-This is Chris in the Morning… na falach WLS, 890 AM! Aż chciałoby się krzyknąć: Gooooood moooooorning, Vietnam! Ale to przecież Chicago. Chicago zasypane śniegiem, pokryte lodem i sparaliżowane na tak wielu płaszczyznach, że jeśli mróz nie odpuści, ze skutkami tej śnieżycy będziemy się borykać przez najbliższe tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że są ludzie, którzy cieszą się z takiego stanu rzeczy. Co prawda to mali ludzie, ale nie da się niestety zaprzeczyć, że należą do naszego gatunku. Mowa oczywiście dzieciakach. Ach… kurcze, aż zatęskniłem za dawnymi latami, kiedy razem z bratem i jego kumplami budowaliśmy śnieżne fortece i przez całe dnie toczyliśmy bitwy na śnieżki. Człowiek wracał do domu przemoczony, zmarznięty, ale szczęśliwy. A potem mama kazała suszyć skarpetki na kaloryferze. Ech… piękne czasy.
Ale bez obaw! Na zegarze 7:55, więc nie grozi wam godzina potopu nostalgii i melancholii. Od tego mamy Zacka, który zaatakuje was dopiero wieczorem. Zostawmy, więc piękne wspomnienia i zajmijmy się tym, co tu i teraz.
Za chwilę muzyka, która pomoże wam przetrwać poranny maraton przez zasypane miasto, a zaraz po niej garść lokalnych wiadomości. Sprawdzimy stan dróg, dowiemy się, które trasy lepiej dziś omijać szerokim łukiem, a później porozmawiamy z przedstawicielem ComEd o tym, jak miejskie sieci energetyczne radzą sobie z zimowym oblężeniem.
Zostańcie z nami. Kawa w dłoń, ogrzewanie na maksa i pamiętajcie: jeśli dziś spóźnicie się do pracy tylko kwadrans, uznajcie to za osobisty sukces. Za mikrofonem Chris, a wy słuchacie właśnie audycji “Piękny poranki w Wietrznym Mieście”.
|=Na ulicach dźwięk skrobaczek szorujących po zamarzniętych szybach, mieszał się z licznymi przekleństwami i bezsilnym, pustym śmiechem. Mieszkańcy Chicago od bladego świtu, mierzyli się z tym, co zostawiała po sobie śnieżyca. Od prozaicznych zamarzniętych zamków w samochodach, poprzez zasypane podjazdy i wejścia do garaży, a na pękniętych rurach kanalizacyjnych kończąc. Niemal w każdej dziedzinie życia całonocne opady śniegu zostawiły po sobie, jeśli nie zniszczenia, to co najmniej spore utrudnienia.
Dla ludzi z Double F Team świt oznaczał początek ciężkiej roboty śledczej. Mimo rosnącego zagrożenia, nikt nie zdecydował się zrejterować. Wręcz przeciwnie, to poczucie zwarło ich szeregi, a dla niektórych stało się wręcz dodatkową motywacją, aby w pełni zaangażować się w działanie zespołu.=|
Simon
Po porannej kawie i krótkie rozmowie z Becką, Simon przystąpił do pracy nad zabezpieczoną przez Tomasa kartą pamięci. Ostrożnie chwycił kartę w palce i przyjarzał się jej uważnie.Nośnik był pęknięty, a dodatkowo w jednym miejscu lekko nadtopiony. Mimo to udało się go umieścić w czytniku i bez większego trudu uzyskać do niego dostęp.
Tanner zaczął od wykonania kopii bitowej nim przystąpił do pełnej analizy. Już ten wstępny etap pozwolił stwierdzić, że prawdopodobnie uda się odzyskać choć część fotografii. Zachowany spis wskazywał co prawda, że karta powinna zawierać blisko czterysta zdjęć, ale po większość z nich została tylko nadane automatycznie nazwy i niepełne daty i godziny wykonania.
Gdy kopia bitowa nośnika była już gotowa Simon przystąpił do analizy. Udało mu się odzyskać część fotografii, choć nie wszystkie zachowały się w całości. Wiele plików było uszkodzonych i przypominały pikselowe puzzle stworzone przez abstrakcyjnego artystę, a w niektórych przypadkach pozostały jedynie miniatury zdjęć. Odzyskane fotografie pochodziły z różnych okresów. Część z nich mógł uporządkować na podstawie dat zapisanych w metadanych EXIF, jednak nie wszystkie znaczniki czasu wyglądały na wiarygodne. Niektóre zdjęcia nie posiadały niestety pełnych metadanych.
Tanner od razu przygotował osobny katalog z odzyskanymi obrazami. Pliki możliwe do odczytania zachował w dostępnej postaci, a fotografie częściowe i uszkodzone oznaczył jako przeznaczone do dalszej analizy. Oryginalną kartę zabezpieczył i wszystkie dalsze czynności prowadził już tylko na kopiach.
Dokładne oględziny aparatu wykazały uszkodzenia wykraczające poza zwykłe zużycie sprzętu. Obudowa karty pamięci była miejscowo zdeformowana, a tworzywo w pobliżu styków nosiło ślady nadtopienia. Bateria aparatu uległa rozszczelnieniu; na jej obudowie i w komorze zasilania widoczne były pozostałości wycieku. Na tym etapie nie udało mu się ustalić, czy oba uszkodzenia powstały w tym samym czasie ani czy miały wspólną przyczynę.
Charakter uszkodzeń wskazywał na oddziaływanie termiczne lub elektryczne, ale na bazie dostępnych materiałów nie potrafił określić jego źródła. Istniała możliwość, że awaria aparatu i uszkodzenie karty pamięci powstały na skutek działania impulsu elektromagnetycznego, ale nie wystarczających danych aby ostatecznie to potwierdzenia.
Zapisał wnioski zarówno w pliku tekstowym, jak i w formie notatki głosowej. Odłożył dyktafon i skupił się ponownie na ekranie. Przyglądał się miniaturką w katalogu z odzyskanymi materiałami. Bez wątpienia układały się one w kilka grup. Niektóre zdjęcia były zadziwiająco ostre i czytelne, biorąc pod uwagę model aparatu, jakim zostały wykonane. Inne choć teoretycznie zachowane w całości, nosiły ślady osobliwych artefaktów i pikselozy w najmniej oczekiwanych miejscach.
Nie to jednak rzucało się Simonowi najbardziej w oczy. Odzyskane zdjęcia z aparatu O’Hary można było z grubsza podzielić na trzy kategorie. Te które przedstawiały ludzi, te na których uwiecznił on kilka charakterystycznych wejść do budynków oraz cała sekcję zawierająca niemalże techniczną dokumentację jakiegoś opuszczonego budynku.
