Gleeson ominie spór Sadzy i Caleba. Interesują go: panele kontrolne,komputery ścienne i mapy statku. A potem id wojskowe i odpowiednie przepustki w okolicy, choćby ptzy trupach. Mając wiedzę o planie statku, grzecznie przyjdzie do reszty i powie, że zna szybką drogę do wyjścia i żeby poszli za nim 
ReRebirth
Posty
-
Krzyk Pustki -
Krzyk PustkiCiężkie powietrze, gęste od odoru rozkładających się ciał i smrodu kwasu, zdawało się dławić każde słowo wykrzyczane przez Sadzę. Joshua Gleeson stał w półmroku nowej ładowni, a jego stopy – z każdym nerwowym ruchem – przesuwały się po czymś twardym, wydając cichy, metaliczny chrzęst.
Łuski. Dziesiątki, a może setki wystrzelonych łusek zalegających na pokładzie pomiędzy zmasakrowanymi, gnijącymi zwłokami w mundurach Weyland-Yutani. Byli w samym sercu rzezi.
Odwaga inżyniera, która chwilę wcześniej pozwoliła mu odgryźć się dowódcy, wyparowała równie szybko, jak się pojawiła. Pozostał tylko czysty, pierwotny strach, przyprawiony bolesnym skurczem w klatce piersiowej. Stał pośród trupów, całkowicie nieuzbrojony, słuchając, jak resztki dyscypliny w ich oddziale ostatecznie się rozsypują. Sadza z młotokluczem w dłoni, otwarcie rzucający wyzwanie kapitanowi, wyglądał jak tykająca bomba. Hannigan – ukrywający jakieś korporacyjne karty i tajemnice – grał w grę, której zasad nikt inny nie rozumiał. Ranny Holt dyszał ciężko pod ścianą, a zszokowany doktor Crowe miał w rękach wiedzę, która właśnie stała się zapalnikiem buntu. Autorytet na tym okręcie trzymał się już tylko na ostatnim, cienkim włosku dawnej, wygasającej lojalności.
Joshua zacisnął zęby. Mógłby dołączyć do kłótni. Mógłby wrzasnąć na nich obu, wyrzucić z siebie całą frustrację i żal. Zapytać głośno, jak do cholery z najnudniejszej pracy w kosmosie, polegającej na serwisowaniu sprzętu górniczego, trafił do jakiegoś chorego, makabrycznego show. Byli szczurami w labiryncie. Jakiś niewidzialny demiurg właśnie udowodnił im, otwierając tę śluzę, że w pełni kontroluje sytuację i może wpuścić tu te czarne potwory w dowolnej chwili. Zabawa w króliki doświadczalne, podczas gdy dowództwo kłóci się o korporacyjne kody, nie miała żadnego sensu. Frustracja, strach i rezygnacja mieszały się w potężny, hormonalny koktajl, który dławił jego i tak słabe serce. Wiedział, że z każdą sekundą bez leków jego szanse na przeżycie drastycznie maleją. Nie zamierzał marnować resztek sił na spory.
Odwrócił się plecami do eskalującej kłótni, ignorując Sadzę i Hannigana. Zmusił swój umysł, by zaczął pracować analitycznie.Miał cel. Miał plan.
Śluza, o której majaczył kapitan, to było samobójstwo. Nawet jeśli dotrą tam w jednym kawałku, będą uwięzieni w próżni, bez wsparcia, stanowiąc łatwy cel dla tego stada. Zresztą... Ktokolwiek ich tu zwabił, na pewno nie pozwoli im tak po prostu wyjść. Jeśli mieli przetrwać, potrzebowali zasobów. Na wojskowym tenderze musiało być ich pod dostatkiem.
