Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
GordianG

Gordian

@Gordian
Informacje
Posty
94
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Mój dom murem podzielony [Glina]
    GordianG Gordian

    Mój dom murem podzielony

    obrazek

    Berlin, rok 1958. Miasto ciągle nosi blizny wojny. W wielu miejscach między odbudowanymi kamienicami widać jeszcze ruiny zbombardowanych i zniszczonych przez artylerię domów. Po ulicach jeżdżą nowe samochody, otwierają się sklepy, kina czy bary, a mieszkańcy w gazetach coraz częściej widzą informacje o "cudzie gospodarczym". Życie zdaje się wracać do normy.

    Ale Berlin nie jest zwykłym miastem. To wyspa zachodu pośrodku wschodniego świata. Przechodzisz przez ulicę i już jesteś w innym kraju, z innym systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. Granica wciąż jest porowata. Ludzie przechodzą przez nią codziennie, odwiedzając rodzinę, handlując, a czasami uciekając. W powietrzu czuć napięcie, choć większość mieszkańców stara się o nim nie myśleć.

    Policja w Berlinie ma szczególne zadanie. Musi pilnować porządku w mieście, które nigdy nie śpi, a co gorsza - w którym każde przestępstwo może się okazać czymś więcej. Każda kradzież to potencjalna próba przemytu przez granicę sektorową. Każde zabójstwo to potencjalny zamach lub likwidacja szpiega. Każda bójka w barze równie dobrze może stać się pretekstem do rozpętania III wojny światowej.

    W takim właśnie mieście toczy się ta historia. Jej bohaterowie to członkowie berlińskiej Kriminalpolizei. Każdy z nich ma swoją przeszłość, swoje ambicje i tajemnice. Wszyscy jednak wiedzą jedno - w Belinie nic nie jest takie, jak na początku się wydaje. Zwłaszcza, że nad miastem zaczynają zbierać się czarne chmury...

    ***

    Jak powyższy opis wspomina, gracze wcielą się w berlińskich policjantów pod koniec lat 50. XX w. Będziemy grać w "Glinę" - polski system oparty na mechanice Gumshoe z elementami PbtA, który polega na odgrywaniu policjantów. Nie jest to zwykły system o prowadzeniu śledztw. Te oczywiście występują i są integralną częścią gry, tak szczególny nacisk kładzie się na osobiste przeżycia bohaterów graczy, na to jak praca w policji wpływa na ich życie prywatne i vice versa. Policjanci są tu zwykłymi ludźmi, z własnymi problemami, traumami, ambicjami i ogólnie pojętym życiowym bagażem.

    Nie wymagam znajomości systemu, będę pomagał. Natomiast dobrze by było, gdyby gracze mieli jakieś ogólne pojęcie o historii Niemiec i w ogóle Europy i świata w połowie XX wieku. Nie będę wymagał żadnych wielkich szczegółów, chodzi o wiedzę bardziej na poziomie "szkolnym", tzn. co się działo wtedy z Berlinem, w jakim położeniu znajdowały się wtedy Niemcy (podział na dwa państwa, potencjalny punkt zapalny zimnej wojny, nazistowska przeszłość i jej skutki) itp. Dobrze by było się też nastawić na to, że ten system jest wręcz stworzony do "ciężkiego" grania. Wątki różnego rodzaju traum, niejednoznacznych moralnie decyzji, rozsypującego się życia zawodowego lub/i prywatnego itp. to rzeczy, na które trzeba być tu gotowym.

    Podsumowanie

    • System: Glina
    • Ilość graczy: 3-5
    • Kryteria przyjęcia graczy: chęć do gry, akceptacja triggerów, przynajmniej pobieżna znajomość realiów epoki i przesłanie mi koncepcji swojej postaci.
    • Platforma: forum
    • Częstotliwość odpisów: 2 posty tygodniowo (w miarę możliwości, ale regularnie rzadsze odpisywanie uznam za rezygnację z gry i przejmę kontrolę nad postacią)
    • Dokumenty Google: może
    • Termin zakończenia rekrutacji: chwilowo zawieszona
    Archiwum

  • WFRP jest jak każdy widzi, ale jak widzicie swoją wymarzoną sesję Młotka?
    GordianG Gordian

    Hej! Zostałem wywołany, więc się wypowiadam 😅 Podobnie jak poprzednicy, w młotku lubię drogę od zera do bohatera. Poza tym, po prostu uwielbiam to uniwersum. Powstało w epoce strachu przed Czarnobylem i to bardzo wyraźnie widać, ale to uczyniło je bardzo ciekawym jak dla mnie, z wątkiem mutacji, łowców czarownic itp. Więc moja wymarzona sesja pewnie uderzałaby w te tony. Natomiast dla mnie, niezależnie od systemu, najważniejsza jest fabularność, odgrywanie i emocje, więc tego nie mogłoby zabraknąć. A ja lubiłem zawsze młotka właśnie za to, że, w przeciwieństwie do dnd, takie granie wspierał.

    Dyskusje RPG warhammer warhammer 4ed

  • [Zew Cthulhu] Serce tajgi [REKRUTACJA ZAKOŃCZONA]
    GordianG Gordian

    Serce tajgi

    obrazek

    San Francisco, rok 1932. W ogarniętym wielkim kryzysem San Francisco szalony naukowiec głosi niedorzeczne teorie o znalezieniu śladów yeti, i to bynajmniej nie w Himalajach... Organizuje ekspedycję naukową, do której szuka śmiałków, obiecując sowitą zapłatę. W normalnych warunkach zapewne zostałby wyśmiany i zignorowany, a na jego wyprawę zgłosiłaby się może garstka podobnych szaleńców lub ludzi żądnych przygód. Aktualną sytuację jednak, w której ludzie stracili oszczędności swojego życia i chwytają się każdej pracy, jaka tylko wpadnie w ręce, byleby tylko mieć co położyć na talerzu i gdzie się przespać, trudno nazwać "normalną"...

    ***

    Zapraszam wszystkich na kampanię napisaną na podstawie tego arcyciekawego, acz nieco zapomnianego scenariusza do Zewu Cthulhu. Kilkanaście lat temu było on rozegrany na LastInn, i to właśnie lektura tej rozgrywki zainspirowała mnie do znacznego obudowania scenariusza i stworzenia kampanii na jego podstawie (wprowadziłem kilka istotnych modyfikacji w porównaniu z oryginałem). Poprowadziłem ją dwóm drużynom "na żywo", ale rozegranie jej też na forum jest bardzo kuszące.