Tomas
Wiedziony instynktem Tomas od samego rana wpadł w wir pracy. Mapa przygotowana przez O’Harę nie dawała mu spokoju. Był przekonany, że właśnie tam kryje się klucz do rozwiązania zagadki. Poprawił się w fotelu i ponownie zaczął kreślić linie, łącząc kolejne punkty. Dla każdej hipotezy wybierał inny kolor. W ten sposób próbował uporządkować chaos danych i oddzielić możliwe powiązania od tych, które istniały wyłącznie w jego głowie.
W końcu odsunął się od biurka i spojrzał na mapę. Kolorowe linie przecinały się w kilku miejscach, a niektóre punkty tworzyły skupiska, których wcześniej nie zauważył. Uśmiechnął się z zadowoleniem. Wciąż miał więcej pytań niż odpowiedzi, ale przynajmniej wiedział już, gdzie szukać kolejnych.
-Gotowe, Tom - odezwała się Becka, zatrzymując się przy jego biurku. - Ściągnęłam z policyjnych serwerów dane, o które prosiłeś. Tylko się nie przeraź. Trochę tego jest.
Tomas zerknął na przesłany folder.
-Co? Dwadzieścia giga?!
-No… - przytaknęła Becka. – Nie jestem co prawda przekonana, czy to właściwy kierunek, ale Ferguson zawsze powtarza, że masz nosa do nieoczywistych połączeń. Powodzenia - powiedziała kładąc mu dłoń na ramieniu, jakby chciała dodać otuchy przed czekającym go nawałem pracy.
Tomas zacisnął zęby i zabrał się do roboty. Skrypt przygotowany przez Beckę pozwalał filtrować zgłoszenia według dat, lokalizacji i kilku innych kryteriów. Dzięki temu nie musiał przekopywać się przez każdy rekord z osobna, choć wciąż pozostawało mu mnóstwo informacji do sprawdzenia. Za każdym razem, gdy trafiał na coś, co mogło mieć znaczenie, porównywał dane z mapą i nanosił na nią kolejny punkt albo linię.
Kolorowa sieć powoli gęstniała. Niektóre połączenia wyglądały obiecująco, inne rozpadały się po kilku minutach weryfikacji. Praca posuwała się naprzód, ale znacznie wolniej, niż zakładał.
Około południa zrobił sobie przerwę. Przeciągnął się, a jego zastane stawy odpowiedziały serią donośnych trzasków. Rzucił okiem na mapę, potem na listę przetworzonych plików. Minęło kilka godzin, a on zdołał przejrzeć zaledwie trzydzieści procent materiału — i to tylko pobieżnie.
Uruchomił ekspres i czekając, aż filiżanka napełni się czarnym naparem, podszedł do okna. Zimowy krajobraz Chicago przypominał mu obrazy Edwarda Hoppera: przygaszone światło, nieruchome fasady i ulice, na których śnieg tłumił zwykły miejski zgiełk. Gdyby nie mróz, zaspy i wszystkie problemy, jakie niosła ze sobą taka pogoda, można by niemal uznać, że miasto wygląda jak ze świątecznej pocztówki.
Ekspres zasyczał i zabulgotał, oznajmiając, że skończył pracę. Tomas sięgnął po filiżankę. Ledwie zdążył upić łyk, gdy odezwała się jego komórka.
-Mam to! - usłyszał podekscytowany kobiecy głos. - To znaczy… mam jego. Mam go. Jego? Obojętnie. Wiesz, o co chodzi.
Nie wiedział. Dopiero dłuższa wymiana zdań pozwoliła mu się zorientować kto dzwoni i co chciał mu przekazać. Dzwoniła Debbie, policjantka, którą poznał poprzedniego wieczoru na parkingu. Kobieta nie tylko spełniła jego prośbę i wypytała kolegów o O’Harę, ale udało jej się również zdobyć cenną informację.
-Pożyczał pieniądze mówisz? - powtórzył Tomas.
-No tak… - potwierdziła Debbie - Ponoć wiele osób mu odmówiło, bo chodziło o sporą sumę. Tylko Barry się zgodził. Barry Gaetz zawsze jest przy kasie. Wszyscy to wiedzą. Inna rzecz skąd ma te pieniądze. Mówi się, że ponoć dostaje cynki, którego konia ma obstawiać. Ci bardziej złośliwi i wnikliwi plotkują, że siedzi w kieszeni Cicero crew. Wiesz? Tej ekipy związanej z Fat Mike’iem.
-Hmm… - mruknął Tomas, zerkając na ekran z wyświetlona mapą.
-To chyba niezły trop, co? - dopytywała Debbie, wyraźnie oczekując pochwały.
-No jasne, że tak - odparł Tomas wciąż zamyślony - Masz jakieś namiary na tego Barry’ego?
-Oczywiście - przytaknęła z radością policjantka - Wyślę ci smsem.
Vivien, Alejandro, Daniel
Już wczorajszego wieczora Hernandez pokazał się, jako nieformalny lider ich Piątki. Teraz gdy kolejno zbierał do swojego samochodu ekipę z którą miał ponownie odwiedzić dom O’Hary, tylko to potwierdził.
Jechali we trójkę przez budzące się po nocnej śnieżycy miasto. Ilość śniegu, jaka zasypała ulica naprawdę była olbrzymia. Służby naprawdę stanęły na wysokości zadania, doprowadzając ulice do jako takiej drożności. Ci co bardziej złośliwi twierdzili, że to w związku z mającymi się odbyć na początku marcowymi wyborami na burmistrza. Nawet jeśli tak była prawda, to żaden z mieszkańców nie zamierzał na taki rodzaj populizmu.
Wolno przesuwali się wraz z całym konduktem innych samochodów. Poranne korki w Chicago nie znikają nawet przy minus dwudziestu trzech stopniach.
-Dzięki, Naomi - z głośników popłynęły słowa prowadzącego poranną audycję Chrisa - Garść informacji na początek dnia mamy już za sobą. Musisz mi jednak wybaczyć, ale od polityki od razu zaczyna mnie boleć głowa. A nie chciałbym, żeby nasi słuchacze wydzwaniali potem do nas i domagali się zwrotu kosztów wizyty u lekarza.
Prezenterka zaśmiała się.