Gleeson zaczął metodycznie przeczesywać mrok wokół siebie światłem latarki, omijając leżące na podłodze zbezczeszczone szczątki. Szukał terminala ściennego. Mapy ewakuacyjnej. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zlokalizować układ sekcji. Zamierzał wykorzystać fakt, że kapitan potrzebuje jego zdolności technicznych, by niepostrzeżenie poprowadzić ich własną ścieżką. Musiał doprowadzić ich do ambulatorium – żeby utrzymać się przy życiu – a zaraz potem skierować całą ocalałą ekipę prosto do zbrojowni. Wiedział, że plan wymaga ostrożności, może nawet fortelu przy interpretacji mapy. Bo w tym momencie był już absolutnie pewien jednej rzeczy: ani demiurg pociągający za sznurki na tym statku, ani ich własny, zakłamany kapitan, nie cenili życia młodszego inżyniera ponad swoje własne interesy.
-
Krzyk PustkiJosh ruszy jako trzeci,.za Calebem i Eliasem. Nie będzie się z nimi ścigał

-
Krzyk PustkiSłowa Eliasa przedarły się przez gęstniejącą w umyśle Joshuy mgłę paniki. Inżynier powoli wypuścił z zacisnących się dłoni gruby materiał skafandra doktora i wziął ciężki, drżący wdech. Szum w uszach powoli cichł, choć potykające się serce wciąż boleśnie obijało się o żebra.
– Dzięki, doktorze – wykrztusił, próbując uspokoić oddech. Spojrzał prosto w oczy Crowe'a ukryte za pękniętą przyłbicą. – Ale powiedz mi tak szczerze... Wierzysz, że my to w ogóle przeżyjemy? Nasz statek właśnie sobie odleciał i cholera wie, czy kiedykolwiek po nas wróci...
Nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo przez interkom uderzył w niego twardy, nieliczący się z obiekcjami głos Hannigana. Groźba porzucenia w ciemnościach ładowni zawisła w powietrzu równie ciężko, co smród kwasu na korytarzu. Gleeson zamarł, a jego wzrok przeniósł się na mroczną sylwetkę dowódcy. Zamiast wybuchnąć strachem, inżynier poczuł nagle w swoim umyśle coś dziwnie chłodnego i ostrego.
– Zrozumiałem, kapitanie – odpowiedział zimno, a jego głos w komunikatorze brzmiał zaskakująco stabilnie – Przypominam jednak, że to pan ostatecznie odpowiada za życie tej załogi. I z każdą sekundą spędzoną na tym wraku coraz bardziej żałuję, że wtedy w ambulatorium nie przyjąłem pistoletu, który mi pan wciskał. Mimo wszystko... Doceniam, że wciąż ufa pan moim inżynieryjnym kompetencjom.
Ufał przynajmniej bardziej od samego Joshuy. Ale tego nie musiał nikt wiedzieć.
Gleesin odwrócił się w stronę mrocznej głębi ładowni, z której przed chwilą dobiegł zgrzyt otwierających się samoczynnie grodzi. W głębi ducha uśmiechnął się gorzko. Zastanawiał się, czy Hannigan rzucał te groźby z pełnym przekonaniem, czy z czystego przymusu. Prawda była brutalnie prosta, i obaj doskonale zdawali sobie z niej sprawę: bez Adama, Gleeson był jedynym specjalistą od systemów, jakiego mieli. Kapitan mógł szczekać, ale bez niego nie zdołaliby uruchomić nawet terminala, nie mówiąc o zdobyciu planów pokładu. Gdyby tylko...
Joshua przełknął ślinę i jako jeden z pierwszych ruszył w stronę rozwartej, ziejącej chłodem śluzy, zaciskając dłoń na zdobytych z apteczki stymulantach. Caleb jednak go wyprzedził, a obok niego dreptał Crowe. Hannigan chciał za wszelką cenę dostać się na mostek lub do kapsuł ewakuacyjnych. Ale Gleeson, słysząc wciąż w wyobraźni echa nieludzkich wrzasków, miał inną wizję. W głębi swojego schorowanego serca wiedział z absolutną pewnością, że po ogołoceniu ambulatorium, jedynym słusznym miejscem na wojskowym tenderze, do którego powinni teraz zmierzać, była... zbrojownia.