    Zagramy według mechaniki siódmej edycji Zewu Cthulhu. Znajomość systemu nie jest wymagana, choć jest on banalnie prosty. Uniwersum to po prostu nasz realny świat z założeniem, że istnieją w nim nadprzyrodzone elementy, z czego wasze postacie mogą (ale nie muszą) zdawać sobie sprawę. Rzuty można wykonywać dowolnie, jakimkolwiek symulatorem lub fizycznymi kośćmi. Raczej ufam graczom, że nie oszukują w rzutach, bo to też mija się z celem, żadna wtedy jest z tego zabawa. Ze względu na specyfikę scenariusza, który ma charakter nieco survivalowy, wprowadzamy zasadę pilnowania pieniędzy i ekwipunku. Oznacza to, że jeśli postać nie określa, że coś ma lub w konkretny fabularny sposób coś zdobywa, to tego nie ma. Staram się nie zabijać postaci, chyba że gracz ewidentnie gra mocno ryzykownie lub sam wyrazi takie życzenie.

    Domyślnie postacie graczy są osobami, które na skutek kryzysu utraciły wszystko i są teraz zdesperowane do zrobienia czegokolwiek ze swoim życiem, aby tylko mieć jakąś nadzieję na lepsze jutro i jakiś cel w życiu inny, niż po prostu przeżycie. Traktujcie to jednak tylko jako pomoc w stworzeniu koncepcji postaci z logiczną motywacją rzucenia się w coś, co jest czystym szaleństwem. Jeśli macie swój pomysł, nie widzę żadnego problemu na samodzielne stworzenie pełnej koncepcji postaci.

    Podsumowanie

    • System: Zew Cthulhu, 7 ed.
    • Ilość graczy: 3-5
    • Kryteria przyjęcia graczy: chęć do gry i akceptacja zasad
    • Platforma: forum
    • Częstotliwość odpisów: 2 odpisy w tygodniu, w miarę możliwości - w przypadku dłuższego nieodpisywania zastrzegam sobie prawo do przejęcia kontroli nad postacią lub, jeśli gracz zniknie na dłuższy czas bez ostrzeżenia, zabicia jej
    • Dokumenty Google: raczej nie, ale zobaczymy
    • Termin zakończenia rekrutacji: koniec marca
    Archiwum zew cthulhu survival

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    PROLOG

    99f99898-cfe9-4493-98f1-4cae1bdb6fb1-image.png

    Przeznaczenie... Jakąż to ono rolę odgrywa w życiu człowieka? Czy w ogóle istnieje? Czy nasz los jest czymś odgórnie ustalonym, a wolna wola jest jedynie pozorem? Złudzeniem? Cienką zasłoną, za którą kryje się jakiś boski plan? A może jest odwrotnie i to my sami decydujemy o wszystkim, a ,,przeznaczenie" to tylko wygodne słowo na nazwanie czegoś, co nie potrafimy zrozumieć?

    Zatem czy to przeznaczenie, czy też zwykły przypadek sprawił, że pięcioro nieznajomych ludzi, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, rozrzuconych po różnych częściach miasta, ludzi o odmiennych historiach, sekretach i marzeniach, przeczytało ten sam artykuł w gazecie i postanowiło na niego odpowiedzieć? Kto wie... Może to zbieg okoliczności, a może - pierwsze ogniwo w łańcuchu zdarzeń, który właśnie zaczynał być wykuwany?

    San Francisco początku roku 1932 nie należało do najprzyjemniejszych miejsc na Ziemi. Miasto, którego krwiobieg jeszcze kilka lat wcześniej stanowiły handel, żądza przygody i złudna obietnica dobrobytu, teraz zdawało się zupełnie martwe. Wielki Kryzys uderzył tu z całą bezwzględnością: banki upadały, sklepy zamykały się jeden po drugim, a na ulicach, pod drzwiami dworców i kościołów pojawiało się coraz więcej ludzi wraz z tabliczkami z błagającymi o choćby drobny datek. Ludzi, którzy jeszcze kilka lat temu wiedli całkiem normalne życie.

    Chłodna mgła znad zatoki wciskała się w miasto niemal każdego poranka, spowijając wzgórza i drewniane domy wilgotnym, mlecznym półmrokiem. W porcie skrzypiały maszty statków, a ciężkie dźwigi powoli przesuwały skrzynie z towarami z odległych krajów: herbatą z Chin, gumą z Indonezji, ryżem z Filipin. Zapach soli mieszał się z zapachem smoły, ropy i ryb. Bo port, mimo wszystko, wciąż pracował. Był największym międzynarodowym portem na całym zachodnim wybrzeżu i dla wielu ludzi stanowił ostatnią nadzieję. Przypływali tu marynarze z Azji, robotnicy z południa, awanturnicy, przemytnicy, ludzie uciekający przed przeszłością i tacy, którzy desperacko szukali przyszłości.

    Na nabrzeżach można było spotkać ich wszystkich: bezrobotnych śpiących na ławkach przykrytych gazetami, byłych farmerów, których ziemię zabrały banki, marynarzy z tatuażami wyblakłymi od słońca i morskiej wody, chińskich kupców z Chinatown czy hazardzistów liczących na to, że szczęście się do nich uśmiechnie i odmieni ich los.

    Gazety sprzedawane były wszędzie, niemal na każdym rogu. Chłopcy w znoszonych czapkach wykrzykiwali najnowsze nagłówki, wymachując plikami świeżo wydrukowanych arkuszy:
    Sensacyjny wykład! Naukowiec twierdzi, że yeti istnieje! Ekspedycja do Związku Radzieckiego! Kupujcie Chronicles, tylko 10 centów!
    Dla większości był to tylko kolejny dziwaczny artykuł. Ot kolejny taki, który miał przyciągnąć uwagę i sprzedać te kilka egzemplarzy więcej. Ale nie dla tej piątki... Oni przeczytali go bardzo uważnie i równie poważnie go potraktowali:

    51de3fa7-d214-4694-aea7-78c7043fd4ed-image.png

    Czym to ogłoszenie było dla nich? Obietnicą? Szansą? Ostatnią deską ratunku? Być może nawet tego nie wiedzieli. Jedno zaś nie ulegało żadnej wątpliwości - to początek historii, która odmieni ich życie.

    @agnes @cygan @ketharian @elvis @kaworu

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze
    GordianG Gordian

    Ale fajna dynamika wam wyszła, podział na "inteligencję" i "ludzi czynu", fajnie to wygląda 😊

    Komentarze sercetajgi

  • Mój dom murem podzielony [Glina]
    GordianG Gordian

    @Zell I generalnie tyle wystarczy, jeśli chodzi o historię 😉 Natomiast system to odgrywanie "życia" policjantów, którym życie prywatne i zawodowe mocno się ze sobą mieszają. Zapraszam 😉

    @jhnw Owszem 😉

    Archiwum

  • Co jeszcze w erpegowej gralni?
    GordianG Gordian

    Hej! 😉 Ze względu na jedną nieudaną rekrutację (a chciałbym jednak coś jeszcze poprowadzić) zwracam się do ludu erpegującego z pytaniem - w co byście zagrali?

    Każdą z tych kampanii (gotowych) poprowadziłem już kilka razy, także zawierają one moje ulepszenia i modyfikacje. Niektóre są autorskie, niektóre - luźne (jak widzicie).