-Odetchnijmy na moment przy muzyce, a zaraz po niej porozmawiam z Davidem Calliganem, historykiem, autorem książek poświęconych folklorowi Illinois i kuratorem nowej wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”. Pomówimy o tym, jak miasto postrzegali ludzie którzy próbowali je opisać na długo przed pojawieniem się zdjęć satelitarnych, GPS-u i Google Maps. Zastanowimy się też, co właściwie można wyczytać ze starych map. Ponoć bowiem najciekawsze nie jest to, co kartograf na niej umieścił, ale to, co pominął, uprościł albo uznał za niewarte zaznaczenia. Zostańcie z nami. To są “Piękne poranki w Wietrznym Mieście”.WLS, 890 AM
Poranny repertuar serwowany przez Chris mocno kontrastował z wieczornym profilem muzycznym. Z jednej strony dominował melancholijny, a momentami nawet posępny jazz. Z drugiej słuchacze mogli nacieszyć uszy pełnym radosnego przekazu i wibracji r’n’b. Kolejny utwór z tego gatunku właśnie wybrzmiewał na falach eteru, gdy Hernandez po raz kolejny nie zdążył przejechać przez skrzyżowanie przed zmianą świateł,
-Czy on nie brzmi słodko? - zapytał retorycznie Chris - To był Frank Ocean i jego “Słodkie Życie”. A ze mną w studio jest już David Calligan. Davidzie, witaj w programie.
-Dzień dobry, Chris. Dzień dobry wszystkim słuchaczom.
-Przyznam, że kiedy usłyszałem tytuł wystawy, pomyślałem: mapy, pamięć, historia miasta. To brzmi interesująco, ale wydaje mi się też że trochę akademicko. Co może znaleźć na niej ktoś, taki jak ja który ostatni raz papierowa mapę widział w czasie wakacyjnego wyjazdu na stacji benzynowej, kiedy zepsuł mi się telefon?
-Mam nadzieję, że całkiem sporo. Bo mapa nigdy nie była wyłącznie suchym obrazem terenu. To również emocjonalny zapis tego, co jej autor wiedział, co chciał pokazać i do czego miała ona służyć. Dawna mapy handlowa, mapy własności gruntów , czy mapy przygotowana dla wojska mogły przedstawiać ten sam obszar w zupełnie inny sposób.
-Hmmm… brzmi intrygująco. Czyli kartografowie mieli swoje sekrety?
-Tak by tego nie nazwał. Czasami część informacji pomijano celowo, ale najczęściej z bardzo prozaicznych powodów. Brakowało mu danych, wybrana skala nie pozwalał na arcy precyzyjne obrazowanie terenu. Czasami nawet dokładne pomiary trzeba było uogólniać, bo aż taki poziom szczegółowości nie był istotny dla odbiorcy. Do tego dochodziły różne trudności terenowe, opieranie się na wcześniejszych błędnych mapach lub na przykład problemy z ustaleniem granic działek.
-W takim razie czy stara mapa może nam powiedzieć coś, czego nie znajdziemy na tych współczesnych do których mamy tak łatwy dostęp?
-Czasami nawet bardzo dużo. Współczesne mapy są bardzo wygodne w użytkowaniu, ale skupiają się przede wszystkim na pokazywaniu nam tego, jak miasto, czy dany region wygląda w dniu dzisiejszym. Dawne mapy pozwalają nam przenieść się w czasie. Dzięki nim możemy sprawdzić, co znajdowało się w danym miejscu wcześniej, jak zmieniały się granice nieruchomości, przebieg dróg czy układ zabudowy. Czasami odkrywamy, że budynek stoi na działce, która kiedyś miała zupełnie inne przeznaczenie. Innym razem okazuje się, że ulica zmieniła przebieg albo że numeracja nieruchomości została uporządkowana na nowo.
-Czyli jeśli ktoś chce poznać historię konkretnego miejsca, nie powinien ograniczać się do wpisania adresu w wyszukiwarkę?
-Zdecydowanie zachęcam do korzystania z papierowych map. To niezwykle przyjemne, choć z początku może wydawać się trudne. Aby zacząć wystarczy nam choćby nasz domowy adres. Możemy sprawdzić, jak nasza okolica wyglądała pięćdziesiąt, czy sto lat temu. Porównując stare mapy, dokumenty własnościowe, plany zagospodarowania możemy dojść do bardzo ciekawych wniosków.
-To brzmi trochę, jak praca detektywa.
-W pewnym sensie tak właśnie jest. Trzeba zebrać niekompletne informacje i sprawdzić, czy tworzą spójną całość. Tyle że na mapie nie każda rozbieżność oznacza tajemnicę. Czasami to po prostu błąd człowieka, który ją sporządził.
-Szkoda. Miałem nadzieję, że powiesz nam, iż pod Chicago istnieje całe drugie miasto, którego nikt nie zaznaczył na mapach.
-Jeśli istnieje, Chris, to obawiam się, że nie znajdziesz go na mojej wystawie.
-A więc będę musiał poszukać dalej mojej prywatnej Atlantydy..
Obaj mężczyźni zaśmiali się głośno.
-Dziękuję ci Davidzie za tę pouczającą rozmowę. A was moimi najmilsi zapraszam do odwiedzenia wystawy „Chicago Unfolded: Maps, Memory and the Making of a City”, którą można oglądać od poniedziałku do soboty w Newberry Library na 60 W. Walton Street.
Z głośników wybrzmiał jingiel obwieszczający koniec tego segmentu audycji, a raz po nim popłynął strumień reklam. Dokładnie, gdy świergoląca panienka zachwalał najnowszą, wybielającą pastę do zębów, Hernandez zatrzymał się przed wejście do budynku, gdzie mieszkał Derek O’Hara.
Vivienne, Alejandro
Alejandro i Vivienne ruszyli do mieszkania, aby jeszcze raz na spokojnie i w świetle dnia przyjrzeć się mieszkaniu O’Hary. Chcieli przede wszystkim skupić się na notatce z kodami oraz bibliotece Dereka. Wiele wskazywało, że te dwie rzeczy nie tylko się łączyły, ale mogą też zawierać cenne dla nich informacje.
Znalezienie właściwych książek nie nastręczyło im zbyt wielu trudności. Choć doktor Mullis twierdził co innego, to O’Hara zdawał się być człowiekiem uporządkowanym i metodyczny, a opracowany przez niego system bardzo czytelny.
Vivienne rozłożyła znalezione książki na biurku i przyjrzała się im uważnie. Nie były nowe. Niektóre miały pożółkłe strony, inne popękane grzbiety oraz ślady wielokrotnego otwierania. Każda książka na wewnętrznej stronie okładki posiadała zapisany pismem technicznym numer oraz ozdobny ekslibris.