-
Krzyk Pustkiczyli 9 , wiec nie jest zle... udało się oddokowac, ale:

Czyli coś co trzymałeś w ręce.
A że trzymałeś Kardashiana...
-
Krzyk Pustkijak bardzo się nie udało zrzucić cum
Ech, za dużo nieodpowiedniego internetu...
-
Krzyk PustkiJoshua był zbyt wyprany z emocji i zbyt fizycznie wyczerpany, by zdobyć się na słowa wdzięczności za to, że Elias nie zostawił go samego. Mimo wszystko poczuł się nieco lepiej. Elias był tu chyba najbardziej zrównoważoną osobą, zaraz po Adamie rzecz jasna.
– Nie szukaj małych, białych pudełeczek, doktorze – odparł głucho, omiatając snopem latarki krawędzie ładunków. – Pracowałem kiedyś na lądowisku w kolonii, na śmieciowych kontraktach. Przerzucałem tony takiego korporacyjnego i wojskowego szajsu. Jeśli to jest tender logistyczny, to mają tu wszystko skatalogowane według standardowych protokołów zaopatrzeniowych.
Joshua rozejrzał się dookoła. Nie był do końca pewien. Pierszy raz widział takie wnętrze. Mimo ogromnej przestrzeni, pełno tu wąskich przejść między kontenerami. Jakby ktoś usilnie układał labirynt, albo z nudów grał kontenerami w tetrisa.
– Szukaj uszczelnianych, polimerowych zasobników. Zazwyczaj ciemnoszare lub oliwkowe skrzynie. Interesuje nas pomarańczowy, pionowy pas na boku i czarny trójkąt z białym krzyżem w środku. Większe ładunki mają oznaczenia typu PHARMA lub MED-4. Broń to najczęściej ARMS lub DEF-3, ale obawiam się, że będą zabezpieczone. Zapasy to SPL. Będą zapewne oznakowane dodatkowo literami i cyframi, zgodnie z katalogiem przyjęć magazynowych. Gdyby takowy zdobyć, nie musielibyśmy nawet sprawdzać wszystkiego po kolei... I jeszcze jedno.
Gleeson odwrócił się w stronę Crowe'a.
– Dzięki, Elias.
-
Krzyk PustkiKąśliwa uwaga kapitana, podważająca kompetencje inżyniera w obliczu zmasakrowanego syntetyka, zadziałała na Joshuę w sposób, którego on sam by się nie spodziewał. Paraliżujący strach, który jeszcze przed sekundą dławił go od środka, nagle ustąpił miejsca czystej, gorącej irytacji. Gleeson oderwał plecy od zimnej grodzi i powoli się wyprostował, ignorując kłucie w klatce piersiowej. Jego blada od potu twarz wyraźnie spochmurniała, a w oczach błysnął dawny, buntowniczy upór.
– Wybacz, mon capitaine – wycedził, akcentując francuski zwrot z przerysowanym, ironicznym szacunkiem – Widocznie musiałem przespać lekcję pod tytułem „Naprawa androidów, podczas gdy kosmiczne mutanty broczące żrącym kwasem chcą cię zabić”.
Caleb Hannigan ewidentnie działał na Gleesona jak zapalnik. I sądząc po gęstej atmosferze w ładowni, nie tylko na niego. Joshua powiódł wzrokiem po reszcie ocalałych. Spojrzał wymownie na Siergieja – który zaledwie chwilę wcześniej gotów był rozstrzelać dowódcę za sprowadzenie ich do tego grobowca – a następnie na ciężko oddychającego, rannego Holta. Nie odezwał się więcej, nie próbował szukać sojuszników na siłę. Ten jeden rzut oka wystarczył za tysiąc słów. Odnosił wrażenie, że autorytet kapitana rozsypywał się tu szybciej niż pancerze roztapiane kwasem. I choć czuł z tego lekkie schadenfreude, tak po chwili refleksji to był raczej kiepski scenariusz.
Inżynier odwrócił się w stronę rozległej, tonącej w mroku ładowni.– Poszukam czego się da, póki moje serce jeszcze działa – rzucił chłodno przez ramię. W jego głosie brzmiała twarda, zrezygnowana determinacja – Potrzebuję swoich leków.