    Krótkie opisy:
    Ścieżki Przeklętych - trzytomowa kampania do drudycji, mocno klasyczny młotek: trochę walki z kultystami, trochę lochołazów, trochę epickości i trochę absurdu.
    7th Sea to system wzorowany na powieściach i filmach płaszcza i szpady (Trzej Muszkieterowie, Czarne Chmury, Piraci z Karaibów itp.) ze światem stylizowanym na wczesnonowożytną Europę (XVII-XVIII w.), ale jest to jedynie luźna inspiracja. The Erebus Cross i The Grand Design to oficjalne kampanie. Pierwsza - bardziej epicka, mocno w stylu Trzech Muszkieterów; druga - bardziej coś w stylu walki z tajemniczą organizacją, więc płaszcz i szpada w wersji a'la James Bond xD El Dorado to moja autorska kampania, która - jak sama nazwa wskazuje - opiera się na poszukiwaniu legendarnego miasta ze złota w Nowym Świecie. Habemus Hierofantam to napisany przeze mnie larp w tym uniwersum, z którego mógłbym spróbować zrobić erpega. Tu z kolei mamy konwencję konklawe, tylko w tamtym świecie. Gracie więc bardziej lub mniej knującymi i politykującymi kardynałami.
    Brindlewood Bay to bardzo luźny system wzorowany na serialu Murder She Wrote, który z kolei był inspirowany postacią Miss Marple z książek Agathy Christie. Gramy tu starymi babciami, które hobbystycznie rozwiązują zagadki kryminalne. Trochę taki Ojciec Mateusz w swojej konwencji xD
    Dzikie Pola to system, którego akcja rozgrywa się w XVII-wiecznej Polsce.
    Reszta... rozumie się raczej sama przez się xD

    Sondy

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    @kaworu

    Gdy Eleonora podchodzi do stolika, i tak wcześniej przyciszone rozmowy w jednym momencie niemal gwałtownie cichnie. Trójka młodych ludzi szybko, trochę za szybko, natychmiast zwraca ku niej parę swoich oczu. Kobieta o śniadej cerze, czarnych, spiętych z tyłu w niewielki kucyk włosach, ciemnych oczach i nieco pulchnej twarzy z widocznymi siniakami i strupami, rzuca jej twarde, badawcze spojrzenie. Obok niej siedzi szczupły, około trzydziestoletni mężczyzna, z krótką brodą i okrągłymi okularami w drucianych oprawkach na nosie. Zwraca uwagę zwłaszcza jego płaszcz - zdecydowanie zbyt cienki jak na tę porę roku - oraz zwisający, nieudolnie zapięty krawat będący jadłospisem z ostatniego tygodnia. Wcześniej zdawał się coś notować w niewielkim kajecie, który teraz stara się dyskretnie (a przynajmniej tak mu się pewnie wydaje) schować pod stół. Trzeci z nich, wyglądający na najmłodszego, chłopak o wąskiej twarzy, z poczochranymi włosami i małym wąsikiem pod nosem, szybko wypala:
    "Jeśli przyszłaś pytać o demonstrację, to jest jutro, na Market Street!"
    Na jego twarzy zagościł lekki uśmiech, który jednak natychmiast zbladł, kiedy dostrzegł na sobie oskarżycielskie spojrzenia pozostałej dwójki. Szybko zwiesił głowę, zrobił kwaśną minę i utkwił wzrok w podłodze. Przez kilka sekund panuje cisza, po której drugi mężczyzna w końcu się odzywa:
    Proszę wybaczyć... - mówi spokojnym, starannie dobieranym tonem. - Czy możemy się dowiedzieć kim szanowna panienka jest? Nie chcemy być nieuprzejmi, po prostu... chcemy się dowiedzieć, z kim mamy przyjemność.

    Rzuć na spostrzegawczość lub psychologię, w przypadku sukcesu - na priv dostaniesz wskazówkę.

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze
    GordianG Gordian

    @Cygan spoko, nie mam nic przeciwko używaniu AI do pisania postów, ale weź chociaż to przeczytaj wcześniej i pousuwaj takie głupotki jak angielskie wstawki, które wciska najnowsza wersja chata gpt 😉

    Komentarze sercetajgi

  • Mój dom murem podzielony [Glina]
    GordianG Gordian

    @Ketharian Ja jestem z LastInn, tylko mało aktywny tam byłem 😉 bardziej czytałem co się tam dzieje, niż cokolwiek więcej.

    Archiwum

  • Co jeszcze w erpegowej gralni?
    GordianG Gordian

    Panowie, proszę, nie urządzajcie tu (kolejnej) dyskusji o mechanice Warhammera xD Mi osobiście mechanika jest dość obojętna, może być nawet Streets of Marienburg czy inny amatorski system do grania młotka. Napisałem 2ed, bo widzę, że na tym forum 4ed od razu z góry mnóstwo ludzi odrzuca. A spodziewam się, że jakbym nagle wyjechał z prowadzeniem młotka na jakimś indyku, to już zupełnie nikt by się nie zgłosił. Dlatego postawiłem na 2ed. Ostatecznie jednak jest mi wszystko jedno.