Znak ten był bardzo prosty w swej formie, ale jakże symboliczny w znaczeniu. Przedstawiał on wykonany za pomocą cienkich, czarnych linii rysunek drzwi zamkniętych w podwójnej, prostokątnej ramce. Kontury nieznacznie się rozmijały, tworząc wrażenie błędu perspektywy, jakby za wejściem kryła się przestrzeń, która nie do końca odpowiada jego kształtowi. Pod rysunkiem widniał napis EX LIBRIS oraz nazwisko D. O’HARA, wydrukowane klasycznym, szeryfowym krojem pisma.

W żadnym razie wybrane pozycje nie wyglądały na przypadkowy zbiór lektur.
Vivienne zaczęła od najstarszej z zaznaczonych pozycji. Po numerem M-1008-043 znajdowała się książka zatytułowana - Chicago: A Historical Guide to the Neighborhoods, the Loop, and the South Side.
Był to przewodnik historyczny po dzielnicach Chicago, wydany pod koniec lat siedemdziesiątych. Książka opisywała rozwój miasta, zmiany w zabudowie i historię poszczególnych obszarów. Nie była szczególnie atrakcyjna wizualnie. Szara okładka, niewielkie fotografie, gęsty tekst i mapy, które wymagały uważnego studiowania.
O’Hara zaznaczył w niejkilka fragmentów dotyczących południowej części miasta. Przy jednym z nich postawił pionową kreskę, przy innym niewielki znak zapytania. Na marginesach nie było długich komentarzy. Zaledwie pojedyncze słowa i daty.
Dopiero przy rozdziale dotyczącym przemian urbanistycznych Vivienne znalazła zapisaną grubym flamastrem uwagę:
Nie szukać adresu. Sprawdzić historię działki. Block 12/Lot 8 lub 9
Vivienne przyjrzała się zapisowi. Nie wiedziała, co znajdowało się pod tym adresem ani dlaczego zainteresował O’Harę. Sama obecność adresu w książce historycznej nie była niczym niezwykłym. Dziwne było to, że ktoś zajmujący się zaginięciami poświęcał czas na badanie historii konkretnej nieruchomości.
Odłożyła książkę i sięgnęła po następną. Za kodem M-1010-031 kryła się pozycja pod tytułem “Chicago’s South Shore.”
Tym razem był to album poświęcony historii dzielnicy, pełen archiwalnych fotografii ulic, budynków i mieszkańców. W porównaniu z poprzednią pozycją był znacznie łatwiejszy w przeglądaniu. O’Hara nie zaznaczał całych stron. Skupiał się na fotografiach i podpisach, czasami łącząc ołówkiem datę z nazwą ulicy.
Vivienne przewracała kolejne strony, próbując zrozumieć, co przyciągnęło jego uwagę. Na jednej z fotografii zatrzymała się dłużej. Przedstawiała fragment zabudowy, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Pod zdjęciem znajdował się krótki opis dotyczący zmian w tej części dzielnicy.
Czy tylko ja widzę te różnice?
Ten sam adres, ale czy to samo miejsce?
Pomiędzy strony został także wetknięty niewielki wydruk. Ktoś złożył papier na czworo, a na odwrocie napisał ołówkiem:
Porównać i zweryfikować numerację parceli. Odszukać dawne plany piwnic i fundamentów. Sprawdzić dokumentację modernizacji, przebudów i remontów.
Vivienne położyła obok siebie obie książki. Pierwsza wskazywała na historię działki. Druga sugerowała, że O’Hara próbował odtworzyć zmiany, jakim podlegała konkretna część dzielnicy.
Nie wiedziała jeszcze, czy miało to związek z zaginięciami. Wiedziała tylko, że nie były to przypadkowe notatki.
Trzecia książka miała zupełnie inny charakter. Kodem M-1012-044 oznaczona została książka pod tytułem “The Vanishing Hitchhiker: American Urban Legends and Their Meanings.”
Vivienne znała ten tytuł. Jan Harold Brunvand zbierał i analizował amerykańskie legendy miejskie, w tym opowieści o tajemniczych spotkaniach, znikających osobach i świadkach, których relacje były zadziwiająco zgodne, choć często dzieliły ich setki mil.
Pozycja ta nie należała do literatury okultystycznej. Raczej można było ją uznać za próbę wyjaśnienia, dlaczego ludzie opowiadają pewne historie i jak te historie funkcjonują w kulturze.
O’Hara zaznaczył kilka opowieści dotyczących ludzi, którzy znikali w trakcie podróży albo po spotkaniu z nieznajomym. Vivienne zauważyła jednak, że jego uwaga nie skupiała się na samym zniknięciu. Zaznaczenia dotyczyły głównie osobistych relacji osób, które nie potrafiły precyzyjnie opowiedzieć o okresie swego uprowadzenia lub zaginięcia.
Na marginesie jednej ze stron widniała notatka:
Powrót osoby nie kończy jej tragedii. Czasem dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty
Vivienne przeczytała zdanie ponownie. Przypomniała sobie dokumenty dotyczące ludzi, którzy po odnalezieniu trafiali do szpitali psychiatrycznych. Bezsenność, bóle głowy, lęki, koszmary. Wspomnienia, które nie składały się w spójną całość. Lekarze mieli dla nich własne wyjaśnienia, a rodziny często chciały po prostu wierzyć, że najgorsze już minęło. O’Hara najwyraźniej nie był tego taki pewien.
Czwarta książka była najgrubsza z całego zestawu. Pozycja M-1101-003 nosiła tytuł “The Golden Bough”. Praca Jamesa George’a Frazera poświęcona mitom, rytuałom i wierzeniom różnych kultur. Książka, która mogła znaleźć się na półce antropologa, historyka religii albo człowieka zainteresowanego dawnymi obrzędami. W bibliotece detektywa zajmującego się zaginięciami wydawała się dość zaskakująca.
Vivienne otworzyła ją w miejscu oznaczonym wąskim paskiem papieru. O’Hara zaznaczył fragmenty dotyczące rytuałów przejścia oraz symbolicznych śmierci i powrotów. Nie podkreślał opisów konkretnych bóstw ani magicznych praktyk. Interesowało go raczej to, co powtarzało się w różnych kulturach: wyobrażenie człowieka, który opuszcza dotychczasowy porządek świata, przechodzi przez nieznany etap i wraca do społeczności już jako ktoś inny.