Nie czekał na odpowiedź Hannigana, na jego zgodę, ani na to, by ktokolwiek do niego dołączył. Po prostu odwrócił się na pięcie, kaszlnął mimowolnie dwa razy i ruszył przed siebie lekko chwiejnym krokiem w głąb ciemnego magazynu.
-
Krzyk PustkiNp. będziemy musieli robić testy na napicie się z termosu i za każdym razem ochlapiemy całe pomieszczenie

Gleeson poszedł szukać lootu. Złe emocje przyćmiły jego instynkt ostrożnej antylopy

-
Krzyk PustkiDebata nad tym, kto powinien trzymać jego własną broń, toczyła się ponad głową Gleesona, jakby nagle stał się niewidzialny albo ubezwłasnowolniony. Holt, mimo rany, wciąż myślał jak oficer bezpieczeństwa, chcąc uzbroić właściciela pistoletu. Sadza jednak brutalnie i trzeźwo ocenił roztrzęsionego inżyniera, odmawiając oddania mu broni, po czym po prostu odwrócił się i ruszył w stronę zmasakrowanego syntetyka, by samemu pogrzebać w jego bebechach. To go jakby wewnętrznie uspokoiło, a na zmarnowanej twarzy dało się dostrzec delikatną iskrę emocji
– To nadal moja spluwa – wtrącił z chrypką, prostując się nieco, choć wciąż trzymał dłoń na klatce piersiowej. Spojrzał na Sadzę, po czym przeniósł wzrok na Holta – Ale fakt, nie czuję się najlepiej. Już kiedyś w podobnej sytuacji... – urwał nagle, zaciskając usta, jakby odganiał od siebie wspomnienia – Uhm.. Nieważne...
Wziął głębszy oddech, a jego wzrok padł na pistolet tkwiący w dłoni pierwszego oficera.
– Skoro ciężki karabin nie pokonał tamtego... czegoś... – kontynuował, a jego głos dziwnie stwardniał. Zniknęło gdzieś rozbieganie i jąkanie, zastąpione przez zimną, pragmatyczną kalkulację przetrwania – To pistolet jest tylko złudnym talizmanem. Kawałkiem żelastwa, który daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Co gorsza, przykuwa uwagę wroga, który obiera na pierwszy cel jej posiadacza. Ten stwór rzucił się prosto na ogień zaporowy Marcusa, prawda?
Gleeson nagle przestał brzmieć jak amator, który znalazł się tu przez przypadek. Brzmiał jak ktoś, kto dorastał w miejscu, gdzie zasady przetrwania pisało się krwią na stalowych grodziach.
– Cóż... Jeśli mamy... Jeśli MUSIMY się z nim konfrontować, a obawiam się, że te pancerne drzwi w końcu puszczą, potrzebny jest nam punkt obronny i plan, a nie wymachiwanie pistoletem – stwierdził rzeczowo, mrużąc oczy
– A skoro to coś krwawi, albo raczej wycieka kwasem, to znaczy, że da się to uszkodzić. Jest fizyczne. Może Holt nam powie, gdzie go trafił? I czy w ogóle wydawało się, że to robi na tej bestii jakiekolwiek wrażenie?
-
Krzyk Pustki -
Krzyk PustkiGleeson odpuszcza grzebanie przy syntetyku.
-
Krzyk PustkiPropozycja Eliasa zawisła w ciężkim, przesyconym zapachem kwasu i ozonu powietrzu ładowni. Ekstrakcja danych z korporacyjnego syntetyka. W idealnym świecie inżynier po prostu otworzyłby panel diagnostyczny w karku maszyny, podpiął terminal i zgrał logi. Ale Joshua poczuł, jak po plecach spływa mu nowa fala zimnego potu – z zupełnie innego powodu, niż przypuszczałby doktor.
