Krzyk Pustki
-
Elias przestał się szarpać z ramieniem Joshuy i znieruchomiał. Przez chwilę naprawdę nie był pewien, czy coś usłyszał, czy to tylko jego własna czaszka postanowiła dorzucić kolejny objaw do coraz dłuższej listy. W słuchawkach mieszały się oddechy, trzaski komunikatora i syk palnika Sadzy, przez co każdy obcy dźwięk łatwo było uznać za artefakt dzwiękowy, echo albo zwykłe przesłyszenie.
– Cicho… – syknął, unosząc lekko dłoń.Przechylił głowę i spojrzał w stronę korytarza prowadzącego ku niższym pokładom. Przez moment nie wydarzyło się nic. Potem znów to wychwycił. Słabe, rozciągnięte, ledwie obecne pod szumem instalacji. Coś pomiędzy syczeniem a przeciągłym skowytem, zbyt nierównym, by pasowało do pracy pompy czy silnika. Zmarszczył brwi.
– Myślałem, że dzwoni mi w uszach po uderzeniu, ale to chyba nie to... – powiedział ciszej, ale dało się usłyszeć go na głónym kanale.Ping detektora ostatecznie rozwiał jego obawy. Elias zamarł na moment, a potem mocniej zacisnął palce na ramieniu Joshuy. Tym razem nie próbował nawet udawać, że robi to wyłącznie dla zachowania równowagi. Wpatrywał się w ciemność korytarza tak intensywnie, jakby mógł tymsamym wycisnąć więcej z gałek ocznych.
– Dobra. Czyli jednak nie zwariowałem.Syk palnika znów przeciął powietrze. Jasne światło odbiło się od ścian, a potem zgasło poza polem widzenia, pozostawiając ich ponownie w przytłumionym półmroku. Elias spojrzał na Sadzę pracującego przy kurtynie, potem na otwartą ładownię i wreszcie z powrotem w stronę sekcji napędowej. Perspektywa wyczekania pietnastu minut nagle zaczęła jawić mu się jako bardzo nieprzyjemna. Odwrócił głowę ku Adamowi.
– To chyba od strony maszynowni. Przynajmniej tak mi się wydaje.Przez chwilę milczał, nasłuchując ponownie. Niepokoiło go nie tylko to, że dźwięk był obcy. Bardziej to, że raz ginął całkowicie, a chwilę później wracał, jakby coś poruszało się poza zasięgiem światła i tylko od czasu do czasu pozwalało się usłyszeć.
– Co to może być Adam? Jakieś pomysły? Mówże... – zażądał. Może było trochę dziwne, że w obliczu zagrożenia pytał się akurat Androida, ale nie dbał teraz o swoją prywatną niechęć do elektrycznych. -
- 10 minut - oznajmił Sadza.
Jego głos przerwał na chwilę miarowe tykanie detektora, które oznaczało mające nadejść spotkanie. Hannigan uważał, że to muszą być rozbitkowie. To było najbardziej logiczne wytłumaczenie sygnałów pokonujących korytarze statku w ślad za nimi. Ale nie mógł wykluczyć również syntetyków W-Y, które będą oznaczać kłopoty. Bo jeśli doszło do starcia załóg, a wszystko na to wskazuje, że doszło, firma postara się zatrzeć wszelkie ślady po tym zdarzeniu. Tymczasem kurtyna przeciwpożarowa nieznośnie powoli, acz trzeba przyznać metodycznie, poddawała się cięciu.
- Pani Volkov, proszę zlokalizować następny, najbliższy właz dokujący. Nie przepinajcie się jeszcze, ale bądźcie gotowi. Ktoś idzie w naszym kierunku.
- Panie Gleeson, proszę aktywować ten panel sterujący. A jak się nie da, odłączyć blokadę i włączyć manualne sterowanie otwieraniem ładowni.
Wyprostował się ciężko, zaczynając odczuwać ciężar androida na plecach.
-
Delilah le Fey
Agentka popatrzyła na gwoździarkę. Chłopak wydawał się całkowicie szczery i jeśli grał jakąś rolę, nie wyczyła w nim nuty fałszu. Z definicji nie ufała ludziom, bo z definicji każdy miał ukryte intencje zwłaszcza Delilah le Fey tu jednak nie potrafiła się ich dopatrzyć. Wyglądało na to, że drugi pasażer rzeczywiście szuka cichego sojuszu. A może jeszcze czegoś więcej.
— Zdecydowanie nie chciałabym zostać przewiercona gwoździarką pneumatyczną — skomentowała jakby od niechcenia. — Ból potrafi być przyjemny, ale nawet ja mam swoje granice.
Kiedy usłyszała jego wyznanie, na moment skamieniała. Słyszała w życiu wiele komplementów, głównie fałszywych, ale nie znała człowieka, który cieszyłby się z towarzystwa przedstawicielki firmy. Równie dobrze mógł przyznać, że lubi wsadzać język w gniazdo skorpionów i brzmiało by to tak samo niedorzecznie. Szubrawcy pokroju Hanningaha traktowali ją jako przykrą konieczność, pijawkę w drogim garniturze i zdążyła się już do tego przywyczaić.
Natychmiast zdusiłe ciepło, które zaczęło się rozlewać się trucizna. Zastąpił je lód.
— Muszę cię lojalnie ostrzec William. — zaczęła patrząc mu w oczy. — Nie przywiązuj się do mnie zbyt mocno. Wszystko co słyszałeś o agentach korporacji to kłamstwa. Jesteśmy jeszcze gorsi. Mój interes jest prosty. Mam dotrzeć na Borodino w jednym kawałku i podpisać tam kontrakt. Twój interes to po prostu przeżyć tę podróż. Niestety, z jakiegoś powodu kapitan postanowił zaryzykować życie nas wszystkich. Więc przygotuj się. Kiedy dotrzemy na mostek, może zrobić się bardzo nieprzyjemnie.
Delilah odwróciła się w stronę dziobu. Ruszyli korytarzem obok siebie, oświetlani wyłącznie przez lampy awaryjne. Zatrzymali się przed pancernymi drzwiami prowadzącymi do sekcji dowodzenia. Wrota nie otworzyły się automatycznie. Dioda dostępu na panelu świeciła na czerwono. O’Callan musiał prewencyjnie zaryglować cały pokład. Nie miała zamiaru bawić się z nim w kotka i myszkę i tracić czasu na przepychanki słowne. Podniosła głowę w stronę sufitu.
— Opiekunie. Wyjaśnij pilotowi O'Collanowi moją rolę i wynikające z niej obowiązki. Potwierdź, że oficjalnie działam jako Niezależny Obserwator Wewnętrzny i prowadzę śledztwo w związku z rażącym działaniem na szkodę Kelland Mining. Zablokowanie mi dostępu do mostka kapitańskiego stanowi utrudnianie audytu.
-

Pod drzwiami mostka Kardashiana
Delilah le Fey wbiła spojrzenie w opancerzone drzwi mostka czekając na odpowiedź inteligentnego asystenta załogi, wodząc wzrokiem po rzędach naniesionych na gruby metal technicznych oznakowań.
