Chłód bijący z szybu windy mieszał się z duszącym odorem kwasu i starej krwi. Jego dłonie dygotały w spazmatycznym, niekontrolowanym rytmie. Patrzył w dół, na ostrożnie schodzącego po drabince Hannigana i czuł całkowity mętlik. Z jednej strony podziwiał dowódcę za próbę wyciągnięcia podwładnego z gówna, z drugiej - uważał to za skrajny, samobójczy idiotyzm. Zwłaszcza że stawką było życie kogoś takiego jak Sadza.
Gleeson nigdy nie trawił pierwszego oficera. Siergiej był głośny, prostacki, chlał na potęgę i był niestabilny niczym zubożony uran. Nawet teraz, gdy pierwsze emocje po ucieczce z korytarza opadły, Joshua uważał wyciągnięcie broni i celowanie w dowódcę za absolutnie kretyński wybryk, który mógł ich wszystkich zabić. Rosjanin, ze swoją brawurą i impulsywnością, wydawał mu się tutaj po prostu... OBCY.
Technik odwrócił na sekundę głowę, łapiąc spojrzenie rannego oficera bezpieczeństwa, który ubezpieczał szyb z drugiej strony.
– Trzymasz się, chłopie? – szepnął chrapliwie Gleeson. – Bo mi się łapy trzęsą jak cholera. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam... Czemu wciąż jesteśmy w tym cholernym grobowcu?
Odpowiedź przyszła z dołu. I too w najgorszej możliwej formie. Dźwięk uderzenia metalu o metal przerwał ciszę, a zaraz po nim rozpętał się koszmar, a w zasadzie jego drugi akt.
Ogłuszający łoskot, zgrzyt wyginanej, pękającej pod niewyobrażalnym naciskiem stali i trzask maltretowanych grodzi uderzyły w nich echem z głębi szybu. Chore serce Joshuy podskoczyło prosto do gardła, dławiąc oddech. W ułamku sekundy dotarło do niego coś potwornego. Ten okręt nie padł ofiarą awarii. On nie został po prostu zaatakowany przez lokalną faunę. Bleinert został w pełni zdobyty. Ktokolwiek lub cokolwiek tam było, traktowało te pancerne grodzie jak zamek z piasku. Hannigan, wiszący na drabince, oraz Sadza, zamknięty w stalowej puszce, mieli w tym momencie absolutnie, nieodwracalnie przesrane.
– Kurwa! Chyba robicie sobie pierdolone jaja! - wrzasnął Joshua w głąb szybu, a jego głos złamał się w połowie.
Rozpaczliwie zaparł kolbę karabinu o ramię, próbując zgrać przyrządy celownicze z włazem w dachu kabiny. Ale jego ręce skakały na wszystkie strony. Lufa M41A tańczyła w mroku, kreśląc chaotyczne ósemki, a drżenie mięśni było tak silne, że niemal uniemożliwiało utrzymanie palca na spuście bez ryzyka przypadkowego wystrzału.
– Elias, obserwuj tyły! - krzyknął do medyka, nie odrywając przekrwionych oczu od celownika, po czym rzucił desperackie spojrzenie na Holta. – Cholera mać, Holt. Tylko tam, kurwa, nie schodź, błagam... Zastrzelę skurwysynów, choćby nie wiem co!
Palec na spuście drżał. Wiedział, że w tym stanie nie trafiłby nawet w ścianę stodoły z dziesięciu kroków, ale te słowa... Te słowa były jedynym pancerzem, jaki mu jeszcze pozostał. Musiał blefować już nawet przed samym sobą, by po prostu nie zwariować.