Joshya oderwał wzrok od Eliasa i przeniósł go na makabryczne, ociekające białym płynem hydraulicznym szczątki targane przez Hannigana. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie autentycznego obrzydzenia i słabości. Przełknął głośno ślinę, a jego dłoń odruchowo mocniej zacisnęła się na bolącej klatce piersiowej.
– Doktorze... – wykrztusił cicho, kręcąc powoli głową. Cofnął się o krok od zwłok maszyny, jakby sam ich widok był zaraźliwy. – Ja... nie dam rady. Przykro mi, ale nie dam. To mnie w tym momencie całkowicie przerasta.
Wziął płytki wdech, unikając twardego spojrzenia kapitana. Patrzył tylko na roztrzaskaną, pozbawioną wyrazu twarz martwego androida.
– Przecież... przecież dokładnie tak samo musi teraz wyglądać Adam – kontynuował drżącym głosem, który nie wymagał najmniejszego udawania. Emocje, które z siebie wyrzucał, były całkowicie szczere. – Został tam sam z tym czymś, żeby kupić nam czas. Jeśli zacznę teraz grzebać w kablach i rozprutych bebechach tego trupa, to po prostu rzygnę, albo znowu padnę. Zbyt mocno mi go to przypomina.
Gleeson opuścił wzrok na swoje dygoczące, wciąż usmolone od prowizorycznego spinania kabli dłonie.
– Adam... Adam był jedynym na tym przeklętym statku, który traktował mnie w pełni poważnie... Był... Taki ludzki...
Po tych słowach zamilkł patrząc się tępo w jakieś resztki zaschniętego smaru pod nogami.
-
Krzyk PustkiJoshua jest jakby wyłączony (po ataku serca). Nie zrozumiał poleceń Hannigana. Podszedł do Eliasa i opisał mu swój stan i potrzebę wzięcia leków. I spytsl co miał na myśli mówiąc "stwór".
Poza tym nie bardzo ma jeszcze siły by myśleć o kolejnych krokach (może w kolejnej turze). -
Krzyk PustkiCiężkie, pancerne wrota ładowni zatrzasnęły się z głuchym, potężnym łoskotem, odcinając ich od koszmaru w korytarzu. Niemal natychmiast po drugiej stronie rozległ się potworny, wibrujący w trzewiach syk i łomot, jakby coś kwasożernego z wściekłością rzucało się na grubą stal.
Joshua siedział oparty plecami o rozpruty panel sterowania. Jego ciało, wyprane z resztek adrenaliny po prowizorycznej reanimacji serca, ogarnęła obezwładniająca słabość. Patrzył na to, co działo się przed nim, jakby oglądał tani, kiepsko zmontowany serial na ekranie z zepsutym dźwiękiem. Wzrok mu się rozjeżdżał, a emocje... po prostu zniknęły, zastąpione tępym, odrętwiałym szokiem.
Widział, jak Sadza i Hannigan, wciąż uginający się pod ciężarem zmasakrowanego syntetyka Weyland-Yutani, wciągają do środka rzęrzącego Holta. Oficer bezpieczeństwa był ranny, a jego dłonie puste – zgubił swojego potężnego Armata gdzieś tam, w ciemnościach, zanim stalowa gródź zdążyła opaść. I brakowało kogoś jeszcze. Adama.
Ostatnie, co zarejestrował przegrzany umysł Gleesona przed zamknięciem drzwi, to nieludzka szarża ich własnego androida. Zaprogramowany do ochrony ludzkiego życia Adam rzucił się w sam środek rzezi z jakimś wyrwanym, metalowym prętem, przyszpilając to smoliście czarne piekło do pokładu i kupując im te kilka krytycznych sekund. Został po tamtej stronie. Rozsądek podpowiadał Joshui, że Adam wkrótce będzie wyglądał dokładnie tak samo jak cybernetyczny wrak, którego kapitan wciąż nie chciał zostawić w cholerę.Hannigan miotał się teraz po ładowni, próbując złapać oddech. Szarpał się z systemem komunikacyjnym, krzycząc coś do mikrofonu w rozpaczliwej próbie nawiązania łączności z Kardashianem. Do uszu Joshuy docierał jednak tylko zniekształcony bełkot. Wychwytywał pojedyncze słowa, ale nie miały one dla niego żadnego logicznego spoiwa.