- Realizacja wniosku niemożliwa - z głośników ukrytych w ścianach korytarza popłynął elektroniczny głos Opiekuna - Na mocy dyrektywy kapitana na czas trwania operacji z podwyższonym ryzykiem zagrożenia zdrowia i życia obowiązują zaostrzone procedury dostępu do funkcji inteligentnego wsparcia załogi. Pani wniosek zostanie zrealizowany po obniżeniu stopnia stanu zagrożenia.
Przedstawicielka Lasalle uniosła w wystudiowany sposób brwi, tym umiarkowanym gestem demonstrując światu swoją ogromną dezaprobatę dla decyzji AI. W myślach zaczęła układać odpowiedź merytoryczną wystarczająco daleko, aby ponownie spróbować przełamać opór Opiekuna, wówczas jednak głośniki radiowęzła trzasnęły w charakterystyczny sposób i popłynął z nich wyraźnie zdenerwowany głos Nadii Volkovej.
- Pani le Fey, nie jest pani upoważniona do wejścia w strefę zastrzeżoną - oznajmiła impertynenckim tonem kobieta, która od pierwszej chwili wspólnego pobytu na statku wydawała się Delilah wyjątkowo antypatyczną - Proszę się udać do swojej kabiny i pozostawać w niej do odwołania.
Korporacyjna negocjatorka słuchała poleceń z kamienną miną, ale jej uwaga skupiała się na dźwiękach tworzących tło dla słów Nadii Volkovej, płynące z osobnego systemu łączności i dobrze słyszalne ze względu na podwyższoną głośność komunikatora.
Rozbrzmiewające w tle ludzkie głosy wibrowały pełnym stresu niepokojem.
Gleeson, ile jeszcze? Panel!
Gdzie oni są?! Sadza, pośpiesz się, do kurwy nędzy!
I w tym momencie Delilah le Fey usłyszała coś jeszcze: przeciągły niski dźwięk, którego nie była w stanie w żaden sposób sklasyfikować, a który w pierwszej chwili uznała za kuriozalny przykład zakłóceń radiowego połączenia.
Tak, to było najbardziej racjonalne wyjaśnienie dla dźwięku, który wbrew zdrowemu rozsądkowi mógł się niektórym kojarzyć ze zwierzęcym sykiem płynącym z gardzieli stworzenia, które nie miało żadnego związku z gatunkiem ludzkim.
Głośniki trzasnęły krótko obwieszczając wyłączenie radiowęzła.
-
Miarowe, rytmiczne tykanie wykrywacza ruchu brzmiało w ciemnym korytarzu jak odliczanie do egzekucji. Z każdym kolejnym piknięciem, z każdym metrem, o który zbliżały się niezidentyfikowane sygnały, coś wewnątrz Joshuy powoli pękało.
Strach, który do tej pory napędzał jego słowotok i nerwowe, graniczące z histerią reakcje, nagle zmienił wektor. Zamiast wyrzucić z siebie kolejną tyradę o samobójczych decyzjach, Gleeson poczuł, jak przerażenie zapada się do środka. Lodowaty, paraliżujący chłód zaczął zjadać go od wewnątrz, dławiąc oddech i miażdżąc płuca. W jednej chwili ciężar sytuacji przygniótł go do samej podłogi – byli w pułapce, ktoś lub coś na nich polowało, a na dodatek dowódca dźwigał na plecach rozerwane szczątki syntetyka, przypominając im wszystkim, co może ich spotkać.Kiedy padł rozkaz kapitana dotyczący panelu, Joshua nie zaprotestował. Nie zająknął się, nie skomentował, nie zaczął tłumaczyć, dlaczego to zły pomysł. Po prostu... zamilkł. Z gadatliwego, wiecznie szukającego wymówek neurotyka, w ułamku sekundy stał się posłuszny, potulny i nienaturalnie przyćmiony. Ta nagła, całkowita zmiana, to zgaszenie jego buntowniczej iskry, musiało być dla stojących obok bardziej niepokojące niż jakikolwiek krzyk. Wyglądał, jakby nagle odcięto mu zasilanie. Skinął tylko ciężko głową, jak posłuszny, zrezygnowany automat. Przełknął suchą gulę w gardle i bez słowa sprzeciwu przestąpił próg ciemnej ładowni.
Mrok pochłonął go natychmiast, gdy tylko oddalił się od snopów światła z latarek reszty załogi. Wodził dłonią po chłodnej, metalowej ścianie, aż w końcu jego palce natrafiły na krawędź panelu sterującego. Wyciągnął swój stary terminal diagnostyczny i podpiął go do gniazda. Ekran rozbłysnął słabym, zielonkawym światłem, rzucając upiorne cienie na jego spoconą twarz.
Gleeson wpatrywał się w ciągi danych. Wojskowe protokoły, zaawansowana architektura systemowa, skomplikowane zabezpieczenia elektroniczne. Rozkaz kapitana brzmiał prosto, ale to, co Joshua miał przed oczami, absolutnie go przerastało. Z każdą sekundą zdawał sobie sprawę, że to nie jest przepalony styk w pompie chłodziwa ani uszkodzony silnik starego transportowca. Nie rozpoznawał tu niemal niczego. Nie miał pojęcia, jak systematycznie i zgodnie z podręcznikiem obejść takie blokady. Piknięcia detektora ruchu z korytarza wwiercały mu się w czaszkę. Czas uciekał.
Z drżącym, przerywanym oddechem odpiął terminal. Skoro nie potrafił dogadać się z oprogramowaniem, musiał zejść do poziomu, który rozumiał. Brutalnej mechaniki i elektroniki. Złapał za krawędź obudowy panelu i szarpnął z całej siły, wyłamując zatrzaski. Skrzynka odskoczyła, odsłaniając gęstą plątaninę kabli, światłowodów i bezpieczników. Miał zamiar potężnie zaimprowizować. Wyciągnął narzędzia i zaczął gorączkowo szukać głównych przekaźników napięcia, gotów połączyć je na krótko, byle tylko manualnie wymusić zasilanie na potężnych serwomotorach drzwi, modląc się w duchu, by przy okazji nie wysadzić w powietrze całej sekcji.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Palnik Siergieja syczał jednostajnym dźwiękiem rozgrzanej do białości plazmy, punktowany ostrym trzaskiem odkształcającej się rolety. Przyciśnięty biodrem do wewnętrznej ściany korytarza Marcus Holt obejrzał się na pracującego w skupieniu pierwszego oficera, cały czas mierząc z odebranego Purcellowi Armata w środek wciąż pustego korytarza.
- Są coraz bliżej! - krzyknął Gleeson wystawiając głowę zza progu ładowni i zerkając na ekran uruchamianego raz za razem detektora ruchu - Piętnaście metrów!
- Dlaczego ich nie widzę?! - podniósł głos Holt, bezwiednie zmieniając układ palców na przednim chwycie karabinu - Powinniśmy ich widzieć!
- Adam, gdzie oni są? - powtórzył Hannigan odrywając się od ściany, o którą oparł androida W-Y - Czemu ich nie widzimy?!
Syntetyk wycelował tubę lokalizatora w głąb korytarza i wyemitował jeszcze jedną wiązkę energii, swoim opanowaniem tworząc nieludzki kontrast wobec balansujących na krawędzi wybuchu paniki towarzyszy.