    Sondy

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    WSZYSCY

    Czarnoskóry muzyk kończy śpiewać i schodzi ze sceny. Kilka minut potem wreszcie pojawia się na niej wyczekiwana przez was postać - profesor Broephyle E. Chance. Żadne z was nigdy go nie widziało, w gazecie przy ogłoszeniu nie pojawiło się też jego zdjęcie, więc założenie, że to właśnie on, jest dosyć arbitralne. Jest w tym człowieku jednak coś, co sprawia, że nie macie co do jego personaliów żadnych wątpliwości.
    Mężczyzna jest olbrzymi, spokojnie mierzy około dwóch metrów wzrostu i jest bardzo "postawny" (żeby nie powiedzieć "otyły"). Ma pięćdziesiąt, góra sześćdziesiąt lat, ale ciało zdaje się nosić jak ktoś, kto już dawno się z niego wyprowadził i przestało ono należeć do niego. Ma gęste, czarne, zmierzwione włosy, które kręcą się na końcach, podobnie jak jego pokaźna broda. Przekrzywione, okrągłe okulary, tak grube, że jego oczy wyglądają jak dno kieliszka, ledwo trzymają się na jego nosie. Mają tylko jeden zausznik - drugi zapewne się wyłamał. Ma na sobie szary, pognieciony garnitur z krawatem robiącym za jadłospis z ostatniego tygodnia. Jednak pomimo dość nietypowego wyglądu, kiedy tylko się pojawia wraz ze swoją brązową, skórzaną torbą na scenie, cały klub cichnie.
    "Drodzy poszukiwacze prawdy", zaczyna grubym, tubalnym głosem pełnym emfazy, nadmiernie pobudzonym, niczym jakiś bardzo zafiksowany na punkcie czegoś wykładowca. "Ziemia, jak wiemy, nie wydała jeszcze wszystkich swoich sekretów. My, ludzie czwartej dekady dwudziestego wieku, patrzymy na niego z wyżyn, na które wyniosły nas maszyny i elektryczność. I, można powiedzieć, to dobrze - wszak patrząc z wysoka mamy o wiele lepszy widok. Jednak bez odpowiednich szkieł powiększających, których się wyzbyliśmy i uważamy, że nie potrzebujemy, nie jesteśmy w stanie dostrzec pewnych istotnych szczegółów..."
    Profesor sięga do swojej torby, z której wyjmuje małe zawiniątko. Odwija je i unosi do góry, pokazując wszystkim.
    "To jest, proszę państwa, kieł. Został znaleziony przez odbytą niecałe trzydzieści lat temu ekspedycję na Syberii." Faktycznie, przedmiot uniesiony w górę przez Chance'a to bladoróżowy kieł, nieco wilgotny, z lekkim połyskiem. Schodzi ze sceny i podchodzi do każdego z osobna aby pokazać mu ząb z bliska, dając wszystkim poznać przy okazji również swój własny, niezbyt przyjemny, zapach. "Włókna kolagenowe, znakomicie zachowana struktura tkanki... Proszę tylko spojrzeć. Wilgoć nie tylko zachowana, ale i aktywna biologicznie. Nie jest ani zamarznięta, ani zmumifikowana, jest ewidentnie świeża. Zamrożony pod torfem, bez dostępu powietrza, z minimalnym tylko skażeniem bakteryjnym. Warunki idealne do przetrwania, ale co najwyżej przez kilka dekad, na pewno nie przez tysiąclecia. Próbka wykazuje ślady aktywnej kreatyny. Czyli..." - zawiesza głos, unosząc palec i zwalniając tempo, aby zabrzmieć nieco bardziej dramatycznie. "...czyli zdechł co najwyżej kilkadziesiąt lat temu. I nie należy do żadnego zwierzęcia znanego nauce. Nie znaleziono w nim żadnego potwierdzenia tego, że jest to kieł jakiegokolwiek ze zwierząt żyjących na Syberii. A to tylko potwierdza moją tezę. Tezę, która mówi o tym, że dryophitecus giganteus, popularnie zwany 'yeti', 'człowiekiem śniegu' lub 'wielką stopą', w zależności od kultury, naprawdę istnieje! A to, że przez tyle lat nauka nic nie była w stanie na ten temat powiedzieć, wynika tylko i wyłącznie z tego, że naukowcy źle szukali. Nie w tych miejscach, gdzie trzeba. Wbrew temu, co sądziliśmy, dryophitecus giganteus zdaje się żyć nie w Himalajach, ale w syberyjskiej tajdze!"
    Po sali przebiegł lekki szmer, głównie ze stolika "amatorów wody brzozowej". W końcu jeden z nich się odezwał: "I co, może jeszcze ten yeti nosił zafajdane krawaty?". Pozostali członkowie ekipy wybuchli śmiechem. "Bo patrząc na pańskie wymiary, to równie dobrze pan możesz być tym całym giganteusem...". Tym razem zaczęli już niemal krztusić się ze śmiechu. Chance jednak, niezrażony, kontynuował.
    "Mam dowody na to, by sądzić, że jednak mam rację". Wyciągnął z torby jakieś kolejne materiały, które położył na rzutniku. Na ekranie tuż za nim pojawiło się czarno-białe, niewyraźne zdjęcie, wyglądające jak zrobione w pośpiechu. Widać na nim coś przypominającego gigantyczny, eliptyczny kształt. Jakby coś ciężkiego i ciepłego zapadło się w wilgotnym gruncie. "Te odciski są symetryczne. Przemieszczają się w parach. Analiza nacisku wskazuje na masę sięgającą od trzech do pięciu ton". Klik, nowe zdjęcie - kłębek szarej sierści z wbitymi drobinkami torfu. "Sierść. Mikroskop ujawnia nienaruszoną strukturę łodygi włosa, zachowane resztki tłuszczu, brak krystalizacji komórkowej, włókno świeże, reagujące na światło. A to oznacza jedno - to żadna skamielina ani zmumifikowana tkanka!"
    Panowie od "wody brzozowej" kręcą głowami i wzdychają znacząco, komuniści coś notują i szepczą między sobą, a "kolorowi" wyraźnie się nudzą i mają coraz większą ochotę coś rozwalić. Chance jednak zdaje się nie zwracać uwagi na audytorium, lecz mówi sam do siebie, co zwłaszcza Eleonorze i Renowi bardzo przypomina wykłady na ich studiach. "Proszę zresztą przyjrzeć się bliżej kłowi. Wciąż elastyczny na powierzchni, analiza kreatyny wykazała aktywne białka. Nie ma tego w materiale starszym, niż mniej więcej czterdzieści lat. Zresztą, proszę dotknąć! Pan wygląda na takiego, co się na tym zna!" - Chance wyciąga kieł w kierunku Johna (@ketharian). Amatorzy "wody brzozowej" nie dają jednak za wygraną.
    "Czyli co, według pana yeti żyją sobie na Syberii? A może jeszcze prowadzą swoje rady robotnicze, zgodnie z wolą rządzącej tam partii komunistycznej? Jak miał ten na imię? Towarzysz Yeticzenko?" - znów zanoszą się śmiechem, tworząc coraz bardziej wymyślne, rosyjskobrzmiące imiona dla giganteusa. "Szanowny panie Chance, yeti nie istnieje! To naukowy fakt, o którym wszyscy wiedzą. A to, co nam pan tu próbuje udowodnić, to zwykła bajka!"
    Profesor stoi jednak niewzruszony. Po chwili, z uśmiechem i powoli, odpowiada: "Faktem, drogi panie, jest to, co powszechnie za fakt uznajemy. Ale historia zna rzeczy, które za fakty uznawano przez całe wieki, a potem znalazł się ktoś, kto je podważył i wykazał, że wcale faktami nie są! Wspomnę tu tylko Kopernika, Galileusza i innych". Po chwili znów wraca na scenę, pozostawiając kieł w rękach Johna. "Nie mam jeszcze pełni dowodów. Dlatego właśnie muszę tam pojechać! Ale nie sam. Potrzebuję ludzi silnych, otwartych i gotowych! Nie obiecuję wam sławy, ale obiecam wam, że jeśli odnajdziemy to, co myślę, że tam jest... zmienimy bieg historii!"
    Gdy tylko Chance milknie, amatorzy "wody brzozowej" zakładają płaszcze i opuszczają klub. Słyszycie jeszcze szczątki ich rozmowy: "Powinien wysłać to do 'Weird Tales'. Może znajdą dla niego miejsce między smokami a Atlantydą...". Chance siedzi na zapadającym się pod nim, brudnym fotelu i w końcu mówi:
    "No dobrze, skoro szumowiny już poszły, to teraz... czy są jeszcze jakieś pytania? Kto jest zainteresowany dołączeniem do ekspedycji i zaryzykowaniem życia dla przygody i miejsca w historii?"