Wtedy usłyszał Eliasa. Doktor stał oparty o zimną ścianę, gorączkowo przecierając dłonią w rękawicy popękaną przyłbicę swojego hełmu.– Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący. – To ten stwór go tak urządził.
Słowa Crowe'a przebiły się przez otępienie Gleesona. Stwór. A więc to nie był żaden eksperymentalny, oszalały model syntetyka. To było coś innego. Zanim jednak Joshua zdążył otworzyć usta, by o cokolwiek zapytać, wydarzyło się coś, co w normalnych okolicznościach przyprawiłoby go o kolejny zawał.Siergiej pękł. Pierwszy oficer wystartował do kapitana z furią obudzonego niedźwiedzia. Chwycił Hannigana, plując mu w twarz oskarżeniami i wypominając winę za sprowadzenie ich do tego grobowca. Co gorsza, w trzęsącej się dłoni Sadzy połyskiwała lufa – zarekwirowany wcześniej pistolet Joshuy, teraz wymierzony prosto w pierś dowódcy. Gleeson patrzył na to w absolutnym milczeniu. W głębi duszy zgadzał się z każdym wyrzuconym przez Siergieja słowem. Jakaś mroczna, cyniczna część jego umysłu wręcz kibicowała pierwszemu oficerowi. Ostatecznie jednak Sadza oprzytomniał. Spojrzał tylko na trzymaną broń, rzucił coś po rosyjsku pod nosem i opuścił ją, chowając pistolet z powrotem.
Bunt upadł, zanim na dobre się zaczął.
Joshua wziął głęboki, urywany wdech, który zakończył się tępym bólem. Zmusił swoje osłabione mięśnie do pracy. Podniósł się z podłogi powoli, niezgrabnie, jedną ręką wciąż kurczowo masując lewą stronę klatki piersiowej. Szedł chwiejnym krokiem, omijając rannego Holta, i zatrzymał się dopiero tuż obok Crowe'a.
Gleeson był blady jak papier, a po czole, pod osłoną hełmu, spływały mu kropelki zimnego potu. Spojrzał na doktora wzrokiem wypranym z dawnej, nerwowej energii.– Doktorze... – zaczął krótko, a jego głos był zaskakująco suchy i cichy, pozbawiony zwykłego rozedrgania. – Miałem atak. Serce mi siada. Moje nitro-blokery i stymulanty zostały w kajucie na Kardashianie. Jeśli wkrótce czegoś nie wezmę, to następnym razem po prostu padnę trupem. Chyba... chyba będziemy musieli zahaczyć o tutejsze ambulatorium, skoro i tak jesteśmy w dupie.
Przerwał na moment, przełykając ślinę, by zwilżyć zaschnięte gardło, po czym wskazał ruchem głowy na pancerne drzwi.
– I... co miał pan przed chwilą na myśli? – zapytał rzeczowo, choć w jego oczach wciąż czaiło się przerażenie. – Mówiąc "stwór". To znaczy co? Zmutowane zwierzę z jakiegoś ładunku? Maszyna biologiczna? Ufok? Z czym my tu kurwa jesteśmy zamknięci?
-
Krzyk PustkiWarto dodać, że gródž przez stres Gleesona i prowizorkę (musi stykać przewody) nie zamyka się równomiernie, ani też standardowym tempem. A w jakim, to zostawiam w geście MG

-
Krzyk PustkiHuk ognia ciągłego z karabinu pulsacyjnego zamienił korytarz w komorę rezonansową. Każdy wystrzał wibrował w stalowych grodziach, przenosząc się przez podłogę wprost do kości skulonego w ładowni Joshuy. Gleeson nie widział absolutnie nic, co działo się na zewnątrz. Siedział wciśnięty w kąt pod rozbebeszonym panelem sterowania niczym przerażony poborowy na dnie okopu, podczas gdy nad jego głową przetaczała się artyleryjska nawałnica.