- Mam kontrolę nad panelem! - wrzasnął Joshua głosem, w którym panika mieszała się z rozpaczliwym tryumfem - Mogę operować drzwiami!
Adam oderwał wzrok od wyświetlacza detektora, ale tym razem nie spojrzał wzdłuż ścian korytarza, tylko raptownym ruchem zadarł głowę wbijając mechaniczny wzrok w segmentowany sufit.
Hannigan wciąż spoglądał na ekran lokalizatora, na trzy pulsujące zielone punkty znajdujące się w odległości zaledwie pięciu, sześciu i siedmiu metrów od grupy ratunkowej, wbrew zdrowemu rozsądkowi wciąż niewidoczne w pustej przestrzeni korytarza.
-
- Sadza i Crowe do ładowni! Już! Gleeson na mój znak zamkniesz grodzie! Holt. Ostrzegawcza seria! - Caleb pomijając jak niemal nigdy formalności, bez których brzmiał jakoś dziwnie, wskazał palcem w sufit miejsce na oko przed sygnałami.
Jego mózg próbował racjonalizować to co się działo. Dziwnym sykiem nie przejął się nadto. Statki wytwarzały najróżniejsze dźwięki. Ale czemu androidy przemieszczały się wentylacją? I czemu za nimi? A może Adam się mylił i jednostka na jego plecach nie była aż tak wyłączona i emitowała sygnał SOS do reszty?
-
Elias nie potrzebował drugiego rozkazu. Odepchnął się od ściany i ruszył w stronę ładowni, chwiejniej, niż by chciał, ale tym razem bez protestów. Każdy szybszy krok rozlewał pod czaszką tępy ból, więc zacisnął zęby i po prostu parł dalej. Ruch Adama przyciągnął jego wzrok dopiero po chwili. Syntetyk nie patrzył już w korytarz. Patrzył w sufit. Crowe również uniósł głowę. Zrobiło mu się zimno. Oczyma wyobraźni widział zbyntowane jednostki androidów pełzające w szybach, niekompletne bowiem coś ucieło im nogi lub ręcę. Tego co urządziło tak tego, którego wzieli ze sobą, wolał sobie nie wyobrażać.
– Kraty – rzucił ostro przez radio. – Celujcie w kraty. Albo bezpośrednio pod nie.Nie rozwijał myśli. Nie było potrzeby. Jeśli detektor pokazywał coś kilka metrów od nich, a korytarz pozostawał pusty, możliwości robiły się nieprzyjemnie ograniczone. Nie wiedział, czy przestrzeń pod panelami podłogi dawała równie dużo opcji ruchu co wentylacja, ale było zdecydowanie trudniej się przez nie wydostać, bowiem punktów serwisowych było znacznie mniej. Elias przyspieszył jeszcze trochę, niemal wpadając na próg ładowni. Obejrzał się tylko raz przez ramię, bardziej odruchowo niż z ciekawości.
– Joshua, nie trać głowy. – rzucił nie wiadomo po co, głupią przecież radę, po czym zniknął w ciemniejszej przestrzeni ładowni. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Nie było miejsca na dyskusje. Napięcie w głosie Starego mówiło wystarczająco dużo.
Sadza bez słowa wyłączył spawarkę, przerywając cięcie w połowie roboty. Jeszcze gorącą przypiął do uprzęży i ruszył w stronę ładowni.
W dłoniach pojawiła się broń Joshui.
Omiótł pomieszczenie wzrokiem, szukając ewentualnych dróg ewakuacji.
Potem uniósł wzrok w górę.
Sufit.
Kanały wentylacyjne. Instalacje. Przewody. Wszystko, co mogło skrywać coś, czego nie było widać z poziomu podłogi.
Nie strzelał. Nie miał do czego. Nie chciał marnować amunicji.
Coś za nimi szło?
Załoganci Bleinerta?
Korytarzami technicznymi?
To nie miało sensu. Po co mieliby się chować.
Zbuntowane androidy?
Skrzywił się.
To również było idiotycznie nierealne.
Zatem... Kto? Shto? -
Kiedy z ust kapitana padł rozkaz – szybki, brutalny i całkowicie pozbawiony tej jego denerwującej, sztywnej ogłady – do Joshuy dotarła prawdziwa skala katastrofy. To nie była kolejna usterka do zdiagnozowania ani taktyczne przegrupowanie. To był desperacki, chaotyczny odwrót!
Gleeson tkwił w mroku ładowni, kurczowo zaciskając trzęsące się dłonie na pęku zmostkowanych kabli zasilających. Rozbebeszony panel kontrolny wyglądał jak ofiara rzeźnika; gdyby elektronika mogła odczuwać ból, ten moduł z pewnością wyłby teraz wniebogłosy, plując snopami iskier. Joshua zamierzał posłusznie wypełnić rozkaz i zewrzeć obwód, gdy tylko usłyszy sygnał Hannigana, ale w ułamku sekundy przez jego umysł przemknęła zimna, inżynieryjna myśl.
To wszystko poszło zbyt gładko. Zbyt prymitywnie.
Jak to w ogóle możliwe, że na okręcie floty Zjednoczonych Ameryk zabezpieczenia masywnej grodzi dało się obejść za pomocą brutalnego wyrwania obudowy i zwarcia przekaźników? Taka ingerencja powinna natychmiast wyzwolić blokadę hydrauliczną i zamrozić serwomotory. Czy ten upiorny statek w jakiś złośliwy sposób pozwolił mu otworzyć te drzwi? Ta myśl wydała mu się nagle równie przerażająca co sygnały na detektorze.
Spojrzał gorączkowo w stronę korytarza, a mętlik w jego głowie sięgnął zenitu.
Dlaczego do cholery wszyscy uciekali właśnie w jego stronę?! Przecież śluza i droga powrotna na Kardashiana znajdowały się w przeciwnym kierunku, za kotarą przeciwpożarową! Zamiast torować sobie drogę ucieczki, reszta oddziału pchała się do ciemnej, odizolowanej ładowni, dobrowolnie zamykając się w stalowej puszce. Co ich aż tak bardzo przeraziło?! Cokolwiek pełzało tam w szybach wentylacyjnych, musiało być gorsze od czegokolwiek, co Gleeson mógł sobie wyobrazić.
Joshua od zawsze był neurotykiem z chorym sercem. Przywykł do tego, że to on jest tym przerażonym, gadatliwym balastem. Spodziewał się własnego strachu. Ale nie spodziewał się zbiorowej paniki. Widząc, jak uzbrojony w karabin Holt traci orientację, a zimny jak lód kapitan zdziera z siebie maskę opanowania i rzuca chaotyczne rozkazy, Gleeson poczuł, że jego własny, wewnętrzny bezpiecznik ostatecznie się przepala. Upadek autorytetów i profesjonalistów był dla niego dowodem na to, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia.Z płytkim, świszczącym oddechem tkwił przy wybebeszonym panelu. Złapał mocniej za kable, dygocząc na całym ciele. Gotów w każdej sekundzie na znak kapitana zewrzeć styki i odciąć ich ciężką grodzią od czegokolwiek, co właśnie na nich polowało, nawet jeśli oznaczało to zatrzaśnięcie się we własnym grobowcu.