    74a087e4-7e4a-4a39-9294-cf0936548299-ChatGPT Image 25 mar 2026, 20_16_10.png

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze
    GordianG Gordian

    Ojej, długo by opowiadać xD Ja w erpegi wciągnąłem się na etapie podstawówki, czyli jakieś 20 lat temu. Kolega miał bitewnego Warhammera, do tego drudycję, więc graliśmy właściwie na każdej przerwie i później po szkole, mega mnie to wtedy wciągnęło. W gimnazjum i liceum też trochę grałem, ale mniej, a później jakoś od tego odszedłem. Wróciłem pod koniec studiów, a jak skończyła się pandemia i zaczęły być na nowo robione eventy erpegowe w Warszawie, wszedłem w to całą mocą i siedzę do dziś. Jeśli chodzi o pisane rpg, to po raz pierwszy zetknąłem się z tym ok. 2013 r. poprzez tzw. AARy (czyli after action report, to takie opowiadania pisane na podstawie stoczonych rozgrywek w jakąś grę, najczęściej strategiczną, której nadaje się fabułę) na forum wayofwar. Tam ktoś zaproponował zabawę, że będziemy grać Hiszpanią w Victorię i podejmować na forum decyzje jako parlament, a później mistrz gry będzie te nasze decyzje wprowadzał w grze i nas informował o skutkach. Potem się dowiedziałem, że nie był to jego oryginalny pomysł i faktycznie istnieje coś takiego, jak pbf. Później zdarzało mi się grywać na forach, ale ponieważ po mniej więcej 2018 r. zaczęły one masowo znikać, to i ja przestałem się w to bawić, bo już mnie to irytowało. Na LastInn trafiłem właśnie dzięki sesji w tę kampanię, którą teraz prowadzę wam, którą ktoś mi polecił do przeczytania i która była absolutnie genialna. Ale LI już nie ma, czytać już nie mogę, więc... przyszedłem tutaj i tym razem prowadzę to samo 😄 Co do settingów, to lubię dużo. ZC prowadzę najczęściej, bo ma bardzo niski próg wejścia, ale lubię też Warhammera, 7th Sea, Harry'ego Pottera, no i oczywiście wszystkie możliwe settingi historyczne.

    Komentarze sercetajgi

  • Warhammer 4-5 edycja
    GordianG Gordian

    @Wired to jakby było miejsce, to hipotetycznie mogę spróbować 😉 tylko daj proszę jakąś sensowną fabułę, nie tylko samo uganianie się za potworami i granie w bitewniaka udając, że to erpeg.

    Sondy

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    Chance wysłuchał uważnie uwag i pytań padających od potencjalnie zainteresowanych wyruszeniem wraz z nim na ekspedycję, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Mierzwił swoją gęstą brodę, a jak usłyszał coś konkretnego, tylko kiwał raptownie głową, strącając z niej masę łupieżu, i uśmiechał się niczym małe dziecko, które właśnie dostało od kogoś propozycję zabawy w coś, co uwielbia.

    "Ma pani całkowitą rację!", odpowiedział Eleonorze (@kaworu) z wielkim entuzjazmem, jakby zachęcając ich do kontynuowania. "Tak się składa, że nie jestem jedynym, który stawia tak śmiałe tezy o znalezieniu tam nowego gatunku. Otóż natrafiłem na pewne ślady tego, że istnieje inny dowód, związany z innym człowiekiem, który całkiem niedawno widział yeti właśnie na Syberii. I pierwszym etapem naszej ekspedycji będzie próba dotarcia do tego człowieka. Mam pewne poszlaki wskazujące na to, że nadal żyje i może nam pomóc."

    Słysząc teorię Waltera (@cygan) uśmiechnął się pod nosem i, gestykulując znacząco, natychmiast ją zripostował, nie pozwalając myśliwemu nawet na dokończenie zdania.

    "No właśnie widzi pan... nie. Otóż nie. Podania o człowieku śniegu znajdują się nie tylko w kulturach himalajskich, lecz także u rdzennych mieszkańców Syberii. Wiem, że istnieją tam wioski tubylców... albo raczej 'tambylców', którzy wciąż oddają cześć giganteusowi, uważając że broni ich przed złymi duchami. Tyle wiem, zaś dokładniejsze informacje zdobędziemy, jak mniemam, od naszego kontaktu."

    Pytania Rena (@elvis) sprawiły, że Chance lekko się zachwiał i nie odpowiedział od razu. możesz wykonać rzut na psychologię

    "Emm... tak, tak... jeśli chodzi o podróż, to dostaniemy się tam drogą morską, przez Ocean Spokojny. Statek odpływa w przyszły poniedziałek rano. Co do zapłaty, to moi sponsorzy są w stanie zaoferować pokrycie wszelkich kosztów podróży. Te planowane już im przedstawiłem. Niestety, w chwili obecnej nie mogę zaoferować konkretnej sumy pieniędzy za sam udział w wyprawie. Co najwyżej zaproponować, że wszystko to, co zdobędziecie w jej trakcie, będzie należało do was. Ja jestem zainteresowany jedynie znalezieniem dowodów na istnienie dryophitecusa giganteusa. Gwarantuję panu jednak, że jeśli ta wyprawa się powiedzie - a gwarantuję, że się powiedzie - nie odpędzi się pan od dziennikarzy i innych pismaków, którzy zasypią pana gradem pytań. Proszę tylko pomyśleć o tym, w ilu egzemplarzach sprzedałaby się książka, którą mógłby pan napisać po powrocie! Ludzie może i są biedni, ale tak tęsknią za czymś 'normalnym', że są w stanie wydać ostatniego pensa na takie opowieści..."

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze
    GordianG Gordian

    @cygan a co do pojazdu, to ja nie bronię budowania go, ale musiałbyś, jakimś cudem, zdobyć wszystkie części i narzędzia. Jeśli masz na to jakiś pomysł, proszę bardzo.