Do jego uszu docierała kakofonia absolutnego koszmaru: przeraźliwe krzyki jego towarzyszy, syk topionego kwasem metalu i ten nieludzki, mrożący krew w żyłach skrzek, przypominający dźwięk rwanej blachy połączony z wizgiem zarzynanego zwierzęcia. A potem, nagle, karabin umilkł. Rozległ się tylko ten jeden, suchy, pusty trzask iglicy, po którym nastąpił odgłos ciężkiego uderzenia i zdławiony wrzask Holta.
Gleeson przestał oddychać. Zrobiło mu się lodowato zimno. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zaciska niewidzialne imadło, a serce nagle potyka się, uderza szaleńczo o żebra, po czym... po prostu zamiera. Mroczki przed oczami zalały resztki i tak skąpego światła. Zastygł w bezruchu, dławiąc się własnym przerażeniem...
W tej jednej, zawieszonej w czasie sekundzie, jego umysł uciekł z koszmarnego Bleinerta. Wrócił do dusznych, rdzewiejących trzewi kolonii górniczej. Półprzytomny, niczym śniąc na jawie przypomniał sobie tamten felerny dzień na najniższych poziomach, kiedy w ślepym zaułku zatarasowało im drogę trzech naćpanych rzezimieszków z nożami wibracyjnymi. Strach uderzył w niego tak samo mocno jak teraz. Złapał się wtedy za pierś i osunął na zardzewiałą kratownicę, dławiąc się z braku powietrza, podczas gdy jego serce wypadało z rytmu.
I wtedy poczuł na twarzy szorstkie, ubrudzone smarem dłonie swojej siostry. Zignorowała nożowników, skupiając całą uwagę na nim.„Josh! Patrz na mnie!” – krzyczała wtedy, potrząsając nim gwałtownie. – „Przyciągnij kolana do klatki! Teraz! Zrób głęboki wdech na cztery sekundy... i kaszlnij! Mocno, z całej siły w przeponę, słyszysz?! Zmuś to cholerstwo do bicia!”
Siedząc pod zniszczonym panelem na wymarłym okręcie, Gleeson odruchowo podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy, wciągnął ze świstem zatęchłe powietrze z recyrkulatora i gwałtownie, potężnie zakasłał. Raz. Drugi. Trzeci...
Silny skurcz przepony uderzył w klatkę piersiową. Serce, brutalnie wyrwane z letargu, podskoczyło boleśnie, po czym podjęło ciężki, ale stabilny rytm. Krew znów uderzyła mu do mózgu, rozjaśniając wzrok, a potworny szum w uszach ustąpił.
I właśnie w tym momencie, przebijając się przez zgiełk, usłyszał głos Hannigana:— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
Wszelkie wątpliwości wyparowały. Dłonie Joshuy wciąż się trzęsły, ale nie było w nich już tego sparaliżowanego bezwładu. Chwycił zmostkowane, iskrzące kable zasilające z wybebeszonego panelu.
— Zamykam! — wrzasnął, zdzierając gardło na otwartym kanale komunikacyjnym, próbując przekrzyczeć chaos w korytarzu. — Wchodzić, do kurwy nędzy! Zamykam!
Zacisnął zęby i z całej siły zetknął grube przewody. Posypały się iskry, a powietrze momentalnie wypełniło się smrodem ozonu. Ciężkie serwomotory w ścianach ładowni zawyły z przeciążenia. Masywne, pancerne wrota drgnęły i z głuchym dudnieniem zaczęły sunąć ku sobie, zamykając wejście.
Zajmie im krótką chwilę, zanim zatrzasną się całkowicie. Gleeson dociskał kable, wpatrując się szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami w zwężającą się szczelinę światła rzucanego przez latarki reszty zespołu z korytarza. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niego, że mógł poczekać dłuższą chwilę. Mógł trzymać kable w pogotowiu i zamknąć obwód dopiero, gdy upewni się, że wszyscy zdążyli wpaść do środka. Ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy niż lojalność. Nie obchodziło go, kto zdąży przebiec przez próg, o ile stalowa gródź na czas oddzieli jego od tego wrzeszczącego monstrum. -
Krzyk PustkiGleeson wykonuje rozkaz. Słyszy "zamykaj" to zamyka.