-
Delilah le Fey
To musiły być jakieś zakłócenia, to wcale nie brzmiało jak syki drapieżnika. Delilah przeniosła wzrok na stojącego obok chłopaka szukając potwierdzenia. Szybko zrozumiała, że William usłyszał dokładnie to samo. Przeraźliwy syk a wcześniej nerwowa wymiana zdań między załogą. Na pokładzie wraku działo się coś bardzo niedobrego. Agentka próbowała zignornować impertynecki ton Nadii Volkov. Była chowana w laborotoryjnych warunkach by pozbyć się ludzkich słabostek, ale urodziła się z chromosomem XX. Rywalizację z innymi samicami wpisano w jej DNA. Już układała w myślach groźby wymierzone w nawigatorkę, jednak satysfakcja z poniżenia rywalki nie miała sensu, skoro ich własny statek za chwilę mógł podzielić los martwego wraku. Zdusiła w sobie ten pierwotny impuls i brutalnie odcięła ego pozwalając by stery przejęła żelazna logika.
Wcisnęła przycisk interkomu przy grodzi.— Nadia, słuchaj mnie bardzo uważnie — przemówiła bezpośrednio do nawigatorki ignorując O'Collana. — Zróbmy szybki rachunek zysków i strat. Twój kapitan miał do dyspozycji syntetyka i kamerę, a mimo to zamiast wysłać maszynę na zwiad, jak kiedyś na Ziemi robili to policyjni saperzy zaryzykował życie własnych ludzi i zabrał na pokład większość załogi. Wiedział doskonale o zagrożeniu. Na pokładzie Bleinerta doszło do katastrofy i nie miał cienia dowodu, że prócz Purcella przeżył tam ktokolwiek inny. Tej decyzji nie da się obronić. To albo skrajna niekompetencja albo celowe działanie na szkodę Kelland Mining w imię swoich własnych szemranych interesów. Nie grożę ci, ale uświadamiam twarde fakty. Jako niezależny obserwator muszę złożyć raport. I tylko od ciebie zależy czy zostaniesz w sprawie świadkiem czy współoskarżoną. Wiesz co firmy robią z dłużnikami, którzy niszczą ich własność i sprzęt, wiesz w jaki sposób muszą odpracować dług, w jakich miejscach kończą całe rodziny zadłużonych.
Odczekała chwilę, by Volkov mogła sobie wyobrazić własne dzieci czyszczące radioaktywne filtry w koloniach na peryferiach układu, gdzie nikt nie dożywa czterdziestki.
— Pilot odpowie razem z Hanniganem — kontynuowała. — Zgodził się na dokowanie w obszarze zagrożenia choć to on odpowiada za statek i do niego należy ostateczna decyzja w takich kwestiach. Co więcej O'Collan zrzucił na mnie i na pasażera pancerną gródź bez ostrzeżenia. To usiłowanie podwójnego zabójstwa. Wszyscy słyszeli, jak rzucał mi dwuznaczne komplementy. Być może naprawdę wierzył, że chcę uwolnić więźnia, ale przestało mieć to znaczenie w chwili gdy zobaczył mnie z Williamem. Sama wiesz do jakich czynów może prowadzić urażona męska duma. Zastanów się czy ktoś taki powinien teraz dowodzić statkiem. Czy za jego szerokim uśmiechem nie kryje się coś więcej.
Znów zamilkła na moment, pozwalając by Nadia sama złożyła fakty.
— Jesteś najniższa stopniem, nikt cię nie pytał o zdanie, kapitan i reszta cię ignorowali. Ale teraz ich władza się skończyła i wszystko leży w twoich rękach. Tak, jestem korporacyjną suką i masz prawo mieć o mnie najgorsze zdanie, ale nie możesz mi odmówić kompetencji. Chcę tylko pomóc posprzątać ten bałagan i bezpiecznie dolecieć do Borodino. Nie pozwól by ci mężczyźni zrzucili na ciebie odpowiedzialność za ich własne błędy. Jeśli otworzysz śluzę, przysięgam, że tego nie pożałujesz.
-
Marcus Holt
Holt stał w progu ładowni i słuchał.
Pikanie detektora miało swój rytm - krótkie, równe impulsy które przyspieszały wraz ze zbliżaniem się sygnału. Znał ten dźwięk. Każdy kto spędził wystarczająco dużo czasu w zamkniętych przestrzeniach z bronią w ręku uczył się czytać detektory tak jak inni czytają zegary.
Piknięcie. Siedem metrów. Może osiem.
Piknięcie. Sześć.
Piknięcie.
Pięć.
Uniósł M41A w stronę sufitu płynnym ruchem który nie miał w sobie nic z pośpiechu - kolba przy ramieniu, policzek przy łożu, lufa w górę pod kątem czterdziestu pięciu stopni w kierunku ostatniej sekcji sufitu przed którą detektor milczał jeszcze przed chwilą.
Nacisnął spust.
M41A zagrał charakterystyczną dla siebie nutę - krótki, suchy, mechaniczny terkot pulsacyjny który nie brzmiał jak broń z filmów ani jak cokolwiek ziemskiego. Seria przeszła przez blachę sufitu zostawiając postrzępioną linię dziur przez które sączyło się blade techniczne światło z przestrzeni ponad panelami.
Huk uderzył w ściany i wrócił.
Potem cisza.
Piknięcie.
Cztery metry.
Holt wypalił drugą serię w nowe miejsce, przesunięte o metr w lewo od pierwszej. Ten sam suchy terkot, ta sama linia dziur, ten sam powrót dźwięku ze ścian.
Patrzył w sufit z lufą wciąż uniesioną i słuchał czy pikanie zmieni rytm.
-

Mostek Kardashiana
Wypowiadane przez le Fey propozycje i groźby niosły się po mostku kombajnu dominując ponad dźwiękami pracującej maszynerii. Davy poczuł jak Nadia zaciska bezwiednie palce na jego ramieniu, oderwał wzrok od komputerów ch ekranów przenosząc spojrzenie na jej zatroskaną twarz.
- Ona może nas udupić, Davy - rzuciła przez zaciśnięte zęby Rosjanka - Ta suka na pewno ma wpływy. Nie chcę przez nią zapierdalać do końca życia na jakiejś pierdolonej asteroidzie przy wymianie karbonowych filtrów do kruszarek. Jakby nie miała wpływów, toby tak nie szczekała.
- Szczeka, bo jest nauczona posłuchu - odwarknął stanowczym tonem pilot - Mamy tryb nadzwyczajny, nie musimy się nią przejmować, dopóki nie wrócą stary i Sadza. To ich odpowiedzialność, a nie nasza.
- Lasalle to gigant, Davy - nie ustępowała Nadia wbijając natarczywie palce w jego mięśnie - Mogą pozwać Kelland do sądu za cokolwiek, co sobie wymyślą ich jebani prawnicy. Nienawidzę takich dziwek jak ta blondyna, ale oni mogą z nami zrobić, cokolwiek zechcą. Chciałabym jeszcze trochę pożyć w spokoju. Co ona może tu zrobić? Wpuścimy ją i niech stoi w kącie, przecież nie wyrwie ci sterów z rąk? Davy, nie chcę kłopotów.
