyszczali miejsce pod posłania.
Kiedy mag uniósł swój biały kostur i otworzył zmysły na przepływ Aethyru, otaczający go świat na moment nabrał innego wymiaru. Blade, ledwie dostrzegalne smugi Wiatrów Magii przesuwały się ponad ziemią i prześlizgiwały pomiędzy pniami. Były kapryśne i niespokojne, jak zwykle w tak starym lesie, nie skupiały się jednak wokół żadnego konkretnego miejsca. Auriel nie odnalazł śladu niedawno rzuconego zaklęcia, magicznego przedmiotu ani istoty aktywnie kształtującej Wiatry. Cokolwiek kryło się w Drakwaldzie, nie zdradzało swojej obecności za pomocą magii.
Viktor tymczasem obchodził wzniesienie, ugniatając butem wysoką trawę i wypatrując kamieni, korzeni oraz innych przeszkód, które po zmroku mogłyby utrudniać poruszanie się po obozowisku. Po zachodniej stronie pagórka zauważył, że źdźbła leżały płasko na ziemi. Nie był to skutek wiatru. Ktoś przebywał tam niedawno, ukryty w zagłębieniu pomiędzy trawami i niewielkim krzewem tarniny.
Zdeptany obszar był zbyt duży, by pozostawił go jeden człowiek. Ziemię znaczyły rozmazane wgłębienia, lecz była zbyt twarda, aby zachować wyraźne tropy. Dopiero przy kolczastym krzewie Viktor dostrzegł coś jaśniejszego, zaczepionego o jedną z gałęzi. Był to wąski pas czarnego, grubego sukna, oderwany od dłuższej szaty. Jedna jego krawędź była postrzępiona, jakby materiał rozerwano gwałtownym szarpnięciem. Drugą zdobił haft wykonany srebrną i czerwoną nicią: ciężki młot na tle komety o dwóch ogonach.
Kilka kroków dalej, tuż przy granicy lasu, trawa była przygnieciona w wąskim pasie prowadzącym między drzewa. Wyglądało to tak, jakby kogoś przewrócono, a następnie zaciągnięto w stronę Drakwaldu.
MATTHIAS I ADOLF
Matthias i Adolf zagłębili się pomiędzy drzewa, pozostawiając za sobą bladą poświatę otwartej polany. Już po kilkunastu krokach las zdawał się zamknąć wokół nich. Pnie rosły gęsto, niskie gałęzie zahaczały o ramiona, a ziemię pokrywała gruba warstwa zeszłorocznych liści, igliwia i wilgotnego mchu. Każdy nieostrożny krok mógł zdradzić ich obecność trzaskiem gałęzi.
Początkowo nie znaleźli niczego, co nadawałoby się na kolację. Las pozostawał niepokojąco cichy, jakby zwierzyna opuściła tę część kniei albo ukryła się głębiej w swoich legowiskach. Nie widzieli ptaków, nie słyszeli szelestu drobnych zwierząt. Nawet owady zdawały się ucichnąć wraz z nadejściem wieczoru. Dopiero po pewnym czasie Matthias dostrzegł ruch pomiędzy drzewami. Na niewielkiej przecince stała młoda sarna.
Nie uciekła od razu. Znieruchomiała z uniesioną głową, wpatrując się w przestrzeń szeroko otwartymi oczami. Jej boki poruszały się szybko, jakby zwierzę od dłuższego czasu biegło albo znajdowało się w stanie skrajnego wyczerpania. Na sierści widniały smugi błota, a jedna z tylnych nóg drżała przy każdym ostrożnym kroku. Nie zachowywała się jak zdrowe leśne zwierzę, nie poruszała się pewnie, nie próbowała również znaleźć osłony w gęstwinie. Obracała głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, jakby sama nie wiedziała, skąd przyszła ani którędy powinna uciekać.
Dzieliło ich od niej kilkadziesiąt kroków. Wiatr wiał od strony zwierzęcia, dzięki czemu nie mogło jeszcze wyczuć ich zapachu. Teren pomiędzy nimi porastały młode paprocie i niskie krzewy, zapewniające dość osłony, by spróbować podejść bliżej. Jeden nieostrożny ruch wystarczyłby jednak, aby sarna rzuciła się do ucieczki.
Wtedy jednak do nozdrzy Adolfa dotarła woń dymu. Zapach napływał z głębi lasu, z kierunku położonego nieco na północ od miejsca, w którym stała sarna. Cóż, najwidoczniej ktoś kompletnie nie znał lub lekceważył zasady bezpieczeństwa w lesie... Chwilę później pojawił się kolejny zapach - pieczone mięso. Sarna także uniosła łeb w tamtym kierunku. Jej ciało napięło się, a uszy przylgnęły do głowy. Zrobiła jeden chwiejny krok w tył.
Matthias i Adolf musieli zdecydować. Mogli skupić się na polowaniu, spróbować podejść zwierzę i zapewnić towarzyszom świeże mięso. Sarna była wystraszona i osłabiona, lecz wciąż mogła zniknąć pomiędzy drzewami przy najmniejszym błędzie. Mogli również porzucić łowy i ruszyć za zapachem dymu. Ktokolwiek rozpalił ognisko w głębi Drakwaldu, znajdował się poza zasięgiem wzroku pozostałych członków drużyny.
A zmrok zapadał coraz szybciej...