Na osobnej kartce zapisał też:
Pytanie dokąd poszli, czy gdzie byli, nie jest właściwe.
Należy dopytywać o wszelkie zmiany i co wróciło razem z nimi.
|=Vivienne odłożyła kartkę na miejsce. Nie była przekonana, czy O’Hara traktował te historie poważnie, czy po prostu szukał języka, którym można opisać coś, czego nie potrafił zrozumieć. W jego notatkach nie było zachwytu ani fascynacji. Była za to cierpliwość człowieka, który sprawdza kolejne możliwości, nawet jeśli większość z nich okaże się bezużyteczna.
Ostatnia książka była znacznie mniej efektowna. Za kodem M-1101-017 krył się tytuł “The Myth of Repressed Memory.”
Vivienne otworzyła ją ostrożnie. Strony były gęsto pokryte podkreśleniami, a na kilku widniały krótkie uwagi zapisane na marginesach. O’Hara poświęcił tej pozycji więcej czasu niż pozostałym. Książka Elizabeth Loftus i Katherine Ketcham dotyczyła pamięci, wspomnień odzyskiwanych po latach oraz niebezpieczeństwa, jakie niesie przekonanie, że każde szczere wspomnienie musi być prawdziwe. Autorzy omawiali między innymi wpływ sugestii i możliwość powstawania fałszywych wspomnień. Vivienne nie musiała czytać wszystkiego, żeby dostrzec, co zainteresowało O’Harę. W kilku miejscach podkreślił fragmenty dotyczące różnicy między subiektywną pewnością a możliwością niezależnego potwierdzenia wspomnienia.
Obok jednego z nich zapisał pytanie:
Co należy zrobić, jeśli świadek jest szczery, ale jego pamięć nie jest wiarygodna?
Na dole strony, innym długopisem, znajdowało się zdanie podkreślone trzy razy:
Pamięć nie jest dowodem.
Vivienne przesunęła palcem po zapisie, nie dotykając samego tuszu. Znała to zdanie. Było jednym z najważniejszych haseł XIII. Nie potrafiła jednak stwierdzić, czy O’Hara zapisał je tutaj jako przypomnienie służbowej zasady, czy jako wniosek z własnych doświadczeń.
Ponownie spojrzała na pięć książek leżących na biurku. Historia dzielnicy. Dawne mapy. Opowieści o zaginionych. Rytuały przejścia. Pamięć i jej zawodność. Każda pozycja dotyczyła innego obszaru, a jednak wszystkie zdawały się prowadzić do tego samego pytania: co właściwie stało się z ludźmi, którzy zniknęli, i czy ci, którzy wrócili, naprawdę wrócili tacy sami?
Ani Vivienne, ani ALejandro nie znali odpowiedzi. Pośród notatek nie było nazwiska sprawcy, opisu nieznanego zjawiska ani jednoznacznego wyjaśnienia. O’Hara zostawił jedynie ślady swojego rozumowania. Wystarczająco wyraźne, by pokazać kierunek swoich poszukiwań, ale też zbyt skąpe, aby pozwoliły one odtworzyć całą drogę. Wymienili w spojrzenia i bez słowa po raz drugi sięgnęli po notatki i książki. Ułożyli je w jak się im zdawało kolejności powstania.
Wszystko wskazywało na to, że O’Hara próbował połączyć historię konkretnego miejsca z doświadczeniami osób zaginionych.
Simon, Daniel
Gdy na dole w mieszkaniu O’Hary Vivienne i Alejandro przeszukiwali bibliotekę w poszukiwaniu odpowiedzi bądź wskazówki na dręczące wszystkich pytania, Simon i Daniel udali się na poddasze.
Pozbawione okien pomieszczenie prezentowało się dokładnie tak samo, jak poprzedniego wieczora. Ukryty przed ludzkim wzrokiem plac budowy, który bezapelacyjnie udowadniał, że O’Hara poważnie traktował konspirację XIII-tki.
Agenci bez zbędnych dyskusji zajęli się oględzinami komputera, a raczej stacji roboczej O’Hary.
Pierwsze, co rzucało się w oczy było niezwykle pieczołowicie ułożone okablowanie. Staranność z jakąś o nią zadbano zasługiwała na jakiś medal. Nieczęsto się zdarza, aby nawet profesjonalne stanowiska cechowały się aż takim poziomem pietyzmu w tej materii. Przewody zasilające oddzielono od tych sygnałowych. Poprowadzone jest albo wzdłuż ścian albo tuż przy innych elementach wyposażenia. Ograniczono przy tym do niezbędnego minimum ich długość.
Uwagę Simona zwrócił fakt, że część kabli sieciowych wychodziła poza urządzenia znajdujące się na biurku. Idąc ich tropem doszedł szybko do wniosku, że cała instalacja została zaplanowana z uwzględnieniem dodatkowych urządzeń sieciowych.
- One wszystkie kończą się tutaj - oznajmił Daniel, ruchem głowy wskazując zamaskowaną wnękę w ścianie.
-O! - jęknął z uznaniem Simon, gdy odsunęli panel maskujący - Nieźle.
-Myślisz, że to serwer? - zapytał Tanner.
-To pewne, ale spójrz na to - Simon, wskazał palcem na małą, czarną skrzyneczkę. To na niej stał kolejny komputer - Cały układ sugeruje, że to nie jest jakiś dodatkowy nośnik, ale mamy do czynienia ewidentnie z dużym serwerem. Ale to… - popukał palcem w obudowę skrzyneczki.
-Wygląda na samoróbkę.
Faktycznie urządzenie zamknięte w czarnej matowej obudowie z grubym aluminiowym panelem, nie miało ani logo producenta, ani żadnych oznaczeń modelu. Zamiast typowego zestawu kontrolek znajdują się na niej niewielkie diody, jakieś przełączniki i kilka portów, których rozmieszczenie nie odpowiadało żadnemu standardowemu urządzeniu. Do skrzynki prowadziły osobne przewody zasilające i sieciowe. Część kabli biegła do stacji roboczej, pozostałe wchodziły głębiej w ścianę. Cała konstrukcja urządzenia wskazywała, że nie jest to jakiś amatorski, prosty modem, a raczej prototyp, który służył za pośredniczenie w komunikacji, dodatkowe kodowanie, monitorowanie sygnałów albo obsługę jakiś innych niestandardowych urządzeń.
Simon zamyślił się i lekko przygryzł wargę. Uważnie powiódł wzrokiem po całym okablowaniu.