- Nie będzie żadnych kłopotów - odpowiedział O’Collan odwracając się w stronę swojej konsolety z miną przesadzającą o podjętej decyzji - Na moją odpowiedzialność…
Seria wystrzałów gruchnęła z głośników systemu łączności, przetoczyła się przez mostek przyoblekając twarz Nadii w śnieżną biel.
- Co do kurwy nędzy? - krzyknął pilot przywierając do wyświetlaczy i szukając wzrokiem obrazu przekazywanego przez kamerę Holta - Czemu strzela?
Głośniki huknęły następną serią, komponującą się w złowieszczy sposób z chaotycznymi ruchami hełmów ratowników i ich zatrwożonymi krzykami.
Środkowy pokład Bleinerta
Wszyscy w ekipie ratunkowej wiedzieli, że Marcus Holt potrafi posługiwać się bronią strzelecką i że z racji sprawowanej funkcji oraz militarnego doświadczenia zapewne nie zawaha się jej użyć, lecz kiedy zaczął bez ostrzeżenia strzelać ponad głowami towarzyszy, dla niektórych z nich okazało się to prawdziwym wstrząsem.
Wylatujące z bocznego wyrzutnika łuski uderzyły jedna po drugiej w kombinezon i hełm Sadzy, zanim spadły z metalicznym brzękiem na podłogę korytarza.
W pustej przestrzeni ponad sufitowymi panelami coś było - coś ukrytego wśród elektrycznych kabli i światłowodów, pomiędzy rurami z chłodziwem i sprężonym powietrzem. Ogłuszony hukiem wystrzałów kapitan Hannigan zadarł głowę w górę, oczami wyobraźni widząc nienaturalnie zwinne ciała pełznących szybem człekokształtnych syntetyków Weyland-Yutani.
Sufitowe panele, naznaczone przestrzelinami i silnie z jakiegoś powodu dymiące, runęły w dół wyrwane z mocowań siłą wykraczającą poza krzepę zwykłych ludzkich mięśni.
A potem coś spadło w dół w ślad za płytami lądując pośrodku korytarza z paraliżującym ciała nieludzkim wdziękiem, na ułamek chwili przykuwając niepodzielnie uwagę ludzi próbujących zrozumieć, na co właściwie spoglądają.
Nie wszyscy zrozumieli od razu, bo połyskliwy czarny kształt stanowił sobą obraz stojący w całkowitej sprzeczności z wszystkim, co ratownicy dotąd w swoim życiu widzieli. Organiczny karapaks pokrywający gibkie cielsko, długie ręce zakończone jeszcze dłuższymi palcami, wielka obła czaszka pozbawiona oczu i uszu, a w zamian szczerząca przerażający garnitur krystalicznych zębów ociekających gęstą przezroczystą wydzieliną.
- Diaboł! - krzyknął podnoszący się z klęczek Siergiej, na moment zapominając o ściskanym w dłoni pistolecie.
Diaboliczna istota odpowiedziała mu budzącym grozę przeciągłym sykiem, w jednej sekundzie z niewiarygodną zwinnością skacząc w stronę przerażonych ratowników.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Marcus Holt otworzył ogień z Armata nie zdejmując palca nawet na sekundę ze spustu karabinu, zasypując smoliście czarnego stwora gradem pocisków. Huk wystrzałów wypełnił przestrzeń korytarza i wnętrze hełmów ratowników, zagłuszył ich przerażone krzyki swoim rytmicznym łoskotem. Trafiany raz za razem drapieżny kształt zaczął się szaleńczo miotać, kiedy kolejne kule przebijały coś, co mogło uchodzić w oczach Caleba Hannigana za syntetyczny pancerz. Odrętwiały z szoku kapitan pewien był w pierwszej chwili, że widzi najnowsze osiągnięcie robotyki Weyland-Yutani, nieznany jeszcze publice model nowego androida do zadań specjalnych - lecz kiedy ze szklistej paszczęki napastnika popłynęła kakofonia absolutnie zatrważających wrzasków, technologiczne przeświadczenie Hannigana zaczęło się w jednej chwili rozsypywać jak domek z kart.
Ostrzeliwany przez Holta stwór przewalił się w bok, uderzył ogonem w jedną ze ścian, odbił się od niej wykonując niezwykły przewrót w powietrzu i lądując ponownie na giętkich tylnych kończynach. Z przestrzelin w jego połyskliwym pancerzu wyciekał jakiś organiczny płyn, który w kontakcie z podłogą i ścianami korytarza natychmiast zaczął wydzielać smużki dymu.
- Zabij to! - krzyknął wyglądający zza progu ładowni Elias Crowe, kurczowo uczepiony futryny drzwi i próbujący dostrzec coś więcej przez spękaną przyłbicę hełmu - Zabij to!
M41A1 umilkł w tej samej sekundzie pozostawiając za sobą cichnące echo wystrzałów oraz inny dźwięk, ledwie słyszalny w huku własnych serc dudniących szaleńczo w uszach ratowników.
Charakterystyczny metaliczny trzask, który zmroził wszystkim jeszcze bardziej krew.
Odgłos uderzającej w pustkę iglicy karabinu.
- Gleeson, zamykaj drzwi! - krzyknął Hannigan widząc jak ociekający silnie żrącym kwasem organiczny kształt przywiera tylnymi nogami do posadzki - Odwrót do ładowni!
Stwór skoczył przed siebie z przysiadu, z nieprawdopodobną gracją i w sposób, którego widok byłby czymś wręcz pięknym, gdyby nie był tak straszny - skoczył wprost na naciskającego niczym w amoku spust broni Holta unosząc ponad swoją podłużną obłą głowę długi segmentowany ogon.
Giętki czarny organ, zakończony przywodzącym na myśl grot włóczni szpicem, wydawał się żyć własnym ruchliwym życiem i kiedy stwór wpadł pomiędzy przerażonych ludzi opryskując ich swoją kleistą śliną; kiedy oficer medyczny Kardashiana rzucił się na niego z podniesioną z podłogi sufitową płytą próbując odwrócić uwagę bestii od swoich ludzkich towarzyszy; giętki czarny ogon przeszył powietrze wbijając się z głośnym trzaskiem rozdzieranego materiału w próżniowy skafander tuż pod prawą pachą Marcusa Holta.
Wszedł weń na niemal całą długość ostrego jak brzytwa grotu wytrącając mężczyźnie broń z ręki i ciskając nim o ścianę, po której Holt osunął się niczym worek śmieci na podłogę.
-
Huk ognia ciągłego z karabinu pulsacyjnego zamienił korytarz w komorę rezonansową. Każdy wystrzał wibrował w stalowych grodziach, przenosząc się przez podłogę wprost do kości skulonego w ładowni Joshuy. Gleeson nie widział absolutnie nic, co działo się na zewnątrz. Siedział wciśnięty w kąt pod rozbebeszonym panelem sterowania niczym przerażony poborowy na dnie okopu, podczas gdy nad jego głową przetaczała się artyleryjska nawałnica.
Do jego uszu docierała kakofonia absolutnego koszmaru: przeraźliwe krzyki jego towarzyszy, syk topionego kwasem metalu i ten nieludzki, mrożący krew w żyłach skrzek, przypominający dźwięk rwanej blachy połączony z wizgiem zarzynanego zwierzęcia. A potem, nagle, karabin umilkł. Rozległ się tylko ten jeden, suchy, pusty trzask iglicy, po którym nastąpił odgłos ciężkiego uderzenia i zdławiony wrzask Holta.