    Komentarze sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    JOHN

    John podszedł bliżej czwórki podejrzanie wyglądających mężczyzn, co do których trudno było stwierdzić, czy są częścią wyprawy, czy są tu z innego powodu. Widział wszak ich przed dwoma dniami na wykładzie profesora, uznał więc zapewne, że jednak się zaciągnęli. "Gruby" wygrywał akurat jakąś nieskładną melodię na harmonijce, a "wąsaty" robił sobie skręta. Dwóch pozostałych siedziało na skrzyniach. Zanim traper się do nich odezwał, usłyszał skrawki ich rozmowy:
    - No i kurwa git fajeczkę ukręciłem - "wąsaty" wyraźnie się cieszył, odpalając ukręconego papierosa.
    - I gitara - odpowiedział mu "stary". - No, to kopsnij działkę, Franny! - uśmiechnął się krzywo, zapinając swoją kurtkę w barwach Konfederacji.
    - Kopsnę działkę, jak ty oddasz za polewajkę, bo już od czwartku czekam - "wąsacz" nazwany Frannym mruknął pod nosem, zaciągając się z niezbyt wyraźną miną.
    - Wiesz przecież, że bym ci kurwa oddał - "stary" był wyraźnie poirytowany - ale wczoraj mi Biggy całą jebaną ramkę wyjarał i nie miałem jak opchnąć! No weź, nie bądź żyd!
    "Biggy", na którego wskazał (czyli gruby z harmonijką) wyraźnie się na to obruszył, a "łysy" tylko się zaśmiał.
    - Ej ej ej, pierdol się Red! Sam żeś gdzieś zapił, ktoś ci zajebał i teraz nawet nie wiesz kto i gdzie, bucu jeden! - warknął i zagrał wyraźnie groźny dźwięk na swojej harmonijce w kierunku "Reda".
    - Te, te, wypluj to, grubasie, bo cię zaraz pod kozaki wezmę!
    Napięcie zawisło w powietrzu. Zanim jednak "Biggy" zdołał coś opowiedzieć, pojawił się John. Cała czwórka zwróciła wówczas na niego swój wzrok i uwagę.
    - Siemano - rzucił stary, nazwany "Redem". Podszedł do Johna i wyciągnął rękę w jego kierunku. - Red mi mówią. A to jest Biggy, Franny i Ticky - wskazał na resztę.
    - A to co, zapomniałeś że my mówić umiemy? - odezwał się Biggy, będący w wyraźnie bojowym nastroju. Podszedł i dość mocno poklepał Johna po ramieniu. - Strzała! Biggy jestem. Jak będziesz potrzebował coś opchnąć, a nie będziesz wiedział gdzie, to przyjdź do mnie. Znajdę kupca i sprzedam, pobieram tylko dziesięć procent!
    Wąsacz, palący papierosa, wstał i również podszedł przywitać się z Johnem.
    - Siemańsko, Franny jestem. Kręcisz się trochę po mieście? Wyglądasz mi na kumatego... - wycedził Franny przez zęby, a Ticky znów się głupkowato zaśmiał.

    WSZYSCY

    Chance pojawił się z około półgodzinnym opóźnieniem względem umówionego terminu. Miał na sobie jesionkę i melonik, ubrany był więc zupełnie inaczej, bardziej elegancko i dostojnie, niż wtedy kiedy widzieliście go po raz pierwszy. Niósł w rękach dwie duże walizki, jednak to nie one przykuwały uwagę. Tym z kolei było... coś, co za Chancem nieśli, a właściwie pchali i ciągnęli, robotnicy portowi: długie, ciężkie deski, starannie oznaczone kredą. Niektóre pachniały jeszcze świeżo ściętym drewnem.
    - Materiał na skrzynię! - powiedział z dumą, kiedy podszedł bliżej was. - Skrzynię transportową, znaczy się. Na giganteusa. Jak go już znajdziemy!

    Wchodzicie na pokład. Ciężar waszych zmartwień musicie zostawić na brzegu. Jak przekroczycie ten próg, nie będzie już odwrotu. Przed wami Ocean Spokojny, a za nim Syberia i wszystko, co może się tam wydarzyć.

    Fala odbija się od burty, gdy po ostatnim gwizdku trap zostaje podniesiony. Statek z wolna odsuwa się od nabrzeża, a widok chłodnego San Francisco topnieje we mgle, niczym nierzeczywisty sen. Za sobą zostawiacie sznur kontenerów, krzyki portowców i stukot łańcuchów w porcie. Teraz przed wami już tylko Pacyfik.

    Po kilku godzinach na otwartym morzu, gdy horyzont zlał się już z niebem, Chance zaprasza was do swojej kajuty. Jego kabina jest duszna, pełna papierów i przedmiotów, które wydają się mieć swoje życie: mapy, plany, próbki ziemi w słoikach, fotografia niedźwiedzia polarnego przypięta do drzwi, uschnięty storczyk w puszce po herbacie. Na stole leży ogromna broń myśliwska, z lufą grubości przedramienia, oparta na troczkach jak na ołtarzu. Obok niej – ampułki i strzykawki, starannie oznaczone, a także kilka arkuszy z tabelami i wzorami chemicznymi.
    - Środek usypiający! - wyjaśnia profesor z dumą. - Tylko jeden strzał, precyzyjnie obliczony na osobnika o masie trzech i pół tony. Mniej może nie wystarczyć, więcej – serce nie wytrzyma.
    Kiwa się na krześle, które wydaje protestujący jęk, po czym sięga pod stół i wyciąga zniszczoną, skórzaną teczkę. Rozkłada przed wami z teatralnym rozmachem dokumenty. Każdy z was dostaje paszport australijski, sfatygowany, ale kompletny. W środku wbita wiza ZSRR, ze stemplami konsulatu w Sydney. Do tego dołączony dokument w języku rosyjskim i angielskim, opatrzony pieczęciami instytucji, której nikt nie zna – rzekoma zgoda na „prowadzenie obserwacji tundrowej fauny dla celów porównawczych, w imieniu Muzeum Zoologicznego Uniwersytetu w Melbourne”.