Dałem jednak celowo pewną przestrzeń czasową dla MG. No i reszty, by ewentualnie mogli nie zostać za drzwiami i przeżyć
-
Krzyk PustkiKiedy z ust kapitana padł rozkaz – szybki, brutalny i całkowicie pozbawiony tej jego denerwującej, sztywnej ogłady – do Joshuy dotarła prawdziwa skala katastrofy. To nie była kolejna usterka do zdiagnozowania ani taktyczne przegrupowanie. To był desperacki, chaotyczny odwrót!
Gleeson tkwił w mroku ładowni, kurczowo zaciskając trzęsące się dłonie na pęku zmostkowanych kabli zasilających. Rozbebeszony panel kontrolny wyglądał jak ofiara rzeźnika; gdyby elektronika mogła odczuwać ból, ten moduł z pewnością wyłby teraz wniebogłosy, plując snopami iskier. Joshua zamierzał posłusznie wypełnić rozkaz i zewrzeć obwód, gdy tylko usłyszy sygnał Hannigana, ale w ułamku sekundy przez jego umysł przemknęła zimna, inżynieryjna myśl.
To wszystko poszło zbyt gładko. Zbyt prymitywnie.
Jak to w ogóle możliwe, że na okręcie floty Zjednoczonych Ameryk zabezpieczenia masywnej grodzi dało się obejść za pomocą brutalnego wyrwania obudowy i zwarcia przekaźników? Taka ingerencja powinna natychmiast wyzwolić blokadę hydrauliczną i zamrozić serwomotory. Czy ten upiorny statek w jakiś złośliwy sposób pozwolił mu otworzyć te drzwi? Ta myśl wydała mu się nagle równie przerażająca co sygnały na detektorze.
Spojrzał gorączkowo w stronę korytarza, a mętlik w jego głowie sięgnął zenitu.
Dlaczego do cholery wszyscy uciekali właśnie w jego stronę?! Przecież śluza i droga powrotna na Kardashiana znajdowały się w przeciwnym kierunku, za kotarą przeciwpożarową! Zamiast torować sobie drogę ucieczki, reszta oddziału pchała się do ciemnej, odizolowanej ładowni, dobrowolnie zamykając się w stalowej puszce. Co ich aż tak bardzo przeraziło?! Cokolwiek pełzało tam w szybach wentylacyjnych, musiało być gorsze od czegokolwiek, co Gleeson mógł sobie wyobrazić.
Joshua od zawsze był neurotykiem z chorym sercem. Przywykł do tego, że to on jest tym przerażonym, gadatliwym balastem. Spodziewał się własnego strachu. Ale nie spodziewał się zbiorowej paniki. Widząc, jak uzbrojony w karabin Holt traci orientację, a zimny jak lód kapitan zdziera z siebie maskę opanowania i rzuca chaotyczne rozkazy, Gleeson poczuł, że jego własny, wewnętrzny bezpiecznik ostatecznie się przepala. Upadek autorytetów i profesjonalistów był dla niego dowodem na to, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.Z płytkim, świszczącym oddechem tkwił przy wybebeszonym panelu. Złapał mocniej za kable, dygocząc na całym ciele. Gotów w każdej sekundzie na znak kapitana zewrzeć styki i odciąć ich ciężką grodzią od czegokolwiek, co właśnie na nich polowało, nawet jeśli oznaczało to zatrzaśnięcie się we własnym grobowcu.
-
Krzyk PustkiPost jest, ale nie wiem czy wy tam jeszcze będziecie, w razie czego nikt w kosmosie waszego krzyku nie usłyszy, to nikogo nie obudzicie.
Ale chyba tak źle nie będzue. Nie będzie, prawda... ?