Gleeson przestał oddychać. Zrobiło mu się lodowato zimno. Poczuł, jak jego klatkę piersiową zaciska niewidzialne imadło, a serce nagle potyka się, uderza szaleńczo o żebra, po czym... po prostu zamiera. Mroczki przed oczami zalały resztki i tak skąpego światła. Zastygł w bezruchu, dławiąc się własnym przerażeniem...
W tej jednej, zawieszonej w czasie sekundzie, jego umysł uciekł z koszmarnego Bleinerta. Wrócił do dusznych, rdzewiejących trzewi kolonii górniczej. Półprzytomny, niczym śniąc na jawie przypomniał sobie tamten felerny dzień na najniższych poziomach, kiedy w ślepym zaułku zatarasowało im drogę trzech naćpanych rzezimieszków z nożami wibracyjnymi. Strach uderzył w niego tak samo mocno jak teraz. Złapał się wtedy za pierś i osunął na zardzewiałą kratownicę, dławiąc się z braku powietrza, podczas gdy jego serce wypadało z rytmu.
I wtedy poczuł na twarzy szorstkie, ubrudzone smarem dłonie swojej siostry. Zignorowała nożowników, skupiając całą uwagę na nim.„Josh! Patrz na mnie!” – krzyczała wtedy, potrząsając nim gwałtownie. – „Przyciągnij kolana do klatki! Teraz! Zrób głęboki wdech na cztery sekundy... i kaszlnij! Mocno, z całej siły w przeponę, słyszysz?! Zmuś to cholerstwo do bicia!”
Siedząc pod zniszczonym panelem na wymarłym okręcie, Gleeson odruchowo podciągnął kolana pod brodę. Zamknął oczy, wciągnął ze świstem zatęchłe powietrze z recyrkulatora i gwałtownie, potężnie zakasłał. Raz. Drugi. Trzeci...
Silny skurcz przepony uderzył w klatkę piersiową. Serce, brutalnie wyrwane z letargu, podskoczyło boleśnie, po czym podjęło ciężki, ale stabilny rytm. Krew znów uderzyła mu do mózgu, rozjaśniając wzrok, a potworny szum w uszach ustąpił.
I właśnie w tym momencie, przebijając się przez zgiełk, usłyszał głos Hannigana:— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
Wszelkie wątpliwości wyparowały. Dłonie Joshuy wciąż się trzęsły, ale nie było w nich już tego sparaliżowanego bezwładu. Chwycił zmostkowane, iskrzące kable zasilające z wybebeszonego panelu.
— Zamykam! — wrzasnął, zdzierając gardło na otwartym kanale komunikacyjnym, próbując przekrzyczeć chaos w korytarzu. — Wchodzić, do kurwy nędzy! Zamykam!
Zacisnął zęby i z całej siły zetknął grube przewody. Posypały się iskry, a powietrze momentalnie wypełniło się smrodem ozonu. Ciężkie serwomotory w ścianach ładowni zawyły z przeciążenia. Masywne, pancerne wrota drgnęły i z głuchym dudnieniem zaczęły sunąć ku sobie, zamykając wejście.
Zajmie im krótką chwilę, zanim zatrzasną się całkowicie. Gleeson dociskał kable, wpatrując się szeroko otwartymi, przekrwionymi oczami w zwężającą się szczelinę światła rzucanego przez latarki reszty zespołu z korytarza. Dopiero po ułamku sekundy dotarło do niego, że mógł poczekać dłuższą chwilę. Mógł trzymać kable w pogotowiu i zamknąć obwód dopiero, gdy upewni się, że wszyscy zdążyli wpaść do środka. Ale instynkt samozachowawczy okazał się silniejszy niż lojalność. Nie obchodziło go, kto zdąży przebiec przez próg, o ile stalowa gródź na czas oddzieli jego od tego wrzeszczącego monstrum. -
Adam zarejestrował pierwszy sygnał, zanim pozostali zdążyli w pełni zrozumieć, co pokazuje detektor ruchu.
Piknięcie.
Potem kolejne.
Sygnał się zbliżał.
Syntetyk przeniósł wzrok na urządzenie, a jego wewnętrzne procesy natychmiast zaczęły zestawiać dane. Kierunek. Tempo przemieszczania się. Zmiana odległości. Nie miał jeszcze podstaw, by stwierdzić, czym było źródło sygnału, ale jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości.
Coś znajdowało się nad nimi.
W chwili, gdy Marcus Holt uniósł M41A w stronę sufitu, Adam instynktownie przesunął się odrobinę w bok, oceniając położenie pozostałych członków zespołu i możliwe skutki ostrzału.
Pierwsza seria.
Huk wystrzałów uderzył w jego sensory.
Druga.
Syntetyk nie zareagował na hałas. Obserwował.
Zniszczone panele.
Kłęby dymu.
Detektor.
Zmianę położenia sygnału.
A potem sufit eksplodował.
Adam zdążył jedynie zarejestrować gwałtowny ruch, zanim połyskliwa, czarna istota runęła w dół wraz z fragmentami konstrukcji.
Przez ułamek sekundy jego systemy próbowały sklasyfikować obiekt.
Brak zgodności.
Nie był syntetykiem.
Nie był człowiekiem.
Nie przypominał żadnego znanego Adamowi organizmu.
Wydłużona czaszka. Organiczny karapaks. Nienaturalna budowa ciała. Zęby. Ogon.
A potem ślina.
I ciecz.
Pierwsze krople spadły na metalową podłogę.
Adam zobaczył dym.
Usłyszał syk.
Analiza składu nie była konieczna.
— Żrący kwas.
Ostrzał Holta nie zatrzymał stworzenia. Adam obserwował, jak kolejne pociski rozrywają jego ciało, a z ran wypływa coraz więcej cieczy. Zamiast zbliżyć się do bestii, syntetyk cofnął się o krok.
Nie ze strachu.
Z kalkulacji.
Każde kolejne uszkodzenie stwora oznaczało kolejne rozpryski kwasu. Walka wręcz była ryzykiem, którego nie zamierzał podejmować. Uszkodzenie jego syntetycznego ciała mogło ograniczyć zdolność udzielania pomocy pozostałym.
Potem karabin Holta umilkł.
Adam obrócił głowę.
Zarejestrował charakterystyczny dźwięk pustej komory.
Zamek.
Brak amunicji.
Stwór ruszył.
Sekundy zamieniły się w ułamki sekund.
Ogon przeszył powietrze.
Holt został trafiony.
Broń wypadła mu z dłoni.
Człowiek uderzył o ścianę i osunął się na podłogę.
Ranny.
Bezpośrednie zagrożenie.
Adam ruszył.
Podniósł z podłogi duży fragment odstrzelonej płyty sufitowej. Drugą ręką chwycił leżący wśród kabli kawał metalowej rury. Wykorzystał oba elementy nie jako broń, lecz narzędzia.
Tarcza.
Dźwignia.
Dystans.
— Do ładowni! Natychmiast!
Nie próbował zadać stworowi ciosu.