-Hmmm… - mruknął - To złącze koncentryczne może służyć do podłączenia anteny, toru pomiarowego lub zewnętrznego odbiornika.Bez sprawdzenia, dokąd prowadzi przewód, nie ustalimy jego funkcji.
-Mamy kuć ścianę? - zapytał lekko wystraszony Daniel.
-Wolałbym tego uniknąć. Na tym etapie mogę zaryzykować stwierdzenie, że O’Hara zmontował sobie prywatny serwer IN-XIII.
-To co proponujesz? - zapytał Daniel.
-Hmm… - mruknął po kolejny raz Simon i w zamyśleniu pogładził brodę - Zastanówmy się.
Przez kilka kolejnych minut wspólnie kombinowali, jak podejść do tej zagadki. Cały czas rozkładali swój sprzęt składający się z niewielkiego zestawu urządzeń pomiarowego, laptopa i całej garści przewodów.
Nie chcieli na tym etapie, ani niczego odłączać, ani wymontowywać. Po dłuższych oględzinach sieci znaleźli odpowiedni odcinek połączenia między stacją roboczą a urządzeniem ukrytym we wnęce ściennej. Wpięli się w niego za pomocą interfejsu monitorującego, a następnie uruchomili oprogramowanie do przechwytywania i analizy ruchu sieciowego. Konfiguracja zajęła dłuższą chwilę. Woleli uniknąć sytuacji, gdy ich własny sprzęt zacząłby odpowiadać na pakiety albo w inny sposób ingerował w komunikację.
Początkowo nie działo się nic szczególnego. Widzieli zwykłą wymianę pakietów, krótkie serie transmisji i okresy ciszy. Po pewnym czasie Tanner zauważył jednak powtarzający się wzór. Urządzenie O’Hary utrzymywało połączenie z innym węzłem, a co kilka minut przesyłało do niego porcje danych. Część transmisji była niewielka, inne zajmowały wyraźnie więcej czasu.
-Wygląda na to, że pan Derek zbudował sobie sieć, która regularnie komunikuje się z czymś, co nie znajduje się w tym mieszkaniu - podsumował całą sytuację Simon.
Tanner pokiwał głową i obaj zaczęli zapisać przechwycone pakiety i porównywać kolejne sesje. W nagłówkach odnaleźli adresy sieciowe, powtarzające się identyfikatory połączeń oraz informacje o wykorzystywanych protokołach. Nie potrafili jeszcze odczytać zawartości transmisji, ale sam ruch wystarczył, żeby wykluczyć najprostsze wyjaśnienie.
Skrzynka nie była wyłącznie lokalnym magazynem danych. Nie ulegało wątpliwości, że utrzymywała ona stałe połączenie z zewnętrznym węzłem.
W końcu zestawili wyniki obserwacji z konfiguracją urządzenia. Połączenie na które trafili wyglądało na celowo skonfigurowany kanał zdalnego dostępu. Stacja robocza O’Hary nie stanowiła osobnego serwera IN-XIII, jak początkowo sądzili. Za to poprzez specjalnie zaprojektowane urządzenie i protokoły łączyła się z kimś, kto miał bezpośredni już dostęp do wewnętrznej sieci XIII-tki.
Mając taką wiedzą obaj postanowili działać dalej. Przygotowali kopię zebranych danych i rozpoczęli analizę dostępnych usług sieciowych. Nie próbowali od razu łamać zabezpieczeń stacji roboczej. Najpierw sprawdzili, czy urządzenie pośredniczące udostępnia jakiekolwiek zasoby, do których można dotrzeć bez ingerowania w system Windows.
Po kilku próbach udało im się uzyskać dostęp do ograniczonego zestawu danych. Nie było to pełne archiwum O’Hary, lecz raczej fragment infrastruktury, który pozwalał poruszać się po wybranych zasobach. Simon znalazł indeksy, informacje o strukturze katalogów oraz odwołania do materiałów, których same pliki nie znajdowały się w dostępnym zbiorze.
Niektóre wpisy wyglądały na pozostałości starszych kopii. Inne wskazywały na zasoby dostępne zdalnie. Nazwy katalogów i identyfikatory były niejednolite, a część opisów nie mówiła niczego o rzeczywistej zawartości dokumentów.
-To raczej nie jest jego główne archiwum - poinformował Tanner. -Przynajmniej nie całe. Trafiliśmy raczej na punkt dostępu i warstwę pośrednią.
-Myślisz, że on trzyma właściwe dane gdzie indziej?
-Część może tak. Część może być tutaj, ale jest niedostępna dla naszego konta. Nie będę zgadywał. Musimy kopać dalej.
W kolejnej sesji natrafili na konkretny ślad informacji o zdalnym połączeniu. Jeden z adresów IP powtarzał się w kilku niezależnych zapisach. Nie był adresem lokalnym urządzenia w mieszkaniu ani adresem publicznego serwisu, który można byłoby łatwo rozpoznać. Wskazywał na węzeł, z którym urządzenie O’Hary regularnie nawiązywało komunikację. Zapisali adres, czas zaobserwowanych połączeń oraz odpowiadające im parametry sieciowe.
Na bazie samego adresu IP nie było jeszcze mowy o tym, aby ustalić fizyczny adres, ale był to jeden z niezbędnych elementów, aby tego dokonać.
O’Hara nie tylko gromadził dane. Ktoś pomógł mu stworzyć skomplikowaną sieć, prototypowe urządzenie oraz dał dostęp do systemu, którego nie powinien posiadać. To był mocny trop, który stał w wyraźnej sprzeczności z tym, co twierdził Ferguson. Derek O’Hara nie był samotnym wilkiem.
Simon zamknął okno z analizą ruchu sieciowego i odsunął się od laptop i spojrzał na Daniela.
-W tym momencie mamy trzy możliwości - powiedział. - I jak się domyślasz każda ma swoje wady i zalety. Po pierwsze możemy dalej tu tkwić i prowadzić mozolną obserwację. Dzięki temu będziemy mogli rejestrować ruch przez dłuższy czas i porównywać kolejne sesje. Być może udałoby się ustalić, kiedy O’Hara korzystał z IN-XIII, jak często pobierał dane i w jakich okolicznościach zmieniła się komunikacja. To też pozwoliłoby nam lepiej oddzielić zwykłe czynności serwera od nietypowych zdarzeń. Nie uzyskaliby jednak w ten sposób automatycznie dostępu do pełnego archiwum.
Daniel skrzywił się z lekką dezaprobatą. Perspektywa wielogodzinnych, a może i wielodniowych sesji na ciasnym i ciemnym poddaszu nie brzmiała zbyt kusząco. Tym bardziej, że efekt też nie byłby spektakularny.