    - Nie powinni nas zatrzymać. A przynajmniej nie od razu... - rzuca Chance, po czym dodaje z dumą: - Niektóre z tych pieczątek robiłem sam! Własnoręcznie! Co prawda trochę rozlała mi się tu fioletowa farba, ale nadrabiają kompozycją!
    Profesor zdejmuje okulary, przeciera oczy i opiera się o ścianę. Wy patrzycie najpierw na dokumenty, potem po sobie, z wyrazem pewnego powątpiewania… Chance wyciąga z teczki wyrwany fragment czarno-białej fotografii, blady i wyblakły. Przedstawia jakiegoś Azjatę w mundurze, z twarzą smagłą i oczami patrzącymi gdzieś w dal.
    - To Kazuo Nakamura. W trakcie wojny rosyjsko-japońskiej został wzięty do niewoli i zesłany na Syberię. Tam… widział coś, o czym później nie chciał nigdzie powiedzieć. Przekazy, które zdołałem odnaleźć, mówią o stworzeniach, które „nie istnieją od dziesiątek tysięcy lat”. Zapewne widział giganteusy, w każdym razie… musimy to zbadać. To kolejny trop, który bardzo może nam pomóc. Syberia jest ogromna, przeszukiwanie całej zajęłoby nam długie lata. Spróbujemy go odnaleźć i wypytać, może chociaż w lokalizacji nam pomoże... Wiem, że po jakimś czasie wrócił do Japonii i zamieszkał w Jokohamie, tam ślady się urywają. Znajdziemy go, a wraz z nim – klucz do naszej wyprawy!
    Zatem wszystko jasne. Statek, którym podróżujecie, nie płynie na Syberię. Płynie do Jokohamy. Wasza wyprawa w rzeczywistości rozpocznie się właśnie tam. "Czwórka" wydaje się tu wyraźnie nudzić, widać że nie obchodzi ich to, co Chance mówi. Dla nich sprawa jest prosta - robią to, za co im płacą. Inne rzeczy ich nie obchodzą.
    - A czy ktoś tu właściwie zna japoński? - zapytał w końcu rozsądnie Samuel, który w swoim notesie zapisywał każdą uwagę profesora. Większość odruchowo spojrzała na Rena (@elvis), który z jakiegoś powodu wyglądał jakby właśnie poraził go prąd.
    No dobrze, a nocleg? Wyżywienie? Mapy? Przewodnik? Cokolwiek? - odezwała się przytomnie Rosa swoim dziwnym akcentem. Chance wydawał się być w lekkim szoku, szybko jednak się otrząsnął, a na jego twarzy zagościł nerwowy uśmiech.
    - Oj no, nie zdążyłem się tym zająć, no... Ale dajcie spokój, poradzimy sobie! - rzucił i machnął ręką. - To przecież Japonia - kraj wybitnej organizacji i harmonii. Wszystko się znajdzie, prawda?
    Wszyscy spojrzeli po sobie. Beztroska profesora Chance'a była wręcz porażająca.
    - Ach, byłbym zapomniał - profesor zaśmiał się cicho i sięgnął do swojej walizki. - Trochę środków na pokrycie kosztów podróży. Nie jest tego dużo, ale przyda się. W Japonii można je normalnie wymienić na ichniejszą walutę. W Rosji... no cóż, będzie trzeba sobie radzić.
    Każdemu z was Chance wręczył po 300$.

    KONIEC PROLOGU

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu] - komentarze
    GordianG Gordian

    Zrobiłem odpis, teraz decyzja po stronie @kaworu. Dopuszczam forsowanie rzutu, jeśli chce iść na konfrontację, ale w przypadku porażki konsekwencje będą naprawdę opłakane. Sukces natomiast pozwoli wam zdobyć jakąś informację (choć wydaje mi się, że i tak zastosowałem tutaj "fail forward"), ale reputacji w oczach "tutejszych" raczej już tak łatwo nie naprawicie. Inni też mogą reagować na to, co się dzieje, ale pamiętajcie, że chociaż jako gracze wszyscy widzicie, co napisałem, to jako postacie tylko @kaworu i @elvis wiedzą co ci ludzie mówią i rozumieją co się tutaj dzieje.
    A dla was informacja jako dla graczy - to jest okres, kiedy Japonia jest de facto wojskową dyktaturą, państwem ultranacjonalistycznym, militarystycznym i imperialistycznym. Inwazja na Chiny już właściwie się zaczęła, rok wcześniej Japończycy zajęli Mandżurię, choć pełnoskalowa wojna kinetyczna zacznie się tam dopiero w 1937 r. Te informacje raczej są wiedzą powszechną, nie musicie na nią rzucać, zakładam że wasze postacie to wiedzą, chyba że kompletnie żyliście pod kamieniem, nie czytaliście gazet i nie bywaliście w towarzystwie, w którym mogliście słyszeć takie rzeczy (@cygan @agnes @ketharian)

    Komentarze sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    Jokohama

    Pewnego dnia o świcie budzi was wszystkich głośny dźwięk trąbki sygnalizującej, że statek dobija do portu w Jokohamie po blisko trzech tygodniach podróży przez Ocean Spokojny. Jeszcze zanim trap opada na nabrzeże, czujecie że powietrze tutaj jest zupełnie inne, niż w Kalifornii, jakby cięższe, wilgotniejsze, gęste od zapachu ryb, morskiej soli, węgla drzewnego i czegoś słodkiego, trudnego do zidentyfikowania, trochę jakby kadzideł lub herbaty. Pokład drży lekko podczas cumowania, liny napinają się z głuchym trzeszczeniem, a przed wami powoli wyłania się pierwsze spojrzenie na Jokohamę - bramę do Cesarstwa Japonii.

    Miasto wygląda inaczej, niż wszystko to, co znacie z San Francisco. Już sam port sprawia wrażenie miejsca zawieszonego pomiędzy epokami. Obok nowoczesnych magazynów i betonowych budynków w zachodnim stylu stoją stare, drewniane konstrukcje o ciemnych dachach z pagodami wygiętymi ku górze. W oddali ponad zabudową wyrasta sylwetka świątyni, częściowo skrytej we mgle. Mimo wczesnej godziny, nabrzeże tętni życiem. Robotnicy w granatowych i szarych strojach roboczych przeciągają skrzynie na drewnianych wózkach, tragarze biegną drobnymi krokami między stosami towarów, mężczyźni w mundurach portowych wydają krótkie, ostre komendy. Co chwilę słychać gwizdki, nawoływania i stukot drewnianych sandałów o mokre deski pomostów. Pomiędzy nimi wszystkimi przewijają się dzieci, uliczni handlarze i kobiety w kimonach, którzy wydają się kompletnie niewzruszeni obecnością zagranicznego statku.

    Kiedy schodzicie po trapie, niemal natychmiast uderza was (no, może z wyjątkiem Rena...) uczucie obcości. Napisy nad magazynami, szyldy, oznaczenia portowe - wszystko zapisane jest pionowymi rzędami znaków, które, choć odebraliście od mecenasa Watanabe lekcję japońskiego, nadal wyglądają dla was bardziej jak ornamenty, niż język. Z każdej strony dobiegają szybkie i melodyjne rozmowy, z których większość z was nie potrafi wyodrębnić pojedynczych słów. Teraz zaczyna do was docierać jak daleko od domu tak naprawdę jesteście.

    Chance ze swoim bagażem schodzi na nabrzeże pierwszy. Jeden ze strażników odzywa się do niego szybkim, urzędowym tonem, wskazując na coś ręką. Profesor zmarszczył brwi, ale za moment uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni dokumenty, które wręczył celnikowi.
    -PASZ-PORT! AU-STRA-LIA! - oznajmia donośnie i powoli, zdecydowanie za głośno, za wolno i zbyt wyraźnie, jakby rozmawiał nie z człowiekiem nieznającym języka, którym się posługuje, ale z głuchym lub głupim. Kiedy celnik nie reaguje, profesor zaczyna rzucać przypadkowe słowa po niemiecku i francusku, jakby liczył, że to w czymś pomoże. Ale nie pomaga w niczym. W końcu jednak, zapewne uznając, że ma do czynienia z idiotą, macha ręką i pozwala mu przejść. Potem sprawdza kolejno każde z was.