Płyta została wbita pomiędzy bestię a ludzi, odsuwając jej głowę i łapy od najbliższych członków zespołu. Rura posłużyła jako druga dźwignia.
Adam naparł.
Syntetyczne mięśnie pracowały z siłą niedostępną dla człowieka.
Metalowa podłoga zaskrzypiała pod jego butami.
Nie atakował.
Pchał.
Całą swoją nadludzką siłę wykorzystał do jednego celu.
Odepchnąć stworzenie jak najdalej od ludzi.
Jednocześnie unikał każdej kropli kwasu. Nie próbował chwytać bestii. Nie pozwalał, by ciało miało bezpośredni kontakt z wydzieliną.
Przez interkom usłyszał głos kapitana.
— Gleeson, zamykaj drzwi! Odwrót do ładowni!
W tym samym momencie Adam zarejestrował ruch ciężkiej grodzi.
Wrota zaczynały się zamykać.
Jeżeli pozostanie tam jeszcze kilka sekund, może zostać odcięty.
Analiza sytuacji zajęła mu mniej niż chwilę.
Prawdopodobieństwo zamknięcia grodzi przed jego powrotem: wysokie.
Prawdopodobieństwo odniesienia uszkodzeń przez zespół bez jego osłony: jeszcze wyższe.
Nie cofnął się.
Nie próbował przebiec do drzwi.
Zamiast tego pochylił się mocniej, zacisnął dłonie na metalowej płycie i raz jeszcze wykorzystał pełną moc syntetycznego ciała.
Miał tylko jeden cel.
Odepchnąć potwora.
Dać ludziom czas.
Nawet jeżeli drzwi zamkną się przed nim -
Marcus Holt
Holt leżał przy ścianie i patrzył.
Szok miał tę właściwość że zwalniał czas - nie subiektywnie, nie jako metafora, ale dosłownie, jakby mózg nagle zaczynał pobierać więcej klatek na sekundę żeby przetworzyć informację której nie przewidywał i dla której nie miał jeszcze kategorii.
Stwór był czarny. Nie jak czerń kombinezonu ani czerń nieoświetlonego korytarza - czarny jak coś co pochłania światło zamiast je odbijać, jak materiał który ewolucja zaprojektowała żeby być niewidzialnym w każdym środowisku które nie jest jasne. Pancerz połyskiwał tylko tam gdzie trafiały go bezpośrednio latarki - w pozostałych miejscach po prostu nie istniał optycznie.
Trafiłem go wielokrotnie.
Holt wiedział o tym z pamięci mięśniowej, bo palec pamiętał nacisk spustu. Wiedział też co widziały oczy - kolejne przestrzały, kwas kapiący z ran, dym przy każdej kropli kontaktu z metalem. Wiedział.
I mimo to stwór poruszał się.
Nie poruszał się jak coś zranionego. Poruszał się jak równanie które uwzględniło już własne uszkodzenia i skorygowało trajektorię. Każda kończyna lądowała precyzyjnie. Ogon kompensował środek ciężkości z wyprzedzeniem którego żaden znany Holtowi organizm nie był zdolny osiągnąć bez wieloletniego treningu. Adam napierał z całą siłą syntetycznych mięśni i stwór nie odpychał go - przepuszczał przez siebie wektor siły jak struktura która rozumie fizykę lepiej niż inżynier który ją zaprojektował.
To nie jest drapieżnik który poluje.
To jest drapieżnik który jest.
Różnica była subtelna i fundamentalna jednocześnie - jak różnica między maszyną która wykonuje funkcję a maszyną która jest funkcją. Holt przez całe życie wchodził do pomieszczeń i wiedział instynktownie gdzie jest zagrożenie i jakiej jest natury. Ten instynkt był narzędziem które go nie zawodziło.
Teraz leżał przy ścianie z trzęsącymi się dłońmi i patrzył na coś czego ten instynkt nie umiał nazwać. Nie dlatego że zawiódł. Dlatego że kategoria którą by nazwał nie istniała w słowniku żadnego doświadczenia które Holt zgromadził przez całe życie.
Wszechświat okazał się większy niż jego słownik.
-
Mostek Kardashiana - O'Collan
Przez pierwszą sekundę O’Collan po prostu patrzył na transmisję. Kolejne klatki pojawiające się na bocznych ekranach z kamer załogi. Całą jego uwagę pochłonął obraz z kamery Holta — rozedrgany, nieostry, szarpany gwałtownymi ruchami człowieka walczącego o życie.
Czarny kształt runął z sufitu.
— Co do kurwy… — wymknęło mu się cicho.
M41A1 odpowiedział długą serią. Błyski wystrzałów na moment wydobywały stworzenie z ciemności, zamieniając transmisję w chaotyczny ciąg pojedynczych obrazów: połyskliwy pancerz, wydłużona głowa, ściana, czyjaś przyłbica, znowu czarne ciało.
Holt strzelał dalej.
— Nie, nie, nie… Co ty, kurwa, robisz…
Davy pochylił się nad pulpitem, jakby skrócenie dystansu do ekranu mogło pozwolić mu zobaczyć coś więcej ale przed oczami miał tylko chaos.
— Nadia… widzisz to?
Nie czekał na odpowiedź. Cofnął zapis o kilka sekund, ale zanim zdążył przyjrzeć się obrazowi, z głośników dobiegł charakterystyczny trzask pustej komory - suchy i metaliczny.
Davy znał ten dźwięk aż za dobrze.
— Holt, magazynek! — rzucił odruchowo do mikrofonu.
Stwór skoczył.
Na ekranie wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Smolista sylwetka wypełniła kadr, ogon przeciął obraz, kamera szarpnęła gwałtownie, a Holt zniknął z pola widzenia.
O’Collan poderwał się z fotela.
— Marcus!
Odpowiedział mu tylko chaos: ściana, podłoga, fragment cudzego skafandra. Przez moment zobaczył Adama z kawałkiem metalowej płyty w dłoniach, potem obraz ponownie zadrżał.
— Marcus! Odpowiedz!
Nic.
Z głośników przebijał się krzyk Hannigana nakazującego odwrót do ładowni, odpowiedź Gleesona, że zamyka drzwi, wrzaski pozostałych i ten pieprzony syk topionego metalu.
Davy stał nad pulpitem z dłońmi wbitymi w jego krawędź. Dopiero po chwili zorientował się, jak mocno ją ściska.
— Ja pierdolę…
Na ekranie Adam napierał na stworzenie. Za nim poruszali się ludzie. Dalej ciężka gródź ładowni zaczynała się zamykać.
Przez krótką chwilę O’Collan nie zrobił nic.
Potem wziął głęboki oddech. Nie uspokoiło go to. Strach nadal tkwił gdzieś pod mostkiem, zimny i ciężki, ale został odsunięty na miejsce, które znał z dawnych lat. Tam, gdzie nie przeszkadzał wykonywać roboty.
Kiedy ponownie usiadł, twarz miał już nieruchomą.
— Dobra.
Przeciągnął transmisję z Bleinerta na główny monitor.
— Nadia, zapisuj wszystko. Pełny strumień. Obraz, audio, timestampy. Bez filtrów i bez żadnego czyszczenia danych.
W głowie analizował to, co zobaczył. Stworzenie. Trafienia z M41A1. Brak natychmiastowego zatrzymania. Ciecz wypływająca z ran. Reakcja z metalem. Holt trafiony w prawą stronę korpusu. Adam w bezpośrednim kontakcie. Reszta wycofująca się w stronę ładowni.
— Kontakt nieznanego typu — mówił spokojnie do siebie, właściwie już bardziej dla zapisu niż dla Nadii. — Prawdopodobnie organiczny. Wielokrotnie trafiony z karabinu pulsacyjnego, nadal mobilny. Płyny ustrojowe silnie korozyjne. Holt trafiony… okolice prawej pachy. Stan nieznany. Adam pozostaje w kontakcie. Zespół wycofuje się do ładowni.
Sięgnął do panelu łączności.
— Kardashian do zespołu Bleinerta. Radio check.
Wskaźnik nośnej drgnął, ale odpowiedź nie nadeszła.
O’Collan zmienił częstotliwość.
— Hannigan, tu O’Collan. Potrzebuję SITREP. Liczba ludzi, liczba rannych, aktualna pozycja i status zagrożenia. Tylko fakty. Odbiór.
Czekał kilka sekund.
— Kapitanie, potwierdź odbiór.
Nic.
Przeszedł na kolejny kanał.
— Sadza, zgłoś się.
Potem następny.
— Crowe?
Kiedy na ekranie pojawiła się częstotliwość Holta, palec Davy’ego zawisł na moment nad przyciskiem.
Tylko na moment.
— Marcus. Jeśli mnie słyszysz, odezwij się. Jedno słowo wystarczy.
Cisza była teraz znacznie gorsza od wcześniejszych krzyków.
O’Collan przełączył kanał.
— Adam, tu O’Collan. Jeżeli masz sprawny nadajnik, podaj status zespołu. Priorytet: Holt.
Jego dłonie poruszały się już automatycznie. Kanał główny. Awaryjny. Indywidualne częstotliwości skafandrów. System łączności Bleinerta. Wszystko, do czego Kardashian był jeszcze w stanie się dostać.
Ponownie nacisnął nadawanie.
— Bleinert, tu Kardashian. Ktokolwiek mnie słyszy, zgłosić się. Nie interesuje mnie teraz, co to jest. Potrzebuję pozycji, stanu ludzi i potwierdzenia, czy macie między sobą a tym czymś zamkniętą gródź.
Puścił przycisk i znieruchomiał, wpatrując się we wskaźnik odbioru.
Sekunda.
Druga.
Trzecia.
Davy pochylił się odrobinę nad pulpitem.
— No dalej, chłopaki… — mruknął już znacznie ciszej.
Na jego twarzy nie było nawet śladu wcześniejszego uśmiechu.
— …gadajcie do mnie.
-
Przerażający syntetyk (bo to mimo wszystko musiał być syntetyk! Co innego???) nie mógł nie poczuć wywalonej doń przez konwojenta serii. Podobna przenicowałaby przeciętnego człowieka na sito. Zaskowyczał jednak i dalej atakował by, nim Caleb zdążył mrugnąć, powalić Holta ich najmocniejszą siłę ognia, niczym szmacianą lalkę o ścianę. Hannigan był tylko w stanie wyobrazić sobie wypłaszczający się w tym momencie profil bicia serca konwojenta. Ale jego rozkaz już zapadł. Zamknąć grodzie. Żadnego żalu.
W tym samym czasie na otwartym kanale zaczął gorączkowo wywoływć ich Davy, a Adam… Adam zareagował zgodnie z zaprogramowanym protokołem. Słodki Jezu na szczęście. Bo starcie dwóch wrogich syntetyków mogło zainicjować całą kaskadę różnych blokad. Nie zainicjowało. Adam bronił ludzi. I choć Caleb znał możliwości androida i wiedział iż ten jest szybszy i silniejszy od przeciętnego człowieka, nie mógł przecież stawić czoła eksperymentalnym syntetykom bojowym Weyland Yutani. Pozostawało kwestią kilku chwil nim napastnik obezwładni i zniszczy pokładowego medyka, a jednocześnie teraz ich plastalowego obrońcę.
Nie mógł jednak ratować Adama choć bardzo chciał widząc iż android bez wahania poświęca swoją jednostkę dla Holta i reszty. Mógł za to skoczyć do Holta. I pomimo syku zamykającej się grodzi spróbować go wciągnąć do ładowni…
- Sadza… pomóż mi!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Diabeł. Chyort!
Akcja potoczyła się szybciej, niż Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov zdołał ją poukładać w głowie.
Jazgot magazynku opróżnianego przez Mienta.
Krzyki.
Głuche uderzenie ciała o ścianę.
Stuk pustej komory.
A nade wszystko ten dźwięk.
Wizg. Kwik. Nieludzkie wycie wydobywające się z obsydianowo-czarnego kształtu.
Sadza znieruchomiał.
Chyort.
Diabeł.
Nie wiedział jak.
Nie wiedział dlaczego.
Nie wiedział, czym to było.
Ale już kiedyś o tym słyszał.
W kopalniach mówiło się o nim szeptem. O czymś, co pojawiało się na najniższych poziomach. O czymś, co dusiło ludzi w ciemności, sprowadzało zawały, zostawiało po sobie tylko trupy i pogięte konstrukcje.
Zawsze można było powiedzieć, że to przesąd.
Że to zmęczenie.
Że górnicy po trzech dniach pod ziemią widzą rzeczy, których nie ma.
Teraz jednak Sadza patrzył na coś, czego zdecydowanie nie powinno być.
— Blat, jebanyj chyort!
— Sadza… pomóż mi!
Głos Starego wyrwał go z odrętwienia.
Siergiej rzucił się do Holta. Chwycił Mienta za kombinezon, kapitan złapał go z drugiej strony. Razem szarpnęli rannego w kierunku ładowni.
Nad nimi grodź sunęła w dół.
Za nią Adam wciąż napierał na bestię.
— Doktor! — ryknął Sadza przez otwarty kanał. — Dasz radę! Zostaw chyorta! Dawaj do magazynu!
Nie czekał na odpowiedź.
— Davaj! Davaj!
Jeszcze jedno szarpnięcie.
Holt jęknął. Jego kombinezon zazgrzytał po podłodze.
Grodź była coraz niżej.
Za nią czarna sylwetka szarpała się z Adamem.
Siergiej spojrzał na syntetyka.
Na chwilę ich wzrok się spotkał.
A właściwie nie.
Adam nie patrzył na niego.
Adam patrzył na potwora.
Pchał go.
Sam.
Jakby to było najzupełniej oczywiste, że właśnie to powinien zrobić.
Sadza zaklął pod nosem.
Wiedział, że Adam jest tylko maszyną.
Puszką.
Drogą. Drogą puszką z rękami, nogami i twarzą człowieka.
Nie powinien nic czuć.
Nie powinien się bać.
Nie powinien nawet rozumieć, że za chwilę może zostać tam sam.
A jednak przez tę krótką chwilę Siergiejowi zrobiło się go zwyczajnie żal.
— Davaj, Adam! — wrzasnął. — Davaj, blyat!
I jeszcze raz szarpnął Holta w stronę ładowni.
Najlepsza puszka, jaką znał.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się