-No to opcja numer dwa. Szukanie innej drogi. Możemy spróbować zidentyfikować zdalny węzeł, poszukać śladów jego właściciela i ustalić, czy istnieje sposób uzyskania legalnego lub autoryzowanego dostępu do przechowywanych tam danych. To wymagałoby dalszego śledztwa, a nie tylko pracy przy komputerze.
-Sensowne, ale nie wiem, czy mamy na to czas.
-Właśnie.. Czas. No to pozostaje najszybsza, ale i najbardziej ryzykowna trzecia droga. Czyli aktywne rozpoznanie zabezpieczeń i próba uzyskania nieautoryzowanego dostępu do kolejnych zasobów. Moglibyśmy w ten sposób dotrzeć do danych, których nie udostępnił nam obecny interfejs. Trudno jednak powiedzieć, jakie zabezpieczenia przygotował człowiek, który zbudował ten cały system. No i przede wszystkim, czy nie odnotowałby naszych działań.
Daniel otworzył już usta, aby coś powiedzieć, ale nie zdążył. Na korytarzu pod nimi rozległy się kroki kilku osób.
-Szefie, pukamy, czy z buta? - usłyszeli ciężki, basowy głos mężczyzny.
-Fred ile razy mam ci powtarzać, że wyważyć drzwi zawsze zdążysz. Zapukaj kulturalnie.
Po tych słowach rozległo się głośne walenie do drzwi.
-FBI! Otwierać!
Mullis
Doktor Eugene Mullis w końcu zajął się tym w czym był najlepszy i co sprawiało mu największą radość. Usiadł na obrotowym taborecie i zaczął sprawdzać oznaczenia próbek, które przygotował z materiału dowodowego, jaki dostarczył mu Tomas. Niemal z teatralnym, władczym gestem pochylił się nad mikroskopem, niczym demiurg nad swoim dziełem stworzenia.
Fragment lakieru pobrany z samochodu Dereka O’Hary nie wyglądał szczególnie interesująco. Ciemna, wielowarstwowa powłoka, niewielki ubytek na krawędzi, żadnych widocznych pęknięć ani śladów rozwarstwienia. Gdyby nie okoliczności, w jakich ten materiał został pobrany, to trafił w życiu nie poświęciłby mu tyle uwagi. Jeśli w ogóle jakąkolwiek.
Sytuacja jaką opisał Tomas sprawiała że interesowało go to, co mogło zmienić właściwości powierzchni, nie pozostawiając przy tym wyraźnych uszkodzeń.
Najpierw obejrzał próbkę w powiększeniu. Następnie wykonał pomiary grubości poszczególnych warstw i porównał ich strukturę z materiałem referencyjnym o zbliżonej charakterystyce. Wyniki nie wskazywały na nic niezwykłego. Powłoka zachowała ciągłość, jej zewnętrzna warstwa nie wykazywała oznak wyraźnej degradacji, a grubość pozostawała w granicach, których można było oczekiwać po zwykłym lakierze samochodowym.
Dopiero analiza chemiczna przyniosła pierwszą różnicę. Mullis zestawił widma uzyskane metodą FTIR, a następnie sprawdził charakterystykę najbardziej zewnętrznej warstwy przy użyciu spektroskopii fotoelektronów rentgenowskich. Nie szukał jednak pojedynczego związku. Interesowały go proporcje sygnałów i ich wzajemne relacje.
Na ekranie pojawiły się niewielkie odchylenia. Nie były duże, ale powtarzały się w kolejnych pomiarach. Nie pasowały również do typowego obrazu powierzchni, która przez dłuższy czas była wystawiona na działanie promieniowania słonecznego, wody, soli drogowej i zanieczyszczeń. Mullis przygotował kolejne próbkę i powtórzył pomiar. Uzyskał niemal identyczny wynik.
-No dobrze… taki jesteś - mruknął pod nosem.
Nie znalazł obcego związku, któremu mógłby przypisać zaobserwowane zmiany. Nie uzyskał też wyraźnych przesłanek świadczących o intensywnym ogrzaniu, rozległym utlenieniu polimeru ani kontakcie z typowym agresywnym rozpuszczalnikiem. Sama różnica w widmach nie pozwalała mu określić, co właściwie zaszło. Wskazywała jedynie, że chemiczna charakterystyka zewnętrznej warstwy nie była identyczna z charakterystyką materiału porównawczego.
Przeszedł do kolejnego etapu. Na powierzchni próbki umieścił niewielką kroplę wody i zmierzył kąt zwilżania. Następnie powtórzył procedurę na materiale referencyjnym. Różnica nie była spektakularna, ale pozostawała wyraźna po uwzględnieniu niepewności pomiarowej. Po standardowym oczyszczeniu fragmentu wynik nadal odbiegał od wartości porównawczej.
Mullis spojrzał na oba zestawy danych. Powierzchnia wyglądała normalnie. Nie miała widocznej tekstury, która tłumaczyłaby odmienny wynik, nie była pokryta warstwą brudu ani osadu. Mimo to woda zachowywała się na niej inaczej.
Mógł wskazać kilka możliwych przyczyn. Zmiana składu chemicznego, inna organizacja molekularna powierzchni, modyfikacja bardzo cienkiej warstwy zewnętrznej. Żadnej z tych możliwości nie potrafił jednak potwierdzić na podstawie dostępnych wyników. Nie chciał też wyciągać wniosków na temat tego, jak zachowywałby się na tej powierzchni śnieg lub lód. Odmienna zwilżalność mogła wpływać na warunki kontaktu z wodą, ale sama w sobie nie dowodziła, że lakier będzie odporny na osadzanie się śniegu ani że zjawisko takie występowało na całym samochodzie.
Zrobił sobie przerwę na kawę, po czym wrócił do wyników mikroskopowych i pomiarów termicznych. Nie znalazł wyraźnych zmian wskazujących na przekształcenie całej struktury polimeru. Nie było pęknięć, rozwarstwień ani istotnych zmian grubości. Charakterystyka termiczna również nie dostarczyła mu jednoznacznego wyjaśnienia.
To właśnie niezgodność między wynikami najbardziej go niepokoiła. Powierzchnia wykazywała powtarzalne różnice chemiczne i fizykochemiczne, a jednocześnie brakowało śladów, które pozwoliłyby powiązać je ze zwykłym procesem degradacji. To jeszcze nie oznaczało, że materiał naruszał prawa fizyki.
Mullis otworzył raport i przejrzał przygotowane wnioski. Zmienił jedno zdanie, usunął zbyt daleko idące sformułowanie i dopisał ograniczenia interpretacyjne. Nie zamierzał wpisywać do dokumentacji hipotez, których nie dało się obronić wynikami.
Na końcu pozostawił krótkie podsumowanie:
Próbka wykazuje powtarzalne odchylenia w charakterystyce chemicznej i zwilżalności powierzchniowej względem materiału referencyjnego. Zmiany nie zostały wyjaśnione w ramach zastosowanych metod. Nie ustalono ich mechanizmu ani przyczyny.
Zapisał raport, opatrzył próbkę numerem OA-01 i umieścił ją w pojemniku przeznaczonym do dalszego przechowywania.
Badanie nie przyniosło odpowiedzi na pytanie, co wydarzyło się z samochodem O’Hary. Pozwoliło jednak stwierdzić, że przynajmniej na poziomie zewnętrznej warstwy lakieru różnica nie sprowadzała się tylko do wrażenia obserwatora.
Tego typu sytuacje potrafiły drażnić niczym kamyk w bucie, doprowadzając do prawdziwego szaleństwa. Aby uspokoić myśli, Mullis sięgnął po zestaw zebranych w biurze O’Hary próbek biologicznych. Ich badanie mogło przynieść dużo ciekawsze wyniki niż prześwietlanie pod każdym możliwym kątem fragmentu lakieru samochodowego. Musiał jednak to zrobić, aby zapewnić Tomasa, że to co widział wydarzyło się naprawdę. Przynajmniej tyle mógł powiedzieć na pewno po przeprowadzonych badaniach.
Aby jednak uzyskać wyniki z próbek biologicznych musiał uzbroić się w cierpliwość.
Vivenne, Alejandro
Dzień po śnieżycy Chicago wciąż wyglądało, jak miasto z bajki. Ulice, chodniki, budynki i samochody przysypane białym puchem przywodziły na myśl wszystkie ilustracje zimowych pejzaży z książek dla dzieci. Mróz nadal trzymał, ale słońce śmielej przedzierało się przez chmury. Niebo nad Loop powoli błękitniało, zachęcając do spacerów.
Vivienne i Alejandro ruszyli na pieszą przechadzkę z przymusu. Gdyby nie umówione spotkanie, z Lionelem Grantem, to pewnie żadne z nich nie zdecydowałoby się na wędrowanie po skutym lodem mieście.
|=Harold Washington Library Center przy South State Street wyróżniało się na tle miejskiego krajobrazu monumentalną bryłą. Przy wejściu leżał usypany w wysokie pryzmy śnieg, który jeszcze kilka godzin temu zalegał na placu przed budynkiem. Gdy na zewnątrz mróz szczypał w policzki, to za ciężkimi drzwiami czekało ciepło i przytłumiony gwar rozmów odwiedzających=|.
Agenci skierowali się od razu do Winter Garden. Rozległe, przeszklone atrium na najwyższym piętrze sprawiało wrażenie miejsca odciętego od świata. Wysoko nad nimi łukowaty dach wpuszczał rozproszone promienie zimowego słońca. Wokół ustawiono stoliki i krzesła, przy których odwiedzający bibliotekę pracowali na laptopach, przeglądali książki albo rozmawiali półgłosem. Kilka osób siedziało samotnie z kubkami kawy, wyraźnie zadowolonych, że znalazło się w miejscu, w którym nie trzeba walczyć z mrozem.
Grant wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Publiczne, centralne, pełne ludzi, a jednocześnie na tyle rozległe, by można było obserwować wejścia i wyjścia bez zwracania na siebie szczególnej uwagi. Na miejsce przybyli kilka minut przed umówionym czasem. Hernandez spojrzał na zegarek i rozejrzał się wokół zajmując przy stoliku z którego mogli widzieć główne wejście do atrium.
-Myślisz, że zmienił zadnie? - zapytała Vivienne.
-Studencki kwadrans już minął - odparł Alejandro, sprawdzają po raz kolejny godzinę - Dajmy mu jeszcze chwilę.
W rozmowie z Hernandezem, Grant wydawał się spokojny i rzeczowy, no i przede wszystkim lakoniczny. Wyglądało też na to, że nie był specjalnie zdziwiony ani telefonem, ani tematem spotkania. Chciał spotkania na własnych warunkach i być może długie spóźnienie wpisywało się w jego plan.
Vivenne kiwnęła głową Hernandezowi, dając mu dyskretnie znać, aby zerknął za siebie. W ich stronę szło wolno dwóch mężczyzny w ciemnych, wełnianych płaszczach. Ich skórzane, wypastowane buty stukały donośne na posadzce atrium. Hernandez znał ten styl bycia, sposób chodzenia i ubierania się. Nie musiał nawet patrzeć na ich pozbawione emocji twarze, aby wiedzieć z kim ma do czynienia.
Mężczyźni kierowali się dokładnie do ich stolika, jakby to właśnie oni byli umówieni na spotkanie. Nie rozglądali się. Wzrok mieli skupiony i dyskretnie taksujący okolicę.
Gdy zatrzymali się przed parą, wyższy z nich zapytał.
-Pan Juan Alvarez?
-Teksańczyk zawahał się dosłownie na pół sekundy.
-FBI - dodał natychmiast mężczyzna, jakby chciał rozwiać tym hasłem wszelkie wątpliwości Hernandeza - Agent specjalny Dominic Cole. A to mój partner, agent Bender.
Legitymacja poświadczająca personalia mężczyzny zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
-Chcielibyśmy zadać państwu kilka pytań.
-W jakiej sprawie jeśli można wiedzieć? - zapytała Vivienne.
Na moment w atrium zrobiło się jakby ciszej, choć rozmowy przy sąsiednich wcale stolikach nie ustały. Ktoś zaszurał krzesło. W oddali rozległ się czyjś piskliwy śmiech. Ponad szklanym dachem przesunęły szare chmury, jakby zwiastujące ponowny atak śnieżycy.
-Chodzi o Dereka O’Harę - wyjaśnił krótko agent Cole.
-Proszę się nie obawiać - próbował uspokoić Vivienne, jego partner - Rozumiem, że nasze pojawienie może być dla państwa zaskoczeniem. Nie przyszliśmy tutaj robić scen rodem z filmu kryminalnego, ani zabierać państwu całego popołudnia. Chcemy tylko zadać kilka pytań. - zakończył
-To jak? Możemy usiąść? - zapytał z zawodowym uśmieszkiem agent Cole.