    Gdy stoicie już razem przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od portu, przez chwilę nikt nic nie mówi. Wokół przewijają się dziesiątki ludzi, pieszo lub na rikszach.
    -Co teraz? - pyta w końcu Nate, wyraźnie podekscytowany, rozglądając się dookoła z błyskiem w oczach człowieka, który właśnie rozpoczyna największą przygodę swojego życia. Chance poprawia kapelusz i odchrząkuje.
    -Moi drodzy! - zaczyna tonem, który zapewne w jego własnym mniemaniu brzmi uspokajająco. - Musimy znaleźć człowieka, który przyniósł światu najważniejsze świadectwo istnienia yeti! Japonia to tylko krótki przystanek, ale kluczowy! Jestem pewien, że gdzieś tutaj jest...
    -No dobrze, ale... - odezwał się w końcu Sam, zerkając kątem oka na Reda, który właśnie mamrocze coś pod nosem do Biggy’ego, wskazując palcem przechodzącą Japonkę i zanosząc się śmiechem. - Jak mamy się z nim skontaktować? Jak znaleźć tutaj kogokolwiek? Nie wiemy nawet, gdzie dokładnie jesteśmy...
    -To już detal! - ucina profesor, machając ręką. Rosa patrzy na niego przez chwilę w milczeniu.
    -A mamy na niego chociaż jakieś namiary? - pyta się w końcu.
    -Nie do końca... - odpowiada Chance, pogładziwszy swoją brodę. - Ale wiem, że pochodzi z Jokohamy i nazywa się Kazuo Nakamura. Na pewno znajdziemy jakiś ślad... - odpowiada i rozgląda się dookoła. Tłum płynie niczym rwąca rzeka, wszędzie dookoła krzyczące dzieci i uliczni sprzedawcy nawołujący klientów. Dla większości z was to inny, obcy świat i jesteście zdani wyłącznie na siebie, no i profesora... Chance sięga do swojej teczki.
    -Ach, byłbym zapomniał! - oprócz zdjęcia Nakamury, które pokazywał wam wcześniej, wyciąga również plik kopert i rozdaje każdemu po jednej. - Dziś wieczorem jesteśmy zaproszeni na przyjęcie do pewnej pani antropolog z Francji, która zajmowała się w swoim czasie badaniem rdzennych ludów Syberii. Jej pomoc może się okazać nieoceniona. Tylko ładnie się ubierzcie! W stroje wieczorowe najlepiej.
    Kiedy już rozdał każdemu z was po kopercie, chwycił zdjęcie i zaczął rozglądać się dookoła z wyrazem twarzy człowieka autentycznie przekonanego, że poszukiwany przez niego człowiek może po prostu przejść obok niego ulicą. Stoi tak przez kilka minut i bada przechodniów w ten sposób. Kiedy zaś jego dochodzenie nie przynosi rezultatów, zaczyna podchodzić do ludzi i wymachiwać im przed nosami zdjęciem z pytającym wyrazem twarzy.
    -Nakamura? Syberia?
    Ludzie reagują różnie. Jedni go ignorują, inni patrzą na niego jak na wariata. Jedna starsza kobieta niemal przyśpiesza kroku na jego widok.
    -No to super... - podsumowuje z westchnięciem Sam. - Najwidoczniej absolutnie nie przygotował się do wyprawy. Do tego chyba już całkiem mu odbiło...
    Chance, który właśnie rzucił wiązką wyjątkowo kreatywnych wyzwisk w stronę grupki młodzieńców, wraca do was z wyrazem twarzy sugerującym oburzenie.
    -Ja nie mogę, ci ludzie nie znają żadnego ludzkiego języka... - wzdycha ciężko. - To co, ma ktoś jakiś pomysł?

    ffaf8b10-8089-4ccd-b18c-8be717055844-image.png

    Rozgrywka sercetajgi

  • Serce tajgi [Zew Cthulhu]
    GordianG Gordian

    Młody oficer przez kilka sekund milczał, nie spuszczając wzroku z Eleonory. Wokół nadal napięcie wisiało w powietrzu, a grupka młodzieńców stojących za plecami oficera wyglądała tak, jakby tylko czekała na powód, żeby rozpętać tu rozróbę. To samo zresztą można było powiedzieć o Biggym, Tickym, Redzie i Frannym, którzy wyczuwając zbliżającą się okazję do spuszczenia komuś lania zaczęli szukać dookoła czegoś, co mogłoby im zastąpić tradycyjne sztachety. Na szczęście, w samą porę pojawił się Ren.
    Samo usłyszenie z jego ust czystej, poprawnej japońszczyzny zrobiło na nich większe wrażenie, niż chcieliby przyznać. Oficer powoli przeniósł wzrok na mecenasa Watanabego. Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował ocenić kim on właściwie jest i dlaczego podróżuje z obcokrajowcami. Potem powoli skinął przed nim głową, bardziej formalnie, niczym urzędnik przyjmujący wyjaśnienie, a niekoniecznie jak człowiek okazujący szacunek.
    W takim razie pilnuj swoich gości lepiej - odpowiedział chłodnym, idealnie opanowanym tonem. Tu emocji się nie okazywało, ale ten chłód bywał o wiele gorszy, niż krzyk. - Bo chyba nie do końca wiedza, gdzie się znajdują.
    Mówiąc to, demonstracyjnie ignorował Eleonorę, jakby od chwili pojawienia się przed oficerem rodowitego Japończyka kobieta przestała być godna bezpośredniego zwracania się do niej. To było równie obraźliwe, jak wcześniejsze "omae".
    Coraz więcej ich tu ostatnio! - burknął w końcu jeden z młodzieńców, najwidoczniej szukając zaczepki. - Zachowują się, jakby świat należał do nich!
    Oficer uniósł lekko rękę, a ci natychmiast ucichli. To również mówiło samo za siebie. Dyscyplina, niemal wojskowa, z jaką reagowali, sprawiała że nie mogli być tylko grupką ulicznych awanturników. Tak się wam przynajmniej wydawało... Nie budziło jednak wątpliwości, że żołnierz ma tu ogromny posłuch.
    A jeśli naprawdę szukacie tego człowieka... - spojrzał krótko na fotografię Nakamury, którą później oddał Renowi, a nie Eleonorze. - ...to radziłbym robić to ciszej. W dzisiejszych czasach nie wszystko wypada mówić publicznie.
    Po tych słowach oficer odwrócił się na pięcie i odszedł, a grupka młodych nacjonalistów ruszyła za nim niemal natychmiast, rzucając wam jeszcze chłodne spojrzenia. Dopiero, kiedy zniknęli w tłumie, wciąż stojąca obok Japonka odetchnęła wyraźnie i niemal odbiegła w przeciwnym kierunku.
    Uff, mało brakowało... - skwitował to wszystko Chance głosem, który zapewne wydawał mu się rozładowującym napięcie, po czym zaśmiał się cicho. - No dobrze, no to... jaki mamy plan? Kantor, tak? Zaraz... powinien tu być jakiś drogowskaz do niego prowadzący, prawda? Panie Watanabe, to może ten? - spytał profesor, wskazując na szyld sklepu rybnego.

    Rozgrywka sercetajgi
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa